Zamknij
Michał Bąkowski

Sen Raskolnikowa Część XIII

25 kwietnia 2026 |Michał Bąkowski, Sen Raskolnikowa
Źródło: https://wydawnictwopodziemne.com/2026/04/25/sen-raskolnikowa-czesc-xiii/

Dostojewski, Conrad i „teza rosyjska”

Jak pisałem na wstępie niniejszego cyklu, będę tu postępował na przekór zaleceniom Bachtina i bezwstydnie wdawać się zamierzam w polemikę z fikcyjnymi postaciami, jak gdyby byli żywymi ludźmi.  Nie znaczy to jednak wcale, że odmawiam dziełu Bachtina wagi!  Toteż będę do niego wracał w toku tych rozważań.  Dokonuje on na przykład wspaniałego rozróżnienia między dialogiem i dialektyką: usuń z dialogu głosy, intonacje, wykrój abstrakcyjne idee z poszczególnych wypowiedzi, oderwij je od kontekstu, wysnuj osądy z żywych słów i spontanicznych odpowiedzi, wepchnij wszystko w jedną, abstrakcyjną, wykoncypowaną świadomość – i otrzymasz dialektykę.  Uczestnicy dialogu tylko częściowo rozumieją się wzajem i kontynuują dialog mimo to, a także właśnie dlatego, że nie do końca się rozumieją, że używają innego języka, że muszą przekładać „z twojego na mój”.  I z tego powodu komunikacja jest koniecznością.  Dlatego także, warto porzucić drętwą dialektykę i pobierać nauki u rozumnego Razumowa lub rozmawiać z Natalią Haldin.

Młody i ambitny student otwarcie przyznaje, że ma dosyć rozpijaczonej Rosji.  Inteligencja upija się zachodnimi ideami, oficerowie wytrawnymi winami, a chłopi cuchnącą gorzałką, gdy rewolucjoniści odurzeni są przekonaniem o swej własnej słuszności.  Wszyscy utracili trzeźwość myślenia, toteż pomiędzy zamroczeniem ruskiego chłopa i upojeniem idealisty z bombą w rękach, Razumow czuł się zgubiony.  Gdzie się ma podziać w Rosji człowiek trzeźwy?  Umiarkowany, ambitny, sprawiedliwy i męski?  Zwłaszcza, gdy jakiś pijak go sobie nagle upodobał i przykleił się do niego jak rzep – albo jak Haldin!?  Razumow pragnie spocząć i odejść w cień – tylko dokąd?  I jeden, i drugi, są odbiciem Raskolnikowa.  Haldin jest stanowczym, ale raczej jednowymiarowym reprezentantem jednej z możliwych motywacji Raskolnikowa: zabija dla szczęścia innych.  Jest przybity swym czynem; wzdycha, że to ciężka robota, ale musiała być wykonana.  Nie jest myślicielem, przyszłym reformatorem, jest człowiekiem czynu, potrafi chłodno dokonać strasznego mordu i odejść bez żalu.  Razumow reprezentuje inny aspekt złożonej osobowości Raskolnikowa – jest przedstawieniem skrajnego, wszechobejmującego i ostatecznie paraliżującego myślenia.  Jak Raskolnikow, dokonuje swej zbrodni – świadomie wydaje Haldina na śmierć – w zupełnym przekonaniu o swej słuszności.  Podobnie jak Raskolnikow, nie ma wyrzutów sumienia, uważa swój czyn za uzasadniony i jest gotów go bronić.  A jednak tok narracji doprowadza obu powoli do stanu, w którym nie potrafią dłużej podtrzymać swej pierwotnie rezolutnej postawy.  Obydwu przemieniają kobiety – Sonia i Natalia; przeobraża ich miłość, która jest chyba u Conrada bardziej psychologicznie realistyczna w swych druzgocących dla Razumowa konsekwencjach, niż prawie nieludzko wyidealizowana i oderwana miłość Soni.  Sonia Marmieładowa jest prostytutką o cechach anielskich, gdy Natalia Haldin jest zachwycającą dziewczyną.  Warto jednak zauważyć, że Natalia jest wzorowana raczej na Duni niż na Soni.  Postacie pań Haldin są niejako rozwinięciem charakterów Pulcherii i Duni Raskolnikowych (choć są o wiele bliższe tego, co można znaleźć w Notatnikach Dostojewskiego, których rzecz jasna Conrad znać nie mógł).  W obu wypadkach, wpływ osób trzecich – Porfirego, Swidrygajłowa i Razumichina u Dostojewskiego, a Necatora, Zofii Antonownej, i także trochę angielskiego narratora, który ma swój udział w wydarzeniach u Conrada – odgrywa rolę w doprowadzeniu zbrodniarzy do przyznania się do winy.  Obaj bohaterzy są przedmiotem dochodzeń i dociekań, głównie ze względu na swe szokująco dziwne zachowanie, ale nie ma u Conrada jednego sędziego śledczego, na wzór Porfirego w Zbrodni i karze.  Obaj czują się najbardziej bezpieczni na krótko przed katastrofą.

Postać Razumowa jest kwintesencją zamierzonej polemiki z Dostojewskim.  Po obiciu Ziemianycza doznaje objawienia niezmierzonej Rosji, zagubionej wśród śniegów, ogromnej liczby, która potrzebuje zjednoczenia w jednym głosie – w caracie.  Tak chyba widział Conrad Dostojewskiego, z jego mistyczną wiarą w rolę dziejową Rosji.  Ale Conrad jest bliższy rosyjskiemu pisarzowi, niż sam chciałby przyznać.  Zarówno Razumow, jak Haldin, są postaciami niemalże wprost z kart Dostojewskiego – jest to najwyższy komplement złożony przez jednego autora wobec drugiego – a nadzwyczajna Natalia należy z ducha do galerii kobiet Dostojewskiego i jest jednocześnie jedną z tych niezapomnianych, cudownych w swej niezachwianej kobiecości, postaci Conrada.

Natalia jest piękna, wyniosła, wykształcona i zapatrzona w swego charyzmatycznego brata.  Jest tajemnicza i pełna życia, jest symbolem atrakcji Rosji – „istota jej uroku tkwiła w połączeniu namiętności i stoicyzmu”.  To ona jest najbliższa z ducha Dostojewskiemu, być może wbrew zamierzeniom Conrada.  Nie krwawy fantom jej brata, nie rozdarty Razumow, nie emigranci, ale myśląca, wrażliwa Natalia, i to z nią głównie podejmuje polemikę narrator.  Dziewczyna tłumaczy Anglikowi, że Rosja jest przyszłością świata, że przyniesie ład i zgodę umęczonej ludzkości.  Konflikt w Rosji, w którym złożył życie jej brat, nie jest walką klas; to nie społeczne wrzenie ani walka rozbieżnych interesów, ale coś wyższego, to są duchowe zmagania.  Narrator widzi w tym zgubną tendencję do wznoszenia praktycznych problemów na nieosiągalny, mistyczny plan, gdzie znacznie trudniej o rozwiązanie, bo gubimy się we mgle niedopowiedzeń, ale Natalia gardzi zachodnimi formami i instytucjami politycznymi.  Conrad drwi, że tylko Rosjanin potrafi zachować tę „korodującą prostotę ducha, w której mistyczna frazeologia przesłania naiwny cynizm pozbawiony nadziei”.  Rosjanie „brzydzą się życia, jakim jest”, choć być może ludzie Zachodu zbyt są gotowi je kochać, jakimkolwiek jest.  Natalia ujmuje to inaczej: on (narrator) nie rozumie „poruszeń rosyjskiej duszy”.

W moim przekonaniu, Conrad stworzył tu fałszywą dychotomię.  Lektura wielkiej literatury rosyjskiej XIX wieku, a w tym posępnego rzekomo Dostojewskiego, zdaje się wskazywać raczej na przesadne umiłowanie życia w każdych jego przejawach, jako cechę konstytuującą to, co – z ogromną niechęcią z mojej strony – nazywamy rosyjską duszą.  Z drugiej strony, czyż trudno byłoby znaleźć „obrzydzenie życiem” u Dickensa?  Conrad celowo kładzie nacisk w swej opowieści na mroczne strony rosyjskiego życia, a zapomina, że w tych ciemnościach działają rewolucjoniści, a nie Rosjanie.  Obarcza Samodzierżawie winą za nihilizm i terroryzm, bo rzekomo tylko w Rosji ludzie znikają bez powodu, gdy człowiek Zachodu uważa konspirację za dziecinadę.  Zapomina jednak, że on sam opisał londyńskich rewolucjonistów-anarchistów-terrorystów w swej wcześniejszej powieści, Tajny agent; zapomina wygodnie o irlandzkich terrorystach, z którymi angielskie władze postępowały bez porównania bardziej brutalnie niż Ochrana.  Spiskowanie nie odbywało się już wówczas tylko w cieniu Czapki Monomacha; nie było wyłącznym przywilejem carskich poddanych.

Ale wróćmy do powieści.  Rozsądny nauczyciel angielskiego słusznie zauważa, że znacznie trudniej znaleźć praktyczne rozwiązania, które muszą być kompromisem z natury rzeczy, i społeczną spójnię, kiedy konflikt jest natury duchowej i ideowej, gdyż orgia gwałtów i przelana krew pogłębi ideową obcość.  Idee muszą oblec się w ciało i staną się tym bardziej groźne.

Rosjanie, w prostocie ducha, często maszerują niewinnie na krawędzi cynizmu, dla jakiejś wzniosłej sprawy.

To oczywiście świetnie powiedziane, ale czy nie da się powiedzieć tego samego o marszach (dosłownych, nie metaforycznych) dla poparcia terrorystów z Hamas?  Czy protesty przeciw globalnemu ocipieniu (czasami mam wrażenie, że tylko jeden jedyny Stary chrzan opiera się ocipieniu, wszyscy inni protestują przeciw ociepleniu) nie są niewinnością posuniętą do cynizmu?  Czy „syndrom zaburzeń umysłowych w ocenie Prezydenta Trumpa” (tzw. Trump derangement syndrome) nie jest przykładem prostoduszności, graniczącej z głupotą?  Czy nie jest niewinnością na krawędzi cynizmu, zaaplikowaną dla najszczytniejszych ideałów, które doprowadzić muszą ludzkość do katastrofy?  W imię czego więc, oskarżać akurat Rosjan o cynizm niewinności?

Panna Haldin wierzy, że Anglik źle rozumie rewolucję.  Dla jej brata sprawcza moc ludu była artykułem wiary.  Agitator musi rozbudzić i zainspirować wolę ludu, choćby miał złożyć życie w ofierze.  Natalia jest więc niemal dosłownie w zgodzie z ideą „propagandy faktu” Karakozowa.  Niewolnictwo i kłamstwa muszą zostać zmazane krwią.  Reforma jest niemożliwa.  Nie ma legalności, nie ma reformowalnych instytucji.  Jest tylko okrutna niewola, która musi być wykorzeniona. – To jest skrótowo ujęte wyznanie wiary rewolucjonisty, ale odpowiedź Anglika (a wolno nam sądzić, że jest to stanowisko Conrada) jest druzgocąca.

Conrad-narrator trafnie opisuje wobec Natalii jej wymarzoną i wypatrzoną z utęsknieniem rewolucję.  W prawdziwej rewolucji – nie w dynastycznej zmianie warty, nie w zwykłej reformie instytucji, ale w autentycznej rewolucji – najlepsze charaktery nie wysuwają się na pierwszy plan.  Gwałtowny przewrót wpada w ręce ograniczonych fanatyków i despotycznych hipokrytów.  Po zwycięstwie dopiero przyjdzie czas na pretensjonalne klęski intelektualne.  Skrupulatni i sprawiedliwi, szlachetni, humanitarni i oddani, bezinteresowni i inteligentni tworzą tło, nie są przywódcami rewolucji, tylko jej ofiarami.  Wstręt i gorycz, rozczarowania i wyrzuty sumienia, nadzieje groteskowo zdradzone, ideały skarykaturowane – oto definicja rewolucyjnego sukcesu.  Conradowski opis jest profetycznie trafny!  Skreśla tu obraz rewolucji, a nie Rosji.  Linia podziału między Conradem a panną Haldin pokrywa się z podziałem między konserwatywnym tradycjonalizmem a rewolucją, pomiędzy bezbożną wiarą w postęp i pesymizmem najlepszego gatunku, bo tyczącym zrębów ludzkiej natury.  Tymczasem Conrad, ku mojemu nieskrywanemu zdziwieniu, przypisuje ten rozdźwięk, różnicy narodowości.  Narrator jego powieści nie może zrozumieć rewolucjonistów, bo są Rosjanami, a on patrzy na nich „oczami Zachodu”.

Razumow wykrzykuje w dyskusji, że stoicyzm jest pozą.  Rosjanie są dziećmi, są naiwnie szczerzy, są cyniczni, ale nie są pozerami, więc stoicyzm jest im obcy.  Narrator odpiera z rozpaczą, że zachodnie uszy nie są dostrojone do tonu cynizmu i okrucieństwa, moralnej negacji i udręki, które dominują rosyjski dyskurs.  Przypomniały mi te słowa obserwację Józefa Mackiewicza, że bohaterowie Camusa czy Anouilha nie różnią się aż tak zasadniczo od sławnych postaci wielkiej literatury rosyjskiej.  Dodałbym, że więcej jest „dostojewszczyzny” w bohaterach filmów francuskiej Nowej Fali niż w powieściach wielkiego Rosjanina.  Może więc Rosja po prostu była w awangardzie ludzkości?  Narrator przyznaje się do pewnej słabości: jego sympatia dla Natalii kazała mu widzieć w jej bracie „nie złowieszczego konspiratora, ale czystego entuzjastę”.  Akt Haldina wydał mu się moralny, niezależnie od zbrodniczego aspektu rzucania bomb na żywych ludzi, podczas gdy spiski i rewolucyjny radykalizm były mu naprawdę obce, wręcz obrzydliwe.  Kiedy sparaliżowany lękiem Razumow jest nazbyt powściągliwy w pierwszym spotkaniu z Natalią, narrator komentuje, że samotna i oderwana egzystencja czyni młodego mężczyznę nieśmiałym, a starego dzikusem.  Biedny Anglik jest boleśnie – i beznadziejnie! – zazdrosny o młodego Razumowa, więc ironizuje na temat banalności szwajcarskiej demokracji, w której wyobraża sobie długą i smętną egzystencję tych dwojga.  Nie mogło jednak być im dane zaznanie chwil błogiej nudy konwencjonalnego szczęścia – ponieważ byli Rosjanami.

Razumow także sądził, że na Rosji ciąży przekleństwo.  Rosjanie są pod złym czarem, ale durny Anglik nie potrafi niczego zrozumieć, bo ze szczytów swej drobnomieszczańskiej wyższości patrzy na wszystko jak na grę, a na jego własne trudności jak na sport – „sport rewolucji”.

Sport rewolucji, jak widzieliśmy w wypadkach Karakozowa i Kaliajewa, czy fikcyjnego Szatowa, był grą niezwykle niebezpieczną dla indywiduów takich jak Razumow.  Emigranci patrzą nań ze zdumieniem.  Są zadziwieni jego powściągliwością, gdyż przywykli do codziennych przechwałek „przybyszów stamtąd”, do szczycenia się udziałem w wyimaginowanych aktach, do górnolotnych deklaracji.  Razumow nie deklamuje oczekiwanych haseł, jest cyniczny, jest „niezadowalającym sceptykiem”, jak sam siebie określa.  Mimo to, nie podejrzewają go o nic.  Jego nagłe wybuchy są przedmiotem dyskusji i zadziwionego zakłopotania – pozostaje dla nich zagadką.  Zofia Antonowna, chłodna i przenikliwa rewolucjonistka, mówi mu w oczy: ty nas nie lubisz.  A w innym momencie: ugryzłeś coś gorzkiego w dzieciństwie.  Tak, odpiera Razumow, podobnie jak ty – ugryzłem Rosję.

Razumowa mierziło kłamstwo i udawanie, co nie jest dobrą postawą u tajnego wysłannika policji, w misji zdobycia informacji.  Był pełen odrazy dla rewolucjonistów, emigranci wydali mu się oszalałymi i ślepymi łajdakami, więc mówił im jak najwięcej prawdy, przez co się narażał.  Był porażony bezustanną „świadomością nieodwołalnego” (czyli losu Haldina), która wiodła go do mętnej, mrocznej i ponurej, ale także sardonicznej zadumy.

Rozmowa z Zofią Antonowną jest kluczowym punktem powieści i jest kapitalnie napisana przez Conrada.  Weteranka rewolucyjnego terroru próbuje przeniknąć przybysza, a on prostolinijnie i szczerze wpada w jej pułapki, po czym wywija się z nich bez najmniejszych oznak przemyślności, niemal przypadkowo.  Co krok popełnia błędy, które tak zbijają z pantałyku jego oponentów, bo są pozbawione śladu chytrości lub kalkulacji, co tylko zwiększa jego tajemniczość.  Scena ta jest bachtinowskim dialogiem, autentyczną, rzadką rozmową, wymianą zdań między dwojgiem inteligentnych ludzi, którzy zupełnie się nie rozumieją.  Oboje wypowiadają trafne obserwacje i formułują arcyciekawe myśli.  Celuje w tym zwłaszcza Zofia Antonowna, np. gdy mówi, że mężczyźni mają jedną przewagę nad kobietami, bywają natchnieni.  W tym stanie, gotowi są odrzucić codzienne męskie tchórzostwo i pruderię, ale to się rzadko zdarza.  Mężczyźni potrafią kochać i nienawidzić, podczas gdy kobieta jest zakochana w miłości i nienawiści – i w pożądaniu.  Kobietę niełatwo przekupić.  Jest tylko jeden fundamentalny wybór w życiu ludzkim: albo gnić, albo płonąć – i kobiety to rozumieją.

To jest świetnie powiedziane, jak zwykle u Conrada, ale sądzę, że zapoznaje inne elementy kobiecej natury, na przykład te znajdujące wyraz w macierzyństwie, w potrzebie bezpieczeństwa i stabilności.  W oczach terrorystki, takie życie było wegetacją na plugawej kupie bezeceństwa, jaką jest świat.  Było gniciem właśnie.

Życie, Razumow, żeby nie było podłe, musi być buntem – bezlitosnym protestem – bez ustanku.

Dostrzegała w swym rozmówcy moc rewolty i chłodny brak entuzjazmu, ale nie rozumiała, że buntował się przeciw niej i dyktaturze ludzi takich jak ona.  Razumow tymczasem rozmyślał nad szaleństwem rewolucji, nad pragnieniem zmiany za wszelką cenę; przemiany, której rezultatem będą złamane sumienia i zdruzgotane życia.  Trzeba przyznać starej rewolucjonistce rację: bunt jest w istocie wyrazem silnego indywidualizmu.  I dlatego być może nie ma już dziś takich ludzi…

Ale wyrazem indywidualizmu Razumowa był jego konserwatyzm.  Wyrazem buntu była u niego złośliwa ironia pod adresem zawodowych rewolucjonistów i Zofia Antonowna skarciła go za to.  Kazała mu przestać się czepiać, bo „kobiety, dzieci i rewolucjoniści nienawidzą ironii”!…  Pragną „instynktów zbawczych, wiary, poświęcenia, wszelkiego działania”.  Zaiste, stara terrorystka była mądrą kobietą.  Tymczasem Razumow, myślący konserwatysta, przychyla się do wizji Rosji w oczach Conrada.  Pod przenikliwym spojrzeniem starej rewolucjonistki myśli z goryczą, że „w świecie ludzkim nic nie da się odmienić – ani szczęście, ani nędza”.  Można je odsunąć kosztem zdławionych sumień i złamanych żywotów – ale jest to daremna gra dla aroganckich filozofów i krwawych błaznów.  Przypomnijmy, że Conrad pisał te słowa w 1911 roku, nie znał jeszcze bolszewickiej praktyki.  Zofia Antonowna była wolna od deklaratywnej retoryki, „odarta z mistycyzmu i teorii, była prawdziwym duchem destrukcyjnej rewolucji”.

Rewolucjoniści interpretowali samobójstwo obitego przez Razumowa woźnicy, Ziemianycza, jako dowód, że to on wydał Haldina – a Razumow wyśmiewał w duchu głupotę niewolników jednej idei.  Ziemianycz był w rzeczywistości zawiedzionym kochankiem, powiesił się nie z żalu za grzechy, ale z niespełnionej namiętności.  Cięgi od nocnego gościa, wyjaśniał pijak mistycznie: to musiał być diabeł!  Czy polski pijaczyna nie mógłby myśleć podobnie?  Pewność Zofii Antonownej, że obił Ziemianycza jakiś policyjny hycel, ma być również charakterystycznie rosyjska.  A kiedy Razumow spostrzega, że diabeł zadrwił w tej komedii omyłek, najpierw z Ziemianycza, potem z rewolucjonistów, a wreszcie z niego samego – to strofuje się z miejsca, że i on popada w rosyjski mistycyzm…  Diabeł pojawia się raz jeszcze w narracji Conrada, gdy tajny radca policji, Mikulin, porównany jest do odwiecznego Wroga Ludzkości.  Dla moralności zachodniego czytelnika relacja ze spotkań między Razumowem i Mikulinem nosiłaby być może złowieszczy ton faustowskiego kuszenia: Wróg prowadzi subtelnie kłamliwy dialog z duszą wiedzioną na manowce.

Pozwólcie mi tylko zauważyć, że Zły, z jego jedyną pasją, szatańską pychą jako jedynym motywem, jest jednak, w szerszej, współczesnej perspektywie, uznawany za mniej czarny charakter, niż go niegdyś przedstawiano.  Powinniśmy więc szacować z większą tolerancją odcień szarości zwykłego śmiertelnika, z jego wieloma namiętnościami i lichą obrotnością w grzechu, zawsze olśniony niegodziwym blaskiem mieszanych motywów, wiecznie od nowa zdradzany przez krótkowzroczną mądrość.

Chciałoby się powiedzieć za Beaudelaire’em, że największym zwycięstwem Szatana jest przekonanie ludzkości, że nie istnieje.  Konsekwentnie, największym nieszczęściem ludzkości jest uznanie go za „mniej czarny charakter”.  Ale cóż może być specyficznie rosyjskiego w sytuacji kuszenia młodego człowieka do współpracy z policją?  Ani w Tajnym agencie, ani w Donosicielu, policyjnymi konfidentami nie są Rosjanie.  Małoż to łajdaków na świecie?  Razumow rozmyśla na krótko przed wyznaniem swej winy, że brak mu wystarczającej prostoty, odwagi lub pewności siebie, by być łajdakiem pełną gębą lub człowiekiem wyjątkowym – to jest myśl Raskolnikowa.  Ale dodaje:

Bo któż u nas, w Rosji, odróżni łajdaka od wyjątkowo zdolnego człowieka?…

Wydaje mi się to pytaniem zasadniczym dla całej ludzkości i tak chyba widział je Fiodor Dostojewski.  Ograniczenie tej myśli do Rosjan ma bardziej mistyczne konsekwencje, niż Conrad chciałby przyznać.  Razumow i Natalia zostają zmiażdżeni nie przez ducha Rosji, nie przez cień autokracji, ale przez potworność rewolucji.  Kiedy zawiedziona i oszukana Natalia, heroicznie odrzuca myśl o własnym szczęściu, dławi swoje ja, to narrator nazywa to „charakterystycznie rosyjskim wyczynem samo-stłumienia”.  A dlaczego nie zbliżeniem do klasycznie chrześcijańskiego ideału?  Odrzuceniem własnego ja?  Samozaparciem?  Złożeniem siebie w ofierze?

Natalia snuje uroczo naiwną wizję powszechnej zgody, gdy zapomniani zostaną terroryści, jak jej brat, i denuncjatorzy, jak Razumow, a Conrad słyszy tylko typowo rosyjski milenaryzm.  Natalia wierzy gorąco w Rosję i w rewolucję, Zofia Antonowna nienawidzi Rosji, jest aniołem zniszczenia, Razumow jest sceptyczny wobec Rosji i nienawidzi rewolucji, a angielski narrator nienawidzi obu i wini Rosję za rewolucję.  Mamy tu więc zalążek „tezy rosyjskiej”, którą sformułował w wiele dekad później Józef Mackiewicz: „nic, tylko Rosja”.  Sataniczny bolszewizm, to wcielenie Rosji.  Stalin i Beria?  Typowa rosyjska autokracja.  Dzierżyński i Mienżyński?  Klasyczni rosyjscy oprawcy.  I tak dalej.  A że wszyscy byli antyrosyjscy, to nie wchodzi w rachubę.  Korzenie tej postawy, ku memu zgorszeniu, widzę we wspaniałej powieści Conrada.  Przytaczałem już słowa z Noty Autora z 1920 roku, gdzie przypisuje ten sam imbecylizm autokracji i anarchii.  „Ci ludzie, pisał, nie widzą, że mogą zaledwie zmienić nazwy.”  Jedyne wyjaśnienie fenomenu widział w zagadce rosyjskiej duszy.  „Ci ludzie”, to mają być Rosjanie, a nie rewolucjoniści.  Ten sam Conrad pisał parę last wcześniej o rewolucjonistach w Costaguanie – czyżby to byli Rosjanie?  Czy Marks i Mao, Castro i Pol Pot, to też Rosjanie?  A dzisiejsi piewcy rewolucji?  Mamy tysiące historycznych dowodów, że dusze ludzkie dotknięte straszną agitacją rewolucji, zachowują się wszędzie tak samo.  A przecież pogardliwy sarkazm, z jakim opisuje anarchistów w Tajnym agencie, nie pozostawia wątpliwości, gdzie leżały sympatie Conrada.  Ostatnie słowa Razumowa zapisane w jego straszliwym dzienniku, brzmią:

Jestem niezależny – moim przeznaczeniem jest zguba.

To jest słuszne „pod każdym niebem”.  W liberalnej Wielkiej Brytanii – zarówno dziś, jak w czasach Conrada – podobnie jak w obojętnej, drobnomieszczańskiej Szwajcarii i w autokratycznej Rosji.  „Kto sam, ten nasz największy wróg!…”  Jest dla mnie osobistą przykrością, że Joseph Conrad, jeden z najznakomitszych powieściopisarzy w ogóle, w tak wybitnej powieści, jak W oczach Zachodu, przyjmuje bezkrytycznie „tezę rosyjską”.  A tyle mają ze sobą wspólnego z Mackiewiczem, tak są sobie dziwnie bliscy.  Spójrzmy na przykład na deklarację Conrada w kwestii roli prawdy w uzasadnieniu zrębów sztuki:

Powinność zachowania absolutnej bezstronności została mi przekazana historycznie i dziedzicznie, przez szczególne doświadczenie rasy i rodziny, a także przez moje pierwotne przekonanie, że jedynie prawda jest usprawiedliwieniem każdej fikcji, która może mieć jakiekolwiek pretensje do sztuki lub mieć nadzieję zająć należne jej miejsce w kulturze swoich czasów.

Nawet słowa o specyficznym doświadczeniu i imperatywie bezstronności narzuconym przez historię i dziedzictwo – dziedzictwo ludzkiej przyzwoitości – nawet te słowa mógł był wypowiedzieć Mackiewicz.

Powieść Conrada opisuje tragedię trojga młodych ludzi zmiażdżonych przez monstrualne siły carskiej autokracji i rewolucyjnej przemocy.  Delikatnie mówiąc, sądzę, że Conrad mylił się w ocenie Rosji, ale ważniejsze wydaje mi się, że nie potrafię się zgodzić z tezą rosyjską ukrytą za conradowskimi „oczami Zachodu”.  Pomimo to, uznać muszę, że jest to artystyczna pomyłka najwyższej klasy.

Źródło:
Adres artykułu: https://wydawnictwopodziemne.com/2026/04/25/sen-raskolnikowa-czesc-xiii/
Kategorie: Michał Bąkowski, Sen Raskolnikowa
Zamknij
 |  https://wydawnictwopodziemne.com/2026/04/25/sen-raskolnikowa-czesc-xiii/