Tajemnica mackiewiczowskich opowiadań
Ludzkość znalazła się w tej fatalnej sytuacji, że nie wiadomo już czy niniejsze słowa są mego autorstwa, czy też wydałem instrukcje – albo „prompty”, jak to się mówi po polskiemu – jakiemuś programowi skrajnie sztucznej i mało bystrej pseudo-inteligencji, która w mgnieniu oka napisała to wszystko za mnie. Przyznano ostatnio nagrodę literacką jakiemuś lewackiemu bełkotowi – bo takie są zwyczaje jurorów literackich nagród, że tylko postępowe rzężenie może zwyciężyć – który okazał się być produkcją AI. W każdym razie, rzucono tego rodzaju oskarżenia na podstawie analizy języka. Barbara Toporska postawiła niegdyś diagnozę, że „propaganda zastąpiła dzisiaj wszelki sąd moralny, lub odwrotnie – każdy sąd moralny jest przyjmowany jako propaganda, co w skutkach na jedno wychodzi”. Naszła mnie ponura refleksja, że może stoczyliśmy się już na dno, gdy zestawianie słów przez komputery zastąpiło dziś literaturę lub na odwrót: literatura przyjmowana jest jako twór programów komputerowych – co w skutkach wychodzi na to samo. Jak mam udowodnić, że niniejsze jest moją produkcją, a nie jakiegoś nieinteligentnego programu? Deklaracja oczywiście nie wystarczy, gdyż sztukę pisania zastąpiła dziś „sztuka kreatywnego generowania tekstów”.
Skoro zatem nie warto czytać współczesnej nam produkcji literackiej – niniejszych słów nie wyłączając – to lepiej czytać literaturę, która z pewnością wyszła spod pióra, a co ważniejsze, stworzona została przez autentyczną i błyskotliwą inteligencję, a nie przez jej sztuczną namiastkę. Taką niedocenioną literaturą najwyższej klasy są krótkie formy autorstwa Józefa Mackiewicza.
Używam niezręcznego określenia „krótkie formy”, ponieważ bywają to opowiadania, wspomnienia, nowele, reportaże, gawędy, pamflety, a nawet krótkie powieści, tak bowiem można by zaklasyfikować „Kamienicę nad morzem”. Niektóre z nich przybierają formę alegorycznej przypowieści, a inne bywają stylizowane na bajkę. Jeszcze inne są publicystyką o wysokich walorach literackich. A może należy nazwać te krótkie formy mackiewiczowskie po prostu eseistyką? Problem z takim określeniem, że wypierał się go sam autor (choć trochę się chyba krygował, twierdząc, że nie wie, co to takiego ten „esej”). Z pewnego punktu widzenia, klasyfikacja jako taka, jest mi dość obojętna, bo kiedy ma się do czynienia z wysoką klasą, klasyfikacja jest niczym. Pytanie czy Jądro ciemności jest powieścią, nowelą czy opowiadaniem nęka badaczy, ale jest drugorzędne wobec treści i formy tej prozy. Jedno z najważniejszych dzieł literatury światowej, Notatki z podziemia…, ale zostawmy. Z drugiej wszak strony, tkwi w pytaniu o klasyfikację zajmujące intelektualne wyzwanie, żeby jakoś określić te dziwne formy. Sprawa ma dwa aspekty. Przede wszystkim, co wyróżnia krótkie formy mackiewiczowskie? Jaka jest ich differentia specifica? Ale także, czy można choćby niektóre z nich jednoznacznie zaklasyfikować? Medytując nad tą kwestią, doszedłem do wniosku, że charakteryzuje je pewna autorska jedność – jedność stylu i tonu. Specyficznie osobisty ton łączy pamflety i reportaże, publicystykę polityczną i liryczne opowiadania o miłości. Wspomnienia i bajki brzmią inaczej, gdy wyszły spod pióra Józefa Mackiewicza. Ów osobliwie osobisty ton nadaje także spoistość różnorodnemu materiałowi. Bo przecież źródłem może tu być artykuł w prasie, który wywołał wspomnienie – jak w wypadku „Burbiszek na Litwie” – bądź arcykomiczna rozmowa z przerażonym chłopem, który widział meteor; przyjście wiosny lub autentyczna katastrofa kolejowa, w której autor uczestniczył. Z tak różnorakich bodźców tworzy Mackiewicz integralną, artystyczną jedność poszczególnych dzieł. Wiele z nich pisanych było na kolanie – a być może ściślej, przy wódce, na restauracyjnym stoliku – dla prowincjonalnego dziennika, a zawierają do dziś prozę najwyższej miary. Inne, tworzone były zapewne z myślą o włączeniu do jakiegoś przyszłego wyboru opowiadań – a są pośród nich autentyczne mikro-arcydzieła – wyboru, którego już autor nie doczekał. Jak to? – powie czytelnik – przecież tom Pod każdym niebem wyszedł za życia autora, a nad kolejną jego wersją, pt. Ściągaczki z szuflady Pana Boga, pracowali oboje małżonkowie na krótko przed śmiercią. To prawda. Ale nie doczekał ukazania się wyboru pt. Tajemnica żółtej willi.
Jak dotąd, nie wynikają z tych wszystkich dywagacji jakiekolwiek wskazówki genologiczne. Ale może coś jeszcze łączy te krótkie formy: ton i styl są dobrym śladem, który prowadzi wprost do – osobowości autora. Jedyna w swoim rodzaju wrażliwość pisarza, kształtowana w robocie dziennikarskiej, wyczulona była na sprawy, uwikłania, odbicia i znaczenia, które umykały innym obserwatorom. Dziennikarstwo dostarcza tu nowych, interesujących perspektyw – pójdźmy tym tropem. Inaczej niż przeogromna większość pisarzy XIX i XX wieku – znaczącym wyjątkiem w tym względzie był Fiodor Dostojewski – Mackiewicz nie wyrażał nigdy pogardliwego obrzydzenia dla dziennikarstwa. Dostojewski sam uprawiał publicystykę, ale co ważniejsze, cenił dzienniki jako źródło wiedzy o świecie – i z Mackiewiczem było podobnie.
Wolno chyba zaryzykować twierdzenie, że Mackiewicz miał pasję dla reportażu, od wchłaniania kontekstu wydarzeń począwszy, przez odkrywanie skomplikowanych interakcji między uczestnikami, ich wewnętrznych konfliktów i skrywanych motywów, aż do nadania zwartej formy artykułu w dzienniku, nigdy nie tracąc z oczu szerszego znaczenia. Posiadał niespotykany słuch dla subtelnych odcieni dialogu; słuch i pamięć dla lokalnych żargonów i dialektów, bo przecież inaczej mówiono na poleskich błotach, a inaczej na Żmudzi; inna była wileńska wymowa niż dialekt rybaków znad Narocza. A jednocześnie odnajdywał w geście, w splunięciu, w bezradnym zmięciu czapki w rękach, nieoczekiwane pokłady znaczeń. Przy tym wszystkim potrafił zachować w pamięci elementy składowe rzeczywistości aż do niespodziewanych szczegółów, miał np. niezwykłą pamięć węchową. Barbara Toporska była zdania, że zmysł obserwacyjny wykształcił jej mąż w ułańskim siodle, „kiedy zagajnik, wykrot w gruncie, w który zawalić mógł się koń z jeźdźcem, były sprawą życia i śmierci”. Trzeba jednak było duszy artysty i wielkiego talentu, by stworzyć z tych szczegółowych obserwacji wiarygodny, integralny obraz opisywanych wydarzeń. Czy wolno jednak zaklasyfikować jego krótkie formy po prostu jako „mackiewiczowskie”?
W kwestii typologii tych form Mackiewicza zabierali głos Fitas i Bolecki – nie zgadzałem się z nimi, ale tym razem nie poddam się mym polemicznym zapędom. Mackiewicz nie znosił szufladkowania, zabawne jednak, że był zwolennikiem innego rodzaju klasyfikacji – w wypadku typologii zwierząt.
Oto na przykład trójpalczasty dzięcioł, pospolity w Puszczy Białowieskiej, według klasyfikacji zoogeograficznej należący do północnego, tak zwanego „regionu tajgi”, okazał się być nie odmianą północną, jak by się można było spodziewać, ale karpacką. W warszawskich muzeach były okazy tego dzięcioła z różnych krajów, ale akurat ani jednego z Puszczy Białowieskiej! Oczywiście, ludziom nie znającym tajników zoogeografii wydaje się, że to, czy brzuszek dzięcioła ma odcień jaśniejszy, czy ciemniejszy, nie jest sprawą o pierwszorzędnym znaczeniu, a raczej drobiazgiem. Ale właśnie z drobiazgów zbudowano ogromny gmach nauk przyrodniczych. Mój profesor wręczył mi niemiecką książkę i polecił natychmiast jechać do Puszczy Białowieskiej, by mu przywieźć nie podporządkowującego się naukowej klasyfikacji dzięcioła.
Można oczywiście powiedzieć, nie bez słuszności, że klasyfikacja przyrodniczych gatunków, to co innego niż klasyfikacja dzieł sztuki, ponieważ to pierwsze jest odkrywaniem praw istniejących w naturalnym świecie, a to drugie jest nałożeniem, żeby nie powiedzieć narzuceniem, zewnętrznych, formalnych prawideł na wolny świat twórczości. A jednak w podejściu Mackiewicza jest zalążek zasady, którą można także odnieść do genologii dzieł literackich. Rzecz w tym, by szanować różnorodność i jednostkowość w ustalaniu przynależności do poszczególnych kategorii. Zmierzam do paradoksalnej konkluzji, że w tym przypadku, choć genologia nie jest zajęciem zupełnie pozbawionym znaczenia, odrzućmy ją, niech ją szlag trafi.
Weźmy artykuł pt. „Kisliakowy” z 1949, który znalazł się następnie w wyborze Droga Pani… Mackiewicz przeprowadza w nim tezę, że warstwa inteligencji reaguje tak samo na sowietyzację pod każdą szerokością geograficzną. Jest to znakomita publicystyka. Większość artykułu zajmują wspomnienia z Wilna, z czasów okupacji sowieckiej. Opowiada, jak próbował sprzedać starą karabelę, jak domagano się, by hasła bolszewickie były po polsku, a nie po litewsku, jak miał dostosowywać klasyków do „ducha czasu”. Innymi słowy, są to sytuacje opisane następnie w fabularnym kontekście Drogi donikąd, mamy tu więc klasyczny przykład, jak trudno oddzielić u Mackiewicza publicystykę od literatury.
Opowiadanie o Arkadiuszu-fantaście, cóż to jest? Nie może to być fikcja, bo opowiadał tę historię „przyjaciel, Rosjanin, obecnie człowiek już starszy, a więc godny zaufania”. Znaczy się prawda szczera o choince ściętej seriami z Maxima, o wigilii podczas zadymki, i o niespodziewanej wizycie niemieckich kirasjerów w pikielhaubach. I nawet spotkanie z Lejbą Trockim w cyrku w Mohylowie, gdy zbierali oklaski, bo tak pięknie odgrywali cyrkowe lwy, nawet i to musi być prawdą, bo przecież tylko prawda jest ciekawa. No, i skończył Arkadij Iwanienko w łapach czekistów, inaczej być nie mogło w prawdziwej historii.
W pięknym tekście pt. „Z okupacyjnych wspomnień”, pisze o cudnym życiu niemieckich dragonów stacjonujących podczas Wielkiej Wojny w polskim dworze.
Koni cugowych dwory litewskie wprawdzie już nie miały, ale roboczych zamiast siedemdziesięciu, stało jeszcze na stajni ze czterdzieści, a jeżeli zamiast przedwojennej cyfry stu anglerów i pięćdziesięciu holendrów, wypędzano na paszę z dziewięćdziesiąt sztuk tego bydła – to starczyło jeszcze i mleka, i masła, i sera, i maślanki dla dworu, czeladzi i dragonów. Tam, gdzie wojna przebiegła tylko butami tyraliery po skibach, musnęła zaledwie kłosy pszenicy, nie zdeptała owsa, nie spaliła sadyb ludzkich, w ogóle nie wryła się w ziemię rowami okopów, a tak było na Żmudzi – tam odczuwać się dawała w sposób znikomy: cukier zastępowano miodem, naftę karbidem, świece i mydło robione były w domu, gazetę zastępowała kompilacja pantoflowej poczty z plotkami Gendarmerie Station lub Amtsvorsteher.
Żyło się wspaniale, ale utyskiwano, bo przecie wojna. A potem odeszli Niemcy, przyszły bandyckie napady i „w takich warunkach trzeba było do świąt Bożego Narodzenia się przygotować, kutię spreparować, żeby i kisiel, i mleko makowe, i ryba”. I tylko „od wschodu szły groźne chmury”.
Opowieść o wileńskiej demonstracji z 1918 pełna jest charakterystycznych szczegółów – niemiecki piechur, który waha się zaatakować Dowborczyka, bo rozpoznaje w nim oficera – ale może najbardziej typowe, że nikt już nie pamięta przyczyn gwałtem stłumionej manifestacji.
Wrażenia indywidualne z przeszłości nie podlegają rewizji. Są zawsze głęboko subiektywne. Stają się z wiekiem częścią składową organizmu. Niepodobna ich wyrwać jak się wyrywa ząb. Wrastają do środka i zapadają tam na zawsze.
Tylko okoliczności polityczne uleciały z pamięci. Można się w tym dopatrzeć nie wypowiedzianej przestrogi, że pogrążamy się w doraźnych sporach, gdy „ten trzeci korzysta”:
Już w kilka miesięcy potem wkroczyli do miasta bolszewicy po raz pierwszy. Po raz drugi w 1920 roku. Po raz trzeci w 1939. Po raz czwarty w 1940. Po raz piąty w 1945…
Czy to jest publicystyczny wtręt, nie na miejscu w pięknym opowiadaniu? Czy po prostu stwierdzenie stanu faktycznego? W moim mniemaniu, jest to integralna część mackiewiczowskiego stylu.
„Burza-bitwa-burza”, to wojenne wspomnienie o koszmarnej ucieczce przed bolszewikami. Śmiertelnie zmęczeni ułani zostają napadnięci przez awangardę armii konnej Gaja.
Sen, ten jeden, ostatni dla wielu, najcięższy sen o najstraszliwszym przebudzeniu, wbił się niejako klinem w świadomość, zmieszał z nią w okropną malignę rzeczywistości i nie dał nam przyjść do siebie, rozeznać sytuacji, swoich od wrogów, własnego od cudzego wierzchowca. Noc i sen, światło rakiet i nieprzerwany jazgot karabinów maszynowych, huk ręcznych granatów, zamienił nas, żołnierzy, w rozmiękłe, nasiąkłe paniką kupy, które uchodziły bezładnie.
A po paru dniach, na bezprzytomnych niedobitków, majaczących w bojowym rozprężeniu, spada burza…
I jak bezrozumny płaz, co żyje tylko instynktem, drgnął rozsypany pokotem pułk i wdrożonym instynktem wojny, skoczył w ciemności na nogi, bez opamiętania, bez ładu i planu.
Niezdolni odróżnić błyskawic i grzmotów od armat i rakiet, ułani rzucili się w panice do nieprzytomnej ucieczki.
Tekst pt. „Ech, puszcza…” jest, technicznie rzecz biorąc, polemiką z artykułem Buczynskiego w Russkiej Mysli o Puszczy Białowieskiej. W rzeczywistości jest arcydziełem – och, wiem, wiem, że nadużywam tego określenia, ale jak inaczej nazwać taki majstersztyk prozy? Polemika jest tu zaledwie pretekstem do wspomnień na temat „zetknięć” Mackiewicza ze starożytną puszczą – ale być może i one są tylko pretekstem dla snucia gawędy o odwiecznej kniei. Na wieść, że spłonął dom myśliwski, który gościć miał Chruszczowa i Gomułkę, Mackiewicz konkluduje:
Otóż mnie nie żal tego zameczku myśliwskiego. Nie żal mi i założonego przeze mnie muzeum. Niech tam! Lepiej, żeby spłonęły niż… Bo do tego stopnia jest mi wstrętna myśl, że w tym zameczku, we wspaniałym parku, w samym sercu najpiękniejszego lasu Europy, oddychając jego powietrzem, spotka ją się dwaj kom-szalbierze, by prowadzić rokowania ku szkodzie całej ludzkości, a wieczorem, przy dialogu nocnych ptaków w oddali, rozwalą się w fotelach i, popijając żubrówkę, będą może bluźnić, wspominając sprawy minionych dni.
To jest polityczny komentarz, który Kultura nazwałaby „popisem niepoczytalności”, ale ja nie widzę tu żadnego zgrzytu. W impresji z cmentarza na Rossie dodaje refleksję:
Wszystko w obszarze nieobjętej przeszłości zlewa się razem, równuje, traci hierarchiczną wartość – rozbity wazonik czy kanarek w klatce tyleż wspomnień obudzić może, co wielkie zdarzenie polityczne, bo to i tamto nie powróci już nigdy… Liście tylko padają jak ongiś, wiatr jesienny dmucha, a w domu czeka posiłek nie tknięty. A, niech czeka na zdrowie! Co on znaczy wobec tego wszystkiego, tego wszystkiego – co było!
W reportażu-noweli o katastrofie kolejowej, Mackiewicz obserwuje pierwotnie współpasażerów. Elegancka dama z krótko obciętymi włosami musi być „peowiaczką”, inna wydaje mu się lekarką. Starszy mężczyzna ma rysy uczonego-taternika, a facet w cwikierach wygląda na dyrektora departamentu. W katastrofie opadły z nich przybrane miny i pozy, jak źle pasujące fatałaszki. Strach, a potem ulga i radość z szczęśliwego ratunku przemieniła wszystkich. Nagle stali się rozmowni, odnaleźli wspólnych znajomych. Autor konkluduje, że ludzie nie są otwarci ze sobą: „z niedomówień wywołujemy kliszę życia, otrzymując niedoskonały negatyw”. Czytelnikowi, który wie, co się wydarzy za niespełna rok – wypadek miał miejsce we wrześniu 1938 – narzuca się metaforyczna analogia z nadchodzącą katastrofą dziejową, kiedy spoza nałożonych masek konwenansów, wylezą straszne gęby.
Wojna przyniosła ruinę wszelkich dążeń i zastąpiła je zwierzęcym pragnieniem przetrwania. Największą radością było odwołanie alarmu, mimo że wszędzie wokół pozostały tylko gruzy.
Aktorzy zeszli ze sceny, pozostały nagie kulisy wojny, bezbarwne, przypalone ogniem, cuchnące, dostępne o każdej porze dla publiczności, która jeszcze tak niedawno za wstęp na widownię płaciła strachem śmiertelnym, bliższe miejsca wykupując własną krwią.
A po latach, gruzy porastają drzewami, w załomach murów kryją się drapieżne sowy.
Cóż za zwycięstwo! Żadna dziewicza puszcza nie może robić podobnego wrażenia. Zwycięstwo dumne, zwycięstwo przyrody nad zdruzgotanym murem, przewodami, balkonem, kaflą i wapnem, paskudną wanną, w której teraz stoi woda deszczowa i nie wysycha. Rośnie, idzie, pnie się ku górze inne, tamto życie, odwieczne!
Wszystko to wiedzie mnie do tytułowego opowiadania w zbiorze: „Tajemnica żółtej willi”. Wiele jest w literaturze tego rodzaju wspomnień. Stary człowiek przyjeżdża po upływie wielu dekad na miejsce, gdzie spędził radosne chwile dzieciństwa. Tytułowa żółta willa pozostaje tak samo tajemnicza, jak była przed dziesiątkami lat w oczach dziecka. Jednak Mackiewicz napisał na kanwie tego utartego schematu poemat o przemijaniu. Beztroskie dzieciństwo staje się tu symbolem beztroski świata przed potwornościami, które miały go zniszczyć. Podróż zamożnej rodziny z odległego Wilna na Lazurowe Wybrzeże; śmieszne i zdumiewające dla dziecka kiwanie głowami nad „biednymi ludźmi z rosyjskiego zaboru”; zabawni ludzie w pensjonacie, górującym na przepięknym Cap-Ferrat; znudzeni aktorzy i członkowie ekipy filmowej, która kręci niemy film w ślicznym pensjonacie – wszystko to jest tłem dla przeżycia, które pozostawiło głęboki ślad w świadomości małego chłopca.
Umykając przed kuszeniem filmowców, by stał się dziecięcą gwiazdą niemego kina, znalazł się w opuszczonym starym domu, wobec porzuconych mebli, poczerniałych portretów, resztek życia:
Wtedy nie umiałem sprecyzować uczucia, jakie mnie ogarnęło. Dziś wiem, że było to jedno z tych olśnień, których doznaje się wyłącznie przez własne doświadczenie. Wtedy żyłem jeszcze w przekonaniu, że szprychy dni obracają się wprawdzie w kole, ale koło to stoi w miejscu. I oto nagle zrozumiałem dlaczegoś w tej chwili, że ono nie stoi, że się toczy i – toczy w nieznane. O życiu nie miałem pojęcia. Nagle miałem je przed oczyma: słońce i cień, młodość i pleśń, dom i grób, życie i śmierć. A wszystko razem: tajemnica. Nigdy jeszcze nie doznałem tak oczywistego wrażenia, że podpatruję życie obcych ludzi, jak właśnie w tej chwili, gdy obok nie było żywej istoty.
To wówczas zrodziła się w duszy chłopca refleksja wypowiedziana wiele lat później, że „wszystko w obszarze nieobjętej przeszłości zlewa się razem”, choć nie umiał jej jeszcze wówczas wyartykułować. Ta myśl legła u podstaw całej twórczości Mackiewicza i przenika jego publicystykę, jego powieści i wszystko to, co trudno zaklasyfikować.
Tymczasem świat runął.
Życie stało się źle-wychowane, mówiło się o rzeczach szorstkich, czasem cynicznych. Kwiaty więdły i rozkwitały. Za kwiatami na grzędach poszły kwiaty na trumnach. Później trumny bez kwiatów. I tak oto…
Minęło czterdzieści pięć lat.
A od czasu napisania tego przepięknego opowiadania upłynęło niemalże lat siedemdziesiąt. Piękny cypel Cap-Ferrat, i sąsiadujące z nim Villefranche i Beaulieu-sur-Mer, są dzisiaj domeną multi-miliarderów, których ogromne jachty zacumowane nieopodal, na redzie Monaco, przyciągają uwagę gapiów zadurzonych w blichtrze. Ale już przed Wielką Wojną Lazurowe Wybrzeże było zarezerwowane dla ludzi majętnych, choć niepomiernie bardziej kulturalnych, takich jak rodzice Józefa.
Porzuciłem bez żalu genologiczną klasyfikację, a czy nie tak samo jest z czasem? Czymże jest upływ czasu wobec klasy? Jak stare wino, Mackiewicz z czasem staje się tylko smaczniejszy.