„Bezsens” polski
Mam przed sobą niepełny, złożony zaledwie z kilku numerów, zbiór periodyku zatytułowanego Polska Niezawisła, organu P.S.D., jak podpowiada skromna winieta, czyli Polskiego Stronnictwa Demokratycznego. Pismo ukazywało się w latach 1945-1946. Inicjatorem, założycielem, kierownikiem był piłsudczyk i polityk o niebanalnych horyzontach, Henryk Józewski. Po nastałej z dniem 22 lipca 1944 rzeczywistości politycznej (tej samej, z którą mamy nieprzyjemność stykać się współcześnie), pomimo politycznych koneksji, środków, możliwości, próśb i nalegań, postanowił nie opuszczać Polski, walcząc w warunkach konspiracji aż do początków lat 50. przeszłego wieku, gdy po niemal dekadzie ukrywania się, został pojmany przez bolszewików.
Bolszewików znał dobrze, i w przeciwieństwie do większości polityków, swoich zapatrywań nie weryfikował pod naciskiem zmiennych prądów. Jego atutem było doświadczenie, konspiracyjne i polityczne, liczone dekadami — pierwsze kroki w obu dziedzinach stawiał przed wybuchem wojny europejskiej, z czasem przechrzczonej na światową, a zamach bolszewicki 1917, wylewanie się zarazy na zachód obserwował naocznie, w Kijowie do grudnia 1919:
Śmierć snuła się nieustannie poprzedzana cierpieniem fizycznym i moralnym. Panowała niewola, o jakiej „nie śniło się” filozofom. Co noc i co chwila człowiek był świadkiem przemocy, rozbestwienia, deptania godności ludzkiej, zbrodni, zadawania męczarni. W każdej chwili świadek mógł się stać obiektem i ofiarą. W każdej chwili władza mogła porwać człowieka w swe tryby i robić z nim, co się jej podoba. Nazywało się to walka z reakcją i kontrrewolucją. Na widok najmniejszego oporu władza wpadała w szał i stosowała bestialskie środki.
Uznany przez bolszewików za wroga numer jeden, narażony na dekonspirację, zmuszony był uciekać z miasta. Zdołał dobrze zapamiętać nabytą lekcję. Stąd, wiele lat później, w toku działań wojennych, w początkach 1943, kilka tygodni przed ujawnieniem zbrodni katyńskiej, gdy rząd Sikorskiego gorączkowo szukał sposobu na poprawę stosunków z Kremlem, pisał z goryczą:
Klęską Polski jest zbyt powolne dojrzewanie prawdy o Rosji. Klęską Polski jest łatwe przechodzenie do porządku dziennego nad popełnioną nad Polską przez Rosję zbrodnią. Klęską Polski jest nie posiadająca podstaw kompromisowość w stosunkach polsko-rosyjskich, tam gdzie kompromis przekreśla podstawy naszego istnienia, przekracza granice godności i honoru narodu.
Prawda o Rosji musi się stać tak samo, powszechną i oczywistą, jak prawda o Niemcach. To są dwie podstawowe pozycje narodowej samowiedzy i instynktu samozachowawczego narodu. To są dwie podstawowe przesłanki polskiej myśli politycznej, które zapoznane być nie mogą.
Wyrażał rzadkie i niepopularne poglądy, zestawiając oba zagrożenia: niemieckie i bolszewickie. Jego spostrzeżenia pozostają w bliskości z tym, co w tym samym czasie myślał i o czym pisał Józef Mackiewicz.
Cały naród polski stanąć powinien do walki z bolszewickim upiorem — pisał Józewski 12 marca 1942 w numerze 5 periodyku Polska Walczy — który się pomiędzy nami znalazł, i który podjął zbrodnicze dzieło naszego zniszczenia. W pierwszym rzędzie do walki tej stanąć powinny świat robotniczy i chłopski, które posiadają możność najskuteczniejszego odparowania grożącego Polsce niebezpieczeństwa. Polska inteligencja w bratnim zespoleniu z polskim chłopem i robotnikiem przeciwstawić się musi snobizmowi środowisk bolszewizującej inteligencji i walczyć z jadem bolszewickiej propagandy. Jest rzeczą konieczną, aby Rząd polski w Londynie złożył wobec rządu sowieckiego kategoryczny protest z powodu działania agentów bolszewickich w Kraju.
Tak przedstawiał Józewski zagrożenie związane z aktywnością ppr, poszukiwał środków zaradczych, ujawniał istnienie snobizującej się na bolszewizm inteligencji, podpowiadał rozwiązania dyplomatyczne. Nie na próżno, choć bez bezpośrednich rezultatów.
W niedatowanym artykule Okupacja niemiecka i „wyzwolenie” rosyjskie (tekst istnieje jedynie w maszynopisie), pisanym zapewne jesienią 1946 (nie później niż w styczniu 1947), przeprowadził porównanie dwóch okupacji: niemieckiej i sowieckiej, zanotował też kilka uwag na temat niedawnych aliantów:
Stosowany przez Rosję system rządzenia Polską pomimo, że nie zagraża w takim stopniu jak okupacja niemiecka biologicznym podstawom narodu, w stopniu większym niż za czasów niemieckich godzi w podstawy moralne życia polskiego.
Za czasów okupacji niemieckiej, gdy Polska walczyła z Niemcami, mocarstwa zachodnie były naszym sprzymierzeńcem bez zastrzeżeń. Podczas okupacji rosyjskiej — która w języku urzędowym nosi miano „wyzwolenia” Polski przez Rosję Sowiecką — stanowisko mocarstw nie pokrywa się z postawą Polski walczącej o wolność. Sojusznicy nasi nie są przeciwko nam, ale są z Rosją Sowiecką. Doprowadza to do paradoksów. Frank-Bierut niemiecki — zasiada na ławie oskarżonych w Norymberdze. Bierut-Frank sowiecki — urzęduje w Belwederze i przyjmuje ambasadorów mocarstw.
Terror niemiecki wytoczył z Polski krew — system rosyjski zatruwa ducha polskiego. Efektem terroru niemieckiego były miliony pomordowanych Polaków — efektem terroru rosyjskiego, poza aktami niemniej bestialskich mordów, jest śmierć moralna i spodlenie tysięcy Polaków.
Wspominałem nieco wcześniej, że poglądy Józewskiego pozostawały w bliskości z zapatrywaniami Józefa Mackiewicza. Zacytuję fragment artykułu tego ostatniego, datowanego znacznie później, bo na styczeń 1950, który w szczególnie plastyczny sposób tę zbieżność potwierdza:
Pod egidą Franka zatruto trochę mniejszą ilość Polaków fizycznie, niż pod egidą Bieruta wydaje się egzemplarzy pism, broszur, książek, ulotek, rozporządzeń, decyzji i innych przejawów akcji, zmierzającej do zatrucia moralnego. — Wiem, że mi niejeden przerwie w tym miejscu: „To jest o wiele mniejsze zło w skutkach!” — Jeżeli nawet, to w zamiarach nie mniejsze. A jeżeli zechcemy się upierać przy wywyższaniu dóbr duchowych nad materialnymi, to będzie większe.
W numerze 8 Polski Niezawisłej z kwietnia 1946 po raz kolejny Józewski podejmował kwestię bolszewickiego „wyzwolenia”:
Cała Polska — jak długa i szeroka — wie, że „wyzwolenie” rosyjskie wyzwoleniem Polski nie jest, a jest formą swoistą okupacji. Polska czyni wszystko, by spod okupacji rosyjskiej się wydobyć. Polska walczy o wolność i walczyć będzie.
Tymczasem monopol na demokrację objęli agenci sowieccy. Walcząc o wolność, walczymy z agentami sowieckimi — w walce o demokrację spotykamy w charakterze przeciwnika „urzędowych demokratów”. I to budzi konsternację… mówimy przecie — to są także demokraci, są to ludzie, którzy przeprowadzili reformę rolną i upaństwowienie przemysłu, a więc zrealizowali, lepiej czy gorzej postulaty demokracji polskiej. Czy można z nimi walczyć i czy istnieje potrzeba walki?
Jako publicysta usiłował objaśniać subtelności złożonej sytuacji, sprzeczne sygnały płynące z przestrzeni publicznej, rysować obraz rzeczywistości w nie do końca mrocznych barwach. Można by sądzić, że miewał problemy z negacją zapadłego porządku — pozór. Przekonywał, że demokracja i „demokracja” bolszewicka to rozbieżne pojęcia. Powtarzał swoją mantrę:
„wyzwolenie” rosyjskie wyzwoleniem Polski nie jest — Rosja nie jest wyzwolicielem, ale okupantem. I to coraz bardziej znienawidzonym.
Przynajmniej w wystąpieniach publicznych, na łamach wydawanej przez siebie prasy, nie tracił wiary w mądrość ludzi. Dowodów nienawiści, czy choćby niechęci wobec okupanta, mniej lub bardziej tajonych, nie brakowało.
Podłość przelewa się rynsztokami cuchnącymi. Męty społeczne i oportunizm rozrastają się jak liszaj. Ale Polska się broni. Polsce rady nie dadzą. Nikt nie wypruje z żył polskich walki o wolność, o przyrodzone Polsce prawa, o Wilno i Lwów. Polska walczy, pomimo sprzeniewierzeń i zdrad, pomimo ugody, pomimo trądu demoralizacji życia pod wpływem działania rozkładowego okupanta, pomimo nieporozumienia i kłótni między Polakami.
Nie był wolny od akcentów propagandowych, krzepienia serc rodem z sienkiewiczowskiej trylogii. Bo, czy Polska potrafiła się „bronić”? Czy istotnie wolno było wyrażać kategoryczne przekonanie, że „Polsce rady nie dadzą”?
Polska Niezawisła przestała wychodzić jesienią 1946. Trudno jest zatem stwierdzić czy i jak ewoluowały poglądy Józewskiego, wiara w niezłomność ludzi. Jego wspomnienia (pisanie rozpoczął za kratami Wronek) nie dają klarownych odpowiedzi. Pomocny, poprzez analogię, może się okazać fragment artykułu z lipca/sierpnia 46 Wiadomości z Rosji Sowieckiej:
Pewnikiem takim jest fakt panowania terroru i strachu powszechnego — w rozmiarach niedostępnych pojmowaniu mieszkańca Europy. 90 prc. ludności jest przeciwne rządom obecnym, jedynymi uczuciami jakie obywatel sowiecki żywi dla swego rządu są nienawiść i strach. Ludzie boją się wypowiedzieć głośno swe myśli…
Nie bagatelizował przeciwnika, nie podzielał jednak wiary w możliwość sowietyzacji, wywracania duszy ludzkiej na nice. Strach z jednej, nienawiść z drugiej. Ta ostatnia jest nierównie silniejszym uczuciem, o które opierać można nadzieję. Wypowiedź przywodzi na myśl prowadzoną na łamach WP debatę o potencji antykomunizmu w peerelu. Czy wewnętrzny marazm, wymykający się niekiedy spod kontroli, może być impulsem dla wywrotowej myśli? Czy może przerodzić się w myślozbrodnię, jak ujmował to Orwell? Czy taka myśl zdolna jest zapoczątkować działanie? — Chmara pytajników. Byłoby inaczej, gdybym znał odpowiedź. Tej, tak mi się zdaje, nie mógł być pewien także Józewski. A jednak nie poddawał się; analizował życie dookoła; wytykał błędy; wskazywał pułapki; formułował przestrogi. W artykule Ugoda z maja 1946 pisał:
Ugodę rodzi niewola. Ugoda bez niewoli nie jest do pomyślenia. Afirmacja ugody jest nonsensem, jak byłaby nim afirmacja niewoli. Pomimo to ugoda szuka zawsze afirmacji i usprawiedliwienia — chce dowieść, że jest wyrazem „trzeźwej myśli politycznej dobrze myślących Polaków”.
W jednym z numerów poprzednich poddaliśmy analizie zjawisko współpracy ofiary z oprawcą. Wykazaliśmy, że istnieje zakres współpracy obejmujący niedającą się uniknąć technikę życia i taka współpraca jest poza oskarżeniem moralnym. Oskarżenie moralne ma miejsce wtedy, gdy współpraca ofiary z oprawcą posiada treść ideową i polityczną. I to jest ugoda we właściwym jej znaczeniu.
Jaką formą ugody był udział w referendum z czerwca 46, techniczną czy amoralną? Polityczne środowisko Józewskiego, Komitet Wykonawczy Polskiego Stronnictwa Demokratycznego, którego przedstawiciele sygnowali stosowne oświadczenie, nie dawało jednoznacznej odpowiedzi. Padło co prawda stwierdzenie, że referendum „to jeszcze jeden akt sfałszowania woli Polski”, ale nie ma tam wezwania do zaniechania uczestnictwa w tej bolszewickiej farsie. Czyżby ugoda techniczna obejmowała udział w oficjalnym życiu politycznym? Taka deklaracja się nie pojawia. Jest za to podsumowanie wyników. W brzmieniu, niemal euforyczne. Bolszewicy przegrali z kretesem:
Zwycięstwo odniosła Polska Podziemna, to znaczy Polska, która uczuć swych i myśli nie może wyrazić legalnie w dzisiejszych warunkach.
Co więcej:
Referendum nie jest również zwycięstwem Mikołajczyka — mówimy tu o zwycięstwie faktycznym, nie formalnym — dało ono bowiem jeszcze raz świadectwo, że o współpracy z Rosją Sowiecką mowy być nie może, a współpraca jest podstawą wiary politycznej Mikołajczyka i na niej oparta jest polityka PSL.
Czy przemknęła mu przez głowę myśl, że techniczny wymiar ugody ryzykownie zbliżył się do skraju absurdu? Czy uczestnictwo w czymś takim nie „godzi w podstawy moralne życia polskiego”? Czy to dylemat bez rzeczywistego znaczenia, czy przeciwnie — niewybaczalny błąd? Osobiście, skłaniam się zdecydowanie ku drugiej odpowiedzi. Nie da się bolszewickiego fałszu zwalczać zachętą do partycypacji w jego przejawach. Józewski był innego zdania.
W ostatnim (zapewne) numerze Polski Niezawisłej z października 1946 przedstawiał coś w rodzaju programu działania. Po raz kolejny pozwolę sobie zacytować obszerne fragmenty:
Przeżywamy okres przejściowy — Antrakt pomiędzy wojnami. Jedna już była, druga będzie, pomimo symptomów uspokajających i układów, które się toczą. Zbrojenie się świata jest rzeczywistością oczywistą.
Zadaniem naszym jest przetrwanie antraktu w możliwie dobrej formie. W warunkach w jakich żyjemy, możemy jedynie prowadzić walkę obronną. Prowadząc ją musimy unikać rozgrywek jawnych, zachować zimną krew i nie dać się sprowokować do wystąpień, które ofiary niepotrzebne pociągają. Jest to nakaz Polski nieurzędowej — Polski Podziemnej.
Metody organizacji Polski Podziemnej muszą być dziś inne jak za czasów okupacji niemieckiej i zadania konkretne są inne. Nie mamy na celu powstania i walki zbrojnej jawnej. Chodzi o zachowanie potencjału energii niepodległościowej i jej rozrost w okresie antraktu. Chodzi o wzmożenie łączności duchowej narodu, o wspieranie się wzajemne w obronie polskości w każdym przejawie życia…
Trudno nie mieć respektu wobec człowieka, który z własnego wyboru przetrwa w konspiracji łącznie dwadzieścia lat. Jego postawa jest pozbawiona jakichkolwiek przejawów koniunkturalizmu. Pisząc o „ofiarach niepotrzebnych” ma na myśli ofiarę krwi. Jak na człowieka, który w 1939 wraz z generałem Tokarzewskim-Karaszewiczem zakładał pierwszą organizację wojskową, Służbę Zwycięstwu Polski, stanowisko zdecydowanie mniej bojowe. Co spowodowało tę odmianę? Czyżby ofiary wojny liczone w milionach, czy powód był inny — zamiana wroga, stosowanych przez niego metod, możliwości?
Ewentualność konfliktu zbrojnego na dużą skalę była mniej prawdopodobna aniżeli w roku 1939, choć nie można stwierdzić, że była iluzoryczna. Sam Józewski był przekonany, że do wojny dojdzie, a zatem musiał widzieć dla walki realne perspektywy. A jednak, w 1939 bez wahania przystąpił do świeżo tworzonej wojskowej konspiracji, z najściem sowietów — nie starał się o taki przydział. Gdzie tkwi problem? Gdzie różnice? W obu przypadkach partyzantka nie miała znaczenia ze strategicznego punktu widzenia. W obu (mój subiektywny pogląd) miała ogromną wagę ideową i polityczną. W przypadku okupacji sowieckiej, także wielkie znaczenie psychologiczne, bo „bolszewicy niczego tak bardzo nie boją się na świecie, jak strzałów, strzałów wśród… ciszy”. Odnoszę wrażenie, że Józewski był zwolennikiem takiego właśnie poglądu. Skąd zatem powściągliwość w strategicznym myśleniu, pasywność?
Mam przed sobą zaledwie jeden artykuł, w którym Józewski podejmuje temat walki partyzanckiej. Nosi tytuł Chłopcy z lasu — otwiera pierwszy numer Polski Niezawisłej, który udało mi się pozyskać. Artykuł z kwietnia 1946 (podobnie jak cały numer, datowany mylnie na kwiecień 1945) obarczony jest błędami rzeczowymi. Przytoczone, nieliczne informacje na temat konkretnych poczynań antykomunistycznego podziemia zdają się sugerować, że autor nie dysponuje nawet oględną wiedzą na temat rozmiarów akcji zbrojnej. A przecież Józewski był jednym z najlepiej zorientowanych ludzi podziemia. Miał kontakty polityczne, zarówno w kraju (DSZ, WiN), jak poza nim. Przy pomocy emisariuszy utrzymywał łączność z Andersem (miał pełnić funkcję jego doradcy krajowego), z generałem Tokarzewskim-Karaszewiczem. To czyniło go jednym z najlepiej zorientowanych ludzi. Gdyby wiedział, jak faktycznie przedstawia się walka z okupantem, gdyby miał wyobrażenie o jej rozmiarach, intensywności, spektakularnych zwycięstwach, przekonany jestem, że nie powstrzymałby pióra przed naszkicowaniem realnego, choć pozbawionego detali, umożliwiających czyjąkolwiek dekonspirację, kształtu tej walki. Było inaczej, ponieważ przepływ informacji pomiędzy poszczególnymi strukturami (nierzadko niechętnie lub wrogo wobec siebie nastawionymi) miał charakter lokalny. Brakowało scentralizowanego dowództwa, nie bez oczywistej winy Londynu i kraju. Taka sytuacja uniemożliwiała koordynację. Podziemie było zatomizowane.
Wróćmy do artykułu Józewskiego, do Chłopców z lasu. Celem jest ustalenie stanowiska autora na kwestię walki. Wspominałem, co na ten temat pisał: „nie mamy na celu powstania i walki zbrojnej jawnej”. Czy wolno na tej podstawie dojść do przekonania, że był przeciwnikiem walki partyzanckiej?
Temat „chłopców z lasu” omija się w rozmowach, a jeżeli się o nim mówi sprowadza się to do recytowania litanii „niezawodnych” argumentów jak: „niepotrzebne ofiary”, „poprostu wariactwo” i to „zbrodnicze”, „młodzież demoralizuje się i zaprzepaszcza”, „akcja ta szkodzi Polsce i należy ją zwalczać”. Postawa ta łączy, jeżeli nie w zrozumieniu, to w konkluzji ostatecznej „Polskę urzędową”, ugodę polską i wielu poważnych i zrównoważonych ludzi, których nie można posądzić o brak ofiarności w służbie ojczyzny.
Polska istnieć nie może bez symbolu żywego walki o wolność. Tak było za czasów okupacji niemieckiej i tak jest dzisiaj za czasów „wyzwolenia” Polski przez Rosję. Wola walki jest zbyt silna, by mogła ją uśpić ugoda polska, albo obezwładnić terror okupanta. Życia oszukać nie można. Tak się stało, że symbole polskie uznane przez świat i ugodę polską nie są wyrazem wolności polskiej. Orła Białego można wymalować wszędzie, nawet na legitymacji funkcjonariusza NKWD, czy na sztandarze „prezydenta Bieruta”, a „Jeszcze Polska nie zginęła” można grać na defiladzie zdrajców i katów polski.
W lesie polskim żyje „bezsens” polski i straszy… Straszy Polaków i przerywa sen, za wyjątkiem tych, którzy ogłuchli pod ciosami losu i tych, którzy w plebiscycie walki o wolność złożyli białe kartki. Las polski szumi walką o Polskę, szumi protestem przeciwko temu co z Polską uczyniono i temu co w Polsce się dzieje. Poszumu tego nie zagłuszy głos ugody, ani zarządzenia „Rządu Jedności Narodowej”, ani pacyfikacja, więzienia i tortury.
Czas najwyższy, aby „politycy realni” zdali sobie z tego sprawę. Można wygłaszać opinie, można krytykować, można dostrzegać tragizm sytuacji — ale nie można poszumu lasu zagłuszyć.
Sercem był po ich stronie, czy głową także? — i na to pytanie, nie sposób dać jednoznacznej odpowiedzi. Przez długie ofiarne i honorowe życie zmagał się z dylematem niemożności i konieczności walki. Zapewne tylko w jednym dziejowym przypadku nie trapił go ten kłopot. A było to w sierpniu 1920, gdy Józef Piłsudski nakazał mu organizowanie konspiracji, w razie wejścia bolszewików do Warszawy. Później już nigdy nie miało być łatwo. W połowie września 1939 na Wołyniu postanowił utworzyć partyzantkę. Uzyskał stosowną aprobatę Sławoja i Rydza. 17 września, wczesnym rankiem, dowiedział się o wtargnięciu sowietów: „A więc… wszystko się skończyło. Nie mogło być mowy o partyzantce”. — Jakież to charakterystyczne! — chciałoby się wykrzyknąć. Ale nie to jest najistotniejsze, a wahanie (stałe i w czasie niezmienne) bohatera tego tekstu. Zaledwie dwie strony dalej, opisując chybotliwe nastroje ludności Wołynia, odnotował myśl skrajnie przeciwną:
Zdawałem sobie sprawę, że było to przejściowe. Jestem przekonany, że dzisiaj, gdy piszę te słowa, mógłbym na nich liczyć jak[o] na partyzantów przeciwko Sowietom…
Frapujące. Kiedy dokładnie zapisywał te słowa? Za czasów Gomułki, Gierka? Niemożność versus konieczność. Do aresztowania pozostawał w kontakcie z przyjacielem, generałem Tokarzewskim. Kontakt był utrzymywany, z trudem, dzięki pracy emisariuszy. Jednym z nich była Felicja Wolff, niezłomna bohaterka. Tokarzewski był zwolennikiem walki. Od lat 40. domagał się zgody na powrót. Chciał budować ośrodek kierowniczy walki podziemnej. Nigdy nie zyskał aprobaty dla tych planów, ale nie ustawał w wysiłkach. Nie powstrzymała go nawet informacja o aresztowaniu Józewskiego w marcu 1953. Przed wojną Tokarzewski był związany ze środowiskiem skupionym wokół pałacu w Mężeninie, położonym urokliwie, tuż niemal nad brzegiem Bugu. Spotykało się tam przedziwne towarzystwo: masoni, teozofowie, komuniści. Organizowano kolonie dla dzieci, a jednym z opiekunów był Janusz Korczak. Pensjonariusze bywali oskarżani o nudyzm i uprawianie wolnej miłości, czego ślady można wyczytać z Kariery Nikodema Dyzmy Dołęgi-Mostowicza. W Mężeninie bywała Wanda Wasilewska. Jej inwigilacją (zapewne wszystkich pozostałych także) miał zajmować się Władysław Łukasiuk, późniejszy sławny dowódca VI Brygady Wileńskiej. „Młot”, bo o nim mowa, w połowie 1945 walczył u boku innej legendy — „Zygmunta” Zygmunta Błażejewicza, którego Łupaszka uważał za najzdolniejszego i najdzielniejszego spośród swoich dowódców. Przeciwko sobie mieli niekiedy setki żołnierzy. Wolno przypuszczać, że Józewski nigdy nie pozyskał wiedzy na temat rozmiarów i skali tej walki. Po jednym z krwawych bojów pokonani żołnierze wroga chcieli się gremialnie przyłączyć do oddziału. „Zygmunt” odparł, że nie może ich przyjąć, ale wierzy, „że pozostaną dobrymi Polakami”. Wkrótce wyjechał na Zachód.
Mit patriotycznego ludowego wojska pokutował w antykomunistycznym podziemiu. I nie tylko tam. Także na emigracji, a podatny na jego oddziaływanie okazał się sam Mackiewicz. Ponieważ mnie samemu powyższe twierdzenie zdaje się kontrowersyjne, przytoczę stosowny fragment:
Dlatego czytając i słuchając o tym wszystkim, co się u nas w kraju dziś dzieje, wydaje mi się nieco przesadny ten optymizm wielu, że szkoła, radio, prasa, książki, odczyty, pogadanki i wycinanki, miliony listów na urodziny Stalina… — to wszystko nic!… Onegdaj słyszałem, że polscy żołnierze zaciągali wartę honorową („honorową”, zważmy!) przed pomnikiem „poległych żołnierzy radzieckich”… — A więc i honor żołnierza miałżeby razem z tym wszystkim spłynąć kiedyś jak zeszłoroczny śnieg, przejść przez filtr żywotności narodowej, odrzucić szumowiny, wyjść świeżutki i popłynąć pięknie Matką-Wisłą?
„Polscy żołnierze”, o których pisał Mackiewicz, to żołnierze „ludowego wojska polskiego”, jak utarło się pisać.
Po wyjściu z więzienia Józewski zarzucił aktywność polityczną, taki pogląd dominuje. Żył skromnie, z malarstwa. Mieszkał przy Koszykowej w Warszawie do początków lat 80. Możliwe, że jeden z redaktorów Wydawnictwa Podziemnego spotykał go wówczas, spacerującego po mieście. Na spotkaniach towarzyskich, które organizował, jedynym daniem bywały kartofle z solą oraz ciastka — te przynosili goście. Umierał na zatłoczonym szpitalnym korytarzu. Jego ostatnie odnotowane słowa brzmiały:
Słuchaj, Komendant kazał, abym ja dowodził, jeśli oni tu przyjdą… Słuchaj, oni tu są… Ale teraz wszystko to jest jeszcze o wiele trudniejsze…