Pierwsza bolszewicka „książka” o Józefie Mackiewiczu*
Wbrew sugestii, którą można by wyczytać z tytułu, poniższy tekst nie będzie w żadnym razie recenzją. Do powstania tej ostatniej niezbędny jest pretekst w postaci mniej lub bardziej, ale jednak intelektualnego przedsięwzięcia. To warunek niezbędny powstania recenzji zarówno dobrej, jak i złej. Przedmiot wyprodukowany przy wsparciu wrocławskiej Biblioteki Solidarności Walczącej tego elementarnego kryterium nie spełnia.
Jak określić grubą na ponad 700 stron stertę zaczernionego papieru, roszczącą pretensje do miana książki? Marnotrawstwem? Niepoważnym wybrykiem? Nieporozumieniem? O tym ostatnim raczej najmniej może być mowa. Domyślam się jedynie, bo niby skąd miałbym wiedzieć, że wielorakie kwalifikacje „autora” muszą być dobrze i powszechnie znane, podobnie jak jego kompleks, kompleks Niny Karsov, któremu wielokrotnie dawał upust na łamach peerelowskiej prasy. Sądzić więc należy, że Wydawca dobrze wiedział co wydaje.
Nazwijmy ów przedmiot zgodnie z jego przeznaczeniem – donosem. Donosem rzec by można monumentalnym, skrojonym na miarę potrzeb, biorąc pod uwagę format osoby, w atakowaniu której ma dopomóc. Widać „autor” nie szczędził tuszu, ani lat, aby nałożone na siebie zadanie wypełnić jak najlepiej; sformułował dziesiątki, może setki, finezyjnych „zarzutów”, zakładając zapewne po marksistowsku, że ilość przejdzie w końcu w jakość. Jakoś nie przeszła, pozostał jedynie owoc bezpłodnych wysiłków.
„Autor” nie kryje swojej bolszewickiej natury. Zważywszy kontekst (Józef Mackiewicz – antykomunizm – Nina Karsov) to ten gatunek szczerości, który musi budzić zdumienie, albo też rodzić podejrzenie, że „autor” nie bardzo zdaje sobie sprawę z walorów własnej osobowości. Dzielnie, a może tylko nieświadomie, brnie przez meandry własnej biografii (i kogóż ona obchodzi, owa przynależność do zmsu, paxu, koła młodych zlpu czy innych literek) obnażając tu i ówdzie predylekcję w kierunku bolszewickiej mentalności. Dochodzi wreszcie do punktu, który stanowi jądro każdej kolejnej dyskusji wokół tzw. „drugiej sprawy Józefa Mackiewicza” – „okrągłego stołu” i jego politycznych konsekwencji, stwierdzając przy tej okazji z jakże charakterystyczną dla siebie, rozbrajającą szczerością:
„… nie ufałem `okrągłemu stołowi`. Po mojej (sic!) stronie owego mebla siedział m.in. ten, po którego `trupie` dopiero to miał zaistnieć Józef Mackiewicz. Nie ufałem, ale czyż miałem wybór?! W sumie więc jednak byłem za. Niewielu było przeciw.”
Zatrzymajmy się na chwilę nad powyższym wyznaniem, które zdaje się podpowiadać wiele o naszym bohaterze. Jest rok 1989, czas nie tylko politycznego, ale, co ważniejsze, także ideowego wyboru. „Autor” mówi wyraźnie: stanąłem po stronie wrogów Józefa Mackiewicza. Nie chodziło wcale o to, że Adam Michnik nie zezwalał na druk książek autora „Kontry”, ale o najważniejszy w przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat polityczny wybór – jakie zająć stanowisko? Po stronie bolszewickiej prowokacji, czy po tej drugiej, Mackiewiczowskiej, która podpowiada, że zawieranie kompromisu z komunistami jest nie tylko niemoralne, ale także nieefektywne. „Autor” dokonał wyboru. Zresztą, jak wyznaje: „niewielu było przeciw.” W tym ostatnim zdaniu dostrzec wypada rys najbardziej znamienny. Budzi skojarzenia z ubezwłasnowolnionymi przez bolszewizm bohaterami powieści Józefa Mackiewicza. „A jakże inaczej?” – Wykrzykiwał kulawy robotnik w „Drodze donikąd” zapytany o przyczyny swojego entuzjazmu wobec bolszewickiego panowania. Otóż to – jakże inaczej? Pomyśleć tylko, że dzieło identycznej mentalności przychodzi mi relacjonować.
Przeglądając karta po karcie ociekające nienawiścią stronice do głowy przychodzi głównie jedno pytanie: po cóż tego tyle, po cóż przepisywać ogromne fragmenty książek innych autorów? Wszak, zdawałoby się, średniowieczne czasy kopistów minęły bezpowrotnie, i nawet dzieła Józefa Mackiewicza, wszystkie 18 tomów, przyznanie czego przychodzi „autorowi” z niejakim trudem, są dostępne w peerelowskich księgarniach. Po cóż wywlekać tematy, o których Józef Mackiewicz nie napisał bodaj jednego słowa, jak na przykład temat masonerii? Aby się wykazać erudycją, że się mianowicie czyta, robi notatki? Czyż nie miał racji Mackiewicz, wychwalając zalety analfabetyzmu?
Być może „autor” wziął sobie do serca poradę Ważnego naczelnika, jednego z bohaterów „Anny Iwanowny”, sztuki w pięciu odsłonach Warłama Szałamowa: „Każdą instrukcję trzeba brać na zdrowy rozsądek”. Zatem i subordynacja wobec dyktatu społecznego zamówienia musi mieć granice. Nie sposób, widać, wypełnić „książki” grubości czerwonej cegły samymi tylko obelżywościami wobec jedynej osoby, która ma odwagę bronić przed zbolszewiczałym światem Józefa Mackiewicza. Trzeba koniecznie dołożyć coś od siebie, raczej od innych, aby rzecz wydała się nieco bardziej wiarygodna, aby czytelnicy nie pouciekali w popłochu, aby zaprezentować przed światem swoją „intelektualną” jurność. Tak, widać, powstała ta książka; z fałszu i złych intencji, i dopiero po przebrnięciu całych 700 stron dowiadujemy się „prawdy”: sprawczynią niniejszej książki jest Nina Karsov. Czy aby nie jest ona odpowiedzialna także za inne klęski dotykające naszą planetę?
Chwilowo „autor” skupia się na zarzutach mniej spektakularnych. Niekiedy odgrzewa stary kotlet, czasem serwuje coś nowego. Na ogół poruszane wątki są już mocno wyeksploatowane. Zatem „autor” przemierza stołeczną Warszawę w poszukiwaniu dzieł swego rzekomego Mistrza. I cóż odkrywa – brak książek Mackiewicza. Są jedynie w kilku księgarniach. Do innych widać Nina Karsov nie zdołała dowieźć, pewnikiem jednak po prostu – nie chciała. Wiadomo wszak, że to ona decyduje o doborze tytułów w poszczególnych punktach sprzedaży, jakżeby inaczej? Tak w każdym razie domniemywa „autor”. Gdyby zadał sobie trud i przejrzał zasoby internetowych księgarni, musiałby (ze smutkiem) przyznać, że można, owszem, nabyć każdy tytuł, i to nie wychodząc z domu.
Szukanie tematów do kolejnych napaści musi spędzać „autorowi” sen z powiek. Jaki pretekst wybrać, z jakiej to Grubej Berty wystrzelić w kierunku „niemoralnej” Niny Karsov i jej „zbrodniczych” knowań? Nieugięty, nie trapiąc się ani przez chwilę o swoją przyszłą „reputację”, sięga do najwyższej półki i atakuje działalność edytorską i badawczą wydawnictwa „Kontra”. Nina Karsov – powiada „autor” – nic prawie nie wznawia, a te kilka śmiesznych tomów publicystyki Józefa Mackiewicza, które wydała, można było przecież przygotować w parę miesięcy. Istotnie, cóż za potężna argumentacja i jaka celna. W ciągu wielu lat pracy, przy udziale kilkudziesięciu osób zdołano odszukać, skopiować, zweryfikować ledwie półtora tysiąca artykułów Józefa Mackiewicza rozproszonych po całym świecie, pisanych dla gazet i periodyków krajowych i zagranicznych, polskich i obcojęzycznych. I cóż to za przedsięwzięcie – śmiechu warte.
W dodatku – wykrzykuje „autor” – Nina Karsov ociąga się z wydawaniem wznowień. W przypadku broszury „Optymizm nie zastąpi nam Polski” dostępny był – tak powiada – przynajmniej jeden egzemplarz, umożliwiający szybką edycję. O istnieniu owego egzemplarza przypominał wszak publicznie sam Józef Mackiewicz. Grube niedopatrzenie, skandal, czyn po prostu haniebny. Biedny „autor” padł ofiarą własnej niekompetencji, a może tylko… złych intencji. Istotnie, egzemplarz „Optymizmu…” leżał sobie bezpiecznie w londyńskim mieszkaniu Mackiewicza w roku 1952. Tak się jednak złożyło, że kilka lat później pisarz przeprowadził się do Monachium, pozostawiając na miejscu, w Londynie, materialne dowody swojej wojennej publicystycznej działalności. „Autor” wiedziałby o tym, gdyby miał kiedyś w ręce zbiór Mackiewiczowskiej publicystyki „Fakty, przyroda i ludzie”, ale widać „autor” nie miał czasu, zajęty wymyślaniem coraz to bardziej spektakularnych dowodów winy Niny Karsov. Czytając mógłby się dowiedzieć, że owszem Józef Mackiewicz zbierał swoje drukowane i niedrukowane teksty, że jednak walizka pozostawiona na przechowanie u tajemniczych pp. S przepadła bez śladu, że były w niej „dokumenty cenne”: m.in. trzy numery wydawanego w Warszawie w roku 1944 pisma „Alarm”, przewiezionego na Zachód przez Władysława Studnickiego, także inne materiały, niemal na pewno „Optymizm…”.
Widać jednak nasz „autor”, zajęty wiadomymi sprawami, goniąc za kolejną sensacją, nie znajduje w napiętym swym harmonogramie miejsca na lekturę. Zważywszy rzetelność jego opracowania, domniemywać wolno, nie ma czasu na czytanie samego Mackiewicza, cóż dopiero wstępów i wspomnień, które wyszły spod pióra Barbary Toporskiej. To ostatnie zaniechanie nie wynika zresztą z lenistwa bynajmniej, już raczej z przenikliwej zapobiegliwości. Znając bowiem te teksty, nie mógłby, nie popadając w oczywistą tragikomiczność, wypisywać swoich tez. A przeciwnie, byłby zmuszony odszczekać wszystkie świństwa, insynuacje, bzdurne zarzuty; przyznać, że Barbara Toporska i Józef Mackiewicz nie tylko przyjaźnili się ze swoimi wydawcami, ale dzielili z nimi poglądy polityczne; że to za sprawą Szymona Szechtera i Niny Karsov ukazywały się wznowienia książek Mackiewicza, nowe tytuły takie jak w „Cieniu krzyża” czy „Droga Pani…”; że to dzięki ich wysiłkom, a wbrew obłąkańczym sugestiom „naszego” autora oraz intencjom autorytetów pokroju Adama Michnika, książki Mackiewicza w ogromnych ilościach trafiały do peerelowskiej Polski.
„Autor”, wedle którego „najbardziej łysym wrogiem Józefa Mackiewicza – spośród mężczyzn autentycznie łysych – był niewątpliwie Cyrankiewicz” nie może sobie pozwolić na przyjęcie do wiadomości tych prostych faktów i wypływających z nich wniosków. Jego życiowym celem jest atak i oczernianie jedynego wydawcy Józefa Mackiewicza. Wszystko co dobre dzieje się mimo intencji Niny Karsov, wszystko co złe – za jej sprawą. Gdy „autor” odnajduje w „Faktach, przyrodzie i ludziach” szkic zatytułowany „Dymy nad Katyniem” (a jednak miał ten tom w rękach?) dochodzi do przekonania, że temat katyński pojawił się tam dzięki ingerencji Mackiewiczów, którzy wybór „komponowali”. Gdy w tej samej książce znajduje w jednym z opisów zmianę stylistyczną w stosunku do pierwodruku, jest to już jednak „śmieszna ingerencja wydawcy”. Któż zatem odpowiedzialny jest za ostateczny kształt tego tomu?
Na to pytanie nasz „autor” nie odpowie. „Marząc długopisem po papierze…”, woli skupić swą uwagę na kolejnych przewinach Niny Karsov, która: nie publikując stosownych tekstów Józefa Mackiewicza, ukrywa prawdę o Katyniu; złośliwie nie drukuje tekstu Mackiewicza „Kukurydza”, z którego autor dowiedział się wielu dla siebie pożytecznych rzeczy (tego np. że „Po prostu” niekoniecznie słusznie uchodziło w jego oczach za symbol niezależności); nie drukuje tekstu „Ostatnie dni Wielkiego Księstwa” (jest pewnie w zmowie z litewskimi szowinistami); w ogóle, co niesłychane, sama decyduje o tym jakie teksty drukować w przygotowywanych przez siebie zbiorach publicystyki (nie ma cienia wątpliwości, że selekcji dokonuje złośliwie, wybierając teksty najmniej znaczące) – on, „autor”, o tym doskonale wie; sam bowiem dokonał kwerendy całej Mackiewiczowskiej spuścizny, odkrył dla czytelników jego nieznane do tej pory inicjały, pseudonimy. Czyżby bowiem można było domniemywać, że nasz szanowny „autor”, cytując teksty podpisane „Ali”, „aż” i inne, bazował na badaniach wydawnictwa „Kontra” i ludzi z nim związanych, nie podając przy tym źródła tego „swojego” odkrycia? Czyżby pojęcie intelektualnej kradzieży było mu całkowicie obce? Tego nie godzi się podejrzewać.
Można natomiast podejrzewać co stałoby się z twórczością Józefa Mackiewicza, gdyby dostała się w ręce interpretatorów pokroju naszego „autora”, gdyby dana im była swoboda edytorska i adaptacyjna. Zapewne niedługo musielibyśmy czekać na kolejne wydanie „Zwycięstwa prowokacji” wzbogacone o „pewne niewielkie skróty”, o co, jak dowiadujemy się od „autora”, już przed ćwierć wiekiem zabiegała córka pisarza, Halina. A sam Mackiewicz, który twierdził, że Związek Sowiecki można obalić tylko przemocą („Tak się też stało – rzecze `autor` – w latach osiemdziesiątych minionego wieku.”) zostałby zapewne okrzyknięty prorokiem „okrągłego stołu” i konstruktywnego kompromisu z komunistami.
Grzegorz Eberhardt, Pisarz dla dorosłych, Wrocław 2008.