Zamknij
Dariusz Rohnka

Dzieło dwojga autorów

3 marca 2011 |Barbara Toporska, Dariusz Rohnka
Źródło: https://wydawnictwopodziemne.com/2011/03/03/dzielo-dwojga-autorow/

Beethoven tak pisał sonaty, że zaczynał je – przeważnie – od jakiegoś pięknego motywu w kilku taktach. Ogłaszał niejako słuchaczom swój temat, swoje założenie. Mówił im: Ta ram, ta ram bam bam bam tim tam. A teraz uważajcie, co się z tego zrobi.

Potem przychodziła modulacja, kontr-temat, dialektyka tematów i kończyło się tematem pierwszym, rozwiniętym i uzasadnionym.

Słuchacz, na końcu, nie myślał „przecież to już było…”, tylko myślał „aha… to dlatego… to tak… AHA…”.

Marian Hemar, fragment listu do Mieczysława Grydzewskiego

Listy do redaktorów „Wiadomości” Józefa Mackiewicza i Barbary Toporskiej*, nie są, jak sonaty Beethovena, dziełem planowanym, skrupulatnie, od a do z, zaprojektowanym, przemyślanym i skomponowanym, a jednak, gdy przewraca się ostatnią kartkę tego opasłego (z górą 600 stron) tomu, ma się nieodparte wrażenie… dzieła skończonego, jakby najbardziej nawet banalny list nie był tu przypadkowy i nie na miejscu. To dzieło uderzające konsekwencją myśli i wyrazistością tonu, niezwykłym, w pełni synchronicznym współbrzmieniem obojga, bardzo różnych, autorów.

Można na ten Tom, wydany staraniem londyńskiego wydawnictwa Kontra, spoglądać w sposób różnoraki. Jako na zbiór korespondencji pary wybitnych pisarzy z czterema redaktorami londyńskich „Wiadomości”: Mieczysławem Grydzewskim, Michałem Chmielowcem, Juliuszem Sakowskim oraz Stefanią Kossowską. Albo też jako na historię egzystencji dwojga politycznych uchodźców. Można i całkiem inaczej – jako na dramatyczny zapis obrony pewnej idei.

Londyński tygodnik „Wiadomości” był najważniejszym „organem” powojennej emigracji. W tygodniku, będącym kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”, pisywali nie tylko niemal wszyscy poeci i prozaicy powojennej Polski (z wyjątkiem Miłosza i Gombrowicza), ale także imponująca grupa wybitnych publicystów, którzy mieli istotny wpływ na kształtowanie się opinii powojennej emigracji. Pisali tam m. in.: Zygmunt Nowakowski, Władysław Studnicki, Ferdynand Goetel, Stanisław Stroński, Stanisław Mackiewicz, Aleksander Bregman, Józef Łobodowski, Wacław Alfred Zbyszewski, Stefania Zahorska, Adam Pragier. Pisarze, publicyści, także politycy o bardzo różnych rodowodach i poglądach politycznych, dzięki czemu słynący z przedwojennego liberalizmu periodyk, zachował charakter pisma otwartego, w którym mogły się ścierać odmienne opinie i idee. Ta właśnie głównie cecha różniła „Wiadomości” od innych emigracyjnych tytułów, na przykład od rywalizującej o palmę pierwszeństwa paryskiej „Kultury”, która mimo deklarowanego liberalizmu, była pismem o jednoznacznym kierunku politycznym, po 1956 zorientowanym wyraźnie na koegzystencję z peerelem.

W swoich listach do Mieczysława Grydzewskiego Józef Mackiewicz często podkreślał ten właśnie, trudny do przecenienia, walor londyńskiego tygodnika. W 1949 roku, w liście wydrukowanym w numerze 7 (150), w dziale „Czytelnicy o `Wiadomościach`”, pisał:

Sądzę, że redaktor zakładając to pismo w Londynie, nie był nawet w stanie przewidzieć rozmiaru i znaczenia, jakie nabierze ono dla sprawy ogólnopolskiej. Nie chciałbym obrazić żadnego z pism polskich na emigracji, ale wydaje mi się, że „Wiadomości” są – po prostu mówiąc – najlepsze z ich liczby. Jeżeli się weźmie pod uwagę, że prasa w Kraju nie może się liczyć, jako licencjonowana przez wroga, wyciągam wniosek, że „Wiadomości” są najlepszym pismem polskim na – świecie…

Bardziej jednak niż dylemat: „najlepsze”, czy „nienajlepsze” pod względem treści, formy i w ogóle zawartej w tym piśmie literatury pięknej czy publicystycznej, interesować nas powinien aspekt polityczny „sprawy 'Wiadomości’”. Gdybym z kolei oświadczył, że polityczna emigracja Polski, tzn. właściwa Polska, opiera się w tej chwili na dwóch widocznych podwalinach: na władzach konstytucyjnych i na „Wiadomościach”… rozumiem doskonale, że bym się spotkał ze wzruszeniem ramion, z kpiną, z zarzutem grubej przesady, a nawet z zakłopotaniem samego redaktora. Przyznaję, że oświadczenie podobne ujęte jest w zbyt obcesową formę. Natomiast gotów jestem walczyć o słuszność jego treści. […] Oczywiście, jest dużo pism na emigracji, może nawet za dużo. Są między nimi bardzo dobre, bardzo pożyteczne i poważne. Reprezentują jednak de facto albo pojedyńcze osoby, albo grupy mniej lub więcej liczne. Żadne z nich nie reprezentuje całości. [15]

Mimo niekiedy nader burzliwych stosunków z Mieczysławem Grydzewskim oraz kolejnymi redaktorami „Wiadomości” (aż po wieloletni okres zerwania przez Mackiewicza współpracy pisarskiej z tygodnikiem) pisarz przez kolejne dziesięciolecia podtrzymywał swoją opinię. Pismo nie tylko dawało możliwość ścierania się różnorakich poglądów i opinii, ale także stwarzało platformę wypowiedzi dla samego Mackiewicza, niekiedy, jak na przykład w 1949 roku (a więc w chwili opublikowania tego listu) stawiając na szali samo swoje istnienie (w związku z ochroną przed zakulisowym linczem nie tylko Mackiewicza, ale także Goetla i Studnickiego, Grydzewski stracił, na żądanie ówczesnego premiera gen. Bora-Komorowskiego, rządową subwencję).

Atmosfera wzajemnych kontaktów nie była łatwa. „Wiadomości” były jedyne, i dlatego właśnie jakakolwiek poważniejsza ingerencja, czy też próba ingerencji, ze strony redaktorów w teksty Józefa Mackiewicza i Barbary Toporskiej, kończyła się awanturą. Czasem rzecz dotyczyła językowych drobiazgów, w rodzaju sporu o rzekomy (zdaniem Grydzewskiego) germanizm słowa „wykluczać”; niekiedy spór dotyczył kwestii poważniejszej, np. czy słowo „kraj” pisać z małej czy z dużej litery („protestuję stanowczo – pisał Mackiewicz – przeciwko zmuszaniu mnie do składania hołdów, których składanie nie leży w mojej intencji…”[16]). Bywało, że do poważnego zadrażnienia prowadziło nieporozumienie na temat stylu (co zresztą nie było rzadkością także w przypadku kontaktów innych autorów z redaktorem Grydzewskim).

Zastrzeżenia zgłaszał nie tylko Józef Mackiewicz, ale także, znacznie bardziej od niego wyrozumiała, Barbara Toporska. W końcu i ją rozdrażnił obsesyjny puryzm językowy Grydzewskiego. Przy okazji opublikowanej właśnie recenzji z „Doktora Żiwago” Pasternaka pisała:

… nigdy nie pogodzę się z fetyszowaniem mowy ojczystej kosztem pierwszej i nadrzędnej funkcji tzn. komunikatywności języka. Jak to przetłumaczyć? Utrafianiem w sedno, nośnością znaczeń… I tak żyjemy w czasie, gdy słowa mijają się z prawdą, po co ten rozdział między słowem i sensem zwiększać. […]

Inna rzecz, nad którą się często zastanawiałam, to całkowity brak słuchu u większości Polaków na melodyjność prozy i mylne przeświadczenie, że nie ma ona swego rytmu. Znowuż ta uwaga nie odnosi się do mego artykułu, moje aspiracje nie sięgają tak wysoko, zwykle cały wysiłek skierowuję w tym tylko kierunku, aby słowa nie zbaczały z drogi; lecz u dobrych pisarzy ten rytm prozy jest tak przecież wyczuwalny i on im zapewne podpowiada, kiedy użyć słowa „egzystencja”, a kiedy – byt. Kiedy: wieczny, a kiedy: odwieczny, choćby chodziło o to samo znaczenie. Kiedy: noc piękna, a kiedy: piękna noc. Chodzi przecież o układ akcentowanych sylab w zdaniu, lub w całym zespole zdań. Kiedyś, jako korektorka, staczałam całe boje z zecerami, gdy kazałam im przywracać oryginalną kolejność słów, które często niechcący przestawiali, lub przestawiali według własnej „melodii”. Uważali, że skoro sens nie został zmieniony, jest to dokuczliwy pedantyzm, żądanie takich korektur. Dziś, przyznaję, jestem o wiele mniej wrażliwa na „piękno” publicystyki, zbyt często pokrywa bzdurę lub płyciznę. [124]

Jak dobrze widać, językowe uwagi Barbary Toporskiej nie mają nic wspólnego z autorskim pieniactwem, z którym stykał się Grydzewski w swojej redaktorskiej pracy na co dzień. Toporska jest nieodmiennie racjonalna, błyskotliwa, wyważona, odrobinę jedynie uszczypliwa, choć te na pozór ogólne uwagi trafiają w samo sedno redaktorskich dziwactw Grydzewskiego. Przede wszystkim jednak, w odróżnieniu od wielu innych autorów „Wiadomości”, nie stawia sprawy na ostrzu noża… przynajmniej do czasu. Gdy kolejny jej wiersz publikowany na łamach „Wiadomości” obarczony został poważnym korektorskim błędem, dała wreszcie upust swojemu rozgoryczeniu: „jeśli jedyny uważny (bo z musu) czytelnik wierszy nic z nich nie rozumie, to po co je drukować?”

Tego rodzaju konflikty i spory, mimo że istotne z punktu widzenia pisarskiej egzystencji obojga autorów, były jedynie wierzchołkiem góry lodowej problemów, jakie miewali oboje z proliferacją swoich poglądów politycznych, przy czym, co wypada mocno podkreślić, Barbara Toporska okazywała się politycznie i ideowo równie mało strawna dla redaktorów „Wiadomości”, co jej mąż.

Jako zawodowi dziennikarze, doskonale zaznajomieni byli ze zjawiskiem cenzury. Przedwojenne wileńskie „Słowo” było jednym z najczęściej konfiskowanych dzienników w kraju, a białe plamy po wyciętych, w związku z cenzorską ingerencją, łamach były prawdziwym znakiem firmowym gazety. Józef Mackiewicz, który jako doświadczony dziennikarz, pełnił przejściowo funkcję redaktora naczelnego, pisywał wstępniaki, miał sposobność doskonale poznać zjawisko sanacyjnej cenzury. Równie bogate doświadczenia związane były z krótkotrwałym okresem redagowania i wydawania „Gazety Codziennej” w okresie litewskiej okupacji Wilna, kiedy cenzorskie ingerencje osiągały szczyty urzędniczego absurdu, doprowadzając zresztą w ciągu niewielu miesięcy do pozbawienia Mackiewicza prawa do wykonywania zawodu wydawcy i redaktora.

Na emigracji powinno być inaczej. Mackiewicz, który wcześniej wielokrotnie podejmował grę z zakazami i nakazami instytucji cenzorskich, nie dopuszczał nawet myśli, aby podobne cenzorskie praktyki mogły mieć miejsce na wychodźstwie. Rzeczywistość okazała się inna. Mackiewicz odczuł to boleśnie przy okazji nieudanej próby opublikowania listu „Nasze 11 lat `walki` z bolszewikami”, w którym skrupulatnie wypunktowywał kolejne wypadki, gdy z jakichś wyższych racji powstrzymywano się od tytułowej aktywności:

Od jedenastu lat, zarówno w kraju, jak i na obczyźnie słyszę bez ustanku, że dla jakichś ważnych i realnych argumentów, z których przytoczyłem zaledwie znikomą ilość, nie należy walczyć z bolszewikami. Za taką walkę agent sowiecki, mianujący się „prezydentem”, skazuje na śmierć w Warszawie, i przed taką walką przestrzega legalny Prezydent Rzeczypospolitej w Londynie. Przeciw udziałowi Polaków w walce z bolszewikami jest dziś cała prasa w kraju i prawie cała na emigracji; miliony Polaków podpisały apel sztokholmski, a biały gołąb Picassa widnieje na pierwszej stronicy katolickiego „Tygodnika Powszechnego”. Istotnie nasuwa się wrażenie, że naród polski kroczy w pierwszym szeregu bojowników o… pokój. […]

W tym wyliczeniu jedenastoletniej nie-walki z bolszewikami, nie wspomniałem już o objawach przeciwnych, o naszej wieloletniej kolaboracji i pomocy okazywanej bolszewikom przy powtórnym zajmowaniu naszych ziem w r. 1944, z czego oficjalna nasza propaganda w dalszym ciągu wydaje się być bardzo dumna… [27]

Grydzewski uchylił się przed publikacją jakże ważnego tekstu Mackiewicza, niekoniecznie dlatego, że nie podzielał tych poglądów. Odmowa dowodziła raczej tego, że nawet liberalne, antykomunistyczne, odważne „Wiadomości” nie mogą sobie pozwolić na otwartą wojnę z potężnym, emigracyjnym establishmentem. Tu już nie chodziło tylko o styl, czy interpunkcję:

Odmowa wydrukowania mego listu – pisał Mackiewicz – była dla mnie dużym ciosem. Półtora roku temu opuściłem „Lwów i Wilno”, [tygodnik] który moim zdaniem uprawia „poputniczestwo” czystej wody (z Bierutem, przeciwko któremu nie wolno tam napisać złego słowa). […] …uosabiał Pan dla mnie jedyną i ostatnią w Polsce ostoję najszlachetniejszego liberalizmu. Jeżeli zatem nawet Pan odmawia umieszczenia mojego listu (listu, nie artykułu!), to znaczy, że nie tylko nie wolno namawiać do walki z bolszewikami, ale nawet – dyskutować na ten temat! [28]

List był zasadniczy w tonie, ale nie dramatyczny. Mimo jednoznacznej konkluzji, mówiącej o zakazie walki z bolszewizmem, Mackiewicz daleki był od rozdzierania szat. Zastrzegł jedynie lojalnie, że chciałby „do tej rzeczy powrócić w przyszłości”. Z jakiegoś powodu postanowił zbagatelizować ten wypadek, i przejść nad nim do porządku. Być może nie podejrzewał jeszcze (w roku 1950), że to dopiero początek kłopotów z wolnością słowa na emigracji.

Kilkanaście lat później, kiedy było już całkiem jasne, że pełną swobodę głoszenia poglądów może zapewnić mu tylko samodzielne wydawanie książek i broszur, rzecz w dyskusji z Grydzewskim nie dotyczyły kwestii walki czy nie-walki z bolszewizmem, była to raczej gra o zachowanie resztek emigracyjnej niezłomności. Chodziło o tzw. „list 34” oraz poparcie, jakiego sygnatariuszom tego listu udzieliły „Wiadomości”:

Biadolenie, że tym ludziom nie daje się pisać w komunistycznej prasie, czy pracować w komunistycznym radio, którego przeznaczeniem jest zatruwanie wolnego świata… jest dla mnie nie do przyjęcia… W taki sposób możemy dojść do tego, że będziemy się oburzać, że kogoś wyrzucili z Bezpieki…

Czy należało na ten, i pokrewne, tematy dyskutować? – Na pewno tak. Czy była na to szansa? Na to pytanie odpowiadał sam Mackiewicz:

Zasiadłem nawet do napisania spokojnego, rzeczowego (artykułu) votum separatum w sprawie „34”. Ale dałem spokój…. kto mnie taką wolną dyskusję wydrukuje? Pan nie, „Kultura” nie, „Dziennik” nie, żadne pismo emigracyjne. Na czyje ręce ja mam składać petycję o przywrócenie wolności słowa? [212]

To retoryczne pytanie nie było wyrazem chwilowego rozdrażnienia, raczej odbiciem smutnej emigracyjnej rzeczywistości, w której wolność słowa mogła liczyć na troskliwą pielęgnację, o ile tylko nie naruszała innych ważnych interesów. Prawda, podobnie jak inne towary na rynku emigracyjnych idei, winna mieć wybitnie utylitarny charakter, o czym sugestywnie przekonywał Barbarę Toporską proboszcz monachijskiej parafii:

– Po co to pisać? – mówił do mnie proboszcz Kajka. Ja mu, że dla prawdy. On: że prawda jest dobra, gdy Bogu służy. Ja: Jeżeli Bóg jest Prawdą, każda prawda mu służy. [153]

Prawda stała się towarem, zależnym od mody i koniunktury, groźnym, wybuchowym, któremu należy się specjalna opieka, najlepiej instytucjonalna, a przy tym dyskretna, działająca nie na zasadzie prymitywnych zakazów, ale raczej – cichej sugestii, możliwie popartej materialnie. Dla obojga autorów jaskrawym przykładem takich praktyk była osoba dyrektora Radia Wolna Europa czy, jak sami upierali się mówić, Radio Free Europe (podkreślając amerykański, a nie emigracyjny, charakter tej instytucji), który dzięki posiadanym środkom mógł nie tylko dyktować emigracyjnym pisarzom i publicystom warunki, ale wręcz kreować emigracyjną rzeczywistość. Sprawę działalności Nowaka oboje poruszali wielokrotnie w listach skierowanych do redaktorów „Wiadomości”, przy tym częściej i dobitniej kwestię tę stawiała Barbara Toporska, wieloletnia współpracowniczka monachijskiego oddziału „Głosu Ameryki”, doskonale znająca środowisko tamtejszych dziennikarzy radiowych. W liście skierowanym do Mieczysława Grydzewskiego, w którym domagała się prawa do krytyki publikacji RWE (w latach 63-69 w „Wiadomościach” ukazywał się dodatek „Na Antenie”, na którego zawartość Grydzewski nie miał żadnego wpływu) pisała m. in.:

RWE była powołana do walki z komunizmem. Dziś, gdy Amerykanom chodzi o dobicie do ostatecznego przymierza z Sowietami, „krytyka” komunizmu jest parawanem dla penetrowania emigracji, pacyfikowania nastrojów, aby żadnej „nowej Jałcie” nie towarzyszył żaden krzyk. Dlatego i tylko dlatego pojawiło się na emigracji tyle subwencji i subsydiów…. p. Nowak jest właśnie od pilnowania, żeby „dolar pracował”. P. Nowak zachęca swoich współpracowników do pisywania w emigracyjnej prasie, ale jednocześnie poddaje ich publikacje cenzurze… [225]

Dobrze wiedziała, o czym pisze… W małym emigracyjnym świecie plotki (czy raczej zakulisowe informacje) na temat dyrektorskich ekscesów Nowaka rozchodziły się błyskawicznie. Znany był wypadek Wiktora Trościanki, długoletniego pracownika RWE, który otrzymał od Nowaka pisemny nakaz przedstawiania do akceptacji tekstów zanim skierowane zostaną do publikacji (a nie chodziło tu o materiały związane z RWE), czy choćby uniemożliwienie Tadeuszowi Nowakowskiemu udziału w posiedzeniu Jury „Wiadomości”. Wszystkie te tajemnice poliszynela nie miały ujrzeć dziennego światła. Dominował strach, przede wszystkim strach przed utratą i tak skromnych środków egzystencji.

Pojawienie się nazwiska owego nieszczęsnego Nowaka mogłoby sugerować jakieś kwestie osobiste, przewlekłe hałaśliwe spory, w istocie jednak, to o czym pisała Toporska w kwietniu 1965 roku (a więc zanim Nowak-Jeziorański przystąpił do najpoważniejszych ataków na Józefa Mackiewicza) nie miało charakteru wycieczki osobistej. Walka z cenzurą, czy też walka o wolność słowa była dla Toporskiej jednym z podstawowych celów emigracyjnej działalności, tyle że nie zawsze, a raczej coraz rzadziej, miała do tego okazję:

Nie mogę pisać do „Wiadomości”, bo mnie cenzurują – pisała w liście do Stefanii Kossowskiej. – Nie mogę pisać w ogóle, bo jestem „zablokowana”. Powinnam napisać artykuł, którego mi żadna redakcja nie puści. Ponieważ pisać nadaremnie mi się nie chce, więc maluję. […]

Teraz wydaje mi się właśnie najważniejsza i najpilniejsza ta „wolność słowa”. Właśnie dlatego, że stała się tabu. Zresztą, co ja mam mieć do powiedzenia w towarzystwie, które uważa, że jest w porządku, kiedy SPK „uchwala” rzeczywistość (kompartia nazywa to przyzwoicie „tezami”), czy wydaje wyroki na książki i zmusza wydawnictwo do bojkotu własnej książki… i uważa, że jest w porządku, kiedy dwóch generałów siedzi w zarządzie monopolistycznego wydawnictwa i raczy „mieć zdanie”. 13 lat Dwudziestolecia była dyktatura wojskowa. Teraz mamy znowu rządy junty – pardon! – dzielone z agenturą CIA. […] Kilkudziesięciu członków Zw. Pisarzy i Zw. Dziennikarzy podpisywało zobowiązania, że nie będą nic publikować bez uprzedniej zgody kierownictwa FREE EUROPE. W ten sposób mamy – a w każdym razie mieliśmy – cenzurę prewencyjną – obcą – rozciągniętą na część publikacji emigracyjnych. [284]

Sytuacja dojrzała do punktu, w którym nie chodziło już tylko o cenzurę. Gra toczyła się nie o wolność słowa, ale o rzeczywisty sens emigracyjnej egzystencji, przy czym Toporska nie miała wcale ochoty dramatyzować, spoglądając na wytworzoną sytuację przede wszystkim z profesjonalnego punktu widzenia:

Dla uniknięcia dalszych nieporozumień chcę Pana namówić na wystosowanie do mnie pisma, w którym czarno na białym będzie powiedziane, że żadnej krytyki FREE EUROPE `Wiadomości` drukować nie będą. Bądźcie przynajmniej na tyle odważni, żeby przyznać się do tchórzostwa! W przeciwnym razie będę Pana stale prowokowała, bo ja to co piszę biorę na serio, i naprawdę uważam za swój obowiązek zawodowy walczyć ze skorumpowaniem opinii publicznej przez małe dolary, i uważam za hańbę emigracji oddanie bez mruknięcia monopolu polityki na kraj w pacht CIA, tak więc, Panie Michale, będę zmuszała Pana do cenzurowania, aż któregoś dnia ocknie się Pan ze świadomością, że jest Pan CENZOREM. […] Ale z jakiej racji ja, z nosem już zwróconym ku wieczności, mam zrezygnować z opinii przyszłych pokoleń, które surowo będą sądzić naszą trusią emigrację… [356]

Te słowa pisała Barbara Toporska w 1971 roku. Grydzewski już nie żył, a jego redaktorskie obowiązki przejął na kilka lat, cierpiący na przewlekłą chorobę, Michał Chmielowiec. To właściwie mógłby być koniec, finał współpracy małżeństwa Mackiewiczów z jedynym liczącym się periodykiem, w którym nie mogli publikować tego, co chcieli. Jeśli tak się nie stało, to przede wszystkim za sprawą rozwagi i umiarkowania Mackiewiczów, którzy nie chcieli tracić żadnej sposobności do publikowania swoich opinii. Działo się to wszystko w atmosferze coraz poważniejszych napięć, a nawet zawoalowanej intencji pozbycia się niewygodnego problemu ze strony redakcji tygodnika („doszły do mnie plotki – pisał w jednym z listów Mackiewicz – że redakcja Wiadomości raczej chętnie by widziała, żebym rzadziej pisywał…” [281]).

Być może tak było, być może nie. Przyjaźnić się, a tym bardziej współpracować z Toporską i Mackiewiczem nie było łatwo i, z pewnego punktu widzenia, „roztropnie”. Nie należy jednak wyciągać zbyt pochopnych wniosków – ta sama redakcja „Wiadomości”, której dwa lata później zarzuci Toporska tchórzostwo, wiosną 1969, mniej więcej wtedy, kiedy dochodziły do Mackiewicza owe „niepokojące plotki”, stanęła twardo i zdecydowanie w obronie Józefa Mackiewicza, a co za tym idzie także i w obronie wolnego słowa, decydując się na faktyczne zerwanie współpracy z RFE. Toporska i Mackiewicz nie mogli nie zdawać sobie z tego sprawy. W osobach współpracowników „Wiadomości” mieli wypróbowanych, choć niełatwych, przyjaciół. Z tego właśnie powodu mógł Mackiewicz w jednym liście pisać zarówno o „skandalicznym” zachowaniu Chmielowca (który cenzuruje wystąpienia członków jury „Wiadomości”), a jednocześnie usilnie odwodzić tegoż Michała Chmielowca od realizacji „czarnych myśli o 'rezygnacji’” z redagowania tygodnika.

W końcu do zerwania doszło (choć i po tym „zerwaniu” miały jeszcze miejsce sporadyczne publikacje zarówno Mackiewicza jak i Toporskiej). Wyłuszczając swoje motywy Mackiewicz pisał:

…pozwolę sobie zauważyć, iż zachodzi duża różnica w celach wydawania pisma. Albo się wydaje pismo na podstawach zabiegania o czytelników, i wtedy się kieruje myślą ich zjednania i powiększenia ich liczby – albo dla głoszenia wolnej myśli, bez względu czy to się czytelnikom będzie podobać, i czy ich ilość przez to będzie się zmniejszać. Naturalnie redaktor ma prawo nadawać pismu pewien kierunek i odrzucać artykuły temu kierunkowi nie odpowiadające. Ale też autor ma prawo zrezygnować z dalszej współpracy w piśmie, którego kierunek mu nie odpowiada. Ten właśnie casus zachodzi w moim przypadku. [418]

Pomimo szczerej niechęci do takiego rozwiązania, Mackiewicz zdecydował się ostatecznie na zerwanie. Nie widział po prostu „dla siebie miejsca” w „Wiadomościach”, które, jak słusznie zauważył, przeszły pod „rządami” Stefani Kossowskiej na status „opozycji wewnętrznej”. Nie było się już nawet o co spierać. Redakcja „Wiadomości” z jednej, Toporska i Mackiewicz z drugiej, stanęli, jeśli nie po przeciwnych stronach barykady, to w każdym razie po dwóch bardzo odległych od siebie stronach drogi.

****

Emigracja, jej stan, cele i zadania była stałym przedmiotem zainteresowania Józefa Mackiewicza i Barbary Toporskiej, stając się siłą rzeczy także jednym z najczęstszych wątków korespondencji z redaktorami „Wiadomości”. Jeśli idzie o ich własne emigracyjne dążenia były one jednoznaczne, a określone zostały piórem Mackiewicza w jego ostatnim tekście, napisanym w Polsce: „mieczem, słowem i drukiem”. [Józef Mackiewicz, Optymizm nie zastąpi nam Polski, Londyn 2005, s. 43.] Tego samego spodziewali się zapewne od innych.

W oczywisty sposób nasuwało się porównanie emigracji powojennej, emigracji politycznej i ideowej z jej wielką poprzedniczką, ukształtowaną po powstaniu listopadowym. To porównanie nie wypadało korzystnie. Tamta dała nie tylko poetów i pisarzy, wieszczów i politycznych liderów, koncepcje polityczne i emisariuszy – przede wszystkim była inspiracją, drogowskazem na kolejnych kilkadziesiąt lat. To ona wytyczała kierunki polityczne, kreowała cele, nadawała ton niepodległościowym dążeniom – udowadniała, że „narodem można kierować na odległość”. Siłą tamtej emigracji była jej elitarność. Złożona w trzech czwartych ze stanu szlacheckiego, obejmowała ogromną masę żołnierzy powstańczych, członków Rządu Narodowego, polityków, pisarzy, poetów i artystów. W jej gronie znalazła się niemal cała elita kraju.

Po drugiej wojnie światowej sytuacja nie była już tak jednoznaczna. Wielu żołnierzy i oficerów, polityków, pisarzy, intelektualistów wybierało życie w komunistycznej rzeczywistości; szczególnie, że bolszewiccy zarządcy kraju robili wiele, aby ich do tego nakłonić. Zjawisko nie tyle było intensywne, co raczej… masowe, obejmując najbardziej znane i eksponowane nazwiska. Dość powiedzieć, że w tym szczególnym gronie odszczepieńców znalazł się m. in. rodzony brat Józefa i onegdajszy premier legalnego rządu emigracyjnego – Stanisław Mackiewicz. W tej sytuacji ogromna przewaga emigracji powojennej nad emigracją polistopadową w liczbach bezwzględnych (niemal stukrotna), nie mogła zrekompensować jej zasadniczej wady… zapatrzenia w nie-niepodległy „kraj”. Owo zabójcze dla politycznej emigracji zjawisko diagnozował Józef Mackiewicz u progu lat pięćdziesiątych:

Dziś obowiązuje u nas pewnego rodzaju zapatrzenie w t.zw. „Kraj”. Krytyka stosunku „Kraju” do „régime’u” nie jest prawie zupełnie stosowana; obowiązują: „my nic nie wiemy”… „nie mamy prawa sądzić”… „łatwo jest oskarżać.”… Kraj żąda od nas”… i t.d. Jest to zatem stanowisko niemal takie samo, jakie zajęła po rewolucji emigracja rosyjska, a prawie przeciwstawne stanowisku emigracji polskiej z połowy ub.w. Nie „naród więc jest kierowany na odległość” przez emigrację, gdyż chwilami mam wrażenie, że emigracja wlecze się po prostu w ogonie tzw. „Kraju” po równi pochyłej, którą gotuje mu najeźdźca; ociągając się jeszcze na zakrętach i protestując, ale – krok za krokiem, krok za krokiem. [Wiadomości, 1951 (265)]

Wbrew utartym wyobrażeniom rodaków (i tych pomieszkujących w „kraju” i tych zagranicą) emigracja po drugiej wojnie światowej w znikomym stopniu reprezentowała cele polityczne… walki z komunizmem. Te ostatnie pojawiały się w głównie w sferze deklaratywnej, nie przybierając na ogół kształtu realnego programu czy realnego działania. W efekcie powojenna emigracja miała mniej charakter polityczny, bardziej egzystencjalny – wynikała nie tyle z chęci prowadzenia dalszej walki, co z obawy przed komunistycznymi represjami. Przy czym obawy te rozciągano często na rodziny pozostawione w kraju. Wyraźnie poirytowana takim właśnie stanem emigracyjnych aspiracji, Barbara Toporska pisała w jednym z listów:

Niedługo cała emigracja przycupnie w bezruchu, bo każdy ma rodzinę w kraju. Ja mam też rodzinę i bardzo mnie te rzeczy drażnią, bo wychodzi na to, że o tę rodzinę niby nie dbam!… [57]

Podobne oceny emigracyjnych realiów, formułowane przez Toporską i Mackiewicza wraz z upływem czasu przybierały coraz ciemniejsze barwy. Kilkusettysięczna powojenna emigracja nie wykazywała już nie tylko woli walki, ale woli do prowadzenia jakiejkolwiek realnej aktywności politycznej (nie licząc wewnętrznych waśni i intryg): „takiej depresji – pisała Barbara Toporska w jednym z listów do Michała Chmielowca – od czasów saskich nie notowano!”

No, ale szczęście naszym politykom emigracyjnym sprzyja: – pisała ironicznie w innym miejscu – spadł z nieba Kopernik (obchody pięćsetlecia urodzin), starczy na pół roku, a potem przyjdą „dożynki”, temat do patriotycznych wzruszeń na dobre kilka tygodni, no, a później „się zobaczy”… [390]

Od bezczynności, czy po prostu gnuśności emigracji, nieporównanie ważniejszy był bez wątpienia ideowy (czy raczej – bezideowy) „ześlizg” na pozycje lojalnej peerelowskiej opozycji. Na marginesie jednej z licznych dyskusji na temat regulaminu Jury „Wiadomości”, w liście do Stefanii Kossowskiej Mackiewicz wymieniał niektóre z przejawów tego zjawiska:

Prymas Wyszyński ślubuje dotrzymanie wierności komunistycznemu okupantowi (PRL)… A jednocześnie uchodzi na emigracji za „Wodza (Duchowego) Narodu”… Ks. biskup Rubin jest de facto wyrazicielem komunistycznej manipulacji w dziedzinie religii. Co nie przeszkadza, że jest przez całą emigrację uznany z czcią za jej duszpasterza. […] Centralny organ oficjalny emigracji, „Dziennik Polski”, już od tygodni, czy miesięcy, zamieszcza ogłoszenia „warszawskiej” Fregaty nawołującej do wszechstronnych kontaktów z krajem – już nie w postaci zwykłych ogłoszeń, ale na najbardziej reprezentacyjnym miejscu, przy tytule, nieomal jako „Motto” wydawnictwa. […] …podobnych przykładów „oficjalnej” postawy emigracji mógłbym przytoczyć liczne setki… [393]

Czy przesadzał, czy przesadzała Barbara Toporska w ocenie stanu niepodległościowej emigracji, czy może, jak chciał tego sam Mackiewicz, to nie on przejawiał „’obsesyjność’, lecz odwrotnie”…. była to „obsesja, której podpadła polska – do niedawna zwana 'niepodległościową’ – myśl polityczna”? Na to pytanie z łatwością odpowie sobie każdy, kto znajdzie dość czasu, aby wczytać się z uwagą w argumenty tej niezwykłej pary pisarzy. To, że niemal wszyscy byli przeciwnego zdania, że notorycznie nie chciano drukować ich najbardziej „kontrowersyjnych” poglądów sprawy nie przesądza. To już tak w życiu na ogół bywa, że racja niezwykle rzadko jest po stronie większości. Dlaczego miałoby by być inaczej w przypadku Mackiewicza, Toporskiej i politycznej emigracji.

Tej emigracji, która w swojej masie nie przejawiała woli… do działania, która przez lata i zasiedzenie w emigracyjnym grajdole coraz to bardziej gnuśniała, która tonęła w polrealistycznych mitach, zamykając jednocześnie oczy na rzeczywistość, wsłuchiwała się w podszepty bolszewickiego „kraju”, zamykała usta krytykom i malkontentom, dawała się korumpować amerykańskiej agenturze i obłaskawiać tresowanej peerelowskiej opozycji, tej emigracji, której przedstawiciele zdecydowali się w końcu na dokonanie jawnej zdrady, przekazując insygnia wciąż legalnej władzy w ręce bolszewickiej agentury.

Józef Mackiewicz i Barbara Toporska, skłóceni z ogromną częścią emigracyjnego gremium, w pewnym stopniu dotyczyło to także redaktorów „Wiadomości”, przede wszystkim Chmielowca i Kossowskiej, ujawniali po prostu tę niezwykłą prawdę, że dla niepodległościowej powojennej emigracji wraz z upływem kolejnych emigracyjnych lat, komunizm, sam w sobie, przestał być wrogiem.

Szczerość wypowiedzi miała swoją cenę: cenę cenzury, cenę mniej lub bardziej (raczej mniej) udanych prób bojkotowania ich pisarskiej twórczości, cenę potępiających uchwał i obraźliwych laudacji, cenę materialnego niedostatku. Ich egzystencja, mówiąc oględnie, bywała niełatwa. Na przestrzeni tych kilkudziesięciu emigracyjnych lat mniej lub bardziej dramatyczne kwestie finansowe, prośby o należne honorarium i podobne sprawy pojawiają się regularnie. Konieczność zarobkowania, szczególnie dotyczyło to Barbary Toporskiej, uniemożliwiała niekiedy jakąkolwiek istotną pracę pisarską. W jednym z listów do Grydzewskiego, w odpowiedzi na pochwały pod adresem „Drogi donikąd” z 1960 roku (Grydzewski czytywał powieści „swoich” autorów z niejakim poślizgiem), Toporska pisała w charakterystyczny dla niej, subtelnie kąśliwy sposób:

Pana pochwała „Drogi donikąd” sprawiła nam nie tylko przyjemność, ale – mnie osobiście – i dużą przykrość. Leżą u nas trzy książkowej grubości bruliony rękopisu Józefa powieści, która nigdy nie zostanie napisana. Brakowało pieniędzy na kilka tygodni. Józef nie potrafi pisać odrywając się, ani nie potrafi wracać do zaczętych rękopisów. Niestety, moje zarobki nie potrafią już mu zapewnić możności pracy literackiej, musi także „freelance’ować” dla różnych „research”, za psią cenę… [143]

Pisała, jak się można domyślać i jak to pośrednio wynika z listu, bez wiedzy męża; pisała, w pewnym sensie, jako jego menadżer, opiekun, mecenas, zapewne także (to znowu tylko domysły) jako jego najbardziej wartościowy recenzent i oddany czytelnik, spychający na plan dalszy własne twórcze aspiracje. Z tej pozycji, troskliwego opiekuna, przestrzegała Grydzewskiego kilka lat później przed kolejnym zaniedbaniem, pisząc jakże słusznie: „Niech Pan znowu nie zwleka latami z przeczytaniem Miasojedowa. Wydaje mi się, że to najlepsza Józefa powieść.” [197]

Troska i zainteresowanie twórczością były obopólne. Podobnie jak Toporska w odniesieniu do jego twórczości, Józef Mackiewicz bardzo wysoko oceniał pisarstwa żony i cieszył się każdym jej sukcesem. Nie sposób się nawet domyślać jak wyglądał przeciętny dzień pracy pisarskiej pary; można, co najwyżej domniemywać, że bywało… interesująco. W jednym z listów Barbary Toporskiej trafić możemy na następującą dykteryjkę:

Druga sprawa – to donos na Józefa. Przeczytał mój artykuł w maszynopisie, powiedział, że się z nim nie zgadza, potem napisał swoją mowę po niemiecku, kt[óra] zrobiła wiele hałasu, a wczoraj przetłumaczył ją dla Pana i dał mi do przeczytania. Zauważyłam z dumą, że kilka moich „złotych myśli” sobie zapożyczył. Ponieważ ja mu podkradłam „kolektywne myślenie”, nie mam prawa się awanturować. [163]

Musiało być w tym skromnym monachijskim mieszkanku, podobnie jak wcześniej w Wilnie, w Czarnym Borze, w Londynie, w Brighton – tuż nad atlantyckim brzegiem oraz w dziesiątkach innych zakątków, przezabawnie. Oczywiście – nie zawsze; bywało bardzo, bardzo źle. Barbara chorowała przez ćwierć wieku na chorobę nowotworową, Józef także nie był najlepszego zdrowia; do problemów materialnych dochodziły liczne, a napastliwe ataki ze strony obrażonych w swojej pseudo-patriotycznej dumie rodaków… bywało i tak, że jednemu ze współmałżonków „przeszkadzało pisanie na maszynie…”.

A jednak, pomijając utrapienia prozaicznego życia, nie mieli prawa narzekać na swój los. W odróżnieniu od emigracyjnej rzeszy rodaków zachowali oboje nie tylko jasność myślenia, ale również niezależność sądów, a przy tym, w dużej mierze dzięki współpracy kolejnych redaktorów „Wiadomości”, możliwość ich artykulacji. Nie bez racji Toporska pisała o Józefie Mackiewiczu jako o „najbardziej uprzywilejowanym pisarzu na emigracji”. [Wiadomości, 1970 nr 1262]

Poza tym, o czym przecież nie sposób nie wspomnieć, atakowany ze wszystkich możliwych stron Józef Mackiewicz oraz nieco tylko mniej atakowana za swoje publicystyczne wypowiedzi Barbara Toporska cieszyli się niezmiennie wielką, choć często skrywaną, popularnością. Bywało, że w tym samym numerze „Wiadomości” Józef Mackiewicz był i bardzo stanowczo krytykowany i równie mocno chwalony. Chmielowiec, najwybitniejszy, zdaniem Mackiewiczów, krytyk literacki emigracji, który nad wyraz krytycznie odnosił się do wielu poglądów prezentowanych przez autora „Drogi donikąd”, ten sam Chmielowiec pisał na temat „Lewej wolnej”:

Antykomunizm Mackiewicza nie jest doktrynalny. Nie jest to antykomunizm kogoś, kto złej teorii politycznej, gospodarczej, społecznej przeciwstawia inną, lepszą. On jest przeciw wciskaniu „wielozielonego” (że posłużę się jego własnym, udatnym neologizmem) życia w ramy „szarej teorii”, a z wszystkich teorii komunizm jest najgroźniejszy, bo najbardziej konsekwentny, najbardziej totalny. Antykomunizm Mackiewicza nie wyłącza więc ani obiektywizmu, ani humanizmu. Autor niejednokrotnie i na długo przenosi się na stronę bolszewicką i koleje jej sprawy maluje tak sine ira et studio, że całe ustępy mogłyby się bez retuszów ukazać w moskiewskiej „Litieraturnoj Gazjetie”. [Wiadomości, 1966 nr 1039]

W dusznej i nędznej, rozczarowującej, emigracyjnej rzeczywistości, gdy naturalnym stanem duchy powinien być stan beznadziejnej bezradności, listy pisane do kolejnych redaktorów „Wiadomości” były jakby rodzajem emocjonalnej odskoczni. To właśnie w listach dawali oboje upust naturalnym odruchom, pozwalając sobie na znacznie większą szczerość i swobodę wypowiedzi, nie stroniąc od niekiedy wyjątkowo subtelnych i wielowarstwowych żartów i humoresek. Jak na parę niezłomnych i rozczarowanych antykomunistów przystało, oboje, bywało, tryskali humorem, choć po prawdzie rzadko jedynie był to humor radosny, częściej gorzki i ironiczny.

Listy bywały śmiertelnie poważne, zasadnicze, ale nieczęsto. Nawet wówczas, gdy w ich tonie pobrzmiewa złość, irytacja czy rozczarowanie, te lub owe ujemne emocje okraszane bywają na ogół jakimś niezwykłym literackim zdobieniem: „Ponieważ Pan przechowuje listy – pisała Barbara Toporska do Grydzewskiego – jak się domyślam – dla potomności – będę je teraz pisała złośliwie”. [169] Słowa nie dotrzymała, nie potrafiła, nie udawało się. Nawet wówczas, gdy intencjonalnie list miał wypaść szczególnie kąśliwie, akcent wiodący padał mimochodem na jakąś od niechcenia skrobniętą… mądrość: „Tylko po co Pan przechowuje listy, naprawdę od tego robi się niedobrze… dużo rzeczy jest wartych i ładnych tylko dlatego, że giną.” [191]

O ile humor Toporskiej był na ogół stonowany, przemyślany, rzecz by można chyba – introwertyczny, Józef Mackiewicz dawał po prostu upust zamiłowaniu do dobrego żartu… i dowcipkował, żartował na potęgę:

Rosyjskie pismo wychodzące w… Belgii – donosił przy jakiejś okazji – napisało, że powinienem dostać Nagrodę Nobla za moją ostatnią powieść. Szkoda, że nie pismo wychodzące w… Moskwie. Wtedy może bym dostał. [263]

Każda sposobność była dobra. Gdy z powodu absencji Chmielowca, jego stanowisko objęła na krótko Stefania Kossowska, Mackiewicz natychmiast przystąpił do żartobliwej ofensywy:

Natomiast jest rzecz taka: nie wiem jak daleko sięgają Pani pełnomocnictwa w zastępstwie mojego wielkiego przyjaciela Chmielowca, którego chorobą jestem głęboko naprawdę zmartwiony. Czy może Pani, na przykład, odkręcić kierunek katolicko-proreżimowy, który „Wiadomościom nadał Chmielowiec? Albo przepędzić tę masę obywateli PRL-u, która teraz tam pisze? Albo wyrzucić organ obcej policji politycznej, CIA, won!? [282]

I kolejny raz, zaledwie kilka dni później, tym razem w aspekcie zdecydowanie szerszego planu:

Ach, jaka szkoda że jest Pani czarna katoliczka! A ja właśnie rozglądałem się za kimś, kto by się dał namówić aby rzucić bombę na Pawła VI, a przynajmniej zastrzelić tego okropnego biskupa Rubina. Mnie na wyjazd do Rzymu nawet 15 funtów, jak je otrzymam, nie wystarczą. Pani jest naturalnie nieskończenie młoda, i nie może pamiętać. Ale w latach dwudziestych np., dzisiejszą politykę Watykanu oceniono by normalnie jako „poputniczestwo”, jeżeli nie w ogóle agenturę bolszewizmu. [283]

Czarna prawda, pod pozorem odrobinę rubasznego humoru. W jakimś stopniu zapewne podświadomy wybór Mackiewicza, któremu przekonywanie serio do swoich racji mogło się już w końcu wydawać nazbyt nużące – taka intelektualna ucieczka w anegdotę:

Jeżeli chwali „mój talent” Kołakowski, teraz Żukrowski, to sądzę, że w niedługim czasie Gomułka, Breżniew, biskup Rubin, i wreszcie Paweł VI. W ten sposób dostaje się człowiek do nieba. [323]

Humor stał się środkiem wyrazu dla najbardziej gorzkich prawd i życiowych doświadczeń. Charakterystyczne w tym ostatnim fragmencie jest nie tylko zestawienie nazwisk, nie tylko ich znamienna kolejność, ale i ten niezwykły fakt, że zwerbalizowanego uznania mógł się Mackiewicz spodziewać głównie ze strony ideowych wrogów.

***

„Listy…” są bogatym źródłem wiedzy na temat emigracyjnych losów Barbary Toporskiej i Józefa Mackiewicza. Opisują ich miejsce w emigracyjnym świecie, rozczarowania i kłopoty, z jakimi mieli na co dzień do czynienia, także – rzecz jasna – to co w ich życiu było miłe, pozytywne, radosne. Opuszczając wiosną 1944 roku dom w Czarnym Borze, uciekając przed bolszewizmem, nie spodziewali się łatwej przyszłości na wygnaniu, i rzec by należało – nie zawiedli się. A jednak dostali to, na co przede wszystkim liczyli – możliwość walki, choć bardzo liczne emigracyjne „autorytety” robiły wszystko, aby im tę możliwość wydatnie ograniczyć. „Listy…” dają wyjątkową okazję, aby przyjrzeć się tej walce, być może najważniejszej walce drugiej połowy dwudziestego wieku, spoza kulis.

„Listy…” są przekazem idei, konsekwentnym zapisem myśli i spostrzeżeń dwójki najwybitniejszych pisarzy politycznych dwudziestego wieku. Są bezcenne, pod pewnymi względami cenniejsze od ich tekstów publicystycznych, ponieważ dają możliwość obserwowania antykomunistycznej idei w stanie pierwotnym, ostatecznie jeszcze nie ukształtowanym, w dramatycznie ostrej często dyskusji z redaktorami najważniejszego pisma emigracji – w stanie naturalnym, jeszcze nie złagodzonym wymogami wszędobylskiej emigracyjnej cenzury. Są ważne nie tylko jako archiwalny zapis ich twórczego życia, ale jako wciąż bardzo aktualny drogowskaz na przyszłość.

Co najbardziej w „Listach…” uderza, to nieustanne zaskoczenie uległością świata wobec bolszewickiego zagrożenia; wobec małoduszności, bierności, motywowanej bezwolnym strachem ekspiacji w zderzeniu z bolszewickim fenomenem. Oboje starają się analizować, racjonalizować, objaśniać ten dziwny paraliż świata we wszystkich możliwych przejawach i możliwie podpowiadać rozwiązanie – jedno jedyne, które wydaje się skuteczne i możliwe do przyjęcia; które nie tyle stanowi o rodzaju walki, ile o sposobie życia:

Przykro mi bardzo, że włożył Pan tyle trudu w przyszykowanie mego artykułu do druku, a ja go muszę wycofać. […] Nie wiedziałam, że Pan tak kategorycznie rezerwuje dla Polaków „better red than dead”. Z tego stanowiska wydaje mi się niemożliwe potępianie Anglików czy Amerykanów za to, że chcą przyjąć tę samą postawę. Z tego stanowiska moje rozważania byłyby tylko polityczną propagandówką, o bardzo ciemnych celach. […] Uważam komunizm za nieszczęście i sobie przede wszystkim życzę raczej dead, niż red. Poza tym naprawdę wierzę, że warto żyć tylko dla tego za co się umiera, a przeraźliwa nuda, na jaką chorują Anglosasi i już zaczyna chorować Zach. Europa, w tym mniemaniu mnie utwierdza. Czy warto ryzykować życie tylko dla ekstazy szybkiej samochodowej jazdy, łażenia po niebezpiecznych górach, i irracjonalnych morderstw? Jeśli w moich artykułach poświęcam tak mało miejsca bierności Polaków wobec komunizmu, to tylko dlatego, że ich rola jest ograniczona. Ale przede wszystkim uważam, że nie ma bierności wobec komunizmu. Komunizm zmusza do „za” albo „przeciw”. Kto nie jest „przeciw”, ten jest „za”. […] Polacy z komunizmem nie walczą, bo nie chcą, lub nie potrafią walczyć.

Rozpisałam się, być może, niepotrzebnie. Ale psychologiczne działanie komunizmu ilustrują tylko szczegóły. I tylko one dają odpowiedź na pytanie: czy trzeba walczyć, czy walka jest zbrodnią? Moim zdaniem, walka jest niemożliwa, więc tym bardziej należy do niej dążyć. Tzn. wypracować takie metody walki, jakimi komuniści walczą w krajach niekomunistycznych. To nie jest dla mnie zagadnienie red versus dead, ale kwestia zło – dobro, gnicie – życie, schizofrenia – pięć klepek.[162]

Tak, w być może najważniejszym liście tego tomu, pisała Barbara Toporska do Mieczysława Grydzewskiego. Poznajemy Barbarę Toporską w zetknięciu z ideowymi realiami dwudziestego wieku, bliską znajomą Zakrzewskiego z „Drogi donikąd”, Zybienki z „Lewej wolnej” i Ławrynowicza z „Nie trzeba głośno mówić”. Za jej pośrednictwem poznajemy antykomunistyczną ideę nieuwikłaną w drobne kalkulacje politycznych rachunków. Rachunek Toporskiej ma zupełnie inny, ontologiczny wymiar.

Dla Mackiewicza podobnie, polityka w znaczeniu banalnego politykierstwa nie miała żadnego znaczenia. W całym jego publicystycznym dorobku nie sposób znaleźć jednego akapitu, w którym propagowałby określony kierunek polityczny, poza, rzecz jasna swoim własnym, osobistym: „żyć i pozwolić żyć innym”. Jego program, jego polityczna opcja, kierunek politycznej kalkulacji sprowadzał się zasadniczo do jednego tylko: „tęsknoty za życiem na prawie stuprocentowego 'człowieka prywatnego’”. Czy był to program maksymalistyczny, program ekstremisty z nożem w zębach, wymachującego butelką z benzyną pisarza, czy też może program najbardziej liberalny, umiarkowany z możliwych? To na oko proste pytanie nigdy nie generowało (i zresztą nie generuje po dziś dzień) prostych odpowiedzi. Stefania Kossowska, ostatnia redaktorka „Wiadomości”, z którą Józef Mackiewicz zwykł korespondować w żartobliwie-miłosnej konwencji, zarzucała pisarzowi nadmierny radykalizm poglądów, chęć tworzenia „żywych torped” oraz potępianie „legalnej opozycji w kraju”. Mackiewicz próbował delikatnie korygować ten punkt widzenia:

Pisze Pani, że ja jestem „doktryner”. Odwrotnie, to nie ja doktryner, tylko ci, którzy w doktrynie „dobrego polskiego komunizmu z Ludzką Twarzą” (a taki jest program polskich dysydentów) chcą widzieć cel, i skierować ku niemu dążenia narodowe! [460]

Ta prosta argumentacja nie trafiała do przekonania adresatki, która zresztą nie była pod tym względem wyjątkiem. Podobne w sensie słowa kierował Mackiewicz do Juliusza Sakowskiego, długoletniego członka Zarządu „Wiadomości”, próbującego powiązać zerwane nici współpracy. Oto co pisał Mackiewicz, przy okazji sporu wokół listu „59”-ciu, jak emigrant polityczny do politycznego emigranta:

Jeżeli chodzi o sprawę ad rem, tzn. tego listu „59”-ciu, to moje stanowisko jest takie, że emigracja jako całość, może się tą sprawą wielce interesować, najbardziej przychylnie nawet ustosunkowywać (nie ja, oczywiście, osobiście), ale w żadnym wypadku nie może się ani czynnie, ani demonstracyjnie w tę sprawę angażować. Gdyż każde złożenie listu, petycji, memoriału, czy nawet protestu z powodu jakichkolwiek zmian konstytucji komunistycznej w kraju, do komunistycznych władz w kraju – zakłada z góry, że się tę konstytucję uznaje, i te władze uznaje. Tak czyni Wyszyński, który je uznaje; tak czynią podpisani pod „listem 59-ciu”. Ale tak nie może czynić emigracja, ani tym bardziej rząd emigracyjny. Byłoby to zupełnym przejściem z „walki o wolność”, na płaszczyznę „lojalnej opozycji”. [420]

Taki był punkt widzenia Józefa Mackiewicza i tego swojego stanowiska nie mógł, przynajmniej w praktyce współpracy z „Wiadomościami”, swobodnie artykułować. Miałby więc słuszne prawo do okazania choćby tylko lekkiej irytacji, ale nic takiego nie miało miejsca:

Takie jest moje zdanie – dodawał w tym samym liście do Sakowskiego – Zakładam z góry, że inni mogą być innego niż ja zdania, i mają prawo swoje zdanie wypowiadać i uzasadniać. Sprawa jest ważna i w każdym razie godna dyskusji. Okazuje się jednak, że ja nie mam prawa wziąć w niej udziału, tylko dlatego, że większość, czy nawet wszyscy, są innego niż ja zdania. [420]

Cytowane wyżej fragmenty dotyczą trudnego zapewne okresu, gdy stopniowo, ale nieuchronnie, następowało zerwanie współpracy z „Wiadomościami”, tymi „Wiadomościami”, które wedle Józefa Mackiewicz zastępowały „w warunkach emigracyjnych: CAŁĄ MYŚLĄCĄ RESZTĘ POLSKI WOLNEJ!”, ale podobne sytuacje powtarzały się z zadziwiającą częstotliwością. Nieustannie zarzucono Mackiewiczowi ekstremizm, brak umiarkowania, w najlepszym razie – kontrowersyjność, dostrzegano w jego twórczości symptomy „zoologicznego antykomunizmu”, jak mawiał pewien domorosły bolszewik z licencją na obalanie komunizmu, a nawet pisywano naukowe rozprawy, w których twórczość publicystyczna Mackiewicza miała reprezentować „rygoryzm moralny zbliżający się niekiedy do granic zdrowego rozsądku”. Po prostu bzdury? A może przejaw ubabranego moralnie sybarytyzmu, z oczywistą domieszką zawiści? A może coś całkiem innego, zjawisko, które w jakże charakterystyczny dla siebie, odkrywczy, błyskotliwy i definitywnie ponadczasowy sposób formułowała Mackiewicza żona:

Polacy łatwiej opanowują sztukę pisania niż czytania. Chętniej piszą niż czytają. Więcej piszą niż czytają. Czasami nawet – lepiej piszą niż czytają. [286]

Święte słowa, chciałby się powiedzieć, a także – zdecydowanie prorocze, czego tzw. rodzima blogosfera (cóż za okropny termin) najlepszym dowodem. Nie zbaczajmy jednak na manowce błahostki. W naszym konkretnym przypadku, poglądów i idei, wyrażanych przez oboje, ich odbioru przez dalece niejednorodne kręgi politycznej emigracji, problem wydaje się zdecydowanie bardziej złożony i nie sposób go sprowadzić do czynności elementarnej, choć niełatwej – czytania ze zrozumieniem. Niewątpliwie na ogół rozumiano co pisze Mackiewicz, rozumiano co pisze Toporska. Dalece jednak nie wszyscy chcieli na ten temat dyskutować. Na salonach powojennej emigracji, z różnym nasileniem w różnych okresach czy „epokach” obowiązywał ześlizg, i to ześlizg uświadomiony. W końcu i „Wiadomości” przyłączyły się do tej ogólnoemigracyjnej zjeżdżanki. Doszło do tego, że na łamach niegdyś antykomunistycznego tygodnika zalecano emigrantom politycznym współpracę z „eurokomunizmem, różnymi odmianami „tupamaros” i murzyńskimi ruchami wyzwoleńczymi, wspieranymi przez Fidela Castro.” [471] Na wypełnionych podobnymi treściami szpaltach czasopisma w oczywisty sposób nie mogło być miejsca na propagowaną przez Toporską i Mackiewicza… staroświecką normalność.

Ten ostatni wątek, wątek normalności pobrzmiewa z niebywałą częstotliwością na niemal wszystkich kolejnych kartach tego tomu, szczególnie wyraziście wszędzie tam, gdzie zderza się w sposób oczywisty z narodowo-patriotycznym fetyszem; gdy Barbara Toporska pisząc o Armii Krajowej, pisze że ta cała „Armia” to nie był jakiś tam Wietkong, a propagandowy bluff, albo gdy Józef Mackiewicz, nawiązując do „wszystkiego co polskie”, wymienia:

papież: największy (z moralnej wagi gatunkowej) „poputczik” bolszewizmu od r. 1917

prymas (Wyszyński): jeden z największych zdrajców w dziejach Polski

Wałęsa: jawny człowiek partii komunistycznej, działający na jej korzyść

„Solidarność”: totalitarny zlepek autocenzury – komuny, Kościoła, i najniższego gatunku nacjonalizmu; w szarości, brudzie i zakłamaniu. Brrr… [474]

Takich opinii nikt oczywiście drukować na emigracji nie chciał, nie tylko „Wiadomości”. Czy były te poglądy zanadto radykalne, nieuzasadnione, gołosłowne? To nie Mackiewicz, to nie Toporska byli radykalni, a wręcz przeciwnie. Oni zachowali odporność, gdy świat zewnętrzny dał się zainfekować bakcylem nowej, bolszewickiej zarazy. Wobec wszechobecnego procesu „udzisiejszania” świata do norm społecznych, politycznych a nawet etycznych rodem z komunistycznego manifestu, potrafili zachować obojętność i przywiązanie do starych i wypróbowanych pojęć.

Gdy w połowie siódmej dekady dwudziestego wieku pisał Mackiewicz o dziwnym pośmiertnym uwielbieniu, jakie Polacy okazują wobec poczynań prezydenta Kennedy’ego czy Jana XXIII, podczas gdy obaj, dzięki prowadzonej przez siebie „pokojowej” polityce przyczynili się wydatnie do stabilizacji osiągniętego przez komunistów status quo, jeszcze wówczas po prostu słuchano, nie bez, zapewne mniej lub bardziej cichej, aprobaty. Słuchał Grydzewski, z którym aktualnie pozostawał Mackiewicz na stopie zerwanych kontaktów zawodowych. Dzięki temu jednak mógł jeszcze Mackiewicz w opublikowanym liście do redaktora „Wiadomości” pisać rzeczy z wagi gatunkowej niezmiernie istotne:

Jest to licytacja w dół. Świat zachodni stara się przelicytować w sloganach międzynarodowy komunizm, a my staramy się przelicytować slogany świata zachodniego. Kto na tę taktykę wzrusza ramionami, uważany jest za pozbawionego wyczucia „realizmu” politycznego. Obawiam się, aby ten wyścig coraz bardziej ustępliwie brzmiących frazesów nie przesłonił do reszty realnej rzeczywistości i nie wprowadził nas wszystkich razem na drogę, która wiedzie już nie do wyzwolenia „Wschodu”, lecz do zniewolenia „Zachodu”. [204]

Mniej więcej w tym samym czasie także Barbara Toporska miała możliwość zabrania głosu w sprawach dla emigracyjnego bytu najistotniejszych. W artykule „Z prośbą o odpowiedź (Wiadomości nr 6 (1036), 1966) pisała:

Emigracja polska otrzymała samodzielną organizację kościelną po wojnie, kiedy Polska straciła niepodległość na rzecz narzuconej dyktatury komunistycznej. Aktem tym Stolica Apostolska potwierdzała moralne prawa Polaków do nieuznawania narzuconej agentury jako legalnie powołanego rządu… […]

Zniesienie autonomii kościelnej jest dla emigracji politycznej ciosem… […] Na razie jednak wszyscy – duchowieństwo i wierni, politycy emigracyjni, prasa i patrioci z pierwszych rzędów – dokładają starań aby udawać że nic się nie stało. Mimo to konsekwencje już są dostrzegalne. Oto np. w ub. r. przypadła 25-a rocznica mordu katyńskiego. X. biskup Rubin nie celebrował uroczystego nabożeństwa za dusze tych pomordowanych. (Celebrował na rzecz ofiar hitlerowskich). X. biskup Rubin nie uświetnił żadnego niepodległościowego manifestu. X. biskup Rubin w swoich gładkich enuncjacjach nie wypowiedział zdania, którym mógłby rozgniewać Gomułkę. […] Zostaliśmy włączeni do Kościoła Milczenia. W krajach wolnych. O setki kilometrów od najbliższego więzienia komunistycznego.

Toporska zapytywała wprost prezydenta Zaleskiego i inne emigracyjne instytucje: co dotychczas zrobiono w sprawie przywrócenia emigracyjnemu duchowieństwu niezależnego od władz komunistycznych statutu. Zapytywała i nawet uzyskiwała odpowiedź. W liście do Grydzewskiego Mackiewicz, który spieszył, aby pogratulować redaktorowi artykułu Barbary Toporskiej, donosił przy tej sposobności, że żona otrzymała „masę listów z gratulacjami”, m. in. od prezydenta Zaleskiego, który w odręcznym piśmie dziękował za to wystąpienie. Mackiewicz podkreślał jednak przede wszystkim zasługi samego redaktora, czyli Grydzewskiego, przyznając szczerze, że zniechęcał nawet żonę do pisania tego artykułu w przekonaniu, że Grydzewski nie odważy się go wydrukować: „To odważne wystąpienie Pana jest w narodowej polityce polskiej zupełnie jedyne” – pisał.

U schyłku lat 70., gdy redakcję „Wiadomości” objęła Stefania Kossowska, sytuacja zmieniła się radykalnie, zapewne nie tylko ze względów personalnych. Życie polityczne emigracji, od zarania wątłe i rachityczne, toczyło się już teraz pod wyłączne dyktando dysydenckiego, zbolszewizowanego „kraju”, całej tej bandy – jak to określał Mackiewicz – która umacnia „polski” komunizm. „Z 'Wielkiej Emigracji’ Mickiewiczowskiej – pisał dalej – przeistaczamy się w: Bucharino-Trockistowską.” Obserwując proces emigracyjnego „ześlizgu”, teksty peerelowskich publicystów z gatunku Kisielewskiego na pierwszych kolumnach „Wiadomości” („… to dopiero propaganda komunistyczna! „Cienka”, znakomita.”), owo „upoczciwianie” – w rodzaju „Don Camillo” i jego komunistycznych adwersarzy – swojskiego komunizmu, nie mógł mieć Mackiewicz dalej złudzeń, nie tylko co do możliwości dalszej współpracy z „Wiadomościami”. Na jego oczach realizowano scenariusz, którego istnienie podejrzewał znacznie wcześniej. Pisał wówczas:

…gdybym był ideowym komunistą, to oczywiście byłbym za PRL, za rewizjonizmem, za reformizmem, za ewolucjonizmem etc., tj. za wszystkim co komunizm wzmacnia i uatrakcyjnia na świecie. [299]

Zarówno Mackiewicz jak i Toporska rozumieli, że komunizm nie musi koniecznie wytaczać armat, aby pokonać niekomunistyczny „wolny świat”, gdzie każdy „woli jechać w mercedesie czy fordzie z dziewczynką nad morze i w góry, a boi się strasznego widma jechania w czołgu na wyzwalanie kogokolwiek z niewoli.” [204] Na długo przed „Solidarnością”, papieżem, Wałęsą, Gorbaczowem, pierestrojką, wielką bolszewicką prowokacją 1989 roku, oboje zdawali sobie sprawę, że walka bolszewizmu z resztą świata z płaszczyzny tradycyjnej proletariackiej rewolucji, marksizmu, walki klas, czołgów, rakiet i podwodnych łodzi przechodzi do zupełnie innej sfery, gdzie żołnierzem bolszewizmu nie będzie ani czekista, ani czerwonoarmista, tylko dystyngowany profesor, pisarz, reżyser, ks. biskup, wszyscy „…ci, co wiedzą, że demokracji zachodnich nie da się rozsadzić od wewnątrz przez żadne rewolucje proletariatu, ale że można je obezwładnić przez systematyczne niszczenie wszelkich hierarchii wartości. Etycznych i estetycznych.” [471]

Tak pisała Barbara Toporska w jednym z ostatnich swoich listów do redaktora „Wiadomości” w roku 1979. Wkrótce ustała już nie tyle współpraca, ale także korespondencja… Obie strony powiedziały już wszystko, co jeden inteligentny człowiek może powiedzieć drugiemu. Dalsza rozmowa nie miała zapewne sensu. Ostatni życzliwy gest ze strony Stefanii Kossowskiej nastąpił w styczniu 1981 roku. W dwa miesiące później ukazał się ostatni, 1816 numer „Wiadomości”. Na kilkudziesięciu stronach tego okolicznościowego wydawnictwa nie było nazwisk Barbary Toporskiej i Józefa Mackiewicza.

______________________

Józef Mackiewicz, Barbara Toporska, Listy do redaktorów „Wiadomości”, Londyn 2010.

Źródło:
Adres artykułu: https://wydawnictwopodziemne.com/2011/03/03/dzielo-dwojga-autorow/
Kategorie: Barbara Toporska, Dariusz Rohnka
Zamknij
 |  https://wydawnictwopodziemne.com/2011/03/03/dzielo-dwojga-autorow/