Zamknij
Dariusz Rohnka

Za lub przeciw kontrrewolucji część VII

7 lipca 2023 |Dariusz Rohnka, Za lub przeciw kontrrewolucji
Źródło: https://wydawnictwopodziemne.com/2023/07/07/za-lub-przeciw-kontrrewolucji-czesc-vii/

Lecz jeśli dokonywająca się obecnie „liberalizacja” nie jest wyrazem odnowy reżymu, ale wyrazem jego niedołężnienia, to jej logicznym rezultatem będzie jego śmierć, po której nastąpi anarchia.
Andriej Amalrik

Czy związek sowiecki przetrwa do roku 1984?

Obraz, który wyłaniał się z pilnie śledzonych przez Mackiewicza politycznych osobliwości połowy lat 70., był szokujący: komuniści dążą do samozagłady. Póki co kłócą się nieustająco między sobą, żyjąc w permanentnym strachu przed opinią publiczną. Kgb, w pełni neurastenicznej poczytalności, na własną zgubę, współtworzy dysydentyzm, opozycję, podziemne wydawnictwa. Coś jakby Guido Fawkes działający z inspiracji Stuartów. Cóż to było: słabość systemu czy prowokacja o niejasnych intencjach? Alternatywa, która wciąż, po upływie półwiecza, nie doczekała się jednoznacznego rozstrzygnięcia.

„Samizdat sowiecki robi, oczywiście, KGB…” – pisał Mackiewicz w liście do Kowalewskiego. Robi, łatwo sobie dopowiedzieć, rękami dysydentów. Czy współdziałających z czekistami świadomie, czy nieświadomie tego, oczywiście, wiedzieć Mackiewicz nie mógł. Nie wskazywał na kogokolwiek palcem publicznie, choć w korespondencji prywatnej nie stronił od podejrzeń. Sacharow na przykład uchodził w jego oczach za „jawnego prowokatora”. Wobec braku ścisłej wiedzy, nie mógł podobnych przypuszczeń publikować wprost. Takie działanie byłoby nie tylko nieprzystojne, ale odwracałoby uwagę od istoty rzeczy, wykraczającej poza osobiste zaplątanie pojedynczych osób.

Ale od problemu zaangażowania konkretnych ludzi całkowicie nie można uciec. To oni firmują działania, hasła, ideowe i polityczne koncepcje. To wobec nich komunistyczna władza stosuje odpowiednie środki i zabiegi. Są poddawani represjom lub nagradzani przywilejami. W artykułach Mackiewicza licznie pojawiały się nazwiska ludzi zaangażowanych w ruch dysydencki. Interesowało go, co mają do powiedzenia, jakie rozwiązania proponują, zastanawiał się czy, a jeśli tak, to w jaki sposób, ich aktywność może służyć interesom komunistów. Przytaczał wiele nazwisk, poświęcając tym osobom mniej lub więcej uwagi. Jedną z nich był zmarły przed kilku laty Władimir Bukowski. Zwrócił uwagę Mackiewicza sążnistymi listami, pisanymi do sowieckiej władzy z więzienia. To nie mogło się dziać bez aprobaty komunistów, którzy mogli przecież w każdej chwili ukrócić tę aktywność. Czy zatem Bukowski uchodził w oczach Mackiewicza za prowokatora? W liście do Kowalewskiego z grudnia 1977 pisał:

Naturalnie ma Pan rację, że „nie wszyscy etc.” są agentami i manipulowanymi. Zresztą jak to nawet podkreślałem.

Przy tym pisałem o stronie polityczno-ideowej. Najmniejszy nacisk kładąc na stronę techniczną zjawisk. Stąd nieporozumienie. Ta strona techniczna – której dokładny rozbiór zająłby olbrzymi traktat – jeżeli się zapoznać szczegółowo, Sacharow, Chodorowicz, Jankielewicz, Bukowski etc. etc. (Sołżenicyn!) – wykazuje zupełną absurdalność w zestawieniu z rzeczywistością sowiecką. W myśl teorii Lenina o „głuchoniemych ślepcach” przejętych własnym chceniem. Moskwa przestała się z nami liczyć, i kpi w żywe oczy. – Sacharow jest już agentem zupełnie jawnym.

Był daleki od pochopnych wniosków. Po upływie niemal półwiecza sprawa mniemanej agenturalności autora I powraca wiatr, nie jest wcale łatwiejsza do rozstrzygnięcia. Bo Bukowski jest postacią wyjątkową. Nie pasuje do utartego schematu dysydentyzmu. Podzielał, co prawda, przekonanie o mocy sprawczej „legalnej” opozycji. Poza tym to zaprzysięgły wróg systemu sowieckiego, poskramiacz socjalizmu i lewactwa, człowiek walki, przekonany (przynajmniej od lat 60. poczynając) o niechybnej klęsce systemu (co w jego percepcji nastąpiło w sierpniu 1991). Nie bardzo to pasuje do Mackiewiczowskiej koncepcji Wielkiego Planu i masowego wykorzystania sowieckiej dysydencji.

Postać Bukowskiego jest więcej niż interesująca. Już jego ekspedycja ze związku sowieckiego na Zachód zdaje się paradoksalna. Wyproszono go grzecznie, wraz z matką i siostrą, które wcześniej, z racji jego buntowniczych poczynań, bywały prześladowane. Wymieniony został za chilijskiego komunistę, sekretarza generalnego tamtejszej partii. W 1976 nie był Bukowski anonimowym dysydentem (przez kilka lat na Zachodzie prowadzono w jego obronie protesty), ale taka wymiana stanowiła mocne kopnięcie w górę w hierarchii ruchu dysydenckiego. Podobno Breżniew nie był zadowolony, usłyszawszy, co na Zachodzie ma do powiedzenia niedawny pacjent szpitala psychiatrycznego. Miał rzekomo skarcić towarzyszy: mówiliście, że on niespełna…, a ot co?! Taką anegdotę przytacza Bukowski, ale mniejsza o nią. Ważniejsze pytanie jest następujące: po cóż był im ktoś taki na Zachodzie? Ktoś, kto z gruntu nienawidzi sowieckiej ojczyzny? Przez kolejnych 15 lat brutalnie i z wielką błyskotliwością wyśmiewał sowieckich akolitów w wolnym świecie, reformatorów komunizmu tam i tu, z Gorbaczowem i jego „chytrostrojką” na czele. Miał za złe gensekowi, że ten skradł mu „głasnost”, termin który Bukowski ukuł wraz z kolegami-dysydentami w latach 60. Nie pomagał w przebudowie. Dopiero wiosną 91 (niczym Lenin w kwietniu 17) pojechał do Moskwy, wieszcząc „nieuniknioną” konfrontację, wzywając do generalnego strajku, bo inaczej… krew i głód. Był Bukowski prorokiem sierpniowego puczu, czy… prowokatorem?

Przyjrzyjmy się temu, co Bukowski reprezentował. Świetny, pełen swady i temperamentu, wnikliwy obserwator porusza w swojej publicystyce liczne wątki, uderzające czytelnika niełatwą oczywistością. Jako wróg ustroju sowieckiego, zdaje się mieć zmysły szczególnie wyczulone na nonsensy współczesnego świata: społeczne, polityczne, ideologiczne. Z tego powodu w ciągu minionych kilku dekad dał się poznać jako bezwzględny krytyk unijnych instytucji, niefrasobliwości i głupoty jej przedstawicieli. Zjawisk kulminujących przekształceniem liberalnej instytucji w brukselskiego potworka, systemowego bliźniaka związku sowieckiego, w którego siermiężnościach rozpoczynał Bukowski swój pochód przeciw niedorzecznościom świata.

Jego krytyka Zachodu ma długą historię, bo rozpoczęła się niemal nazajutrz po ekspatriacji. Jako wróg systemu nie mógł pojąć spolegliwości Zachodu wobec sowietów. Rychło popadł w konflikt z głosicielami „naprawy komunistycznego systemu”. Zyskał miano „prawicowca” i „ekstremisty”. Nie rozumiał tamtejszej naiwności. Zachodził w głowę jak wytłumaczyć rozmówcom (często wysoko postawionym), że cała sowiecka gra na odprężenie, redukcję zbrojeń to „zwykłe oszustwo”. Ostatecznie odkrył prawdę, a przynajmniej tak mu się zdawało: naiwność Zachodu nie była przejawem głupoty. To była w pełni świadoma polityka establishmentu, wspierania socjalizmu. Pozostawała głupia jedynie w „szerokim tego słowa znaczeniu, w jakim głupia była sama koncepcja socjalizmu”. Bukowskiego Zachód zaskoczył i trudno mu się dziwić. Nie spodziewał się, że będzie aż tak, po sowieckiemu, swojsko:

Słowem – niczego nie podejrzewając, wyleźliśmy ze swoimi prawami człowieka, więzieniami i zakładami psychiatrycznymi na świat, gdzie socjalizm jako idea już dawno zwyciężył… […] To tak, jakbyście widząc, że złodzieje grabią dom, pobiegli na policję, nie wiedząc, że weszła ona w zmowę z bandytami.

Bukowski to człowiek obdarzony niebywale silną wolą. Jeśli opuszczał więzienną celę lub psychiatryczny szpital, czynił to zawsze na krótko, z pełnym przekonaniem o konieczności powrotu. Nie był to wybór polityczny, ale moralny. Jeśli nie ja, to kto? – podpowiadała mu osobista aksjologia. Godne podziwu. Jego antykomunizm jest inspirujący, przepełniony dumą z codziennego zwycięstwa nad złem. Ale bywa niekiedy tak, że z dumy wyradza się buta. Piękna postawa zostaje nadszarpnięta przez nieuzasadniony triumfalizm. Hardość przechodzi w megalomanię i próżność. Nie wiem, kiedy to było dokładnie, ale rychło uznał, że z sowietów można sobie bimbać, że niewiele potrafią mu wyrządzić złego. Doszedł do przekonania, że komunistyczna władza jest spętana… przepisami prawa. Nie wszyscy podzielali tę naiwność. Pisarz-dysydent, który po przyjeździe do Londynu przyznał się do współpracy z kgb, Anatolij Kuzniecow, był odmiennego zdania:

…Jeżeli mam być szczery to znacznie lepiej rozumiem tych, co milczą, aniżeli tych, którzy protestują i w protestach powołują się na konstytucję czy w ogóle na sowieckie prawo. A to dlatego, że ci, którzy milczą, dobrze wiedzą, jaka jest wartość sowieckiego prawa i praworządności.

Stąd wniosek – wtrącił Szymon Szechter – że niesłuszne jest powiedzenie, jakoby milczenie oznaczało zgodę.

Kuzniecow: W komunizmie milczenie oznacza sprzeciw.

Bukowski mocno trzymał się swojego przekonania, że komunistyczna władza czuła się zobligowana przepisami sowieckiego prawa. Wzmocnił to swoje przeświadczenie za sprawą kwerendy, jaką przeprowadził w archiwach komitetu centralnego kpzs, w czasie gdy „upadał komunizm”. Jako jeden z przykładów bezsilności sowieckiej władzy podawał notatkę sporządzoną dla kc przez nie-byle-kogo, bo ówczesnego szefa kgb, Jurija Adropowa: „Komitet Bezpieczeństwa Państwowego melduje, że zgodnie z uzyskanymi materiałami doktor nauk biologicznych Instytutu Radiologii Jaurés Miedwiediew i jego bliski znajomy Walerij Pawlenczuk, zamieszkali w m. Obnińsku w obwodzie kałuskim, przepisują na maszynie nie publikowaną powieść A. Sołżenicyna Krąg pierwszy„. Znamienne zdają się słowa wszechpotężnego Andropowa w odniesieniu do J. Miedwiediewa: „należy polecić komitetowi miejskiemu KPZR w Obnińsku podjęcie kroków zmierzających do przerwania jego antyspołecznej działalności”. Takie sugestie formułował szef najpotężniejszej organizacji zorganizowanego terroru do mielenia obywateli. Był pod wpływem środków odurzających, przeszedł gwałtowny wstrząs moralny, a może postanowił obalić związek sowiecki? Tego rodzaju szarady nie trapiły Bukowskiego.

Podczas wielomiesięcznej lektury partyjnych dokumentów Bukowski nie krył zdumienia. Trudno było mu uwierzyć, że komunistyczna góra zajmowała się takimi błahostkami jak samizdat, mikro manifestacje i protesty. Przecież człowiek sowiecki – próbował przekonywać sam siebie – nie mógł nawet marzyć o tym, aby jego podanie czy skarga trafiło tak wysoko. Uwierzył. Poczuł nawet wzruszenie, gdy przeczytał, że na posiedzeniu biura politycznego rozważana była kwestia jego aktywności, a konkretnie, czy po procesie z roku 1967 i zapadłym wyroku ma ukazać się w lokalnej prasie wzmianka o tym zdarzeniu, czy też nie. Nie zastanowiło go, że system, który dyktuje treść lokalnej gazety do ostatniej litery, dozwala jednocześnie na niekontrolowaną twórczość setek wrogów: „…politycy sowieccy rozumieli doskonale, że siedzą na wulkanie. Imperium trzeszczało w szwach na długo przed przyjściem Gorbaczowa”. – Taka jest jego ostateczna konkluzja. A wszystko to dokonało się za sprawą praworządności, niestosowania przemocy oraz dzięki jawności, w opozycji do działalności podziemnej, bo „przemoc nie może być podwaliną państwa prawa, a podziemie – wolnego społeczeństwa”.

Zadziwiające słowa w ustach wolnego człowieka, znającego sowiecki system od podszewki. Znajduję jedno wyjaśnienie: Bukowski podchodził bez dystansu do komunistycznej „rzeczywistości”, z całą jej nadbudową. Nie pojmował, że ustrojowy sztafaż pierwszego na świecie socjalistycznego państwa robotników i chłopów jest tylko narzędziem w rękach bolszewizmu:

Z pewnym prawdopodobieństwem można twierdzić, że wierzył Lenin, a także jego najbliższe otoczenie. Zakładam, że pomimo całego cynizmu Stalin wierzył w „historyczną słuszność” swojej działalności, Chruszczow z pewnością żywił jakąś naiwną, iście chłopską wiarę w socjalizm.

Pisał te nonsensy z przekonaniem. Nie dostrzegał, że ideologia, niezależnie od obieranego kształtu i formy, jest jedynie narzędziem zniewolenia. Wyrósł w systemie, a jego umysł przesiąkł wszechobecną propagandą. Choć to całkiem nieprawdopodobne, wierzył w dobre intencje bolszewickich zwyrodnialców.

Zatrważający jest sposób myślenia człowieka sowieckiego, nawet wewnętrznie wolnego, jak Bukowski, który ma odwagę stawiania czoła przeciwnościom losu. Uwikłanie w system powoduje zamęt semantyczny i poznawczy; nie sposób odróżnić dobra od zła, prawdy od fałszu. Potrafił napisać: „masz, chłopie, szczęście, najpewniej wylecisz tylko z pracy, partii, Komsomołu…”, całkiem nie zdając sobie sprawy, że karą miałoby być w tym przypadku usunięcie z organizacji przestępczej. Podobnych niuansów nie zauważa. Jest ofiarą mitów. Mitu o ideologicznych uwarunkowaniach komunizmu; o tym że Marks i Lenin, Stalin i Trocki, Chruszczow z Breżniewem… każdy z nich na swój sposób wierzył w absurdy walki klas czy dyktatury proletariatu. Nie znajduję wyjaśnienia dla tej łatwowierności. Bo Bukowski nie był dość naiwny, aby wierzyć w takie niedorzeczności. Miał klarowny, otwarty umysł.

Pisał w Moskiewskim procesie:

I, trzeba przyznać, grupa Jelcyna wspaniale zachowała się w czasie puczu, a także w ciągu kilku dni po nim. Nie ma wątpliwości, że Jelcyn wchodząc na czołg przed Białym Domem i zwracając się stamtąd do współobywateli, miał swoją „godzinę wielkości”. A moment, kiedy podpisywał dekret o delegalizacji Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, był najdonioślejszym wydarzeniem w jego życiu.

Największa tajemnica Bukowskiego to podziw, nieomal uwielbienie, dla Jelcyna. Ten ostatni był co prawda przez wiele lat kreowany na zbawcę; jedynego uczciwego w Moskwie: „Gdy my tu, towarzysze, kawior i jesiotry wędzone zajadamy, naród głoduje!” – tak miał mawiać na politbiurowych posiedzeniach (krążyła ta bohaterszczyzna po Moskwie, w ręcznych odpisach). Ale nie dajmy się zwariować. Mógł w Jelcyna uwierzyć byle sowietolog, ale czy Bukowski?

Pierestrojka była dla niego „masową psychozą”, sterowaną przez „kremlowskich manipulatorów”. Gorbaczowa, aparatczyka z prowincji, uczyniono gensekiem ze względu na jego… sympatyczny wygląd. Okazał się też doskonałym wykonawcą wielkiego „operacyjno-czekistowskiego posunięcia” i co ciekawe w interpretacji Bukowskiego, posunięcia wymyślonego jeszcze w czasach Breżniewa, przez Andropowa. Gorbaczow, sekretarz „zapyziałego Komitetu Krajowego KPZR” nie mógł czegoś takiego wymyślić. Do 1984, kiedy zaczęto go szykować na genseka, nigdy nie był nawet na Zachodzie. Za wszystkim stał Andropow. To on wpadł na pomysł zainscenizowania krzyżówki „praskiej wiosny” z leninowskim nepem. Pomijając szczegóły, trudno się z tą wykładnią nie zgodzić. Aż do momentu, w którym: plan zawalił się „z hukiem” i „dowiedzieliśmy się” jak powstawały fikcyjne „partie”, kagebowskie „fronty narodowe”, różne ultranacjonalistyczne „straszaki”, okazało się, że nawet Żyrinowskiego „wymyśliło w 1989 roku KGB za zgodą politbiura”. Niebywałe w jaki sposób pisał Bukowski o Gorbaczowie:

Zdumiewające: człowieka, który skupił w swoim ręku władzę większą niż Stalin i Mao Tse-tung razem wzięci [sic!], postrzegano jako ofiarę, jako prześladowanego opozycjonistę. Czy jest drugi taki przykład w historii?

Przesada granicząca z histerią. W jakim celu spisywana? Czy dla przeciwwagi, dla skontrastowania niebywałych przymiotów „byłego komunisty”, Jelcyna?

***

Ważny w biografii Bukowskiego jest przełom lat 60. i 70. Wówczas w kręgu jego znajomych miały pojawić się dyskusje na temat rychłego upadku komunizmu. To z tych dyskusji narodził się polityczny pamflet Andrieja Amalrika, Czy Związek Sowiecki przetrwa do 1984 roku? To dlatego „upadek komunizmu” trzy dekady później nie wywarł na Bukowskim wrażenia. Było to bowiem zdarzenie z dawna antycypowane. Nie miał powodu wątpić w jego realność.

Komuś, kto widział indyferentyzm człowieka sowieckiego na chwilę przed „ustrojową transformacją” roku 89, tego rodzaju dywagacje, prowadzone pół wieku wcześniej, mogą zdawać się pure nonsensowne, ale to omylne wrażenie. W dysydenckich kalkulacjach tamtego czasu jest logika, przykrojona do ideowych założeń. Skoro władza okazała się na tyle słaba, że nie potrafi spacyfikować opozycji, oporu powstrzymać i wyeliminować, okazuje jawną i oczywistą bezsilność, wniosek nasuwa się sam. Zanim zostanie wyartykułowany, przyjrzyjmy się historii Amalrika i jego publikacji.

Już tytuł Czy Związek Sowiecki przetrwa do roku 1984? frapuje. Nie dlatego, że zawarta w tym pytaniu hipoteza zdaje się mocno oderwana od rzeczywistości podsowieckiej. A dlatego, że wchodzi jakoby w polemiczny spór z futurystycznym przesłaniem Orwella. Pozornie. Bo Amalrik książki Orwella nie czytał, a słyszał o niej jedynie od jednego z przyjaciół. I od owego czytelnika Roku 1984 dowiedział się, że to książka o totalitarnym imperium, popadającym w ruinę. Nie mielibyśmy tu więc do czynienia z polemiką, ale z omylną analogią. Twierdzenie, że Orwell opowiada w 1984 o rychłym krachu systemu, jest zaskakujące swoją interpretacyjną egzotyką, ma jednak ciekawy walor: daje sposobność wniknięcia w mentalność podsowieckiego dysydenta lat 50., 60., lat 90., mentalność prowadzącą do entuzjastycznego przywitania demokracji à la Jelcyn. Pozwala też na wiwisekcję podsowieckiej mentalności współczesnej, mamroczącej o wyczerpujących się zasobach przygłupiej i zardzewiałej armii Putina oraz, w konsekwencji, o nieuchronnej jej klęsce.

Podsowiecka mentalność, którą tu mam na myśli, zapuściła swoje korzenie w około chruszczowowskim etapie ideologicznego uwiądu, braku socjalistycznego entuzjazmu, skutkującego marazmem. Przywodzi na myśl obraz komsomolca, któremu zdjęto z nosa okulary fanatyzmu. Dojrzawszy, po raz pierwszy w życiu, mizerię socjalizmu, doznał olśnienia à rebours. W takich warunkach, ideologicznego odrealnienia, odczytywać można powieściową rzeczywistość 1984 jako zapowiedź niechybnego zgonu molocha. Wolni od takich naleciałości prole nie popadają w podobne absurdy. Rozumieją, że niedobór wszystkiego to tylko jedna ze stałych cech doczesności. Jako utrapienie nie ma ten brak najmniejszego związku z opresyjnością i mocą systemu. Dla rozczarowanych pionierów i komsomolców, którym podcięto entuzjastyczne skrzydła ideologii, świeżo odkryta nędza egzystencji jest zapowiedzią nieuchronnej agonii.

Sława Amalrika, jak to u pisarzy-dysydentów tamtego czasu bywało, wyprzedziła jego głośny pamflet. Broszura wywołała sensację zanim poznano jej treść. Amalrik prowadził na jej temat całkiem jawną korespondencję z prasą zachodnią. Nie obawiał się, ani konfiskaty broszury, ani aresztowania. Podejrzewano dość powszechnie, że jego poczynania mają jakiś związek z kgb. Jego osobą zainteresował się Adam Pragier. Pisał o pogłoskach jakoby Amalrik był agentem dezinformacji, ale skupił się na przekazie pamfletu, opowiadającego o rozkładzie biurokratycznego systemu, niezdolnego do uporania się z jakimkolwiek problemem natury gospodarczej, społecznej czy wojskowej. Autor negował możliwość rozpadu sowietów od wewnątrz, twierdził jednak, że nastąpi on w wyniku konfliktu zbrojnego z Chinami, w ciągu kolejnych 10-15 lat. Wywody Amalrika pozostawały – wedle Pragiera – w sprzeczności z potencjałem strategicznym związku sowieckiego.

Amalrik został ostatecznie aresztowany, ale z kilkumiesięcznym poślizgiem, co, wziąwszy pod uwagę, że broszura została wydana pod jego nazwiskiem (z podaniem domowego adresu autora), zdawało się kuriozalnym potwierdzeniem dezinformacyjnego charakteru publikacji. Równie dobrze mogło być dowodem notorycznej słabości sowieckiej władzy. Nawet Miłosz doszukiwał się w całej sytuacji jakichś wewnętrznych czekistowskich rozgrywek. Giedroyc, jak zazwyczaj, nie miał żadnych wątpliwości. Interesujące było uzasadnienie wyroku. Amalrik skazany został za: „rozpowszechnianie a priori fałszywych zmyśleń, szkalujących radziecki ustrój społeczny i państwowy”. Opieszałość wymiaru sowieckiej niesprawiedliwości ciekawie wyjaśniał Amalrik w wywiadzie dla tygodnika Der Spiegel, spisanym na krótko przed swoim aresztowaniem: „Dotychczas korzystam rzeczywiście z większej wolności, niż liczni obywatele sowieccy. Ale tę wolność zawdzięczam samemu sobie”. Amalrik pokpiwał z zarzutów jakoby był agentem kgb. Bardzo możliwe, że nie był nim istotnie. Może nawet nie był przez sowiecką władzę inspirowany. Niewątpliwie jednak ta wiedziała o jego istnieniu. Swoje poglądy przedstawił po raz pierwszy publicznie w liście skierowanym do Literaturnoj Gaziety i Izwiestii w listopadzie 1967. Jedyną reakcją służb, co Amalrik opisuje w broszurze, była rewizja jaką przeprowadzono u niego w domu w 1969. Skonfiskowano pewne materiały, ale nie gotową niemal broszurę. Czy uznano ją za politycznie poprawną? Czy może nie chciano działać wbrew literze „prawa”?

Skutkującej „upadkiem komunizmu” długofalowej strategii nie sposób wyobrazić sobie bez dysydencji, mniej lub bardziej odważnych obalaczy zmurszałego systemu. Nie wiemy w jakim stopniu ruch dysydencki powstawał przy udziale i z inspiracji komunistów i – obawiam się – stosownej wiedzy nie posiądziemy. Być może, wystarczyło jedynie złagodzić represje i przyglądać się z uwagą rozwojowi naturalnych reakcji. Możliwe też, że druga, dysydencka strona, przyjęła analogiczną taktykę: nie drażnić nadmiernie sowieckiej władzy, nie straszyć kontrrewolucją, nie wymachiwać nożem. Zmierzać do szczęśliwego rozstrzygnięcia na gruncie ustrojowej praworządności. Amalrik ze swoją broszurą świetnie się w ten obraz wpisuje. Antycypuje, co prawda, upadek imperium, ale nie ma w jego wypowiedzi kontrrewolucyjnej wrogości. Nie wzywa do obalania ustroju, bo nie ma powodu tego czynić. Przekonuje jedynie o tym, że system niedołężnieje. Analogia z sołżenicynowskim wezwaniem do niewalki z komunizmem jest oczywista.

Broszura Amalrika opowiada o dekompozycji „reżymu”, a jego wywód jest logicznie spójny. „Rozszerzanie zakresu swobód” jest z jego punktu widzenia symptomem systemowej choroby. Reżym starzeje się, utracił zdolność do sprawowania despotycznych rządów nad wszystkim, z dawną siłą i stanowczością. Strukturalnym zmianom podlegają elity i całe społeczeństwo, reżym traci orientację. Amalrik proponuje alegoryczny obrazek:

jeden człowiek stoi naprężony, z rękami podniesionymi do góry, a drugi, równie naprężony, przykłada mu do brzucha lufę karabinu. Rzecz prosta, długo tak nie postoją: ten drugi zmęczy się i opuści trochę karabin, a pierwszy skorzysta z tego, by nieco opuścić ręce i trochę się rozprężyć.

Reżym jest stary, słaby, zbiurokratyzowany, z kulą u nogi w postaci więdnącej ideologii, bez której nie może istnieć. Dlatego stara się znaleźć dla niej skuteczną alternatywę… w postaci, a jakże, wielkorosyjskiego nacjonalizmu. Podobnie jak zdecydowana większość interpretatorów komunizmu, zapomina Amalrik o jego, komunizmu, istocie. Poza tym trudno odmówić Amalrikowi słuszności. Bo w samej rzeczy, reżym (tak, z maniakalnym uporem, nazywa komunistyczny nierząd, unikając jak ognia słowa komunizm) nie może sprawować pełni władzy nad obywatelem, nie wypełniając dwóch paralelnych warunków: dominującej bezwzględnej siły oraz ideologicznej euforii, umiejętnie podsycanej przez media, szkołę, organizacje polityczne. Bez tych atrybutów bolszewizm jest, w moim przekonaniu, cieniem samego siebie.

Stąd koncepcja permanentnej odwilży, socjalizmu z ludzką twarzą, zreformowanego komunizmu jest klasyczną utopią. Stosunki polityczne lub społeczno-polityczne, kreowane w oparciu o taki model, mogą być albo przejawem skrajnego wyczerpania władzy, albo zakrojoną na szeroką skalę prowokacją. Nie inaczej spoglądał na ten problem Józef Mackiewicz, odrzucający z przekonaniem zjawisko opozycji jako realnej siły politycznej w komunizmie. W preparowanej w połowie lat 70. akcji trust nr 2 dostrzegał coś więcej, aniżeli ostateczną rozprawę z antykomunizmem. Nie dysponował dostateczną wiedzą, aby to zjawisko opisać szczegółowo. Nie słyszał o Anatoliju Golicynie i rewelacjach, z jakimi ten przybył na Zachód. A jednak materiał, jakim dysponował, wystarczył do trafnego rozpoznania upowszechnianych z rewolucyjnym zacięciem ideowych tendencji.

Źródło:
Adres artykułu: https://wydawnictwopodziemne.com/2023/07/07/za-lub-przeciw-kontrrewolucji-czesc-vii/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Za lub przeciw kontrrewolucji
Zamknij
 |  https://wydawnictwopodziemne.com/2023/07/07/za-lub-przeciw-kontrrewolucji-czesc-vii/