Józef Mackiewicz idzie na wojnę
Mój pogląd na politykę jest idealnym. Uważam, że o ile taktyka polityczna kroczyć może każdą drogą do celu, to w polityce winno się być uczciwym.
Józef Mackiewicz
„Pisarz bezstronny jest takim samym fałszem, co tygrys wegetarianin” – usłyszał kiedyś Karol Zbyszewski od swojego przyjaciela, Józefa Mackiewicza. Szczerość i odwaga mówienia wprost, nie kamuflowania tego, co ma się do powiedzenia, to jedna z zasad Mackiewiczowskiego pisarstwa. Czesław Miłosz, który przez całe życie nie potrafił oprzeć się pokusom koniunktury, pisał na ten temat (w prywatnym liście) tak:
Wydaje mi się, że weszliśmy w okres wielkich przewartościowań literatury polskiej XX wieku, zwłaszcza tam wszędzie, gdzie chodzi o prawdomówność. A że Pan był zawsze pisarzem prawdomównym, miejsce Pana będzie coraz wyższe. A ta obecna książka znajdzie się wśród kilku najwyższych pozycji prozy. Niestety z wielu polskich prozaików, takich jak Żeromski i Reymont, został tylko papier.
Mackiewicz, jeśli mógł, jeśli tylko nie przeszkadzała mu cenzura lub inne względy, nie cofał pióra. Ostatnie miesiące pisania do „Słowa”, artykuł „My, Wilnianie”, „Gazeta Codzienna”, wojenna książka i broszura, podziemne pismo „Alarm” – potwierdzają funkcjonowanie tej reguły. Z jego bezpośredniej relacji wiemy dość dokładnie, co w tym okresie mógł, a co tylko chciałby napisać i opublikować. Zdarzało mu się w tym czasie pisać bez żadnych cenzorskich ograniczeń, z pominięciem obowiązującego bezprawia. Tak pisał książkę „Prawdę w oczy nie kole”, trzy numery podziemnego pisma „Alarm”, broszurę „Optymizm nie zastąpi nam Polski”. W „Prawdzie…” opisał ograniczenia, z jakimi musiał się borykać pisząc dla „Słowa”, „Lietuvos Žinios”, redagując i pisząc do „Gazety Codziennej”. Dzięki informacjom zawartym w książce (cudem odnalezionej po wielu latach intensywnych poszukiwań – zainteresowanych szczegółami zapraszam do lektury noty „Od wydawcy”*) możemy z jako takim przybliżeniem opisać koncepcje i postawę, jakie przed, na początku i w trakcie II wojny światowej reprezentował Mackiewicz.
II wojna światowa nie była cezurą w twórczości Józefa Mackiewicza. Tak stwierdza w swoim ostatnim tekście Michał Bąkowski. Słusznie. Trudno utrzymywać, że jakiekolwiek wojenne zdarzenie nadwerężyło zadziwiający konsekwencją monolit Mackiewiczowskiego myślenia, w jakiś szczególny sposób wpłynęło na jego światopogląd. W swoim pisaniu pozostał sobą: bardzo mocno liberalnym konserwatystą o nadzwyczaj szerokich intelektualnych horyzontach; skłonnym co fraza, akapit, artykuł weryfikować trafność własnego poglądu. Niczego tu nie zmieniły doświadczenia wojny: okupacji sowieckiej, niemieckiej; zbrodni bolszewickich, hitlerowskich, demokratycznych. Zmieniło się jedno, radykalnie – postawa Mackiewicza wobec świata. Z nieustraszonego dziennikarza-literata narodził się pisarz-polityk, pisarz walki.
Mobilizacja
We wrześniu 1939 roku miał 37 lat. Bez wątpienia podlegał wojennej mobilizacji. Żaden z jego tekstów nie potwierdza wprost, jakoby znalazł się w tym czasie w wojsku, a jednak przynajmniej dwa z nich otwierają obszerną przestrzeń domysłom. We wstępie do fragmentu większej beletrystycznej całości (możliwe, że fragmentu tej samej powieści, z której pochodził tekst zatytułowany „Kriuczkow”, drukowany w „Słowie” w grudniu 1938 roku), „Z tej wielkiej, przedwczorajszej… Strzępy powieści” (NV, 2017, s. 232) możemy przeczytać:
Z wojny na wojnę. Za dużo ich trochę, tych wojen, jak na jedno pokolenie. Dobry Bóg nie jest nam łaskaw. Wróciło się kiedyś i zdawało, że jest to ostatnia wesz, którą się zabija paznokciem. Trudno się człowiek roztasował w życiu, z roku na rok poprzeciągał leniwe kości, różę posadził pod oknem, wziął pióro do ręki… aż dzwoni ktoś do furtki. Pies szczeka od niechcenia. Nie były to wici wojenne, ani głos bębnów. Nie był to dzwon alarmowy, bijący na trwogę. Dzwonek u furtki. Po prostu przyszedł sołtys, powiada: „Karta powołania dla Pana”. – I znów się poszło. A z tego, co miało być napisane, pozostały strzępy.
Poza tym w skrócie opisanym epizodem mamy jeszcze niewyraźne aluzje. W książce „Prawda w oczy nie kole”, pisanej w latach 1942-43 (znalazły się w niej fragmenty publikowane wcześniej, w 1939 roku, w „Chacie Rodzinnej” i „Gazecie Codziennej”), znajdujemy kilka urywków, mogących sugerować, że Mackiewicz trafił we wrześniu 1939 roku do wojska: „gniecie wiszący u pasa bagnet, pistolet przesunął się na bok i też uwiera.” Nieco dalej: „Sto razy już dotknął człowiek kabury pistoletu i sprawdził, że jest. Jest i amunicja. Sto razy poprawił bagnet na pasie, a wciąż czeka, czeka, czeka.” „Wtedy jeszcze broń wisiała na pasie, broń ogrzana ciepłem żołnierza, ale nadziei już nie było.” „Stało się. I każdy, przekraczając granice nie znanego mu losu, już bez rozkazu czynił znak krzyża świętego. Zdjęliśmy czapki: W Imię Ojca i Syna…”.
Rzecz zdawałoby się oczywista – Józef Mackiewicz dostał kartę powołania (od sołtysa, który przyszedł do jego domu); miał na sobie mundur, bagnet, pistolet, czapkę. Wiadomo jednak także, że jeszcze 17 września Mackiewicz przebywał w swoim domu w Czarnym Borze (grali z Karolem Zbyszewskim w szachy), gdy z redakcji „Słowa” przyjechał goniec z informacją, że sowieci przekroczyli granicę; 18 września spędził w Wilnie, m. in. w redakcji gazety. Zdaje się oczywiste, że z jakichś powodów do mobilizacji nie doszło. Potwierdzenie tej supozycji znajdujemy we wstrząsającym liście/relacji do Zbigniewa S. Siemaszko z 6 września 1977 roku. Mackiewicz pisał tam:
Fala uciekających szła na Mejszagołę. Ja w tym bałaganie nie byłem zmobilizowany; w pół wojskowym ubraniu przyłączyłem się do jakichś oficerskich autobusów. […]
W mojej pamięci ten okres pierwszego wkroczenia – 17 września – bolszewików pozostał jako najbardziej przygnębiający z całej wojny.
Preludium do bitwy
Tytuł rozdziału „Prawdy w oczy…” „Pożegnanie z bronią”, jest paradoksalny. Dla bardzo licznych uczestników wojennego dramatu ten czas, deszczowa noc z 18 na 19 września 1939 roku oznaczała złożenie broni, internowanie, powrót do cywila. Mackiewicz swoją wojnę dopiero zaczynał. Pistolet, z którym przekroczył litewską granicę, odsprzedał co prawda przygodnemu człowiekowi, a jednak ani myślał biernie obserwować zachodzące zdarzenia. Gdy w październiku 1939 roku potwierdziła się wyczekiwana informacja, że Wilno z rąk sowieckich przejdzie do Litwinów, bez wahania przystąpił do realizacji planu, a raczej, jak sam stwierdzał „konieczności politycznej”. Widział ją tak:
Kość niezgody przestała istnieć. Teraz więc razem, teraz wspólnie, nawrócić błędne, od roku 1918, koło historii, teraz współpraca przeciwko i w obliczu wspólnego wroga. Za wszelką cenę nie dać się zepchnąć do roli spiskującej „mniejszości narodowej”!
Na pożyczonej maszynie napisał artykuł „My, Wilnianie” i opublikował go w litewskiej gazecie – musiał wiedzieć, że wywoła burzę. Cel był jeden – w obliczu sowieckiego zagrożenia, zjednoczyć wszystkich, wszystkie narody wystawione na to bardzo realne zagrożenie w równy sposób, przede wszystkim: Polaków, Litwinów, Białorusinów. Pierwszy ruch na tej drodze był nie tylko oczywisty, ale i niezbędny – możliwie najsurowsza ocena rządów pomajowych i samego Piłsudskiego.
Na jego głowę posypały się gromy. Po raz pierwszy w długiej a paradoksalnej historii oskarżeń pod adresem Mackiewicza nazwany został zdrajcą, zaprzańcem, renegatem.
Idea krajowa
Mackiewicz zabrał się z zapałem do realizacji jednej z najtrudniejszych politycznych wizji – reaktywacji Wielkiego Księstwa Litewskiego:
Ci, którzy tę ideę reprezentowali oficjalnie w Wilnie, jak znany adwokat Wróblewski, lub świetny publicysta Ludwik Abramowicz, chcieli odrodzenia Wielkiego Księstwa Litewskiego jako niezależnego państwa, uzasadniając swe dążenia wspólnotą geopolityczną i historyczną ziem położonych plus-minus pomiędzy Dnieprem i Bałtykiem. […]
…moje osobiste, głębokie przekonanie do tzw. (tylko tak zwanej) „idei krajowej” wypływa z najzimniejszego rozsądku politycznego. […] Jest to pomysł utworzenia pomiędzy dwoma wrogimi dla nas blokami, niemieckim i rosyjskim, takich organizacji państwowych, albo takiego organizmu państwowego, który by mógł prowadzić wojnę na dwa fronty. To znaczy: obronić narody zamieszkałe pomiędzy Rosją i Niemcami, nie tylko przed każdym z tych wrogów pojedyńczo, ale nawet w wypadku zaatakowania nas („nas” tzn. narody zamieszkałe jak wyżej) jednocześnie z zachodu i wschodu. – Oto cała mądrość.
Czy dobrze wybrał moment? Czy łatwo wyzbyć się wrażenia, że najfatalniejszy z możliwych? Gdy świat dookoła walił się z hukiem, państwo i jego armia przestało istnieć; zachowanie zachodnich sojuszników ocierało się o jawną zdradę (którą w istocie było); całość terytorium została rozdarta na dwie połowy przez niepoczytalne, mordercze totalitarne monstra z łatwością znajdujące wspólny język?
Odpowiedzmy sobie pytaniem: A kiedy, jeśli nie wówczas? W obliczu wspólnego tyleż śmiertelnego, co oczywistego zagrożenia? Gdy – tak szacował Mackiewicz – inne kwestie wypadało odłożyć na bok, a zająć się tym, co było najważniejsze – obroną zagrożonej wolności. Nie przewidział niszczącej ślepoty nacjonalizmów.
Póki co, póki bezdenna głupota nacjonalizmów nie objawiła się w całej potworności, rozwijał swój niebagatelny plan, nie tylko wydawniczy.
Osamotnienie
Mackiewicz pisał wielokrotnie, że przez pierwsze niemal dwadzieścia lat dziennikarsko-literackiej kariery nie dysponował możliwością wyrażania poglądów w istotnych kwestiach politycznych. jak np. stosunek do osoby i działalności Józefa Piłsudskiego. Zajmował w nich przeciwne stanowisko do swojego brata Stanisława Mackiewicza, naczelnego redaktora „Słowa”. Pisał na ten temat:
W „Słowie” nie pisałem nigdy o Piłsudskim, bo nigdy nie zgadzałem się ze swoim bratem, Stanisławem Mackiewiczem, na jego ocenę, jak się nie zgadzam z tą cząstką społeczeństwa polskiego, która osobę marszałka Piłsudskiego stawia ponad dyskusje i krytykę.
Wolno na tej podstawie przyjąć, że Józef Mackiewicz był ograniczany w swoich wypowiedziach redakcyjną cenzurą. Z drugiej jednak strony, każda jego szczera wypowiedź dotycząca Piłsudskiego nieuchronnie stałaby się ofiarą ingerencji państwowego cenzora. W przypadku cenzury represyjnej, która obowiązywała w II RP, taka ingerencja oznaczała wycofanie całego nakładu i ponowny druk gazety, z pozostawieniem białych plam po wyciętych tekstach. Łatwo sobie wyobrazić konsekwencje finansowe dla wydawcy, całego zespołu redakcyjnego, gazety, autora tekstu.
W takiej sytuacji na znaczeniu traci, odnotowana wcześniej, istotna różnica zdań pomiędzy braćmi oraz fakt, że faktycznym liderem wileńskiej redakcji był Stanisław Mackiewicz. Przypuszczenie, że to właśnie Stanisław, ze względu na wyznawane poglądy polityczne, blokował krytyczne wypowiedzi pod adresem Naczelnika (którego osobiście cenił więcej niż wysoko**), nie daje się utrzymać. Mówiąc wprost – naczelny „Słowa” nie musiał niczego zakazywać, ponieważ nie było czego. Józef Mackiewicz, który swoimi odważnymi tekstami spowodował ogromną ilość cenzorskich interwencji (samo to może świadczyć o niebywałej swobodzie panującej w redakcji), wiedział, że podejmowanie prób pisania o Piłsudskim nie ma sensu.
I istotnie, pracując dla „Słowa” nigdy nie pisał o Piłsudskim, w każdym razie nigdy nie podzielił się swoimi poglądami na jego temat. Jeden z rzadkich przykładów, kiedy w tekście Mackiewicza pojawia się to nazwisko, pochodzi z jedynego zachowanego egzemplarza skonfiskowanego „Słowa” z 16 kwietnia 1939 roku (odnaleziony tekst został przedrukowany po raz pierwszy w II wydaniu „Nudis verbis” z 2017 roku). Był to tekst „[Żaden terror, żadne Berezy nas nie złamią]”, pisany w związku z osadzeniem Stanisława Mackiewicza w obozie koncentracyjnym:
W westybulu stoi w naszej redakcji pomnik Marszałka Piłsudskiego. Nieruchomy, biały, z zastygłą buławą w ręku. Naczelny redaktor naszego pisma uwielbiał Piłsudskiego.
Mackiewicz, który przez niemal 20 lat nie dysponował możliwością otwartego wypowiedzenia się na temat poczynań politycznych Józefa Piłsudskiego oraz stosunków politycznych panujących w II RP, ukształtowanych pod jego wpływem, wykorzystał pierwszą nadarzającą się okazję. Tuż po wrześniowej katastrofie skorzystał z gościnnych łamów „Lietuvos Žinios”:
W żadnym wypadku nie wolno powtórzyć fatalnego błędu marszałka Piłsudskiego, tworzenia fikcyjnego wielkiego państwa (mocarstwowość), gdy warunki geopolityczne domagają się państwowości realnej.
Ta lapidarna i łagodna w swoim wyrazie ocena aktywności politycznej Piłsudskiego wywołała wściekłość. W przygotowanym z tej okazji piśmie oficerów polskich internowanych na Litwie napisano m. in.:
Potępiamy wystąpienie Pańskie jako niegodne Polaka i obrażające uczucia i przekonania narodowe Polaków, zwłaszcza w częściach artykułu, które zbyt lekkomyślnie i powierzchownie oceniają idee i działalność Wielkiego Marszałka oraz przekreślają historycznej doniosłości zdarzenia z pierwszych lat po odzyskaniu Niepodległości.
Artykuł w „Lietuvos Žinios” stanowi istotną cezurę nie tylko dlatego, że wyizolował poglądy Mackiewicza z popularnych trendów politycznych. Artykuł ten można uznać za de facto początek aktywności politycznej Józefa Mackiewicza. Wcześniej nie stronił od spraw politycznych, jego działania miały jednak charakter dziennikarskich interwencji, nie zaś poczynań jednoznacznie politycznych. Teraz miało to się zmienić. Program był niebylejaki:
Widziałem Wilno jako Piemont nowych, żywotnych sił współpracy polsko-litewsko-białoruskiej, ba, może ukraińskiej. Przypuszczałem, że do prastarej stolicy, rywalki Moskwy na wschodzie, zbiegną się emigranci z Białorusi, Ukrainy, Wołynia. Napłyną Rosjanie, aktywni jeszcze w walce antybolszewickiej. Może właśnie z Wilna nastąpi odrodzenie Europy Wschodniej. Jeżeli prawdą jest, że (czasami) „historia się powtarza”, czyżby w tej koniunkturze nie mogła się powtórzyć wielka, historyczna misja Wilna na wschodzie Europy?
W pozyskanie Białorusinów do antybolszewickiej wspólnej akcji, nie wątpiłem. I znów tak samo, jak w stosunku do Litwinów, obawiałem się raczej zrażających ekscesów ze strony polskiej, ściślej ze strony ciasnych, krótkowzrocznych sfer, podobnych do tych, które na rok jeszcze przed inwazją bolszewicką, nie budowały, a paliły cerkwie nad granicą, które w ustawie o ruchu granicznym i prawie nabywania ziemi uczyniły wszystko, aby zrazić do siebie ludność. Gdybym takich Kostków Biernackich i podobną kompanię nie uważał po prostu za bandę bardzo głupich sadystów, to mógłbym przypuszczać, że była to klika sowieckich prowokatorów, których zadaniem przygotować grunt dla godnego przyjęcia armii czerwonej w r. 1939!
Postanowił działać, choć jego osobista pozycja nie przedstawiała się najlepiej:
Zostałem całkowicie sam. I w takich warunkach postanowiłem podjąć walkę o swe polityczne ideały, w tej części Europy Wschodniej, w której leżała ukochana przeze mnie ojczyzna.
Od „Louvre’u” do „Versalu”
Na rogu ulicy Wileńskiej i zaułku Dobroczynnego w Wilnie leżał mały i solidnie brudny bar, noszący pretensjonalną nazwę „Louvre”. Firanki w oknach popstrzone latem przez muchy, zimą rzadko tylko prane. Przy stolikach siadają tam ludzie z rzędu drobnych, ale czasem zaglądają specjaliści od spożywania większej ilości alkoholu. Z kuchni dochodzi swąd potraw, obok, w małych pokoikach, mieszczą się tzw. „gabinety”. Stoi w nich stół, podarta obcasami przypadkowych dziewcząt kanapa ceratowa, krzesła, oleodruki na ścianach.
W takim to lokalu, w grudniu r. 1939, zasiadło nas trzech przy wódce i kiełbasie z kapustą, ze szczerym zamiarem wpłynięcia na losy wschodniej Europy.
W takiej scenografii szkicował plan antybolszewickiego powstania.
Poza tym, co napisał na ten temat w książce „Prawda w oczy nie kole”, nie wiadomo nic więcej. W późniejszych, powojennych relacjach nigdy nie wspominał o rzeczywistej skali swoich ówczesnych planów. Nie pisała na ten temat Barbara Toporska ani żaden z kilkudziesięciu współpracowników Mackiewicza z tego czasu, przełomu lat 1939-40. Nie wspominali o tych Mackiewiczowskich planach jego wrogowie (zresztą na ogół źle zorientowali w realnej sytuacji). Nie ma innej relacji z tego bardzo szczególnego spotkania w Luwrze.
Niewiele wiadomo na temat dwóch pozostałych uczestników spotkania. Mackiewicz nie wyjaśnia także dlaczego to właśnie ci dwaj młodzi ludzie zostali jako pierwsi włączeni do spisku. Można się domyślać, że jednym z naczelnych argumentów był ich antykomunizm. Biorąc pod uwagę śmiałość i rozległość planu z pewnością szukał ludzi nie tylko godnych zaufania, ale też skorych do działania.
Leon Bortkiewicz, „ziemianin z Brasławszczyzny, trzydziestoletni i jak mi się zdawało pełen zapału ideowiec, trochę literat, trochę filozof”, absolwent polonistyki na USB z 1937 roku, w pierwszej połowie lat 30. współtworzył i redagował przez pewien czas „Tydzień Akademicki”, dodatek do „Słowa”. O jego wojennych losach i wyborach opowiadał interesująco, choć zdawkowo, Czesław Miłosz. Znali się dobrze. Mackiewicza musiała zapewne przekonać ideowość Bortkiewicza. Nieprzypadkowo w usta powieściowego bohatera, którego pierwowzorem był Bortkiewicz, włożył bardzo istotną wypowiedź na temat bolszewizmu.
Drugi uczestnik spotkania, Zygmunt Dziarmaga, mimo młodego wieku, miał już bogatą przeszłość politycznego aktywisty. Jako działacz ONR-u był bliskim współpracownikiem Bolesława Piaseckiego. Po delegalizacji tej organizacji w 1934 roku trafił do Berezy Kartuskiej w pierwszej grupie osadzonych tam narodowców. Z powodzeniem zajmował się wydawaniem prasy. Dwa tytuły prasowe, które założył, stały się wyjątkowo popularne w środowisku narodowo-radykalnym. Drugi z nich, „Falanga”, który zaczął wydawać po wyjściu z obozu koncentracyjnego stał się wkrótce oficjalnym organem prasowym Ruchu Narodowo-Radykalnego, stworzonego przez Piaseckiego. Uważany był za człowieka o ogromnym temperamencie i wielkim ego. Znany był z brutalnego zachowania. W marcu 1934 roku uczestniczył w pobiciu wybitnego historyka, profesora Marcelego Handelsmana. W 1935 roku postrzelił drukarza, któremu zarzucał defraudacje partyjnych pieniędzy. Udało mu się uniknąć kary więzienia, choć incydent zakończył się amputacją dłoni poszkodowanego. Przed samą wojną był także administracyjnym pracownikiem „Słowa” w Warszawie. Czy Józef Mackiewicz, na ogół negatywnie usposobiony wobec politycznych działań i myśli narodowców, znał szczegóły aktywności Dziarmagi w Warszawie, tego nie wiemy.
Plan od początku miał mizerne szanse powodzenia, ale istniał. Była to koncepcja zainicjowania wielonarodowej współpracy politycznej, która doraźnie mogłaby odegrać rolę skutecznego remedium wobec bolszewickiego zagrożenia, a w przyszłości stanowić mocny fundament dla budowy stabilnej i rozległej konstrukcji politycznej. „Gazeta Codzienna” miała być przykrywką dla działań konspiracyjnych, dla zorganizowania do walki z bolszewizmem wszystkich sił krajowych.
Według relacji Mackiewicza, wspólnie układany plan przewidywał działanie za pośrednictwem tajnych radiostacji oraz ulotek. Zakładał także zorganizowanie wraz z Białorusinami antybolszewickiego powstania na terenach sąsiadujących z dopiero co wytyczoną litewską granicą. W razie gdyby środowiska litewskie nie były skłonne do udziału w tej wspólnej powstańczej akcji, konspiratorzy przewidywali organizowanie prowokacji, mających na celu sprokurowanie konfliktu litewsko-sowieckiego.
Obaj świeżo zwerbowani spiskowcy, Bortkiewicz i Dziarmaga, mieli zajmować się werbowaniem młodych ludzi dla tej nowej, oryginalnej idei. Ponadto Bortkiewicz miał nawiązać kontakt z Białorusinami oraz utrzymywać z nimi łączność. Dziarmaga, który utrzymywał, że już stoi na czele silnej podziemnej organizacji, miał nawiązać współpracę z innymi organizacjami. Rychło okazało się, że te rachuby oraz deklaracje nie znajdują potwierdzenia w rzeczywistości.
Znamienne dla tej historii są dalsze losy irredentystów i samego pomysłu. Mackiewicz, który jako jedyny z tej trójki, do końca życia nie porzucił myśli o czynnym zwalczaniu bolszewizmu, na temat – być może jedynego w dziejach – planu przeprowadzenia antybolszewickiego powstania nie opublikował po wojnie nawet jednego zdania.
Leon Bortkiewicz, który jeszcze w czerwcu 1940 roku lojalnie opuścił redakcję „Gazety Codziennej” wraz z Józefem Mackiewiczem oraz Barbarą Toporską, okazał się być człowiekiem uległym wobec zmieniającej się koniunktury ideologicznej. Wkrótce został inspektorem Ludowego Uniwersytetu Komunistycznego. Był współpracownikiem NKWD. Donosił na Białorusinów, których nieco wcześniej chciał werbować do akcji antybolszewickiej. Indagowany o to przez Mackiewicza, odpowiedział z rozbrajającą szczerością: „Musiałem kogoś zadenuncjować. Wolałem ich, niż ciebie.” Po czym obaj zasiedli do przygotowanego przez Barbarę Toporską posiłku. Przez kolejnych pięć tygodni Bortkiewicz wraz z rodziną ukrywał się w domu Mackiewiczów, w Czarnym Borze. Nie tylko dlatego, „bo należy pomagać każdemu zagrożonemu – jak pisała Toporska – ale dlatego także, że to należało jakby do normalności.”
Czesław Miłosz pisał o nim:
Żeby nie zrobić takiego wyboru jak Dorek [Teodor Bujnicki – DR], uciekłem „za zieloną”, a dziś pamiętam ówczesne obrady: iść czy nie, ryzyko duże. Leszek Bortkiewicz i jego żona orzekli, że za duże. Zostali. On wziął posadę wykładowcy marksizmu na kursach robotniczych, a kiedy weszli Niemcy, podał się za Białorusina i odzyskał swój majątek, gdzieś koło Dzisny. Chodził z nahajem i groził chłopom: „ja wam teraz pokażę komunizm”. Partyzanci zabili go strzelając przez okno, kiedy siedział przy kolacji.
To właśnie ten człowiek, Leon Bortkiewicz (Leszek), stał się pierwowzorem powieściowego Karola z „Drogi donikąd”.
Trzeci uczestnik spotkania, Zygmunt Dziarmaga okazał się (jeżeli to możliwe) jeszcze gorszym kandydatem na jednego z inicjatorów antybolszewickiego powstania. Zwodził Mackiewicza rozległością swoich podziemnych kontaktów, a po przejęciu gazety przez bolszewików nadal zajmował się kolportażem polskojęzycznych pism, teraz już sowieckich, na terenie Litwy. W okresie niemieckiej okupacji popadł w otwarty konflikt z Mackiewiczem, inspirując ataki na Pisarza. Na procesie 16-tu występował jako świadek oskarżenia pod nazwiskiem Stanisława Działyńskiego, który jak o nim pisał Edward Raczyński: „’śpiewał’ nie pytany i dodawał od siebie.”
Nie tylko z powodu źle dobranych współpracowników, ambitny Mackiewiczowski plan politycznego, a nawet militarnego, działania zakończył się fiaskiem. Kalkulacja Mackiewicza na chętną współpracę Białorusinów (i mniej chętną – Litwinów) okazała się mylna. Działacze polityczni białoruscy byli bardzo mocno podzieleni politycznie. Część z nich skłaniała się w stronę filosowietyzmu, pozostali upatrywali swojej politycznej szansy w sojuszu z Berlinem. W tej sytuacji koncepcja Mackiewicza, trudna, ale potencjalnie atrakcyjna, nie znalazła stosownego wsparcia w tym środowisku. A jednak Mackiewicz nie stawał się – jak pisał w 1942 roku – pesymistą: „Zbyt bowiem interesy, które nazwałem identycznymi, są wyraźne, aby nie dały się wyzyskać i pozyskać.”
O wiele gorzej przedstawiała się sytuacja, jeżeli chodzi o potencjalną możliwość współpracy politycznej, antybolszewickiej, polsko-litewskiej. Nie mogło być mowy nie tylko o zakulisowym, efektywnym współdziałaniu, ale nawet o normalizacji stosunków w samym Wilnie. Wszystkie kolejne próby i inicjatywy, jakie podejmował Mackiewicz, okazywały się chybione. Zawiedli – w oczach Mackiewicza – także ci spośród działaczy politycznych litewskich, wobec których można było mieć nadzieję, że okażą cień przychylności dla idei krajowej, czy chociażby zgodnego współżycia społeczności litewskiej i polskiej. (O tych skomplikowanych relacjach wypadałoby napisać obszerniej osobno.)
***
Niebanalna inicjatywa Mackiewicza zmiany stosunków geopolitycznych na ogromnym obszarze dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego przy użyciu wszelkich środków (w tym powstania zbrojnego), zapoczątkowana w barze „Louvre”, znalazła finał w kabarecie o koincydentalnej nazwie „Versal”.
Chodziło o ratowanie „Gazety Codziennej”. W tym celu udał się Mackiewicz specjalnie do Kowna i zajął stolik w sali restauracyjnej kabaretu. Dzień wcześniej odebrano mu koncesję na redagowanie gazety. Był umówiony na spotkanie w „Versalu” z szefem kancelarii prezydenta Smetony. Do spotkania doszło o godzinie drugiej w nocy. Jego litewski rozmówca, Żylinskas nie krył się „wcale ze swoją nienawiścią do Polaków.” Los koncesji i samej gazety został przesądzony.
Kiedy wiosną 1940 roku odbierano Mackiewiczowi prawo redagowania, a następnie także wydawania gazety, załamały się jego ambitne plany polityczne. Gdy Wilno na dobre zajęli sowieci, to co było trudne, ale możliwe w najgorszych warunkach politycznych, pod rządami Litwinów, przestało istnieć jako cel realny. Nagłej atrofii uległy wszelkie dążenia, nie tylko polityczne. Mogły się odrodzić dopiero po nadejściu okupacji niemieckiej. Z dziennikarza-polityka, potencjalnego inicjatora wielkolitewskiej irredenty, Mackiewicz powrócił do skromniejszej roli – wnikliwego obserwatora.
_____________________
*Józef Mackiewicz, Prawda w oczy nie kole, Londyn 2007, s. 5.
** O szczególnej admiracji Stanisława Mackiewicza dla osoby Piłsudskiego oraz o stosunkach panujących w redakcji świeżo założonego dziennika, może świadczyć tekst, który ukazał się w 12 numerze gazety, w sierpniu 1922 roku. Tekst nosił wiele mówiący tytuł „Naczelnik Rzeczypospolitej”, a umieszczony został w nowo powstałej rubryce „WOLNA TRYBUNA”. Znamienne, że dla odrobinę zakamuflowanej, ale czytelnej koncepcji młodego naczelnego redaktora, osadzenia Piłsudskiego na tronie królewskim, postanowiono powołać specjalną rubrykę, podkreślającą osobność tej wypowiedzi. Dzięki „niefortunnej rewizji” opuszczony został podpis „Cat”, o czym zawiadamiało sprostowanie drukowane dwa dni później.