24 Comments “(Polski) Białe kłamstwo”

  1. 1 Andrzej

    Bolszewizm wpływa na umysły ludzkie wyjątkowo niszcząco. To dzisiaj już truizm. O tym doskonale wiadomo ale “nie trzeba głośno mówić” i nikt się do tego nie przyzna (bo to zaraza nabyta dobrowolnie). Zaprezentowany przykład książki, której współautorem jest były antykomunista to jedynie wierzchołek góry lodowej. Bo co powiedzieć, gdy ktoś twierdzi że Polska nie jest wolna ale przy tym doda że poza nią komunizm upadł? Taka interpretacja rzeczywistości wydaje mi się wynikać z ostatnich tekstów Aleksandra Ściosa. Wprawdzie “Rosja”, jest w nich bytem sowieckim lub quasi-sowieckim (jakkolwiek jest przy tym od wieków nieprzerwanie tą samą Rosją) lecz “Ukraina” to już wolna (albo też walcząca z Rosją o pełną wolność) republika – prawdziwa Ukraina. Nie wspominając o innych tworach i przetworach pierestrojki…

    Ciekaw jestem, jakie Ścios miał odczucia, oglądając gęby sowieckich generałów na trybunie w Kijowie w dniu “święta niepodległości” “Ukrainy”, stworzonej w efekcie niczym nie skrywanego podziału sowieckiej zony na lokalne reżimy bolszewickich “akcjonariuszy” (“niepodległość” ogłoszona światu przez ukraiński sowiet w bezpośrednim efekcie “moskiewskiego puczu”). Może tylko machnął ręką? Ja sądzę, że to co go naprawdę pochłania (jak też autorów książki “Media. Resortowe dzieci”) to tylko i wyłącznie “kwestia Polska”. Pochłania do tego stopnia, że nie chce dostrzec tego, iż w swojej istocie wynika ona dziś z faktu, że peerel i reszta “kdl‎-ów” to nieprzerwanie wciąż ten sam “obóz socjalistyczny” działający wspólnie w jednym celu: opanowania świata.

    W takiej sytuacji cóż posostaje innego niż karmienie siebie i innych drugorzędnymi kwestiami lub wręcz fałszywymi tezami? Że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi? Tak łatwiej i przyjemniej. Dla “ducha” i dla wszystkich poza “malkontentami i defetystmi”.

  2. 2 Dariusz Rohnka

    Panie Andrzeju,

    Ma Pan oczywiście wiele racji i to nie w jednym punkcie. Niemniej wydaje się, że problem w jego istocie, problem natury sprężyn powodujących wyborami tych wszystkich ludzi, jest bardzo daleki jeszcze od rozwiązania. Oczywiście, nasuwa się przypuszczenie, że wpływ największy mają niedoskonałe składniki ludzkiej natury, a jednak otwarte pozostaje pytanie – dlaczego oddziałują aż tak powszechnie?

    Bolszewizm wpływa na umysły ludzkie wyjątkowo niszcząco – trudno się nie zgodzić, trudno też jednak nie zauważyć, że pisane to jest w kontekście osoby, która z racji swoich antykomunistycznych przekonań powinna była radzić sobie z owym niszczącym wpływem lepiej od innych. Tak mogłoby się przynajmniej wydawać. Ale też nie na pewno. Bo z drugiej strony – czy trudno wyobrazić sobie sytuację, gdy groza bolszewizmu oddziałuje silniej na swoje uświadomione ofiary, wówczas gdy nie ma nawet cienia szansy na jakiekolwiek wyjście z tunelu? Gdy złudzenia prysły jak bańka mydlana?

    Pozostaje snucie domysłów. Choćby w odniesieniu do sytuacji i ludzi, w przypadku których o jakimś szczególnie niszczącym działaniu bolszewizmu może być co prawda także mowa, ale bodaj w mniejszym zakresie. Mam na myśli tzw. zachodnich komentatorów, „specjalistów” od „Rosji” czy dawniej od związku sowieckiego. Wszyscy oni, wieszając obecnie psy na Putinie, nie stroniąc od drastycznych jeszcze nie tak dawno porównań dzisiejszych kremlowskich towarzyszy z przedstawicielami „dawnego” systemu, wskazując nawet na pewnego typu analogie z polityką uprawianą przez związek sowiecki trzydzieści lat temu, czują się jednocześnie zobligowani do głoszenia dwóch „bezdyskusyjnych” tez: związek sowiecki rozpadł się na kawałki w grudniu 1991 roku; obecna agresywne poczynania Putina i spółki to ostatnie już podrygi pogrobowców starego systemu.

    Co w ich przypadku odgrywa pierwsze skrzypce? Chęć afiliacji? Widmo nieuchronnej bolszewizacji? Moda, cokolwiek ona znaczy?

  3. 3 Andrzej

    Panie Dariuszu,

    Wydaje mi się, że pierwsze skrzyce odgrywa skuteczna dezinformacja. Tym skuteczniejsza im łatwiejsza. Chociaż J.R. Nyquist zadaje (na swojej stronie internetowej) pytanie “czy kryzys ukraiński jest prowkokacją?”, nawiązując przy tym do książki Józefa Mackiewicza, to w następujących potem tekstach nie drąży dalej tej kwestii lecz poprzestaje jedynie na konstatacjach z których wynika, że za owym “kryzysem” stoi jedynie Putin i jego “ekipa”. Tylko oni są wg niego spadkobiercami i kontynuatorami sowieckiego imperium. Mniejsza już o tę “Rosję”…

    Zaś co do mydlanych złudzeń, to wydaje mi się, że zawsze jest wybór (który dziś nie jest uwarunkowany wcale zagrożeniem osobistym). W ostateczności pozostaje “ja” i własny rozum, wiara i zasady religijne, moralność i na tym wszystkim można się oprzeć. Zawsze pozostaje indywidualny wybór: czy szukać prawdy na podstawie której można próbować zdziałać coś sensownego co przyniesie pożytek sobie i innym. Sądzę, że groza bolszewizmu polega w gruncie rzeczy na łatwości z jaką ta zaraza ogarnia umysły i że warunkiem jej skuteczności jest świadoma wola zarażenia się wyrażona przez ofiarę. Drugą kwestią jest to czym jest ona dodatkowo “napędzana”.

  4. 4 Dariusz Rohnka

    Panie Andrzeju,

    Tak, Jeff to niestety bardzo interesujący przypadek człowieka „znudzonego” niejako stagnacją w antykomunistycznej piaskownicy, takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Zachowując świadomość istnienia sowietów, trudno mu się pogodzić, że oni akurat nikogo nie napadają, nie uprawiają terroru i agresji na szeroką skalę, że działają równie skutecznie, ale przy użyciu innych środków, że istotą ich współczesnych poczynań jest coś, co niemal 30 lat temu sami określili jako „zamazywanie wizerunku wroga”.

    Dlatego każdy bardziej drastyczny przejaw ich działalności, czy tylko podejrzany kontekst, urasta do rangi spektakularnego wydarzenia, który w jego percepcji tu i ówdzie nadziewa się na kontrę ludzi, chcących z sowietami walczyć. Tymczasem ani takich ludzi, ani takich chęci na świecie prawie nie ma. Rzekomo niepodległościowa defilada, o której pisał Pan w poprzednim komentarzu, jest doskonałym przykładem całego tego pomieszania z poplątaniem. To kolejny teatr na użytek świata, pytanie tylko – po cóż odgrywany? Po cóż wywołują teraz wrażenie próby powrotu do starych sowieckich czasów?

  5. 5 Andrzej

    Panie Dariuszu,

    Wydaje mi się, że ów odgrywany teatr to przyspieszona, kolejna wersja golicynowskiej strategii nożyczek. Patrząc na efekty osiągnięte w niecały rok czasu, widać jak skutecznie tzw. zachodni świat został wmontowany w tę sztukę. Sojusz transatlantycki w przyspieszonym tempie ulega dezintegracji – jest już w praktyce fikcyjny. Europa jest już nie tyle „sfinlandyzowana”, co w orbicie sowietów a proces wciągania jej coraz dalej w tę orbitę zdecydowanie przyspieszył.

    Kijowska władza jest nie mniej sowiecka niż moskiewska. Wystarczy prześledzić karierę Poroszenki i innych, zaś „ukraińska” armia i bezpieka to oczywiście wciąż te same lokalne struktury czerwonej armii i kgb . Warto też prześledzić, w jaki sposób rozwijał się „ukraiński kryzys”: od „proeuropejskich demonstracji” w końcu listopada ub.r. z każdorazowymi prowokacjami gdy tylko one wygasały, poprzez kulminacyjną „zmianę władzy”, „aneksję” Krymu (a właściwie jego „przekazanie”) po obecne walki w Donbasie i w ramach tej fazy zestrzelenie cywilnego samolotu pasażerskiego. Wszytko jest niejasne (poza propagandą), we wszystkim wyraźnie można wyczuć swąd bolszewickiej siarki. Widzę w tym sporo analogii do „upadku Jugosławii”. Życie zwykłych ludzi nie ma tu znaczenia, natomiast konsekwentnie, po bolszewicku realizowana jest strategia. Taktyka w odniesieniu do tzw. Zachodu polega na eskalacji „konfliktu” w połączeniu z groźbami utraty zysków w interesach. To co było zawsze skuteczne („walka o pokój” i miraż współpracy gospodarczej) ma miejsce obecnie w kombinacji równoległej.

  6. 6 Dariusz Rohnka

    Panie Andrzeju,

    Zgadza się. Europa spotniała ze strachu, nie tylko zresztą Europa. Co będzie, gdy Putin nie zachowa się wstrzemięźliwie, gdy nabierze większego jeszcze apetytu? Nikt przecie nie będzie „walczył” za „kraje bałtyckie”, „Bułgarię” czy „Polskę”, to przecież całkiem poza dyskusją pozostaje. Kluczowym pewnie teraz pytaniem jest, dlaczego ten Putin taki rozsierdzony, czym go ugłaskać, jak zadowolić?

    Najdziwniejsze może w tym wszystkim, to sowieckie techniki teatralne, równie prymitywne i naiwne, jak te sprzed ćwierć wieku, a jednak wciąż skuteczne, pewnie dlatego, że bezkonkurencyjne. Ale i tak niektóre zdarzenia mogą budzić zdumienie, choćby jak ten malowniczy konwój 100 białych ciężarówek, który zdaje się potrzebował coś koło tygodnia, czy nawet więcej, na przejechanie kilkuset kilometrów… i przez cały ten tydzień świat wstrzymywał oddech.

    Straszne jak to się wszystko bezproblemowo kręci, jakie możliwości stwarza sowietom…

    Może to idealny moment na odbudowę idei wspólnego domu, od Lizbony po Sachalin, z Putinem, czy innym jakimś demokratą, w charakterze najwyższego komisarza?

  7. 7 Andrzej

    Tylko patrzeć Panie Dariuszu. Wspólny cel wszystkich „miłujących pokój” europejczyków – ogólnoeuropejskie all-in-one jest na wyciągnięcie ręki a i reszta świata nie pozostaje daleko w tyle. Na początek nie musi to być pułkownik czekista, wystarczy „zaufany towarzysz”, demokrata zachodni z odpowiednimi referencjami. Jakiś Schulz czy Cohn-Bendit. A może nawet Barosso czy inny Solana (chyba można im zaufać?). Wszak Paryż-Warszawa to wspólna sprawa. Mógłby być i Havel gdyby żył (Bolek za głupi i “nie łączy”).

    Chciałbym wrócić do tematu „białego kłamstwa” bo wydaje mi się on niezmiernie ciekawy. Jak Pan słusznie zauważył teraz nikt nie jest poddany totalnej kontroli, teoretycznie myśl może być wolna. Cóż to za przymus: kontrola podatków czy kara finansowa za nieprawomyślne wypowiedzi, w ostateczności kilka lat spędzonych w całkiem znośnych warunkach (czasu i możliwości na pisanie do woli) na koszt społeczeństwa? A jednak dwójmyślenie bynajmniej nie występuje tylko u tych, którzy chcą być więcej niż proletami. Występuje często u inteligentnych ludzi którzy nie przejawiają takich ambicji. Zresztą, na czym zależy komuś, kto i tak jest już „spalony” za swój antykomunizm, nawet były? Czy nie zdziałałby więcej, gdyby zamiast dążyć – za cenę samozakłamania – do uczestnictwa w peerelowskim „życiu publicznym” napisał książkę demaskującą jego fikcję o której nierzadko na boku mówi? Kiedy prowokacja zwyciężyła u niego ducha wolnej myśli i dlaczego? Czy „zwycięstwo prowokacji” to kwestia czasu, czy nie ma przed tym ucieczki? Czy to kwestia niezależna od nas samych? Chyba nie, bo wszystko musi mieć swoje źródło. Mackiewicz przestrzegał, że „równia pochyła ma swoje prawa” i jak mi się zdaje to jest właśnie kluczowa sprawa. Zwalanie winy za własną klęskę na media „resortowych dzieci”, „ruskich”, „gnijący Zachód”, Żydów, masonów itd. tylko nie na siebie samego to dobitny dowód własnej choroby.

  8. 8 Dariusz Rohnka

    Panie Andrzeju,

    Kluczem jest chyba istota złotej klatki czy, jak pisał bodaj Michał, pomalowanego na kolorowo więzienia. W zamian za drobne świństwo, możemy żyć pełnią gęby.

    Z dotychczasowej praktyki stosunku do bolszewizmu tzw. normalnych ludzi można wyodrębnić 3 (może i więcej) wzorce zachowań. Pierwszy, dopasowany do zgrzebnej czy zamordystycznej fazy bolszewizmu (dobrym przykładem może być Wilno 40-41) charakteryzuje się pewnego rodzaju duchową spolegliwością. W tym przypadku bolszewicy są panami sytuacji, dającymi nam cień szansy na życie/przeżycie, pod tym jednakże warunkiem, że dokonamy w sobie skutecznej pierekowki duszy, rzecz jasna w duchu ich aktualnej nauki.

    Drugi wzorzec, charakterystyczny dla okresu kształtowania się wewnętrznej opozycji w bloku sowieckim (późne lata 50. oraz 3 dekady kolejne) to czas zaprogramowanego (przynajmniej w jakimś zakresie) buntu. Czas, gdy chodzenie pod prąd mogło nam, co prawda, złamać na przykład karierę, a jednak w dłuższej perspektywie okazywało się korzystne. Mieliśmy dobrą opinię, może nawet cieszyliśmy się popularnością w takim czy siakim środowisku, przede wszystkim jednak – byliśmy zadowoleni sami z siebie, w każdym razie zadowoleni być mogliśmy (a to rzecz uchodząca dlaczegoś za wyjątkowo cenną).

    Złota klatka to wzorzec trzeci. Typowym przykładem jest peerel zewnętrznie nie przypominający peerelu: bez kierowniczej roli jednej partii, bez poważniejszych ograniczeń bytowych, z możliwością robienie/mówienia co się chce – i z tylko jednym warunkiem do spełnienia – nie nazywania fikcji fikcją. Niby drobiazg, a jakże wykoślawiający? Nie do wyobrażenia jak jedno małe tabu może wszystko zmienić, piękny, choć nie całkiem, świat zamienić w pośmiewisko/śmieciowisko.

    Zerwanie z fatalną fikcją jest zawsze możliwe, może jednak istotnie popsuć widoki na przyszłość, a przecież świat i człowiek w nim nie są doskonali. Jedno więcej myślowe świństwo zmienia arytmetycznie niewiele. To stanowisko większości myślących.

    Oczywiście, spora rzesza ludzi próbuje sobie jakoś radzić. Nie wszystkim przecież odpowiada życie w półprawdzie. Remedium, w pewnym sensie skutecznym, jest budowanie kolejnych mitów, kreowanie zewnętrznych wrogów, wdziewanie patriotycznego upierzenia. To bardzo zła tendencja, niszcząca pierwociny zdrowego rozsądku u ludzi, przynajmniej potencjalnie, wstrzemięźliwych.

    To co robią resortowi autorzy to karkołomna próba wyjścia z szamba z twarzą. Trudne zadanie skoro się już tam zanurzyło głowę po uszy, ale przecież nie niemożliwe. Taka przynajmniej możliwość teoretycznie istnieje, jeśli na przykład kolejną książkę napiszą o własnych poczynaniach.

  9. 9 Andrzej

    Panie Dariuszu,

    Obserwując środowiska które określają się mianem patriotycznych mam wrażenie, że w tym przypadku drugi i trzeci wzorzec scaliły się w jedno: samozadowolenie i dowartościowanie w parze z „życiem pełną gębą”. Stosunek do peerelu w tych środowiskach odbieram jako niegdysiejsze „socjalizm tak, ale własny i bez wypaczeń”. Odrzucenie fatalnej fikcji byłoby w tym przypadku jak usuniecie gruntu spod stóp. Ale niczego nie wykluczam.

    Takie podejście przeważa nawet u Ściosa który otwarcie określa „okrągłostołowy” system jako kontynuację komunizmu i głosi potrzebę jego likwidacji. Jednak likwidację systemu opiera bynajmniej nie na odrzuceniu go przez Polaków lecz na bardziej radykalnej postawie „opozycji” – grupy politycznej, która przystąpiła do owego systemu oraz go współtworzy, której sensem istnienia i działania jest funkcjonowanie w jego ramach, przy co najwyżej nieznacznym jego liflingu. Której niepodważalny i jedynie znaczący lider głośno głosi swoje poparcie dla zasady i skutków „okrągłego stołu” (w której to fazie pierestojki czynnie i aktywnie uczestniczył). Więc jak to ma według Ściosa wyglądać? Czy sądzi, że „opozycja” która współtworzy system, po dojściu do władzy zaraz go zlikwiduje? Już dwa razy doszła i jakie były jej decyzje? Likwidacji systemu czy jego „wypaczeń”? A może właśnie chodzi mu o to, żeby było „bez wypaczeń”, żeby tylko było „po polsku”? I uznanie i „bycie na topie” zapewnione…

  10. 10 Dariusz Rohnka

    Panie Andrzeju,

    O tyle trudno mi się wypowiadać, że – jeśli dobrze pamiętam – nigdy nie miałem okazji czytać tekstów p. Ściosa. Niemniej, sposób myślenia, jaki Pan opisuje, nie jest mi całkiem nieznany. To przecież nic chyba innego jak Wolna Polska w nieupadłym komunizmie, czyż nie? Owa „Wolna Polska” nie musi być koniecznie dowodem rozdwojenia jaźni, stanowi za to warunek niezbędny, jeśli się zakłada „zwalczanie komunizmu” z wykorzystaniem instytucji systemowych, a to, zdaje się, stanowi w przypadku tych osób żelazną regułę.

    Po co to się robi? Dlaczego z takim uporem zamazuje się faktyczny obraz rzeczy? Dla kariery? Obawiam się, że sprawa nie wygląda tak prosto. Oprócz masy karierowiczów, agentów, kogo tam jeszcze, najgroźniejszymi propagatorami fikcji są ludzie tzw. dobrej woli, którym się może nawet wydaje, że mają jak najlepsze intencje, a drobna niekonsekwencja w rachunku nie przesądza z góry o ruinie ostatecznego wyniku.

    Może zresztą i ja ulegam niejakiej iluzji myśląc, że tacy ludzie w peerelu jeszcze istnieją?

  11. 11 Orzeł

    Panowie,

    “Resortowe dzieci” są pracą o tyle słabą, że nieskuteczną, to znaczy nie trafiającą do czytelników. Oczywiście mam tu na myśli czytelników, dla których informacja, że krajowe media są narzędziem komunistycznej propagandy jest może nawet nie tyle wielkim odkryciem, co wręcz niewiarygodnym political fiction.

    Pan Dariusz zarzuca autorom, że kładą nacisk na związki resortowo – rodzinne. Ale przecież jest to bezsporny fakt! Związek przyczynowo skutkowy pomiędzy pochodzeniem, poglądami rodziców, wychowaniem w komunistycznym domu a pozycją zawodową i światopoglądem dzieci jest w tym przypadku bardzo ścisły. Są oczywiście przypadki, kiedy dziecko przechodzi okres buntu, kwestionuje racje, czy pozycje rodzica, ale rzadko zdarza się, żeby taki bunt przybrał formę trwałej postawy życiowej. Resortowi rodzice wychowują resortowe dzieci, nie jest to ze strony autorów ocena moralna, tylko raczej stwierdzenie faktu.

    Czy opisywana książka tworzy obraz popsutych mediów (w domyśle – kiedyś były niepopsute)? Chyba nie. Jest to raczej próba dotarcia do legionu całkowicie obojętnych, nieświadomych i apatycznych konsumentów tychże mediów z wiedzą absolutnie podstawową, takim powiedzmy elementarzem peerelowskiego życia medialnego. Jak już wspomniałem według mnie jest to próba chybiona. Być może (a w zasadzie na pewno) fiasko jest skutkiem pomijania kwestii zasadniczych, o których pisze Pan Darek. Czyli powraca tu kwestia “upadku” komunizmu. To już jest zbyt trudny, lub niewygodny problem dla autorów. Co ciekawe, Jerzy Targalski wielokrotnie w swoich wypowiedziach zbliżał się do otwartego stwierdzenia, że komunizm nigdy nie upadł, a wszystko, co na ten temat pojawia się w przestrzeni publicznej jest teatralnym przedstawieniem. Ale takiego podejścia w książce zabrakło…

    Spotkałem się z kilkoma reakcjami na “Resortowe dzieci” ze strony przypadkowych czytelników. Nie byli to, zaznaczam czytelnicy “resortowi”, ot, tacy zwykli obojętni i niezainteresowani. Książka wpadła im w ręce, więc ją przeczytali. Pytam o przemyślenia. W żadnym przypadku nie otrzymałem innej odpowiedzi, niż: “i co mnie to obchodzi?!” Manipulują? Mną? Niby jak?! A z resztą, jakie to ma znaczenie? Czy to komuś szkodzi? No dobra, może ci dziennikarze mają trochę lewicowe skłonności, ale to przecież nic złego, każdy może mieć takie poglądy. Czy to znaczy, że wszystkie media w kraju kłamią? No skąd?!

    Ostatnio, zupełnie nie a propos “Resortowych dzieci” doznałem czegoś na kształt olśnienia. Rozmawiam ze znajomym o życiu. Polityka, media, manipulacja, komunizm… standard. Znajomy początkowo sceptyczny wobec moich poglądów, ale, że on inteligentny, a ja błyskotliwy, w toku dyskusji zacząłem go przekonywać. W końcu mówi: No tak, stary, masz rację, to wszystko dookoła to peerel, komuniści rządzą, agent na agencie i szpiegiem pogania, system zmienił tylko kamuflaż, sowieci wszystkim nadal sterują. Ale wiesz, co… Nie mów tego głośno. Przecież, jak ludzie się o tym dowiedzą, to… się załamią. To wszystko, co im z takim mozołem wkładali do głowy będzie za bardzo bolało przy wyrywaniu. Już lepiej nie wiedzieć. Jesteśmy zwyczajnie za słabi. Prawda nas zabije.

  12. 12 Dariusz Rohnka

    Panie Orle,

    Przyznam, że mam ochotę odwrócić Pana twierdzenie o nieskuteczności tej książki. Mnie się ona zdaje, niestety, bardzo skuteczna w przekonywaniu tych odrobinę mniej naiwnych czy nieco bardziej uświadomionych, przekonywaniu do swoich, autorskich chybionych racji. Do tego mianowicie, że krajowe media jako takie właśnie nie są narzędziem komunistycznej propagandy, wina zaś leży wyłącznie (lub niemal wyłącznie) po stronie pewnego rodzaju anomalii rekrutacyjnych, lub też rekrutacyjno-genetycznych.

    Może i związku „resortowo-rodzinne” ludzi opisanych w książce są w jakimś (nawet bardzo dużym) stopniu faktem, czegóż to jednak miałoby dowodzić? Zdaniem autorów przede wszystkim chyba tego, że owe związki „psują” tutejsze media, które – gdyby nie ta przykra okoliczność – byłyby pewnie dalekie od ideału, ale jednak zdrowe, zatem niepopsute. Przyznam się, że im dłużej zajmuję się tą kwestią, tym więcej zdumiewa mnie ten autorski patent na książkę niby to demaskującą. Cóż tu było do wykrycia? – Że komuniści nie okazują skrupułów w faworyzowaniu swoich dzieci, albo też, że ich dzieci nie są skłonne korzystać z lukratywnej życiowej okazji? Dalibóg, niespodzianka.

    Spójrzmy na moment oczami autorów. Otóż, ujrzymy poprzez mgłę „Wolną Polskę” przeciętą linią wrogich frontów. Po jednej stronie my, kochający Boga, Honor i Ojczyznę; po drugiej oni, broniący zażarcie bastionów komunizmu. Otóż, gdybyśmy nawet przyjęli taką mylną optykę, zabraknie w omawianym dziele jednego – merytorycznego uzasadnienia, dlaczego mianowicie ta druga strona taka zła. To jego największa słabość. Ta zaś rzutuje niechybnie, choć poprzez całkiem mylne skojarzenie, na ideę walki z bolszewizmem. I to mi się zdaje największym książki (i zresztą całej tej pewnej myślowej formacji) mankamentem.

  13. 13 michał

    Wyznać muszę, że zupełnie nie rozumiem podstaw twierdzenia p. Orła o ścisłym związku międzzy “wychowaniem w komunistycznym domu a pozycją zawodową i światopoglądem dzieci”. Panie Orle! Jesteśmy wolnymi ludźmi. Nawet komuniści mają duszę i mogą wyrwać się z czaru (tfu! czaru?) sowietyzacji. Dla każdego jest nadzieja, jakiekolwiek jego wychowanie, jakikolwiek dom, pozycha zawodowa itp. Dlatego właśnie sami jesteśmy odpowiedzialni za nasze poglady, i nie ma co zwalać winy na wychowanie i rodziców. Rodzice Lenina byli porządnymi ludźmi, a taki Dzierżyński, taż ta, panie, szlachcic i Polak, i katolik – a ot, kanalia.

    Ale mniejsza. Nic w końcu nie wiem o resortowych dzieciach, więc gdzie mnie, kontrrewolucjoniście zabierać głos.

    Zainteresował mnie natomiast Pański ostatni akapit. Czy nie wynika z niego, że ignorancja jest błogostanem? Że najlepiej pozostawić ludzi w upojeniu niewiedzą? Ale w takim razie, ich zdanie nie ma w ogóle żadnego znaczenia, czyż nie?

  14. 14 Orzeł

    Panie Darku,

    Tutaj, na naszym rodzimym podwórku świadomość zasięgu komunistycznej mistyfikacji jest niestety bardzo słaba. W zasadzie nie ma dyskusji na ten temat w żadnych mediach. A jeśli się gdzieś pojawia, to dyskutantom zawsze umyka sedno problemu. ‘Resortowe dzieci” są takim właśnie przykładem. Ale mimo, że w niedoskonały sposób, to jednak opisują na miarę możliwości autorów pewien aspekt rzeczywistości. Czy to źle czy dobrze? Lepiej, żeby w ogóle nie poruszać tego tematu, czy robić to ale w sposób tak niedoskonały? Może ileś takich chybionych prób doprowadzi w końcu do tego, że ktoś, kiedyś, widząc błędy poprzedników, wykrzyknie “eureka!” i nazwie zjawisko jego prawdziwym imieniem. Ja to widzę jako pewną drogę do właściwego opisania rzeczywistości.

    Panie Michale,

    Ależ oczywiście, że nawet komuniści mogą się wyrwać. Ja tylko twierdzę, że rodzinne korzenie w takim wyrwaniu bardzo przeszkadzają.

    Natomiast co do ignorancji i niewiedzy, to rzecz jasna dla większości ludzi najwyraźniej jest to stan dający ukojenie i święty spokój. To, że ich zdanie się nie liczy, to rzecz oczywista, sami zrezygnowali z posiadania własnych poglądów. Ale też chyba nie mają sensu próby wyciągania ich na siłę z tego matrixu. Swoją drogą ciekawy jest mechanizm wyparcia pewnych faktów z umysłu. Takie świadome oszukiwanie się, że jeśli zapomni się o nieprzyjemnych faktach, to one się same zneutralizują.

    W każdym razie po rozmowie z moim znajomym, przestałem już kogokolwiek przekonywać. No bo faktycznie, jeśli robię im tym krzywdę…

  15. 15 michał

    Drogi Panie Orle,

    Czy mi się zdaje, czy jest to poważna zmiana w Pańskim stanowisku? O ile pamiętam, kwestionował Pan sens Podziemia, bo (parafrazując) nikt o nim nie wie. Ale jeśli nie warto przekonywać tzw. “większości”, to Podziemie ma sens jako miejsce, gdzie mogą debatować “ludzie błyskotliwi z inteligentnymi”, że pozwolę sobie znowu zacytować żyjącego klasyka.

  16. 16 Andrzej

    Tutaj, na naszym rodzimym podwórku świadomość zasięgu komunistycznej mistyfikacji jest niestety bardzo słaba.

    Skoro tak, to wydaje mi się, że tym ważniejsze i tym bardziej potrzebne jest zdemaskowanie komunistycznej mistyfikacji przez owych nielicznych którzy ją dostrzegli i starają się zrozumieć jej mechanizm. Sądzę, że zdemaskowanie komunistycznej mistyfikacji nie polega wcale na ujawnieniu faktu, że dzieci komunistów pozostają też komunistami (nie zawsze tak bywa ale przyjmijmy że to reguła) lecz przede wszystkim na ujawnieniu jej mechanizmu i genezy. Koncentrowanie się wyłącznie na pobocznych/pochodnych elementach układanki raczej zaciemnia istotę obrazu niż ją rozjaśnia, wprowadza bowiem “tematy zastępcze” w miejsce tego co ważniejsze. Dla przykładu przytoczę znaną kwestię obecności Żydów w strukturach komunistycznych, który to temat u bardzo wielu zupełnie zastąpił analizę samej bolszewickiej zarazy. Tak jest dla wielu wygodniej i bardziej narodowo-patriotycznie, nieprawdaż? A jaki to ma związek z rzetelnym i uczciwym opisem komunizmu? Komunizm to ponadnarodowa zaraza a nie dzieło Rosjan, Żydów czy Polaków (niemało z nich go tworzyło i tworzy).

    Mam wrażenie Panie Orle, że w głębi duszy zachowuje Pan jednak nadzieję na “dotarcie do narodu” ponieważ ubolewa Pan, że książka “Media. Resortowe dzieci” nie trafiła do pewnej grupy czytelników. Z mojego doświadczenia wiem, że trafiła do innej sporej grupy ludzi, która jest nią zachwycona. Z tym, że ich świadomość komunistycznej mistyfikacji w praktyce kończy się właśnie na określaniu jej tylko przez ten pryzmat.

    Ja uważam, że zabiją nas nieprawda i półprawda.

  17. 17 Dariusz Rohnka

    Cz to dobrze czy źle, że tak niedoskonała książka ujrzała światło dzienne?

    Myślę Panie Orle, że zadał mi Pan swoje pytanie niejako pro forma, z góry znając odpowiedź, mianowicie, żem niewąski w pasie i nabrać się nie dam.

    Dobrze przecież wiemy, że nie chodzi w danym przypadku o niedoskonałości – powiedzmy – naturalne, wynikające z braku kompetencji, wiedzy, talentu, czy przygotowania, ale przecież o coś całkiem innego, co chyba trzeba określić jako współudział… w kompromitującym procederze zamazywania rzeczywistości.

    Wydaje mi się bardzo słuszne, co Pan sugeruje, że przynajmniej jeden z autorów nie ma złudzeń w odniesieniu do tu i teraz, to znaczy – wie po jakiej ziemi stąpa, zatem: o czym my tu właściwie mówimy?

    Chyba nie proponuje Pan rozważenia kwestii, czy mianowicie książka oparta na fałszu jest dobrym prognostykiem na przyszłość i może warto ją promować?

  18. 18 Orzeł

    Panie Michale,

    Właśnie ogarnęły mnie niejakie wątpliwości co do sensu przekonywania hurtowego. Ale wątpliwości, rzecz ludzka… A technologia docierania z pewnym przekazem do bliźniego wciąż będzie pewnie polem do fascynujących dyskusji.

    Bo tak, z drugiej strony… Wyobraźmy sobie teoretycznie taką oto dywersję: jakiś niedobitek z Kedywu przemyca potajemnie najnowszy tekst Starego Chrzana, zamieszczonego właśnie na tej witrynie, do ogólnopolskiego wydania Wyborczej i te treści rozchodzą się z całym nakładem…

    Panie Andrzeju,

    Oczywiście, że mam nadzieję na “dotarcie do narodu”, myślę, że podobnie, jak i autorzy tej witryny. Tym razem spieramy się chyba o to, czy ilośc prób kiedyś przejdzie w jakośc. Jak to było…? Niech rozkwita tysiąc kwiatów!

    Panie Darku,

    Stwierdzenie, że “Resortowe dzieci” oparte są na fałszu sugeruje z góry świadomą złą wolę autorów. Myślę, że ciekawe byłoby skonfrontowanie Pańskiego punktu widzenia z np Panem Targalskim na gruncie merytorycznej dyskusji. Co prawda nie mam pojęcia, jak by taka dyskusja miała wyglądac w praktyce, ale chętnie bym jej posłuchał.

  19. 19 Andrzej

    Panie Orle,

    Czyli z jakiej strony by nie patrzeć wychodzi na to że źródłem jest nep – komunistyczna mistyfikacja. Czy myśli Pan, że ujawnienie że Wybgazeta to medium bolszewików załatwi sprawę, zdemaskuje mistyfikację – prowokację? Bo wie Pan, rzecz w tym że sporo Polaków o tym wie i teni stan rzeczy w pełni świadomie akceptuje. Akceptuje prowokację. Zapewniam Pana że tak jest, znam i spotykam wielu z nich. Wybgazeta jest dla nich opiniotwórcza, bolszewików traktują jako “dobrych ludzi” a peerel jako (w większym lub mniejszym stopniu) system z którym się identyfikują. No tak, ale to są poputczycy z wyboru a co z poputczykami którzy nie zdają sobie sprawy z tego że nimi są choć bolszewików nie znoszą? Co z tymi, którzy ulegli prowokacji wbrew sobie bowiem jest ona skutecznym nepem? Dla nich są tak naprawdę przeznaczone Resortowe dzieci”, oni są największą grupą czytelników i zwolenników tej książki.

    Pan Michał pisał tu nieraz, że “ilość przechodzi w nijakość”. Ja się z tym twierdzeniem w pełni zgadzam.

    Sądzę, że dotychczasowa historia komunizmu dostatecznie zweryfikowała hipotezę o możliwości “wymknięcia się” nepu spod kontroli o ile nie pojmiemy jego istoty. Jeśli się nie rozpozna właściwie przeciwnika nie ma co stawać do walki z nim ponieważ już na początku jest się na straconej pozycji.

  20. 20 Dariusz Rohnka

    Panie Orle,

    Proszę z góry wybaczyć odrobinę kwaśne słowo, rzecz w tym, że całkiem spory fragment swojego tekstu (doszły mnie słuchy, że nazbyt spory) poświęciłem na roztrząsanie niewątpliwej paraleli jaka zachodzi pomiędzy klasycznie Orwellowskim dwójmyśleniem, a stanem psychicznym dzisiejszych orędowników „Wolnej Polski w nieupadłym komunizmie”. Uczyniłem tak dlatego, że mnie się ich stan nie wydaje wcale aż tak bardzo oczywisty, abym miał po prostu napisać, że świadomie podjęli decyzję o pisaniu nieprawdy. Przeciwnie, efekt ich pracy wydaje mi się odbiciem niezwykle złożonego stanu mentalnego – chęci pogodzenia niemożliwego. Książka jest niestety tej chęci efektem, przy okazji też świadectwem, że tego rodzaju działania nie są skazane z góry na niepowodzenia.

    Czy dyskusja z kimś, kto przejawia równie silną determinację w ucieczce od rzeczywistego stanu rzeczy ma sens, nie jestem całkiem pewien… obawiam się, że może prowadzić donikąd.

  21. 21 michał

    Drogi Panie Orle,

    Stary chrzan jako potajemna wkładka w wybiórczej gazetce, to całkiem zabawne, ale może lepiej nie wspomnę o tym starszemu panu, bo dostanie apopleksji i utracimy cennego podziemnego współpracownika.

    Drogi Panie Andrzeju,

    Ilość przechodzi w nijakość – jestem przekonany co do słuszności tej zasady w każdych warunkach. Ale na marginesie, wydaje mi się ta zasada z ducha mackiewiczowska, zawsze mnie więc dziwi, że Józef Mackiewicz kilkakrotnie powtarzał znaną zasadę przeciwną. Miał np. nadzieję, że ilość przerodzi się w jakość w wypadku wzrostu tendencji opozycyjnych pod komunizmem. Czy to nie dziwne?

  22. 22 Orzeł

    Panie Andrzeju,

    Czy rzeczywiście jest aż tak wielu ludzi, którzy rozumieją istotę komunistycznej prowokacji i ją świadomie akceptują? Ja spotkałem się tylko z jednym takim przypadkiem, to ten znajomy opisany powyżej. Ale czy jest to zjawisko powszechne? Co nimi zatem kieruje? Strach? Dążenie do świętego spokoju? Tępota umysłowa? Już bardziej do wyobrażenia jest ta druga grupa, tych, co nienawidzą komuny ale ulegają nieświadomie prowokacji. Ale wiedzieć, rozumieć i się godzić? To trudno pojąć.

    Panie Darku,

    Myślę, że dotknął Pan sedna problemu. Pisze Pan, że to próba pogodzenia niemożliwego. Może właśnie oni uważają, że to jest możliwe? Może są tacy, którzy widzą szansę na odzyskanie niepodległego państwa grając na spreparowanej scenie. Wiem, że już wielokrotnie się o to spieraliśmy, może jednak warto podjąć dyskusję z kimś takim, jak Targalski, czy Chodakiewicz i spróbować poznać ich punkt widzenia. Nikt nigdzie indziej (poza Podziemiem) nie zada im takich pytań, bo chyba nikt inny nie dostrzega takiego problemu. Taka dyskusja z pewnością nie będzie drogą donikąd.

    Panie Michale,

    Proszę pozdrowić Starego Chrzana, jestem fanem jego stylu literackiego.

  23. 23 Dariusz Rohnka

    Myślę, Panie Orle, że oni już dawno zrezygnowali z takiej dyskusji i teraz już tylko idą dokąd zmierzają, a ściślej – tam gdzie prawie wszyscy bohaterowie pierwszej powieści Józefa Mackiewicza.

  24. 24 Andrzej

    Panie Orle,

    Mnie nie chodziło o tych, którzy rozumieją istotę komunistycznej prowokacji i ją świadomie akcepują. bo tak może postępować chyba jedynie bolszewik. Miałem na myśli to, że sporo Polaków wie o tym że Wybgazeta to gazeta bolszewicka (“lewicowa”) i właśnie dlatego ją wybiera. Tych, którzy nie będąc świadomi prowokacji, majac wybór w swoim życiu, wybrali/wybierają popieranie bolszewików bo z różnych powodów im to odpowiadało/odpowiada. Począwszy od tych którzy wspierali tow. Gomułkę w “Polskim Październiku”, tow. Gierka w latach 70., potem tow. Jaruzelskiego, po dziejszych zwolenników “opcji lewicowej” a skończywszy na zwykłych oportunistach i karierowiczach. Przyzna Pan, że jest ich niemało? A znaleźć ich można nie tylko wśród ludzi których się spotyka na codzień ale nierzadko we własnej rodzinie.
    Chodziło mi o ofiary bolszewickiej zarazy.

Comment





Language

Books Published by The Underground

Order here:



Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a

H
1946
 
J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja