Zamknij
Michał Bąkowski

Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część XXII

2 lutego 2022 |Cykle, Michał Bąkowski, Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”
Źródło: https://wydawnictwopodziemne.com/2022/02/02/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-xxii/

Ukraina czy Nowa Jałta?

Ukraina, wbrew swej nazwie, nie jest „ziemią u kraju”.  Nie jest wschodnim kresem Polski, ani południowymi kresami Rosji.  Nie jest wschodnim pobrzeżem Austrii, ani zachodnią rubieżą bezbrzeżnych stepów Azji.  Przed wiekami, nad Dnieprem i Dniestrem (podobnie jak nad Wołgą i Donem), obecna była cała mozaika ludów, potęga Chazarów, a obok, skłóceni ze sobą, Pieczyngowie, Madziarowie, Bułgarzy i wreszcie Słowianie.  Handlem zajmowali się Arabowie z Kalifatu, Bizantyjczycy i nordyccy Rusowie; i tylko ci ostatni łączyli daleką północ z odległym południem, nic więc dziwnego, że byli predestynowani do objęcia władzy na tych ogromnych terytoriach.  Ich sieć handlowa, ich warowne twierdze nad rzekami, stały się podstawą państwowości ruskiej.  Holmgarðr, Horodyszcze, obronny fort, który przerodził się w Wielikij Nowgorod, był stacją w ich parciu na południe.  Powstawały kolejne warownie – Sursdalar (Suzdal), Smaleskja (Smoleńsk), Radstofa (Rostow), Gniezdowo (gdzie zatrzymywały się transporty więźniów do Katynia), aż wreszcie opanowali najważniejszy punkt w podróży na południe – Kijów.  Potem Helgi zamordował Haskuldra (Askold i Dir) i przeszedł do historii jako Oleg Mądry, ponieważ zabezpieczył drogę do Konstantynopola i do Bagdadu.  Jego następcy, Ingvarr (Igor), Sveinald (Światosław), Voldamarr (Władymir), Iarisleif (Jarosław) i Vissivald (Wsiewołod) umocnili Ruś Kijowską, jako jedno z najpotężniejszych państw Europy.  Wszystkie domy panujące, skoligacone były z kijowskimi książętami.

Po mongolskich najazdach, Ruś Kijowska podupadła i stała się piłeczką przebijaną przez sąsiednie potęgi.  Jedną z tych potęg była Najjaśniejsza Rzeczpospolita, którą niestety spotkał ten sam los, więc może polska historiozofia powinna mieć więcej zrozumienia dla Ukrainy?  Dominic Lieven dowodzi, że kwestia ukraińska legła u podstaw niemożliwości porozumienia między Austrią i Rosją, czego wynikiem była Wielka Wojna, upadek trzech cesarstw i Polonia Restituta.  Timothy Snyder rozciąga myśl o strategicznej wadze Ukrainy na drugą wojnę: nie dość, że była to najważniejsza część „skrwawionych ziem”, gdzie dokonano najpotworniejszych zbrodni i stoczono największe bitwy, była także czymś więcej.  Ukraina była dla Hitlera jednocześnie wyidealizowanym, ideologicznym, mglistym pojęciem lebensraum, jak i natychmiastowym źródłem materiałów, węgla i żelaza, ale zwłaszcza żywności.  Ukraina była więc autentycznie przedmiotem światowego konfliktu.

Czym jest dzisiejsza Ukraina?  Młodą, kwitnącą demokracją?  Rosnącym zagrożeniem dla pokojowo nastawionej Rosji?  Czy sowieckim pobojowiskiem, na którym tzw. „pro-zachodnie siły” tworzą czarną listę proskrypcyjną nieprawomyślnych.  Ukraińskie Centrum Myrotworec umieszcza na tej liście nazwiska zbrodniarzy wojennych i separatystów, obok dziennikarzy, którzy ośmielili się użyć pod adresem Ukrainy słów uważanych za obraźliwe przez wrażliwców z Myrotworca.  Ponad 1000 osób z listy zostało aresztowanych, oczywiście jako „kolaboranci”.  Włoski dziennikarz, który zginął w separatystycznej „republice donieckiej”, został po śmierci skwitowany na liście Myrotworca jako „zlikwidowany”.  A niektórzy twierdzą, że komunizm upadł.

A może Ukraina jest języczkiem u wagi na kontynencie europejskim?  Dla carskiej Rosji, kwestia tzw. Małorusów – czyli Ukraińców i Białorusinów – była sprawą fundamentalną, ukraiński nacjonalizm był egzystencjalnym zagrożeniem.  Jeżeli Rusini byli Rosjanami, to imperium było w dwóch trzecich rosyjskie, więc narodowe; bez narodów ruskich, Imperium Romanowych wyglądało podejrzanie jak habsburska mozaika narodowo-wyznaniowa.  Dlatego właśnie Galicja w rękach Habsburgów była na dłuższą metę nie do przyjęcia dla imperialnej Rosji: po wzgórzach austriackiej Galicji snuło się widmo ukraińskiego Piemontu.  Ale czy można dziś uznać zacofane, biedne i skorumpowane państwo kijowskie, gdzie rosyjskojęzyczny komik wybrany został na prezydenta, za języczek czegokolwiek?  Zwolennicy tezy, że Ukraina waży na szalach równowagi sił w Europie, opierają się na przekonaniu, że ziemie ukrainne w rękach Putina są równoznaczne z restauracją potęgi Rosji.  Twierdzenie takie jest możliwe, w moim mniemaniu, wyłącznie przy uprzednim założeniu upadku komunizmu.  Putin nie jest „carem”, jak się go błędnie przedstawia, ale czekistą; nie jest wielkoruskim nacjonalistą, ale bolszewikiem, który sprawnie używa rosyjskiego nacjonalizmu dla własnych celów; nie interesuje go potęga Rosji, tylko potężne sowiety, których „Rosja” jest narzędziem.

Wbrew pozorom, nie oznacza to wcale, że nie dokona inwazji w ciągu najbliższych tygodni, ale nawet jeżeli tanki ruszą na Kijów, to nadal Ukraina nie będzie jego celem.  Głównie z jednego powodu: ponieważ Putin i tak kontroluje Ukrainę, a zatem ewaluacja zysków i strat odbywa się gdzie indziej, na innym planie strategicznym.  Można tu przytoczyć analogię z „inwazją csrs” w 1968 roku.  Celem nie była wówczas okupacja Czechosłowacji ani osadzenie tam przyjaznego reżymu, bo Breżniew całkowicie kontrolował wydarzenia – poprzez oba politbiura i kgb, raczej niż przy pomocy czołgów.  Potrzebne mu było podniesienie profilu „socjalizmu z ludzką twarzą” oraz periodyczne zademonstrowanie siły, a nie zajęcie Pragi.  Putin kontroluje wydarzenia na Ukrainie nie przez politbiura, ale dzięki zabiegom Borysa Birsztajna i towarzyszy przed wielu laty – czyli poprzez mafię i kgb – a w takim razie koncentracja wojsk lub pełna inwazja (jeżeli w ogóle do niej dojdzie), potrzebne mu są do czegoś innego.  Pozwolę sobie w tym miejscu na kolejne uogólnienie, że czekistowska wersja sowieckiego imperium opiera się w znacznie mniejszej mierze na kontroli politycznej, jak było od lat 50. do pierestrojki, a o wiele bardziej na kontroli gospodarczej i finansowej.  Ale wróćmy do celów.

Jeżeli celem koncentracji 130 tysięcy żołnierzy nad granicą ukraińską, nie jest Ukraina, to o co chodzi?  O ustępstwa ze strony NATO?  O uległość niuni?  O Niemcy?  O gaz?  O Amerykę?  Najprostszym wyjaśnieniem wydaje się szantaż, ale nawet w tym wypadku, docelowy etap końcowy w grze Putina, nie jest jasny.  Komentatorzy wskazywali na Nord Stream 2 jako przedmiot gry – „Odkręćcie kurek, albo wchodzę do Kijowa!”, miałaby brzmieć nigdy nie wypowiedziana groźba – ale nagromadzenie takich sił dla odkręcenia kurka przypomina użycie żurawia portowego dla podania dziecku landrynki.  Amerykańscy politycy zadeklarowali, że gazociąg Nord Stream 2 pozostanie zamknięty w wypadku agresji na Ukrainę; tylko że, po pierwsze, to nie od nich zależy, a po drugie, odrzucili tym samym wszystkie strategiczne argumenty co do uzależnienia Europy od sowieckiego gazu, stawiając tylko jeden warunek odkręcenia kurka: wystarczy wyłącznie odwołanie agresji na Ukrainie.

Koncentracja wojsk na granicy jest tak skrajnie demonstracyjna, że nasuwa wątpliwości.  Putin mógłby spokojnie dokonać inwazji bez takiej koncentracji i bez ostentacji (ma wystarczającą przewagę powietrzną, by poprzez wstępną fazę bombardowań lotniczych i rakietowych dać swym wojskom lądowym dość czasu bez gromadzenia sił nad granicą).  Ale jeżeli to wszystko jest tylko na pokaz, to tym trudniej pojąć, dlaczego nie pozostawił sobie otwartej furtki do odwrotu.  Czy mógłby się teraz wycofać bez utraty twarzy?  Trudno mi przyjąć interpretację, że Putin poszukuje celowego upokorzenia, w przygotowaniu do przyszłej de-putinizacji.  Putin nie ma nawet 70 lat, więc wobec amerykańskiej gerontokracji, jest młodzieniaszkiem, może pozostać u władzy przez kolejną dekadę.  A jednak przykład zamierzonej klęski w Afganistanie daje wiele do myślenia. [1]

Skoro sens i cele rozgrywki nad ukraińskimi granicami pozostaje niejasny, to nasuwa się kolejna hipoteza, że podbijanie bębenka, podnoszenie stawki w grze, podyktowane jest kontekstem politycznym naszych czasów, raczej niż dążeniem do określonego kresu.  W takim wypadku, celem nie byłoby konkretne ustępstwo – np. ze strony Ukrainy, ale może ze strony Nato? – a raczej wywołanie ogólnej paniki.  Nato okazało swą słabość w Afganistanie, Biden jest najgorszym prezydentem od czasów niekompetentnego, rozmamłanego i święcie przekonanego o swej słuszności, Jimmy Cartera, a niunia europejska ginie w wirze swych własnych dyrektyw, „zapatrzona w swą metafizyczną pipiętę” (że zacytuję z żyjącego klasyka).  Być może jedynym osiągalnym celem jest obnażenie przeraźliwej słabości Zachodu, o której była mowa w każdym niemal odcinku niniejszego cyklu, bezsilności i impotencji, która może byłaby komiczna, gdyby nie była tak straszna w skutkach.  Pamiętać jednak należy, że przyjęcie takiej hipotezy ma swoje konsekwencje, bo wówczas wielotysięczna armia, tak buńczucznie skoncentrowana na granicy Ukrainy, wymachująca szabelką w stronę szpiegowskich satelitów, nie byłaby wcale szykowana do zdobycia Kijowa.  (Zabawnym post scriptum do tej hipotezy jest pełen humoru spokój, panujący w Kijowie – panika dominuje tylko w zachodnich mediach.)

Wobec powyższego, Nowa Jałta okazałaby się w naszych czasach znakomitym wyjściem dla niemieckich pacyfistów; pożądaną opcją dla Ursuli von der Leyen, zaniepokojonej o swoją miotłę; świetnym manewrem dla Bidena i Johnsona, zatroskanych o swoje stołki; i wreszcie czerwoną manną z brudnego nieba, dla mieszkańców Europy, zmartwionych wygórowanymi cenami elektryczności i załamujących dłonie nad stanem naszej planety.

Przyjrzyjmy się zatem, co się dzieje na świecie, gdy tylu sądzi, że komunizm upadł.

Składany komunizm

Zachęcony miałką odpowiedzią Zachodu na aneksję Krymu, podekscytowany niezdecydowaniem administracji Obamy wobec konfliktu w Syrii, Putin postanowił w 2015 roku interweniować militarnie w strategicznie położonej Syrii.  Siły Assada kontrolowały wówczas nie więcej niż 20% terytorium kraju.  Propagandowym celem było pokonanie groteskowo krwawych islamistów z Isis, ale w rzeczywistości, sowieciarze zaatakowali z miejsca Aleppo, przyczynili się do brutalnego zdławienia opozycji i niemal całkowitego zwycięstwa reżymu Assada.  Putin ma teraz dwie stałe bazy wojskowe na wybrzeżu Morza Śródziemnego.  W ubiegłym roku rozbudowano pasy startowe bazy w Hmeimim, a teraz budują nowe doki w wojennym porcie sowieckim w Tartus.  Komunizm nigdy nie upadł, a tylko składał się i rozkładał w nowych konfiguracjach.  Syria nie przestała być komunistyczna, tylko teraz sowieciarze mają tam bazy, a za Assada-ojca ich nie mieli.  Kagiebiści złożyli komunizm, gdy przedstawiał się jako „centralne zarządzanie” (czyli opium dla mas inteligenckich, na których odurzaniu już im nie zależy), a rozkładają go w nowych kombinacjach, np. jako „kapitalizm” albo „konserwatyzm”, jako feminizm lub antyfaszyzm, tu i ówdzie jako „globalizm”, a gdzieniegdzie jako „antyglobalizm”, dostosowując się wszędzie do gustów publiczności.

Lewica obciąża Trumpa błędami polityki amerykańskiej na Bliskim Wschodzie, a zwłaszcza strategiczną klęską w Syrii.  Prawdopodobnie lewica ma w tym wypadku rację, choć pierwotny grzech popełniony został o wiele wcześniej, a strategiczna pozycja komunistów na globie poprawia się z każdym dniem od wielu lat, na długo przed Trumpem.  Nie istniejąca polityka zagraniczna Trumpa, przy całej swej nieprzewidywalności, przy dwuznacznych grach z Kimem i Putinem, miała wszakże jeden stały element: agresywne podejście do chrlu i chrlowskich nadużyć w handlu międzynarodowym.  Było to stanowisko podyktowane wolnorynkowym myśleniem, raczej niż polityczną strategią, ale nawet tak ograniczona, choć rzekomo stanowcza taktyka, osiągnęła dokładnie – nic.  Celem Trumpa było wyłącznie wywarcie komercjalnego nacisku na chrlowską kompartię, aby wymusić na nich ustępstwa, odrobinę bardziej sprawiedliwe i obustronnie korzystne warunki handlu.  Jak bardzo taktyka Trumpa mijała się z rzeczywistością, można wykazać na przykładzie polityków brytyjskich.  Ci, którzy pragnęli odejść z niuni, wskazywali niezmiennie na chrl jako cudowny rynek dla uwolnionego z europejskich kleszczy Albionu.  Zapominali, że rząd Camerona i Osborne’a, którzy chcieli zostać w niuni, nie robił nic innego: i oni także domagali się zwiększenia obrotów w handlu z Pekinem i zacierali łapki na myśl o zyskach.

A przecież nikt nie może mieć wątpliwości, z czym mamy do czynienia.  Chrlowskie szpiegostwo gospodarcze jest udowodnione ponad wszelką wątpliwość; ich agresywna polityka na Morzu Chińskim i wobec strefy, którą nazywają „większymi Chinami” (obejmuje ona nie tylko Tybet i Mandżurię zagarnięte już przez komunistów, nie tylko Hong Kong i Tajwan, ale także Mongolię, Singapur i część Indochin), jest znana; ich ataki cybernetyczne, użycie Huawei i innych firm, np. ostatnio TikTok, jako narzędzi polityki zagranicznej – wszystko to doskonale wiedzą i w Londynie, i w Waszyngtonie, i w Brukseli.  Ale nikt nie zamierza nawet kiwnąć palcem w tej sprawie, bo to taki wspaniały rynek…

Huawei jest przedmiotem krytyki i nawet zakazów w Ameryce – mówi się wręcz o zupełnej prohibicji na użycie ich sprzętu w Stanach Zjednoczonych – trudno jednak nie dać wiary tym, którzy sądzą, że polityczne naciski na chrlowską firmę motywowane są bardziej komercjalnymi potrzebami: oto Chińczycy są autentycznie liderami w wyścigu o stworzenie tzw. sieci 5G czyli piątej generacji telefonii komórkowej, więc amerykańskie firmy domagają się ukrócenia ich przewagi.  Problem polega na tym, że nawet jeżeli produkty Huawei zostaną całkowicie zakazane, to i tak ogromna większość komponentów sprzętu elektronicznego produkowana jest w chrlu.

Ten sam mechanizm zatwardziałej ślepoty utylitarystycznej, daje się zauważyć w wypadku sowieckiej sprzedaży ropy i gazu, jak i w chrlowskim handlu sprzętem elektronicznym: w ostatecznej analizie, konsument w krajach kapitalistycznych kupuje to, co jest tańsze; w wolnej konkurencji zwycięża ten, który osiąga podobny rezultat za mniejsze pieniądze, a nikt nie chce słyszeć, że konkurencja nie jest wcale wolna.  Tak jak Niemcy wolą tańszy gaz z sowietów niż droższy z Norwegii, tak my wszyscy wolimy tańsze komputery i telefony – niż droższe.  Innymi słowy, i Putin, i Xi, mogą powtórzyć za Leninem: „kapitaliści sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy”.

2049!!

W roku 2049 chrl ma osiągnąć komunistyczny ideał.  Tak się składa, że to ma być setna rocznica zdobycia władzy w Chinach przez leninowską partię.  Stuletni marsz, a na końcu nagroda, nie od dziś, symetria jest logiką głupców.  Tymczasem, czyli w drodze do komunistycznego raju, w chrlu stworzono xinyong czyli „system zaufania społecznego”, który jest nadal usilnie doskonalony.  Punktem wyjścia były algorytmy używane przez zachodnie banki dla ściślejszego określenia ryzyka, jakie przedstawia kandydat do pożyczki hipotecznej.  W chrlu zamierzają zbierać wszystkie informacje na temat każdego obywatela: ile pieniędzy wydaje i na co? ile na alkohol, a ile na dom? dokąd jeździ? czy odwiedza rodziców, czy kochankę? ile razy na miesiąc? co myśli o rządzie? czy przechodzi przez ulicę na czerwonym świetle? jeśli tak, to ile razy?  W rękach partyjnych aparatczyków te informacje pozwalają nie tylko zezwolić na bankową pożyczkę, ale także na wycieczkę zagranicę, a może na awans.  Prawdziwe fajerwerki zarezerwowano dopiero dla osobników o niskiej ocenie zaufania społecznego: ich dostęp do internetu może być ograniczony, poddani będą ostracyzmowi, nie mają szans na pożyczkę lub wyjazd, na ożenek lub dzieci, chyba że poddadzą się reedukacji.  Następnym krokiem będzie przewidywanie zachowania jednostki.  Chrlowscy obywatele zachowują się jednak bardzo przewidywalnie, więc kompartia zezwoliła firmie TikTok na ekspansję na Zachodzie, by dać bardziej zróżnicowane dane dla rozwinięcia systemów sztucznej inteligencji i stworzyć doskonalsze algorytmy.  Wszystko jest piękne i dobre, co służy postępowi na drodze do Świetlanej Przyszłości.

W odważnym i pryncypialnym dążeniu do osiągnięcia leninowskiego ideału w roku 2049, chrl reedukuje ludzi na wielką skalę.  W jednej prowincji Xinjiang zidentyfikowano 380 obozów reedukacyjnych, struktur wystarczająco dużych, by były widoczne z satelitów, wraz z barakami, liniami drutów kolczastych i wieżami strażniczymi, które jak wiadomo, są niezbędnymi narzędziami reedukacji.  25 spośród tych łagrów jest w promieniu 30 kilometrów od fabryki, którą Coca-Cola zbudowała kilkanaście lat temu na spółkę z chrlowską firmą państwową.  Volkswagen i BASF także mają swoje fabryki w Xinjiang.  Dlaczego akurat ta jedna prowincja jest popularna wśród zachodnich inwestorów?  Bo siła robocza jest tańsza, gdy sprowadzana z obozów pod przymusem.  Roland Busch, dyrektor Siemensa, wystąpił niedawno z ostrzeżeniem, że proponowany zakaz użycia pracy niewolniczej, zwolni tempo wprowadzenia „zielonych reform”.  Problemy w Chinach, zawyrokował, „nie mogą być rozwiązane przy pomocy konfrontacyjnej polityki zagranicznej”.

Jeżeli zakazy eksportu zostaną wprowadzone w życie, może to oznaczać, że nie będziemy mogli nabyć ogniw słonecznych w Chinach, a wówczas energetyczna rewolucja zostanie zatrzymana.

Okazuje się, że baterie słoneczne, które ochronić mają planetę przed globalnym ocipieniem, potrzebują polisylikonu, którego 45% produkowane jest w Xinjiang.

Ale nie trzeba być w Xinjiang, żeby móc używać niewolniczej siły roboczej dostarczanej usłużnie przez chińską kompartię.  Apple używa komponentów z firmy O-film, która zatrudnia radosnych pracowników z obozów koncentracyjnych.  Kraft Heinz jest także podejrzane o czerpanie zysków z pracy przymusowej, podobnie Nike.  Większość bawełny produkowanej w chrlu pochodzi z pól, na których pracują niewolnicy, a chrl jest drugim co do wielkości producentem bawełny na świecie, po Indiach, i produkuje jej więcej niż trzeci i piąty producent – Stany Zjednoczone i Pakistan – razem wzięci.  Wiele zachodnich firm używa chińskiej bawełny, ponieważ jest tańsza.  Jest tańsza, bo produkują ją niewolnicy, ze śpiewem na ustach maszerujący trudną i wyboistą drogą do komunistycznego raju.

Kiedy amerykańscy negocjatorzy w rozmowach handlowych pod egidą Trumpa, wytknęli chrlowcom prześladowania Ujgurów, obozy koncentracyjne i użycie pracy niewolniczej, usłyszeli w odpowiedzi długotrwałą tyradę na temat rzucania bezpodstawnych oskarżeń opartych na niepotwierdzonych pogłoskach, w porównaniu do udokumentowanych prześladowań Murzynów w Ameryce.  Udokumentowanych przez wiarogodne źródła: New York Times, Washington Post i całą resztę lewackich mediów amerykańskich.

I tak koło się zamyka.

Zachodnie lewicowe media – i nie mniej lewackie uniwersytety – tworzą sytuację rewolucyjną w swoich własnych krajach.  Ich hasła podjęte są przez „ruchy” takie jak blm, lgbtq+minus, feminizm, me.too, zieloni, pomarańczowi i purpurowi oraz przez anarchistów, którzy są głusi na hasła, a szukają tylko zadymy.  Prawdę mówiąc, wydaje mi się obojętne, czy aktywizm aktywistów jest częścią działań aktywnych Moskwy i Pekinu, czy też te poszczególne jaczejki są niezależne (od sowieciarzy) i samorządne (w swym bolszewizmie).  Od ulicznych rewolucjonistów, którzy wypierają policję z miast Ameryki, te same hasła są następnie przyjmowane przez marksistowskich polityków, maoistów i trockistów w legalnych i otwarcie działających partiach politycznych.  Ich oponentami w parlamentach zachodnich demokracji są tzw. politycy prawicowi, którzy z kolei biorą pieniądze wprost z Moskwy i Pekinu, i gotowi są przysiąc, że nie ma tam żadnych komunistów, tylko konserwa i prawica, prawosławni ludzie i wyznawcy konfucjanizmu.

Kapitaliści od sznura, konserwatyści za maoistowskie pieniądze, lordowie z kgb, są przeciwnikami maoistów z lewicy, Alexandrii Ocasio-Cortez i Bernie Sandersa czy Jeremy Corbyna i Diane Abbott, ale obie strony zgadzają się w jednym punkcie: interwencja państwa jest lekiem na wszystko.  A!  I w jeszcze jednym punkcie są zgodni: że komunizm upadł.

Na tak przygotowany grunt przychodzą kagiebiści wyposażeni w niemal nieograniczone środki materialne, pochodzące z czarnej forsy, przez lata umieszczanej skrzętnie na Zachodzie, gotowi finansować i wspomagać każde posunięcie, które wzmaga chaos.  Dolewają oliwy do ognia rasowych napięć, podsycają wojny kulturowe, destabilizują gospodarkę, ale żaden polityk nie odważy się z nimi zadrzeć, bo pieniądze nie śmierdzą.

Równocześnie, sowieccy i chrlowscy „kapitaliści” bez wahań i bez wstydu, zupełnie otwarcie i bez lęku przed sprzecznością, subsydiują jawnie marksistowskie reżymy na Kubie, w Wenezueli czy w Korei.  Być może pragną doprowadzić tam do „upadku komunizmu”?  Kto to może wiedzieć.

Ale po co to wszystko?  Po co tych 130 tysięcy żołnierzy, czołgi, samoloty i rakiety na granicy z Ukrainą?  Po co te miliardy dolarów przelewane z jednego krańca globu na drugi, z jednej pralni do innej, by w końcu znalazły się w rękach Trumpa lub Bidena?  Po co skrytobójstwa i długoletnie więzienie dla krytyków?  Co ma na celu to wichrzenie i mącenie?

Komunizmowi nie chodzi o to, by człowiek rosyjski, czy człowiek chiński, jadł lepiej od zachodnioeuropejskiego, afrykańskiego, amerykańskiego, czy nie skomunizowanych jeszcze krajów azjatyckich. Komunizmowi nie chodzi o to, żeby ludzie mówili po rosyjsku, czy po chińsku. Komunizmowi chodzi o to, żeby – wszyscy byli komunistami. Po co? Dotychczasowe zestawienie teorii i praktyki komunistycznej nie daje na to odpowiedzi. Można by równie dobrze zapytać: Po co rozpowszechnia się na świecie epidemia? Zwycięski pochód komunizmu nie jest rezultatem polityki czy ekonomii. Jest rezultatem Zarazy Psychicznej, rozpowszechnianej za pośrednictwem specyficznych METOD propagandy.

A mimo to, niektórzy nadal utrzymują, że komunizm upadł.

KONIEC I BOMBA, A KTO CZYTAŁ TEN TRĄBA

________

  1. Pisałem o tym obszerniej np. tutaj: http://wydawnictwopodziemne.com/2010/02/22/charlie-wilson-i-wojna-w-afganistanie-2/
Źródło:
Adres artykułu: https://wydawnictwopodziemne.com/2022/02/02/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-xxii/
Kategorie: Cykle, Michał Bąkowski, Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”
Zamknij
 |  https://wydawnictwopodziemne.com/2022/02/02/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-xxii/