Zamknij
Michał Bąkowski

Narcyzy z wyższej półki czyli Orłoś

13 czerwca 2026 |Cham chamem, Michał Bąkowski
Źródło: https://wydawnictwopodziemne.com/2026/06/13/narcyzy-z-wyzszej-polki-czyli-orlos/

W swojej rozmowie-rzece z Krzysztofem Lisowskim, Kazimierz Orłoś deklaruje butnie: „do wierzących nie należę”; a gdzie indziej, że jako młodych pisarzy, „nas interesowała wyłącznie rzeczywistość, świat PRL-u, który nas otaczał”.  Rozmowy o ludziach i pisaniu, to książka osobliwie drażniąca.  Interlokutorzy – ich konwersacje trwają okrągły rok – silą się na naturalność, pytając się wzajem, „a co ty o tym sądzisz?”  Czy tak rozmawiają ludzie z krwi i kości?  Mistrzem obu był stary komsomolec, Igor Newerly, niedościgłym wzorem, Iwaszkiewicz.  Orłoś przyjaźnił się z Woroszylskim, z Michnikiem, pisuje w wybiórczej gazetce, uważa się za człowieka lewicy i jest przekonany, że „cofnęliśmy się z drogi na Zachód” dzięki wpływom Kościoła.  Rozmówcy pozostają w bezustannej harmonii – Zgoda, zgoda, i obojętna materia wtedy rękę poda! Nie chce podać? A to szkoda – zgadzają się ze sobą w ogóle i w szczególe, szczególnie dlaczegoś, że narcyzm to nuda, „kręcenie się wokół swojej osoby” jest nudne, po czym rozprawiają z niewysłowioną rozkoszą o sobie samych w rozwlekłym dialogu.  Rozwodzą się nad upadkiem polszczyzny, gaworzą o wulgaryzmach i anglicyzmach, po czym, bez cienia ironii, Lisowski rzuca: „czy wojna jest ważniejsza od newsa o gwiazdeczce, która zapomniała włożyć majtki”; a w innym miejscu ubolewa: „nie jesteśmy trendy”.  Przeszło mi przez myśl, że może to literówka, może chciał powiedzieć „nie jesteśmy trędowaci”, ale humoru im nie dostaje.  Widać, nie funkcjonują już w polszczyźnie słowa „wiadomość” i „modny”, bo literat z wyższej półki nie mógłby się tak wyrazić.

Obaj są ponad takie drobiazgi.  Oni z najwyższej półki!  Naradzają się z troską nad naprawą Rzeczypospolitej.  Ich zdaniem, w prlu pisano pod dyktando: „udawali, że żyją w normalnym kraju”.  A ci dwaj?  Orłoś pisał w komunistycznym raju i był wydawany tamże (Lisowski był redaktorem i wydawcą).  Organizowano mu przekłady i spotkania z czytelnikami, kręcono filmy wg jego scenariuszy, m. in. dobre skądinąd Ruchome piaski, które otrzymywały nagrody na festiwalach.  Film miał trudną do pojęcia „podziemną sławę”, jako skrzyżowanie Noża w wodzie i Ostatniego dnia lata.  Wyznaję, że nie znałem przyczyn tej renomy, może było tak ze względu na udział obłożonego (post factum) zapisem cenzury, Orłosia.  Rzecz jest pięknie sfilmowana, a młodziutka Małgorzata Braunek jest nadzwyczaj śliczna.  Jest to przejrzysta robota propagandowa skierowana na Zachód.  Obraz, przeznaczony wyraźnie na festiwale filmowe, pokazuje prl jako normalne państwo: plaża, erotyzm, słońce i przepiękne kobiety.  Jest ekscentryczny, ma mocno awangardowe pretensje, ale pozostaje wart obejrzenia.

Specjalnością Orłosia były produkcyjniaki z wielkich budów ludowej Polski, z Turoszowa i Soliny.  Budował radośnie socjalistyczną ojczyznę i jest z tego dumny, ale nie pisał pod partyjny strychulec, o nie!  Był ponad udawanie.  Nie udawał, że żył w normalnym kraju, pisał, jak kazali, bez markowania.  Lisowski nie pozostaje w tyle w tej licytacji z wyższych półek i nazywa dywagacje Orłosia „rozważaniami metafizycznymi”!  Zaiste, ich metafizyka jest aż nadto parciana (Arystoteles obraca się w grobie), ale oni przecież sprzeciwiali się cenzurze i popierali opozycję demokratyczną, więc co im tam.  Orłoś pisał, bo chciał dać świadectwo, pragnął być blisko ludzi prostych, byleby tylko z wyższej półki i ostro, ostro napiętnować wypaczenia ustroju.

Oczywiście, to wszystko byłoby bez znaczenia, bo mało to takich?  Nimi wypełniony był prl, to oni są esencją prlu nr 2.  Kazimierz Orłoś jest wprawdzie siostrzeńcem Józefa Mackiewicza, ale co z tego?  Nie możemy być zdeterminowani przez pokrewieństwa.  Każdy ma prawo być lewakiem, ateistą i piewcą socjalistycznej ojczyzny, bez względu na poglądy polityczne wuja.  Ale może w takim razie byłoby lepiej milczeć o tym niewygodnym wujku Józiu?

Orłoś wiódł uprzywilejowany żywot w prlu.  Jego ojciec pracował w instytucie leśnictwa przy komunistycznym ministerstwie już od 1945 roku.  Był tzw. ekspertem (podobnie jak mój ojciec), a bez nich, jak wiadomo, komunizm działać nie może.  Jakże więc dziwić się tak prędkiemu zwycięstwu sowietów w Polsce, skoro ludzie pokroju Orłosiów, natychmiast zgłosili radosny akces do sowieckiej własti?  Ich syn twierdzi, że rodzice nie rozumieli, co nadchodzi: „nie zdawali sobie sprawy, że będzie stalinizm”.  Czyli nie słyszeli o wywózkach, obozach, masakrach i wszystkich potwornościach leninizmu?  Seweryna z Mackiewiczów Orłosiowa, urodzona w Petersburgu w 1900 roku, nie wiedziała, co oznacza „wyzwolenie” z rąk bolszewików?  Siostra Józefa Mackiewicza nie słyszała o Katyniu?  Nie czytała Alarmu wydawanego w Warszawie przez brata?  Może zresztą nie czytała.  Jej syn najwyraźniej także nie czytał, a szkoda.

Swój debiut literacki dał do przeczytania wujowi Stasiowi, czyli Catowi, który polecił zanieść rękopis do „Twórczości”, gdzie młody autor spotkał się z samym Jarosławem Iwaszkiewiczem.  Od razu nawiązał z prlowskim tuzem sympatyczną rozmowę towarzyską o wspólnych koligacjach rodzinnych z Ukrainy.  Ciekawe, czy wspomniał także o wujku z Monachium?  Bo akurat wuj Józio miał wiele do powiedzenia o Iwaszkiewiczu i jego poputniczestwie, choć nie nazwałby go zapewne „małym koniunkturalistą i tchórzem”, a raczej kolaborantem sowieckich okupantów.

W przystępie odwagi, w 1973 roku, Orłoś opublikował powieść w Paryżu, po tym jak „Czytelnik” odrzucił jego pryncypialną i słuszną krytykę stosunków pracy w socjalistycznym raju.  W jego powieści, dobry przewodniczący miejskiego sowietu walczył ze złym kacykiem partyjnym…  Biedny Orłoś sumituje się w pół wieku później (!), że liczył na odwilż, ale się przeliczył – okazało się, że „wszystkim rządziła partia”.  A kto miał rządzić w prlu?  Lokalne sowiety pod dość dowolną nazwą „rad narodowych”?  A jeśli tak, to czy wówczas prl uzyskałby jego imprimatur jako wolna Polska?  Tak bliski jego sercu Iwaszkiewicz, zrugał biedaka, że nie trzeba było drukować w Kulturze, a mimo to, pozostał dla niego pisarzem z wyższej półki.  Zdaniem Lisowskiego, wydanie Cudownej meliny w Paryżu „było ważnym faktem w historii walki o wolność słowa w powojennej Polsce”, choć nie ma w tym akcie ani walki, ani wolności, ani słowa, ani Polski.  Orłosia prześladowano: wyrzucono go z radia, ale płacono mu dalej.  Ech!  Łza się w oku kręci nad tymi represjami.  Zaopiekował się nim także towarzysz Putrament – „wytrawny politruk i nieutalentowany pisarz”, jak go określił wuj Józio, więc lepiej zmilczmy.

Orłoś przyznaje, że honorarium przywiezione przez żonę z Paryża „zapewniło nam spokojną egzystencję na dłużej”, po czym oburza się na „esbeckie szkalowanie”, jakoby koncesjonowana opozycja finansowana była przez CIA.  Ależ była! I bardzo dobrze z tego żyła, a wstydzić się nie ma czego.

Orłoś jest dowodem, że można mieszkać na pięknych Mazurach, ślizgać się wzrokiem po tafli jezior, i nigdy nie zastanowić się nad życiem kotłującym się w głębinach wód.  Ślizganie się po powierzchni zjawisk, to jego specjalność.  Bandyci z RONA Kamińskiego, są dla niego przykładem Rosjan; rodowity Polak, Bronisław Kamiński, dowódca tej bandy, jest w jego oczach wcieleniem „rosyjskiego imperializmu”.  Tragedia ludzi, którzy obrócili oręż przeciw krasnej armii, w obliczu potępienia ze strony całego świata, nie obchodzi Orłosia.  Takie jego prawo, prawo wolnego człowieka.  Ale po co w takim razie kreować się na obrońcę wujka Józia?  Jego akurat bardzo interesowali tacy ludzie – jeden z nich, sotnik kozacki Siłamikiel, jest nawet ważną postacią w Nie trzeba głośno mówić – i nie pozwoliłby sobie nigdy na nazwanie starego czekisty, Putina, mianem „rosyjskiego imperialisty”.

Siostrzeniec natomiast, ma tendencję do wybielania przeszłości.  Przyjaciel Odojewski nie był wcale agentem, bo dobrzy towarzysze, Putrament i Newerly, „pomogli mu zerwać kontakty” z ubecją.  Trudno wyrokować, czy Orłoś urodził się naiwny, czy też zdziecinniał z wiekiem.  Otoczony wielkimi ludźmi – Woroszylski, Michnik, Abramow-Newerly, najwyższa półka – ubolewa, że i jego, i Lisowskiego „wielcy jurorzy wielkich nagród nie dostrzegają”.  A obaj mają tyle do dania, obaj pragną udzielać rad młodym, wpływać i kształtować, jak to niegdyś czynił tow. Iwaszkiewicz z górnej póły w dworze w Stawisku.  Młodzi autorzy w dzisiejszym prlu, zdaniem Orłosia, myślą tylko „czy opowieść spodoba się wydawcy i czytelnikom, czy będzie cieszyć się powodzeniem i dobrze sprzedawać”, podczas gdy on…  On pragnął wyłącznie zaspokoić zamówienie partyjne, uradować Iwaszkiewicza, zadowolić Newerlego głębią swego socrealizmu i słusznej krytyki wypaczeń socjalizmu.  Autorzy zarzucają młodym pisarzom prlowskim egocentryzm – jakkolwiek to zasłużone, trąci hipokryzją w ustach autora już trzeciej książki poświęconej sobie samemu – ale po chwili okazuje się, że Orłoś używa tego określenia dość idiosynkratycznie.  Definiuje je jako „pisanie we własnym imieniu i bycie narratorem w centrum akcji”.  Czyżby więc Dostojewski był egocentrykiem, ponieważ pisał w pierwszej osobie?  Dlaczegoś, jego własny Letnik z Mierzei, pisany w pierwszej osobie, nie jest dla Orłosia przykładem „egocentryzmu”.

Mają rację autorzy tomu w swej elokwentnej krytyce upadku polskiej kultury: pohańbienia języka, uwiądu myśli, usychania piśmiennictwa, schyłku manier i kulturowego dogorywania, ale po pierwsze, adresowali te słowa oportunistycznie do rządów „kliki Kaczyńskiego”, a teraz zapewne dostrzegają renesans kultury.  Ważniejsze, że to oni, ci asfalt intelektualiści, jak by ich nazwał Józef Mackiewicz, przyczynili się do tego stanu rzeczy – i to nie tylko w dzisiejszym prlu, bo na Zachodzie jest gorzej – ponieważ całym tym swoim „kształtowaniem” i „opiniotwórczością” zglajchszaltowali kulturę.  Dylemat wrażej pieczeni odłóżmy na bok, bo Orłoś, to nie Elzenberg, ale kształtowanie gustów, które tak im się podobało w wykonaniu Iwaszkiewiczów i Newerlych, było wykonywaniem poleceń centralnej polityki kulturowej, było wysługiwaniem się sowietom.  Żali się teraz, że jego artykuły z wybiórczej gazetki pozostają bez echa, że krytyka nie zajmuje się górną półką (w domyśle: Kazimierzem Orłosiem).  Krytyka powinna kształtować mody, stymulować dyskusje, jak czynił Błoński, Bereza, Iwaszkiewicz.  Przyznać należy, że byli to ludzie na wyższym poziomie, ale ich „kształtowanie gustów” było wyłącznie wypełnianiem dyrektyw, tworzeniem mód na wzór Litieraturnoj Gazety, więc ta tęsknota wygląda ździebko nieprzyzwoicie.  W obliczu poetek „opiewających serek homogenizowany”, ci dwaj tęsknią za serkiem opiniotwórczym, nie zadając sobie pytania, jaką wagę mogą mieć opinie tych, którzy własnych poglądów sformułować nie potrafią.

Małostkowa trywialność opinii Orłosia wstrząsnęła mną gruntownie.  Porażony epistemologiczną głębią myśli, że on „woli wiedzieć, niż wierzyć”, zwróciłem się z modlitwą błagalną o nadprzyrodzone wsparcie.  No, dobrze, stańmy nad tą mętną kałużą, pochylmy się z drżeniem i zajrzyjmy w błotnistą głębię tej płycizny.  Lepiej wiedzieć, niż wierzyć, eh?  Ale jak?!  Kiedy stoję na peronie kolejki i wpatruję się z umęczeniem w wyświetlaną informację, że mój pociąg przybędzie za dwie minuty, to wiem, czy wierzę?  Upływa pięć minut, a pociągu jak nie było, tak nie ma.  Tablica nadal pokazuje, że nadjedzie za dwie minuty.  Pewnie zepsuta.  Wiem, że nie przyjechał na czas, ale czy wiem coś więcej?  Stoję i czekam, więc implicytnie wierzę, że przyjedzie, choć mam wątpliwości.  Naukowy pogląd Orłosia na temat tego, co się wydarzy po naszej śmierci, sprowadza się do dwóch możliwych opcji: 1) nie wiem, co się stanie, lub 2) nie będzie nic.  W tym pierwszym wypadku byłby agnostykiem, ale on sam nazywa się ateistą i twierdzi, że śmierć jest końcem wszystkiego.  Rzecz w tym, że takie twierdzenie jest nienaukowe, jest wyznaniem wiary.  Nauka nie wie, bo wiedzieć nie może, co się dzieje z duszą ludzką po śmierci – takie badania nie należą do nauki, są przedmiotem wiary.  Oczywiście zdarzają się źli, słabi naukowcy, którzy wyciągają nieuprawnione naukowo (a uzasadnione i podyktowane ideologicznie) wnioski z faktu, że nauka zajmuje się tylko tym, co przyrodzone, i odmawiają istnienia temu, co nadprzyrodzone, ale bywają przecież także źli i słabi literaci, a nie sposób z ich czczej gadaniny wnioskować, że pisać inaczej niepodobna.  Orłoś wyłożył tylko swą rachitycznie nihilistyczną wiarę, którą skrywa wstydliwie za parawanem racjonalizmu i rozumu.  Gdyby był czytywał Augustyna czy Akwinatę, zamiast Newerlego i Iwaszkiewicza, to może miałby inne pojęcie o racjonalności.  Szkoda mi tylko jego śp. Matki, Seweryny Orłosiowej, Iny, Ińci, siostry Józefa i Stanisława, osoby głęboko wierzącej.

Obaj autorzy zastanawiają się dziś, dlaczego Orłoś nie jest lubiany przez lewicę, mimo swych ewidentnie lewicowych przekonań (zgłaszam się na świadka koronnego lewackiego przegięcia obu autorów), i jedyne wyjaśnienie widzą w pokrewieństwie z Józefem Mackiewiczem.

Orłoś czuje się zobowiązany podkreślać, że „bronił” wuja wielokrotnie.  Ale Mackiewicz nie potrzebuje obrony.  To on był – i pozostaje – oskarżycielem poputczyków i kolaborantów, którzy przyczynili się do zniewolenia jego ojczyzny.  Tym bardziej nie przekonywa mnie wartość tej „obrony”.  Jest to raczej jeszcze jeden przypadek, dowodzący słuszności powiedzonka kardynała Richelieu.  Orłoś wspominał już w innych miejscach, że spotkał się z Józefem tylko raz, w Monachium w 1972 roku, i wuj rzekomo przewidział wówczas upadek komunizmu: „to kwestia rozpadu, kryzysu wewnętrznego”, miał powiedzieć.  Orłoś dodaje tym razem, że niewiele pamięta z treści ówczesnej rozmowy.  Mackiewicz nie mówił nigdy o implozji, ani w publicystyce (poddanej surowej emigracyjnej cenzurze), ani w prywatnych listach, które znamy z dziesięciu tomów wydanych przez Kontrę.  Wyraził natomiast wielokrotnie nadzieję, że zerwie się wielki zbiorowy okrzyk: „Precz z sowiecką władzą!  Dość tego bratania się z komunistami, tej zabawy we wzajemne porozumienie.”  Mackiewicz oczekiwał kontrrewolucji i wolno chyba domniemywać, że nie inaczej wypowiadał się wobec siostrzeńca.  Niestety, wbrew zapewnieniom Orłosia, nic podobnego nie wydarzyło się podczas „jesieni demoludów” 1989 roku.  I między innymi z tego właśnie powodu, Nina Karsov nie wyraziła zgody na publikację pism Mackiewicza w prlu nr 2.

Gdyby Orłoś zadał sobie trud przeczytania trzydziestu siedmiu tomów Dzieł Mackiewicza, to może nie uważałby pobytu w Katyniu za kwintesencję antykomunizmu wuja.  Jednak ignorancja siostrzeńca przechodzi niekiedy miarę.  Jego zdaniem, poglądy Mackiewicza były „zbyt radykalne nawet” dla Kultury i „opozycji demokratycznej” (to jest jego kod na poputczyków z Koru) i „z tego powodu nie przyjął nagrody Kultury – ponieważ w uzasadnieniu, po pochwałach prozy, skrytykowano jego poglądy polityczne”! [wszystkie podkreślenia w cytatach moje – mb] Jeśli Orłoś nie zna powodów odrzucenia nagrody, to nie powinien się wypowiadać, ale ja sądzę, że dokładnie wie, jak niekulturalnie Kultura zelżyła jego wuja, a mimo to woli zredukować obraźliwe epitety do rzeczowej „krytyki”, żeby się nie narazić swoim lewym przyjaciołom.  Nb. szczytem spłaszczania są jego banalne uwagi o stosunku prawicy i lewicy do Mackiewicza w dzisiejszym prlu – i zasługują na ten oksymoron.

Widząc siebie w roli „obrońcy Mackiewicza”, Orłoś rzuca ze swojej górnej półki:

Sądzę też, że wielu jego krytyków opiera swoje sądy na stereotypach, na opiniach adwersarzy Mackiewicza na emigracji, a jego twórczości po prostu nie zna.

To prawda, która niestety stosuje się także do siostrzeńca.  „Zawłaszczenie” wuja przez prlowską prawicę uznał on za nieporozumienie, ponieważ Mackiewicz był „jednym z autorów pojęcia «polonocentryzm»”… [s. 95 – podaję miejsce tej bredni, bo to już jest nie do wiary]  Wstyd tłumaczyć, że wuj był twórcą, i to jedynym, określenia „polrealizm”, przykro również wyjaśniać jego sens.  I z płaszczyzny tak dalece posuniętej, wręcz kompromitującej niewiedzy, Orłoś ośmiela się krytykować największego znawcę pisarstwa Józefa Mackiewicza, wydawcę 37 tomów Dzieł pisarza – Ninę Karsov.  Powtarza pod jej adresem te same kalumnie, te same kłamstwa, które słyszeliśmy tyle razy, że nie będę ich nobilitował odpowiedzią.  A jednocześnie gotów jest opowiadać głodne kawałki, jakoby miano w prlu za złe Catowi, że publikował w wydawnictwach Paxu Piaseckiego, podczas gdy z ubecją Cat nie mógł mieć nic wspólnego, bo przecież wydawał Lwów i Wilno i był premierem rządu londyńskiego, więc jakże to tak.  Ach, biedny Cat, „ile kosztować go musiała decyzja o powrocie do Polski rządzonej przez komunistów”.  Z tego wszystkiego wynika tylko, że Orłoś nie czytywał ani starszego, ani młodszego brata swej matki.

Nieznajomość przedmiotu nie przeszkadza mu zabierać głosu w kampanii przeciwko jedynemu prawowitemu wydawcy pism Józefa Mackiewicza.  W roku 2024 wyszła książka pt. Sam jeden i inni, pod red. Małgorzaty Misiak.  Są to materiały z konferencji wrocławskiej: „Józef Mackiewicz – odczytania współczesne. W 120 rocznicę urodzin”.  Orłoś był gościem honorowym konferencji.  Udzielił wówczas wywiadu Markowi Zyburze i autoryzowany tekst tego wywiadu otwiera książkę.

Oprócz banialuków o „implozji komunizmu”, komunałów o Katyniu, nonsensów o konflikcie z AK, dyrdymałków o przyczynach zerwania Józefa z Catem, i kwestionowania małżeństwa Mackiewiczów (co jest nieprzyzwoitością, zważywszy, że wiadomo o zawarciu ślubu od nich samych), połowa wywiadu poświęcona jest osobie Niny Karsov.  Orłoś tym razem napada nawet na tych, którzy podkreślają zasługi Niny Karsov w upowszechnianiu Mackiewicza.  Wyrzuca jej zablokowanie nielegalnego wydania książki Trznadla (ciekawe jak postąpiłby Orłoś, gdyby jego prawa autorskie zostały naruszone).  Zarzuca jej blokowanie przekładów, gdy nikt nie zrobił tyle, by tłumaczenia się ukazały, w obliczu opozycji ze strony podobnych do Orłosia, i tak miłych jego sercu, lewicowców.

Pragnę tu jednak skupić się na napaści, która jest powtórzeniem prostackiego zarzutu z książki Eberhardta.  Chodzi o wydanie przez Kontrę monografii łódzkiego getta pt. Żydzi w Łodzi pod niemiecką okupacją 1939-1945, Icchaka Rubina.  Eberhardt nazwał ją „antypolską” – już po przeczytaniu „niewielu stron” uznał, że jest „zła, tendencyjna … ale i głupia”, a także „mizerna”.

Praca poprzedzona jest listem autora do wydawcy (zamiast wstępu).  List Rubina do Niny Karsov jest stekiem bzdurnych zarzutów, dziwacznych oskarżeń i nieskrywanych gróźb (jakże bliskich stylistycznie i duchowo Eberhardtowi).  Epistoła zaczyna się od utyskiwań, że Nina Karsov kosztowała go „pół roku jego drogocennego czasu”, ale prędko rozgrzewa się do czerwoności.  Autor odrzuca propozycje poprawek stylistycznych, gdyż uważa je za „ideologiczne” i „niemoralne z punktu widzenia mojej żydowskiej etyki”.  Nie przyjmuje rozróżnienia między faszyzmem i nazizmem, gdyż jego zdaniem, faszyzm jest w rzeczywistości „wspólną nazwą określonego typu ustrojów społeczno-politycznych”, który obejmować ma faszyzm frankistowski, peronowski i sanacyjny, czyli do jednego worka wrzuca socjalistę Perona i antysocjalistę Franco.  Oburzyło Rubina, że Karsov ośmieliła się porównać Studnickiego z Rumkowskim, szefem Judenratu łódzkiego getta.  Przytacza zatem artykuły Mackiewicza o Studnickim i konkluduje, że Mackiewicz nigdzie nie wspomniał, jakoby Studnicki był antysemitą.  Twierdzi wreszcie, że jeśli w wywodach Mackiewicza zastąpić komunizm słowem „Żydzi”, to „będziemy mieli antysemicki bełkot Hitlera”.

Książka Rubina jest bardzo ciekawa, ale trudna do czytania.  Tabele, wykazy i statystyki, przy tonie pełnym pasji.  To nie jest monografia, to monomania.  Żydzi przeciw całemu światu i cały świat przeciw nim – ale czy tak nie jest w pewnym stopniu?  W optyce Rubina – w 100 procentach.  Mottem książki: Goje Żydom zgotowali ten los…

Gamoniowate chamstwo Eberhardta kazało mu postawić zarzut, że Kontra wydała pozycję, która „obraża Józefa Mackiewicza”.  Osobista kultura (i aspiracje do górnej półki) nie pozwala Orłosiowi na zniżanie się do poziomu „Koziołka Matołka z klapkami na oczach”.  Pyta jednak retorycznie: „jaki był cel opublikowania nieprzytomnego ataku?”  Czy przed śmiercią obojga Mackiewiczów „pani Karsov także ten list by opublikowała?”

Mackiewicz nie chciał wieszać nawet Bieruta, a Chruszczowa puściłby w kukurydzę, niech sobie biega…  List Rubina wydaje mi się o wiele bardziej przytomny i do rzeczy niż niesławna laudatio Nagrody Kultury: „popis niepoczytalności przystrajającej się w piórka «czystego i niezłomnego antykomunizmu»”, którą Orłoś nazwał „krytyką”.  O co więc chodzi?  Wydaje mi się, że jest to kwestia osobistego podejścia.  Po jego pełnym chamskich gróźb liście, Nina Karsov wydała jego książkę z tymże listem jako przedmową.  Osobiście, podziwiam tę postawę.

*

Tom rozmów z Lisowskim otwiera króciutki tekst Orłosia pt. „Narcyzy”, o kwiatach zasadzonych przez jego zmarłą żonę.  Nie mam nic przeciwko pisaniu o sobie – w jakimś sensie, każdy pisze o sobie – ale hipokryzja i brak samokrytycyzmu obu autorów mnie rozweseliły.  Ów brak najdrobniejszego śladu auto-ironii przywiódł mi na pamięć bon mot Turgieniewa:

O wszystkim na świecie można mówić z żarem, z zachwytem, z przekonaniem, ale ze smakiem mówi się tylko o sobie.

Źródło:
Adres artykułu: https://wydawnictwopodziemne.com/2026/06/13/narcyzy-z-wyzszej-polki-czyli-orlos/
Kategorie: Cham chamem, Michał Bąkowski
Zamknij
 |  https://wydawnictwopodziemne.com/2026/06/13/narcyzy-z-wyzszej-polki-czyli-orlos/