Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Kiedy w kwietniu 2002 roku armia izraelska zaatakowała obóz uciekinierów w Dżeninie i rynek w Nablusie, walki toczyły się o każdy dom, zza każdego węgła czyhała śmierć. Z jednej strony stali znakomicie wyszkoleni i świetnie wyposażeni żołnierze najlepszej armii na świecie, z czołgami, helikopterami, rakietami i nowoczesną komunikacją, a z drugiej – fanatyczni młodzieńcy z kałasznikowem w ręku i butelkami z benzyną. Narzuciło mi się wówczas oczywiste porównanie z powstaniem warszawskim, ale jeszcze bardziej szokująco, stawało przed oczami powstanie w getcie. Ta sama walka bez nadziei na zwycięstwo, to samo bohaterstwo w najczystszej postaci. Nie, nie miałem wątpliwości co do słuszności sprawy Izraela, ani żadnej sympatii dla Arafata, Fatah, Islamskiej Dżihad, Hamas, Hezbollah i całej tej bolszewickiej hołoty. A jednak walki na kasbah w Nablusie czy w Dżeninie zachwiały mną. Oficerowie izraelscy przyznawali Palestyńczykom heroizm. Nazwali walki o Dżenin „palestyńską Masadą” – i chwała im za to! Uznanie dla wroga jest oznaką kultury. (Zawsze mi żal, że tak rzadko słyszy się polskie głosy, chwalące bohaterstwo niemieckich obrońców Monte Cassino. A przecież broniący klasztoru żołnierze Wehrmachtu mieli przeciw sobie armie wielu krajów i żadnej nadziei na zwycięstwo.) Jednak w Dżeninie, Dawid stał się Goliatem, co jest bez wątpienia równie szokujące, jak filistyński Goliat w roli Dawida.

Przypomniały mi się tamte rozważania w związku z zakończoną niedawno bitwą o Gazę. O ile jednak wówczas można było jeszcze mówić o bohaterstwie Filistynów – o, pardon! Palestyńczyków – to jakiekolwiek porównanie armii izraelskiej do żołnierzy Stroopa, pacyfikujących warszawskie getto, było wtedy i jest nadal zupełnie nie na miejscu. Niemcy prowadzili w Warszawie politykę eksterminacji, Izraelczycy robią wszystko, co w ich mocy, aby uniknąć cywilnych ofiar. Sama ilość ofiar w ludziach powinna już wskazać obiektywnemu obserwatorowi, że o żadnej analogii mowy tu być nie może. Powstanie w getcie było desperacką próbą odzyskania godności wobec nieuniknionej zagłady. Tak zwana „likwidacja getta” polegała na deportacji mieszkańców do obozów śmierci. Powstańcy woleli umierać z bronią w ręku raczej niż pod prysznicami z cyklonem B. Kiedy Niemcy zamknęli getto warszawskie, stłoczyli na małym terenie 300-400 tysięcy ludzi. Kiedy wybuchło powstanie, zostało w getcie niewiele ponad 50 tysięcy, dzięki konsekwentnie prowadzonej polityce ludobójstwa. Czy można naprawdę z czystym sumieniem porównywać warszawskie getto do Gazy, do której płyną miliony z Europejskiej Niuni i rakiety z Iranu? Takie porównanie zdaje się możliwe tylko w oczach historycznych analfabetów.

Od 2005 roku zaatakowano Izrael ze strefy Gazy ponad 7000 razy; odkąd Hamas przejęło pełną władzę nad strefą, wyrzuciwszy Fatah z Gazy, aż do tzw. tahadiya (rozejm) – 4300 razy; od listopada 2008 roku do 15 stycznia 1250 razy. Były to głównie ataki rakietowe, ale nie tylko. Jaki cel mogła mieć ta agresja? Palestyńscy propagandyści twierdzą, że celem było „zakończenie izraelskiej okupacji”. Tak się jednak składa, że Gaza jest jedynym skrawkiem Palestyny, wolnym od „okupacji”. Od sierpnia 2005 roku nie było w Gazie ani żydowskich osadników, ani izraelskich żołnierzy. Po co więc kontynuować irytujące i nieskuteczne ataki rakietowe, zamiast budować zaczątek wolnej Palestyny? Aby odpowiedzieć na te pytania, trzeba najpierw przyjrzeć się, czym jest Hamas.

Założona w 1987 roku, Hamas jest odpryskiem Bractwa Muzułmańskiego. Niektórzy wywodzą nazwę grupy od miejscowości Hama w Syrii, gdzie Hafez Assad krwawo zdławił insurekcję Bractwa w 1982 roku. Po kilku tygodniach ciężkiego bombardowania nastąpiły tygodnie tortur i egzekucji. Reżym Assada ogłosił 38 tysięcy ofiar, choć szacunki zachodnie mówią o 10-20 tysiącach zabitych. (Nikt oczywiście nie krzyczał wówczas o nowym holokauście, ani o masowym ludobójstwie.) Jednak związki palestyńskiej Hamas z syryjską masakrą wydają się nikłe. Nazwa jest w rzeczywistości akronimem Islamskiego Ruchu Oporu, a celem Hamas jest pan-islamistyczny rząd światowy propagowany przez Bractwo Muzułmańskie. Palestyńczycy są wyłącznie środkiem do celu, a ich cierpienia – jak długo pokazywane będą na ekranach telewizorów – są koniecznym szczeblem do chwały grodu.

Sprowokowanie Izraela do odwetu nie było wcale łatwe. Żydowskie państwo wolało ignorować ataki rakietowe, wolało budować system schronów i wczesnego ostrzegania, zamiast wdawać się w kolejną awanturę. Kiedy jednak ataki się nasiliły, Izrael nie miał innego wyboru, jak odpowiedzieć w najostrzejszy sposób. Żadne państwo na świecie nie zniosłoby spokojnie takiej prowokacji. Skąd więc wszechświatowa krytyka i potępienie? Stawia się izraelskiej reakcji dwa zarzuty. Po pierwsze, że nie oszczędzała ludności cywilnej, i po drugie, że brutalność inwazji była nieproporcjonalna do skuteczności palestyńskich rakiet. Ten drugi punkt jest jawnie absurdalny. Izrael ma ignorować rakiety, dlatego że są nieskuteczne? (Ignorował je w moim przekonaniu już zbyt długo i na domiar złego wycofał się z Gazy o wiele za szybko.) A riposta, choć bez wątpienia nieproporcjonalna, była w zamian skuteczna. Co ma właściwie znaczyć wymóg proporcjonalności w działaniach wojennych? Czy żołnierze mają być podzieleni na wagi, jak bokserzy? Czy np. użycie husarii pod Wiedniem było „proporcjonalne”? Czy może Król Jan Sobieski zasługuje na potępienie za użycie taktyki, na którą przeciwnik nie miał odpowiedzi? Turcy tylko oblegali Wiedeń, a ten zaraz na nich z husarią! A gdzież poczucie proporcji?! Jest tylko jeden element „nieproporcjonalności” w działaniach Izraela: rakiety Hamas są wycelowane wyłącznie przeciw ludności cywilnej, gdy Izrael robi wszystko, by ograniczyć ofiary wśród cywilnych mieszkańców Gazy.

Cywilne ofiary palestyńskie, to jest rzeczywiście wielki problem – wielki problem dla Izraela – i dlatego armia izraelska stara się je ograniczyć. Dotarliśmy w ten sposób do istoty konfliktu w Gazie. Jedynym celem Hamas są ogromne straty wśród palestyńskiej ludności cywilnej, ponieważ ich celem jest zwycięstwo w wojnie propagandowej. Hamas celowo wystrzeliwuje rakiety z okolic szkół i szpitali, by przyciągnąć natychmiastowy odwet izraelski. Labirynty tuneli pod Gazą łączą ze sobą zwykłe, cywilne budynki, które w kilka minut przerodzić się mogą w śmiertelną pułapkę dla postępujących żołnierzy izraelskich. Hamas jest partią polityczną i organizacją terrorystyczną, a nie armią, nie ma więc żadnego umundurowania, które odróżniałoby „żołnierza” od cywila. Co więcej, Hamas od lat używa dzieci i kobiet do „walki zbrojnej”, włączając do tego określenia także zamachy samobójcze. Nie ma żadnych wątpliwości, że Hamas przedstawia ofiary wśród „żołnierzy” jako ofiary cywilne. W tej sytuacji, ilość zabitych i rannych wydaje się raczej niska, zważywszy intensywność izraelskich bombardowań oraz gęstość zabudowy i zaludnienia w strefie Gazy. Wystarczyłoby porównać liczbę zabitych w Gazie z rezultatami oblężenia Hama przez armię syryjską, żeby wiedzieć z pewnością, że akcja izraelska przeprowadzona została niezwykle delikatnie.

Jak zatem może komukolwiek przejść przez myśl porównanie Gazy do warszawskiego getta?? Analogia miałaby jakiś sens, chyba tylko jeżeli zestawić zachowanie Hamas z Gestapo, co zresztą nie byłoby wcale pozbawione logiki. Reakcja na wydarzenia w Gazie jest pod wieloma względami bardziej intrygująca, niż sam konflikt. Bo oto z jednej strony mamy tradycyjnie pro-izraelską lewicę całkowicie po stronie Hamas, a z drugiej tradycyjnie antysemicką prawicę bez reszty popierającą – bolszewicki Hamas.

Zarzut antysemityzmu stawiany lewackim krytykom polityki Izraela [1] – wydaje mi się niesłuszny. Krytyka jest w wypadku lewaków motywowana ideologicznie, a nie narodowościowo. Międzynarodowa lewica znalazła w Izraelu łatwego chłopca do bicia. Nie chcą widzieć w Izraelu praworządnego państwa, które wypłaca rentę wdowie po samobójczym zamachowcu; państwa, które używa sądów i armii do walki z terrorystami. Nie dostrzegają, że Palestyńczycy mają więcej praw w Izraelu niż w sąsiednich państwach arabskich. (W Libanie np. nie mają prawa posiadać nieruchomości; w Jordanii, kiedy Arafat doprowadził do pasji króla Husseina, jordańska armia nie cackała się z PLO tak, jak to czyni armia Izraela, tylko zbombardowała obozy uchodźców z samolotów. Nieodmiennie bawi mnie postać niejakiej Ashrawi: jedyna kobieta biorąca udział w polityce arabskiej – mieszka w Izraelu. I pomstuje na Izrael. Hamas zapędziłoby ją do kuchni albo do obozu.) Nie chcą też widzieć, czym naprawdę jest Hamas, Hezbollah czy reżym Arafata i jego następców. Widzą tylko to, co chcą widzieć: potęgę wojskową przeciw bezbronnym cywilom. Bo przecie Palestyńczycy nie są terrorystami! Wedle lewackich krytyków, giną w walce wręcz z izraelskimi żołnierzami – nie! nie filistyńscy powstańcy – ale kobiety, dzieci, starcy. Czy słyszał kto jaką krytykę Hamas z ust Palestyńczyka, który ma nieszczęście pozostawać pod władzą Hamas? Nie, bo potencjalni krytycy oskarżeni zostają o zdradę i giną w katuszach; ich ciała, pokryte śladami kaźni, wystawione zostają na widok publiczny, „ku pokrzepieniu serc”… Palestyński samorząd, to jest totalitaryzm semi-państwowego aparatu pomnożony przez totalitaryzm społeczeństwa opętanego jedną ideą, i Hamas nie różni się w tym względzie aż tak bardzo od Fatah.

Nie widzę natomiast innego wyjaśnienia dla krytyki Izraela ze strony prawicy, jak najzwyklejszy antysemityzm, z tych najbardziej tępych, prymitywnych i zaślepionych swą własną głupotą, nienawiścią, arogancją i ignorancją. Przykładów takiego stanowiska jest aż nadto, niestety celuje w nim zwłaszcza polska – czy rzeczywiście „polska”?? – blogosfera. Czytamy więc wszędzie o „Holokauście w Gazie”, albo o „rozrywkach izraelskiego żołdactwa” [2], które rzekomo zabawia się wesoło w mordowanie ludzi („Trafi sie szkola z dzieciakami, znajdzie sie wytlumaczenie”); gdzie indziej, że obrońcy akcji Izraela to „banda kundli”, która „włazi żydkom w dupę bez wazeliny”. [3] A niejaki Roman Jarmuszkiewicz tak wygarnął w swoim Liście otwartym: „Wychowany byłem wśród Polaków, którzy opowiadali o przeżyciach z Dachau, widziałem blizny po krojonych żyletką pięcie i ramieniu. Dlatego mam moralne prawo powiedzieć, że gdybym żył w Gazie to po tym, co zobaczyłem: zostałbym terrorystą (tak rozumiem ludzi dziś przeciwnych represjom) zostałbym członkiem Hamasu a mając zabitych niewinnych bliskich, zrobiłbym z siebie bombę.” [4] Zarzut, iż akcja izraelska „stworzyła tylko nowych terrorystów”, powtarzany jest do znudzenia na całym świecie, nawet w Izraelu. Argument ten byłby słuszny tylko przy uprzednim założeniu, że Hamas pragnie stworzenia wolnej Palestyny i pokojowego współżycia z Izraelem, co jest jaskrawie nieprawdą. Hamas ma wystarczająco wielu kandydatów do męczeństwa, dlatego tylko może kontynuować swą politykę bezustannej prowokacji pod adresem Izraela. Szkicowanie szerszego tła wojny jest rzadkością wśród blogerów, ale pokusił się o nie J Kudlaszyk, określając wewnętrzne spory w polityce amerykańskiej mianem „afrocentryzm kontra filosemityzm”… [5]

Oczywiście reakcja prlowskiej blogosfery ma znaczenie wyłącznie marginalne. Wolna trybuna, jaką chwilowo jest internet, daje antysemitom możność upuszczenia nazbieranej przez lata żółci. Cały ten hałas będzie rzecz jasna prędko zapomniany. W makro skali polityki globalnej ważne jest raczej, czy Hamas zdoła poprzez Bractwo za miedzą zdestabilizować Egipt. Taki jest bez wątpienia plan. A ilość ofiar wśród Palestyńczyków jest tylko narzędziem w osiągnięciu tego planu. Rząd egipski trzyma się jakoś przeciw bolszewickiemu Bractwu tylko dzięki autorytarnym metodom. Większość Egipcjan nie chce wcale oddać swego względnego dobrobytu w ręce fanatycznych ideologów, ale to samo społeczeństwo popiera w ogromnej większości Hamas, i występuje gwałtownie przeciw rządowi Mubaraka, który chce zachować neutralność w sporze, choć po cichu życzyłby sobie likwidacji Hamas w Gazie.

Wiele pisze się o Hamas jako ostatnim ogniwie „irańskiego półksiężyca”. Nie wydaje mi się to przekonujące. Irański półksiężyc jest związkiem szyickich organizacji terrorystycznych, od milicji Moktada al Sadra w Basrze, poprzez rewolucyjny Iran do szyickiej Hezbollah w Libanie. Hamas, podobnie jak Bractwo, jest jednak organizacją fanatycznie sunnicką, choć nie waha się oczywiście przyjmować z Iranu pieniędzy i broni, bo nawet pomoc odszczepieńców przydać się może na pyszne karki niewiernych. Walki w Gazie nie są wcale irańską grą o wpływy w świecie arabskim, ale grą Bractwa Muzułmańskiego o władzę w Egipcie. A dalej, na całym Bliskim Wschodzie.

Na tym jednak nie koniec. Jak pokazał Dariusz Rohnka w Wielkim arrangement, za islamskim terroryzmem wszelkich odmian stały i stoją sowiety. Związki Iranu z bolszewikami znane są od lat, natomiast Bractwo Muzułmańskie bywa często interpretowane jako mistyczne ugrupowanie o sufickich korzeniach, dla którego bezbożny komunizm jest anatemą. Tyle tylko, że suficcy derwisze odrzucają gwałt i władzę, czego nie da się powiedzieć o wywodzących się wprost z Bractwa, Hamas, Islamskim Dżihad i al-Kaidzie. Ajman al-Zawahiri, adiutant bin-Ladena, a według wielu faktyczny przwódca al-Kaidy, który ma ścisłe związki z wszystkimi czterema organizacjami, ma także bliskie związki z kgb. Wiadomo z wielu źródeł o pobycie al-Zawahiriego w sowietach w latach 1996-97. Nawet fsb zmuszone się czuło przyznać ten fakt, wyjaśniając atoli, iż nie wiedzieli z kim mają do czynienia…

Czyż to nie zabawne, że zaślepieni tępym antysemityzmem niby-prawicowcy, z antykomunizmem na ustach pienią się przeciw „holokaustowi w Gazie”, tym samym stając po stronie bolszewickiej jaczejki w turbanach? Zabawne. Ale jakoś mi nie do śmiechu.

 

  1. Np. przez A Kołakowską w http://www.rp.pl/artykul/246846.html. Nazywa ona „zasadę nakazującą poparcie dla Palestyńczyków i potępienie Izraela” jako „obowiązującą część ideologii poprawności politycznej” – „modnym nowym antysemityzmem”. Ci sami ludzie, pomstujący dziś na Izrael, nie wykazaliby się antysemityzmem wobec innych lewaków żydowskiego pochodzenia.

  2. http://www.blogmedia24.pl/node/8101

  3. http://www.blogmedia24.pl/node/8053

  4. http://swkatowice.mojeforum.net/list-otwarty-romana-jarmuszkiewicza-temat-vt6716.html

  5. http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/1985/

 

 



Prześlij znajomemu

15 Komentarz(e/y) do “Nawróceni w Gazie czyli jak Izrael zdołał pogodzić lewaków z antysemitnikami”

  1. 1 Sonia Belle

    tradycyjnie pro-izraelską lewicę

    Lewica przestala byc pro-izraelska juz ponad 50 lat temu… Jeszcze w 1948 popierala Izrael przeciw arabskim monarchiom. Ale juz w 1956 potepila Izrael podczas Wojny Suezkiej. I od tego czasu, potepia Izrael przy kazdej okazji.

    A co do zwiazkow „sowiecko-rosyjsko-muzulmanskich”, to sprawa jest dosyc skomplikowana. Sa fakty, ktore potwierdzaja twoja teze, ale sa inne fakty, ktore ja obalaja.

    Chronologicznie:

    1. Sunniccy i szyiccy fundamentalisci walczyli z Sowietami w Afganistanie w latach 80. I byli w tej walce popierani przez Iran.

    2. Sowieci popierali socjalistyczny Irak przeciw Iranowi w latach 80.

    3. Muzulmanscy fundamentalisci popierali walke Czeczenow z Rosja w latach 90.

    4. Muzulmanscy fundamentalisci popierali Bosniakow w walce z Serbami w latach 90.

    5. Muzulmanscy fundamentalisci przestali popierac walke Czeczenow z Rosja odkad Putin doszedl do wladzy.

    6. Nie tylko muzulmanscy fundamentalisci, ale nawet wiekszosc panstw arabskich nie uznaje niepodleglosci Kosowa.

    Konkluzja: Muzulmanscy fundamentalisci byli wrogami sowieckiego komunizmu w latach 80 i pozostali wrogami Rosji za Jelcyna. Nastapilo natomiast zupelne „odwrocenie sojuszow” po dojsciu Putina do wladzy. Dlaczego ?

    Moja teoria: Muzulmanscy fundamentalisci to naturalni wrogowie zarowno komunizmu, jak i demokracji. Ich stosunek do Rosji uzalezniony jest wiec od stosunku tejze Rosji do demokracji. Muzulmanscy fundamentalisci potepiali Rosje demokratyczna, a popieraja faszystowska.

  2. 2 michał

    Soniu,

    Takie rzeczy, jak zmiana w „ogólnym nastawieniu” tak rozbieżnej grupy jak międzynarodowa lewica, nie dają się oczywiście wyraźnie określić i punkty zwrotne pozostaną na zawsze sporne, pozostaną kwestią osobistej opinii. Moje wrażenie jest następujące. Komuniści od samego początku istnienia Izraela popierali „prawa Palestyńczyków”. Czynili to z powodów rozmaitych i wcale nie ze względu na rzekomy antysemityzm Stalina. Lewica była więc generalnie podzielona i prosowiecka jej część nie popierała Izraela. Jednakże dla głównego nurtu lewicy (jeśli wolno mi to tak określić) Izrael był atrakcyjny jako idealistyczny eksperyment społeczny, ze swą ideologią kibuców, a bez kazamatów czeka. Walka z przemożnymi siłami arabskich państw sąsiednich także miała siłę atrakcyjną w oczach lewaków; no, i oczywiście przemożna sympatia ze względu na prześladowania hitlerowskie. To wszystko jednak zaczęło się zmieniać w 1977 roku wraz ze zwycięstwem Likud w wyborach i osiągnęło punkt zwrotny w 1982 roku po maskarze w obozach Sabra i Shatila. Warto przypomnieć, że masakry dokonała milicja chrześcijańska w odwecie za zabójstwo Dżemajela, jednak oskarżony o zbrodnię został Izrael. Czy to nie zabawne, że nie oskarżono rządu izraelskiego o masakrę w Hama? To było zaledwie pół roku wcześniej, w tym samym regionie (Hama jest bliżej Bejrutu niż Damaszku!), zginęły tam tysiące Syryjczyków, ale „światowa opinia publiczna” czyli lewica – milczała. Od tego mniej więcej czasu lewica (z wyjątkiem żydowskiego lobby w Stanach) nie popiera już Izraela. Jeśli wytkniesz mi, że to było przecież 27 lat temu, to będziesz miała oczywiście rację! Nie zgadzamy się zatem tylko co do „punktu zwrotnego”, ja widziałbym go 25 lat później niż Ty.

    Natomiast co do związków pomiędzy muzułmańskim fundamentalizmem a sowieciarzami nie ma zgody. Kontakty pomiędzy nimi trwały nieprzerwanie od lat 20. do dziś, żadna zasadnicza zmiana nie zaszła za Putina. To w 90. latach odbył trening w sowietach al-Zawahiri; walka fundamentalistów w Afganistanie nie wydaje się nawet w części tak przejrzysta, jak to sugerujesz. Hekmatjar był sowieckim agentem, jedyny jak się wydaje autentyczny przywódca antysowiecki, Masud, nie był fundamentalistą i zamordowany został zapewne przez ludzi bin-Ladena. Czeczenia jest tak nieprawdopodobnie zawikłana, że nie podejmuję się dyskusji na ten temat, ale pisałem o tym marginalnie w tekście „Burza w Moskwie”. Zdaje mi się, że sowieci wykorzystują gmatwaninę sił na Kaukazie zarówno dla celów polityki wewnętrznej (np. dojście Putina do władzy) jak i w międzynarodowej strategii. Zbyt wiele jest na Kaukazie ugrupowań rzekomo muzułmańskich, w których niezależność od Kremla trudno uwierzyć.

  3. 3 Sonia Belle

    Lewica była więc generalnie podzielona i prosowiecka jej część nie popierała Izraela.

    Podzielona ? W czasach stalinowskich ? Zartujesz chyba. Wtedy byla zelazna dyscyplina. Za najmniejsze nawet odchylenie grozila Syberia.

    W 1947 arabscy komunisci (Usbat al-Taharrur al-Watani) poparli podzial Palestyny i utworzenie panstwa izraelskiego. Byla to jedyna organizacja arabska, ktora poparla ten plan.

    W 1948 roku, Sowieci byli drugim krajem ktory nawiazal stosunki dyplomatyczne z Israelem (pierwszym bylo USA), a najwiekszym dostawca broni do Izraela byly komunistyczne Czechy. Gottwald na pewno mial na to pozwolenie Stalina. Nie zapominaj, ze w tym czasie wszystkie panstwa arabskie byly monarchiami i byly popierane przez Anglie. Stalin popieral wowczas Izrael jako walczacy z „imperializmem brytyjskim” i jego „arabskimi psami”.

    To wszystko jednak zaczęło się zmieniać w 1977 roku wraz ze zwycięstwem Likud w wyborach

    Juz 10 lat wczesniej, w 1967 roku, cala propaganda komunistyczna, w Moskwie, w Warszawie, itd., potepiala Izrael jako panstwo „imperialistyczne” i przesladowala wlasnych obywateli pochodzenia zydowskiego. Wyjatkiem byla Rumunia. W 1977 nic sie w tej sprawie nie zmienilo. Sowieci nigdy nie robili zadnej roznicy miedzy Likudem i Partia Pracy.

    i osiągnęło punkt zwrotny w 1982 roku po maskarze w obozach Sabra i Shatila. Warto przypomnieć, że masakry dokonała milicja chrześcijańska w odwecie za zabójstwo Dżemajela, jednak oskarżony o zbrodnię został Izrael.

    Sami Izraelczycy (zobacz izraelski film „Waltz with Bashir”) przyznaja, ze za ta masakre odpowiedzialne bylo ROWNIEZ wojsko izraelskie (milicja chrześcijańska nigdy by nie dokonala tej masakry, gdyby Izrael sie temu sprzeciwil). Sytuacja byla prawie identyczna jak w Jedwabnym – w obu przypadkach inicjatywa nalezala do Libanczykow/Polakow, ale masakra bylaby niemozliwa bez zgody Zydow/Niemcow…

    Komuniści od samego początku istnienia Izraela popierali „prawa Palestyńczyków”.

    Oni popierali „prawa Palestyńczyków” dokladnie tak samo jak „prawa Polakow”. „Palestine Communist Party” zostala utworzona w 1923 roku, ale wszystkimi jej czlonkami byli… Zydzi. Kilku Arabow (glownie chrzescijanskich) przylaczylo sie do tej partii w polowie lat 20. Partia zostala rozwiazana w 1943 roku, ale odrodzila sie jako Maki w 1948. Arabscy czlonkowie Maki utworzyli partie Rakah w 1965, ktora Moskwa uznala za jedyna partie komunistyczna w Izraelu.

    Przed 1965, propaganda komunistyczna NIGDY nie mowila o Palestynczykach, a jak mowila to jako o wrogu.

  4. 4 michał

    Soniu,

    Podzielona. W czasach stalinowskich. Żartujesz chyba, że nie była. Była także lewica wolna od bezpośredniego terroru Stalina, która wyrażała swoje zdanie, czasami nawet krytyczne pod adresem samego Soso! Moim zdaniem popełniasz zasadniczy błąd, nie rozróżniając pomiędzy ściśle zdyscyplinowaną komunistyczną lewicą – nadal rozbitą na dwa skrzydła: sowieckie i trockistowskie – a raczej rozwydrzoną i rozwichrzoną lewicą niekomunistyczną. Ja się chętnie zgadzam, że takie rozróżnienie jest na dłuższą metę bez znaczenia, wedle porzekadła, że zieloni stają się czerwoni, kiedy dojrzeją, ale w wypadku stosunku do Izraela nie da się tej kwestii przemilczeć, bo tak wielkie były różnice między stronami. Trockiści np. jak Ci doskonale wiadomo, byli równie przeciwni syjonistom co Arabom, tak samo jak ich duchowy przywódca przeciwny był Hitlerowi tyleż co Churchillowi.

    W 1967 roku sowieciarze zerwali stosunki dyplomatyczne z Izraelem i rozpoczęli kamapanię propagandową utożsamienia syjonizmu z faszyzmem (kampanię, której ofiarami są dzisiejsi lewacy), na co trockiści odpowiedzieli zmianą strategii. (proszę o wybaczenie, ale teraz muszę nagle wyjść!)

  5. 5 michał

    (przepraszam za zwłokę) Trockistowska zmiana strategii sprowadzała się do jeszcze ostrzejszej od sowieckiej krytyki syjonizmu. O ile jednak pod koniec lat 60. można już było słusznie stawiać znak równania między sowieckim antysyjonzmem i antysemityzmem, to w wypadku trockistów, ich ataki na „imperializm Izraela” wydają się być pozbawione antysemickiej podszewki. Moim zdaniem to właśnie trockiści mieli wpływ na zachodnią lewicę, wpływ powolny, w stylu (i wg wskazówek Gramsciego), który doprowadził do punktu zwrotnego w 1982 roku; znacznie większy wpływ niż sowiecka propaganda.

    Izraelska lewica oskarża do dziś Ariela Sharona o masakrę w obozach libańskich, co nie zmienia faktu, że nawet jeśli popełnił błędy, nawet jeśli „powinien się spodziewać”, że chrześcijańska milicja pragnąć będzie odwetu za zabójstwo Dżemajela, to nie on tej masakry dokonał. Obarczanie Izraela odpowiedzialnością za Sabrę i Shatilę, bez rozróżnienia, że Shamir mógł był, gdyby wiedział więcej, gdyby bardziej mu zależało itd., zapobiec masakrze – jest właśnie główną tezą lewicy. Jest to moim zdaniem nie do utrzymania. Odpowiedzialność za niezapobieżenie czmuś jest innego gatunku niż odpowiedzialność za zabójstwo.

  6. 6 Sonia Belle

    Była także lewica wolna od bezpośredniego terroru Stalina, która wyrażała swoje zdanie, czasami nawet krytyczne pod adresem samego Soso!

    W latach 30 i 40 istnial przeciwny problem – to prawica byla podzielona miedzy wielbicieli Stalina (Churchill itp.) i jego wrogow (np. niemieckich generalow Wehmachtu). Lewica (z wyjatkiem hitlerowcow przed 1939 i po 1941 roku) byla jednolicie pro-stalinowska. (Trockistow do lewicy po roku 1929 nie zaliczam).

    Moim zdaniem popełniasz zasadniczy błąd, nie rozróżniając pomiędzy ściśle zdyscyplinowaną komunistyczną lewicą – nadal rozbitą na dwa skrzydła: sowieckie i trockistowskie – a raczej rozwydrzoną i rozwichrzoną lewicą niekomunistyczną. Ja się chętnie zgadzam, że takie rozróżnienie jest na dłuższą metę bez znaczenia, wedle porzekadła, że zieloni stają się czerwoni, kiedy dojrzeją, ale w wypadku stosunku do Izraela nie da się tej kwestii przemilczeć, bo tak wielkie były różnice między stronami.

    Nie zgadzam sie. Stosunek do Izraela byl identyczny i wsrod stalinowcow, i wsrod tzw. „rozwydrzonej i rozwichrzonej” lewicy – byl pro-izraelskich (i anty-arabski) do (mniej wiecej) 1956 roku i pro-palestynski (i antysemicki) pozniej. Jedyni lewicowcy ktorzy mieli inne zdanie o Izraelu to nazisci (z oczywistych powodow).

    Trockiści np. jak Ci doskonale wiadomo, byli równie przeciwni syjonistom co Arabom, tak samo jak ich duchowy przywódca przeciwny był Hitlerowi tyleż co Churchillowi.

    Owszem, ale jezeli trockisci to lewica, to dlaczego nie Borys Sawinkow i jego SR-owcy ? Czy Christopher Hitchens to tez lewica ? Dla mnie Trocki (i jego zwolennicy) to czysta lewica do roku 1924, anty-stalinowska lewica w latach 1924-1929 i prawica pozniej (az do dzis)… Kto ostrzej potepial Stalina w latach 1929-1940, Trocki czy Churchill ? (Oczywiscie, dla ciebie Churchill to byc moze tez lewica, ale w takim razie poza generalami Wehrmachtu nie widze zadnych autentycznych prawicowcow w latach 30 i 40)….

  7. 7 michał

    Soniu,

    Pojęcie „lewica” jest w oczywisty sposób nieokreślone i na szczęście takim pozostanie, ponieważ lewica nie istnieje, jest wyłącznie hipostazą. Używamy tego terminu jako skrótu myślowego, żeby uniknąć długiego eseju, co też się pod tym mianem kryje. Wielu do dziś uważa Hitlera i nazizm za przedstawicieli prawicy, gdy dla mnie (i o ile pamiętam dla Ciebie także) nazizm jest ideologią czysto lewicową. (Przepraszam, właśnie dostrzegłem, że o tym wspomniałaś powyżej.) Kręcimy się zatem w kółko, rozważając czy Churchill był „prawicowcem”, natomiast stwierdzamy fakt, kiedy mówimy, że w latach 30. Churchill był ostro antykomunistyczny i kiedy chwalił Stalina, to wtedy tylko, gdy ZDAWAŁO mu się, że Stalin odchodzi od bolszewizmu.

    Jestem gotów się zgodzić, że trockiści nie należeli do lewicy (w dowolnym momencie), ale tylko dlatego że bolszewicy wszelkiej maści są poza „spektrum”. Terminy „lewo i prawo” z wszelkimi swymi niejasnościami, powinny być stosowane wobec wolnej wymiany myśli politycznej. Powszechnie przyjmuje się jednak, że trockiści są po lewej stronie i od lat 30 począwszy mieli pewien wpływ na kształtowanie się lewicy na Zachodzie. To wszystko, co miałem na myśli. Czy Sawinkow i Christopher Hitchens należą do lewicy? Ależ oczywiście, że tak! I drobne przesunięcie w prawo w wypadku Hitchensa nie czyni z niego jego brata. Churchill był zwolennikiem nacjonalizacji, był etatystą, co w moich oczach jest znamieniem lewicy.

    Moim osobistym rozróżnikiem jest stosunek do jednostki. Dla mnie wszyscy ci, którzy przekładają hipostazy ponad indywidualnego człowieka, są na lewicy. Jest mi obojętne, czy wynoszą państwo, czy naród, klasę, czy władzę nad światem. Ale kiedy wyłożyłem to na wp w polemice z Adamem Dankiem, to mi się oberwało, że to dopiero ja jestem lewicowcem i staję po stronie tych baranów, dla których prawa człowieka są religią. Wyznaję, że coś w tym jest, bo ja oczywiście jestem przeciwny kultowi praw człowieka. Ale wniosek z tego wyciągam taki, że terminy „lewica” i „prawica” do niczego się nadają, niczego nie wyjaśniają, a wręcz przeciwnie. Powinienem zatem przestać ich używać, ale … „Nawróceni w Gazie czyli jak Izrael zdołał pogodzić lewaków z antysemitnikami” wydało mi się dobrym tytułem!

    Wstyd się przyznać do takiej próżności, ale taka jest prawda.

  8. 8 RyszardT

    „co do związków pomiędzy muzułmańskim fundamentalizmem a sowieciarzami […] trwały nieprzerwanie od lat 20. do dziś, […]”

    Dodam, że Bractwo Muzułmańskie, w którym ma początek współczesny jihadyzm, należy od początku swego istnienia do międzynarodówki komunistycznej jako PEŁNOPRAWNY CZŁONEK.

  9. 9 michał

    Pełnoprawny członek kominternu? Nie wiedziałem o tym. Czy może Pan podać źródło?

  10. 10 RyszardT

    SPROSTOWANIE – okazało się, że Bractwo Muzułmańskie NIE NALEŻAŁO do Internacjonału. Pisząc, że BM było członkiem MK, powoływałem się na tłumaczenie artykułu pt. Korzenie ideologii islamistycznej, opublikowane na portalu Abcnet: http://www.abcnet.com.pl/raport-specjalny-korzenie-ideologii-islamistycznej . Jest tam informacja o powiązaniach Sayed’a Qutb’a i BM z kompartią Egiptu, cytuję:

    „[…] Qutb był związany z Bractwem Muzułmańskim, powiązanym z kolei z egipską partią komunistyczną oraz Międzynarodówką Komunistyczną ”

    ale ani słowa o formalnej przynależności Braci do III międzynarodówki.

    Nie wiem, dlaczego popełniłem ten błąd. Być może – w momencie komentowania artykułu – BM skojarzyło mi się z inną organizacją należącą do międzynarodówki a formalnie niekomunistyczną, czy nawet sprawiającą wrażenie antykomunistycznej.

    Jak to się mówi z angielska – human error, za który przepraszam Pana, Pana Rohnkę i Czytelników WP.

    Niemniej, zarówno BM, jak i inne organizacje islamistyczne oraz państwa kierujące się ideologią islamizmu brały udział w czymś znacznie groźniejszym od MK (jako organizacji formalnej) – mianowicie w swego rodzaju „niewidzialnej międzynarodówce” sterowanej przez komunistów. Nawet pomimo deklarowanego antykomunizmu (odsyłam do lektury statutu Hamas-u).

    Kierowali i kierują się islamorealizmem (per analogiam do polrealizmu), głoszącym, iż najwyższą wartością jest restauracja Kalifatu i przepędzenie Kafireen ze świętych ziem islamu.

    Oprócz podobieństw treści aksjologicznych (jeśli można mówić o czymś takim w przypadku komunizmu), ideologicznych i propagandowych islamizmu i komunizmu wymienionych w cytowanym artykule z abcnet, można znaleźć i inne, takie jak: „antykolonializm”, treści „narodowo-wyzwoleńcze”, oczywiście także antyokcydentalizm i antychrystianizm. Pozostaje kwestią otwartą, jaki udział w tym wszystkim ma islamorealizm wspomagany naiwnością i brakiem znajomości strategii komunistycznej, a jaki działalność agentury wpływu. Piszę w czasie teraźniejszym, gdyż podobnie jak Pan jestem zdania, że komunizm nie upadł w 1989, tylko wszedł w kolejne stadium rozwoju i niestety – przez mimikrę – umacnia się.

  11. 11 michał

    Przypuszczam, że oba czynniki odgrywają ważną rolę. Zarówno odruchowy „islamorealizm”, jak Pan to określa (w sensie wynoszenia wszystkiego, co dobre dla islamu, jako miary wszech rzeczy), jak i ogromne wpływy agenturalne. Zresztą, czy ja wiem, czy określenie „agent” odpowiada roli partii Baath, Saddama, Assada czy Arafata? Oni byli chyba czymś o wiele więcej niż agentami.

  12. 12 RyszardT

    Agenci, agenci – ale nie tacy, którzy to donosili rezydenturom KGB czy innych służb komunistycznych, co powiedział wuj Ahmed przy baraninie. To byli bardzo wysokiej rangi agenci sterowani przez komunistów, by działali po ich interesie stojąc na czele odpowiednio: Iraku, Syrii i Al Fateh. Byli komunistami podobnymi Tejkowskiemu (Saddam Hussein, Hafez Assad) bądź takimi, którzy wiedzieli, jak grać w swoim interesie i wykiwać USA, Jordanię, Arabię Saudyjską i Izrael (Arafat, Bashar Assad). Trochę „inny cyrk i inne małpy” niż islamorealiści.

    Mała uwaga co do samego pojęcia „antysemityzm”, odnoszącego się do nienawiści do Żydów. Semitami są nie tylko Żydzi. Są nimi również Arabowie, Asyryjczycy, Aramejczycy, Tatowie (z Kaukazu) i Etiopczycy (przynajmniej Falasze , poza tym Imperialny Dom Etiopii na Emigracji wywodzi swe pochodzenie od biblijnego Dawida).
    Osoba, która jest – słusznie bądź nie – oskarżana o „antysemityzm” z reguły odnosi się obojętnie bądź przyjaźnie do reszty z wymienionych wyżej narodów. Logicznie należałoby stwierdzić, że największymi antysemitami są… żydowscy i arabscy nienawistnicy !
    Najbardziej adekwatne pojęcie opisujące niechęć czy nienawiść wobec Żydów to antyhebraizm.

  13. 13 michał

    To wszystko prawda, tylko że przyjęło się w tym właśnie sensie używać określenia ‚antysemityzm’. Ale ja jestem za używaniem języka w sposób normatywny. Tak długo, jak określimy wyraźnie, co mamy na myśli (i to określenie jest rzeczowe, a nie wzięte z sufitu), to wszystko będzie jasne. Zatem jeśli życzy Pan sobie używać określenia ‚antyhebraizm’, to bardzo proszę.

    Inaczej ma się sprawa z ‚agentami’. Czy nazwałby Pan Jaruzelskiego ‚agentem’? Mnie się on wydaje raczej wysokim urzędnikiem międzynarodowego komunizmu, który brał udział w planowaniu i wykonaniu skomplikowanego planu. „Agent” jest wobec takiego gościa określeniem deprecjonującym, co oczywiście byłoby obojętne, gdyby nie było mylące.

  14. 14 RyszardT

    Ja wolę używać pojęcia antyhebraizm, odnoszącego się do postawy skierowanej przeciw danej nacji (należącej do grupy językowej semickiej). Vice versa – jeżeli Pan woli używać pojęcia „antysemityzm” – nie mam nic przeciwko.
    Nawiasem – czy jeżeli nie-Polak nienawidzi Polaków (twierdząc np. że to oni zbudowali Auschwitz-Birkenau, kradną i chleją), to czy przejawia antypolonizm, czy antyslawizm ?

    Agenci a funkcjonariusze komunizmu.
    Bierut był agentem bezpieki sowieckiej, jeszcze przed wojną. Wykonywał on działania agenturalne przeciw Wolnej Polsce.
    Jaruzelski krótko po wojnie był informatorem głównego zarządu informacji (tzw. „Informacji Wojskowej) i zapobiegał m.in., by czasem ci, którzy nie zdążyli do Andersa, a komunie byli przeciwni (lub obojętni) nie stali się szkodliwi.
    Oczywiście obaj awansowali na funkcjonariuszy komunizmu. Jaruzelski – moim zdaniem – nadal tę funkcję pełni.

    Tego, czy arabscy świeccy nazbole i przywódcy BM i Al-Qady zostali zwerbowani przez specsłużby komunistyczne, dowiemy się wtedy, gdy Armia Odrodzonej Rzeczypospolitej Wielu Narodów wkroczy do Moskwy po raz drugi.
    Dużo na ten temat pisał Ion Mihai Pacepa, m.in. w „National Reviev”.

  15. 15 michał

    Panie Ryszardzie,

    Tak się składa, że właśnie była o tym mowa przy innej okazji i pisałem na ten sam temat w komentarzu pod V częścią „Polskiego października…” Nie ufałbym żadnym sowieckim archiwom. Żadnym, niezależnie od tego, w jaki sposób wpadły w niesowieckie ręce. To co się w nich znajduje zawsze trzeba brać ze szczyptą soli, bo nigdy nie miało to opisywać faktycznego stanu rzeczy, ale to co właśnie chciano udowodnić. Przykładów na to są tysiące, np. w teczkach IPNu.

    Zgadzam się z Pańskim rozróżnieniem agentów i funkcjonariuszy, ale… Powiedzmy, Georgi Dimitrow, spełniał agenturalną rolę w Niemczech, nie przestając być funkcjonariuszem. Rozumiem intencje rozróżnienia, ale podział nie wydaje mi się bardzo istotny. Miałby on znaczenie tylko wobec ludzi, którym nigdy nie ufano i tym samym nie mogli stać się funkcjonariuszami. Co rzekłszy, pomyślałem od razu o postaci (fikcyjnej!) Mitii z filmu „Spaleni słońcem” – ten był bez wątpienia agentem, który awansował na funkcjonariusza, bo w jednym wypadku – zniszczenia starej bolszewickiej gwardii – można mu było zaufać. Potem ludzie tacy jak on zostali zlikwidowani.

    Pańskie uściślenie co do antysemityzmu jest znowu bez zarzutu. Nie-Polak zaślepiony nienawiścią do wszystkiego, co polskie, jest oczywiście antypolski. O ile mi wiadomo, termin ‚antysemityzm’ przyjął się głównie ze względu na brzmienie w pewnych językach. Semickie pochodzenie wielu ludów na Bliskim Wschodzie jest niepodważalne.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja