W swojej rozmowie-rzece z Krzysztofem Lisowskim, Kazimierz Orłoś deklaruje butnie: „do wierzących nie należę”; a gdzie indziej, że jako młodych pisarzy, „nas interesowała wyłącznie rzeczywistość, świat PRL-u, który nas otaczał”. Rozmowy o ludziach i pisaniu, to książka osobliwie drażniąca. Interlokutorzy – ich konwersacje trwają okrągły rok – silą się na naturalność, pytając się wzajem, „a co ty o tym sądzisz?” Czy tak rozmawiają ludzie z krwi i kości? Mistrzem obu był stary komsomolec, Igor Newerly, niedościgłym wzorem, Iwaszkiewicz. Orłoś przyjaźnił się z Woroszylskim, z Michnikiem, pisuje w wybiórczej gazetce, uważa się za człowieka lewicy i jest przekonany, że „cofnęliśmy się z drogi na Zachód” dzięki wpływom Kościoła. Rozmówcy pozostają w bezustannej harmonii – Zgoda, zgoda, i obojętna materia wtedy rękę poda! Nie chce podać? A to szkoda – zgadzają się ze sobą w ogóle i w szczególe, szczególnie dlaczegoś, że narcyzm to nuda, „kręcenie się wokół swojej osoby” jest nudne, po czym rozprawiają z niewysłowioną rozkoszą o sobie samych w rozwlekłym dialogu. Rozwodzą się nad upadkiem polszczyzny, gaworzą o wulgaryzmach i anglicyzmach, po czym, bez cienia ironii, Lisowski rzuca: „czy wojna jest ważniejsza od newsa o gwiazdeczce, która zapomniała włożyć majtki”; a w innym miejscu ubolewa: „nie jesteśmy trendy”. Przeszło mi przez myśl, że może to literówka, może chciał powiedzieć „nie jesteśmy trędowaci”, ale humoru im nie dostaje. Widać, nie funkcjonują już w polszczyźnie słowa „wiadomość” i „modny”, bo literat z wyższej półki nie mógłby się tak wyrazić. Czytaj więcej ->
Czy iskra człowieczeństwa przygasa w dzisiejszych, strasznych czasach wtórnego analfabetyzmu i niepiśmiennej ciemnoty? Nikt już nie wie, czy to algorytm zbiera niepowiązane akapity z cudzych tekstów, czy też nieudolny pismak skutecznie naśladuje drętwą mowę programów komputerowych. Ale może po prostu, od zawsze, od niepamiętnych czasów, ta iskra była i pozostaje gasnąca – i w tym jej czar. Nieprzebrana wynalazczość człowieka rozciąga się od zastosowania koła w transporcie i użycia kija jako pałki do tłuczenia bliźniego po głowie, aż do posłania sond kosmicznych w bezkres zewnętrznej heliosfery i strącania rakiet przy pomocy rakiet. Pomysłowość w wynajdywaniu wymyślnych tortur jest równie nieograniczona, co inwencja w muzyce. A gdybyż tylko współczesny nam człowiek wykazał się takim kunsztem w myśleniu, jak w kopaniu piłki, to może ludzkość nie byłaby w tak okropnym stanie, że nic tylko ją zasolić i odłożyć na lepsze czasy.
Rzeka może wić się przez zakola i meandry, wylewać się z brzegów, zrywać mosty i tworzyć rozlewiska, ale nie może nigdy cofnąć się do swych własnych źródeł – tylko ludzka myśl potrafi tego dokonać. Wolna myśl nie jest poddana prawom fizyki, może płynąć pod prąd, ale może także, jak w moim wypadku, zmącona rozdrażnieniem, kręcić się w kółko. Tak krążąc, drążyliśmy źródła nihilizmu, Maxa Stirnera i Lecenaire’a złodziejaszka; przeglądaliśmy się w mętnych wodach Czernyszewskiego i w fikcyjnych zwierciadłach Nabokowa; śledziliśmy pokrętne powinowactwa między Bazarowem i Rachmietowem, Karakozowem i Raskolnikowem; gmeraliśmy wokół głęboko zakonspirowanego kółka Spieszniewa wewnątrz koła pietraszewców i jego podobieństwa do „Piekła” ze sprawy Karakozowa; badaliśmy ruletkę mordu i narodziny terroryzmu. Wybiegliśmy naprzód, aż do XXI wieku, by przyjrzeć się potwornym konsekwencjom pandemii bezkarnego zabijania – „celowym, pozaprawnym zabójstwom jednostek w celach politycznych” – i powróciliśmy do Rosji, do niezwykłej kampanii terroru Bojowej Organizacji eserów Sawinkowa i Azefa, jej literackich odbić i politycznych konsekwencji. I w ten sposób nawróciliśmy do źródła. Żywym źródłem tych rozważań jest Fiodor Dostojewski i jego jedyna w swym rodzaju spuścizna literacka. W tym źródle znajdziemy nie tylko rozwinięcie, ale wypełnienie i konkluzję problemu Raskolnikow-Karakozow – w Iwanie Karamazowie; natkniemy się także na prorocze spełnienie tajemnicy Karakozowa-Kaliajewa w Aloszy Karamazowie; a w całej rodzinie Karamazowych odnajdziemy ironiczną odpowiedź na o wiele późniejszą sugestię Conrada, że „Rosjanie brzydzą się życia” – Mitia kochał życie „aż do obrzydliwości”. Czytaj więcej ->
Dostojewski, Conrad i „teza rosyjska”
Jak pisałem na wstępie niniejszego cyklu, będę tu postępował na przekór zaleceniom Bachtina i bezwstydnie wdawać się zamierzam w polemikę z fikcyjnymi postaciami, jak gdyby byli żywymi ludźmi. Nie znaczy to jednak wcale, że odmawiam dziełu Bachtina wagi! Toteż będę do niego wracał w toku tych rozważań. Dokonuje on na przykład wspaniałego rozróżnienia między dialogiem i dialektyką: usuń z dialogu głosy, intonacje, wykrój abstrakcyjne idee z poszczególnych wypowiedzi, oderwij je od kontekstu, wysnuj osądy z żywych słów i spontanicznych odpowiedzi, wepchnij wszystko w jedną, abstrakcyjną, wykoncypowaną świadomość – i otrzymasz dialektykę. Uczestnicy dialogu tylko częściowo rozumieją się wzajem i kontynuują dialog mimo to, a także właśnie dlatego, że nie do końca się rozumieją, że używają innego języka, że muszą przekładać „z twojego na mój”. I z tego powodu komunikacja jest koniecznością. Dlatego także, warto porzucić drętwą dialektykę i pobierać nauki u rozumnego Razumowa lub rozmawiać z Natalią Haldin. Czytaj więcej ->
Jadąc z Grodziska Mazowieckiego w stronę austostrady A7, słynnej dawnej „Szosy E7”, z piosenki Kelusa (chociaż on śpiewał o innym jej odcinku), najlepiej kierować się od razu na północ, przez Błonie, Leszno, słynny Julinek i malownicze krajobrazy Puszczy Kampinoskiej. Po drodze mija się Aleksandrów, przydrożny tartak, Sowią Wolę i tak dojeżdża się do Cybulic Dużych. Jeśli jechać dalej drogą wojewódzką 579, dojedzie się w końcu do zjazdu na „siódemkę”, drogę na Wybrzeże lub Mazury, może Kujawy. Ale jeśli wcześniej odbić w lewo, zjechać z głównej drogi i przecisnąć się przez wąską dróżkę wiodącą przez Cybulice Małe, dojedzie się do terenów należących niegdyś do zewnętrznego pierścienia umocnień Twierdzy Modlin. Po lewej stronie, wyjeżdżając z Cybulic, w głębi lasu znajduje się tzw. Fort VII, sieć umocnień z drugiej połowy XIX wieku. Obiekt jest już dość mocno wyeksploatowany dziesięcioleciami wizyt zwiedzających turystów. Kiedyś, jeszcze nie tak dawno, jeden z bunkrów zdobiła stalowa kaponiera, zabytek sztuki militarnej, ale złomiarze, nie mający szacunku dla historii, wycięli ją z betonu i zapewne przepili, ku chwale Bachusa. Jeśli jednak zignoruje się kuszące ruiny Fortu VII, przed podróżnikiem otworzy się leśna ścieżka, będąca przedłużeniem drogi prowadzącej z Cybulic (bodajże ulicy Wiosennej). Tu, gdzie dochodzi ona pod kątem prostym do drogi numer 899, na jej przedłużeniu pojawi się właśnie owa leśna przecinka. Tereny te opisywane są na mapach jako Kazuń. Kiedyś, jakieś trzydzieści lat temu można było wjechać tam samochodem, ale od kilku lat dróżka zamknięta jest szlabanem i można nią podróżować tylko pieszo, bądź rowerem. Czytaj więcej ->
Cień autokracji
Terroryzm jest problemem naszej współczesności, ale korzeniami sięga do innego świata – do szczęsnego świata Świętej Rusi i Samodzierżawia. Niewielu pisarzy i myślicieli zagłębiało się w rozważaniach plagi anarchizmu-terroryzmu z podobną uwagą i wnikliwością, jak Fiodor Dostojewski i Joseph Conrad. Conrad użył zamachu eserów na ministra von Plehve jako punktu wyjścia do powieści pt. W oczach Zachodu, która jest pod wieloma względami polemiką z Dostojewskim w ogóle, a w szczególności ze Zbrodnią i karą oraz Biesami. Podjął dyskusję z dostojewszczyzną, z „duchem rosyjskim”, ale jak spróbuję wykazać, stanął w polemice na gruncie, typowej dla inteligentnych Polaków, mieszanki podziwu i odrazy wobec Rosji. Trzeba podkreślić, że jest to polemika artystyczna, a nie ideologiczna. Conrad nie rozważa abstrakcyjnych idej, ale tworzy sytuacje i postaci, w których wyraża odmienny od Dostojewskiego obraz świata i inny pogląd na przyczyny nihilistycznej choroby. Postąpił więc zgodnie ze wzorem zaczerpniętym od samego Dostojewskiego. Wiele ważnych dzieł rosyjskiego pisarza, w tym niektóre z najsławniejszych powieści, wyrosło na gruncie świadomej, zamierzonej polemiki, np. z Czernyszewskim, z Nieczajewem lub z nihilizmem w ogóle. Czytaj więcej ->
Zapytałem p. Redaktora, kto jego zdaniem, mógłby być autorem następujących słów:
Wyżywanie się w pseudo-indywidualizmach, w zaciętej nieraz nawet dyskusji, ale wewnątrz odrutowanej myśli, obstawionej wieżyczkami „tabu”, stwarza fatalne złudzenie ruchu, podczas gdy w rzeczywistości pogłębia tylko zastój.
Nie wiedział. A usłyszawszy nazwisko, długo się wypierał i wykręcał (jak piskorz), wypuczał się i wyślizgiwał z rąk (jak węgorz oleisty), zarzekał się i powtarzał z nabożeństwem słowa w rodzaju „nieprawdą jest jakobym uważał się”, a potem że „pamięć nie ta!”, aż popadł w rozgoryczone milczenie. Cóż począć, to prawda, nie jest znawcą Józefa Mackiewicza, lecz cytat powyższy zaczerpnąłem z tomu, w którym na odwrocie karty tytułowej stoi jak byk napisane w języku obcym: Articles 1960-1967 selected by Michał Bąkowski. P. Redaktor we własnej osobie, ułożył wybór, ale błędem byłoby wyciągać z tego prostego faktu wniosek, że przeczytał. Niechaj ułomną pamięć p. Redaktora pokryje wielkoduszna niepamięć czytelnika. Mniejsza, że w zaciętej nieraz dyskusji pogłębia tylko zastój, mniejsza, że wyżywa się w pseudo-indywidualizmie, skoro dzisiaj, o wiele bardziej niż w czasach Mackiewicza, żyjemy w myślowym obozie koncentracyjnym. Czytaj więcej ->
Nihil
Wygląd zamachowca wprowadził do rodzącego się terroryzmu nowy element niesamowitości – był tak zwyczajny, tak dalece niknął w tłumie, że stary szynel Karakozowa, armiak, nabrał cech przebrania, był jak kamuflaż. W rezultacie, wróg stał się zjawą. Nie było odtąd szlachetnych pojedynków, wypowiadania wojny i stawania w szranki. Wróg nie stał „po drugiej stronie”, nawet nie na barykadzie, jak w Paryżu, ale tuż obok, pojawiał się i znikał. W ten sposób, trafnie zauważa Verhoeven, całe życie publiczne Rosji uległo upolitycznieniu. Dodajmy tu na marginesie, że tak rozumiany terroryzm jest częścią innego fenomenu XIX wieku – partyzanta. Terrorysta i partyzant, zdominowali odtąd wszystkie konflikty, terroryzm jest częścią teorii niesymetrycznej wojny. Sowieccy historycy nie zauważyli tego aspektu sprawy Karakozowa, ponieważ uznali raz na zawsze, że jego zamach był anachronizmem, pojawił się za wcześnie. Czytaj więcej ->
„Golono – strzyżono” albo trzy małe trzcinki. Replika Michałowi Bąkowskiemu raz jeszcze
6 komentarzy Opublikowany 21 stycznia 2026 |Szanowny i Drogi Panie Michale,
Gdyby lagę, którą się Pan zamierzył w ramach kontynuowania recenzji moich najświeższych oglądów – podaną tym razem pod tytułem Tupik raz jeszcze – ostrugać z kory retoryki ping-ponga i wycieczek-zaczepek, dzielenia włosa na czworo i „rozkminiania” znaczeń poszczególnych wyrazów, pozostaną z maczugi raptem trzy trzcinki. „Demoniczny sarkazm” Dostojewskiego, Byrona, czy Hawthorne’a, na którym się Pan wzoruje uczyni niewątpliwie i Pana ironiczne polemiki „kapitalną lekturą”, lecz mniej wyziera z nich niestety „treści spoza formy drwin”. Zatem oto wydestylowana trójka Pańskich najkonkretniejszych zarzutów: Czytaj więcej ->
Drogi Panie Pawle,
Smutno mi, iż naraziłem Pana na tyle spłycania, że zabrakło mi pewnej podstawowej uprzejmości, że kryję zaklęcie pt. „nie zgadzam się” za rzekomym tylko „nie rozumiem”, że buduję zarzuty i nie buduję, że jestem spłoszony. Na spłycanie nie mam rady. W bezustannym popłochu, nic, tylko spłycam, drwię, ślizgam się spłoszony po powierzchni, zamiast tam sięgać, gdzie wzrok nie sięga, więc tu już nic się nie poradzi (ale przynajmniej nie grozi mi zatonięcie). Rzadko kiedy miewam jednak kłopoty z wyrażeniem swego votum separatum; wypowiedzenie stanowczego „nie zgadzam się” przychodzi mi nad wyraz łatwo, trudno mi więc zaakceptować, jakobym skrywał się za brakiem zdolności pojęciowych po to tylko, by przerzucić ciężar przeprowadzenia dowodu na Pańską stronę. Czytaj więcej ->
Galaretka skowronich języków czyli Michałowi Bąkowskiemu w odpowiedzi
0 komentarzy Opublikowany 16 stycznia 2026 |Friends… do they know what I mean?
Exiles, King Crimson, 1973.
Szanowny i Drogi Panie Michale,
Przekonywała Barbara Toporska w Liście do Redakcji „Kultury”, w 1972 roku: „Wydaje mi się, że krytyka literacka powinna przestrzegać zawsze dwóch reguł: Mierzyć dzieło według dobrze odczytanych zamierzeń autora. Klasyfikować utwór albo samą jego koncepcję, na podstawie jasno przedstawionych kryteriów”. Skupmy się na pierwszym wzorze: „dobrze odczytanych zamierzeniach”. W liście Emigracja jako obłęd podważa Pan interpretacje, które zaproponowałem w artykułach Pół wieku w „tupiku”. Już jednak wybór nagłówka zdradza zaniechanie w „dobrym odczytaniu”. Jeśli koniecznie trzeba wprowadzać spłycanie przekazu, lepszy byłby Antykomunizm (odbierany) jako obłęd. A nie tylko tej materii cykl dotknął. Czytaj więcej ->
Drogi Panie Pawle,
Wyznaję, że z czasem coraz mniej rozumiałem myśl przewodnią Pańskiego cyklu o tupiku. Pisze Pan o romantyzmie, o „świętości opętania” i „utożsamienia obłędu z iluminacją” i łączy Pan takie wariactwo z emigracją jako taką. Ale czy to jest słuszne? Czytaj więcej ->
Pół wieku w „tupiku”. (III) O dwóch książkach Józefa Mackiewicza i Barbary Toporskiej – dygresja [1]
0 komentarzy Opublikowany 10 stycznia 2026 |Kultywujmy „pomięszaną” strukturę wypowiedzi, gdyż temat do niej zobowiązuje, lecz i kilka spraw trzeba koniecznie domówić. Znowu zacznijmy od początku: z dawien dawna gromadzę teksty, relacje i dane dokumentując tułacze fazy obłąkania. Bez trudu przyjdzie więc raz jeszcze (w omalże sensacyjnym tonie) zainaugurować końcowy „tupiku” odcinek. Czytaj więcej ->
Rachmietow i Raskolnikow
Sylwetka rewolucjonisty namalowana przez sprawę Karakozowa wydaje się nam wszystkim znana. Rozpoznajemy w niej Nieczajewa, Sawinkowa, może nawet Lenina, i tylu, tylu innych; dostrzegamy najgłębszą konspirację i bezkompromisowe poświęcenie. Dla Rosjan w 1866 roku taka postawa była niespodzianką, ale nie była zupełnie nieznana. Wzorcem był bohater powieści Czernyszewskiego, fikcyjny Rachmietow, i wyrok sądowy otwarcie wskazywał na zgubny wpływ Co robić? na podsądnych. Należy podkreślić, że sam Karakozow wydawał się jak najodleglejszy od Rachmietowa, ale radykalizm Piekła zdecydowanie nawiązywał do tego „ideału”. Rachmietow był „rygorystą”. Odmawiał sobie ludzkich przyjemności; przez ascezę, dyscyplinę i samodoskonalenie przygotowywał się do swego „osobliwego grzechu” (choć z pewnego punktu widzenia, jak argumentuje Verhoeven, już sam rygoryzm jest tym grzechem). Był makjawelicznym utylitarystą, i ateistycznym altruistą. Rachmietow miał być przykładem, idealnym wzorcem, jak Sokrates, jak Katon, nawet Chrystus. Dziwak-Karakozow w ogóle nie przypominał Rachmietowa, a któryś z podsądnych powiedział podczas procesu, że tylko wariat mógłby naśladować taki wzór. Karakozow był o wiele bardziej podobny do innej postaci literackiej, która nie mogła mieć na niego wpływu – wyglądał zupełnie jak Rodia Raskolnikow. Czytaj więcej ->
Pół wieku w „tupiku”. O 36. i 37. tomie Dzieł Józefa Mackiewicza raz jeszcze (II) [1]
6 komentarzy Opublikowany 27 grudnia 2025 |Następuje nieuchronnie etap „szaleństwa” polegający na rozpowszechnianiu pism, których nikt nie chce drukować (Józef Mackiewicz do Borysa Kowerdy, styczeń 1980: „Ostatnio zerwałem z «Wiadomościami», które przeszły całkowicie z antykomunizmu na «dysydenckość»”). Zawiadamia Janusza Kowalewskiego w 1976 roku: „Ja napisałem broszurę, ale nie mam pieniędzy wydać nawet na powielaczu”. Uściśli Sergiuszowi Woyciechowskiemu, iż „opracowanie strategii, taktyki, techniki i momentu wyboru […] walki, środków etc. etc.” – nie leży w jej zakresie. W 1961 roku, gdy zamierzał Zwycięstwo prowokacji, sprawy wyglądały inaczej. Informował z humorem Stasysa Lozoraitisa, że chce „wystąpić z książką polityczną na własne ryzyko”: „Ale ryzyko duże (finansowe) i odbywam ze sobą, jak powiadają, «żydowski pojedynek», to jest: biję się z myślami”.

Pół wieku w „tupiku”. O 36. i 37. tomie Dzieł Józefa Mackiewicza raz jeszcze (I) [1]
0 komentarzy Opublikowany 21 grudnia 2025 |
Co to się stało z nami,
Czy z nimi? Czy z całym światem?
Ktoś z nas zwariował – ale
Kto? Kto jest wariatem?
Marian Hemar, 1955
Od Bedlam do Mabledonu
Jan Bielatowicz obnaża w „Wiadomościach”, w 1962 roku realia londyńskiego Domu Pisarzy, wolnościowej odtrutki na „wyspy komunistycznego szczęścia” ZLP: Krupniczą w Krakowie, Kościuszki/Mickiewicza w Łodzi czy Iwicką w stolicy: „Pewnego wieczoru policja angielska przywiozła szaleńca, który miotał polskie wyzwiska pod adresem tubylców na stacji Victoria”. Z dozą czarnego humoru kronikarz uogólnia: „Drogi z Finczlejowa wywiodły sześcioro mieszkańców na cmentarz, a troje do «asylum»”. Dwanaście lat wcześniej, w przesyłce do Zofii Josztowej zwierzy się bywalec niesamowitego dworu przy Finchley Road, że jest „wręcz piekielnie zapracowany”, bo artykuły dla „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza” sprowadzają „lawinę listów, nie zawsze przyjemnych”. Dlaczego? Czytaj więcej ->
Czy terroryzm wyrósł z reakcji caratu na zamach Karakozowa?
Czy rzeczywiście można wywieść czyn Luigi Mangione ze sprawy Karakozowa? Czy zabójstwo Charlie Kirka naprawdę da się połączyć z nieudanym zamachem, w świecie tak odmiennym od naszego, jak szlachetna partia szachów różni się od śmiercionośnej wersji cymbergaja? Powróćmy do Dymitra Karakozowa i jego zamachu. Czytaj więcej ->
Doszliśmy do rozstajnych dróg w rozważaniach nad profetyzmem Fiodora Dostojewskiego. Będziemy więc musieli zrobić objezdkę (jakby powiedziano przed wojną na wschodnich obszarach Rzeczypospolitej): spojrzeć na sprawę Karakozowa z kilku punktów widzenia, gdzie przewodnikiem będzie nam Claudia Verhoeven, i przyjrzeć się zdumiewającym paralelom między sprawą Pietraszewców, w której Dostojewski otrzymał wyrok śmierci, a sprawą Karakozowa; ale zanim się tym zajmiemy, dokonamy przeglądu strasznego spadku pozostawionego nam przez rosyjskich zamachowców, iluminowanych przez wzniosłe idee i najlepsze intencje, a zatem wyskoczymy naprzód w czasie, zanim powrócimy do Karakozowa. Czytaj więcej ->
Wyznaję, że mam kłopoty z terminem „romantyzm”. Romantyzm nie jest koncepcją filozoficzną ani polityczną ideologią; nie jest ruchem artystycznym, kulturalnym ani tym bardziej politycznym. Był reakcją na autentyczny ruch oświeceniowy, a w rezultacie stał się raczej czymś w rodzaju twórczego nurtu, w którym zbiegają się muzyka, sztuki plastyczne, literatura i filozofia, ale nade wszystko poezja. Wielu było wprawdzie romantycznych prozaików – siostry Brontë i Victor Hugo, Walter Scott i Edgar Allan Poe – ale żaden inny okres historyczny nie został zdominowany do takiego stopnia przez poetów. Dante czy Szekspir nie ustępowali im wielkością, ale nie otrzymali jeszcze za życia tak wyniosłego statusu jak Puszkin i Byron, Goethe i Mickiewicz. Nie byli wyniesieni na piedestały i narodowe ołtarze. Czytaj więcej ->
Ruletka mordu
W 1864 roku, w odstępie kilku miesięcy, zmarła żona Dostojewskiego i jego ukochany brat, Michaił, ale w tym samym mniej więcej czasie flirtował z młodziutką arystokratką polskiego pochodzenia, Anną Korwin-Krukowską, i z Apolonią Susłową. Po publikacji Notatek z podziemia, zaczął pisać nową powieść, pt. Pijacy. Główny bohater żyje w nędzy, żona go bije, córka poszła na ulicę, dzieci głodują – a on pije. Monolog pijaka w karczmie stał się zaczątkiem postaci Marmieładowa w Zbrodni i karze. Pani Marmieładowa wzorowana jest na żonie pisarza, a Aniuta i Polina stały się pierwowzorami Agłai i Nastazji Filipowny w Idiocie. Upadło jego pismo, Epocha, założone z bratem; był zadłużony na dziesiątki tysięcy rubli, więc co zrobił? Przejął opiekę nad Paszą, swym pasierbem, i nad całą rodziną Miszy; przyjął także pełną odpowiedzialność za długi brata. Jak wiadomo, nie miał pojęcia o interesach, toteż musiał wkrótce uchodzić z Rosji przed wierzycielami, ale… nadzieję pokładał w niezawodnym systemie gry w ruletkę, który przynieść mu miał niezmierzone bogactwa – był pewien, że zdoła zdobyć fundusze w Wiesbaden. Straciwszy wszystko przy stołach gry, pogrążony w długach, przeczytał historię raskolnika, Czystowa, który zamordował siekierą kucharkę i praczkę. Siedzieli sobie we trójkę, żłopali gorzałkę, zagryzając kwaszonymi ogórkami. Kiedy kucharka poszła do spiżarni po więcej wiktuałów, zatłukł praczkę przy pomocy schowanej pod połą siekiery. Czytaj więcej ->
Wróćmy do Marka Zaleskiego, który w Gazecie Wyborczej intonuje: „Orfeusz z tytułowego eseju wydanego przez Giedroycia tomu…”[1]. Zdążyliśmy się chwilę wcześniej dowiedzieć, że to „Redaktor” (tytułowany niezmiennie przez duże „R” – wyróżnienie stosowane zwykle do tego tylko nakładcy) wezwał do subskrypcji, czym – jeśli dobrze rozumiemy – w oczach Wyborczej uświęcił tę książkę.
„Giedr” i „Grydz”
A w którym miejscu wyobraźnia staje się chora, tego nie wiemy.
Józef Wittlin, 1966[2].
W Słowie wstępnym do aktualnego wydania Orfeusza w piekle XX wieku Katarzyna Szewczyk-Haake dotrzymuje kroku w uroczystej ocenie: „Rangę tej eseistyce nadała decyzja Jerzego Giedroycia, który w 1963 roku doprowadził do opublikowania […] zbioru”[3]. Skoro zostaliśmy wciągnięci w statystykę, zlustrujmy, ile tekstów z Wiadomości zmieściło się w Orfeuszu…, a ile z Kultury? W tej dyscyplinie dodatkowej wynik wyraża się relacją siedmiu do ośmiu. Niewielka to przewaga „Paryża” nad „Londynem”, lecz jeśli policzymy i Puste słowa z Wiadomości Polskich w 1942 roku[4] – osiągniemy rzetelny remis.
Prawie każda rzeczywistość, aczkolwiek ma swoje niezmienne prawa,
zawsze niemal jest jednak niewiarygodna i nieprawdopodobna.
Fiodor Dostojewski
Gdy zaczynam pisać jest czwartek 14 sierpnia, 29 godzin przed wyczekiwanym spotkaniem Putin — Trump. Gdy zapiszę ostatnią frazę najpewniej będzie sobota, 16, kilka godzin po świtaniu. Przez ten czas powstrzymam się od przeglądania bieżących informacji z alaskijskiego Anchorage. Glob zatrzyma się dla mnie na niemal dwie doby. Nie będę w tym czasie antycypował efektów jutrzejszego wydarzenia. Zagłębię się w historię, by po raz kolejny zmierzyć się z pytaniem, czy owa nauka czegokolwiek nas uczy. Czytaj więcej ->
Wittlin. „Józio”… Brzmiało to nazwisko dla mnie zawsze zupełnie bezzębnie. Bezpazurnie. Pragier, Wraga, Bregman! O! Oni szczerzyli kły, strażnicy rodzimego sztandaru. Wittlin tlił się ledwie: nie grzmiał, nie warował, nie tryskał. Nie buchał choćby wątłym płomieniem. Już w 1933 roku zadziwi aksamitnym głaskaniem Sowietów, „każdą pozytywną zdobycz tego ustroju” wita „ze szczerą sympatią”.
I tu i tam przecież „obywateli jednego państwa będących zwolennikami ustroju drugiego” – „zamyka się do kryminału”. Cha-cha. W ankiecie Wiadomości Literackich usprawiedliwia dalej eksperymentatorów, wiele wybaczy ich młodości, dystansującej „ludzi ze starego świata”. (Nie lubię nawet cienia podobnych słów.) Rok później głosi, że „Syberia pod panowaniem Sowietów staje się ziemią cywilizowaną”, że nastąpił „ostateczny rozrachunek polski z Sybirem”. Wzywa, by tropiący zmarzłe ślady Marszałka major Lepecki w imieniu narodu zawiózł Sybirowi przebaczenie[1]. Jakże przedwczesne!
Od Edgara Allana Poe, przez Dygata, ku Świetlanej Przyszłości
Być może publikacja Co robić? miała jakiś wpływ na Notatki z podziemia, ale źródeł Podziemnego Człowieka, jako osobowości, można dopatrywać się gdzie indziej. W pierwszym numerze swego pisma, Wremia, opublikował Dostojewski przekład opowiadań Edgara Allana Poe, a wśród nich był Czarny kot.
I wówczas, jakby dla ostatecznego i nieodwołalnego pchnięcia mię do upadku, zjawił się duch Przekory. Filozofia nie zdaje sobie żadnej z tego ducha sprawy. A jednak wierzę w to święcie, jak w istnienie własnej duszy, że przekora jest jednym z pierwotnych popędów ludzkiego serca — jedną z niepodzielnych, pierwiastkowych władz lub uczuć, które nadają kierunek charakterowi danego człowieka. Któż, popełniając czyn niedorzeczny lub nikczemny, nie dziwił się po stokroć tej prostej oczywistości, iż wiedział, że winien go był nie popełniać? Czyż pomimo doskonałości naszego rozsądku nie mamy nieustannych zakusów do naruszania tego, co jest Prawem, dla tej po prostu przyczyny, iż wiemy właśnie, że jest to — Prawo? Powtarzam — ów duch przekory przyczynił się do ostatecznego mego upadku. Czytaj więcej ->









Najnowsze komentarze