Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




…mimo ciężkich warunków materialnych, postanawiam zrezygnować z dalszej współpracy…

W poprzedniej części nazwałem historię autorstwa tomu Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów pospolitą kradzieżą, ale może trafniej byłoby powiedzieć o niepospolitej kradzieży, bo w końcu rzadko zdarza się odebranie dzieła żyjącemu autorowi.  Nawet bolszewik Szołochow, kiedy znalazł się w posiadaniu rękopisu dońskiego Kozaka, Fiodora Kriukowa, musiał najpierw upewnić się, że autor nie żyje, zanim poważył się przywłaszczyć sobie jego dzieło i przezwać je Cichym Donem.  Przyjrzyjmy się bliżej sprawie autorstwa księgi katyńskiej, bo choć nie jest to ściśle przypadek cenzury, to zobaczymy w niej jak w zalążku, z czym przyszło borykać się Mackiewiczowi przez czterdzieści lat emigracji.

W maju 1945 roku, Mackiewicz zjawił się w wyzwolonym od Niemców Rzymie i zgłosił się do Biura Studiów przy II Korpusie, gdzie zaproponował szefowi Biura, Zdzisławowi Stahlowi, wydanie książki pt.: „Dziękujemy Stalinowi za nową radosną przyszłość”.  Stahl książkę odrzucił jako „defetystyczną”, ale zaangażował Mackiewicza do napisania książki o Katyniu.  Pierwsza wersja tomu była gotowa już w październiku, a trzecia w sierpniu następnego roku została oddana do przekładu na angielski.  Jednak autorstwo Białej Księgi nie zostało nigdy oficjalnie potwierdzone, a to z powodu … plotek.  Plotek, że Józef Mackiewicz współpracował z okupantem litewskim i niemieckim.  Jest to początek tzw. „sprawy Mackiewicza” czyli w istocie rzeczy nagonki na wielkiego pisarza w celu zamknięcia mu ust.

Zdaniem Barbary Toporskiej plotki rozsiewała, przybyła właśnie na Zachód, Wanda Pełczyńska, żona pułkownika Pełczyńskiego, wieloletniego szefa Dwójki, sanacyjna posłanka na Sejm RP, głośna opiekunka tzw. wileńskiej lewicy akademickiej (Dembiński, Jędrychowski et al.), związana ze środowiskiem Erwuzy i Kuriera Wileńskiego, które na łamach Słowa nazywano na ogół Kur.Wilem.  O tych zamierzchłych czasach i wileńskich korzeniach „sprawy Mackiewicza” pisał obszernie i ciekawie Wacław Lewandowski we Wstępie do Wileńskiej powieści kryminalnej wydanej przez Kontrę w 1995 roku.  Państwo Pełczyńscy byli ostoją wileńskiej lewicy, następnie opoką AK i emigracji.  W ich postępowych oczach Józef Mackiewicz stawał się bête noire najczarniejszej reakcji.  Jeszcze w Wilnie w 1939 roku, Pełczyńska rozpoczęła „szemrankę”, że antysanacyjna Gazeta Codzienna jest „gadzinówką litewską”, co byłoby może komiczne, zważywszy oficjalne, choć tajne, subwencje otrzymywane przez Mackiewicza od Delegata rządu w Angers, hr. Tyszkiewicza.  Wysuwanie takich zarzutów byłoby śmieszne w każdej innej sytuacji, ale nie we Włoszech w 1945 roku, gdy Polska leżała w gruzach pod sowieckim butem, a polscy dziennikarze i działacze polityczni organizowali nagonkę na pisarza polskiego odznaczającego się najwyższą bezkompromisowością w swej antybolszewickiej postawie.

I tak już 3 września 1945 roku „sąd honorowy” Syndykatu Dziennikarzy Polskich we Włoszech uznał „za karygodny” fakt opublikowania przez Mackiewicza krytycznego artykułu w Lietuvos Zinios, po czym ze zdumiewającą dezynwolturą, odroczył wydanie wyroku…  Kolejny „sąd koleżeński” ukonstytuował się już w listopadzie tegoż roku; wysłuchano tym razem „świadków”, udzielono Mackiewiczowi „nagany” za publikowanie w litewskiej gazecie, a uwolniono go od zarzutów współpracy z okupantem.  Jak wiemy, na tym się jednak nie skończyło.

W styczniu 1946 roku redakcja Orła Białego odmówiła zamieszczania artykułów Mackiewicza.  Na znak protestu opuściła redakcję Barbara Toporska.  „Ponieważ ani ja, ani moja żona,” pisał do Zarządu Syndykatu w lutym, „nie rozporządzamy dostatecznymi na przeżycie środkami materialnymi – grozi nam nędza.”  W lecie 1946 roku ukończył rękopis „Zbrodni katyńskiej w świetle dokumentów”, ale nie doczekał się nigdy, pomimo wielokrotnych nalegań, podpisania umowy z wydawcą.  Aż wreszcie dowiedział się, że Stahl podaje się za autora opracowania i wówczas sam napisał własną wersję książki, która ukazała się w wielu językach, a po polsku wydała ją po raz pierwszy Kontra jako 19 tom Dzieł.

Czy można mówić tu o cenzurze?  Chyba wyłącznie w tym sensie, że te same siły, które odebrały mu autorstwo książki o Katyniu, usiłowały potem przez wiele lat uciszyć pisarza.  Bardziej niepokojący wydaje mi się wniosek, że odbieranie wolnemu pisarzowi środków do życia, jest klasycznym zabiegiem wszelkich totalniaków.  Uciekłszy przed Stalinem i Hitlerem, Mackiewicz natrafił na te same metody ze strony polskiej emigracji.

Pierwszy wybuch powojennej twórczości Józefa Mackiewicza miał miejsce na łamach kolejnego pisma pod redakcją jego brata, na łamach londyńskiego Lwowa i Wilna.  Młodszy brat prędko natrafił na to dziwne zjawisko: na emigracyjną cenzurę.  Zdawać by się mogło, że uchodźcy z sowieckiego raju powinni mieć więcej zdrowego rozsądku, a nie zabierać się do cenzurowania ideowego antykomunizmu Mackiewicza, ale stało się inaczej.  Linia polityczna przyjęta przez Cata okazała się nie do przyjęcia dla Józefa, była to linia ugodowa wobec polskich bolszewików – być może powinienem dodać, że mowa tu o latach 1947-49 a nie 1987-89, kiedy to dokładnie ta sama linia została uznana za polską rację stanu.  Nie, mówimy wciąż o latach czterdziestych i o emigracji niepodległościowej, mówimy o czasach, gdy jeszcze wolno było mówić o walce z bolszewizmem, gdy w Ameryce otwarcie formułowano politykę wyzwolenia (Liberation) narodów zniewolonych, a pomimo to, już wówczas dostrzec możemy początki Wielkiego Ześlizgu, który doprowadził do Magdalenki i nieprzystojnego bratania się przywódców przy wódce pod okrągłym stołem – choć można by twierdzić zasadnie, że nie ma nic dziwnego w brataniu poputczików z bolszewikami – a wreszcie do oddania insygniów Rządu Rzeczpospolitej Polskiej towarzyszowi Wałęsie.

Spór między braćmi toczył się podskórnie przez jakiś czas, a wyszedł na powierzchnię dopiero, gdy Cat rozpisał Ankietę na temat przyszłej wojny i opcji politycznych otwartych dla Polski.  Mackiewicz odparł artykułem pt. „Dlaczego nie mogę wziąć udziału w Ankiecie”, gdzie pisał bez ogródek:

„Otóż ja się powstrzymuję od udziału w ankiecie nie dlatego, że jestem zwolennikiem polityki strusiej, tylko dlatego, że przeciwnie, w moim głębokim przekonaniu, właśnie ankieta jest mimowolnym odbiciem tej polityki strusiej, której niewątpliwie hołduje nasza emigracja, usiłując, od lat już, wymigać się od pytania zasadniczego. […]

„Pytaniem zasadniczym, nadrzędnym, którego nikt nie chce stawiać w sposób właśnie `kanciasty’, jest: czy mamy walczyć z wrogiem i najeźdźcą, czy nie?  Dopiero odpowiedź na to pytanie nadrzędne, doprowadzić nas może do pytań podrzędnych: z kim? jak? i kiedy? […]

Przez walkę z wrogiem, rozumiem walkę otwartą, a nie, pełną cykających niedomówień, jaką się uprawia dziś.  Stan wojny z najeźdźcą nie znaczy, jak go chcą niektórzy ośmieszyć, porywania się z `kłonicą na bombę atomową’.  Ale znaczy tego rodzaju postawę moralną, któraby wpływała hamująco na spadek po równi pochyłej, po której toczy się w tej chwili cały naród.  Tej właśnie równi pochyłej, spowodowanej przez pewne środowiska na emigracji i w kraju, której dziś, dla zatuszowania swej odpowiedzialności, nadają niewinne miano: ‘przemiany społeczno-polityczne’!”

Ostatnie zacytowane powyżej zdanie rozwinął Mackiewicz w ogromnym artykule programowym, pt. „Nudis verbis”, który ukazał się w dwa miesiące później, na przełomie roku 1947 i 48 i wywołał burzę.  Już 30 grudnia Garliński zaatakował Mackiewicza w londyńskim Dzienniku Polskim.  W odpowiedzi Mackiewicz opublikował najpierw Oświadczenie w Lwowie i Wilnie:

„Przesłałem do redakcji tego pisma rzeczową odpowiedź.  Odpowiedź moja nie została umieszczona.  Natomiast w numerze z dnia 8 stycznia rb. w tymże Dzienniku ukazał się nowy list z atakiem na moją osobę, w którym podpisani za zarząd ‘koła żołnierzy AK’, stwierdzają, że uchylają się od dalszej polemiki ze mną, zarzucając mi kolaboracjonizm.”

A potem wystosował list do Dziennika:

„W tym samym numerze znalazł się komentarz do tego oświadczenia w artykule, sugerujący rzekome moje stanowisko polityczne w okresie wojny.  Mojej repliki redakcja Dziennika Polskiego nie zamieściła.”

Przyjrzyjmy się raz jeszcze okolicznościom tego skandalu.  Był rok 1947, Polska znajdowała się w całości w rękach sowieckich i najpierw Cat rozpisuje ankietę na temat: po czyjej stronie powinni stanąć Polacy w nadchodzącej wojnie, sowieckiej czy amerykańskiej, a następnie, kiedy w odpowiedzi na ataki osobiste młodszy Mackiewicz obnaża horrendalne błędy polityczne popełnione przez przywódców Polski podziemnej wobec nadchodzących bolszewików, to bez pardonu próbuje się mu zamknąć usta.  W momencie gdy Polska tkwi w komunistycznych kleszczach, główny dziennik polskiej emigracji odmawia publikacji dwóch replik ze strony antykomunisty!

Współpraca Józefa z bratem nie przetrwała o wiele dłużej.  Cat był zdaniem Józefa zwolennikiem bezczynności wobec agresora bolszewickiego, co równało się ześlizgowi po równi pochyłej ku całkowitej sowietyzacji Polski.  Wreszcie w 1949 roku Cat odrzucił tekst brata o Bierucie, a krótko potem sam zwrócił się z służalczym adresem do „pana Bieruta” („zabolało mnie bardzo, że p. Bierut miał możność wykorzystać kilka zdań niefortunnych…”).  O ile dla Józefa dotychczasowe stanowisko brata było poputniczestwem, to publikacja „Odpowiedzi P. Bierutowi” była już „poputniczestwem jawnym”.  Zerwanie było jedynym wyjściem.  Józef uważał, że Cat nawiązał kontakt z reżymem bolszewickim w prlu i miał oczywiście rację.

Po z górą pół roku, zdołał wreszcie opublikować swój tekst o Bierucie w efemerycznym pisemku pt. Od A do Z, ale znalazł wkrótce Tygodnik Ilustrowany wydawany przez Bolesława Świderskiego w Londynie.  Oboje Mackiewiczowie pisywali w nim bardzo dużo i być może z tego właśnie powodu, oboje używali różnych sygnatur.  Powojenna Bibliografia nasunęła problemy z sygnaturą (tak charakterystyczne dla spuścizny Mackiewicza związanej z współpracą ze Słowem) tylko dwukrotnie.  Znaczące, że w obu wypadkach były to pisma „popularne”, pozwolę sobie zatem uczynić tu pewną dygresję.  Otóż oboje, tj. i Józef, i jego żona, Barbara Toporska, uważali się za zawodowych pisarzy i dziennikarzy, toteż zawsze pragnęli znaleźć łamy, na których mogliby pisywać często i bez cenzury.  Nie bez znaczenia było tu poszukiwanie stałego dochodu, gdyż ich sytuacja materialna była fatalna przez 40 lat emigracji.  Poszukiwanie pisma bez cenzury na emigracji mogłoby się wydawać przesadą, ale wiemy już, że przesadą nie było.  Po oskarżeniach o „współpracę z okupantem litewskim” Mackiewiczowie zerwali z Orłem Białym; po sporze z AK, Mackiewicz nie pisywał długo do Dziennika Polskiego w Londynie; po rozstaniu z bratem zerwał z Lwowem i Wilnem.  Tygodnik Ilustrowany spadł mu jak z nieba.

Mackiewicz pisywał w TI teksty niepodpisane, fragmenty sygnowane J.R. (Józef Roman, są to głównie fragmenty powieści wydanej później w prlu przez współautora Romana Lutosławskiego), ale znajduje się tu także duży korpus 24 tekstów podpisanych „Rot.”, które wyraźnie wyszły spod pióra Mackiewicza.  Na marginesie, Rot. jest arcyciekawym zjawiskiem.  Natrafiliśmy na nie zupełnie przypadkowo.  Otóż podczas kolejnej kwerendy w niemieckich pismach pt. Ostatnie Wiadomości i Dodatek Tygodniowy znaleźliśmy dwa teksty z 1957 roku, które wydawały się bardzo Mackiewiczowskie.  Jeden o Imre Nagy’u i jego nieudowodnionych związkach z zabójstwem rodziny carskiej*, a drugi o zabójcy cesarzowej Elżbiety.  Nowe znalezisko oczywiście otwarło drogę do kolejnej kwerendy: należało sprawdzić wszystkie pisma już dawno przejrzane, tym razem w poszukiwaniu tekstów Rota.  O dziwo, natrafiliśmy na nie wyłącznie w Tygodniku Ilustrowanym.  Oczywiście nie sposób wykluczyć, że jeszcze gdzieś się takie znajdą, bo dlaczegóż miałby używać tej właśnie sygnatury wyłącznie w roku 1950 i 1957?  Czy jest możliwe, żeby powodem jej użycia w Tygodniku Ilustrowanym było uniknięcie emigracyjnej cenzury.  Na pierwszy rzut oka, mogłoby się zdawać, że lęk przed emigracyjnymi tuzami mógł był skłonić Mackiewicza do użycia kryptonimu niełatwego do odszyfrowania.  A jednak, znając postawę tego człowieka wobec otaczającej go niekiedy niechęci, wydaje mi się to mało prawdopodobne.  Co więcej, jest także prostsze wyjaśnienie.  W wielu numerach TI są trzy artykuły autorstwa obojga Mackiewiczów, a w jednym wypadku aż cztery.  Zważywszy, że mówimy tu zaledwie o 36 numerach wydanych w przeciągu dziesięciu miesięcy, można sobie wyobrazić, że zarówno Świderski jak i sami Mackiewiczowie, woleli stosować kryptonimy dla zamaskowania wąskiej liczby współpracowników pisma.  Nie wiemy, dlaczego Mackiewiczowie zerwali współpracę z Tygodnikiem, ale wiemy na pewno, że wydawca Tygodnika z czasem nawiązał współpracę z Warszawą.

Drugi wypadek zastosowania innego podpisu w powojennej twórczości Mackiewicza jest równie dziwny i miał także miejsce w popularnej gazecie.  Po zerwaniu z Tygodnikiem Ilustrowanym Mackiewicz zaczął pisać dla Dziennika Polskiego w Detroit.  Od listopada 1951 roku do grudnia 55 nadesłał do dziennika kilkaset artykułów.  Ton tych tekstów, podobnie jak tych z londyńskiego Tygodnika, jest odmienny, lżejszy, niekiedy komiczny – należałoby powiedzieć tragikomiczny, gdyż mowa była o straszliwych realiach życia pod sowietami – i niestety niekiedy cierpi na tym poziom.  Są to często artykuły sprawozdawcze, przeważnie bardzo ciekawe, ale jakby pisane na kolanie.  W Dzienniku podpisywał się zazwyczaj imieniem i nazwiskiem, albo J.M.; tylko jeden cykl artykułów pt. „Życie i śmierć za kratami więzień i drutami obozów ‘Polski Ludowej’” podpisany jest „A.K.”…  Gdyby opierać się jedynie na treści, to prawdopodobnie nie przypisalibyśmy mu autorstwa; mało tego, nikt by tych publikacji nie zauważył.  Cykl został zidentyfikowany przez panią Ninę Karsov, która znalazła tytuł na liście tekstów posłanych do Detroit w archiwum w Rapperswilu.  Cykl nie jest wysokiej klasy, ale jest niemniej znaczący, bo wykazuje nadzwyczajną orientację autora w wewnętrznych stosunkach prlowskich, i zupełnie niesłychaną, szczegółową wiedzę na temat więzień i obozów, aż do podawania nazwisk ofiar i katów włącznie.  Jest więc bardzo prawdopodobne, że Mackiewicz posłużył się nieużywanym dotąd kryptonimem, by ochronić swe źródło, którym był zapewne ktoś przyjezdny z prlu.  Pamiętajmy: był rok 1954, w razie zdemaskowania przez prlowskie służby autorowi informacji groziła śmierć.

Ale powróćmy do tego zdumiewającego zjawiska, jakim jest cenzura wśród emigrantów, uciekinierów przed cenzurą.  Od samego początku istnienia bolszewizmu, uciekali na emigrację ludzie pióra, dziennikarze, pisarze, poeci, intelektualiści, wszyscy, którym droga jest wolność słowa i wolność myśli.  Jakże więc mogła się wśród nich zrodzić – cenzura?!

Swoboda wypowiadania się, znana pod raczej nieścisłą nazwą „wolności słowa”, jest w oczywisty sposób związana z suwerennością myślenia.  Myśl uwolniona od doraźnych nacisków, skierowana wyłącznie ku swemu przedmiotowi, ku odczytaniu jego prawdy, domaga się wolności wypowiedzi, by proces i rezultat myślenia mogły przyoblec się w przekazywalną formę.  Tylko myśl wypowiedziana, może pobudzić inną myśl, może wywołać dyskusję, polemikę, a w konsekwencji może zbliżyć do prawdy.

„Całkowitej prawdy nie zna żaden człowiek na tym świecie.  To co my, ludzie, nazywamy ‘prawdą’ jest zaledwie jej szukaniem.  Szukanie prawdy jest tylko możliwe w ścieraniu się myśli, zaś ścieranie się myśli jest tylko możliwe w wolnej dyskusji.”

Przyznajmy, że jest to komunał.  Ale słowa te należałoby wykuć u wejścia do Podziemia, żeby przynajmniej tu nie zostały zapomniane.  Pożytki z intelektualnych starć wydają się takim jak ja urodzonym polemistom – zupełnie oczywiste.  A jednak powaby Jedności i Zgody prędko zamykają usta dyskutantom, bo w końcu po co się wychylać, po co się narażać?  Stadny charakter polskiego patriotyzmu zrodzonego z oporu przeciw zaborcom przerodził się prędko w twardy wymóg lojalności nacjonalizmu.  Im mniejsza, im bardziej nieistotna grupka, tym więcej wołania o jedność i więcej wyrzekań na „potępieńcze swary”.  Powojenna emigracja polska była taką właśnie wąską grupą, toteż zamiast wołać o jedność, powinna była, zdaniem Mackiewicza, „po utracie suwerenności państwa – ratować suwerenność myśli”.

„Uroczystymi uchwałami, postulatami, patriotycznymi dezyderatami, a tym mniej sloganami i zakazami, suwerennej myśli się nie ratuje.”

Ale emigracja nie chciała bronić suwerenności myśli; emigranci woleli wystawiać sobie wzajem laurki i zachwycać się zgrabnymi nóżkami tancerek z zespołu „Mazowsze”, a tych którzy nie zamierzali maszerować w nogę wraz z emigracyjnym kolektywem szykanowali zakazami.

„’Odwaga’ pisarza, ażeby się o niej czytelnicy dowiedzieli i mogli ocenić, uwarunkowana jest ‘odwagą’ wydawcy.”

Po wydaniu Lewej wolnej stał się Mackiewicz przedmiotem nagonki ze strony piłsudczyków – zajmę się tymi kwiatkami osobno – ale jednocześnie krytykowano go za jurny język ułanów w powieści.  Janusz Kowalewski, chcąc przyjść z pomocą przyjacielowi, zaproponował wywiad, w którym Mackiewicz mógłby wyłożyć swój punkt widzenia.  Wywiad ukazał się 9 lutego 1966 roku w Dzienniku Polskim, ale został okrojony tak bardzo, że nie wiadomo do końca, jaki jest przedmiot rozmowy.  Nie interesuje mnie w tej chwili meritum (ciekawego skądinąd) sporu o wulgaryzmy w języku żołnierskim i ich miejsce w literaturze w ogóle; zajmuje mnie wyłącznie fenomen cenzury.  Pomimo wieloletnich przejść z różnymi jej formami, Mackiewicz nie ukrywał zdumienia, że wywiad z pisarzem może być poddany takim cięciom:

„Co jednak w danym wypadku najbardziej zastanawia, to pytanie: czy literat nie ma prawa wypowiedzieć takich, czy tym podobnych (słusznych czy niesłusznych) własnych poglądów, nawet w autoryzowanym uprzednio wywiadzie, bez obawy, że zostaną skreślone przez cenzurę?  Co w nich jest aż tyle złego, i co one komu szkodzą?  Nic nikomu nie szkodzą.  Po prostu skreśla się u nas ciągle i ciągle, niby to z jakiejś racji, i racji stanu, a w gruncie chyba z narodowego rozmiłowania w cenzurze.  Z propagandowej solidarności: To prawda, ale po co o tym głośno mówić…  I w tej formie przeniknęła w krew, serce, mózg i kości pokoleń, pozbawionych suwerennej pewności siebie; a stosowana jest na chybił trafił, na wszelki wypadek, na wyrost.”

Mackiewicz ironicznie, choć niestety trafnie, utożsamił cenzurę z „dyscypliną narodową”, manią skreślania dla utrzymania czystości linii.  Wolności krytyki podlegały jego zdaniem tylko cztery punkty:

„1. Niemcy, 2. ‘Rosjanie’, 3. PAX i 4. generał Moczar.  To bardzo mało, jeżeli się zważy, że we wszystkich innych sprawach z góry wiadomo, że można powiedzieć coś tylko z największą ostrożnością, a i to nie na pewno.”

A poza tym każda opinia poddana jest sprawdzianom tysiąca narodowych świętości, tabu, a w najgorszym razie „bezinteresownego umiłowania cenzury dla cenzury samej, dla przyjemności skreślenia, choćby nawet żadne względy za takim skreśleniem nie przemawiały.”

Mackiewicz był poddawany tak licznym ograniczeniom, był tak zupełnie dosłownie prześladowany, że trudno doprawdy zdecydować, od czego zacząć przegląd jego zmagań z emigracyjnym cenzorem.  Zostawię na później polowania z nagonką prowadzone latami przez środowiska akowskie i Jana Nowaka.  Niestety najprzykrzejszym przykładem emigracyjnej cenzury jest współpraca Mackiewicza z Wiadomościami.  Jest to przypadek tym bardziej bolesna, że Mackiewicz uważał Wiadomości i Kulturę za najważniejsze pisma emigracji, za jedyną w świecie Wolną Trybunę.  Jego trudna współpraca z Wiadomościami paradoksalnie zaowocowała powstaniem długiego i pięknego „Traktatu-petycji o przywrócenie wolności słowa”.  Traktat pisany na przestrzeni wielu lat w formie listów do Redaktorów Wiadomości – Grydzewskiego, Chmielowca i Kossowskiej – opublikowany został w 20 tomie monumentalnego wydania Dzieł londyńskiej Kontry.

______

* Wiele wskazuje na to, że oskarżenie Imre Nagy’a o udział w zabójstwie rodziny carskiej było prowokacją kgb.



Prześlij znajomemu

41 Komentarz(e/y) do “Józef Mackiewicz i cenzura III”

  1. 1 Andrzej

    Panie Michale,

    Rzeczywiście, „Listy do Redaktorów »Wiadomości«” to lektura miejscami wstrząsająca. Józef Mackiewicz, nierzadko, musiał walczyć o jedno słowo które napisał.

    Wymieniona w tekście ankieta zamieszczona w 1947 roku w Lwowie i Wilnie , mogła być ze strony Cata „papierkiem lakmusowym”: na ile „strawna” będzie postawa jaką właśnie przyjmował. Jego pierwsze kontakty z ambasadą „Polski Ludowej” i poprzez nią z tow. Borejszą miały bowiem miejsce właśnie w 1947 roku (K. Tarka – „Mackiewicz i inni”, wyd. LTW, Łomianki 2007). Jasnym jest dla mnie, że Józef Mackiewicz nic o tym nie wiedział. Jestem przekonany, że w przeciwnym wypadku, zerwałby z bratem kontakty już wówczas.

    Zjawiska na emigracji, opisane w powyższym tekście doskonale ilustrują mechanikę jej ześlizgu po równi pochyłej. Poczynając od indywidualnych upadków politycznych i/lub moralnych, kończąc na upadku całych środowisk i wreszcie na zaniku polskiej emigracji politycznej. Narodowy ześlizg zakończył się pełnym sukcesem bolszewików nie tylko w peerelu.

  2. 2 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Tomowi Listów do Redaktorów Wiadomości będzie w dużej mierze poświęcona następna część.

    Przypuszczam, że Józef miał swoje podejrzenia co do Stanisława, dlatego że widział z pierwszej ręki, jak stanowisko polityczne brat zajmuje. Proszę zwrócić uwagę, że wielokrotnie zarzucano młodszemu Mackiewiczowi paranoję w doszukiwaniu się wszędzie agentury, ale w ogromnej większości przypadków okazywało się z czasem, że to Mackiewicz miał rację, z czego wynika jasno, że wystarczy analizować ludzkie czyny i słowa, by widzieć do czego zmierzają – nie trzeba mieć dostępu do żadnej wiedzy sekretnej ani do zakulisowych rozgrywek, żeby rozumieć, co się dzieje. Ale to tylko tak na marginesie.

    Co do emigracji ma Pan niestety w całości rację. W prlu popularne są tzw. „studia nad emigracją”. Celem ich jest „przybliżenie dorobku emigrantów odbiorcy krajowemu”, podczas gdy prawdziwe studia nad emigracją powinny się skupić na tym, jak emigracja ześliznęła się z pozycji niepodległościowych.

    „Gdyby nie było Antygony, Kreon mógłby uchodzić za bardzo przyzwoitego władcę. Gdyby nie było Mackiewiczów, emigracja mogłaby przybierać pozy „wojowników o wolność i demokrację.”

  3. 3 Andrzej

    Święta racja Panie Michale.
    Bardzo niewielu mieliśmy emigrantów, którzy do końca swego życia zachowali wolność
    wewnętrzną – suwerenność myśli. Nie wydaje mi się, żeby decydująca była tu działalność
    agentury (swoją drogą wcale niemałej) czy gry operacyjne bezpieki. Raczej „kręgosłup
    moralny”, co dość dobrze widać choćby na przykładzie Wańkowicza. Ach ten „czar peerelu”!

    Odnośnie zaś, wspomnianego w pańskim tekście Bolesława Świderskiego, pierwszego wydawcy „Sprawy pułkownika Miasojedowa” w 1962r, jak mi się zdaje (w ostatnim wydaniu „Kontry” które posiadam, podany jest B. Świderski), to w książce Tarki, poświęcony jest mu jeden z rozdziałów. Z tekstu wynika, że współpracę z bezpieką podjął w 1958 roku oraz że już wcześniej (po „październiku”) „coraz wyraźniej demonstrował prokrajowe [propeerelowskie] sympatie”. Więc i w tym przypadku podejrzenia zdają się być dość oczywiste choć w takim razie nurtuje mnie wyrażona zgoda na to wydanie książki dwa lata później. Wszelako, mogła ona wynikać z obowiązku dotrzymania wcześniejszej umowy.

    Szczęście, że na emigracji pojawiło się wydawnictwo „Kontra” które zaczęło wydawać książki Józefa Mackiewicza i Barbary Toporskiej jeszcze za ich życia i że teraz p. Nina Karsov ma prawa autorskie do tych książek. Proszę sobie wyobrazić, co by było dzisiaj gdyby miało je jakieś peerelowskie wydawnictwo, które „już by zadbało” o stosowny komentarz do np. „Zwycięstwa prowokacji”, pod batutę jeśli nie bolszewików to poputczików w rytmie patriotycznej poprawności. Dlatego, dla mnie, waga tej kwestii jest ogromna.

  4. 4 Andrzej

    ps. przepraszam za mało czytelny układ pierwszego akapitu. To wynik „wklejania” tekstu z Notepada, który to tekst napisałem wcześniej. W drugim akapicie poprawiam się: nie dwa a pięć lat później (odnosząc się do kwestii pierwszego wydania „Sprawy pułkownika Miasojedowa”), skoro pisanie do tygodnika Świderskiego zostało zakończona przez małżeństwo Mackiewiczów w 1957 roku jak wynika to dla mnie z pańskiego artykułu.

  5. 5 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Mackiewiczowie zerwali współpracę z Tygodnikiem Ilustrowanym w 1950 roku. Kilka ich tekstów pojawia się jeszcze na początku 1951 roku (TI nie wychodził między październikiem a styczniem), ale są to wyraźnie teksty napisane wcześniej i zostawione do dyspozycji redakcji.

    Może z Miasojedowem było tak, że Mackiewicz potrzebował, który sprawnie wyda i szybko zapłaci. Miał zawsze ogromne kłopoty finansowe, bo żył z pisania. Nawet jeśli miał wąptliwości co do postawy wydawcy, to był on nadal wydawcą jednoznacznie emigracyjnym. Trzeba tylko dopilonować, by opublikował bez skrótów…

    Proszę zwrócić uwagę, że Mackiewicz zgadzał się na publikacje w prlowskim podziemiu, pomimo, że był jak najgorszego zdania o „dysydencji”. Byle było bez skrótów i bez komentarzy, a interpretacje trzeba zostawić czytelnikowi.

    Tak, oczywiście, że powinniśmy dziękować Panu Bogu za wydawnictwo Kontra. Bez wysiłków Niny Karsov, powstałaby zapewne jakaś jedynie słuszna wykładnia Mackiewicza w rodzaju „wielki pisarz, marny polityk” albo „czytać powieści (choć zacietrzewione), ale zapomnieć publicystykę, gdzie płacił szaleństwem za stałość poglądów”.

  6. 6 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Bardzo dziękuję za powyższe wyjaśnienia oraz za wyrozumiałość. Przeczytałem pański tekst nieuważnie. Oczywiście, w 1957 roku JM pisał do pism wychodzących w Monachium. Daleko mi jeszcze do poprawnej znajomości biografii Józefa Mackiewicza…

  7. 7 michał

    Drogi i Szanowny Panie Andrzeju,

    To raczej ja wyraziłem się niejasno i stąd wzięła się potrzeba wyjaśnień. Wspomniałem o Ostatnich Wiadomościach tylko dlatego, że w nich także pojawia się ów dziwny podpis Rot. Przyzna Pan, że to bardzo zaskakujące, że uznany publicysta pisze nagle pod kryptonimem. To się oczywiście czasami zdarza, ale zazwyczaj łatwiej wskazać na powody, a także łatwiej taki podpis przypisać. W wypadku Mackiewiczów tak nie jest. Barbara Toporksa podpisała jeden artykuł „Magdalena”… Dlaczego? I dlaczego tylko jeden? (w każdym razie tylko jeden udało się znaleźć) Mackiewicz używał przed wojną wielu sygnatur, ale najgorsze jest to, że oboje nie pamiętali ogromu swego własnego dorobku i nigdy nie przyszło im na myślpoinformować kogoś, że w Słowie bywał Ali i aż, Ball i Maestro Kuku…

    A dziś to wszystko staje się jedną wielką łamigłówką.

  8. 8 Andrzej

    Panie Michale,

    Dochodzenie do prawdy poprzez porównania było zasadą Józefa Mackiewicza.

    Dla badacza spuścizny Mackiewiczów, jak Pan, musi być to dosłownie benedyktyńska praca, tysiące pytań, zagadek, wątpliwości itd. ale też radość i satysfakcja gdy uda się coś nowego odkryć. Prawdziwa archeologia! Nie mam intencji, aby Panu „kadzić” tym niemniej szczerze podziwiam pańską pracę w tej dziedzinie.

    A może „dziwnie podpisywali” swoje artykuły, ze względu na „stary, wybujały indywidualizm”?

  9. 9 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Dziękuję za dobre słowo, ale wyrazy uznania powinny być skierowane pod adresem pani Niny Karsov. To jej wysiłkiem wydobyte zostały z zapomnienia teksty powszechnie uważane za stracone, to dzięki jej benedyktyńskiej pracy, jak to Pan ładnie wyraził, znalezione zostały i uprządkowane setki artykułów rozproszonych obojga Mackiewiczów. Ja co najwyżej przyszedłem na gotowe.

    Oczywiście każde odkrycie „nowego” tekstu jest wielką przyjemnością, ale jest w tym także jakiś smutek, bo jakże to być może, że pomimo mrówczej pracy trwającej ponad ćwierć wieku – naprawdę – nadal znajdujemy nieznane teksty? Czy to nie straszne, z jaką dezynwolturą traktuje się wielkich polskich pisarzy? Gdy jednocześnie zbiera się dorobek poputczików, których nikt nie będzie pamiętał za lat 20.

    Może tak właśnie być powinno. Pozwolę sobie ponownie zacytować Barbarę Toporską:

    „Ja dla Józefa nie boję się osądu historii, za gruba szyszka, żeby się historycy literatury nim nie zajęli. My już musimy mieć nos skierowany ku wieczności.”

  10. 10 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Zdaje mi się, ze jest Pan optymistą w tym względzie, że poputczików „nikt nie będzie pamiętał za lat 20″. Może nikt rozumny i chcący oddać świadectwo prawdzie. Bo po prawdzie to, jestem przekonany, że bolszewicy będą im wznosić pomniki jako wzór do naśladowania! Tak jak wznoszą od początku. Chyba, że już ostatecznie zwyciężą i nie będzie im to do niczego potrzebne. Wtedy już wzorem nie będzie poputczik tylko wierny pies. A nam, o ile dożyjemy, pozostanie tylko to cośmy sami zachowali w naszych głowach i na naszych półkach z książkami. A na zewnątrz pozostanie tylko nuda…

  11. 11 michał

    Panie Andrzeju,

    Pewnie ma Pan rację, ale też ja się bardzo niezręcznie wyraziłem. Miałem na myśli, że ludzie tacy jak Nowak, Korboński, Pomian, Garliński, Stahl, Pełczyńska, jej przyjaciel komunista Lorentz, i setki uczestników nagonki na Mackiewicza, będą w przyszłości tylko przypisami do dzieła wielkiego pisarza. Nasze wnuki będą nadal czytać Mackiewicza, i będą się dziwić, że ktoś kiedyś się go czepiał.

  12. 12 Andrzej

    Panie Michale,

    Barbara Toporska doskonale podsumowała tę kwestię.
    A ci wszyscy poputczycy? Ja myślę, że to co mogli to już zrobili. Ci co ich zastępują dzisiaj, niewiele już mogą zaszkodzić jego dziełu. Co najwyżej wydają „pomnikowe” albumy Korbońskiemu.

  13. 13 michał

    Tak. Dlatego właśnie nazywam nagonkę rzekomych „wielbicieli” Mackiewicza na jego wydawcę – „drugą sprawą Mackiewicza”. Dzieło należy już do wieczności, więc zaatakować należy tę jedną osobę, która przyczynia się do ochrony tego dzieła. Czy można sobie wyobrazić coś bardziej diabolicznie skandalicznego?

  14. 14 Andrzej

    Panie Michale,

    Dobrze Pan to opisał pięć lat temu na stronach WP.
    Ciągle to samo z tymi poputczykami. Co zrobić gdy fakty są oczywiste i nie podważalne? Najlepiej wtedy „zakląć rzeczywistość”, że niby nastała „wolna Polska” itd.
    Nie śledziłem tej sprawy (bo po co, skoro książki są bez większego problemu dostępne w dystrybucji krajowej. Jeśli się chce je dostać to się dostanie) ale teraz zerknąłem do internetu i trafiłem na „kolejny głos w sprawie” (styczeń 2012; nie podaję „linki” bo nie mam zamiaru tego nikomu polecać). Ale się nakręcają! T. napisał, potem na tej bazie E. napisał a O. powiedział i jeszcze kolejny rozgłosił. I okazuje się, że wszystko to ten sam „kolejny głos” od lat, co najwyżej z dodatkiem nowego kłamstwa. W tym przypadku „najlepszy” jest fragment: „Dopiero w 1993 roku istniejące od 40 lat wydawnictwo KONTRA z siedzibą w Londynie, którego Nina Karsov-Szechter jest właścicielką, zaczęło wydawać prace Józefa Mackiewicza”. A niby co wydawało przedtem? „Kubusia Puchatka”?
    I tak się to kręci w tej krainie fikcji.

  15. 15 michał

    Cha, cha! Cytat jest chyba z Klecla, o którym też tu pisałem. Co robić z takim? Kontra istnieje jego zdaniem od 40 lat (sic), wydaje Mackiewicza od 1993 roku (sic!), Karsov pisze się przez „w” (sic!!), a „murders” to znaczy „mordercy” (sic!!!). Polemizować z durniem? Ale on na czarne mówi białe. Najlepiej byłoby go posłać do szkoły, tylko że oni już wszyscy byli w szkole i niczego się nie nauczyli.

    Ale mnie się wydaje, że trzeba zupełnie wprost ich nazywać – Eberhardt, Klecel, Odojewski, Trznadel – dlatego u nas jest o nich pod klawiszem „Cham chamem”.

  16. 16 Andrzej

    To pisał ktoś podpisujący się Sigma, Panie Michale.
    Możliwe, że owe „złote myśli” wziął od kogoś innego, np. od wymienionego przez Pana i komentowanego trzy lata temu, Klecla.
    Ale bełkot jest w „nowym, wspaniałym” peerelu tak powszechny, że nie zdziwiłbym się, gdyby ów Sigma sam to wymyślił. Polrealizm to też niezgorsza zaraza. Wyślesz kogoś takiego do szkoły a on wszystkich pozaraża.

  17. 17 michał

    Oni nie są w stanie wymyśleć niczego nowego. To papugi, nie ludzie. Oczywiście, można by na to odpowiedzieć, że żaden idiota dotąd nie twierdził, że Kontra wydawała Józefa Mackiewicza od 1953 roku, więc to jest jakaś „nowość”, tylko że w takim razie odkrywcą byłby każdy bałwan z oślej ławki wymyślający w trzeciej klasie podstawowej nową prlowską ortografię.

    Mniejsza o nich. Interesuje mnie ta szkoła. Czy szkoły w prlu są aż tak dobre, że ci panowie byliby zagrożeniem do poziomu? To byłaby dobra wiadomość. I wówczas należy ich trzymać z dala od szkół.

  18. 18 Andrzej

    Panie Michale,

    Nie pocieszę Pana. Będąc na miejscu i obserwując peerelowskie podwórko, uważam, że szkoły tutejsze są na poziomie odpowiednim do okoliczności jakie tu panują. Nie tyle jednak poziom ma tu znaczenie ile treść, która może być dowolna byle tylko była „właściwa”.

  19. 19 michał

    Panie Andrzeju,

    Treść ma z pewnością znaczenie w systemie edukacji, ale poziom jest ważniejszy. Domyślam się, że obaj narodziliśmy się w Polsce ludowej i pomimo treści, którą nam wbijano do głowy, jesteśmy gdzie jesteśmy, tzn. w Podziemiu. Ja chodziłem do sławetnej „jedynej prywatnej szkoły dla chłopców między Berlinem i Władywostokiem” i nie waham się powiedzieć, że jej poziom był bardzo wysoki. O ile mi wiadomo, poziom w innych liceach warszawskich w owych czasach był zaskakująco wysoki.

    Jakiekolwiek chcą wtłaczać dziś treści, jeśli uczą myśleć na własny rachunek, to nie jest źle. Mam nadzieję, że nie dostrzeże Pan bezbożnego optymizmu w moich słowach. Wcale nie stałem się nagle piewcą prlu. Zmierzam tylko do tego, że wszyscy ludzie są potencjalnie wolni i mogą tę wolność afirmować POMIMO, a nie PONIEWAŻ. Poziom nauczania wspomaga afirmację pomimo treści.

  20. 20 Andrzej

    Panie Michale,

    Nie miałem tego szczęścia co Pan choć też do szkół chodziłem w W-wie. Podstawówka imienia Che, szkoła średnia imienia PPR (elektroniczna). W tej drugiej poziom nie był niski bo to była szkoła wzorcowa – dla komunistów. Po tej szkole byłem dość głupi i nie myślałem samodzielnie. Dopiero studia (po kilkuletniej przerwie, za to w latach 80.) coś mi dały.

    Zgadzam się z Panem, że każdy, potencjalnie może zechcieć afirmować wolność pomimo treści jakie mu się wpaja lub jakie mu wpajano. Czy, jednak myślenia na własny rachunek (jak to rozumiem, myślenia nie-stadnego) można nauczyć się tylko w szkole?. Może wystarczy ojciec i matka? Poziom domu rodzinnego wydaje mi się ważniejszy bo od niego zaczyna się pojmowanie świata. Można też dojść do takiego sposobu myślenia samodzielnie, na przykład czytając Mackiewicza i ucząc się „z niego”. Nie sądzi Pan?

  21. 21 Andrzej

    ps. żeby nie wyszło, że szkoła była dla uczniów komunistów. Komunistą nigdy nie byłem i nie chciałem być, zaś od ćwierć wieku, po przeczytaniu „Kontry” i „Zwycięstwa prowokacji” wybrałem postawę antykomunistyczną.

  22. 22 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Nawet w głowie mi nie postało sugerować, że szkoła jest jedynym czynnikiem kształtującym. Czynników takich jest wiele, a mogą nas ukształtować na odwrót od zamierzeń. I tak właśnie być powinno, bo człowiek jest istotą wolną, a nie maszyną. Gdyby się dało przewidzieć, w jaki sposób podziałają na jednostkę poszczególne bodźce, to … nie bylibyśmy istotami wolnymi. Wielu jest takich, co chcą człowieka wtłoczyć do mrowiska, sprowadzić do kłębka popędów, do maszyny „bodziec-reakcja”, do binarnego komputera – i co tu dużo mówić, często im się to udaje. Ale człowiek pozostaje nadal nieprzewidywalny w swej wolności.

    Gdyby wpływy rodzinne i szkoła były determinującymi czynnikami, to Dzierżyński nie byłby bolszewickim mordercą, bo był z dobrego domu i chodził do dobrej szkoły. Był nawet odlegle spokrewniony z Mackiewiczem, a ot, kanalia.

    Ale z drugiej strony, po 23 latach bolszewickiej indoktrynacji o ciśnieniu, którego nie możemy sobie nawet wyobrazić, ludzie urodzeni i wychowani w sowdepii chwytali za broń przeciw Stalinowi.

    Dziękujmy Panu Bogu za naszą straszną wolność.

  23. 23 Andrzej

    Panie Michale,

    Wracając do tematu, chciałbym poruszyć sprawę wydawania książek Józefa Mackiewicza w innych językach. Wiem, że wiele takich prób zostało storpedowanych, bądź na skutek bezpośrednich działań Jana Nowaka, bądź „patriotów”, opisanych m.in. w „Nie trzeba głośno mówić” i „Zwycięstwie prowokacji”. W sumie tych samych ludzi co prowadzili nagonkę na Mackiewicza jeszcze od czasów wojny.

    To było coś znacznie gorszego niż cenzura. Uważam, że było to działanie zbrodnicze nie tylko dla polskiej kultury narodowej ale dla kultury światowej i że ci ludzie powinni zostać za to „wiecznie potępieni”. Oczywiście, pozbawiało to też małżeństwo Mackiewiczów koniecznych środków materialnych i przez to właśnie żyli w biedzie. Kto wie, ile więcej książek by napisali i wydali gdyby mieli dostateczne zabezpieczenie materialne?

    Jaka jest w pańskiej ocenie, skala tego łajdactwa Nowaka & Co.?

  24. 24 michał

    Panie Andrzeju,

    Ma Pan rację, ale dość trudno stwierdzić z całą pewnością, kto utrącił co i gdzie. Instytucja tzw. „readers”, tzn. ludzi, których zadaniem jest ocenianie książek dla wydawnictw, sugerowanie, czy należy je wydawać czy nie, jest z pewnością drogocenna, gdy spełniają swoją rolę rzetelnie. Jeśli natomiast popierają jakąś z góry przyjętą „linię”, to oczywiście ich działalność staje się zbrodnią, jak Pan to słusznie mówi.

    Problem jednak w tym, że jest to proces z oczywistych powodów zakamuflowany, więc nie wiadomo kto utrącił co, wiadomo co najwyżej – i to też nie zawsze – kiedy ktoś odkrył nieznanego autora i polecił wydawnictwu przyszły bestseller. Nabokov i Lolita są tu doskonałym przykładem.

    Innymi słowy, wiemy, że polscy emigranci utrącili projekty wydania książek obojga Mackiewiczów w obcych językach, ale kto? W odpowiedzi są tylko plotki.

    Warto jednak także pamiętać, że Mackiewicz nie należał do modnej lewicy, nawet więc gdyby nie miał wrogów wśród polskich emigrantów, to prawdopodobnie i tak nie byłby czytany. Bo to przecież emigrant i czarna reakcja, więc jak to?

  25. 25 Andrzej

    Panie Michale,

    Dziękuję za powyższe wyjaśnienia. Jestem świadomy możliwości wynikających z wpływów bolszewickich na świecie. Tym bardziej jednak mnie wścieka to, że wiele z tych nielicznych możliwości, zostało z premedytacją utrąconych przez tych, którzy uważali się za emigrantów politycznych od komunizmu, za wolnych Polaków.

  26. 26 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Mackiewicz napisał ciekawy artykuł na ten temat, pt. Moje doświadczenia literackie. Niestety ukazał się tylko w Związkowcu z Toronto, więc jest trudny do znalezienia. Argumentuje tam, że wydawanie książek to jest loteria, źe nikt naprawdę nie potrafi przewidzieć, co „pójdzie”, a co nie. Daje dziesiątki przykładów, między innymi także własnych książek.

    Ale w końcu konkluduje, że naprawdę ważna jest tylko szczerość autora, a potem literatura jest rzucona na los szczęścia. Odbiór nie zależy od autora. Powinniśmy próbować kontrolować to, na co mamy wpływ. Moje dzieło musi więc w pierwszym rzędzie zadowalać mnie. A czy będzie się podobać innym, to już nie moja sprawa.

  27. 27 Andrzej

    Panie Michale,

    Z tego jasno co Pan napisał wynika dla mnie, że Józef Mackiewicz „twardo stał na ziemi” i że wymagał przede wszystkim od siebie a dopiero potem od innych. Wynika też jego osobista skromność, pomimo tego, że miał dowody uznania swojego talentu i umiejętności. O tym chociażby świadczy jego wybór przez czytelników „Wiadomości” do emigracyjnej Polskiej Akademii Literatury.

  28. 28 Andrzej

    ps. Poprzestawiały mi się wyrazy w pierwszym zdaniu. Przepraszam

  29. 29 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Nie ma za co przepraszać. Są dwa rodzaje pomyłek w druku: takie, które uniemożlwiają zrozumienie myśli i takie, które są niezgodne z zasadami, ale myśl przedstawiają wystarczająco jasno.

    Józef Mackiewicz np. – bo czasami o nim mówimy – pisał niekiedy niepoprawnie po polsku. Żeby nie być gołosłownym, w którejś powieści jest określenie „obsikane każdym przechodzącym psem” (czy coś w tym rodzaju). Nie jest to zgodne z zasadami poprawnej polszczyzny, ale jest jasne! Zawiera wyrazisty obraz i jest jędrnie, dosadnie powiedziane. I na co tu zasady?

    Natomiast kiedy ktoś pisze ni do rymu ni do sensu (a mieliśmy tego przykłady na wp) i w ogóle nie można zrozumieć o co mu chodzi, to ja będę się pierwszy „czepiał”, że pisze po polskiemu. No, ale to też na ogół zdarza się tylko prawdziwym Polakom spod znaku Dmowskiego.

  30. 30 Andrzej

    Panie Michale,

    Zawartość Kuriozów jest „podręcznikowym” przykładem pisania „ni do rymu ni do sensu”. A nacjonaliści są tam nader licznie reprezentowani. Skąd się bierze ta potrzeba błaźnienia się?
    W odniesieniu do tej kwestii przypominają mi się zdania Józefa Mackiewicza, które Pan Dariusz użył jako fragment motta do „Fatalnej Fikcji” a które pochodzą z przedwojennej publicystyki Mackiewicza:
    „Fatalna fikcja rozpanoszona u nas, przeżera nie tylko obyczaje, ale psychikę narodu. Wierzymy i widzimy tylko to, co widzieć chcemy, a nie to co jest zgodne z rzeczywistością”.
    Jakże są trafne i aktualne!

  31. 31 michał

    Tak, oczywiście, dlatego właśnie Darek wybrał ten fragment: fatalna aktualność.

    O tej fatalnej fikcji, o radosnej frazeologii, o przemilczaniu oczywistej prawdy, którą znają wszyscy, ale nie trzeba o tym głośno mówić – o tym wszystkim było w II części artykułu o zmaganiach Mackiewicza z cenzurą. Niestety będzie o tym mowa także w następnych częściach.

  32. 32 Paweł

    Panie Michale, czy w poszukiwaniach bibliograficznych korzysta Pan z roczników Polskiej Bibliografii Literackiej z lat 1944-1985 ? Uważam, że była to najbardziej wolna od cenzury publikacja w prlu. Dużo tam tytułów książek i artykułów Józefa Mackiewicza.

    Jest jeszcze jeden aspekt cenzury dotyczącej pisarzy – autocenzura. Być może Józef Mackiewicz jako twórca wolny i niezależny był od niej wolny, ale każdy człowiek ma swoje słabości. Osobiście doszukiwałbym się pewnych elementów autocenzury u Mackiewicza w jego decyzji niewydawania książki o Katyniu po polsku. Wiem, jakie były uwarunkowania tego faktu i oczywiście była to suwerenna decyzja pisarza. Jednak uważam, że w tym wypadku nie był tak bezkompromisowy jak mógłby być (chodzi także o niewyrażenie zgody na propozycję Niny Karsov, która chciała wydać książkę Mackiewicza o Katyniu po polsku w 1980 roku).

  33. 33 michał

    Drogi Panie Pawle,

    „Jeżeli nie wolno pisać tego co się chce, nie powinno się pisać wcale. Bo pisarz odpowiedzialny jest nie tylko za to co pisze, ale i za to co przemilcza.”

    Józef Mackiewicz brał pełną odpowiedzialność za to wszystko, co przemilczał. A przemilczać niekiedy musiał, żeby móc w ogóle cokolwiek publikować. Ale o tym będzie w dalszych częściach.

    W moim głębokim przekonaniu nie można w wypadku Mackiewicza mówić o autocenzurze. Pisałem o tym fenomenie szerzej w I części powyższego tekstu. Autocenzura to jest coś o wiele więcej niż przemilczanie faktu, że uważał biskupa Rubina za agenta. Autocenzura jest dobrowolną rezygnacją z prawdy: cicho sza… nie trzeba głośno mówić…

    Natomiast co do prlowskiej bibliografii to nie, nie korzystałem z niej nigdy. Czy jest w niej cokolwiek, czego nie ma w Bibliografii wydanej przez Kontrę?

  34. 34 Paweł

    Drogi Panie Michale,

    Lechoń zastanawiał się czy pisać krytycznie o emigracji, gdyż byłaby to woda na czerwony młyn.

    Jeśli znajdę czas to spróbuję porównać Bibliografię tekstów Mackiewicza z Polskiej Bibliografii Literackiej (PBL) z Bibliografią Kontry; rozumiem, że chodzi o Bibliografię zawartą w „Dziełach”, w których tomach ?

    Rzeczywiście, tak jak Pan wcześniej pisał – nieprawda też bywa ciekawa. Kłamstwa komunistyczne (obnażone !)
    ujawniają prawdę o istocie systemu. A zatem ciekawa jest prawda o nieprawdzie.

  35. 35 michał

    Panie Pawle,

    Mówiłem to chyba w trochę innym sensie.

    Przedwojenna Bibliografia Mackiewicza znajduje się w Nudis verbis, a powojenna w Drogiej Pani.

    Rozterki Lechonia to jest właśnie przykład samocenzury. Natomiast Mackiewicz autocenzurze się nie poddawał. Powstrzymywał się tylko przed wypowiadaniem osobistych idiosynkrazji, kiedy uważał, że wypowiedzenie ich do niczego nie prowadzi. Krytyka emigracji natomiast była jak najbardziej wskazana i, tak długo jak była prowadzona z pozycji antykomunistycznych, nie mogła być wodą na czerwony młyn, czego zresztą Józef Mackiewicz jest najlepszym przykładem.

  36. 36 Andrzej

    Panie Pawle, Panie Michale,

    Lechoń zastanawiał się czy pisać krytycznie o emigracji, gdyż byłaby to woda na czerwony młyn.

    To klasyczny przykład z kanonu polrealistyzmu – nakaz poprawności patriotycznej. Zabraniało się i zabrania mówienia źle o „naszych”, wskazywania ich błędów i głupoty bo to „szkodzi sprawie”. Myślę, że Mackiewicz był przez polrealistów najbardziej znienawidzony i niszczony nie za to, że pisał prawdę o polskim wydaniu komuny, czym psuł im jej wizję (ewoulująca i liberalizująca się a w gruncie rzeczy nasza własna, polska) lecz za krytykę ich indywidualnych postaw: Nowaków, Korbońskich, Kisielowskich itd.

    Dziś na tej samej zasadzie, stosuje się ten schemat gdy ktoś zechce krytykować współczesnych polrealistów: Wydawnictwo Podziemne? „To wariaci, nie myślą realistycznie, nie widzą faktów! Po co to czytać? My tu walczymy o naprawienie Polski a oni nas jeszcze krytykują!”. Co bardziej krewcy wygrażają, potępiają, nakazują bojkot, spokojniejsi wzruszają ramionami i pukają się wymownie w czoło: „ot, margines – nie warto się zajmować.”

    O ile dostrzega się ślepotę polityczną i błędną postawę polskich „elit niepodległościowych”, warto odpowiedzieć sobie na następujące pytania:

    1. Czy trwanie w tej ślepocie politycznej, służy sprawie niepodległości Polski czy nie?
    2. Czy krytyka tego zjawiska służy sprawie niepodległości Polski czy nie?
    3. Czy zwalczanie autorów tej krytyki, cenzura lub autocenzura na ten temat służą sprawie niepodległości Polski czy nie?
    4. Kto tu naprawdę jest za niepodległą Polską?

    W tych pytaniach nie chodzi przecież o antybolszewizm, który jest dużo ważniejszy i bardziej potrzebny (bo bolszewizm dotyczy całego świata, rzeczy uniwersalnych).

  37. 37 michał

    Tak, Lechoń był polrealistą. Ale Lechoń był poetą, a nie politykiem, myślicielem politycznym, czy choćby publicystą. Nie jego trzeba winić za te głupstwa, ale dominującą polską kulturę spod znaku „cicho sza”, „świętości nie szargać”, „zły to ptak, co swoje gniazdo kala” itd. w koło Macieju.

  38. 38 Andrzej

    Panie Michale,

    Nie winię Lechonia na równi z twórcami linii politycznej której się podporządkował. Mam tylko wielki żal, że on i wielu innych zostali przymuszeni owym „nie powinno się krytykować, bo to woda na młyn czerwonych”. Ktoś taki jak on mógłby powiedzieć prawdę bo ma do tego wiedzę i talent, jest bezdyskusyjnym przedstawicielem „wolnej myśli polskiej” ale nie ma dość siły aby się przeciwstawić dominującemu nakazowi. Ilu było takich jak Józef Mackiewicz i Barbara Toporska? To określa moją ocenę polskiej emigracji politycznej po II WŚ, która zamiast tworzyć i rozwijać wolną myśl polską w istocie ją zniszczyła swoim polrealizmem.

  39. 39 michał

    Nie po raz pierwszy, Panie Andrzeju, zgadzamy się. Gdyby więcej było ludzi takich jak Mackiewiczowie, to nie bylibyśmy dziś tu, gdzie jesteśmy. Nie mówilibyśmy o nich, jako tak niezwykle wyjątkowych.

    A Lechoń? Mój Boże! Jedynym obowiązkiem poety jest poezja. Jego jedynym celem powinien być wiersz, piękno. Nie powinien był poddać się polrealistycznej masie, bo poeci lepiej służą poezji, gdy stoją osobno, ale od czasu wielkich Romantyków, polscy poeci uważają za swój obowiązek „zaangażowanie”.

  40. 40 Andrzej

    Panie Michale,

    „Zaangażowanie” mogę zrozumieć i wybaczyć. Poeta nie musi żyć tylko samą poezją. Ale nie potrafię wybaczyć narzucania i stosowania presji obowiązkowego narodowego myślenia a także nie akceptuję godzenia się na to przez uczciwego i myślącego samodzielnie człowieka. Sam tego doświadczyłem chcąc naiwnie „podziałać patriotycznie”. Z moim pojęciem patriotyzmu nie ma to nic wspólnego. To jest rodzaj kolektywizmu. To jest coś, z czym nie chcę mieć nic wpólnego.

  41. 41 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Tu jest kilka różnych problemów. Oczywiście żaden artysta ani nie musi, ani nawet nie powinien żyć tylko sztuką. To jedno z nieszczęść współczesności, że muzycy znają tylko muzykę, filmowcy znają (i cytują w kółko) tylko filmy, poeci znają tylko poezję i innych poetów, a wszyscy razem nie wiedzą nic o życiu. W rezultacie ich prace są oderwane od jakiejkolwiek rzeczywistości, a kiedy ktoś zechce im to wytknąć, to słyszy w odpowiedzi, że rzeczywistość ich nie interesuje.

    Kiedy młody sowiecki pisarz posłał swoje pierwociny Gorkiemu, to ten odpisał mu, że facet umie pisać, ale powinien to rzucić i poznać najpierw życie. Tym młodym człowiekiem był Izaak Babel, który poszedł do czeki i poznał zaiste życie, które opisał w swoich kapitalnych opowiadaniach.

    Zmierzam do tego, że poznanie życia i „zaangażowanie”, to są dwie różne sprawy. „Zaangażowania” domagała się od sowieckich twórców żdanowszczyzna i socrealizm (nb. Trocki pisał o tym na wiele lat przed socrealizmem), a Józef Mackiewicz per analogiam do socrealizmu, nazwał polską pseudokulturę polrealizmem. I w socrealizmie, i w polrealizmie, literatura postulowana im bliższa jest polityki tym dalsza od życia.

    Paradoks jest więc chyba taki, że ci „zaangażowani” właśnie nie znają życia, podobnie jak wszystkie te oderwane od rzeczywistości artystowskie pięknoduchy. Lechoń, klasyczny pięknoduch, pragnął właśnie się zaangażować, nie być już więcej pięknoduchem, za co go krytykował jego przyjaciel Tuwim, ale zaangażować się nie potrafił, bo „zły to ptak…” itd.

    A uczciwi i myślący samodzielnie ludzie, ludzie z ludzką twarzą, nie przyjmujący do wiadomości tej paskudnej gęby, którą się nam dziś serwuje jako ludzką twarz, pójdą na Salę nr 6.

    Czechow pisał o nas.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja