Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Józef Mackiewicz niekiedy latami nie mógł znaleźć wydawcy dla swoich pism wśród niepodległościowej emigracji, więc zmuszony był pisać do szuflady lub drukować rzeczy własnym nakładem.  W emigracyjnym samizdacie wydał w pierwszym rzędzie jedno ze swych najważniejszych dzieł, Zwycięstwo prowokacji.  Uciekł się następnie do samizdatu w wypadku kilku broszur.  Pisałem na ten temat obszernie w (niestety nadal niedokończonym) cyklu o potyczkach Mackiewicza z cenzurą w najrozmaitszych konfiguracjach.  Nie pozwalano mu publikować w periodykach emigracji polskiej i odmawiano drukowania jego książek.  Było tak do czasu, aż powstało wydawnictwo Kontra, założone przez Szymona Szechtera i Ninę Karsov.  Dopiero wówczas możliwa okazała się publikacja dwóch książek watykańskich, „których nikt nie chciał wydać”.  Wtedy dopiero ukazały się drugie wydania Nie trzeba głośno mówić, Lewej wolnej, Drogi donikąd, Sprawy pułkownika Miasojedowa, Kontry i Zwycięstwa prowokacji.  Z inicjatywy Kontry, Mackiewiczowie wybrali i opracowali artykuły do dwóch wyborów, które ukazały się na krótko przed ich śmiercią: Droga Pani i Fakty, przyroda i ludzie.  Tylko dzięki wytrwałym wysiłkom Niny Karsov książki te trafiły do Polski w latach 80.  To jej zawdzięczaliśmy podziemny „festiwal wydawniczy” Mackiewicza po jego śmierci.

Mackiewicz miał odwagę wypowiadania prawdy i było mu obojętne, czy była to prawda popularna, czy nie, bo chowanie głowy w piasek było mu obce.  W Warszawie w 1944 roku przed powstaniem, wydawał własnym sumptem antykomunistyczny Alarm, „nadpartyjny organ do walki z bolszewizmem”.  W Krakowie, w październiku tegoż roku, Biuro Studiów hrabiego Ronikiera wydało jego broszurę pt. Optymizm nie zastąpi nam Polski.  Wypowiadał w tych strasznych czasach opinie, za które można było zginąć w Gestapo, będąc wydanym w ręce hitlerowców przez jaczejki komunistycznej al, ale można było także dostać w czapę od AK.  Tak, trzeba było odwagi, by publikować takie rzeczy.

Lewa wolna, powieść o wojnie polsko-bolszewickiej, spotkała się z bezprzykładną odpowiedzią londyńskiego Instytutu im. Piłsudskiego, gdzie zdecydowano opublikować broszurę pod sarkastycznym tytułem „W obronie prawdy historycznej”.  Jak na stosunki wśród wolnych ludzi, uciekinierów przed komunistyczną okupacją ich ojczyzny, był to niesłychany atak na powieść, na dzieło sztuki i jej autora.  Piłsudczycy domagali się, by nie publikowano więcej Mackiewicza.  Pisał wtedy do Michała Chmielowca, podówczas redaktora londyńskich Wiadomości:

Jeżeli po tym [tzn. po wydaniu kilkunastu dzieł i tysiącach recenzji w wielu językach – mb] zjawia się jakiś generał i „interweniuje żeby mnie nie drukować”, jest to świadectwem hańby. Dlatego nie mogę poczytać redakcji Wiadomości za akt „odwagi” – jak Pan pisze – że w cichości odmówiła zastosowania się do żądań generała, zamiast głośno i jawnie wystąpić, napiętnować i zaprotestować przeciwko ingerencji drobnej kliki politycznej i jej szantażu w dziedzinę kultury i literatury. Sam bowiem fakt jest skandalem.

Po wydaniu Nie trzeba głośno mówić, zaatakowały go kręgi AK w zorkiestrowanej nagonce pod batutą Jana Nowaka.  Nakładem Zarządu Głównego Koła Żołnierzy AK ukazała się kolejna anonimowa broszura pt. „Pod pręgierzem”.  Akowcy zniżyli się w nim do fałszowania „dowodów” przeciwko pisarzowi, jak to wykazał Włodzimierz Bolecki w Ptaszniku z Wilna (por. wyd. II, s. 402).  Niestety nie było w tym nic nowego.  Podziemna Niepodległość oskarżała Mackiewicza w latach wojny, wbrew oczywistym faktom, o to, że był „współwłaścicielem i współwydawcą” niemieckiego dziennika urzędowego.  Szermowano wówczas nie tylko oskarżeniami, ale także groźbą wydania kapturowego wyroku śmierci.

Tak, trzeba było nie byle jakiego męstwa, by być Józefem Mackiewiczem.  Choć on sam, w typowy dla siebie sposób, był bardziej powściągliwy:

„Odwaga” pisarza, ażeby się o niej czytelnicy dowiedzieli i mogli ocenić, uwarunkowana jest „odwagą” wydawcy.

Trzech odważnych pisarzy

Kiedy więc przesłał mi przyjaciel linkę do opowieści pt. „Trzech odważnych pisarzy”, to zacząłem oglądać z zainteresowaniem.  Opowiadaczem jest Rafał Ziemkiewicz, który z entuzjazmem gawędzi o swoich ulubieńcach.  Pierwszym z nich jest Wiktor Suworow.  Nie ma co owijać w bawełnę: Suworow z pewnością odznaczał się odwagą jako oficer specnazu i gru, a potem jako uciekinier z raju krat.  Ale jako pisarz?  Nie chciałbym się powtarzać, a pisałem o nim obszernie, analizując dwie jego książki w szczegółach.   Jednak zapytam, czyżby Suworow wykazał się odwagą, gdy „bronił” jakości sowieckich aeroplanów i niezniszczalnych tanków?  Gdy z brawurą wysławiał niepokonaną krasną armię?  Niech mi Ziemkiewicz wierzy, proszę Ziemkiewicza, że nie potrzeba do tego odwagi na Zachodzie.  Stalin jest tu bardzo popularny, jako wyzwoliciel bez cudzysłowów, jako ten, który pokonał absolutne zło faszyzmu.  Nikt na Zachodzie nie napadnie na sowieckiego patriotę, za jakiego uważa się Suworow.  Tutaj w ogóle lubią Stalina, podczas gdy sam Suworow nie przepada za nim tylko dlatego, że obwinia go za upadek sowdepii.  Tu nawet im nie przeszkadzają miliony ofiar, pomordowanych i zagłodzonych. – Jak to było z tym omletem? – zapytają wielbiciele wielkiego Soso, przymrużając filuternie oko. – A zresztą pewnie należało się tym milionom, pewnie też byli faszystami, białogwardzistami, burżujami, kontrrewolucjonistami, szkodnikami albo inną antykomunistyczną swołoczą.

A jednak opowiadacz opowiada zupełnie inną baśń.  W jego baśniowym świecie cudów, Lodołamacz Suworowa okazuje się „genialnym odkryciem”, a autor nieustraszonym szewczykiem, który ubił w pojedynkę smoka przesądów, przemyślnie kwestionując powszechnie zaakceptowaną narrację, wedle której Hitler be, a Stalin cacy, gdy naprawdę obaj byli be.  (Jeżeli ktoś sądzi, że upraszczam uproszczenia Ziemkiewicza i sprowadzam je do baśniowych andronów, to pozwolę sobie odesłać czytelnika do bajki w oryginale; proponuję posłuchać, co sam opowiadacz ma na ten temat do powiedzenia, a jest to niestety na poziomie „be i cacy”.)  Bez Suworowa świat żyłby w niewiedzy, że spółkę Hitler-Stalin zastąpiła spółka Roosevelt-Stalin, przypieczętowana w Norymberdze.  Los mężnego odkrywcy trudnych prawd bywa ciężki…, choć w tym wypadku, jak to w bajce, los odkrywcy był jak najlepszy.  Głupi Jasio nie dostał wprawdzie ręki królewny, ale świetnie mu się powodzi.  Osobiście, zamieniłbym się z nim, choć nie chciałbym mieć na sumieniu przeszłości w gru i specnazie.  Nie wiem więc nadal, dlaczego Suworow jest „odważnym pisarzem”.

Słuchając tych bajek, myślałem sobie, że biedny Ziemkiewicz nie byłby się tak zakałapućkał w swoich baśniach, gdyby był przeczytał Mackiewicza.  Suworow niczego nie odkrył, pisał rzeczy od lat znane, a tam gdzie był bardziej kontrowersyjny, np. w „hipotezie 6 lipca”, nie miał racji w sposób dość oczywisty i łatwy do wykazania.  Ale o tym już pisałem.  Opowiadacz opowiedział wszakże dobrą anegdotę-przestrogę o Suworowie, wcale nie spomiędzy bajek wziętą.  Oto były szpion gru, zobaczywszy go po raz drugi w życiu, wiedział doskonale, z kim ma do czynienia.  Tak, agenci gru i specnazu są lepiej wyszkoleni, niż byłoby wygodnie nam przyznać, i zapewne dobrze zrobiłoby nam wszystkim, gdybyśmy się z tym liczyli.

Następnym odważnym pisarzem okazał się Sławomir Cenckiewicz.  Z laurki wystawionej przez opowiadacza wynika, że w prlu bis potrzeba odwagi, by pisać o Bolku.  Cenckiewicz, to jego zdaniem (cytuję): „przykład takiej odwagi, na jaką się naprawdę nie zdobył nikt chyba od czasów wojny światowej, a i ci którzy się na wojnie na nią zdobywali też inna to była odwaga i może łatwiej im to przychodziło w tamtych okolicznościach”.  Zachwiałem się przez moment, kontemplując baśniowy krajobraz po bitwie.  Nie, nie ze względu na absurdalność porównania – odwaga autorska wyniesiona ponad postawę ludzi narażonych na straszną śmierć? – bo przecież bajkopisarze z natury rzeczy nie stronią od hiperboli.  Trudno winić opowiadacza, snującego baśniowe wątki, o nieumiejętność rozróżnienia odrębnych aspektów cnoty męstwa, o zapomnienie o bohaterach antykomunistycznego podziemia, o pominięcie tysięcy ofiar komunistycznego terroru, ludzi, którzy wykazali się chyba nie mniejszą odwagą niż Sławomir Cenckiewicz.  Zawahałem się z innego powodu.  Opowiadacz wypowiedział bowiem także następujące słowa, które warte są zastanowienia:

Aktem założycielskim kraju, w którym żyjemy, państwa, które zbudowano, nie jest umowa zawarta między dyktatorami, ustępującą władzą, a przedstawicielami rewolucji, tylko między dyktatorami a ich własnym agentem, kapusiem ich tajnej policji.

Ziemkiewicz pomija milczeniem szerszy kontekst prowokacji „upadku komunizmu”, jak gdyby poza baśniowym światem jego opowieści, wolno było pić wódkę pod okrągłym stołem bez zezwolenia z Moskwy.  A jednak, skoro prl bis stworzony został na skutek bolkowych prowokacji, to, na zdrowy rozum, rzeczywiście chyba konieczna jest duża doza śmiałości, by nazwać po imieniu, czym naprawdę był Lech Wałęsa.  Wałęsa nie jest przecież groteskowym wilkiem z bajki o Czerwonym Kapturku, ale kimś znacznie gorszym.  Nie zdołałem zmóc książki Cenckiewicza (być może zabrakło mi waleczności), ale zgódźmy się, że autor prlowskiej książki o Bolku nie może być pozbawiony cnoty męstwa, niezależnie od niedorzeczności laurki mu wystawionej.  Zaiste słowa Ziemkiewicza brzmią prawdziwie: prl bis został zbudowany na tajnym układzie między komunistami i ich agentami.  Józef Mackiewicz nazwał to kiedyś drogą donikąd, która teraz uznana została przez „instynkt narodu” za docelową (że pozwolę sobie sparafrazować jego słowa).

Ponownie, słuchając opowiadacza, myślałem sobie z melancholią, jakże by to było dobrze, gdyby zatroszczył się o poznanie Mackiewicza, może jego baśniowa opowieść przybrałaby wówczas bardziej realne kształty.  Mackiewicz nie miał dostępu do ubeckich akt ani do żadnej wiedzy tajemnej, a pomimo to, opierając się wyłącznie na racjonalnej analizie powszechnie dostępnych faktów, widział, czym była Solidarność i co sobą przedstawiał Wałęsa:

papież: największy (z moralnej wagi gatunkowej) „poputczik” bolszewizmu od r. 1917
prymas (Wyszyński): jeden z największych zdrajców w dziejach Polski
Wałęsa: jawny człowiek partii komunistycznej, działający na jej korzyść
„Solidarność”: totalitarny zlepek autocenzury – komuny, Kościoła, i najniższego gatunku nacjonalizmu; w szarości, nudzie i zakłamaniu. Brrr…

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy trzecim ulubieńcem Ziemkiewicza, najważniejszym przedmiotem opowiadania, okazał się nie kto inny, jak Józef Mackiewicz.

Pierwsza refleksja, jaka mi się nasunęła w tym momencie, to że ani Suworow, ani Cenckiewicz, nie są pisarzami.  (Chyba, że Ziemkiewicz używa tego słowa w pojęciu un pissage polonais, w co wątpię.)  Czytałem Suworowa niewiele i wyłącznie w angielskich przekładach, trudno mi więc ocenić literackie walory jego pisania, ale sądzę dlaczegoś, że uśmiałby się, gdyby usłyszał, że nazwano go „pisarzem”.  Zważywszy, jakie kokosy zarobił na swoich książkach, trudno pojąć, dlaczego jego angielskie przekłady są aż tak złe (czyżby oszczędzał na tłumaczach?).  Cenckiewicz zaś, jest akademikiem i publicystą.  Znowu, nie sądzę, żeby miał pretensje do literatury.  Tymczasem Józef Mackiewicz podkreślał:

Byłem – ale nie: jestem „starym dziennikarzem”. Jestem: starym pisarzem.

Zestawienie tych trzech autorów jako „odważnych pisarzy”, byłoby więc drobnym nadużyciem, i być może zasługiwałoby na kilka słów polemiki na marginesie, gdyby nie to, co miał Ziemkiewicz do powiedzenia o Mackiewiczu.  Tylko że, jak by to powiedzieć i nie spłonąć ze wstydu?  On nie ma absolutnie nic do powiedzenia o Józefie Mackiewiczu.

Żeby zaprezentować najbardziej odważnego pisarza, opowiadacz nie przedstawia jego powieści, nie pokazuje tomów korespondencji, które czyta się jak powieści, nie stawia na biurku obszernych woluminów jego publicystyki, nie wymachuje przed kamerą jednym z trzydziestu tomów Dzieł – tylko ucieka się do bajek z Pacanowa, to znaczy wyciąga cegłę Grzegorza Eberhardta, którą bardzo nam poleca (po czym dodaje bez wstydu: „polecam także i książkę Witolda [sic] Boleckiego”).

Książka Eberhardta jest infantylnym wypracowaniem, bajką pełną rzeczowych błędów i świadomego fałszu; jest impertynenckim poklepywaniem wielkiego pisarza po plecach; jest lekceważącym ćwiczeniem w egotyzmie drugorzędnego pisarczyka, który trzyma się kurczowo połów fraka ważnego powieściopisarza; jest niezdarnym paszkwilem, nieporadną napaścią na jedynego prawowitego wydawcę Mackiewicza na świecie.  W całym tym morzu wielokropków, wykrzykników, znaków zapytania i odsyłaczy donikąd – nie ma żadnej treści.  A zatem dość.  Dość o Eberhardcie, o którym napisałem i tak więcej niż na to kiedykolwiek zasłużył.   (A przy okazji pierwszego wydania pisał o jego cegle również Darek.)

Wziąwszy narratora z Pacanowa za swego przewodnika, Ziemkiewicz musiał opowiedzieć bajkę o Mackiewiczu.  W baśniowej rzeczywistości jest „do dzisiaj nie wyjaśnioną plamą na życiorysie Jana Nowaka, dlaczego z taką nienawiścią odnosił się do tego wielkiego pisarza, że starał się go zniszczyć finansowo”.  Może to jest niejasne w świecie bajkopisarzy, ale jest zupełnie oczywiste w realnym świecie, w którym obracamy się my, zwykli śmiertelnicy powyżej ósmego roku życia.  Wystarczyłoby zajrzeć do Mackiewicza, by to zrozumieć.  W bajce Ziemkiewicza Mackiewiczowie utrzymywali się „z zasiłku niemieckiego, który był przeznaczony dla przestępców”, bo rzekomo był to „jedyny sposób”, w jaki pomóc im mogli przyjaciele.  A skąd zaczerpnął bajkopisarz informację o „zasiłku dla przestępców”?  Czyżby to sam Marchołt, gruby a sprośny, objawił mu to, czerpiąc z krystalicznego źródełka, które okazało się fontanną ekskrementów zaczarowaną przez złego czarnoksiężnika?  Mackiewiczowie otrzymywali nędzną zapomogę z niemieckiego Sozialamt, ale dzięki niej Barbara Toporska mogła się leczyć na raka w dobrych szpitalach, na co inaczej nie byłoby ich stać.  Co mogą z tym mieć wspólnego niemieccy przestępcy?

Nic w tym osobliwego, że baśń Ziemkiewicza wkracza prędko w świat fantazji.  Oto z zamaszystym pociągnięciem pędzla baśniowej maniery, jego zdaniem, Mackiewicz „został zabity przez tajne służby po śmierci”.  Wielcy artyści żyją po śmierci w świadomości swoich odbiorców, ale nawet najwięksi bywają zapomniani.  Bach został odkryty na nowo w 80 lat po śmierci, a Carlo Gesualdo nie bywał słuchany przez 350 lat.  Mackiewicz natomiast należy do tych szczęsnych autorów, którzy są równie pilnie czytani dziś, jak za jego życia, i wywołują nadal równie zacięte dyskusje.  Od 1985 roku datuje się popularność jego twórczości w Polsce.  Próbowano go dezawuować piórami aparatczyków w rodzaju Michnika czy Surdykowskiego, ale bezskutecznie.  Jest czytany, ale nieobecny w prlowskich mediach, co być może nie powinno nas dziwić.

W baśni Ziemkiewicza rzecz wygląda inaczej.  Oto wielki pisarz „dał się opętać komuś”, i przekazał prawa autorskie jakiejś pani, co przez swą krecią robotę „realizuje misję służb, których już nie ma”.  Niewątpliwie jest to ta sama przebrzydła czarownica, która na rok przed urodzeniem zmarła, trzymając w ręku kwadratowe kółko.  Tak, w skrócie, wygląda (chyba) myśl opowiadacza.  „Chyba”, ponieważ trudno się niekiedy zorientować w jego skomplikowanych okresach zdaniowych.  W baśni jest równie możliwe, że służby mszczą się zza grobu, by zabić po śmierci, jak i, że zginąć można marnie z rąk służb, których nie ma.  Trudno się w tym połapać, więc spróbujmy rozwikłać ten mętlik przy pomocy zdrowego rozsądku, skoro opowiadacz nie potrafi nazwać rzeczy po imieniu.  Józef Mackiewicz i Barbara Toporska przekazali swoje prawa autorskie swemu wydawcy – Ninie Karsov.  Nie zostawili ich córce Mackiewicza, Halinie Mackiewiczównej, ponieważ postrzegali ją jako prlowską lojalistkę i mieli w pamięci, że chciała kiedyś „poprawiać” Zwycięstwo prowokacji (o czym zresztą pisze nawet Eberhardt, więc opowiadacz nie może bronić się nieświadomością rzeczy).  Pomińmy już ten drobiazg, że w 1985 roku, Mackiewiczówna nie chciała mieć nic wspólnego z trefnymi prawami autorskimi po swoim śp. Ojcu-antykomuniście.

A zatem w swoistej, baśniowej „logice” Ziemkiewicza, osoba, która odmawia uznania państwa stworzonego na mocy układu między komunistami i ich kapusiem, spełnia wolę tajnych służb (które nie istnieją), gdy nie uważa za stosowne publikowania książek największego antykomunisty w takim kraju.  Opowiadacz nie przebiera w słowach: w jego baśni Nina Karsov postępuje tak „pod kretyńskim pretekstem, że Józef Mackiewicz by sobie tego nie życzył, bo powiedział, że póki komunizm, to on nie chce w Polsce, żeby jego książki drukowano, ale już komunizmu nie ma”.  Tak jej wygarnął opowiadacz i nie nabrał nawet tchu przed rozlicznymi zdaniami podrzędnymi, przez co zapomniał zupełnie o tym spółkowaniu kapusiów z ubekami pod okrągłym stołem.

W dalszym ciągu swojej bajki, opowiadacz twierdzi, że Nina Karsov „uniemożliwia przekłady”.  Mackiewicz żalił się wielokrotnie na to, że rodacy utrącali wszelkie możliwości przekładów jego książek na Zachodzie.  Tymczasem pod kuratelą Niny Karsov ukazało się znakomite tłumaczenie Zwycięstwa prowokacji w prestiżowym Yale University Press, ukazały się także przekłady węgierskie i litewskie, czeskie i rumuńskie, oraz wybór publicystyki w przekładzie rosyjskim.  Oczywiście, że byłoby dobrze, gdyby było więcej przekładów, ale nie ma na nie popytu.  W baśniowym świecie Ziemkiewicza, Karsov „uniemożliwia także wznawianie Mackiewicza”.  „Wznowienie” to z definicji, ponowne wydanie tej samej pozycji.  Mackiewicz nie miał żadnych wznowień, do czasu aż Kontra opublikowała drugie wydania jego powieści.  Od tego czasu, wszystkie pozycje spośród 30 tomów Dzieł, są wznawiane, gdy ich poprzedni nakład zostanie wyczerpany, ponieważ takie są realia rynku, z którymi oczywiście nie trzeba się liczyć w baśniowej rzeczywistości.

Ba, mówi bajkowy narrator, ale Kontra wydaje te książki „w homeopatycznych nakładach”.  Ciekawe, skąd wie, jakie są nakłady?  W moim amatorskim mniemaniu, kiedy Witkacy wydawał przed wojną swoje książki w kilkudziesięciu egzemplarzach, to można było nazwać taki nakład homeopatycznym; kiedy Mackiewicz publikował na powielaczu swoją broszurę o Radiu Free Europe, to można było mówić o znikomej liczbie egzemplarzy, ale nie można tak określić nakładów Kontry.  Może to będzie odkryciem dla Ziemkiewicza, ale generalnie nakład jest funkcją popytu (podobnie jest z przekładami).  Wszystkie książki Mackiewicza są w polskich księgarniach, a jeżeli ich nie ma, to wystarczy poprosić księgarza, żeby zamówił je z hurtowni.  Podobnie, wszystkie są do nabycia w księgarniach internetowych.  Jeżeli ludzie ich nie kupują, to dlatego, że są przekonani nieustającą od lat propagandą baśniopisarzy, takich jak Ziemkiewicz, oraz koziołków matołków z gatunku Eberhardta, że „książek nie ma”.

„Mackiewicza ciężko czytać, ciężko znaleźć, ale właśnie dlatego trzeba go znaleźć,” wyrokuje opowiadacz, nie zaprzątając swej baśniowej narracji logiką rozumowania.  Mogę mówić tylko za siebie, ale mnie nigdy nie było „ciężko Mackiewicza czytać”.  Wręcz przeciwnie, jego potoczysta narracja, jędrna polszczyzna, słuch do dialogu i głęboka myśl, przenikająca jego pisarstwo, czyniły zeń dla mnie pisarza łatwego, ale być może jestem wyjątkiem.  Pisząc niniejsze, zajrzałem do internetowych księgarni i znalazłem bez trudu wszystkie jego książki, więc jeżeli rzeczywiście Ziemkiewicz jest zdania, że go „znaleźć trzeba”, to nie ma potrzeby wybierać się z Głupim Jasiem w poszukiwania Wody Życia, bo 30 tomów Mackiewicza znaleźć łatwo.

„Mackiewicz miał rację co do natury kolaboracji z komunizmem”, oznajmia górnolotnie nasz baśniopis.  O dziwo, i ja tak sądzę.  Ale skoro „miał rację”, to dlaczego nie wziąć z niego przykładu i nie zaprzestać kolaboracji z państwem zrodzonym pod okrągłym stołem?  „To hańba dla państwa polskiego”, grzmi dalej, ale już pogubiłem się w tych jego bajkowych wykrzyknikach.  Byłoby zaiste hańbą wydawać Józefa Mackiewicza w państwie, które zbudowano, „na umowie zawartej między dyktatorami a ich własnym agentem, kapusiem ich tajnej policji”.  „Mówienie prawdy jest misją pisarza”, ciągnie nasz opowiadacz, i za to ceni Mackiewicza.  Słusznie.  A skoro tak, to dlaczego nie mówi prawdy o tym, że książki Mackiewicza są łatwe do nabycia w prlu bis, oraz że dzieje się tak wyłącznie dzięki wysiłkom Niny Karsov?

Odwaga wydawcy

Wysiłki Kontry w ratowaniu spuścizny obojga Mackiewiczów są bez precedensu w historii polskiej literatury i publicystyki.  Słusznie Jury Nagrody Związku Pisarzy Polskich Na Obczyźnie przyznało niegdyś Ninie Karsov nagrodę za dokonania edytorskie.  A mimo to „nie było oszczerstwa, którego by Ninie Karsov oszczędzono, nie było podłości, której by Jej pożałowano…”, jak pisał profesor Wacław Lewandowski. Może tylko dla Barbary Toporskiej i dla Józefa Mackiewicza nie byłoby niespodzianką prostactwo tej nagonki, obrzydliwość kalumnii rzucanych na „tę najlepszą z możliwych do pomyślenia opiekunkę spuścizny wielkiego pisarza”.  Oni sami musieli się uporać w życiu z podobnym zalewem chamstwa i takim samym wykazali się stoicyzmem.

Teksty rozproszone Mackiewicza zostały zebrane w bibliografii w jasno określonym celu, żeby każdy mógł dotrzeć do oryginału bez borykania się z różnorodnością źródeł i niespotykanie rzadkim w polskiej publicystyce geograficznym rozprzestrzenieniem oryginalnych publikacji.  Nieprzypadkowo jednak są one rozsiane po całym świecie.  Zmuszony był publikować w efemerycznych publikacjach w Australii lub Argentynie, w mało znanych gazetach Polonii amerykańskiej, w podrzędnych pisemkach, o których rzadko kto słyszał, ponieważ odmawiano mu łam wielkich i sławnych periodyków emigracyjnych.  Pisał z goryczą do redaktora londyńskich Wiadomości o nagonce prowadzonej za pieniądze Nowaka:

Ponieważ dzieje się to jednocześnie z tym, gdy ten sam „polski desk” Radia Free Europe, a wskutek jego penetracji i cała emigracyjna prasa polska pełna jest rozdzierania szat z powodu prześladowania lub nagonki na tego lub innego komunistę polskiego w Warszawie (Kuroń, Modzelewski, Kołakowski etc. etc.) – uważam milczenie w mojej sprawie ze strony wolnych pisarzy polskich za objaw wyjątkowo hańbiącego zakłamania.

To hańbiące zakłamanie było przyczyną, że czuł się osamotniony na emigracji, ale było także wezwaniem do odwagi, do bezkompromisowości w wypowiadaniu prawdy.

Żadne gremium literackie nie zajęło stanowiska wobec poniżającego wolność słowa i twórczości literackiej wystąpienia przeciwko mojej powieści Lewa wolna czynników „urzędowych” emigracyjnych. Mimo iż komunikat Instytutu im. Piłsudskiego, dwa zebrania publiczne SPK, przebieg tych zebrań i tekst broszury wydanej przez SPK pt. W obronie prawdy historycznej, w zestawieniu ze stenogramem procesu Siniawskiego, Daniela etc. w Moskwie – narzuca daleko idące analogie.

Ziemkiewicz ma rację.  Józef Mackiewicz był odważnym pisarzem.  Mężnym ponad zwykłe standardy odwagi.  I miał szczęście znaleźć odważnego wydawcę, który pomimo nagonek ze strony różnych odłamów emigracji, pomimo wrogiego nastawienia wszechpotężnych (wydawałoby się) instytutów i kół emigracyjnych, wbrew nieskrywanej nienawiści tych wszystkich Korbońskich, Garlińskich i Nowaków, podjął się wydawania jego książek.  A później, pomimo globalnej psychozy, by poddać się prowokacji pt. „upadek komunizmu”, odmówił i odmawia nadal publikacji pism wielkiego antykomunisty w kraju, którego „aktem założycielskim jest umowa zawarta między dyktatorami, ustępującą władzą, a ich własnym agentem, kapusiem ich tajnej policji”, że pozwolę sobie raz jeszcze posłużyć się słowami Ziemkiewicza.  Mackiewicz, jeżeli patrzy na to z niebiesiech, to z ironicznym uśmiechem:

Zawsze uśmiecham się z melancholią, gdy czytam zwroty o czyjejś „odwadze” pisarskiej etc. etc. „Odwagę” wykazuje w danym wypadku nie autor, lecz wydawca, redaktor, który puszcza do druku. Mój Boże, żeby mi pozwolono pisać co chcę!

Oboje Mackiewiczowie znaleźli w Ninie Karsov nieustraszonego wydawcę.  Odwaga wydawcy zaowocowała w tym wypadku niezrównanym wydaniem 30 tomów Dzieł Mackiewicza, wydaniem dzieł jego żony, odnalezieniem tekstów uważanych przez lata za bezpowrotnie zaginione, publikacją artykułów nigdy przedtem nie publikowanych i krytyczną edycją korespondencji.  A wszystko to zrobione zostało z pietyzmem i profesjonalizmem.

Męstwo jest w tym wypadku może mniej kardynalną cnotą, a bardziej koniecznością, jest naturalną postawą człowieka wolnego wobec potopu chamstwa i tępoty.  Być może najlepiej podsumowała kwestię odwagi pisarzy Barbara Toporska, pisząc:

Zdrową opinię publiczną poznaje się po tym, że nikt nie potrzebuje odwagi cywilnej do wypowiadania swoich własnych sądów.

W prlu bis nadal potrzeba odwagi, by mówić, kim naprawdę był Lech Wałęsa.  Męstwem okazuje się odmowa wydawania tam powieści Józefa Mackiewicza.  Wychodzi na to, że aktem dzielności jest mówić prawdę o nim.  Oby potrafił znaleźć w sobie tę odwagę pan Rafał Ziemkiewicz.  Niechby przejrzał i dostrzegł zasługi wydawcy, zamiast rzucać bezpodstawne oskarżenia, a byłoby w tym coś więcej niż tylko cywilna odwaga wypowiadania swych własnych sądów.  Trzeba bowiem nie lada dzielności, by umieć przyznać się do błędu.  Zdaje się, że w prlu bis to wymaga prawdziwej brawury.



Prześlij znajomemu

52 Komentarz(e/y) do “Baśń o odwadze pisarzy”

  1. 1 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Szczególnie podkreślasz odwagę Mackiewicza. Piszesz nawet, że był „mężny ponad zwykłe standardy odwagi” i trudno się z tym nie zgodzić. Zdaje mi się jednak, że odwaga była mu potrzebna w o wiele mniejszym stopniu co innym. Zarówno w życiu jak i w pisaniu kierował się rzadko w przyrodzie występującym imperatywem mówienia prawdy – więc inaczej po prostu by nie chciał.

    Odwaga (w wyjątkowo dużej dawce) potrzebna jest takim kreaturom jak Ziemkiewicz, którzy doskonale zdają sobie sprawę z czynionego świństwa, a jednak brną w tym dalej z wypchniętą do przodu piersią i otwartą przyłbicą. To dopiero dzielność.

  2. 2 michał

    Darek,

    Masz oczywiście rację, ale chyba tylko do pewnego stopnia. Bywają ludzie, dla których odwaga jest nadrzędną pseudo-wartością, a wówczas nieważne co się robi, byle zachować hart ducha. Taka odwaga przeradza się na ogół w zuchwałość, a ta rzadko bywa widziana jako cnota. Zbrodniarze są często odważni.

    Dla innych natomiast, odwaga jest tylko wtórną cechą, zrodzoną z innych powinności. Znajdują w sobie odwagę, by mówić prawdę, jak to słusznie mówisz o Mackiewiczu, albo by walczyć w obronie słabszego.

    Trafnie chyba określa to klasyczna etyka tomistyczna, mówiąc, że jest jeden Naczelny Imperatyw moralności, na którym opiera się cały gmach: czyń dobro, unikaj zła. To z niego dopiero wynika nakaz mówienia prawdy i unikania kłamstwa, i temu podobne. Nie na darmo, cnoty określane są w tej tradycji jako sprawności. Odwaga byłaby więc nastawieniem, sprawnością, do działania zgodnie z wolą wypełnienia Naczelnego Imperatywu.

    Zmierzam do tego, że masz rację, kładąc nacisk na drugorzędny charakter odwagi, ale ktoś, kto kierowałby się nakazem mówienia prawdy, a pozbawiony byłby odwagi, nie mógłby zaiste postępować tak, jak Mackiewicz, wobec tak szeroko zakrojonej nagonki.

  3. 3 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Wspaniale wyłożyłeś istotę tomistycznej etyki; jest jak surowa lecz piękna gotycka świątynia. Bardzo to pouczające i piękne.

    JM o wierności prawdzie pisał tak: „I doprawdy nie rozumiem, dlaczego starzejący się ludzie tak przeważnie wykazują skłonność do kompromisów, a tracą ochotę do tzw. ‚buntu’. Zostaje kilka lat życia, co już tam ubiegać się o jakieś przystosowanie! Wszystko jedno, do grobu korzyści z tego się nie weźmie; lepiej już zabrać własne przekonanie. Niech z tym zasypią, czort z nimi!”

    I można by się w tym miejscu zatrzymać. Odnoszę jednak wrażenie, że byłby to błąd. Mackiewiczowski imperatyw nie był po prostu imperatywem moralnym, ale czymś więcej: imperatywem poszukiwania sensu, ciekawością świata, ludzi i Tego co ponad nimi. Prawda była mu niezbędnym narzędziem.

  4. 4 michał

    Darku drogi!

    Gdzież mnie wykładać i pouczać? Gdzież mi do surowości i piękna? Gotycka katedra, to owszem, to lubię, rzekłem, to lubię, ale nic nie było w moim komentarzu monumentalnie katedralnego ani gotyckiego. Ja, tak bardziej przyziemnie, gonię za żywiołkami drobniejszego płazu.

    Nie sądzę jednak, żeby dało się utrzymać twierdzenie, że obiektywnie istnieć mogą wyższe imperatywy ponad moralne, a tak zdajesz się sugerować w słowach „Mackiewiczowski imperatyw nie był po prostu imperatywem moralnym, ale czymś więcej”. (Choć z pewnością nie zgodziłby się ze mną żaden politruk, bo im pchać nogą moralne obowiązki, dla nich dobro partii uber alles, ale pewnie nie o nich idzie.) Powinność mówienia prawdy, nie może chyba być „czymś mniej” niż „ciekawość świata”. Pozwolę sobie użyć wyrażenia mniej potocznego: „ciekawość świata” nie należy do porządku deontologicznego (a jeśli ewentualnie mogłaby należeć, co jest możliwe tylko pod pewnymi warunkami, które wydają się mało możliwe, to raczej nie mogłaby się znaleźć powyżej moralnego nakazu mówienia prawdy).

    Żyjemy w świecie, w którym bezustannie, na każdym kroku, słyszy się absurdy w rodzaju, że „wolność jest najwyższą wartością”; albo „demokracja jest wartością nadrzędną”. W rzeczywistości, wolność jest warunkiem działania, a demokracja jednym z wielu systemów politycznych, i ani jedno, ani drugie nie może być wartością. Nie przykładajmy się do tego uniwersalnego pomieszania pojęć.

    Ale bardziej mnie zaniepokoiły Twoje ostatnie słowa. „Prawda była mu niezbędnym narzędziem.” Narzędziem do czego? Czyżbyś poważnie twierdził, że Józef Mackiewicz traktował prawdę instrumentalnie? Mam wrażenie, że nie mogłeś mieć tego na myśli, ale na to chyba wyszło. Sądzę, że dla Mackiewicza prawda nie była nigdy środkiem, a zawsze celem. Występował całe życie, przeciw traktowaniu prawdy utylitarnie. Tak mi się zdaje. Jeżeli prawda była dla niego narzędziem, to dlaczego uczynił z niej centralną kategorię swej twórczości?

  5. 5 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Pasjonująca jest ta Twoja umiejętność doszukiwania się błędów tam gdzie ich nigdy nie było. Napisałem „czymś więcej”, a Tyś się chyżo ucieszył, że jest o co zahaczyć. Słowa w swej niezwykłej magii mają na ogół więcej niż jedno znaczenie, a filozofia nie jest jedyną dziedziną, w której są wypowiadane. „Ciekawość świata” może i nie należy do porządku deontologicznego, ale z całą pewnością jest dobrze wkomponowana w naturę ludzką.

    Mackiewicz przez całe życie kierował się wyjątkowo silną potrzebą poznawania świata. Była dla niego życiowym nakazem. Imperatywem nie tyle (i nie tylko) mówienia, co poszukiwania prawdy.

  6. 6 amalryk

    Papla ten Ziemkiewicz bez ładu i składu. Też mi wynalazł bohaterskie towarzystwo. Kadrowego czekisty, postaci wysoce podejrzanej, której wiekopomne zasługi dla światowej historiografii mają zasadzać się na odkryciu że Soso dopóki tylko mógł to futrował Hitlera. No, no! (Ale pamiętam, że Aleksander Wat w „Moim wieku” mówił dokładnie to samo…) Zaś cała pozostała twórczość Rezuna to kuplety wyśpiewywane ku chwale Stalina i krasnoj armieji.

    Z drugiej strony peerelowski historyk, którego zdaniem Ziemkiewicza, najcenniejszy laur do wieńca chwały, polega na odkryciu niejakiego Bolka – ubeckiego kapusia, którego w nieodgadnionym poczuciu czekistowskiego humoru, tubylczy kagiebowscy rezydenci postanowili uczynić prezydentem „niepodległej Polski”. No cóż, jaka niepodległość taki i prezydent chciałoby się rzec. (Tylko że kapusiostwo Bolka to tajemnicą poliszynela od trzydziestu lat chyba jest?)

    No i te powielane w nieskończoność kalumnie pod adresem Niny Karsov… Brrr.

  7. 7 Dariusz Rohnka

    Panie Amalryku,

    Pewnie Pan pamięta, że kwestia wiarygodności Rezuna była dyskutowana na WP blisko 3 lata temu przy okazji tekstu Michała:
    http://wydawnictwopodziemne.com/2018/04/03/jak-rozpetalem-ii-wojne-czyli-wiktor-suworow-i-jozef-mackiewicz/

    Ten wróg i admirator związku sowieckiego w jednej postaci, jasno przewidział, na rok przed zdarzeniem, burzenie berlińskiego muru, co dobrze mu się rymowało z sukcesem pierestrojki.

    Że Bolek Bolkiem to chyba wiadomo od bardzo dawna. Walentynowicz, Gwiazdowie wiedzieli o tym przynajmniej od strajków, Znamierowski (bodaj tak się nazywa autor książki „Zaciskanie pięści”) opisał to (na podstawie rozmów z A. Kołodziejem) pod koniec l. 80., ale informacje o agenturalności elektryka krążyły wcześniej. Książka Cenckiewicza, na pewno interesująca, zakładam – wnosi wiele cennych informacji, ale z całą pewnością nie odkrywa agenturalnej Ameryki. To śmieszne.

  8. 8 michał

    Darek, bardzo się cieszę, że Cię to tak fascynuje, w końcu, fascynacja jest lepsza niż nuda. A jednak mogę Cię zapewnić, że ani się nie ucieszyłem, ani Cię nie zahaczyłem, a już na pewno nie zrobiłem tego „chyżo”! Co za pomysł! Nie mam zwyczaju cieszyć się, gdy ktokolwiek pisze „czymś więcej”. Nie mam nawyku szukania błędów u bliźnich, ani zahaczania ludzi. Natomiast kiedy Dariusz Rohnka mówi takie rzeczy o Józefie Mackiewiczu, to robi mi się smutno i żałośnie, i najchętniej dałbym nura pod kołdrę. Tylko, zaraz. Skąd właściwie ta maniera, żeby wmawiać mi, co ja myślę, jak się czuję, jakie intencje mną powodują? Czy nie mógłbyś mi zrobić tej przysługi i odnosić się do moich wypowiedzi, a nie do tego co Ty myślisz, że mnie cieszy? Wypowiadam się tu bardzo często i chyba nie muszę udowadniać, że na ogół wypowiadam się jasno, a kiedy nie, to proszę o wybaczenie i staram się uściślić. Jeżeli ktoś mnie przekona, że nie mam racji, to przyjmę to nie tylko z pokorą, przyjmę właśnie z radością, bo oto przestanę się niniejszym mylić. Dlaczego więc wmawiasz mi uciechę, gdzie panuje smutek, a odmawiasz mi uciechy z przekonania mnie?

    „Coś więcej” jest w miarę jednoznacznym określeniem i nie podlega tysiącom możliwości interpretacyjnych. „Nie był imperatywem, ale czymś więcej”, to nie jest doprawdy dwuznaczne.

    Podobnie z „narzędziem”. Uznanie prawdy za narzędzie, to jej redukcja, traktowanie jej w sposób instrumentalny. Zdawałoby się, że to dość oczywiste, wystarczyłoby się z tego wycofać i sprawa zamknięta, ale jak sobie życzysz.

    „Mackiewicz przez całe życie kierował się wyjątkowo silną potrzebą poznawania świata.” Pięknie, a z czego to wynika, jak nie z dążenia do prawdy? Czyżby chciał poznać świat w jego kłamstwie? Na czym polega zapisana w naszych duszach potrzeba prawdy? Mackiewicz na ogół wiedział, co mówi, i warto go słuchać. Otwarcie i wprost stawiał prawdę w centrum swej twórczości. Dlaczego to jest nagle dyskusyjne? Dlaczego ma nagle być funkcją „ciekawości świata”? Możemy się z nim nie zgadzać – cudownie, jeśli tylko uzasadnimy tę niezgodę – ale lepiej powiedzieć to wprost, niż chodzić opłotkami.

  9. 9 Andrzej

    Ziemkiewicz jest „cały z peerelu”. On myśli peerelem jak wszystkie „tuzy” tutejszej, żałosnej „prawicy”. Różni się od innych tym, ze robi to z uśmiechem na twarzy. Ale to kabareciarz i fantasta. Co się dziwić, że to takie pokręcone i kupy się nie trzyma? To peerel (nowy, wspaniały). Tutaj mówią jednym tchem, że niepodległa, walczą o „suwerenność”, o „lepszą Polskę”, o „większy patriotyzm” ale po wódce pomstują że to wszystko agentura i wsi, itd. A gdy trzeba wspierają peerel bo „tylko taką Polskę mamy”. To raczej żałosne niż zdumiewające. Logiki w tym nigdy nie było, nie ma i nie będzie. Powiedziawszy „a” nie mówi się „b” bo to by zburzyło całą, z mozołem wybudowaną, konstrukcję. A wtedy rozpacz. Bez nadziei, bez pieniędzy, bez peerelu!

    Mackiewiczem każdy z nich sobie gębę wyciera. Bo chcieliby go mieć na własność, żeby był „nasz”, peerelowski, a Karsov nie pozwala. Więc trują.

  10. 10 michał

    Bardziej żałosne niż zdumiewające, to jest dobrze powiedziane, Panie Andrzeju. Jednak zdanie o „akcie założycielskim kraju, w którym żyjemy”, państwa zbudowanego na układzie „między dyktatorami a ich własnym agentem, kapusiem ich tajnej policji”, przy całej reszcie tego prlowskiego bełkotu, nie przestaje mnie zdumiewać. To jest jak gdyby brakowało połączenia w mózgu. Co oczywiście jest także żałosne.

  11. 11 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Przejdźmy do konkretów.

    „Czymś więcej” – łaskawie narzucasz frazie swoje, nader wąskie, rozumienie. Twoja rzecz. Moją wolą przypisywać jej odmienne znaczenie, w tym przypadku „jeszcze”, „dodatkowo”. A zatem „coś więcej” jest wieloznaczne, a jeśli by wątpliwości nadal nie dawały Ci żyć, proponuję sięgnąć do słownika synonimów.

    Czy mam kontynuować i proponować to samo w odniesieniu do słowa „narzędzie”. Zapewne nie, bo będzie to przecież marnowaniem czasu. „Narzędzie” to coś co wypada używać „instrumentalnie”, nie bacząc na jego przeznaczenia, nieprawdaż? Tak twierdzi komentator, który nie ma nawyku szukania błędów u innych. Bardzo przekonujące.

    Napisałem: „Mackiewicz przez całe życie kierował się wyjątkowo silną potrzebą poznawania świata.” I cóż się okazuje? Takie ujmowanie twórczości Pisarza jest absolutnie niedopuszczalne.

    Bo, jakże to, zapytujesz, wolny od wszelkiego sarkazmu: „…z czego to wynika, jak nie z dążenia do prawdy? Czyżby chciał poznać świat w jego kłamstwie?”

    Odpowiadam: Z ciekawości tego wszystkiego, co nas otacza, z chęci poznania.

    Dążenie do prawdy nadaje wartość poznaniu, ale ciekawości nie wyprzedza. Bohaterowie Mackiewicza są przede wszystkim ciekawi świata, ludzi, zdarzeń oraz last but not least przyczyny tego wszystkiego co nas otacza?

    Zadając pytanie nie pragną w odpowiedzi usłyszeć kłamstwa, poza nielicznymi przypadkami. Czy zatem spodziewają się wyłącznie prawdy w odpowiedzi?

    Weźmy dla przykładu rozmowę o przyczynach rządzących światem pomiędzy Miasojedowem a Pachitonowem. Czy który z tych oficerów w naiwności swojej mógłby oczekiwać, że usłyszy prawdę od rozmówcy? Otóż nie. Obaj wiedzą doskonale, że wobec złożoności zagadnienie prawda dla obu jest niedostępna. Dlaczego zatem pytają, co nimi powoduje?

  12. 12 michał

    „Zgadzam się z przedmówcą. Przejdźmy od słów do konkretów. Chciałem powiedzieć kilka słów.”

    Jeżeli „coś więcej” jest wieloznaczne, bo oznaczać może coś więcej, to ja wymiękam. Braknie mi odwagi, uciekam pod kołdrę.

    „Każdy może, krytykować, a mam wrażenie, że dopuszczenie do krytyki, panie, tu nikomu tak nie podoba się. Tak więc z punktu, mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było, tylko aplauz i zaakceptowanie tych naszych, prawda, punktów, które stworzymy.”

    Ciekawość świata wywodzi się z apriorycznej potrzeby poznania prawdy, jest jej praktycznym przejawem. Ale ja nie jestem odważny „pissage”, więc chowam się, unikam, schodzę do katakumb, jeżeli dla Mackiewicza prawda była nieciekawa.

    „Ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę.”

  13. 13 Dariusz Rohnka

    Dal Mackiewicz prawda była nieciekawa? No to ciekawe jest.

  14. 14 michał

    Otóż to i właśnie. Prawda? Że ciekawa?

  15. 15 Sonia

    To bardzo ciekawe ze Rafal Ziemkiewicz tak chwali tworczosc i odwage Mackiewicza. Podejrzewam jednak ze nie czytal wszystkich jego dziel, a jezeli czytal, to dosc nieuwaznie. Ziemkiewicz to czysty przedwojenny endek, nacjonalistyczny do szpiku kosci, wielki milosnik Dmowskiego. A Mackiewicz to jeden z najbardziej antynacjonalistycznych polskich pisarzy. Po Ziemkiewiczu spodziewalabym sie raczej ostrej polemiki z pogladami Mackiewicza, a nie pochwal. Wsrod obecnych znanych prawicowych publicystow i historykow, najblizszy Mackiewiczowi jest prawdopodobnie Piotr Zychowicz (tez rodem z Litwy). Ziemkiewicz jest bardzo daleki od Mackiewicza, ale chyba nie zdaje sobie z tego sprawy.

  16. 16 Andrzej

    Myślę Soniu, że zdaje sobie z tego sprawę. Nacjonalizm Ziemkiewicza jest niepodważalny tak jak antynacjonalizm Mackiewicza. Ale Ziemkiewicz stary, peerelowski wyjadacz” i wie doskonale jak odwrócić kota ogonem, robi to od dawna. Jeśli się jest w „kapitule” peerelowskiej „nagrody im. Mackiewicza” (do spółki m.in. z Michalkiewiczem) i przyznaje się ją innym nacjonalistom to należy to jakoś uzasadnić przed mało rozgarniętą gawiedzią.

    Z drugiej strony, skoro Mackiewicz jest czytany w peerelu i ma dobre notowania, czy nie byłoby wskazane zrobić z niego jednego z „filarów” obecnego tworu? Wzorzec odwagi, patriotyzmu i co tam jeszcze (nacjonalizmu jednak się nie da, chyba że „na rympał” – nie takie rzeczy są tu na porządku dziennym). A że przy okazji Mackiewiczowi się napluje w twarz narzucając mu poglądy które zwalczał albo których nie miał, nic to. Przysłoni się to „brakiem Mackiewicza w księgarniach” i pomstowaniem czy kalumniami na tych, którzy nie dają Ziemkiewiczowi i jemu podobnym Makiewicza zawłaszczyć dla siebie.

  17. 17 michał

    Droga Soniu,

    Ja oczywiście nie mam zielonego pojęcia, czy Ziemkiewicz jest endekiem, bo go nigdy nie czytałem, ani czytać nie zamierzam po takiej próbce. Nie wątpię jednak, że masz rację, endek i tyle. Warto jednak zwrócić uwagę, że endecy mają w zwyczaju zagarniać do swego namiotu każdego wielkiego twórcę, byle tylko był Polakiem. Zmarli nie mogą się bronić, a ci którym nie sposób odmówić wielkości, mogą być upupieni bez większego wysiłku: Słowacki wielkim poetą był.

    Co powiedziawszy, myślę jednak, że Mackiewicz jest w tym względzie szczególnym przypadkiem.

    Za życia, jego rozliczni wrogowie odmawiali wszelkiej rzeczowej dyskusji z jego argumentacją, kryjąc się za tzw. „sprawą Mackiewicza”, a w rzeczywistości za nagonką prowadzoną przez takich jak oni od dziesiątek lat. Celem nagonki było zamknięcie mu ust, ale z czasem stała się także parawanem. Można było rozmawiać o „sprawie” – można tu było wyjść na „liberała”, domagając się nieśmiało „tolerancji – ale nie o jego bezpardonowej krytyce polityki polskiej, nie o jego bezkompromisowej postawie wobec bolszewizmu, nie o jego antynacjonalizmie.

    Po jego śmierci, w początkach lat 90., stworzono „drugą sprawę Mackiewicza” w postaci nagonki na jedynego legalnego wydawcę jego dzieł. I zamiast zastanowić się nad meritum tego, co Mackiewicz miał do powiedzenia, pisano artykuły i książki o wydumanej, nie istniejącej „drugiej sprawie”. Tak na pewno jest wygodniej, nie trzeba zaprzątać sobie głowy czytaniem antykomunisty, można w zamian dać odpór wrażym potęgom. Nie zdziwiłbym się wcale, jeżeli Michalkiewicz czy Ziemkiewicz nigdy Mackiewicza nie czytali. Po co? Mogą wyrazić swój „słuszny gniew” bez wnikania w szczegóły. Szczegóły, które byłyby dla nich bardzo niewygodne. Tymczasem „druga sprawa” pozwala im znowu zbyć milczeniem meritum. Nie na darmo, wśród naszych „Polemik i wątków” mamy osobny wątek dotyczący samego Mackiewicza „Meandry mackiewiczologii”, a obok drugi pt. „Cham chamem”, o historii napaści na Ninę Karsov – nie ma pomiędzy nimi wiele wspólnego.

    A zatem nie należało się spodziewać po Ziemkiewiczu ostrej polemiki z Mackiewiczem, bo o wiele bezpieczniej dla niego – napaść na zasłużonego wydawcę.

  18. 18 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Przytoczenie „nagrody im. JM” w tym kontekście, wydaje mi się bardzo trafne. Nazwisko pisarza działa tu jako doskonały parawan. Ziemkiewicze i Michalkiewicze mogą się afiszować jego osiągnięciami, nie zwracając żadnej uwagi na treść jego wypowiedzi. Jak dentyści-sadyści wyrywają poszczególne zdania z twórczości pisarza i przemieniają je w slogany. „Jedynie prawda jest ciekawa” jest tylko jednym z przykładów. A za parawanem chuć, ruja i porubstwo.

    A przy tym wszystkim, jak Pan słusznie zauważa, mogą sobie pluć na tych, którzy nie pozwalają tym panom Mackiewicza zawłaszczyć.

    Ech ty, bolszewicka twoja chrząstka…

  19. 19 Sonia

    Andrzej,
    Michal,

    Oboje wspomnieliscie o Michalkiewiczu. To nieco inna odmiana prawicowca, o bardziej antysemickich pogladach, choc z drugiej strony o bardzo „zydowskim” poczuciu humoru. On akurat zna Mackiewicza doskonale, a ideologicznie jest bardzo bliski autorowi „Schwarze Bor” i „Jak to bylo naprawde w Brzesciu” (czyli Mackiewiczowi przedwojennemu). Pochwala nawet jego ksiazki „watykanskie”. I jest rowniez ofiara podobnych nagonek jak kiedys Mackiewicz.

  20. 20 Andrzej

    Skąd wiesz Soniu, że Michalkiewicz „zna Mackiewicza”. Ideologicznie jest bliski „przedwojennemu” JM? To chyba żart. Czy możesz to rozwinąć? Mackiewicz, nawet pisząc krytycznie o kimś, szanował go. Moim zdaniem, także w przedwojennej publicystyce, w „Schwarce Bor” także. Nie widzę żadnej analogii. JM to człowiek myślący i kulturalny, a Michalkiewicz to klaun i barbarzyńca.

    Michalkiewicz wali cepem, bo tylko to potrafi i to przysparza mu publiczności. Nacjonalista? Jeśli tak, to wyjątkowo głupi i prymitywny albo takiego udaje. Nie potrafi nawet podać porządnych argumentów na swoje „tezy”. Wszystko co głosi opiera na „spiskach” i na swojej rzekomej „błyskotliwości”. Szkoda na to czasu. On w ogóle nie zna Mackiewicza, tylko usiłuje się pod niego podczepić i na tym wozie jechać kiedy mu wygodnie.

  21. 21 michał

    Droga Soniu,

    Pisałem tu kiedyś o Michalkiewiczu. http://wydawnictwopodziemne.com/2018/02/19/boze-strzez-mnie-od-przyjaciol-z-wrogami-sam-sobie-poradze/ Doprawdy, nie jestem pewien, czy ten facet czytał Mackiewicza. Nb. w dyskusji pod owym artykułem był także przywołany Zychowicz. Czy on naprawdę wart jest czasu? Pytam poważnie. Straciłem dość czasu w życiu na lekturę rzeczy, które nie były tego godne.

    Muszę jednak dodać, że nie mogę się z Tobą zgodzić, co do „ideologicznej bliskości” Michalkiewicza z Mackiewiczem przedwojennym. Przeczytałem wszystko, co Mackiewicz napisał. W wielu artykułach przed wojną wyrażał opinie, które nie dość, że są mi osobiście niesympatyczne, to sam Mackiewicz nie mógłby się z nimi zgodzić po wojnie.

    A jednak, kiedy pisał po wojnie, że „trochę mieli rację” ci, którzy go uważali za antysemitnika w przedwojennym Wilnie, to nadal ten jego „antysemityzm” nie był nigdy na takim poziomie jak prlowski antysemityzm Michalkiewicza. W przedwojennej Polsce gospodarcza potęga Żydów, ich ilość i odrębność, była problemem dla myślicieli takich jak Zdziechowski, których nikt nie ośmieliłby się oskarżyć o antysemityzm. Mackiewicz po prostu stanął po stronie, którą nazywał „chrześcijańską” (co też jest znaczące, bo on odrzucał hasło „Polak-katolik”), w gospodarczej wojnie, toczącej się w Polsce w drugiej połowie lat 30. Trudno przypisać takie stanowsiko Michalkiewiczowi.

  22. 22 Sonia

    Andrzej,

    Dwie osoby moga miec podobne poglady polityczne, a jeden z nich jest „myslacy” i kulturalny, a drugi to klaun i barbarzynca. Albert Speer mial identyczne poglady polityczne jak Julius Streicher. Absolutnie nie chcialam porownywac Mackiewicza z Michalkiewiczem. Chcialam tylko zaznaczyc, ze w odroznieniu od Ziemkiewicza, ktory reprezentuje zupelnie inne poglady polityczne (a wiec jego zachwyty nad Mackiewiczem sa troche dziwne), Michalkiewicz nie jest ani endekiem, ani nacjonalista (z wyjatkiem Zydow, na punkcie ktorych ma solidna obsesje). Bylo to wiec porownanie Ziemkiewicza z Michalkiewiczem, a nie z Mackiewiczem.

  23. 23 Sonia

    Michal,

    „Zychowicz. Czy on naprawdę wart jest czasu? Pytam poważnie.”

    Jest wart. Jest i „myslacy” i kulturalny. A konia z rzedem temu, kto znajdzie jakas roznice ideologiczna miedzy pogladami Zychowicza i Mackiewicza…

  24. 24 michał

    Soniu,

    OK, to jest interesujące. Np. co Zychowicza należy przeczytać?

    Ale ten koń z rzędem? Powiedziałaś najpierw o Michalkiewiczu: „zna Mackiewicza doskonale, a ideologicznie jest bardzo bliski autorowi „Schwarze Bor” i „Jak to bylo naprawde w Brzesciu” (czyli Mackiewiczowi przedwojennemu)”.

    A po chwili: „Absolutnie nie chcialam porownywac Mackiewicza z Michalkiewiczem. Chcialam tylko zaznaczyc, ze w odroznieniu od Ziemkiewicza, ktory reprezentuje zupelnie inne poglady polityczne (a wiec jego zachwyty nad Mackiewiczem sa troche dziwne), Michalkiewicz nie jest ani endekiem, ani nacjonalista”.

    Więc jak to jest?

  25. 25 Sonia

    Michal,

    Mackiewicz i Michalkiewicz to zupelnie inni ludzie. Roznia sie ogromnie i temperamentem, i talentem, i kultura, i rozumem, i szacunkiem do innych. Ale jesli chodzi o ich poglady polityczne, to nie ma miedzy nimi wiekszych roznic. Z wyjatkiem antysemityzmu Michalkiewicza. To troche tak jak Zdziechowski i Dab-Biernacki. Obaj byli pilsudczykami, ale ten pierwszy to wybitny umysl o wielkiej kulturze, a ten drugi to dosc tepy prostak.

    A co do Zychowicza, zycze milej lektury. „Zydzi” i „Zydzi 2″ sa najlepsze. „Pakt Piłsudski-Lenin czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium” jest najblizszy pogladom Mackiewicza.”Pakt Ribbentrop-Beck czyli jak Polacy mogli u boku Trzeciej Rzeszy pokonać Związek Sowiecki” rowniez jest swietny. Za „Obłęd ’44 czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie”, na Zychowicza zorganizowano haniebna nagonke. „Wołyń zdradzony czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA” tez polecam. A „Germanofil. Władysław Studnicki. Polak, który chciał sojuszu z III Rzeszą” to rozwiniecie watku ktory Mackiewicz podjal w kilku powojennych artykulach.

  26. 26 michał

    Droga Soniu,

    Dziękuję za imponującą listę. Nie wiem, czy zdołam to wszystko przeczytać. Wygląda na to, że autor jest po prostu rozsądny i opisuje rzeczy zgodnie z prawdą. To zapewne zbliża go do Mackiewicza, ale nie czyni koniecznie ich poglądów bliskimi. Wydaje mi się, że znam tamte wydarzenia, wiem, jak było, a generalnie rzecz biorąc, nie lubię czytać po to, by się utwierdzić, wolę raczej wyzwanie dla moich przekonań. Może jednak się za to zabiorę.

    Zdziechowski i Dąb Biernacki, to zabawnie powiedziane, i osiągnięcie, że zdołałaś postawić chama w jednym zdaniu z wielkim profesorem. Marian Zdziechowski w żadnym wypadku nie był „piłsudczykiem”. Był życzliwy Marszałkowi, to na pewno, nawet podziwiał go, ale nie należał do „obozu”, nie przyłączył się nigdy do „klaki”, obce i obrzydliwe były chyba dla niego wszystkie te gorszące elementy „kultu”, tak typowe niestety dla piłsudczyków.

  27. 27 Sonia

    Michal,

    „wolę raczej wyzwanie dla moich przekonań”

    W takim razie zacznij od „Wołyń zdradzony”, bo to jest najmniej „mackiewiczowskie” dzielo Zychowicza…

  28. 28 michał

    Bardzo dziękuję, Soniu. Może się zdobędę. Jest takie mnóstwo pięknych rzeczy, których nie przeczytałem, a czasu coraz mniej. Ale może się wezmę za Zychowicza.

  29. 29 Sonia

    Michal,

    Jesli pragniesz „pieknych” rzeczy, to zamiast Zychowicza, polecilabym raczej ten japonski film z 1938 roku. https://www.youtube.com/watch?v=cSBUgztLVt4. Trudno uwierzyc ze cos takiego moglo powstac pod tak militarystycznym i imperialistycznym rezimem…

  30. 30 michał

    Soniu, z przyjemnością obejrzę coś pięknego, bo mało piękna dają ostatnio, nic tylko w domu siedzieć, żeby Bill Gates mógł łatwiej podsłuchiwać, co myślę.

    Jeżeli Japońcy byli równie militarystycznym i imperialistycznym reżymem, co ci paskudni Żandarmi Europy, dynastia Romanowych, to należy się od nich spodziewać dzieł na miarę Dostojewskiego, Tołstoja, Gogola, Puszkina, Turgieniewa, Gonczarowa, Czechowa, Leskowa, Bunina, Czajkowskiego, Mussorgskiego Rachmaninowa i im podobnych

  31. 31 Andrzej

    „Podobieństwa ideologiczne”? Co Michalkiewicz albo Zychowicz twierdzą na temat „Solidarności”, o prymasie Wyszyńskim i o papieżu Janie Pawle II? Co głoszą na temat „demokratycznej opozycji” w peerelu, którą nb. Michalkiewicz także organizował? To co sądził na ten temat Józef Mackiewicz zacytowane jest powyżej. To jest różnica.

    Zychowicz jest publicystą historycznym. Niczego nie odkrywa tylko stara się przybliżać tezy i postaci sprzeciwiające się narodowej „mitologii”. Za to jest nielubiany przez tutejszych, patriotycznych mitomanów (Panu Michałowi polecałbym „Skazy na pancerzach”, gdzie Zychowicz sporo „wykorzystuje” Mackiewicza). Dla kogoś jest to może dostatecznie wiele aby go polecać innym ale ja aktualnie sądzę, że to tylko pozory. Jeśli chodzi o mitologię „niepodległej Polski”, jej genezę („upadek komunizmu” etc.), Zychowicz maszeruje w jednym szeregu z piewcami mitu – wciskaczami kitu (kiedyś w dyskusji podawałem linkę). Dzięki temu pozostaje wciąż „w obiegu” jako „znany dziennikarz” (ma swój comiesięczny dodatek historyczny do popularnego wśród tutejszych „prawicowców” tygodnika i swój „kanał” YT). To znana postawa w peerelu i niezbyt nowa (przykładem Kisielewski): „pod prąd” w wybranych, mniej ważnych kwestiach ale „z prądem” w kwestiach podstawowych. Józef Mackiewicz był konsekwentny w dążeniu do poznania prawdy na każdy temat i wyrażania co myśli – za wszelką cenę. Dla niego znaczenie miały przede wszystkim kwestie podstawowe. Jednoznacznie określał komunistyczne „demokratyzacje” i „liberalizacje” jako prowokacje i nie sądzę, aby był innego zdania wobec zainscenizowanego „upadku komunizmu”.

  32. 32 michał

    Panie Andrzeju,

    To brzmi przekonująco i prawdopodobnie. Oczywiście ufam Panu bez zastrzeżeń, ale jak Pan wie, nie śledzę, co się tam w prlu pisuje. Jeśli go nie lubią prlowscy mitomani, to od razu mam dla niego cieplejsze uczucia, ale to zawsze mniej ważne niż chłodna ocena.

    Niech Pan powie łaskawie coś więcej. O czym te „Skazy na pancerzach”? Sonia chyba nie wymieniła tego tytułu na swojej liście. Na czym polega „wykorzystywanie Mackiewicza”?

  33. 33 Sonia

    Michal,

    Ciekawa analogia. Rzeczywiscie, tak jak Rosja Romanowow byla rajem wielkich pisarzy, Japonia w latach 30 i 40 miala wspanialych tworcow filmowych jak Yasujiro Ozu, Kenji Mizoguchi, Hiroshi Shimizu, czy Sadao Yamanaka.

  34. 34 Sonia

    Andrzej,

    Mamy chyba inne definicje „ideologii”. Endek moze lubic lub nie lubic papierza, Wyszynskiego lub Walese. Liberal moze wierzyc lub nie wierzyc w upadek komunizmu w 1989. Komunista moze popierac lub nie popierac zamachu majowego w 1926. I tak dalej. Wiara ze komunizm nie upadl (lub upadl) w 1989, to nie ideologia. To jest tylko stwierdzenie (lub zaprzeczenie) faktu. Endecy, komunisci, liberalowie, socjalisci moga wierzyc w rozne rzeczy. Niektorzy wierza w Chrystusa, a inni nie. Wiara to nie ideologia.

    Dwie osoby o identycznych zaopatrywaniach ideologicznych moga miec rozne opinie o roku 1989. Jeden moze wierzyc ze komunizm nie upadl. Inny moze wierzyc ze komunizm zostal obalony przez tajne sluzby komunistyczne (taka jest chyba opinia Michalkiewicza).

  35. 35 Andrzej

    Soniu,

    Być może. Czym zatem jest „ideologia” (nie przepadam za tym słowem), jeśli nie zestawem poglądów na rzeczywistość? Jeśli się one różnią w zasadniczych poglądach to jak można twierdzić, że są podobne? Dla Mackiewicza kwestia komunizmu i odnoszenia się do niego była kwestią zasadniczą.

    Skoro „komunizm został obalony przez tajne służby” to skąd Michalkiewicz bierze swoje przekonanie że „upadł”? Komunizm to także „tajne służby”.

  36. 36 Andrzej

    Panie Michale,

    „Skazy na pancerzach” to książka o „ciemnych stronach” polskiego podziemia zbrojnego po wojnie.

    Zychowicz wielokrotnie powołuje się w niej na Mackiewicza (więcej niż w innych jego książkach które czytałem) i po jej pierwszej lekturze byłem pod wrażeniem, że rozumie co Józef Mackiewicz pisał. Muszę przeczytać jeszcze raz i odświeżyć swoje wrażenia z lektury. Za tę książkę, Zychowicz został mocno skrytykowany, m.in. także przez mojego dobrego kolegę, który przedtem Zychowicza pochwalał i cenił.

  37. 37 michał

    Droga Soniu,

    To nie była w moim zamierzeniu analogia między carską Rosją „ostoją reakcji” i cesarską Japonią „wcieleniem zaborczego imperializmu”. Zastosowałem tylko argument Mackiewicza: nieprawdą są twierdzenia o strasznym carskim ucisku. Tak, z pewnością Polacy, którzy brali udział w powstaniach, byli prześladowani, ale pokaż mi inne państwo w XIX wieku, które by głaskało po główkach separatystów (a tak właśnie byli postrzegani w Rosji polscy powstańcy, do tego jeszcze separatyści z bronią w ręku, zamachowcy na Cara Wszechrusi). Czynienie wszakże z Rosji twierdzy zacofania i niemalże totalitaryzmu jest ahistorycznym nonsensem. Jednym z dowodów tego jest niesłychany rozwój sztuki, a zwłaszcza literatury – powstałej i rozwiniętej z niczego, bez tradycji piśmienniczych, gdy np. w sąsiedniej Polsce były wielowiekowe tradycje – na najwyższy poziom światowy. Cenzura, owszem, ingerowała. Zniszczyła rozdział z „Notatek z podziemia”, ale to nie cenzor wyrzucił Spowiedź Stawrogina z „Biesów”, a wydawca. (Jak to mówił Mackiewicz? Odwaga pisarza uwarunkowana jest odwagą wydawcy…) Mój ulubiony przykład jest jednak inny: cenzura carska zakazała publikacji „Sonaty Kreutzerowskiej” Tołstoja, ze względu na obyczajność. Ale tak samo postąpiła później – i z tych samych powodów! – cenzura amerykańska.

    W moim głębokim przekonaniu, rzecz opiera się na nieporozumieniu. Na bezrozumnej identyfikacji demokracji z liberalizmem oraz odruchowym potępieniu starych, monarchicznych form państwowości, jako wrogów wolności. Wedle tych schematów oskarża się c.k. Nieboszczkę Austrię o „totalitaryzm”, że nie wspomnę już o absurdach na temat Rosji. W rzeczywistości, życie pod cesarskim jarzmem było swobodne i dobre. Oboje moi rodzice urodzili się w cesarstwach i bardzo sobie chwalili. To były kraje autokratyczne, ale praworządne.

    Niewiele wiem o cesarstwie Japonii przed II wojną, ale sądzę, że i tam można było żyć. A zatem można było pisać i robić dobre filmy.

    Ale dość o tym. Bardzo mnie interesuje ta dyskusja o ideologii. Co masz na myśli, mówiąc o ideologii w ogóle? Co to jest „ideologia Mackiewicza”?

  38. 38 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Dziękuję. Może spróbuję coś zdobyć pióra Piotra Zychowicza. Właśnie próbowałem ich szukać, pewnie prześlą mi razem z zarazą albo z podsłuchem. Taki los. Ale jeżeli mnie Zychowicz oświeci, to będę Oświecony, i powstanę nowy, człek Renesansowy, i spojrzę na świat z optymizmem.

  39. 39 Sonia

    Michal,

    „Niewiele wiem o cesarstwie Japonii przed II wojną, ale sądzę, że i tam można było żyć”.

    Chinczykom trudno bylo zyc, zwlaszcza w Nanjing w grudniu 1937 roku. Carska Rosja nigdy podobnej masakry nie zorganizowala, ani w Polsce, ani nawet na Kaukazie.

    Japonczykom zylo sie lepiej, ale na przyklad taki wielki rezyser jak Sadao Yamanaka zostal wcielony do wojska i zginal na wojnie.

    „Co masz na myśli, mówiąc o ideologii w ogóle? Co to jest „ideologia Mackiewicza”?”

    Mackiewicz to czystej krwi liberal wedlug tradycyjnej definicji tej ideologii (w Stanach istnieje zupelnie inna definicja, tam „liberal” to po prostu socjalista). Wsrod wspolczesnych politykow na swiecie, najblizszymi Mackiewiczowi sa chyba Ted Cruz i Rand Paul w USA. W Europie prawdziwych liberalow jest jak na lekarstwo. Albo ich liberalizm jest zatruty rasizmem (Michalkiewicz, Korwin-Mikke, Nigel Farage, Orban, czy Matteo Salvini), albo sa tak zdominowani przez polityczna poprawnosc, ze z ich liberalizmu prawie nic nie zostalo (Angela Merkel, Emmanuel Macron, Boris Johnson, Justin Trudeau).

  40. 40 Sonia

    Andrzej,

    „Skoro „komunizm został obalony przez tajne służby” to skąd Michalkiewicz bierze swoje przekonanie że „upadł”? Komunizm to także „tajne służby”.”

    Nie wiem. Nie przypominam sobie by Michalkiewicz kiedykolwiek mowil o „upadku komunizmu”. Ale mowil o tym ze wydarzenia 1989 roku byly kierowane przez tajne sluzby (przede wszystkim wywiad wojskowy). Podobne opinie mial profesor Wieczorkiewicz. Ta opinia staje sie zreszta coraz bardziej popularna. Ale jak na razie nikt nie proponuje postawienia „Pomnika Nieznanego Agenta”…

  41. 41 michał

    Droga Soniu,

    Fakt, że reżyser filmowy zginął na wojnie, nie czyni Japonii odrażającą, brudną i złą. Wilfred Owen zginął na froncie na kilka dni przed końcem Wielkiej Wojny, a nikt nie oskarża Albionu o zamordowanie go. Chociaż… czy ja wiem… Corbyn pewnie byłby w stanie oskarżyć brytyjskich imperialistów i o to . Ale Apolinary Kostrowicki, czyli Apollinaire, też poszedł na wojnę i nie wyszedł z niej cało (choć umarł na grypę), wydaje mi się więc, że fakt śmierci twórcy na wojnie nie może stać jako oskarżenie pod adresem Imperialnej Japonii. Ich okrucieństwo wobec obcych było jednak zupełnie koszmarne, wykraczało poza przyjęte normy. Chyba tylko SS, sowieciarze i komuniści Mao zdołali ich przebić. Ale nie mówiliśmy o tym. Mowa była o tym, że pod cesarzami dobrze się żyło – nie w okopach, a we własnym domu – gdy w demokracjach zamykają nas w areszcie domowym – ok, przyznajmy, w luksusie i obfitości – ale jednak bez pytania, odebrano milionom ludzi prawo do poruszania się, prawie jak w sowietach: czy nie wolno jechać? wolno, ale po co?

    Uff!… Z tym liberalizmem Mackiewicza, to otworzyłaś znowu puszkę Pandory: czy Mackiewicz wielkim liberałem był? Moim zdaniem nie, co wykładałem tu w długich i ciężkich cierpieniach, a np. zdaniem Darka – i owszem, był, a jakże.

    Ciekawe, że napisałaś „liberalizm zatruty rasizmem” pod adresem ludzi pokroju Farage’a, Orbana czy Salviniego (Korwina i Michalkiewicza wykluczam ze względu na niski poziom). Ja bym ich nie nazwał ani liberałami, ani rasistami, a raczej po prostu, zwyczajnymi, parcianymi – nacjonalistami. Nigdy nie mogę pojąć popularności Farage’a w prlu i wśród Polaków w Anglii. Czyżby to był przykład „nacjonalistycznej międzynarodówki”?

    Ale wszystko to razem nie odpowiada na pytanie postawione przez p. Andrzeja: co masz na myśli, mówiąc o ideologii?

  42. 42 Andrzej

    Sonia,

    Nie wiem czy Michalkiewicz mówił to wprost, ale jego podejście do „spraw polskich” jest właśnie takie. Wystarczy poczytać jego teksty które zamieszcza na swojej stronie autorskiej. Dla niego, jak dla niemal wszystkich tutaj, „nowy, wspaniały” peerel to Polska. Skoro to Polska to komunizm w peerelu upadł, czyż nie? A że obalili go polscy wojskowi czekiści to już tak wyszło i nie warto się nad tym zastanawiać. Bo i po co?

  43. 43 Sonia

    Michal,

    „fakt śmierci twórcy na wojnie nie może stać jako oskarżenie pod adresem Imperialnej Japonii.”

    W konkretnym przypadku Sadao Yamanaki, tak. Jego filmy, ktore ironicznie naigrywaly sie z owczesnych japonskich swietosci, tak zdenerwowaly owczesne wladze, ze powolaly go do wojska, mimo ze jego stan zdrowia, w jakimkolwiek kraju, normalnie zwalnial by go od sluzby, zwlaszcza jako szeregowca. W USA, znani rezyserzy byli powolywani do wojska, ale zeby krecic filmy (Capra, Ford, itd), a nie jako szeregowcy do okopow.

    „co masz na myśli, mówiąc o ideologii?”

    Sa ideologie totalitarne, autorytarne i demokratyczne. Komunizm i hitleryzm w tych pierwszych. Faszyzm i socjalizm w tych drugich. Nacjonalizm i liberalizm w tych trzecich.

  44. 44 michał

    No, karne powołanie do wojska, to jest tyrania. Chociaż przykład amerykańskich reżyserów, którzy uniknęli okopów wydaje mi się mało przekonujący. Jeżeli byli zdrowi i w wieku poborowym, to dlaczego mieliby uniknąć losu innych rekrutów? Ale tak to jest w demokracji, wszyscy są równie, ale niektórzy są równiejsi.

    Natomiast co do ideologii, Soniu, to ja doprawdy rozumiem, że są różne, nawet jeżeli nie zgadzam się z Twoją klasyfikacją. Pytanie jednak pozostaje, co czyni ideologię ideologią? W moich oczach, „ideologia” jest niezwykle pejoratywnym określeniem. Wydaje mi się jednak, że nie podzielasz mojego obrzydzenia dla ideologów.

  45. 45 michał

    Droga Soniu,

    Obejrzałem film o niewidomych masażystach i kobiecie. Bardzo dziękuję, rzeczywiście interesujące. Rodzajowa scena rozwinięta w filmmową nowelę w stylu młodego Dostojewskiego. Melancholijna, choć nie pozbawiona humoru, medytacja nad ludzką samotnością. I do tego pełne panowanie nad środkami filmowej narracji, a przecież był zaledwie 1938 roku. Zaiste ciekawe.

    Najbardziej zaskoczyła mnie końcowa, gwałtowna jazda kamery, prawie szwenk, prowadzący do rozdygotanej, choć beznadziejnej pogoni w ślad za odjeżdżającą bryczką. Ta jazda uderza tym bardziej, że cały film jest skonstruowany ze statycznych ujęć, nawet wówczas, gdy kamera jedzie powoli w długiej początkowej scenie przed dwoma ślepcami, maszerującymi wesoło drogą. Wszystko jest niezmienne, przewidywalne, uporządkowane – i nagle ta dziwna pogoń kamery.

    Na marginesie, to było zapewne trudne technicznie w 38 roku, gdy kamery były gigantyczne, poruszały się zazwyczaj na szynach itp. A tu nagle taki majstersztyk.

    Jeszcze raz dziękuję.

  46. 46 Sonia

    Michal,

    Ciesze sie, ze ten film ci sie podobal. On rzeczywiscie zaskakuje. Ta koncowa jazda kamery tez, ale mnie jeszcze bardziej zdumialo jak rezyser bawi sie z konwencjami roznych gatunkow filmow. Na poczatku myslimy ze bedzie to komedia, ale wolno przechyla się w kierunku romansu, a następnie zagadki detektywistycznej, by zakonczyc się na nute smutnego melodramatu. Ten rezyser, Hiroshi Shimizu, nakrecil tez wiele innych rownie orginalnych filmow: „Mr Thank You” (1936) to tez prawdziwa perelka. https://www.youtube.com/watch?v=bx4nP37dFF8. Polecam rowniez „The Million Ryo Pot” (1935) https://www.youtube.com/watch?v=DB_M5bNLi7s. Nakrecony przez Sadao Yamanake (ktory zginal na wojnie).

  47. 47 michał

    Soniu,

    Dziękuję. Chętnie obejrzę. Widzę z tego, że interesujesz się japońskim kinem przedwojennym. Kiedyś zajmowało mnie bardzo ich sławne kino powojenne, zwłaszcza gdy uświadomiłem sobie, że Kurosawa jest bardzo „zachodni” w porównaniu z głównymi nurtami tej kinematografii, za co zresztą bywał krytykowany w Japonii. Ale przedwojenne? Nie tego nie znałem nigdy.

  48. 48 Sonia

    Michal,

    Podobnie jak tobie, mnie rowniez bardzo dlugo wydawalo sie ze Zlotym Wiekiem japonskiego kina byly lata 50-te. Ale teraz moim zdaniem Zloty Wiekiem byly lata 1932-1942, a lata 50-te to ich Wiek Srebrny. Kurosawa, ktory nakrecil swoj pierwszy film w 1943 roku, jest swietny, oczywiscie, ale Ozu, Mizoguchi, Shimizu, Yamanaka i Naruse zrealizowali swoje najlepsze filmy pod „faszyzmem”, a nie pod „demokracja”.

  49. 49 michał

    Droga Soniu,

    Nie mogę się wypowiadać, bo nie znam w ogóle filmów z okresu lat 30. i wojny. Wydawało mi się, że ceniłem głównie filmy lat 60., z wielkim Seppuku Kobayashiego na pierwszym miejscu. Ale prawdę mówiąc, nie oglądałem japońskich filmów od wielu lat, więc może źle pamiętam.

    W filmach Kurosawy, który na pewno był znakomitym reżyserem, irytuje mnie często zbędna (w moim przekonaniu), natrętna nuta płaskiego komizmu. Jak gdyby Kurosawa obawiał się, że jego filmy będą bez tych sztucznie-lekkich chwil zbyt trudne dla widza. Jest w tym coś pobłażliwie protekcjonalnego, co mnie osobiście drażni.

  50. 50 Sonia

    Michal,

    „nuta płaskiego komizmu”

    Ta nuta byla bardzo obecna w filmach Shimizu i Yamanaki, ale nie byla ona, u nich, wcale plytka. Ta nuta zawierala cala wymowe krytyczna wobec systemu politycznego i spolecznego. Jest ona wyjatkowo celna w pewnej komedii Shimizu, „The Star Athlete” (1937). Jest to film o japonskich rekrutach na cwiczeniach wojskowych. Ale nie jest, niestety, dostepny w Internecie.

  51. 51 Sonia
  52. 52 michał

    Tak, Soniu, ale ja mówiłem wyłącznie o płaskim komizmie u Kurosawy. W jego największych filmach pełno jest drobnych scenek, które są zbędne – rzecz jasna, tylko w moim mniemaniu – scen, które silą się na komedię, a są prawie nieśmieszne.

    Nie znaczy to wcale, że nie można grać tej nuty komizmu trafnie. Oczywiście, że można! To jest kwestia smaku i wyczucia, i w moim odczuciu, Kurosawa tego wyczucia nie miał, a np. Fellini czy Bergman – mieli. Niekiedy ta nuta jest nie na miejscu.

    Dam inny przykład. Lot nad kukułczym gniazdem, Formana, ma w sobie tyle komizmu, że wielu nazywa ten film komedią. Nie zgodziłbym się z tym akurat, dla mnie to jest tragedia, ale taż sama nuta komizmu przwija się przez film z bezbłędnym wyczuciem. Autorzy snują ten element jak złotą nić w ciemnej i przytłaczającej tkaninie.

    Ale Lot to jest film genialny. Dla uniknięcia nieporozumień, podkreślam raz jeszcze, że ja bardzo wysoko cenię Kurosawę, a ten niestosowny i nieudany komizm, jest tylko drobną skazą.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.