Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Komunizm upadł.

„Skurczył się w sobie,
Chodzić nie może,
Zmniejszył się chyba o głowę;
Nie znam się na tym, ale wygląda,
Jakby miał żeber połowę.”

Komunizm, który od połowy XIX wieku krążył po świecie jak widmo, ale też ciążył nad światem w zupełnie nie-widmowy sposób; komunizm, który panował nad ponad połową ludzkości – zniknął, przepadł, ot, tak sobie. Potężna centrala międzynarodowego komunizmu w Moskwie po prostu zwinęła się w kłębek i znikła. To historyczne wydarzenie zostało spowodowane przez „nieudany przewrót sierpniowy w Moskwie”. Tak zwany Beton, z którego wywodzili się nieudaczni spiskowcy, skutecznie zniszczył kompartię, rozbił niesławnej pamięci aparat bezpieczeństwa, ale także zakończył zimną wojnę. Podchmieleni konspiratorzy zadali śmiertelny cios doktrynie marksizmu-leninizmu i w jednym, króciutkim wybuchu błyskotliwej niezdarności, olśniewającej głupoty, raźnego opilstwa i pryncypialnego niezdecydowania, zdemontowali potężny związek socjalistycznych republik sowieckich.

„The Party is over”, jak to ze smakiem określał popularny londyński The Sun. „Określał”, bo czynił tak bez ustanku od trzech lat. Na długo przed moskiewskim puczem, znawcy tych spraw ogłosili nieuchronny upadek komunizmu. Faktem jest jednak, że upadek komunizmu ogłaszano wielokrotnie wcześniej; w każdej niemal dekadzie, pod oświeconym przewodem każdego nowego genseka. Komunizm upadał, a potem… upadał znowu, i potem jeszcze raz. Może więc lepiej byłoby powiedzieć składał się i rozkładał, jak składana zabawka? Coś na kształt składanego komunizmu?

Ściśle rzecz biorąc, „zimna wojna” na przykład, skończyła się w połowie lat pięćdziesiątych, kiedy Malenkow, sowiecki premier i następca Stalina, przybył do Londynu. Czy składa się przyjazne wizyty w kraju, z którym jest się w stanie wojny, choćby „zimnej wojny”? Od tego czasu mieliśmy jedną odwilż, jedno odprężenie, jedną głasnost’, wiele spotkań na szczycie i jeszcze więcej rozmów telefonicznych między przywódcami. Zdarzały się także krótkie okresy jaśniejszej świadomości ze strony Zachodu, że nic się nie zmieniło, że to wszystko tylko prowokacja i że Sowiety naprawdę są Imperium Zła. Jednak odkąd Gorbaczow ogłosił radośnie, że wraz z prezydentem Bushem „pokonali zimną wojnę”, nagle świat cały zaakceptował nową wykładnię zimnej wojny i sowiecka interpretacja najnowszej historii stała się obowiązująca.

Tak wyglądał pierwszy filar nowej sowietologii: cieszmy się, radujmy się, bo wojna się skończyła (nawet jeśli była to tylko zimna wojna). Koniec wojny otwiera rynki zbytu i zupełnie nowe perspektywy robienia pieniędzy, trzeba było zatem przekonać inwestorów, że odtąd będzie można robić interesy.

Jeżeli zdefiniować komunizm przez odniesienie do raczej mglistej teorii i znacznie bardziej konkretnej praktyki centralnego zarządzania gospodarką (co samo przez się jest co najmniej dyskusyjne, ale krytyka tej fałszywej definicji przekraczałaby ramy tego artykułu), to komunizm upadł o wiele wcześniej, bo w 1917 roku, by nigdy się nie podnieść. Tymczasem w latach osiemdziesiątych, młodzi dziennikarze zachodni, zaszokowani poziomem życia w Sowietach, zdecydowali, że „komunizm dowiódł swej nieskuteczności”, że zatem jego upadek jest nieuchronny. W rzeczywistości jednak jakość życia pod Sowietami zmieniała się tylko na gorsze. Komuniści nigdy nie zamierzali podnieść poziomu życia – nic ich to nie obchodziło. Nie po to przejęli kontrolę nad produkcją i dystrybucją każdej główki kapusty, żeby uszczęśliwić ludzkość, ale dla samej kontroli. Czy ktokolwiek ośmieliłby się utrzymywać, że komunizm dowiódł swej nieskuteczności w kontrolowaniu? W ten sposób normalna gospodarka mogła być (a także faktycznie była oraz powinna być) utrzymywana w stanie permanentnego upadku, ponieważ „brak” jest lepszym instrumentem kontroli niż „dostatek”. Od samego początku, upadła gospodarka służyła jako instrument sowietyzacji wewnątrz, a w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych służyła także podtrzymaniu obrazu słabości: Sowiety są słabe, chaos gospodarczy jest tego najlepszym dowodem, jak można zatem twierdzić, że takie parciane mocarstwo kiedykolwiek zagrażało potędze Stanów Zjednoczonych?

Sowiety chętnie podkreślały swą rzekomą słabość, zupełnie tak samo jak kiedyś tworzyły obraz rzekomej potęgi, gdy na każdym kroku byli daleko z tyłu za zachodnią technologią. A jednak wydaje się, że przynajmniej w jednej sferze – w technologii wojskowej – zupełnie oczywista techniczna przepaść pomiędzy Ameryką a sowieciarzami, przestała istnieć na przełomie lat 80/90. Stało się tak głównie dzięki wysoce konkurencyjnej „alternatywnej gospodarce” pod sowiecką kontrolą. Podczas pierestrojki sowieckie instytuty badawcze i biura projektowe wyprodukowały cały arsenał nowoczesnej broni, na który Zachód nie znalazł odpowiedzi, ponieważ nigdy jej nie szukał.

MiG-29, żeby użyć najbardziej oczywistego przykładu, spotkał się z niedowierzaniem ze strony zachodnich ekspertów. Musieli być zdziwieni jeszcze bardziej niż nieszczęsny nabywca samochodu marki Łada był zadziwiony jakością swego pojazdu. Łada była produktem upadłej gospodarki i głównym celem jej istnienia było zadziwiać. Podczas gdy łodzie podwodne, helikoptery, karabiny, pociski balistyczne, czołgi i samoloty mają inne cele. Ciekawe, że te inne cele jakoś nie bardzo docierają do świadomości publicznej na Zachodzie. Nikt nie rozumie, co się tam dzieje, bo wszyscy są stale zadziwieni. Jak np. wytłumaczyć, że pomimo głodu, pomimo notorycznych „braków w zaopatrzeniu” (genialny eufemizm!), o których czytało się bezustannie za Gorbaczowa, a także później za Jelcyna, zachodnie samoloty myśliwskie nie wytrzymywały porównania z MiGiem-29? Doprawdy, jak to wytłumaczyć? Jak można nadal wierzyć w upadek komunizmu? A przecież na MiGu-29 się nie skończyło. Biuro projektowe Mikojana było w ostrej konkurencji z biurem Suchoja, którego Su-27 do dziś posiada światowy rekord w prędkości wznoszenia. Sowieckie – czy jak jest teraz w modzie mówić „rosyjskie” – lotnictwo jest dziś wyposażone w myśliwce MiG-33 i 35 oraz Su-35. Nie będę tu nawet wspominał rakiet międzykontynentalnych typu Topol-M, przeciw którym Ameryka nie ma żadnego systemu obronnego.

Wracając do końca lat osiemdziesiątych, masa oczywistych sprzeczności w opisie Sowietów domagała się jakiegoś wytłumaczenia. Sowietolodzy wymyślili więc nową, składaną wersję komunizmu (nie bez pomocy sowieckich przyjaciół). Stojąc wobec fenomenu państwa, które doprowadza ludność do granic powszechnego głodu, a jednocześnie wydaje miliony na budowę nowoczesnych systemów militarnych, obserwatorzy wskazali na słabość aparatu państwowego, jako wyjaśnienie paradoksu. Władze centralne były rzekomo tak słabe, że zajmowały się rakietami balistycznymi i samolotami myśliwskimi, a nie głodującą ludnością i w rezultacie nie potrafiły zapobiec rozpadowi związku. Czy nie jest oczywiste, że musiały być raczej niezmiernie silne, żeby móc sobie na to pozwolić? Jak meble z Ikei, można nagle komunizm złożyć, by go potem rozłożyć ponownie w całej okazałości.

Ale przecież Sowiety rozpadły się na naszych oczach. Musi to przyznać każdy! – Tak brzmiała trzecia teza wyznawców upadku komunizmu. Bałtowie byli wolni, Mołdawia przyłączyć się miała niebawem do Rumunii prezydenta Iliescu; Ukraina miała stoczyć walkę o niepodległość z „Rosją”. Azjatyckie republiki były tak bardzo wolne, że nawet poczęły wchodzić w układy z Ameryką.

Zastanówmy się jednak. Odkąd Królewiec nie nazywa się Koenigsberg, ale Kaliningrad, państwa bałtyckie straciły na znaczeniu – nikt już dziś nie będzie bić się o Inflanty. Podobnie wygląda sytuacja Besarabii, o którą toczono tyle wojen. Ukraina pozostaje bez wątpienia niezmiernie ważna strategicznie, ale czy „niepodległość” wywalczona pod przywództwem towarzysza Krawczuka i umocniona następnie przez „demokraturę”, warta była tej nazwy? To samo dotyczy wszystkich azjatyckich respublik z byłymi członkami politbiura w roli prezydentów.

Zyski z dezintegracji Sowietów były ogromne – dla Sowietów. Miliony dolarów płynęły do Moskwy w postaci już nie kredytów, nie zapomóg, ale inwestycji. „Gorbi” stał się politycznym mędrcem, do którego Zachód zwraca się w momencie kryzysu; NATO utraciło znaczenie; Ameryka rozbroiła się jednostronnie (nazywali to „dywidendą pokojową”).

Skoro jednak zyski były aż tak ogromne dla Sowietów, to czy nie wydaje się raczej dziwne, że zwlekali tak długo? Dlaczego nie udawali upadku wcześniej? Dlaczego na przykład opierali się „wyzwoleniu” państw bałtyckich? Jest psychologiczną prawdą, że słodycz zwycięstwa docenia się w prostej proporcji do oporu, jaki trzeba było pokonać na drodze do tryumfu. Poza tym opór nadaje pozory wiarygodności wycofaniu się. Jesteśmy w domenie propagandy, gdzie percepcja jest wszystkim. Ważniejsze jednak wydaje się, że przygotowywali się do tej zmiany od kilkudziesięciu lat, jak to trafnie wyraził towarzysz Kiszczak, nadzorca polskiej wersji składanego komunizmu: „Okrągły stół i stan wojenny, to były dwa końce tej samej polityki.”

Ktoś kto wierzy w upadek komunizmu, twierdziłby, jak sądzę, że jakiekolwiek były intencje władz sowieckich, w rezultacie zmian, które zaszły pod koniec osiemdziesiątych lat, ich wpływy zmalały. Czy jednak rzeczywiście tak się stało? Ich rola została początkowo zredukowana do roli koordynatorów polityki zagranicznej, reformy gospodarczej i dowództwa wojskowego. Kreml „opiekował się” arsenałem nuklearnym i rezerwami złota, podczas gdy prezydenci ludowi – Krawczuk, Nazarbajew, Jelcyn itd. – byli zajęci tworzeniem pozorów niezależnych państw. Jednocześnie ludzie tacy, jak Havel, Iliescu, Wałęsa i inni, zarządzać poczęli swymi republikami na swój własny sposób, wedle doktryny sformułowanej przez Gierasimowa, rzecznika Szewardnadze, od słów piosenki Sinatry: I’ll do it my way!… Tak więc doktryna Breżniewa została zastąpiona doktryną Sinatry.

Zachód zawsze pragnął pokojowej dezintegracji Sowietów. Wydawałoby się, że kiedy marzenia się realizują, skrupulatny sceptycyzm powinien był wypłynąć na powierzchnię. Bez rzetelnej falsyfikacji informacji tak chętnie podsuwanych przez sowieciarzy, niechybnie wyłonić się musiał obraz zabarwiony wishful thinking. Niestety, wrodzony ludzkiej naturze optymizm, odrzucić każe wieści, które nie pasują do różowego obrazu. Obserwatorzy widzą to, co chcą widzieć, a sowieciarze dostarczają im dowodów, potwierdzających słuszność ich analiz.

Mamy więc „cztery filary sowietologicznej mądrości”: koniec zimnej wojny, dla szerokiej publiki; upadek komunistycznego modelu zarządzania, dla biznesmenów; rozpad związku sowieckiego, dla wojskowych; a dla intelektualistów, uroczysty pogrzeb marksizmu-leninizmu. Oto bowiem ludzie sowieccy wyzwoleni zostali z obcęgów doktryny, mówią co chcą, są świadomi swej wolności.

Jest bez wątpienia prawdą, że Sowiety były przez całe dziesięciolecia objęte ciasnymi ramami doktryny, ale byłoby niesłusznym twierdzenie, że Lenin, Trocki, Stalin czy Chruszczow byli doktrynerami. Wręcz przeciwnie, byli niezmiernie giętcy i pełni inwencji. Ich twórcze podejście do taktyki w polityce, stało się zasłużenie charakterystycznym znamieniem bolszewickiej polityki; dowiedli wielokrotnie, że potrafią w niezrównany sposób dostosować swą taktykę do okoliczności. Ich ideologiczne wychowanie, wbrew powszechnemu mniemaniu, zachęcało i rozwijało takie podejście do taktyki. Leninowski NEP widziany w ideologicznych kryteriach był herezją (kolejny przykład „upadku komunizmu”, z czego jasno widać, że koncepcja „składanego komunizmu”, wywodzi się od samego Wołodii Ilicza); podobnie jak stalinowska teza o „socjalizmie w jednym kraju”; podobnie jak „destalinizacja” Chruszczowa. Niezależnie od taktycznych wolt, każdy z tych przywódców trzymał się podstawowych zasad marksizmu-leninizmu: długoterminowym strategicznym celem było dla nich zawsze panowanie nad światem.

Nawet państwo, które stworzyli, było wyłącznie narzędziem do osiągnięcia władzy absolutnej. Sprawy wewnętrzne tego „państwa” postrzegane były zawsze w kontekście sytuacji na międzynarodowej szachownicy. Pełna kontrola jaką mieli nad swą ludnością – m.in. dzięki doktrynie – umożliwiała im kształtowanie procesów wewnątrz tak, by zwiększać zyski na zewnątrz. Polityka wewnętrzna podporządkowana być musi wymogom polityki zagranicznej, ponieważ marksizm-leninizm jest doktryną polityki zagranicznej.

Gorbaczow był godnym następcą Ojców i Doktorów bolszewickiego kościoła i pozostał wierny leninowskim celom i leninowskim naukom. Skonstruował głasnost’ i pierestrojkę jako narzędzia propagandowej ofensywy na Zachód. Pierwszym celem była integracja Sowietów w globalną gospodarkę, zbudowanie „wspólnego europejskiego domu”. Cel strategiczny pozostał niezmieniony. Jego polityka rozwijania ścisłych związków gospodarczych z tzw. wolnym światem nie była niczym nowym. Połączenie sowieckiej ekonomii z normalną, wolną gospodarką wygląda trochę tak, jakby kto chciał zintegrować Atlantyk z kontynentem europejskim; w pierwszym rzędzie likwidujemy zapory przeciwpowodziowe…

Ruiny światowej gospodarki byłyby płodnym gruntem dla odrodzenia składanego komunizmu. Zanim to się jednak stanie, trzeba podbudować wrażenie, że komunizm upadł. Zostaliśmy więc potraktowani spektaklem zmieniania nazw ulic i miast, zakładania komitetów ocalenia tego lub odrodzenia owego, burzenia pomników. Ewentualnie można też zmieniać nazwy pomników, burzyć komitety, a odradzać ulice – dowolność jest wielka, bo energia ludzka daje się łatwo ująć w karby w takich przedsięwzięciach. Zmiany nazw są widomym znakiem przemian, gniew wyładowany na pomniku nikomu nie grozi, komitety wreszcie uniemożliwiają wybuch, nie pozwalają ludziom brać spraw w swoje ręce. Ciekawe, w jaki sposób pojawił się pomnik Stalina, twarzą w błocie, w moskiewskim parku, skoro nie było takiego pomnika w Moskwie? (The Times, 10.9.91) Nie wolno jednak sugerować, że ktoś cynicznie porzucił Stalina w parku, żeby zaspokoić gniew ludu! O, nie. To byłby nieodpowiedzialny konspiracjonizm. Komunistyczne władze miałyżby zakładać komitety przeciw sobie samym? Nie, doprawdy, to przecie idiotyzm.

Lenin uczył jednak, że wszechświatowa rewolucja jest celem, który usprawiedliwia wszelkie środki. Taktyczny odwrót, bądź wielka prowokacja, żeby mogły być przeprowadzone skutecznie, domagają się otoczenia tajemnicą zarówno planów jak i mechaniki ich koordynacji. Czy jest to konspiracja? Czy raczej sprawna manipulacja? Zadziwia mnie niezmiennie, że na przykład komentator, wskazujący na sposób, w jaki Michael Heseltine podpuścił Johna Majora do porzucenia poll tax (sztandarowej polityki Margaret Thatcher), jest „analitykiem politycznym”, a ktoś kto wskazuje na komunistyczną prowokację – „konspiracjonistą”. Mniejsza. Sowietologia daje skuteczny odpór „konspiracjonistom” i w zamian proponuje nieśmiertelną walkę o władzę jako wytłumaczenie wszystkiego, co się dzieje pod Sowietami.

Jonathan Steele napisał np. w swej korespondencji z Moskwy (Guardian, 4.11.1991):

„Rosjanie uwielbiają teorie na temat konspiracji i zadziwiająco wielu ludzi tutaj jest przekonanych, że pucz był udawany. Cokolwiek innego bolszewicy zdołali osiągnąć w ostatnich 74 latach, to skutecznie wpoili ludziom wiarę, że polityka nie jest chaosem (shambles that they seem), ale skomplikowanym scenariuszem, w którym kilka silnych intelektów manipuluje milionami.”

Kluczowym zwrotem w powyższym fragmencie jest owo politics are not the shambles that they seem. Zastanówmy się: polityka jest niczym więcej jak grą interesów, słusznym więc być musi określanie takiej gry mianem chaosu. Zarówno w parlamentarnej demokracji jak w absolutnej monarchii, polityka jest domeną intryg. Intrygi i kontr-intrygi czynią całość chaosem. c.b.d.d. – Brawo, Jonathan Steele! Atoli, czy da się to samo powiedzieć o totalitarnym państwie? W przeciwieństwie do swych nieudanych krewniaków – państw autorytarnych – totalitaryzm używa totalnej kontroli nad swą ludnością dla osiągnięcia długoterminowych celów. W ten sposób, polityka przestaje być zwyczajnym chaosem. Wszystko poddane jest celowi, stwarza się wrażenie chaosu – celowo.

Ruch komunistyczny, od samego początku, używał prowokacji. Marks pisał już w Manifeście o eksploatowaniu chaosu burżuazyjnej polityki, przez alianse z innymi partiami politycznymi dla krótkoterminowych zysków, dla podsycania niezadowolenia, ale nigdy nie tracąc z oczu rewolucyjnego celu. Lenin wprowadził tę teorię w praktykę. Manewrując pomiędzy komunizmem wojennym a Nepem, bez wahań dążył zawsze do tego samego celu. W latach trzydziestych, jego następca, pomimo oczywistej słabości (słabości gospodarczej i militarnej, ale przede wszystkim politycznej, ponieważ państwo oparte na terrorze obawia się swoich własnych obywateli) stworzył obraz mocarstwa, by wybić potencjalnym agresorom z głów pomysły o inwazji, a także by dać podstawę swym globalnym aspiracjom. Podczas wojny, Stalin wprowadził szereg zewnętrznych zmian, aby podtrzymać przekonanie zachodnich aliantów, że jego reżym ewoluuje w kierunku normalnego, jakkolwiek poniekąd despotycznego, narodowego rządu (coś na kształt składanego komunizmu). Sukces Stalina należy przypisać w równej mierze jego geniuszowi, co „chęci bycia oszukanym” ze strony Zachodu. Churchill przyznał w swej słynnej mowie w Fulton o „żelaznej kurtynie”, choć przyznał raczej nie wprost, że został nabity w butelkę przez Stalina. (Nawiasem mówiąc, postawa Churchilla jest o wiele bardziej tajemnicza, bo trudno go nawet nazwać „oszukanym”. Jest to przecie ten sam Churchill, który we wczesnych latach trzydziestych nazwał bolszewizm „zarazą” i pokazał, że nie ma żadnych złudzeń, co do natury tego systemu. Był równie dosadny w swej analizie, gdy mówił o Żelaznej Kurtynie, ale w obu wypadkach pozbawiony był władzy! Kiedy natomiast był u władzy, to debatował ze Stalinem w Teheranie, Jałcie i Poczdamie, ochoczo przesuwał zapałki po stole, wydawał bez oporów Kozaków i Własowców w ręce sowieckie, wspomagał z chęcią Tito i wydał na męczeńską śmierć Michajłowicza. Dlaczego?) Niewielu oszukanych przywódców potrafi dokonać choćby tyle co Churchill, to znaczy przyznać się (nawet jeśli niezupełnie wprost) do porażki, tak jak on to uczynił w Fulton. Całe nieszczęście w tym, że polityka wojenna Churchilla miała wielki wpływ na powojenną politykę Zachodu wobec Sowietów. Otóż odtąd tylko minione prowokacje będą rozpoznawane, to co się dzieje aktualnie, trzeba brać za dobrą monetę. Pomimo że elementy prowokacji są znane wszystkim, dokonanie ostatniego kroku i nazwanie rzeczy po imieniu, równałoby się narażeniu na epitet „konspiracjonisty”.

Zostawmy na boku osławioną „konspiracyjną wersję historii”: masońskie spiski, międzynarodowe żydostwo i temu podobne dyrdymałki możemy spokojnie między bajki włożyć. Ale wykluczyć z góry, że nikt nigdy nie będzie używał tajnych układów, że nikt nigdzie nie będzie manipulował za kulisami wydarzeń, to chyba przesada, nie? Czyżby Książę, Machiavellego, był fikcją literacką? Czy też raczej historia dostarcza dowodów na bezustanną manipulację. Dzisiejszy świat, z milionami ludzi przylepionymi do ekranów telewizyjnych, nadaje się do manipulacji łatwiej niż szesnastowieczne Włochy.

Oddajmy jednak sprawiedliwość anty-konspiracjonistom: gotowi są zazwyczaj przyznać, że polityka jest domeną cienia i szeptu; co więcej, szept i kontr-szept są naczelnym argumentem przeciw „skomplikowanemu scenariuszowi” prowokacji obliczonej na długie lata, bo w wielopłaszczyznowej grze sił, żaden scenariusz nie ustałby na nogach. Konspiracja wydaje się im zbyt prostym, żeby nie powiedzieć „prostackim”, wytłumaczeniem. Widzą konspiracjonizm jako lenistwo umysłowe – i chwała im za to. A jednak mylą się co do komunizmu. Sowiety, i ich pochodne, są klasą dla siebie. Podczas gdy konwencjonalne państwo narodowe powoduje się w swej polityce chęcią poprawy bytu przynajmniej części ludności – np. klasy rządzącej bądź mitycznej większości – Sowietom było to zawsze zupełnie obojętne. Gdy interesy choćby małej grupy ludzi były zazwyczaj motywem, ukrytą sprężyną wojen i traktatów pokojowych, to w Sowietach tak się nie dzieje. Popularny obraz sowieckiego społeczeństwa, który przeciwstawiał „nową klasę” uprzywilejowanych, masom wyzutym z wszystkiego, pomijał ten istotny drobiazg, że uprzywilejowani woleliby zostać wyzuci, byleby gdzie indziej: „zamienię urlop w Leningradzie na więzienie w Kanadzie”. Sowiecka ekspansja nie miała nigdy nic wspólnego z konwencjonalnym imperializmem bądź kolonializmem – poziom życia w Pradze czy Warszawie pozostawał wyższy niż w Moskwie. Skoro wszystko jest podporządkowane ideologicznym celom, to można podjąć się przeprowadzenia długoterminowej operacji, ponieważ naturalny balans intrygi i kontr-intrygi (dyktowanych sprzecznymi interesami), zastąpiła wyższa strategia.

Pucz sierpniowy w Moskwie był kapitalnym przykładem tego procesu.

Był to zdumiewający spektakl. Warto przyjrzeć mu się uważnie.

(*) Jest to zmieniona i rozszerzona wersja tekstu, pisanego jesienią 1991 roku, którego druga część ukazała się w Soviet Analyst w 1992 roku.



Prześlij znajomemu

88 Komentarz(e/y) do “Składany komunizm. Część I (*)”

  1. 1 przemek

    Wspólnota pierwotna upadła.
    Musieli być zdziwieni jeszcze bardziej niż nieszczęsny nabywca pojazdu na kołach (najnowszy wynalazek) napędzanego przez tresowane dinozaury, marki Łada, był zadziwiony jakością swego pojazdu.

    Feudalizm upadł.
    Musieli być zdziwieni jeszcze bardziej niż nieszczęsny nabywca pojazdu na kołach , napędzanego przez poczciwe osiołki, marki Łada, był zadziwiony jakością swego pojazdu.

    Kapitalizm upadł.
    Musieli być zdziwieni jeszcze bardziej niż nieszczęsny nabywca pojazdu poduszkowego, napędzanego przez atomowe akumulatory, marki Łada był zadziwiony jakością swego pojazdu.

    A może jednak jest tak, że historia choć „kołem się toczy” to jednak „dwa razy do tej samej rzeki nie wchodzi” ?

  2. 2 michał

    To jest bardzo dowcipnie powiedziane, tylko jaka jest konkluzja?
    Ani wspólnota pierwotna nie upadła, ani feudalizm, ani tym bardziej kapitalizm. Engels w swej nieskończonej mądrości napisał gdzieś, że „kwiat zaprzecza pąkowi, a owoc zaprzecza kwiatu” – do takich nonsensów się dochodzi, ulegając dialektycznemu sposobowi myślenia.
    Najbardziej niepokojąca w Pańskiej notce jest niewypowiedziana sugestia, że komunizm jest „formacją historyczną” – to już czysty marksizm.
    A tak na marginesie, to historia prędzej kałem się tuczy niż kołem się toczy.

  3. 3 przemek

    Panie Michale. Jak już kiedyś napisałem, nie mogę wdać się w merytoryczną dyskusję przez brak wiedzy. Planuję częściowo ją nadrobić (na razie zgłębiam jednak Sergiusza Piaseckiego), kiedy tylko starczy czasu. Książki Józefa Mackiewicza można już kupować w Polsce (w antykwariatach czarna seria jest już od dawna). Z Waszych tekstów staram się czerpać jak najwięcej wiedzy. Czasami jednak nie wytrzymuję i muszę napisać jakiś komentarz. Często nie rozumiem np. „Ani wspólnota pierwotna nie upadła, ani feudalizm”. Tzn. że jednak konwergencja skoro nie upadek?
    Nie rozumiem też, że najbardziej niepokojąca w moim komentarzu jest „niewypowiedziana sugestia”. W taki sposób każdej wypowiedzi można przypisać dowolne przesłanie.

  4. 4 michał

    Drogi Panie,
    Pańskie komentarze są zawsze mile widziane, tak samo jak wszystkie inne komentarze na wp. Wydaje mi się oczywiste, że każdy komentarz poddany być powinien tej samej rygorystycznej analizie. Jeżeli zatem nie wyraziłem się jasno, to spróbuję to wytłumaczyć jeszcze raz.
    Teza na temat formacji historycznych, które w wielkiej walce klas prowadzą ludzkość do Świetlanej Przyszłości, jest tezą dialektyki historycznej i jest w moim przekonaniu zasadniczo niesłuszna. Ponieważ napisał Pan o upadku trzech takich formacji w komentarzu do tekstu na temat RZEKOMEGO upadku komunizmu, to wydało mi się oczywiste, jaki był Pański niewypowiedziany wniosek: komunizm upadł tak samo jak feudalizm itd. Przyzna Pan chyba, że nie jest to wniosek nieuprawniony. Jeśli jednak nie taka była Pańska konkluzja, to jaka?
    W moim mniemaniu, któremu starałem się dać wyraz między innymi na tej witrynie, komunizm nie jest ani formacją historyczną, ani ideologią, ani systemem centralnego zarządzania – a tylko Metodą zdobycia i sprawowania władzy.

  5. 5 przemek

    Bardzo dziękuję za powyższy komentarz. Trochę mnie ostatnio tu poniosło, ale mimo nieprzychylnych słów co do fragmentów Pana wypowiedzi z sympatią obserwuję rozwój WP.
    Wracając do komunizmu jako formacji historycznej, trudno aby upadł system, który nigdy nie powstał. Tu się z Panem zgadzam. Ostatnie zdanie w Pańskim komentarzu zasługuje na przedrukowanie WIELKIMI LITERAMI.

  6. 6 michał

    Metoda święci triumfy na całym świecie, daleko jej do upadku. Nie miałem na myśli tautologii w rodzaju: „nie mógł upaść, bo nigdy nie powstał”. Chodzi raczej o to, że cała koncepcja „formacji historycznych” i nieuniknionego rozwoju od jednej do drugiej, została stworzona z ideologicznych względów. Marks nie był filozofem, był ideologiem (mówił wprost: „Nie chodzi o to, by świat zrozumieć, ale by go zmienić”), Lenin, Trocki i reszta nie byli nawet ideologami, byli tylko praktykami metody.

  7. 7 Beata

    Gdy napisałam na pewnym forum, że w Polsce trzeba przeprowadzić derusyfikację, to jeden forumowicz wyraził się o mnie nieparlamentarnie, a od moderatora dostałam ostrzeżenie „za trollowanie”. Pan Michał, autor tego opracowania, dostałby na sto procent bana. :)

    Z artykułu: „Otóż odtąd tylko minione prowokacje będą rozpoznawane, to co się dzieje aktualnie, trzeba brać za dobrą monetę. Pomimo że elementy prowokacji są znane wszystkim, dokonanie ostatniego kroku i nazwanie rzeczy po imieniu, równałoby się narażeniu na epitet „konspiracjonisty”.”
    … albo trolla.

  8. 8 michał

    Droga Pani Beato,

    Nie wiem za co ten banan, ale choć bananów ci u nas dostatek i ten przyjmę itd.

    Co rzekłszy (a także banana przyjąwszy), nie mogę się z Panią zgodzić: nie ma w prlu w tej chwili ani nigdy od 1917 roku nie zachodziła nigdzie na świecie „rusyfikacja”. Pisze Pani w swoim Dzienniku:

    „Za sprawą osób sprzyjających Rosji funkcjonuje w naszym kraju rosyjska agentura. Są osoby takie – jest więc agentura. Czysta logika. Jakiekolwiek interpretacje bagatelizujące obecność takich osób w strukturach władz najwyższych to czysty nonsens. Czysty idiotyzm. I skoro są te osoby w najwyższych strukturach, Polska jest rusyfikowana. Nie jest sowietyzowana czy komunizowana, lecz rusyfikowana.”

    Ma Pani rację, że prl nie jest w tej chwili sowietyzowany, ale tylko dlatego że nie ma takiej potrzeby, że jest wystarczająco zsowietyzowany od bardzo dawna. Gdyby tak nie było, bolszewicy nigdy nie zdecydowaliby się na 1989 rok i rzekome oddanie władzy. Ale wróćmy do „rusyfikacji”, którą Pani wytyka ze smakiem. Rusyfikacji w moim odczuciu mogłaby dokonać tylko Rosja, a Rosja nie istnieje, od 1917 roku, kiedy międzynarodowa szajka zagarnęła władzę w Petersburgu. Bolszewicki pucz, przekreślił ciągłość państwową Rosji, a Sowiety był Rosji zaprzeczeniem. Józef Mackiewicz tak o tym pisał w „Zwycięstwie prowokacji”:

    „Rosja XIX wieku była krajem spiskowców i buntowników, Sowiety stały się krajem milczącego posłuszeństwa; symbolem Rosji były jej kopulaste cerkwie ze złotymi krzyżami, symbolem Sowietów jest zniesienie krzyża; poezja rosyjska opiewała lasy i przestrzenie, poezja sowiecka opiewa kominy fabryczne; literatura rosyjska opanowana była duchem sprzeciwu i krytyki, literatura sowiecka duchem uległości i pochwały; w dawnej Rosji gromadzili się ludzie, by bronić pokrzywdzonego, w Sowietach schodzą się na zgromadzenie, by podeptać pokrzywdzonego; w dawnej Rosji ulubionym tematem była wątpliwość wszystkiego, w Sowietach jedynym tematem jest niezachwiana pewność; w Rosji szpieg i donosiciel pogardzany był nawet przez tych, którzy się nim posługiwali, w Sowietach donosicielstwo podniesione zostało do godności cnoty obywatelskiej” itd.

    Po 75 latach takiej „de-rusyfikacji Rosji” można spokojnie udawać, że bolszewizm upadł. Ale „Rosja” Jelcyna i Putina, Gazpromu i fsb, nie ma nic wspólnego z Rosją carską, a wszystko z Sowietami.

    Gdyby tylko miała Pani rację! Gdyby rzeczywiście tak było, że zagraża Polsce po prostu ościenny kraj, to nie byłoby tak źle. Ale proszę mi łaskawie powiedzieć, czy Wenezuela, Brazylia i Argentyna są w tej chwili rusyfikowane?? Czy Niunia Europejska jest narzędziem rusyfikacji?

    Jeszcze raz, wielkie dzięki za banana!

  9. 9 Beata

    Upłakałabym się nad biedną Rosją, że ją zsowietyzowano, gdyby nie zabory.

    „nie mogę się z Panią zgodzić: nie ma w prlu w tej chwili ani nigdy od 1917 roku nie zachodziła nigdzie na świecie “rusyfikacja” ”

    A zabory? Dlaczego wymienił Pan tutaj 1917 rok? Odpowiadając na mój wpis zacytował Pan Józefa Mackiewicza, a tam czytam o charakterze Rosji sprzed 1917 roku, tej samej, która była sprawcą zaborów:

    “Rosja XIX wieku była krajem spiskowców i buntowników, Sowiety stały się krajem milczącego posłuszeństwa; symbolem Rosji były jej kopulaste cerkwie ze złotymi krzyżami, symbolem Sowietów jest zniesienie krzyża; poezja rosyjska opiewała lasy i przestrzenie, poezja sowiecka opiewa kominy fabryczne; literatura rosyjska opanowana była duchem sprzeciwu i krytyki, literatura sowiecka duchem uległości i pochwały; w dawnej Rosji gromadzili się ludzie, by bronić pokrzywdzonego, w Sowietach schodzą się na zgromadzenie, by podeptać pokrzywdzonego; w dawnej Rosji ulubionym tematem była wątpliwość wszystkiego, w Sowietach jedynym tematem jest niezachwiana pewność; w Rosji szpieg i donosiciel pogardzany był nawet przez tych, którzy się nim posługiwali, w Sowietach donosicielstwo podniesione zostało do godności cnoty obywatelskiej”

    Rosja obecna – pisze Pan – nie ma nic wspólnego z Rosją carską. Z punktu widzenia naszego, Polaków, ma to wspólne, że jesteśmy niezmiennie (z krótkimi przerwami) celem ich ekspansji. Drogi Panie Michale, to jest nasz dom, a nie ich. Nasz dom jest naszą troską. Rosjanie wciąż na przestrzeni wieków sięgają po nasze. Dzięki rusyfikacji za czasów carskich łatwiejsza była sowietyzacja. Jest ta ciągłość historyczna. Kraj Rosjan, czy carski, czy zsowietyzowany był względem nas agresorem.

    ***

    A bana na owym forum otrzymałby Pan za pogląd o udawanym antykomunizmie, na przykład za takie oto słowa:

    „Gorbaczow był godnym następcą Ojców i Doktorów bolszewickiego kościoła i pozostał wierny leninowskim celom i leninowskim naukom. Skonstruował głasnost’ i pierestrojkę jako narzędzia propagandowej ofensywy na Zachód.”

  10. 10 michał

    Pani Beato,

    Pisuję dla Wydawnictwa Podziemnego dlatego właśnie, że nie zamierzam się poddawać bananom z forum czy z quorum. Mogę Panią zapewnić, że jest mi serdecznie obojętne, co i kto by sobie pomyślał na „owym forum” (nie wiem przecież, jakie to forum). Interesuje mnie natomiast Pani pogląd, ponieważ pogląd jest zawsze indywidualny i „czyjś”. Zostawmy zatem te banany i przejdźmy do Pani stanowiska. Dodam jeszcze tylko, że nie pojmuję, o co chodzi z tym „udawanym antykomunizmem” – czy ja go udaję? Gorbaczow? Czy forum?

    Pyta mnie Pani, dlaczego wymieniam rok 1917. Dlatego, że miało wtedy miejsce pewne wydarzenie, które zmieniło losy Polski i świata; pojawiła się wówczas potęga, która za cel postawiła sobie władzę nad światem („Pokój, to komunizm na całym świecie”, jak to ładnie rzekł Lenin). Potęga ta zapanowała w Rosji, więc kierunki jej ekspansji musiały z definicji pokrywać się z kierunkami polityki Rosji. Ale cele były odwrotne, ponieważ bolszewikom zależało na tym, żeby Polacy byli sowietyzowani po polsku, a Czesi po czesku, Niemcy po niemiecku itd. Czy Chiny są Pani zdaniem zrusyfikowane? Czy Korea Północna cierpi pod rosyjskim knutem? Czy Pol Pot to był rusyfikator? Chyba nie. A przyzna Pani, że wszyscy oni mieli (i mają) coś wspólnego z Moskwą; jednak jest to Moskwa jako centrala światowego komunizmu, a nie ośrodek rusyfikacji.

    A jak to jest z „nami, Polakami”? Wobec nas Rosja była agresorem? Była przez jakiś czas, ale kiedy Żółkiewski okupował Moskwę, było chyba raczej na odwrót, nie? Chyba że wyznaje Pani tę polrealistyczną zasadę, że Polska z definicji może być tylko ofiarą. Jednak historia pokazuje, że potężne państwa zawsze zachowywały się nieoględnie wobec słabszych sąsiadów. Polska nie była tu wyjątkiem. Polska historiozofia utrzymuje zazwyczaj, że Rzeczpospolita Obojga Narodów nie została stworzona w wyniku ekspansji, ale czy nie zastanowiła się Pani nigdy, dlaczego aż tak bardzo nienawidzą Polaków Litwini, Białorusini i Ukraińcy?

    Rozbiory Polski nie były aż tak wyjątkowym wypadkiem w historii, żeby z tego powodu zamykać oczy na rzeczywistość. Kto Panią aż tak bardzo rusyfikuje? Kto każe Pani mówić po rosyjsku? Mówi Pani: „Dzięki rusyfikacji za czasów carskich łatwiejsza była sowietyzacja” – czyżby zatem sowietyzacja odnosiła mniejsze sukcesy w Krakowie czy Lwowie, bo nie było tam rusyfikacji?? Ejże…

  11. 11 Beata

    Panie Michale,

    Te banany na forach rozdają moderatorzy, którzy też mają pogląd swój indywidualny, a wypracowany w okolicznościach różnych, nieraz kołchozowo-forumowych. Lecz mało kto może cieszyć się poglądem uzyskanym wskutek własnych samodzielnych przemyśleń, z reguły ludzie wchłonął je na ślepo tkwiąc w stadzie.

    Pisuje Pan dla Wydawnictwa Podziemnego, ale dla kogo? Między innymi dla bywalców forów. Nie dowierzam, że jest Panu obojętne, co i kto sobie myśli po przeczytaniu Pana artykułów. Pisze Pan dla rodaków, czyż nie? Coś im Pan tłumaczy i ma nadzieję, że nie nadaremno. Czyż nie? Pisze Pan także dla głuptaków, by przejrzeli na oczy. Kształtuje Pan słowem ludzi, ich poglądy. Pewien forumowy bywalec podał mi linka do tego Wydawnictwa. Poczytałam tu trochę i poczułam powiew rześkiego powietrza. Parę dni temu założyłam własne forum i pomyślałam, że otworzę wiele tematów odnoszących się do opracowań z Waszego Wydawnictwa, ponieważ są w bardzo dużym stopniu odzwierciedleniem moich przekonań. Przeżyłam utajnioną sowiecko-rosyjską okupację pookrągłostołową z pełną świadomością tragicznej sytuacji kraju, podczas gdy wokół, wszędzie, w mediach głoszono definitywną nieprawdę o rzekomej niepodległości i demokracji. Moje przekonania torpedowano, prawie wyłącznie w sposób dla mnie przykry. Człowiek o innych poglądach, sam wśród wyznawców propagandy skazany jest na szalenie przykre traktowanie. Mimo to nigdy nie zamierzałam poddać się i nadal nie zamierzam. W Waszym Wydawnictwie dostrzegłam sojusznika.

    „Udawany antykomunizm” to Pana teoria. Moim zdaniem pierestrojka została przeprowadzona według scenariusza i ściśle pod kontrolą służb specjalnych i wojskowych ZSRR. Podobnie pucz. Czyli Pan i ja oceniamy sprawę scenariusza i ścisłej kontroli tak samo. Różnimy się natomiast w ocenie osiągniętego celu. Pan uważa, że komuniści przedłużyli swoje panowanie, choć nadali mu inną formę – ja uważam, że względem świata zewnętrznego Rosjanie zmielili formę sprawowania swoich wpływów. Nie sowieci, a po prostu Rosjanie.

    Pyta Pan o Chiny, Koreę Północną, o Pol Pota. Chiny, owszem, zostały zrusyfikowane. Zupełnie inna była ich kultura i mentalność wcześniej. Stracili ogromnie przyjmując „religię” Moskwy. Stracili koloryt, całą swoją osobowość narodową. Tak się stało z każdym krajem, który przyjął „religię” Moskwy. Określenie „rusyfikacja” czy „sowietyzacja” nie oznacza wcale, że narody będące ofiarą tych procesów posługują się obowiązkowo językiem rosyjskim. Pyta Pan, czy ktoś mi każe mówić po rosyjsku. Sam Pan przecież stwierdza, że „bolszewikom zależało na tym, żeby Polacy byli sowietyzowani po polsku, a Czesi po czesku, Niemcy po niemiecku itd.” Skoro jest Pan zdania, że komunizmu nie rozwiązano i że komuniści nadal realizują swoje dążenie do władzy w świecie i nad światem, to zapewne zgodzi się Pan z zacytowanym zdaniem, ale wypowiedzianym w czasie teraźniejszym – bolszewikom zależy na tym, żeby Polacy byli sowietyzowani po polsku, a Czesi po czesku, Niemcy po niemiecku itd. Sowietyzacja czy rusyfikacja to kształtowanie mentalności ludzi i charakteru całej narodowości, pomimo zachowania narodowego języka danego kraju.

    Polacy względem Moskwy byli agresorem króciuteńko. Nie ma w ogóle sensu porównywać tą obecność Polaków w Rosji do działań Rosji/ZSRR względem Polski. Szkody z naszej ręki, a szkody z ich ręki są nie do porównania.

    Hmm. Że Kraków nie był w rosyjskim zaborze… Wie Pan, dlaczego Hutę im. Lenina wybudowano właśnie w Krakowie? Bo tu sowieci mieli szalenie dużo roboty z mentalnością krakusów. Huta to napływ robotników z różnych części kraju i pretekst rozciągnięcia szczególnie intensywnego sowieckiego nadzoru nad Krakowem. Osobowość miasta została zrujnowana.

    Pyta Pan: „czy nie zastanowiła się Pani nigdy, dlaczego aż tak bardzo nienawidzą Polaków Litwini, Białorusini i Ukraińcy?” Myślę, że to skutek manipulacji sowietów.

    Pol Pota zostawiłam sobie na deser. Bestialstwo niewyobrażalne. Czy miał coś wspólnego ze Związkiem Radzieckim? Nie mam jak udowodnić Panu, że miał. Ale o cóż chodzi w tej naszej polemice? Zainteresował mnie Pana artykuł, ponieważ utrzymuje Pan, że antykomunizm nie był pozbawionym kontroli żywiołem, lecz precyzyjną grą w każdym calu. Prawda jest taka, że służby moskiewskie doprowadziły do absurdalnej perfekcji umiejętność sterowania narodami. Ale dokonują tego metodami zbrodniczymi. Terroryzm to ich oręż. Po Okrągłym Stole, tym zdradzieckim kontrakcie, także tajna siata rosyjska posługiwała się względem Polski metodami zbrodniczymi. I to mnie interesuje. Jeśli nie posiada Pan na ten temat wiedzy, to trudno. Ja zamierzam wątek ten kontynuować.

  12. 12 michał

    Pani Beato,

    Cała ta polemika aż prosi się o semantyczne uściślenia. Pani całkowite utożsamienie sowietów z Rosją (z którym się nie sposób zgodzić, ale to już wyłożyłem), prowadzi nas do nieporozumień. Zacznijmy od końca. „Służby moskiewskie” prowadzą manipulację? Tak, ale nie w interesie Rosji, tylko międzynarodowego bolszewizmu. Proszę sobie wyobrazić, że służby te odniosły sukces i – co nie daj Bóg! – zapanowały na świecie. Czy będą wtedy mówić po rosyjsku w Caracas i w Bangkoku, w Pcimiu i w Koziej Wólce? Nie można zatem mówić o rusyfikacji, bo jest to ścisły termin historyczny, używany dla określenia polityki kulturowej Rosji wobec głównie słowiańskich narodowości imperium. Używanie tego samego terminu wobec polityki sowietyzacyjnej bolszewików jest ahistoryczne, ale co ważniejsze, jest mylące, bo są to polityki w istocie przeciwstawne.

    Pol Pot był bolszewikiem, komunistą, zbrodniarzem. Miał więc z definicji coś wspólnego z Moskwą, jako centrum bolszewickiej zarazy, ale nie miał nic wspólnego z Rosją.

    Kraków i Lwów były tylko przykładem w odpowiedzi na Pani argument, że „rusyfikacja przygotowała grunt dla sowietyzacji”, ale zastanówmy się nad Nową Hutą. W Krakowie w styczniu-lutym 1945 roku politruk Adam Ważyk założył Dziennik Polski, pod redakcją innego politruka Putramenta. To była okupacyjna gadzinówka bolszewicka, tylko że bolszewicy zawsze nazywali okupację wyzwoleniem i Polacy niestety się na to nabierali za każdym razem, w Wilnie i Lwowie też. Nabierali się, ponieważ (jak mówi jeden z bohaterów „Nie trzeba głósno mówić”) Niemcy robili z nas bohaterów, a Sowieci robią z nas gówno.” Nowa Huta była tak samo potrzebna pod Krakowem, jak huta Warszawa w pobliżu morza ruin.

    Nie sądzę, żeby dla patriotycznych Rosjan Wielka Smuta i udział w niej Polski, to było tak znowu króciuteńko, ale mniejsza. Występowałbym przeciw Rosjanom, którzy chcieliby uzasadnić Dymitriadami niechęć do Polski, tak samo jak wobec Polaków, którzy uzasadniają swą nienawiść do Rosji pół wieku trwającą polityką rusyfikacji.

    Z tych samych względów nie wolno nazywać komunizacji Chin rusyfikacją, bo zaciemnia to tylko obraz procesu. Mao jako następca Nowosilcowa? A wcześniej, czy Dzierżyński rusyfikował Rosję czy też ją od-rusyfikował bolszewizując? Rosja utraciła swój charakter, koloryt jak to Pani nazywa, dzięki dłogoletniej de-rusyfikacji.

    „Udawany upadek komunizmu” to sens mojej hipotezy. Jedną z podstawowych differentia specifica autentycznego antykomunizmu, jest właśnie świadomość, że komunizm zniszczył ciągłość państwową Rosji. Dziś komunizm jest na wielu ustach, ale zwłaszcza wśród Polaków sprowadza się niestety do anty-rosyjskości.

    Na koniec, kwestia indywidualności poglądów. Nie mogę polemizować z „moderatorami” czy „bywalcami” forów, dopóki nie staną się rzeczywistymi ludźmi. Nie istnieje przeciętny pogląd, ani opinia publiczna, a tylko ta oto opinia, o którą można się spierać, w wyniku sporu zmienić zdanie, a tym samym zbliżyć się do prawdy. Naprawdę po to tylko warto wypowiadać jakikolwiek pogląd.

  13. 13 Beata

    Panie Michale,

    Nie utożsamiam sowietów z Rosją, tylko twierdzę, że Rosja obecna kontynuuje agresję sowietów względem świata. Rosja przejęła cele bolszewików, nie wyrzekła się szatana. Nie wykazała skruchy, nie ukazała światu swej dobrej woli. Kto ma walczyć o to, by Rosja wyparła u siebie bolszewizm? Ja? Pan? Polska? Stany Zjednoczone? Ja mam głowić się nad swoją postawą, by pomóc Rosji w tym dziele? Mam głowić się kosztem energii należnej moim własnym sprawom i sprawom Polski? Tym bardziej energii należnej własnym sprawom, że Rosja sowiecka pozostawiła w moje rodzinie katastrofalne spustoszenie, czynione pieczołowicie także po Okrągłym Stole? Mam angażować się w obce sprawy? Za ile? Pytam jak realistka, człowiek wyznający poglądy zdrowego kapitalizmu i uczciwego handlu. Czyż musi mi się chcieć za frajer ruszyć małym palcem w bucie w sprawach nie mojego kraju? Co mnie to obchodzi, że ich tam zdominował bolszewizm. Niechże więc walczą o swój własny kraj. To ich święty obowiązek. Świat ma Rosjan wyzwalać z niewoli, w którą wpędzili Rosjan Rosjanie? Teraz Rosja prowadzi swe agresywne cele. Dozbraja złe państwa, realizuje strategię opracowaną za istnienia ZSRR i przez służby ZSRR, strategię zmierzającą do izolowania Stanów Zjednoczonych w świecie, z zamiarem doprowadzenia do ich osamotnienia. Pan by pewnie powiedział, że to sprawka międzynarodowego bolszewizmu. Kraje atakowane przez bolszewizm, takie jak Polska czy USA, mają więc walczyć z bolszewizmem, aby siebie uchronić, a jednocześnie mają kombinować, jak wyratować z bolszewizmu Rosję? Tymczasem Rosja nie podejmie żadnej walki u siebie? Jakaż to logika, Panie Michale? Nie usprawiedliwiam Rosjan, ponieważ nie podjęli u siebie wojny przeciw komunistom. Błyszczą jak brylanty i kuszą Rosjan cele wyznaczone przez sowietów. Ciężko straszliwie jest poluźnić uścisk dłoni i wypuścić te brylanty z rąk. Przyda się być w strukturach kapitalistycznego świata, a równocześnie w nieczystej grze ustanowionej przez czerwonych uzyskać korzyści. Zła się trzeba wyrzec. Zrezygnować z zysków nieuczciwych. Gdyby faktycznie bolszewizm zapanował nad światem, jak będą Rosjanie twierdzić: że odniósł zwycięstwo bolszewizm, czy Rosja? Wyprą się owoców zwycięstwa ci ludzie mówiący swym ojczystym rosyjskim językiem?

    Uściśla Pan określenie „rusyfikacja”. A ja uściślę inaczej. Powróciła Rosja, powróciła też rusyfikacja. Można by trochę przerobić to określenie, na przykład na „rosjofikacja”, dla odróżnienia. Ale ja celowo nawiązuję do czasów zaborów. Rzucam to określenie Rosjanom w twarz. Nie dam się zwieść. W Rosjanach bardzo silne jest nastawienie do Polaków jako do narodu, który jest winien Rosjanom jakąś podległość i wdzięczność. Za wyzwolenie – jak uważają – spod Hitlera, za dobra – według nich – jakimi uraczył nas ustrój komunistyczny, „genialny ustrój wymyślony przez Rosjan”. W nich nie ma skruchy. Względem nas te „biedne ofiary bolszewizmu” czują się jak nadludzie. Nie zamierzam czuć się jak jedna z podludzi. Nic się Rosjanom od Polski nie należy. Nic materialnego ani żadna pokora. To nam się należą horrendalne od nich odszkodowania. A przede wszystkim mają stąd wyjść i zabrać swoje struktury tajne służące im do antyzachodnich wojennych gier. W ich wyobrażeniach jesteśmy narodem miłującym stan zniewolenia, nieporadnym w okolicznościach niepodległości. Tak? A czyż nie jest wręcz odwrotnie? Najweselszy barak w obozie sowieckim to była Polska właśnie. Ta zaraza czerwona nie zakiełkowała u nas, lecz u nich i zdegenerowała ich mentalność całkowicie. U nich trafiła na żyzny grunt. Nie u nas.

    Podtrzymuję to zdanie: “rusyfikacja przygotowała grunt dla sowietyzacji”. Każda kolejna narzucona przez Rosjan podległość Polski pozostawiała po sobie zarówno wrogów Moskwy, jak i zwolenników, wiernych, gotowych w każdej chwili znów usłużnie przygotować Moskwie powrót. Uśpiona agentura i zwykli, tani szpicle.

    Napisał Pan: „Z tych samych względów nie wolno nazywać komunizacji Chin rusyfikacją, bo zaciemnia to tylko obraz procesu.” Nie uzyskamy nic, jeśli będziemy się użalać nad Rosjanami, że padli ofiarą bolszewizmu, że ich bolszewizm zeżarł całkiem. Nie od nazwy pustej „Rosja” wymagamy czynu, lecz od ludzi z krwi i kości. Ci ludzie są Rosjanami. Swymi własnymi rękoma kontynuują misję zbrodniczą bolszewików. Słusznie jest się nad nimi użalać? Sprawiedliwe to? Ani sprawiedliwe, ani mądre. To samobójstwo. Pan się bawi w segregowanie terminologii, na zimno układa Pan określenia jak ubrania w szafie, by pasowały do właściwej przegródki historycznej.

  14. 14 michał

    Bardzo jest Pani wymagająca, ale tylko wobec Rosjan, a mnie się wydaje, że Rosjanie o wiele bardziej walczyli z bolszewizmem po roku 1917, niż Polacy po 17 września 1939. Szymborska, Miłosz i inni witali armię czerwoną jako wyzwolicieli, Rosjanie walczyli przeciw bolszewikom przez wiele lat w obliczu najpotworniejszego terroru. Na czele czeka nota bene, stało trzech Polaków, zanim Stalin zaufał Rosjaninowi.

    Pani nacjonalistyczne stanowisko jest w pełni analogiczne do tego z pierwszych lat po rewolucji: wszyscy nacjonaliści w krajach sąsiadujących z Rosją pytali wówczas, tak jak Pani dziś: „Co mnie to obchodzi, że ich tam zdominował bolszewizm? Niechże więc walczą o swój własny kraj. To ich święty obowiązek. Świat ma Rosjan wyzwalać z niewoli, w którą wpędzili Rosjan Rosjanie?” A wkrótce bolszewizm stał się ich problemem, ale zamiast winić siebie samych za swą bezczynność wobec ponadnarodowego fenomenu komunizmu, postąpili tak samo jak Pani i poczęli w kamień kląć „Rosję”.

    Dlatego utrzymuję, że Rosja nie istnieje, a to co Pani tym mianem określa, to wyłącznie sowiety. Czy prl nie był żyznym gruntem dla bolszewizmu? Pozwoli Pani, że się nie zgodzę. Najlpepszym dowodem jak bardzo się zakorzenił, jest to, przeciw czemu Pani tak oponuje, tzn. uznanie dzisiejszego prlu nr 2 za Wolną Polskę przez ogromną większość narodu.

    Sformułuję to inaczej, odwracając formułę zaproponowaną przez Panią. „Nie uzyskamy nic, jeśli będziemy się użalać nad Polakami, że padli ofiarą” Rosji, bo naprawdę padli ofiarą bolszewizmu wraz z Rosjanami.

    Dodam tylko, że nie użalałem się nad nikim, chciałem wyłącznie stwierdzić historyczny fakt. Przyjmuję natomiast z radością zarzut „zimnego segregowania terminologii”. Mój Boże, tak! Trzeba się na chłodno zastanawiać nad sytuacją, nie ulegać emocjom, zrzucić ze stołu narodowe szablony, mity o polskiej martyrologii i cierpliwie zacząć od segregowania terminów. Kiedy obce wojska zajmują ojczyznę, to się nazywa okupacja, a nie wyzwolenie. Kiedy sejm w 65% mianowany przez bolszewików, a w 35% wybrany z listy poputczyków, koronuje orła i przemianowuje prl na Wolną Polskę, to nie wolno się na to dać nabrać, bo to nie pasuje, zupełnie jak ubranie w szafie.

  15. 15 Beata

    Panie Michale,

    Nie nabrałam się na mit o wolnej Polsce po Okrągłym Stole.

    „Trzeba się na chłodno zastanawiać nad sytuacją, nie ulegać emocjom” itd. A ja właśnie chciałam Panu pokazać emocje. Bez nich nie wygra się żadnej wojny. Trzeba mieć ich świadomość i dać im dojść do głosu, nawet podczas segregowania, aby człowieka stać było na to, by cisnąć świadomie daną część garderoby zupełnie nie tam, gdzie powinna być, ale po prostu może nawet przez okno. Bez determinacji nie wygrywa się wojen. Demonstracja determinacji jest skuteczną metodą osłabienia psychiki przeciwnika, do wzbudzenia paraliżującego strachu włącznie. Każdej wojnie towarzyszy wojenna psychologia. Ciskanie częścią garderoby przez okno to nie jest bałaganiarstwo, lecz demonstracja determinacji. To nie jest umieszczanie jej tam, gdzie nie powinna się znajdować, lecz demonstracja determinacji. Wszystko zburzę, wszystko wywrócę do góry nogami, aby osiągnąć cel. Jak narkoman na głodzie. Dopiero w takim stanie należy się zabierać za wojowanie.

    Szymborska, Miłosz… – tak, tak, nie zaprzeczę. Ani temu, że Polacy po 17 września marnie bronili się przed bolszewizmem, ani że nie walczyli po Okrągłym Stole. Nie tylko więc wobec Rosjan jestem taka wymagająca. Mimo to jednak Polska nie była aż tak żyznym gruntem dla bolszewizmu jak Rosja. Najlepszy dowód to jest ten, że ich mentalność osiągnęła stan zwyrodnialstwa, rekordowy wręcz w dziejach ludzkości. W PRL-u Polacy zwyrodnialcy byli też, ale nie aż tak wielu. PRL nie ma aż takiego „dorobku” w zbrodniach ja ZSRR. Polakom wciąż jest stosunkowo łatwo „okręcić” skrzywioną mentalność, a Rosjanom nie jest łatwo i długo jeszcze nie będzie. Ten opór na modelowanie był w Polakach o wiele, wiele większy.

    Jest takie powiedzenie, nie wiem, kto je wymyślił, przyszło z Zachodu: „Pomogę Ci, jeśli i Ty sobie pomożesz”. Czy to nie jest uczciwe? No jak inaczej? Jak inaczej naprawiać Rosję bez jej dobrej woli, by samą siebie naprawiła? Głoszenie, że nadal jest ofiarą bolszewizmu, co nazwałam – spłycając może trochę – użalaniem się nad Rosją, to nie jest sposób na pokonanie bolszewizmu ani nawet początek sposobu. Ani dla Rosjan, ani dla nas. Poza tym to nie jest rzetelna prawda. Nie zgodzę, się z Panem, że Rosja nie istnieje.

    Chwała Panu za to, że jednoznacznie, bezkompromisowo, odważnie przedstawił Pan temat precyzyjnego scenariusza i całkowitego sterowania przez służby specjalne tzw. antykomunizmem. Z całym szacunkiem dla Pana pracy, ale chyba nie miał Pan okazji spojrzeć bestii w oczy. „Rosjanie – pisze Pan do mnie – walczyli przeciw bolszewikom przez wiele lat w obliczu najpotworniejszego terroru.” Nie miał Pan okazji poznać – usłyszeć, doświadczyć – terroru w Polsce po Okrągłym Stole w wykonaniu rosyjskiej agentury? Ten tzw. antykomunizm w Polsce był jednocześnie tajną agresją, w której jako oręż zastosowano terror. Nasze polskie władze nie chcą odbierać relacji o tym – o konkretnych metodach, procederach, sposobie zorganizowania siaty oprawców. Od wielu lat nie chcą. I po rozwiązaniu WSI też nie chcą. Są więc współwinnymi, nie?

  16. 16 michał

    Droga Pani,

    Chylę czoła przed Pani wiedzą na temat wojowania i stanu koniecznego do wojowania. Doprawdy, nigdy nie rozrzucałem części garderoby ani demonstracyjnie, ani z determinacją, obawiam się tylko, że po wyrzuceniu garderoby przez okno wojowanie byłoby krótkie niezależnie od determinacji. W każdym jednak razie, proszę koniecznie dać znać, przez które okno zamierza Pani wyrzucać garderobę i stawię się tam niechybnie.

    Proszę zwrócić uwagę, że mówiliśmy dotąd o Rosji, ponieważ utrzymywała Pani tezę o „rusyfikacji”, ale zostawmy tę Rosję w spokoju. Nie ma w tej chwili szans na wyzwolenie Rosji spod bolszewizmu, ale czy są szanse na wyzwolenie Polski? Nie ma żadnych (nie muszę dodawać: w moim przekonaniu). Największą siłą bolszewizmu w prlu jest niemal powszechna (z chlubnymi wyjątkami) akceptacja prlu nr 2 jako Wolnej Polski.

    Słusznie Pani domniemywa, że nie wiem nic na temat „terroru w Polsce po Okrągłym Stole w wykonaniu rosyjskiej agentury”. Proszę łaskawie mnie oświecić. Wyznaję, że w tym kontekście nie jest dla mnie zupełnie jasne, kogo ma Pani na myśli, mówiąc „nasze polskie władze”. To znaczy kto?

  17. 17 Beata

    Panie Michale,

    „Nasze polskie władze” zapomniałam wziąć w cudzysłów.

    Nie ma żadnych szans na wyzwolenie Polski w tej chwili. Ma Pan rację, niestety. Wszyscy błędnie uznają, że Polska jest niepodległa. Też prawda. Okupant Polskę ma, no i co teraz? Na co mu ta zdobycz? Może bolszewizm też w taki sposób utajniony ma już cały świat? A jeśli ma, to na co mu cały świat? Będzie go teraz przerabiał według swojej ideologii? Oj, sporo będzie miał z tym roboty! Bez terroru się nie obejdzie.

    Panowanie bolszewików nad Polską jest utajnione. Przez 17 lat nic nie mówiono nawet o agenturze obcej w WSI. Nie mówiono nic. Agresja miała przebiegać tajnie i tak przebiegała. Widzialnym jej przejawem był terroryzm. Jednak dla niewielu widzialnym. Na serio Pan twierdzi, że Polska nie jest niepodległa, czyli opanowana przez obcych? Tak? Skoro tak, to nie powinien Pan na moje wieści o terrorze pomyśleć o mnie tego samego, co dotąd myśleli o Panu inni (wielu nadal myśli) dowiadując się z Pana tekstów, że RP to w istocie PRL-2. Terror miał otrzeźwić tych, którzy uwierzyli, że Okrągły Stół jest prawdziwym oddaniem Polsce wolności. I oczywiście miał ich zdyscyplinować. Przede wszystkim najpierw terror musiał się pokazać, że jest. A musiał się pokazać i w ogóle działać tak, by nie zdemaskować faktu odbywającej się utajnionej agresji. Dlatego akty terrorystyczne przeprowadzano pod pretekstami, na przykład rzekomo za to, że ktoś za dużo wiedział o szwindlach w sferze rządowej. Prawdziwy sens takich zamachów rozumieli tylko niektórzy, do których adresowany było takie krwawe przedstawienie. O to, by zrozumieli ów sens, postarała się organizacja terroru. Było tego mnóóóóóóstwo. Tą metodą zdyscyplinowani politycy oraz osoby zajmujące ważne stanowiska we władzy centralnej i regionalnych – wszyscy wykonywali skrupulatnie polecenia wiadomych sił. Wydawali nakazane ustawy, przepisy wszelkie, milczeli, o czym im nakazano, nawet wzbogacali się nieuczciwie, gdy im nakazano. Wybór był taki: albo zrobisz, czego sobie życzymy, albo…. – i tu dochodziła to głosu wyobraźnia, która podsuwała w oparciu o zaistniałe już krwawe przykłady, co może się stać w razie nieposłuszeństwa. Któż woli być biedny i chory zamiast bogaty i zdrowy?! Wiadomo. A więc, Panie Michale. Nie tylko ideologia zbudowała nam PRL-2. Także terror. Nie tylko dla idei postępowali ci, którzy PRL-2 konstruowali nam. Można się od idei odwrócić, uznawszy, że jest głupia. Ale mało kogo stać na akt szalonej odwagi, by powiedzieć organizacji terroru NIE! Inaczej obala się system, na czele którego stoją i którego słuszności bronią ideolodzy, a inaczej gdy system jest skonstruowany i broniony przez siatę terrorystyczną. Czyjąś wiarę w dana ideologię można zachwiać, wyperswadować. Można zadziałać psychologicznie, by opór sitwy ideologicznej złamać, zaczynając od posiania zwątpienia. Można taką sitwę nawet obalić siłą. Natomiast terroryści są to maszyny. To zawodowcy i zwyrodnialcy. Dla nich nie istnieją granice okrucieństwa ani moralności. Oni się nie poddają nigdy. Taki, który zmięknie, wiadomo jak skończy. Jak Litwinienko. Widział Pan? Oni też widzieli. Ta śmierć zadziałała na wyobraźnię zanim rozwiązano WSI w Polsce. Ciekawa kolejność wydarzeń…

  18. 18 michał

    Droga Pani Beato,

    Czy agentura nie jest tajna z definicji? Czy nie dlatego mówiło się na przykład o Paxie „jawna agentura”, że w normalnej sytuacji taką działalność się ukrywa? Twierdzę, jak słusznie Pani zauważyła, że ten twór, który zastąpił prl, nie jest państwem polskim, ale kontynuacją prlu. Wyznaję jednak chętnie, że jego natura wymyka się bliższej analizie. Miliony naszych rodaków uznają toto za państwo polskie, co mnie, prawdę mówiąć, obraża. Problem tkwi w braku suwerenności państwowej, ponieważ u zarania prlu 2 legła tajna umowa, tę suwerenność ograniczająca. Ilekroć rząd prlu próbuje nieśmiało przekroczyć granice wyznaczone w tych umowach, upada.

    Proszę mi wybaczyć, ale czy nie jest Pani tyć przewrażliwiona? Ja niczego „sobie o Pani nie pomyślałem”, a już na pewno nie to, co „myślą o mnie inni”, bo to się nie nadaje do powtórzenia. Nie byłem w prlu od ponad 20 lat, nie śledzę codziennie tamtejszych wydarzeń, bo wydają mi się przewidywalne jak flaki i olej. Nigdy nie zauważyłem masowego terroru, więc poprosiłem, by mnie Pani oświeciła. Słyszałem o skrytobójczych aktach i niewyjaśnionych morderstwach, ale to jeszcze nie jest „kampania masowego terroru”. Ale jeśli Pani ma rację, jeśli społeczeństwo prlu 2 poddane jest systematycznemu terrorowi, to tym bardziej dziwne mi się wydaje, że przytłaczająca większość Polaków uznaje toto za wolną Polskę.

  19. 19 Beata

    Panie Michale

    Tajna z definicji jest agentura, tajne są też mafie, tajne są organizacje terrorystyczne. Dobrze, że Pan nie śledzi codziennych wydarzeń w PRL-2, bo w relacjach dziennikarskich prawdziwego obrazu Pan nie znajdzie ani nawet po dogłębnej analizie sam nie wyłuska kojarząc jedno z drugim. Wcale nie trzeba systematycznie obserwować wydarzeń tutejszych, by pojąć schemat wprowadzonego tu systemu. A gdy się raz pojmie schemat tego systemu, bardzo dużo zaczyna się rozumieć – śmiało można powiedzieć, że wszystko. Potem patrzą na takiego wszystko rozumiejącego jak na wariata. :)

    Nie zauważył Pan masowego terroru – tubylcy nie zauważyli, jakże więc Pan, skoro Pana tu nie ma, miał zauważyć? Ale ja jeszcze, pisząc do Pana o terrorze, nie użyłam słowa „masowy”. Ale to nic, masowy też jest. Na razie króciutko scharakteryzowałam terror użyty jako metoda dyscyplinowania polityków i rządzących na szczeblu państwa i regionalnych. Słyszał Pan o skrytobójczych aktach i niewyjaśnionych morderstwach. No to słyszał Pan o terroryzmie, lecz nie interpretuje Pan tych faktów tak jak ja. Jasne, że wśród nich mogą być i zwykłe zbrodnie jakieś. Lecz z tymi skrytobójczymi atakami i niewyjaśnionymi morderstwami jest zupełnie jak ze składanym komunizmem i tzw. antykomunizmem, o których Pan w swoim dwuczęściowym opracowaniu pisze. Wszystko pod ścisłą kontrolą i na tajne polecenie, nic nie dzieje się spontanicznie. Zbrodnia ma służyć zastraszeniu. Ma i miała służyć. Odkryłam to w niedługi czas po Okrągłym Stole. Szalałam, pisałam listy do przedstawicieli rządu i różnych stosownych instytucji, usiłowałam rozmawiać. Do kogóż się zwracałam? Do marionetek wiadomych sił. Czyli do agresora. Niczego nie osiągnęłam, zło musiało się stać. Fatum. Teraz czasu się nie cofnie. Ogromny procent Polaków wpędzono w makabryczną nędzę. Sprawił to celowo system. Poddano Polskę procesowi prymitywizacji i brutalizacji. Gdyby nie strach przed karą terroru, zapewne wielu by się odważyło sprzeciwić spychaniu Polski na dno.

    Panie Michale, Polska (której nie ma) to gigantyczne getto. A w nim też oczywiście masowy terror skierowany przeciw ludności. Umordowana już jestem strasznie tą niby-Polską. W getcie ma się przeraźliwie nikłe możliwości działania. Łatwo Pan sobie to wyobrazi. Nowością są fale. Nowa technika użyta do ścisłego inwigilowania i jako narzędzie terroru. Badam skalę tego problemu. W necie nie ma poważnych opracowań na ten temat. Jest kilka witryn, lecz okropnie pogłupiają ten temat. Poważnej nie ma ani jednej. Wiem o falach, bo się z tą metodą zetknęłam osobiście. I nie zgadzam się, by ten temat ogłupiać. Zbrodnie przeokropne popełniane są przy użyciu tej techniki. Tyle na razie odnośnie masowego terroru.

  20. 20 michał

    Droga Pani,

    Pozwoli Pani, że poukładamy tę garderobę w szafie? Jak będziemy szli na wojnę, to wyrzuci Pani sobie wszystko przez okno, ale teraz spróbujmy się zastanowić, chłodno zastanowić, zaczynając od terminologii.

    Kiedy się mówi o „terrorze” ma się na ogół na myśli zorganizowane represje, zakrojoną na dużą skalę kampanię zastraszania ludności. W takim sensie można mówić o terrorze jakobińskim, rewolucyjnym, Wielkim Terrorze lat 30. itd. Nie twierdzę wcale, że taki fenomen nie miał miejsca w prlu 2, ale że o tym nie słyszałem. Nie sądzę jednak, żeby można rozciągać to określenie na pojedyncze akty terroru bez pewnego nadużycia. Terror panujący w Polsce w latach 40. i 50. był chyba jednak czymś jakościowo bez porównania gorszym.

    O ile terror jest zazwyczaj działaniem władzy wobec podległej ludności, to mianem „terroryzmu” zwykło się określać działania małych grup, które przy pomocy indywidulanych aktów gwałtu, chcą zmusić państwo lub społeczeństwo do spełnienia ich wymagań. Nie słyszałem, żeby prl nr 2 był ofiarą tak rozumianego terroryzmu.

    Pani wypowiedź na temat rozumienia („gdy się raz pojmie schemat tego systemu, bardzo dużo zaczyna się rozumieć – śmiało można powiedzieć, że wszystko”) ma, przyzna Pani chyba, charakter tautologiczny i jest trudna do utrzymania, ponieważ wyklucza logiczną możliwość, że się Pani myli. Może powiem to w inny sposób: bardzo bym chciał, żeby ktoś zdołał mnie przekonać, że to jest Wolna Polska, spakowałbym wtedy manatki i wrócił. Nie widzę jednak takiej możliwości, bo musiałbym zamknąć oczy na zbyt wiele, ale muszę przyjąć logiczną możliwość, że się mylę, ponieważ „rozumienie wszystkiego” nie jest dane nam, ludziom.

  21. 21 Beata

    Panie Michale,

    Ma Pan rację, zrobiłam bałagan. Słowo terroryzm należy z moich wypowiedzi wykreślić. Ma być „terror”. A który jest gorszy, ten z lat 40-50, czy obecny – za porównanie się nie zabieram. Możliwe, że i tu ma Pan rację.

    Co do słowa „wszystko”, miało oznaczać, że sedno się rozumie. Sedno sytuacji w Polsce, systemu tu zaprowadzonego, zachowanie ludzi, polityków itd. Nie mam dziś głowy do analizowania tego WSZYSTKIEGO. :) Sorry.

  22. 22 michał

    Jak nie dziś, to może innym razem. Kiedykolwiek Pani sobie sobie życzy.

  23. 23 dan

    „Szymborska, Miłosz i inni witali armię czerwoną jako wyzwolicieli, Rosjanie walczyli przeciw bolszewikom przez wiele lat w obliczu najpotworniejszego terroru. Na czele czeka nota bene, stało trzech Polaków, zanim Stalin zaufał Rosjaninowi.”
    Rosjanie Ukraińcy etc walczyli z bolszwią tak pisali o tym i Sołżenicyn i Suworow i Heller i Niekricz. Ale cytowane przeciwstawienie trochę bez sensu.

    A czy brudasy takie jak miłosz czy szymborska (http://pl.wikipedia.org/wiki/Dyskusja:Wis%C5%82awa_Szymborska)
    reprezentowały kogoś poza sobą?
    czy żelazny feliks dzierżyński reprezentował jakieś ugrupowanie poza komuną?
    Wilebiciel wroga Polski i Polkaów davida irvinga ‚profesor’ z pzpr wieczorkiewicz odkrył http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/220259,wieczorkiewicz-mimo-wszystko-stalin-nas-szanowal.html że „Rosjanie mają prawo subiektywnie twierdzić, że to Polacy ufundowali im to piekło.” jacy Rosjanie i co za „Polacy”? profesor przy pomocy idiotycznej anekdoty zasugerował iż dzierzymordski to Rosjan więził a Polaków „wypuszczał”. Niby gdzie i kogo? Wszystkie polskie (jak i rosyjskie ukraińskie fińskie etc) ugrupowania poza bolszami których była garstka były komunie wrogie (choc pewne koła związane z endecją miały głupi zwyczaj czapkowania przed kremlem bez wzgledu na to kto na nim zasiada). I co? Może po zajęciu Warszawy Feliks z Tuchaczewskim (też przez profesora lubianym jak świadczy dzieło „Sprawa Tuchaczewskiego”) miał praktykować swobody jakich dotąd w tam nie było? „A myśmy jego pomnik rozwalili!” zachłystuje się ‚dziennikarz’. Może przypomniec że pomnik feliksa stanął w Warszawie nie zaraz po 11 Listopada 18 a przeszło 30 lat później za bieruta i sralina.

  24. 24 michał

    Nie bardzo Pana rozumiem. Jeśli porównanie jest bez sensu, to powinno być w miarę łatwo mi to wykazać. Wydaje mi się, że miało sens w kontekście polemiki z Panią Beatą, ale mogę się mylić, to było 3 lata temu…

    Przywołuje Pan Sołżenicyna i Suworowa, a ja ich akurat uważam za Rosjan podejrzanej konduity, ponieważ obaj za swą ojczyznę uznają sowiety. Należą zatem obaj do pod-sowieckiej opozycji. To nie jest Golicyn, który musi się ukrywać do dziś, czy autentyczni antykomuniści, o których świat nie słyszał, bo nie chciał usłyszeć.

    Nie znam się na reprezentowaniu. Ja nikogo nie reprezentuję – oprócz siebie. Niestety miliony ludzi witały sowieciarzy jako wyzwolicieli, po prostu od inteligentnych ludzi (a Miłosz był pewnie kanalią, ale był bez wątpienia inteligentnym człowiekiem) oczekiwałoby się więcej. Wiem, wiem, co Pan powie: FYM, Rolex, Ścios, też niby inteligentni ludzie, a bredzą, jak Piekarski na mękach. Ale też Miłosz był tylko przykładem w kontekście dyskusji.

    Natomiast absolutnie nie ma Pan racji, że nacjonalistyczne ugrupowania były wszystkie wrogie bolzewikom. Wręcz przeciwnie. Bolszewicy zdołali przekonać nacjonalistów, że nie są dla nich zagrożeniem, że o wiele większym zagrożeniem dla np. Litwinów, Białorusinów, Ukraińców – będzie Polska; a dla Polaków – Niemcy, a dla Niemców – Polacy itd.

    A co sobie opowiada bolszewicki pseudo-profesor, to już naprawdę mi obojętne. Za Stalina tacy pseudo-profesorowie krzyżowali jadalnego pomidora z jadalnym kartoflem, żeby w triumfie sowieckiej nauki stworzyć niejadalnego pomitofla. Na! Niech se mają! Co mnie do tego?

  25. 25 dan

    Szanowny Panie Michale
    przepraszam za wtrącenie się do dyskusji zamkniętej 3 lata temu.
    Trochę może poniosło mnie z użyciem zwrotów właściwych zgoła dla karczemnych połajanek.
    Po prostu rozwściecza mnie iż ktoś tam obchodzi 100lecie Czesława M. a Wisława Sz zaliczyła order Orła Białego jakby nigdy nic.
    Zaś profesor W (niech spoczywa w spokoju) uchodził i (w komentarzach pisanych po jego zejściu) nadal uchodzi nadal za…fanatyka antybolszewizmu. Np na http://prawica.net/node/16119 określony został „(…)
    antykomunistyczny i antyrosyjski oszołom.” Antyrosyjski zapewne tak skoro wychwalał wrogów Rosji takich jak bolszewicy (cyt wyżej) czy carowie (wiem o tym z własnych ust jego). Ale gdzie antybolszewizm.
    Oczywiście pisałem to w wielkim skrócie/uproszczeniu etc. Oczywiście ze byli nacjonalisci co z bolszami na różne sposoby współdziłali. Właśnie posłowie endecji w 1920 atakowali w Sejmie Piłsudskiego za brak porozumienia z Moskwą.
    Michaił Heller i Aleksandr Niekricz w niezrównanej „Utopii u wladzy” opisali że na emigracji w latach 20 i 30 działały grupy „smienowiechowców” „eurazyjców” i „młodorusów” które walczyły z bolszewią w ten sposob że akceptowaly
    znaczną cześć ich przestępczych posunięć. Cytują wiernopoddańczy list Furera Rosyjskiej Partii Faszystowskiej (Konstantegto Rodzajewskiego?) do Stalina.
    Tylko że bolsze wraz z poputczykami czy jakimiś grupami co do nich dołączyły, renegatami z innych partii etc i tak zdołali zdobyć w wyborach do Konstytuanty
    najwyzej 1/4 głosów co trzeba przemnozyć przez frekwencję i wyjdzie jeszcze mniej. (A sowiety wybrane na wiosnę 1918 bolsze rozpędzili tak samo jak Konstytuantę i z tych samych powodów) A na Ukrainie, Gruzji i in jeszcze mniej.
    A to znaczy ze cała reszta ludnosci była im wroga czy w najlepszym wypadku neutralna. A w Polsce i w 1920 i 1944 było ich wg ich własnych obliczeń tysiące (vide choćby ‚Te pokolenia żałobami czarne…’ starej działaczki M.Turlejskiej:
    na Lubelszczyźnie latem 44 ok 3000, Rzeszowszyźnie kilkuset, Białostoczcyźnie kilkudziesięciu…).
    Stąd oburzają mnie zdania typu „Polacy założyli Czk”. Czy że „Rosjanie mordowali w Katyniu”. Czy jakiekolwiek inne niebezpieczne uogólnienia.
    Sołżenicyna i Suworowa wymieniłem jako tych co od dawna pisali o oporze obywateli Sojuza. Wymieniając ich nazwiska nie znaczy podpisywać się pod wszystkim co kiedykolwiek napisali. (Sołżenicyn miał tendencję do idealizowania Rosji carskiej bez potrzeby przeciwstawiając ją bolszewii, a tendencję tę niestety kontynuuje Suworow.
    Co bez komentarzy powielają jego tłumacze i wydawcy w Polsce, nie wiem po co.)
    Zamiast nich mogłem wymienić Jozefa Mackiewicza czy Andrzeja Jozefa Kamińskiego „Koszmar niewolnictwa” (W-wa 1990 już po obaleniu pomnika Feliksa GUKPiW próbował zablokować tę książkę za analizę porównawczą GUŁagu i nazistów).
    Kamiński (AK, więzień kacetów) na każdej stronie przeciwstawiał Rosjan bolszewii a Niemców nazistom i moim zdaniem słusznie. Jak napisał „Morderstwo dokonane przez polskiego bandytę jest zbrodnią bandycką nie polską”. Podobnie jak Jasienica
    „zbrodni dopuszczają sie osobnicy nie określonej narodowości lecz określonej moralności”. (cyt z pamieci ze „Srebrnego Wieku”)

    PS „Wiem, wiem, co Pan powie: FYM, Rolex, Ścios, też niby inteligentni ludzie, a bredzą, jak Piekarski na mękach.” nie zamierzałem tego rzec ani nie wiem o co Szanownemu Panu chodzi. Pozostaję z szacunkiem,
    Przepraszam za zawracanie głowy. I na tym niech może koniec.

  26. 26 michał

    Drogi Panie,

    Nie ma powodu, żeby na tym był koniec. Niby dlaczego? Chyba że nie interesuje Pana dalsza dyskusja, to co innego, ale w żadnym wypadku nie zawraca Pan głowy.

    FYM, Rolex i Ścios, to było a propos ostatniego artykułu na tej stronie i odbywającej się równolegle dyskusji.

    Z mojego punktu widzenia, ciekawe w tym co Pan mówi, są zdania na temat idealizacji Rosji carskiej. Idealizować nie należy niczego, ale Rosja cierpi głównie ze względu na poczernienie obrazu przez bolszewicką propagandę, która jest bezkrytycznie akceptowana na całym świecie. Rosja nie była państwem demokratycznym, ale była pod koniec swego istnienia państwem liberalnym. Krytyka Rosji jako „więzienia narodów” oparta jest na poprzedniej epoce, kiedy – nie bez powodu – carska Rosja obawiała się rewolucji. To właśnie liberalizm doprowadził do powodzenia rewolucji. Ochrana aresztowała Dzierzyńskiego wiele razy i co za szkoda, że go tyleż razy wypuścili.

    Moje stanowisko jest takie, że Dzierżyński był komunistą nie Polakiem, że Michnik jest bolszewikiem a nie Polakiem (czy Żydem jak chcą endecy), Putin jest sowieciarzem nie Rosjaninem. Natomiast wobec nacjonalistów, dla których rzeczywistość ludzka dzieli się na narody, jestem gotów przypominać, że bolszewicki zbrodniarz Dzierżyński był polskim szlachcicem, nie trzeba więc idealizować sympatycznej skąd inąd polskiej szlachty. Ale też idealizować nei trzeba niczego, należy w zamian starać się mówić prawdę, bez narodowych klisz i zafałszowań.

    Moja krytyka Sóżenicyna opiera się zatem nie na jego przeciwstawianiu Rosji bolszewikom – takie przeciwstawienie jest uzasadnione i słuszne – ale na tym, że uznał bolszewicki chłam za ojczyznę. Dlatego to domagał się, by nie ruszać bolszewików, a tylko starać się wpływać na nich. Sołżenicyn był zatem antykomunistą, ale nie był kontrrewolucjonistą. I niestety pozostał rosyjskim nacjonalistą.

  27. 27 michał

    PS. Muszę jednak dokonać pewnego uściślenia. Źle mówię. Po prostu wyraziłem się powyżej niesłusznie.

    Dzierżyński oczywiście był Polakiem, tak jak Putin jest Rosjaninem. Miałem na myśli, że ich narodowość jest mi obojętna wobec faktu, że obaj są bolszewikami. Skoro są bolszewikami, to są moimi wrogami, i przy czym tu narodowść? Narodowość Mao i Allende, Chaveza i Jaruzelskiego jest bez znaczenia wobec faktu, że są mi wrodzy jako komuniści.

  28. 28 gniewoj

    Witam,

    cały czas obiecuję sobie, że nie popełnię żadnego nowego wpisu dopóki nie zapoznam się ze wszystkimi artykułami na WydPod. Ale… pycha pcha ręce do klawiatury.

    Dyskusja między p.Beatą i p.Michałem poruszyła mnie. Z jednej strony podzielam emocje p.Beaty z drugiej strony analityka p.Michała nie pozwala na obojętność.

    Rozsądzić czy Polska nie może wybić się na niepodległośc dlatego, że obecna Rosja jest bolszewicka czy też dlatego, że bolszewizm jest rosyjski, chyba trudno? Ale czy jest taka potrzeba?
    W praktyce nie pozwala na to (mam na myśli niepodległość Polski) agentura, której mózg funkcjonuje w Moskwie. W mojej ocenie komunizm chiński czy północnoafrykański czy południowoamerykański nie stanowi, przynajmniej obecnie, przeszkody.

    Próbując pogodzić Państwa stanowiska zaryzykuję twierdzenie, że ponad 120-letni okres zaborów, a więc tak rusyfikacji jak i germanizacji poczynił mniejsze spustoszenia niż 45-letni okres bolszewizacji. Spróbujmy porównać chociażby osiągnięcia IIRP i tego co mamy obecnie. W takim samym okresie, tj. dwudziestu lat IIRP zbudowała Gdynię, COP, sprawną kolej gdy IIIRP nie potrafiła wybudować niczego co uniezależniłoby nas od sąsiadów (gazo-port, drogi, elektrownia atomowa, infrastruktura energetyczna). Tu prośba do p. Michała, jeżeli raczy Pan w jakikolwiek sposób ustosunkować się do powyższego to proszę darować uzasadnianie, że to co mamy w tej chwili to nie jest Polska. Ja o tym wiem.

    To co mnie interesuje to wprowadzenie, wraz z pojawieniem się bolszewizmu, zupełnie nowej jakość jeżeli chodzi o funkcjonowanie zła. Fenomen tego mechanizmu stanowi dla mnie zagadkę. Próba znalezienia klucza, który nie pozwoli po kolejnej pierdyszce na ponowne zmontowanie szafy z IKEA to jest coś, nieprawdaż?

  29. 29 michał

    „Rozsądzić czy Polska nie może wybić się na niepodległośc dlatego, że obecna Rosja jest bolszewicka czy też dlatego, że bolszewizm jest rosyjski, chyba trudno? Ale czy jest taka potrzeba?”

    Ależ to jest zupełnie podstawowa kwestia! Trzeba ja rozsądzić i absolutnie koniecznie należy zająć stanowisko, a nie wolno siedzieć okrakiem na barykadzie (pomijam już oczywiste niewygody). Po pierwsze, z historycznego punktu widzenia, bolszewizm jest nie rosyjski, ale antyrosyjski, nie azjatycki, ale europejski, nie wschodni, ale zachodni. Komunizm zwyciężył jednak najpierw w Rosji, nic więc dziwnego, że kierunki ekspansji komunizmu pokrywały się z kierunkami ekspansji Moskwy, nic dziwnego, że mówiono w bolszewickiej Moskwie po rosyjsku. Atoli treść tego co mówiono była antyrosyjska, hasła niesione na bagnetach nie były hasłami rosyjskimi.

    Dlatego właśnie nie wolno próbować godzić tych stanowisk! Wrogiem jest każdy komunista, rosyjski tak samo jak irański, z Chin tak samo jak z Wenezueli. Ale największym wrogiem powinien być polski komunista i jego polski poputczik. Polska nie jest w niewoli agentury, ale w niewoli swojej własnej niewiedzy na temat swej pozycji. Polacy są w niewoli przekonania, że pokonali komunizm i wywalczyli Wolną Polskę.

    Co rzekłszy, bardzo się cieszę, że Pan wie, że to nie Polska.

  30. 30 gniewoj

    Witam,

    Napisałem 30 marca 2011: „W mojej ocenie komunizm chiński czy północnoafrykański czy południowoamerykański nie stanowi, przynajmniej obecnie, przeszkody.”

    A teraz proszę o traktowanie powyższego zapisu jako niebyły. Wczorajsza Rzepa na pierwszej stronie donosi: „Chińska oferta dla polskiej gospodarki. Dwa potężne koncerny z Państwa Środka chcą wydać ponad 15 mld zł na budowę bloków węglowych w polskich elektrowniach”. To był tytuł a w treści:

    „Wiceminister skarbu Jan Bury, który nadzoruje energetykę, uważa chińską ofertę za interesującą – Inwestycje węglowe są w Polsce potrzebne i nie możemy z nich zrezygnować, a kapitał nie zna granic […]. Nikogo nie dyskryminujemy, firmy chińskie już uczestniczą w prywatyzacji w naszym kraju”

    I wypowiedź kolejnego luminarza (tamże): „Szef Polskiego Banku Przedsiębiorczości Maciej Stańczuk mówi wręcz, że firmy i rząd popełniłyby grzech zaniechania, gdyby nie skorzystały z chińskiej oferty”.

  31. 31 michał

    To bardzo zabawne, tylko że komunizm w każdej postaci jest zagrożeniem dla świata nie dlatego, że akurat chińska kompartia życzy sobie inwestować w prlu. Najzabawniejsza jest w tym Burym bełkocie, mowa o „prywatyzacji” poprzez sprzedaż chińskim firmom, które są kontrolowane przez chińskie politbiuro. Genialna sztuczka.

    Ale powtarzam raz jeszcze, zagrożenie, jakie stanowi międzynarodowy komunizm nie sprowadza się do inwestycji, ani w prlu, ani w Iraku (rzadko kto wie, że Chińczycy kontrolują irakijską produkcję ropy naftowej). Nie da się także sprowadzić, jak to np. robi Nyquist, do zagrożenia militarnego. Nyquist od kilkunastu lat powtarza, że wojna jest nieunikniona i jest tuż, tuż… To byłoby w miarę proste, ale nie sądzę, żebyśmy mieli wkrótce ujrzeć sowieckie czołgi na ulicach Paryża albo chińskie w Tokio.

    Największym zagrożeniem dla świata jest ślepota ludzi, „powszechne chcenie bycia oszukanym”.

  32. 32 gniewoj

    W kwestii formalnej: kto jest autorem określenia „składany komunizm”, Pan czy wspomniani w artykule sowietolodzy?

    Jeżeli jest to Pana sformułowanie to pozwolę sobie zwrócić uwagę, że w stanie złożonym (czy też rozłożenia na części – chyba nasz język nie jest tu zbyt precyzyjny) żaden przedmiot nie nadaje się do użytku. W rozłożonej szafie nie ułoży się ubrań, na złożonym krzesełku nie usiądzie wygodnie wędkarz.
    Użycie sformułowania składany komunizm jako tytułu cyklu artykułów może wprowadzać w błąd. A to przez dawanie złudnej nadziei, że w pewnych, przejściowych, okresach komunizm przestaje być niebezpieczny.
    Bardziej adekwatne jest mackiewiczowskie określenie tego fenomenu jako zarazy a wtedy mielibyśmy do czynienia nie ze składanym a raczej z mutującym komunizmem.

  33. 33 michał

    Drogi Panie Gniewoju,

    Nie będę się bił o Copyright, ale, o ile mi wiadomo, nikt nie użył takiego określenia przede mną.

    Jego źródła są trochę bardziej skomplikowane niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydać. Otóż w na krótko po tzw. puczu moskiewskim zacząłem pisać artykuł na jego temat oraz o fenomenie „upadku komunizmu” w kontekście rzekomego puczu. Artykuł był po angielsku, dla londyńskiego pisma „Soviet Analyst” pod redakcją zmarłego niedawno Christophera Story.

    „Upadek komunizmu” brzmi po angielsku „collapse of communism”, podczas gdy słowo „collapsible” oznacza „składany”. Artykuł został więc zbudowany wokół tej gry słów. Chodziło mi raczej o efekt tymczasowego znikania, zejścia z oczu, tak jak składany rower, na którym przecież nie można jeździć, gdy jest złożony, ale wystarczy kilku sekund i rower jest na miejscu.

    Ponieważ ta gra słów jest nie do oddania w języku polskim, to termin brzmi poniekąd drętwo.

    W żadnym momencie, ani przez chwilę, nie proponowałem, żeby zastąpić mackiewiczowską „zarazę” (zresztą termin chyba wywodzi się od Churchilla, z tych szczęsnych lat, gdy jeszcze był antykomunistą) „składanym komunizmem”. Przenigdy. To jest zaraza. Twierdzę jednak nadal, że określenie „collapsible communism” oddaje naturę tego, co się wydarzyło na przełomie lat 80. i 90. To pozorne tylko zniknięcie, tak jak mebel, który stał w rogu, ale został złożony i zniknął, po to tylko, by go rozłożyć, gdy będzie potrzebny.

  34. 34 gniewoj

    Panowie,
    Wiem, że znacie książkę Golicyna jak również twórczość Mackiewicza ale nie wiem czy gracie / graliscie w szachy ew. brydża?

  35. 35 michał

    A co, chce Pan rozegrać korespondencyjną partyjkę?

    Lubię szachy, ale nigdy nie grałem dobrze i nie grałem od lat. Natomiast w brydża grałem chyba po raz ostatni podczas lekcji religii w świętej szkole Bolka Piaseckiego. (Może to nie była religia…)

  36. 36 gniewoj

    Rzeczywiście, przez chwilę wydawało się, że mam pomysł na zaproponowanie partyjki pewnej, strategicznej gry. Po przemyśleniu zarzucam ten projekt.
    Gra miała mieć na celu przewidzenie czekających nas wydarzeń. Przyczynkiem do tego miałaby być pewna, jak sądzę, niekonsekwencja w działaniu komunistów.

    Czemu mistyfikacji z rozpadem sowieckiego bloku dokonali akurat w latach 1989-91? Czemu właśnie ten moment wybrali za najlepszy? Dlaczego nie zrobili tego ani wcześniej ani później? Czy na tej podstawie można przewidzieć ich kolejne posunięcie/a?

    Próbując analizować ich grę z Kościołem katolickim dochodzę do wniosku, że postąpili wbrew zasadzie „raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy”. O ile zdobycze na „odcinkach”: władza w naszych rękach i skolektywizowanie społeczeństw zostały w pełni „zabezpieczone” o tyle na „odcinku” zapewnienia swobód obywatelskich i wolności wyznania (czytaj: ateizacji) już nie. Przecież nie można wykluczyć pojawienia się na Tronie Piotrowym Piusa XIII, który uzna za konieczne odcięcie się od linii posoborowej współpracy z komunistami (no chyba, że jestem tu w niesłusznym błędzie).

  37. 37 michał

    Drogi Panie Gniewoju,

    Zupełnie Pana nie rozumiem. Gdzie jest niekonsekwencja w ich działaniu? jaką władzę oddali? Swobody obywatelskie czy wolność wyznania, nie są elementami władzy, które można zachować bądź nie. Odebranie ich było konieczną częscią procesu sowietyzacji, a kiedy proces został uwieńczony sukcesem, nowy człowiek wykuty, to i dlaczego nie dać homososowi „wooolnoooości”?

    Ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak woolno dyszet’ czeławiek…

  38. 38 gniewoj

    Spieszę z wyjaśnieniem. Oczywiście bez pomocy J. Mackiewicza nie poradzę sobie. „W cieniu krzyża” daje takie określenie celu komunistów:

    „Od czasu Konstantyna Wielkiego i pierwszego Soboru Kościół stawał […] w obliczu wroga. Wielokrotnie w przeciągu wieków zagrażały chrześcijaństwu moce działające w imię obcych bogów i czciciele innych bóstw. […]. Dopiero po raz pierwszy w wieku XX stanął Kościół w obliczu szczególnej potęgi, której jawnym celem jest nie tylko zniesienie wiary w Boga chrześcijańskiego, ale zniesienie każdej innej wiary w każdego innego Boga, pod każdą jego postacią. Żeby Go nie było ani w niebie, ani na ziemi. Dążąc do tego otwarcie, konsekwentnie, potęga ta opanowała już jedną trzecią globu, i nie maleje, a przybiera ciągle na sile.”

    I oto decydują się na wielką mistyfikację. Wycofują się. Zapewne taktycznie tak jak zrobili to wycofując się z Wilna w 1939 roku.

    „Z gór roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków na Wilno. W chwili, gdy pierwsze oddziały litewskie schodzą serpentyną w dolinę miasta, upstrzone jest ono jeszcze czerwonymi szmatami, które tu zatknęli bolszewicy”. („Jak to było z Litwinami”, Wiadomości 1947 nr 33 /72/ ze zbioru „Droga Pani…”, Kontra)

    Czyżby po to żeby zaraz wrócić, tak jak wrócili do Wilna jeszcze w czerwcu 1940 roku?

    Zostawili wiarę, na razie?, poturbowaną jednak celu nie osiągnęli. Katolicyzm polski przetrwał, choćby tylko w formie statycznej (za O. J. Bocheńskim) ale jednak przetrwał. Takie stwierdzenie chyba nie budzi wątpliwości?

  39. 39 michał

    Nie zostawili wiary, bo wiara prawdziwa jest im zawsze wroga, ale kiedy mają po swojej stronie kościoły, kiedy Papież lata po świecie i przelatując nad wyspą-więzieniem, posyła telegram do „przywódców narodu kubańskiego”, to po czymś takim mogą sobie pozwolić na mistyfikację: róbta se co chceta, nam to nie szkodzi. Książki watykańskie Mackiewicza, pokazują, jak owinęli sobie kościoły wokół palca, a przecież to było na kilka lat przed Papieżem-Polakiem. Co myślał o nim Mackiewicz, znajdzie Pan w Listach do Wiadomości.

    Jeżeli bolszewicy się wycofali, to tylko na z góry wypatrzone pozycje, z których jeszcze lepiej mogą kontrolować wszystko, a jednocześnie stworzyć wrażenie upadku. Przecież sam Pan wie, czym się kończy w dobrym towarzystwie próba argumentacji, że komunizm nie upadł. Milczeniem. A potem pukaniem się w głowę.

  40. 40 Anatol

    Pisze Pan „komunizm nie jest ani formacją historyczną, ani ideologią, ani systemem centralnego zarządzania – a tylko Metodą zdobycia i sprawowania władzy”. Powstaje pytanie – KTO w ten posób zdobył władzę i PO CO. Otóż jest oczywiste, że komunizm powstał wyłącznie w celu walki z Kościołem Katolickim. Nie ma żadnego innego celu, poza wyrugowaniem Kościoła, wiary i dechrystianizacją społeczeństw. Aby to osiągnąć Bismarck zrobił „kulturkampf”, Włosi wymyślili sobie nacjonalizm i państwowość, Brytania zabrnęła w anglikanizm, Francja – w republikanizm. Wszystko to podłamywało Kościół, odsuwało go coraz dalej od ludzi, ale komunizm okazał się metodą najskuteczniejszą. Wybić pokolenie z pamięcią i zastąpić pamięć nowymi pojęciami, potem tych „nowych” ludzi uwiarygodnić kolejnymi represjami nawet jako „antykomunistów”, rozsiać po całej Ziemi jako „prześladowanych”, itd. To się całkiem nieźle udało. Dziś mamy wyzwolicieli spod komunizmu, którzy są komunistami (w Polsce syndrom doskonale znany – Michnik, Kuroń et consortes to bardzo oczywisty przykład, ale człowiekiem sowieckim jest przecież także np. Wałęsa, nie jako agent tajnej policji, a jako osobowość), zaś Kościół nie ma innego wyjścia, jak dostosowywać się do komunistycznego stylu myślenia. Jednak Kościół WCIĄŻ ISTNIEJE!!! I dlatego komunizm nie może umrzeć, musi byc ciągle „rozkładany”, bo został powołany w celu ZLIKWIDOWANIA Kościoła, a nie zmienienia go.

  41. 41 michał

    Szanowny Panie,

    Tak się składa, że powyższy tekst ma długą historię i został opublikowany ponownie w ubiegłym miesiącu. Czy miałby Pan coś przeciwko, żeby przenieść niniejeszą dyskusję pod ostatnio opublikowaną wersję?

    Pytanie ‘kto?’ zdobył władzę wydaje mi się chybione. Komuniści zdobyli władzę. To z kolei otwiera ogromny problem, który na naszej witrynie zwykliśmy nazywać „przybijaniem kisielu do ściany”, a mianowicie pytanie o istotę komunizmu. Zostawmy ten problem chwilowo na boku.

    Pytanie ‘po co?’ jest oczywiście trafne. Najlepszej (moim zdaniem, moim zdaniem…) odpowiedzi udzielił Orwell: jedynym celem bolszewickiej władzy jest władza sama w sobie. Z tego widzi Pan od razu, że nie mogę się z nim zgodzić ani co do oczywistości, ani co do wyłączności walki z Kościołem Katolickim jako celu bolszewików. Bez wątpienia jednak zniszczenie prawdziwej wiary i Kościoła było i pozostaje dla nich koniecznością.

    Walka z Kościołem ma wszakże o wiele dłuższą historię niż historia komunizmu. Co rzekłszy, wydaje mi się, że uznawszy tę walkę za nadrzędny cel bolszewii, popełnia Pan błąd „podciągania” antykomunisty, jakim z pewnością był wielki Bismarck, do wspólnego mianownika z komunistami.

    Pański opis metody sowietyzacji – „Wybić pokolenie z pamięcią i zastąpić pamięć nowymi pojęciami, potem tych „nowych” ludzi uwiarygodnić kolejnymi represjami nawet jako „antykomunistów”” itd. – wydaje mi się bardzo trafny. Jest dokładnie tak, jak Pan mówi. Nie jestem jednak pewien, czy dobrze Pana rozumiem w ostatniej części jego komentarza.

    „Kościół nie ma innego wyjścia, jak dostosowywać się do komunistycznego stylu myślenia” – czy to jest powiedziane ironicznie?

    Komuniści – od Lenina począwszy, ale Stalin był tego najlepszym eksponentem – nie mieli nic przeciwko istnieniu „własnego kościoła”, to znacza właśnie ZMIENIENIA GO wraz z innymi kościołami w posłuszne „organizacje masowe”. Pax i księża patrioci w prlu, ale podobnie było w enerdowie i na Węgrzech. Stalin mówił wprost w październiku 1949 w Karlowych Varach:

    „Musimy odizolować hierarchię katolicką i wbić klin między Watykan i wiernych. Zależnie od sukcesów w Czechosłowacji, będziemy budować katolicką działalność w Polsce, na Węgrzech i w innych krajach.”

    A czyż porozumienie z Episkopatem z roku 1950 nie jest tego dowodem? Sierow nakazał ubecji, by nie likwidowała polskiego kościoła, ale „powoli zmieniła go w narzędzie sowieckeij polityki”.

  42. 42 Anatol

    Nie mam nic przeciw przeniesieniu, tylko nie do końca wiem, jak to technicznie zrobić, może rzuci Pan jakimś linkiem :) Może wydam się Panu maniakiem religijnym, ale jako wierzący człowiek traktuję poważnie Ewangelię i istnienie diabła :) Dla mnie jest zrozumiałe, że komunizm (a może „bolszewizm”) jest zawoalowaną formą satanizmu. Bułhakow bardzo celnie ująl jego istotę w „Mistrzu i Małgorzacie”, w zasadzie wypowiedział komunizm DOSŁOWNIE, choć wszyscy uważają to za literacki wybieg. Ostatnio czytałem o okultystycznych powiązaniach komunistów, jest tam parę ciekawych wątków, jak np. buddyzm. Ale abstrahując od warstwy religijnej/metafizycznej, bo jak wnioskuję z Pana odpowiedzi woli Pan dyskusję na gruncie bardziej laickim, muszę powiedzieć, że nie do końca rozpatruję antykomunizm Bismarcka jako cechę wiodącą, jak gdyby kasującą wszystkie wady – bo Bismarck też robił paskudne rzeczy, choć z innej perspektywy politycznej. Antykomunizm sam w sobie jest po prostu zaprzeczeniem komunizmu, jest to pogląd ze wszech miar słuszny i godny pochwały, lecz niebędący lekiem na całe zło tego świata. Hitler też przedstawiał się jako antykomunista, ale nikt z tego nie miał wielkiej korzyści, a wręcz przeciwnie – to był w pewnym sensie użyteczny idiota, który został obrócony przeciw antykomunistom w bardzo sprytny i bolesny sposób. Co do Kościoła – nie, to nie było ironiczne. Kościół też przeżył najazd tych „nowych” ludzi komunizmu, bo komuchy (w PRL) przecież sprytnie zmuszały kandydatów na księży do słuzby wojskowej, musieli też przejśc sowiecką edukację szkolna, jak wszyscy. Pewne antywartości przekazywane w toku tej edukacji przeniknęły do nauki Kościoła. Chętnie o tym podyskutuję, jesli przeniesie Pan ten wątek zostawiając tu informację.

  43. 43 michał

    Drogi Panie Anatolu,

    Zostańmy już w tym miejscu. Porusza Pan wiele odrębnych spraw, które spróbuję podjąć w porządku ważności (subiektywnym).

    Po pierwsze i najważniejsze, diabła należy traktować poważnie. Ten kto nie traktuje jego istnienia poważnie, jest już w jego szponach. Niewiara w istnienie diabła jest cechą współczesności i wyznacznikiem bagna, w jakim znalazła się ludzkość. Bolszewizm jest przejawem obecności sił piekielnych na ziemi, ale akurat piękna książka Bułhakowa jest chyba bardziej ambiwalentna, niż Pan sądzi.

    Po drugie antykomunizm. Nie jest on wcale, ani nigdy nie miał być, lekiem na całe zło. Paradoksalnie – przeciwnie! Klasyczny antykomunizm Zdziechowskiego czy Mackiewicza domagał się odrzucenia komunizmu, w celu przwrócenia normalności, to jest sytuacji, w której zło przynależne ludzkiej naturze może się rozwijać i może być zwalczane, dobro może triumfować. Antykomunizm to nie soteriologia (nauka o zbawieniu), tylko pragnienie sytuacji, w której wolne czyny ludzkie są w ogóle możliwe. A tylko wolne czyny ważą. Antykomunizm nie jest programem politycznym, a postawą wobec immanentnego zła komunizmu.

    Hitler oczywiście antykomunistą nie był. Hitler był komunistą, ale leninizm w jego interpretacji był wąski, zawężony do jednej rasy, jednego narodu – i dlatego był mniej skuteczny. A że się bił ze Stalinem? Wszyscy gangsterzy zawsze walczą ze sobą, taka ich natura.

    Po trzecie, nie mogę się zgodzić, że „Kościół nie ma innego wyjścia, jak dostosowywać się do komunistycznego stylu myślenia”. „Nie bierzcie wzoru ze świata tego”, mówi św. Paweł w Liście do Rzymian, dlaczego więc Pan twierdzi, że musimy się dostosować? Czy Pan Jezus dostosowywał się do świata wokół? Chyba nie. Czy Kościół ma brać wzór z bolszewickich jaczejek?

    I wreszcie Bismarck. Robił rzeczy paskudne jak wielu wielkich ludzi. Aleksander i Hanibal, Napoleon i Churchill, wyrządzili wiele zła, ale byli wielkimi ludźmi. Bismarck z pewnością nie był postacią tak niesłychanie diaboliczną jak np. Piotr Wielki. Z typową dla niego przenikliwością, Bismarck dostrzegł zagrożenie komunizmu na dziesiątki lat przed jego ziszczeniem. I chwała mu za to. Bismarck był wielkim mężem stanu. W moim przekonaniu, trzeba dostrzegać wielkość i oddawać honory, gdzie się należą, a nie patrzeć przez polrealistyczne szkła: czy był przyjacielem Polski? Delikatnie mówiąc, nie był.

  44. 44 Anatol

    Szanowny Panie Michale,
    Zacznijmy od końca, czyli od Kościoła. Zgodzę się z Panem w jednym – użyłem złego sformułowania. Kościół (hierarchia?) nie tyle „nie miał innego wyjścia”, ile „wybrał takie wyjście”. Czytając Pana teksty myślę, że Pan – jak i ja zresztą – jest „mackiewiczystą”. Ten termin może tez nie oddaje pełnego sensu, ale to, co Pańskiego autorstwa przeczytałem wydaje mi się bardzo „mackiewiczowskie”. Postawa Mackiewicza wobec komunizmu jest nieprzejednana i to w nim cenię. On nie dał się oszukać na żadnym etapie „konwergencji” komunizmu i świata „zachodniego”. Okazał się też jednym ze stosunkowo niewielu myślicieli, którzy konsekwentnie twierdzili, że Sobór Watykański II był w pierwszym rzędzie odpowiedzią na zaistnienie w świecie komunizmu, odpowiedzią niestety złą, uciekającą od potępienia w drogę „dialogu”. To, co stało się później – od przewrócenia porządku Mszy Sw. przez „katechizm holenderski” aż do „teologii wyzwolenia” było dalszym ciągiem tej słabości, okazanej na Soborze. Wybrano drogę koncyliacyjną, uciekając w kierunku świata. Dziś myśl katolicka jest raczej zdominowana przez myślenie „soborowe”, a nawet gorzej – poszła znacznie dalej, niestety w kierunku radykalizowania błędów Vaticanum II. Walczył z tym Benedykt XVI, próbując „odczarować” Sobór poprzez dość pokrętną hermeneutykę. Poniósł klęskę. Ostatnio ze strachem przeczytałem na jakimś portalu katolickim całkiem poważny artykuł oparty na założeniach teologii wyzwolenia. Napisał go Polak (sic!), zupełnie ignorując – czy też bezczelnie przeinaczając – potępienie Jana Pawła II wyrażone wobec tej fałszywej nauki. Z tego co się zorientowałem, nie jest to wcale postawa odosobniona wśród ludzi Kościoła. Co najgorsze, mam wrażenie, że księża propagujący takie nauki nie zdają sobie sprawy, na czyją korzyść pracują…
    Co do Bułhakowa to trochę zażartowałem, ale jego diabły są bardzo realne :) Komunizm jest diabłem w czystej postaci, nawet rodzajem „antychrysta”, bo gdy przyjrzymy się komunistycznym naukom zauważymy, że jest to przekręcona Ewangelia. Lenin dla ludzi sowieckich jest ersatzem Chrystusa. Komunizm zawsze opierał sie na nadawaniu nowych znaczeń starym pojęciom i zaczął od Ewangelii właśnie, fałszując ją po diabelsku i na tyle skutecznie, że dziś wielu ludzi posługuje się komunistycznym fałszem jako prawdziwą Ewangelią ( choćby wspomniana „teologia wyzwolenia”).
    Bismarck… Otóż nie do końca tak jest, że swoją opinię o nim opieram na stosunku do Polski. W ten sposób musiałbym również np. krytykować Papieży, którzy niekoniecznie działali na „korzyść” naszego kraju. Napisałem wcześniej, że celem komunizmu jest zniszczenie Kościoła. Chociaż – po przemyśleniu, dlatego tak cenię tę z Panem rozmowę, bo pozwala mi korygować swoje poglądy – przyznaję Panu rację. Walka z Kościołem trwała długo przed komunizmem. Więc może sprecyzuję – celem komunizmu jest raczej pozbawienie ludzi możliwości zwrócenia się do Boga w ogóle, niż walka z dowolną religią. Komunizm działa „holistycznie” – neguje po prostu prawo Boże! Na wszystkich możliwych płaszczyznach dąży do „stworzenia” świata na nowo. Z punktu widzenia Bismarcka natomiast komunizm był zagrożeniem wartości do których był on sam przywiązany jako Otton von Bismarck. Jego antykomunizm był więc „redukcjonistyczny”. Z czysto partykularnych powodów nie zauważył, że właśnie Kościół jest idealnym sojusznikiem w boju z komunizmem i że zwalczanie komunizmu powinno być nadrzędne nad interesami narodowymi ze względu na dobro ludzi, którym jest zbawienie. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że w ogóle bardzo niewielu ludzi to zauważyło ;) „Holistyczny” w podejściu do komunizmu był właśnie Mackiewicz i wydaje mi się, że jego postawa jest dość odosobniona, dlatego pozwoliłem sobie ukuć termin „mackiewiczysta” :).
    I dalej – jak już wróciłem do celu komunizmu, to czym jest władza w komunizmie? Znów muszę się z Panem (czy też Orwellem) zgodzić, że jest prawdą, iż jakaś część sprzedawczyków przywarła do tego systemu tylko po to, żeby mieć władzę, bo byli ludźmi prymitywnymi, którym powiedziano – będziesz mógł kraść, mieć kobiet ile chcesz, itd. Ale dla twórców czy też animatorów komunizmu władza nie była moim zdaniem CELEM, a SRODKIEM. Osiągnięcie władzy dało im możliwość rozwijania chorego systemu wartości i zarażania nim całego świata w celu odstręczenia ludzi od wiary i Boga. Inaczej by nie mogli tego robić. A to jest faktyczny cel komunizmu, jak już napisałem wcześniej kilka razy – zatruć świat nieprawdą, uwiarygodnić kłamstwo, zniszczyć resztki „starych” zasad i zastąpić je wolną amerykanką. Komuniści robią wszystko, żeby odizolować ludzi od Boga i dlatego z pełną świadomością nazywam ich satanistami, gdyż właśnie celem szatana jest pozbawienie ludzi możliwości zbawienia.
    Jeśli chodzi o Hitlera, to napisałem, że „przedstawiał się jako antykomunista”. Oczywiście, że on antykomunistą nie był, jeśli walczył z komunistami to z pozycji „wewnątrz”, ze względów czysto partykularnych, bo komunizm sowiecki zaczaił się na Niemcy. Więc Adolf był wrogiem Sowietów, gdyż uważał, że dla Niemiec jest najlepszym, mistycznym przywódcą. Jednak wspomniałem o nim z tego względu, że obawiam się postawy „każdy antykomunista to nasz sojusznik”. Hitlerowi zawierzyło sporo całkiem porządnych ludzi, widząc w nim lek na zło komunizmu. Byli wśród nich nawet Polacy (oczywiście przed wybuchem wojny!). I co? Potem trzeba było sobie pluć w twarz, niestety. A nawet gorzej – na Hitlerze komunizm wjechał jak na białym koniu do Europy. Już pomijam dywagacje Suworowa, czy Hitler był agentem sowieckim. Patrząc na skutki jego działań można odnieść wrażenie, ze Suworow miał rację, ale nie chcę wpadać zbyt głęboko w spiskowe teorie :)

  45. 45 michał

    Drogi Panie,

    Niestety nie będę miał dziś okazji, żeby odpowiedzieć obszerniej, a Pański komentarz zasługuje na szczegółową odpowiedź. Tymczasem chciałbym tylko wyrazić myśl, którą nasunął mi Pański komentarz.

    Jest ciekawszy przykład wielkiego człowieka, który był przeciwnikiem Kościoła katolickiego, niż Bismarck – Fiodor Dostojewski. Niezwykle ostry i przenikliwy w swej krytyce, Dostojewski występował przeciw Rzymowi w imię wiary Chrystusowej. Jego krytyka jest niezwykle ciekawa i w szczegółach trafna, ale generalnie rzecz biorąc, wydaje mi się, że nie rozumiał on katolicyzmu. Jest to niestety częsta przywara. Polacy także są prędcy w krytyce Prawosławia, nie mając doprawdy większego pojęcia o jego istocie.

    A inne sprawy, Suworowa nie wyłączając, będą musiały poczekać. Proszę o wybaczenie.

  46. 46 michał

    Panie Anatolu,

    Komunizm nie jest chyba „przekręconą Ewangelią”. To dałoby się powiedzieć o większości herezji. Pelagianizm jest przekręconą Ewangelią, na przykład. Ale komunizm jest czymś o wiele gorszym. Jest wykrzywioną, diaboliczną karykaturą, wystawieniem na pośmiewisko. Że z kanalii takiej jak Lenin zrobiono ten jakiś komiczny ideał humanisty, to jest drobiazg. To było potrzebne Stalinowi, to jest tylko taktyczny zabieg, a nie istota rzeczy.

    Bułhakowa i diaboliczne wątki debatowaliśmy tu wielokrotnie. Pisałem o tym obszerniej tu: http://wydawnictwopodziemne.com/2015/11/22/rzucic-wszystko-w-diably-i-wyjechac-do-kislowodzka/

    Celem komunistów w walce z Kościołem było zastąpienie wiary w Boga i nieśmiertelność duszy, czymś w rodzaju masowego ruchu, który byłoby można spuszczać ze smyczy w dowolnych warunkach. Tak niestety w dużej mierze potoczyły się losy rosyjskiej Cerkwi.

    Kiedy postać u Orwella mówi, że jedynym celem jest władza, to nie ma chyba na myśli osobistej władzy kata albo donosiciela, władzy bezkarnego ubeka nad ofiarą. Nie. Ta władza była zresztą zawsze bardzo ograniczona i bardzo łatwo kaci stawali się ofiarami. Wie Pan na pewno, że Beria kazał zamordować Jeżowa w dokładnej kopii zabójstwa Jagody przez Jeżowa. Ciekawe czy Berię zabito też w ten sam sposób. Tak to się bawią komunistyczni bandyci.

    Twierdzenie Orwella, że tylko władza sama w sobie jest jedynym celem, dotyczy samej istoty komunizmu. Nie centralne zarządzanie, nie dobro proletariatu, nie terror i nie doktryna – żaden z tych elementów nie leży w sercu zjawiska – tylko władza. Marksizm-leninizm jest Metodą zdobycia i utrzymania władzy. Dlatego nb. tak pozornie marionetkowa postać jak Jeremy Corbyn, jest groźna. Jest groźny, bo wyposażony w tę samą Metodę.

    Andrej Nawrozow napisał kiedyś, w skrócie ujmując przesłanie Suworowa, że „Stalin wyrzygał Hitlera na Europę, żeby móc ją potem zagarnąć”. Ale o Suworowie napiszę kiedyś osobno i obszerniej.

  47. 47 Anatol

    Szanowny Panie Michale,
    Herezje róznią się od komunizmu zasadniczo, bowiem są ruchami w łonie religii nie tyle przekręcającymi Ewangelię, ile podającymi jej mylną interpretację. I zgadzam się, że komunizm, jak Pan napisał, jest „przekręconą, diaboliczną karykaturą” Ewangelii. W sumie o to mi chodziło :) Fakt, że „uświęcenie” Lenina było również pewnym taktycznym wybiegiem Stalina, ale posłużyło też ogłupieniu ludzi i skutecznemu odwróceniu ich od religijnych świętości. U nas to zjawisko nie występowało (piszę o PRL) w takim nasileniu, jak w ZSRR, gdzie dotrwało do końca (nie skończyło się razem ze „stalinizmem”). Ale nie jest to „drobiazg” i nie lekceważyłbym tego, gdyż świadomość tak wychowanych ludzi jest zarzewiem komunizmu w naszych czasach. Bo dziś komunizm nie opiera sie na władzy, której zasadniczo nie ma, ale na sercach ludzi. Przekręcone dusze myślą komunizmem i wskrzeszają go niejako intuicyjnie, bez jednoznacznej intencji, po prostu nie mając innego systemu wartości, To jest moim zdaniem powód dzisiejszej pokracznej sytuacji krajów postkomunistycznych, tego uporczywego stania w rozkroku między wolnością a odruchami totalistycznymi, między demonstrowaną religijnością a jej bolszewickim rozumieniem. Najbardziej zaznacza się to we współczesnej Rosji, która z „imperium zła” stała się dziwacznym pomnikiem Lenina postawionym na postumencie paraprawosławia („para”, bo obecna forma tej religii w Rosji znacznie odbiega od oryginału). To samo widać na Ukrainie, ale i w Polsce, wszędzie w różnym nasileniu i na różnych płaszczyznach życia społecznego. Generalizując, im bliżej cywilizacji „łacińskiej” i rzymskiego katolicyzmu, tym łagodniej to się objawia.
    Każdemu się wydaje, że jak zdobędzie władzę, to już będzie ją miał. Ale rewolucyjne dążenie do władzy jest zwykle czymś w rodzaju samobójstwa. Daje się nawet zauważyć, że Jagoda/Jeżow/Beria et consortes gdzieś w podświadomości mieli zaszytą myśl, iż będą musieli zginąć za swoje dążenie do władzy. Żądza rządzenia okazywała się jednak silniejsza. Ale lęk przed rychłą śmiercią u NKGB-istów istniał i przejawiał się w paranoicznym tropieniu spisków, w całkowitej dyspozycyjności do każdego świństwa i morderstwa, chęci wyprzedzenia wszystkich w czynieniu zła.
    Nie do końca rozumiem, jak marksizm-leninizm ma być METODĄ zdobycia władzy. Może być PRETEKSTEM do zdobycia władzy, ale metody są bardziej konwencjonalne – zamach stanu, terror, blokada informacyjna. A jeśli nawet władza leży w sercu zjawiska, z czym mogę się zgodzić, to nadal nie jest ani celem ani metodą, ale wyłącznie środkiem. Władzę zdobywa się po coś, nie dla samej władzy. Dla władzy samej w sobie działają jednostki, właśnie ci prymitywni, żadni władzy NKGB-iści na przykład. Oni moga nawet nie wiedzieć, jaki jest faktyczny cel organizacji czy doktryny, na której sie opierają. Są bowiem tylko narzędziami. Natomiast grupa animatorów czy twórców doktryny zwykle dąży do czegoś więcej niż tylko władza.

  48. 48 michał

    Drogi Panie,

    Kult Lenina jest „drobiazgiem” tylko w tym sensie, że gdyby jakiś Chruszczow albo post-Putin zdecydował wyrzucić Lenina z mauzoleum i pochować bydlaka pod płotem, to natychmiast zanikłby kult. Homo sovieticus wielbi, co mu każą wielbić i przeklina to, na co mu wskazują palcem.

    Nie wydaje mi się, żeby dzisiejszy prl i demoludy „uporczywie stały w rozkroku między wolnością a odruchami totalistycznymi”. Chyba, że chce Pan powiedzieć, że tak było od lat 50. Np. w porównaniu z rokiem 49, w prlu było więcej wolności w roku 56; jeżeli zechce Pan nazwać „rozkrokiem” taki stan, to ok. Ja bym powiedział, że dzisiejszy stan rzeczy nie różni się zasadniczo od tamtego, więc rozkrok nie jest tu najlepszym określeniem. Problemem jest sowietyzacja.

    Natomiast zupełnie nie mogę się z Panem zgodzić, że ‚im bliżej cywilizacji „łacińskiej” i rzymskiego katolicyzmu, tym łagodniej objawiają się’ totalistyczne odruchy. Skąd takie przekonanie?? Wolałbym stać w okopach antybolszewickich z prawosławnymi kontrrewolucjonistami niż z katolickimi kolaborantami. Mackiewicz pisał o tym wielokrotnie, niech Pan przeczyta choćby Kontrę. Co więcej, nie ma jednej „katolickiej” postawy wobec bolszewii. Niech Pan porówna nieprzejednane stanowisko Kardynała Mindszentyego z pozycją kardynała Wyszyńskiego i jego „porozumieniem” z bolszewickim państwem.

    Co do władzy jako pierwiastka, debatowaliśmy to tutaj szczegółowo i wielokrotnie, pozwolę sobie więc skierować Pańską łaskawą uwagę na klawisze pod naszą winietą. Zobaczy tam Pan m.in. klawisz pt. Debaty, a pod nim Przybijanie kisielu do ściany. Znajdzie Pan tam wiele artykułów i dyskusji na temat władzy i Metody. Chętnie podejmę na temat dyskusję.

  49. 49 Anatol

    Z tym kultem Lenina to nie jest takie proste, wyrzucenie go z mauzoleum nie zamknęłoby sprawy, bowiem ów kult podbudowano odpowiednim wychowaniem społeczeństwa. Gdyby jakiś „post-Putin” ruszył Lenina, to nie zdobyłby serc Rosjan. Jeszcze – bo może za następne 20-30 lat będzie to prostsze. Skala kultu Lenina w byłym ZSRR jest niewyobrażalna dla nas, bowiem, jak napisałem, u nas tego nie było w takim wymiarze, a w zasadzie prawie w ogóle.
    Czy w 1956 r. w PRL było „więcej” wolności niż w 1949 to dyskutowałbym. Wolności nie da się stopniować, tak jak miłości i wielu innych rzeczy. Ona albo jest, albo nie. W PRL nigdy jej nie było, aż do samego końca. Choć jest prawdą, że społeczeństwo odbierało rok 1956 jako „wyzwolenie”, to jednak ta koncesjonowana sowiecka „wolność” była tylko ułudą. Pisząc o „rozkroku” miałem na myśli właśnie ścieranie się faktycznej wolności z tą komunistyczną iluzją.
    Co do katolickiej postawy – z punktu widzenia władzy papieskiej ta postawa była jednolicie antysowiecka do objęcia władzy przez papieża Jana XXIII. Jednak Kościól – wbrew temu, co sie o nim mówi – jest wspólnotą wolnych ludzi, a nie niewolników. To, co zrobił kard. Wyszyński było w zasadzie jego osobistym „wybrykiem” niechętnie widzianym przez Piusa XII i jego ludzi, zwłaszcza kard. Tardiniego. Wyszyński wspomina o tym wielokrotnie w swoich wspomnieniach. Tak więc sprawa jest bardziej złożona. Notabene komunizm w rozumieniu Wyszyńskiego miał nie być totalitarny. Sądząc z tego co Prymas sam pisał i mówił, choć był zwolennikiem zmian społecznych, nie stanął nigdy po stronie sowietyzmu. Jego konfundujące działania oceniane przez Mackiewicza jako kolaboracja wynikały raczej z obawy przed powrotem stosunków społecznych znanych z II RP. To ten sam „rozkrok”, o którym pisałem. Prymas był czlowiekiem wolnym, niezsowietyzowanym, ale być może do pewnego stopnia uległ iluzji wolności podsuwanej przez sowietów. „Kontrę” oczywiście czytałem, popłakałem nad losem biednych Kozaków, jednak nie do końca wiem, czy chciałbym z nimi stanąć w okopach, bo gdybyśmy zwalczyli komunizm, to dalej mogłoby być różnie.

  50. 50 michał

    Panie Anatolu,

    Tym razem osobliwie się z Panem nie zgadzam.

    Czy był w sowietach kult Stalina? Był. Czy nie wystarczyło pstryknąć, by znikł? Gdyby komuś z powodów taktycznych zależało na usunięciu Lenina, to go usuną. Na przykład (to daleko posunięta fantazja), w niedalekiej przyszłości, podczas kampani deputinizacji, kolejny przy wódce – a może nawet przywódca – powie, że ten Putin, to naprawdę był bolszewik, a teraz trzeba wyrzucić Lenina i zmienić nazwy ulic. Nb. rzadko kto wie, że każde miasto w sowietach – czyli tym co Pan Ścios nazywa Rosją, Białorusią, Kazachstanem, Ukrainą itd. – ma ulice i place imienia Lenina i innych bolszewickich gangsterów.

    Wolność to jest ciekawe zjawisko. Wolnym oczywiście można być w więzieniu, bo wolność jest natury duchowej. Ale jeżeli w 1949 roku trzymali tow. Spychalskiego nago po kolana w wodzie i mordowali porządnych ludzi, a w roku 1956 tysiące Polaków (choć na pewno nie rzekomy million) darło się „Wiesław!” na cześć bolszewika, to było więcej wolności zewnętrznej. Ani mnie, ani Panu, to się może nie podobać, ale nikt ich do tego wrzasku nie zmusił. Zrobili to NIESTETY w sposób wolny. A że to była koncesjonowana wolność, to prawda, bo tak to bywa w więzieniu. Jeżeli więźniom najpierw nie wolno palić, a potem pozwala im się palić, to mają wówczas więcej wolności. W tym sensie wolność można stopniować. W żadnym innym.

    Nazwanie porozumienia z bolszewickim antypaństwem „osobistym wybrykiem kardynała” jest interesujące. Czy w takim samym świetle widziałby Pan dziesiątki lat administracji Kościołem w Polsce przez Wyszyńskiego? Podporządkowanie duszpasterstwa emigracji Episkopatowi, który w całości musiał składać przysięgę na wierność komunistom? Tak, to też wygląda na wybryk. A odmowa wspomnienia o Katyniu? Czy to też osobisty wybryk Prymasa Tysiąclecia? Czy może raczej Papieża-Polaka? Jeżeli Prymas jako „człowiek wolny i niezsowietyzowany” uległ iluzji wolności sowieckiej, to jak Pan definiuje „człowieka wolnego i niezsowietyzowanego”? Bo dla mnie definicja musiałaby zawierać słowa o nieuleganiu iluzji sowieckiej wolności.

  51. 51 Anatol

    Panie Michale,
    Tak, ja np. należę do ludzi, którzy wiedzą, że w miastach „rosyjskich” są ulice Lenina, Dzierżyńskiego, Rewolucji Październikowej, a w Kostromie np. jest ulica Sowiecka, która jakoś szczególnie mnie wzrusza :) To oczywiście nie jest przypadek. Niech Pan jednak popatrzy na to, co dzieje się na Ukrainie podczas desowietyzacji. Komunizm nie „upadł” 25 lat temu, dopiero teraz – na marginesie dekomunizacji – toczy się otwarta wojna z nim. W Polsce też to widać, choć u nas na razie nikt nie strzela. Ale reakcje na dekomunizację są bardzo złe. W Rosji też byłaby z tego wojna domowa. Na marginesie dodam, że kilka lat temu będąc w RPA również widziałem ulice przeróżnych dygnitarzy Apartheidu. One są zwolna przemianowywane, ale jest jedna różnica – wszyscy uwierzyli, że Apartheid był zły, natomiast mało kto wierzy w zło komunizmu, niestety.
    Owszem, zgadzam się z Panem co do tego, że w 1956 Polacy krzyczeli „Wiesław!” tak jakby dobrowolnie, ale jednak obiektywna prawda jest taka, że byli do tego przymuszeni, bo nie było innego wyjścia, Albo „Wiesław”, albo Ochab. Gdyby byli wolni, krzyczeliby pewnie „precz z komuną”.Dobrze Pan pisze o więzieniu, komunizm to dokładnie więzienie z dożywociem dla wszystkich, ale w więzieniu to jest tak, że każdy kąsek wolności trzeba okupić zniewoleniem w innym punkcie. Np. byc może więźniowie uznaliby naczelnika, który pozwolił palić, za fajnego i chętniej by donosili jedni na drugich?
    Przyznaję, że jako wierzącemu katolikowi trudno mi jest w całości przyjąć punkt widzenia Mackiewicza w odniesieniu do Prymasa Wyszyńskiego. Jest to postać kontrowersyjna i muszę to potwierdzić. Niestety żył w takich czasach, w których nie mógł być li-tylko duszpasterzem i musiał być politykiem. Sądzę, że odmowa wspomnienia o Katyniu nie była dla Wyszyńskiego łatwa, ale była raczej wynikiem kalkulacji politycznej niż postawy jednoznacznie prokomunistycznej. Ostatnio czytałem ciekawy wywiad z Macierewiczem, który w interesujący sposób wywiódł opozycję antykomunistyczną z tego, co działo się w 1966 roku, kiedy tłumy ludzi mimo represji szły za obrazem Matki Boskiej i były gotowe rozszarpać każdego, kto by im zabronił. To był moment wielkiej odwagi Polaków i zawdzięczamy to wyłącznie konsekwentnemu działaniu Prymasa – od ślubów jasnogórskich, które paradoksalnie ze względu na nieobecność Wyszyńskiego składał bp. Klepacz, w sumie agent sowiecki. Biorąc pod uwagę to właśnie – otoczenie Prymasa, w dużej mierze zinfiltrowane, jego borykanie sie z „postępowymi” katolikami w rodzaju Mazowieckiego i Stommy, itd., nie umiem tak jednoznacznie potępić Wyszyńskiego. Powstaje pytanie, co by stało się z polskim Kościołem, gdyby Wyszyński przyjął wcześniej postawę Mindszenty’ego. Czy mielibyśmy „Solidarność”? „Naszego” Papieża? Trudno mi to ocenić.

  52. 52 michał

    Panie Anatolu,

    Osobiście jestem zdania, że ani komunizm nie upadł, ani sowiecki sojuz się nie rozpadł. O tym między innymi jest cykl tekstów pt. Składany komunizm. I dlatego m.in. opublikowaliśmy te teksty – napisane 25 lat temu! – ponownie w sierpniu tego roku. Nie ma żadnej „Rosji”, żadnej „Polski” jest tylko prl i sowdepia. „Desowietyzacja Ukrainy”? Raczy Pan żartować.

    Nie było innego wyjścia, niż wrzeszczeć „Wiesław!”?? Ależ było. Np. nie wrzeszczeć. Brzmi Pan ciut jak ten kamieniarz w Drodze donikąd, który najpierw wznosi okrzyki na cześć Stalina, a potem przeklina bolszewię. Zapytany przez Pawła (a w oryginalenej wersji tej historii prze Mackiewicza): to po co krzyczeliście hurra? Odparł: A to jakże inaczej?

    Jakże inaczej? – to jest, w moim przekonaniu, minimalny, możliwy do zaakceptowania poziom sowietyzacji. Jesteś przeciw, ale wrzeszcz „Wiesław!” A precz z komuną? Nie, to dla antykomunistów.

    Jest dokładnie tak, jak Pan mówi. Więźniowie w więzieniu pt. prl, uznali nowego naczelnika, nawet go wybrali, więc teraz już nic nie krzyczą. Nie mówią już nawet, że to prl… no, bo jakże inaczej?

    Nie wiem, dlaczego użył Pan słów „jako wierzącemu katolikowi”. Jako wierzący katolik, czuję sie w obowiązku stwierdzić, że podpisanie porozumienia z bezbożnym reżymem jest nie do przyjęcia. Nazwanie tego „wybrykiem” jest eufemizmem. Wyszyński, którego nb. wcale nie potępiam, nigdy nie przyjął postawy Mindszentyego.

    A Solidarność i nasz Papież? Mój Boże. Nie mam pod ręką cytatów na temat tego, co Józef Mackiewicz myślał o Solidarności, o kardynale Wyszyńskim i o papieżu. Może ktoś mi pomoże?

  53. 53 Anatol

    Panie Michale,
    Komunizm jest czymś takim, co nie upadnie dopóki jest w sercach ludzi – już raz to napisałem i podtrzymuję. A wielu ludzi jednak nie wrzeszczało „Wiesław!”, nawet większość, niezależnie od tego co myśleli. Pytanie jednak, czy niewrzeszczenie dawało cokolwiek więcej od wrzasku?
    Mackiewicza o „Solidarności” zacytuję za Wikicytatami: „Ruch „Solidarności” w PRL nie był nigdy dążącym do obalenia komunizmu, lecz do ulepszenia go. Poprawienia zarówno warunków ekonomicznych, jak i społecznych. „Więcej chleba i wolności!”. Był w tym konsekwentny. Zgodził się na dominującą rolę partii komunistycznej, byle w jej polskokatolickim wydaniu… W tym swoim dążeniu do „Porozumienia Narodowego” znalazł też pełne poparcie ze strony Kościoła, od prymasa Wyszyńskiego począwszy, na papieżu Janie Pawle II skończywszy.” I powiem, że moim zdaniem jest to zaledwie część prawdy. Pamiętam „Solidarność” w 1980 roku – był to ruch niezwykle zróżnicowany, w którym ścierały się skrajnie odmienne poglądy. Ocena „S” na podstawie polityki „Bolka” Wałęsy, którego wizją faktycznie było „ulepszenie” komuny, jest fragmentaryczna. Niemało ludzi weszło do tego ruchu nie po to, żeby ulepszyć komunizm, tylko żeby go obalić. Nawet mimo tego, że realna ocena sytuacji była pesymistyczna, bo w sumie nie dowierzało się komuchom z ich porozumieniami i była jasność co do tego, że komunizm można obalić tylko za pomocą wojny światowej. Szliśmy jednak do „Solidarności” czy w jej okolice (mając w 1980 r. 17 lat i będąc uczniem LO nie mogłem wstąpić do związku) licząc, że może ta wojna kiedyś będzie, albo że coś się zdarzy, co jednak nam pomoże rozwalić imperium zła. Więc jednoznaczna ocena Mackiewicza niekoniecznie odpowiada pełni prawdy historycznej, wszystkim twarzom antykomunizmu w łonie PRL. A zadajmy jeszcze pytanie, czy Wyszyński i JP2 mogli wystąpić publicznie mówiąc: „eee, ta Solidarność to pic na wodę-fotomontaż”. To coś takiego, jak za Jaruzelszczyzny było z poparciem dla Wałka: odsądzanie go od czci i wiary, choć każdy realista widział, że to jakiś agent, było wodą na młyn komuny.
    Aczkolwiek zgadzam się, że Polska dziś wciąż nie istnieje, podobnie jak Rosja, nie nazwałbym tego dziwacznego (po)tworu PRL-em. W ten sposób Niemcy możnaby nazwać DDR-em, bo rządzi nimi Merkelowa z FDJ :) Ten miszmasz, który powstał po „złożeniu” komunizmu,w zasadzie nie wiadomo, czym jest.
    No i jeszcze dlaczego „jako wierzący katolik”? Otóż dlatego, że wiara podpowiada mi, iż zbawienie jest najważniejszą rzeczą w życiu człowieka. Komunizm to zło, ale tylko w wymiarze doczesnym. Nie będzie go w wieczności. Moim zdaniem taka była też postawa Wyszyńskiego – w imię zachowania wiary katolickiej według jego wiedzy będącej jedyną drogą do zbawienia szedł na dziwaczne kompromisy. Nie upieram się, że była to droga prosta, jaka być powinna, ewangeliczne „tak, tak, nie, nie”, ale to nie jest jakiś odosobniony przypadek w historii Kościoła, kiedy w imię zbawienia idzie się na kompromisy. Kościół liczy bowiem nie tylko na ludzi, ale w pierwszym rzędzie na Boga. Tak to widzę.

  54. 54 Andrzej

    Szanowny Panie Anatolu,

    Poza wikicytatami, które bywają nierzetelnie redagowane istnieją także inne źródła. W tym przypadku „Listy do Redaktorów ‚Wiadomości'” Józefa Mackiewicza i Barbary Toporskiej.

    W liście do Stefanii Kossowskiej z 15 lipca 1981 Józef Mackiewicz napisał, jak mi się zdaje, to co myśli:

    Niestety, to co Pani nazywa: „wszystko co polskie (Papież, prymas, Wałęsa, Solidarność)”… – jest dla mnie:

    papież: największy (z moralnej wagi gatunkowej) „poputczik” bolszewizmu od r. 1917
    prymas (Wyszyński): jeden z największych zdrajców w dziejach Polski
    Wałęsa: jawny członek partii komunistycznej, działający na jej korzyść
    „Solidarność”: totalitarny zlepek autocenzury – komuny, Kościoła, i najniższego gatunku nacjonalizmu; w szarości, nudzie i zakłamaniu. Brrr…

    Ale nawet nie stosując tych ścisłych definicji, jeżeli każda krytyka jest niedopuszczalna, cóż pozostaje?

  55. 55 Andrzej

    ps.słowo „każda” w treści cytatu powinno być podkreślone (system komentarzy nie przyjął mojego tzw. tagu)

  56. 56 michał

    Dziękuję, Panie Andrzeju. O ten właśnie cytat mi chodziło.

    Panie Anatolu,

    Mackiewicz z pewnością nie oceniał Solidarności „na podstawie polityki Bolka”, co w ogóle byłoby absurdem, natomiast Pan zdaje się oceniać Mackiewicza na podstawie lektury wikipedii. Trzeba Panu wiedzieć, że przed laty wprowadziliśmy tutaj zakaz cytowania wikipedii jako notorycznie nierzetelnego źródła. Proszę łaskawie nie powoływać się na takie źródła w przyszłości, zwłaszcza, że, jak słusznie zauważył p. Andrzej, dostępne jest multum innych źródeł.

    Jak Pan, i ja byłem wówczas w prlu, i potwierdzam z całą stanowczością, że był to zlepek autocenzury i najniższego gatunku nacjonalizmu, w szarości, nudzie i zakłamaniu. Pan zresztą także to potwierdza, bo jeżeli nawet Papież w Watykanie nie mógł powiedzieć prawdy, to cóż to jest jak nie autocenzura?

    Chętnie się zgodzę, żeby nie nazywać dzisiejszego wcielenia prlu prlem, ale jak toto nazwać? Kubusiem Puchatkiem? Jeżeli wystąpi Pan z propozycjami, to chętnie to przemyślę. Tutaj nazywaliśmy to różnie: prl bis, prl nr 2 albo najlepszy z prlów.

    Przytoczę raz jeszcze św. Pawła: „Nie bierzcie wzoru ze świata tego”. Jak się ma wobec tego postawa, którą Pan zarysował?

  57. 57 Anatol

    Szanowni Panowie.
    Również nie jestem fanem Wikipedii, zwłaszcza polskiej, zacytowalem „na szybko”. Wydźwięk tego cytatu nie odbiega jednak bardzo daleko od tego, co zacytował Pan Andrzej – ocena Mackiewicza „Solidarności” i związanych z nią ludzi Kościoła jest negatywna. I dla mnie nie jest to dziwne, bo znam poglądy Mackiewicza na tyle dobrze, że nie spodziewałbym się entuzjazmu :) Mogę się do tego odnieść tylko osobiście, pamiętając „karnawał Solidarności”. Dla mnie było to przeżycie znacznie bardziej intensywne niż późniejsze czasy tzw. „upadku” komuny (zastrzegam, że terminu „upadek” używam jako pewnego skrótu myślowego – dla mnie jest cały czas jasne, że komuna nie upadła). Być może dlatego moje partykularne widzenie „S” odbiega od poglądu Mackiewicza. Jednak zdaje mi się, że Mackiewicz trochę nie docenił tego, czym była w rzeczywistości PRL „Solidarność”. Wychowany w konsekwentnie antykomunistycznym domu postrzegałem „Solidarność” jako pewien środek do osiągnięcia celu, nie jako cel sam w sobie. Daleki byłem od hurraoptymizmu, zdając sobie choćby sprawę z faktu, że „S” nie była ani partią, ani nawet ruchem antykomunistycznym, tylko związkiem zawodowym. Wałęsy nigdy nie lubiłem i uważałem za najgorszy z możliwych wyborów. Zdawałem sobie też sprawę z autocenzury, bo znałem ją jako wychowanek szkoły PRL-owskiej, w której kazano mi mówić coś innego niż w domu. Wańkowicz ukuł na to fajny termin „wszystkoizm zastrzegomanii”. Tak, to wszystko było. Czy był też „nacjonalizm na najniższym poziomie” to już bym się pokłócił, bo nie tak to postrzegałem. Ale teraz zadajmy sobie pytanie: gdyby „S” była ruchem nieprzejednanym, bezkompromisowym, jednoznacznie antykomunistycznym – czy wtedy mogłaby w ogóle zaistnieć? A czy gdyby nie zaistniała, to byłoby lepiej? Otóż pogląd Mackiewicza jest pewnym ideałem, ale ideały trudno wcielić w życie, zwłaszcza w komunizmie. Nawet jesli nie lubimy kompromisów, to trzeba jasno powiedziec – zlikwidowanie komunizmu wymagałoby dzikiej rzezi. Musiałoby zginąć mnóstwo ludzi, żeby wykorzenić to świństwo ze świata. Inaczej się nie da i to widać jeszcze wyraźniej z perspektywy czasu. Czy Papież mógł sobie wobec tego pozwolić na powiedzenie: „musimy ich pozabijać, żeby osiągnąć cel”? A czy mając świadomość, że w PRL pozostało 35 milionów zakładników komunistycznej władzy Papież mógł zaryzykować represje wobec nich, przyjmując bezkompromisowe stanowisko? Itd. Celem Kościoła NIE jest przecież tak naprawdę zlikwidowanie komunizmu ani jakiegokolwiek innego systemu politycznego. Celem Kościoła jest zbawienie ludzi. Widziałbym te sprawy w wielu wymiarach, osądzanie JP2 i Wyszyńskiego jest dość łatwe, ale trzeba przy tym uwzględniać warunki, w których działali.
    Żeby to naświetlić bardziej obrazowo powołam się na cytowany wcześniej przykład kardynała Mindszenty’ego. Co on osiągnął swoim protestem z punktu widzenia zadania, do którego został powołany? NIC. Nie przyczynił się do zbawienia swoich wiernych. Wręcz przeciwnie, na skutek jego nieprzejednanej postawy Kościół na Węgrzech więcej stracił niż zyskał. Ludzie zostali odstręczeni od zbawienia, religię podporządkowano w pełni celom komuny. Węgry przestały być krajem katolickim. Komuna wygrała na całym „froncie religijnym”. Tymczasem Wyszyński w Polsce nie sprzeniewierzył Kościoła w imię politycznego protestu. jego celem było zbawienie ludzi i utrzymanie katolicyzmu Polski. Konsekwentnie sie tego trzymał. Jeśli dziś widzimy w Polsce pełne kościoły, to jemu właśnie to zawdzięczamy – i jego uczniowi JP2. Tak naprawdę katolicyzm jest jedynym łącznikiem tego „Kubusia Puchatka” (podoba mi się ta nazwa, ale pozostańmy już przy PRL-bis) z przeszłością. Gdyby katolicyzm został z Polski wyrugowany, polskość w ogóle zaniknie. Widać to jasno, kiedy sie obserwuje działania wroga wobec Kościoła w Polsce. Ileż energii wkłada się u nas w walke z Kościołem! A czy w takich Czechach albo na przywoływanych Węgrzech ktoś się w takie rzeczy bawi? A po co? Tam Kościół jest zmarginalizowany. Warto o tym pamiętać oceniając Wyszyńskiego.

  58. 58 Dariusz Rohnka

    Szanowny Panie Anatolu,

    A może by tak jednak oddzielić sacrum od profanum, nie łączyć sfer, należących do całkiem odmiennych porządków; nie łączyć obu tych kwestii zarówno w wymiarze jednostki jak i instytucji?

    Jeżeli tak postąpimy, jeżeli pozostawimy na boku misję religijną Kościoła i zajmiemy się jego działaniami w sferze społecznej, obyczajowej i politycznej, odsłoni nam się wówczas przerażający obraz Kościoła de facto pozostającego na służbie bolszewizmu; obraz Kościoła uwiarygadniającego (aby nie powiedzieć „rozgrzeszającego”) najbardziej szatańskie kreacje bolszewizmu, z pierestrojką i peerelowskim okrągłym stołem roku 1989 włącznie. Kościoła żyjącego w wielkim kłamstwie i w tym kłamstwie wychowującego swoich wiernych.

    Jeżeli uświadomić sobie do kogo spośród hierarchów katolickich należały najważniejsze decyzje polityczne tamtego czasu; jeżeli uświadomić sobie jak wielki wpływ miała ta postać na myślenie wierzących (ale także i niewierzących) rodaków, być może wówczas wyraźniej będzie można dostrzec jak wielki błąd, potworny grzech współudziału w rozprzestrzenianiu zarazy ciąży nad tą osobą oraz nad ludźmi, którzy nie ośmielili jej się przeciwstawić; jak mocno oni wszyscy przyczynili się (i przyczyniają nadal) do budowy dziś świata pozbawionego jakiejkolwiek poważnej idei; a jutro zmierzającego zapewne ku ostatecznej zagładzie.

    Człowiekiem odpowiedzialnym w ogromnym stopniu za mit upadku komunizmu, za to, że miliony ludzi, nie tylko przecież w peerelu, żyją w absolutnej nieświadomości dalszego trwania bolszewickiej zarazy jest Jan Paweł II.

    Mindszenty, jak na prawdziwego duszpasterza przystało, kroczył prostą ścieżką prawdy (choć i on miał w swoim życiu chwile słabości) i dawał tej prawdy świadectwo. Kogo z kim tu porównywać?

    Wspomina Pan o kościołach pełnych wiernych, czy rzeczywiście to prawdziwy obraz? Czy nie jesteśmy świadkami procesu wprost odwrotnego? Czy poza sferą ceremonialną, obyczajową, ilość wiernych (prawdziwych, nie zaś na pokaz) nie maleje z każdym rokiem? Mimo braku komunistycznych represji?

    A zmieniając temat, co Pana zdaniem pozostało w ludzkich głowach z tego co Pan nazywa „karnawałem Solidarności”; co pozostało u tych 10 przecież milionów w latach 80., co pozostało przez kolejne ćwierćwiecze? Spoglądając wstecz, na tamten odległy czas mam całkiem inny obraz – społecznego marazmu, obojętności (aby nie powiedzieć dosadniej). Czy pamięta Pan może strajki z roku 1988? Jakie to wszystko było sztuczne, bez entuzjazmu, na zamówienie komunistycznej strategii, której potrzebny był (na aktualnym etapie) jakiś nieco żywszy przejaw społecznego niezadowolenia?

    Mówi Pan, inaczej nie można…! – z komunistami trzeba się dogadywać, w innym przypadku terror, trupy, „dzika rzeź” etc. etc. Wedle mnie gruba przesada, i Pan – tak myślę – zdaje sobie z tego sprawę.

    Tak czy siak, „dogadaliśmy się”, żyjemy… wciąż w tym samym (choć jakże kolorowym) peerelu. I nazywając to to, co tu jest, Wolną Polską, przyczyniamy się do proliferacji zarazy, czyż nie?

  59. 59 Anatol

    Szanowny Panie Dariuszu,
    Zacznijmy od „karnawału Solidarności” Jak wiadomo, tym mianem określa się okres 1980-81. Musimy go odróżnić od lat 1985-1989, które np. Sławomir Cenckiewicz nazywa „II Solidarnością”. I ma rację – owa „druga Solidarność” była bowiem zupełnie inna niż ta, którą pamiętam z okresu „karnawału”. Zadał Pan pytanie: „co pozostało w ludzkich głowach z tego karnawału Solidarności”? Otóż z tego najbardziej pozostał ludziom stan wojenny, niestety, będący istotną cezurą wyznaczającą granice między „I Solidarnością” antykomunistyczną, a „II Solidarnością” ułożoną z komuchami. Cenckiewicz zaznacza, że były to dwie w zasadzie różne organizacje, a głównym łącznikiem między nimi – prócz nazwy – był Lech Wałęsa. Ma Pan rację pisząc, że strajki z 1988 roku były „sztuczne, bez entuzjazmu, na zamówienie komunistycznej strategii”. Owszem, pamiętam to dokładnie tak samo. Ale to była już zupełnie inna „Solidarność” i inna Polska. Polska zabita przez Jaruzelskiego, z której wyjechało mnóstwo wartościowych ludzi, a na ich miejsce wstawiono komunistycznych sługusów. Polska „oczyszczona” z działaczy opozycyjnych o antykomunistycznych zapatrywaniach.
    Nie napisałem w żadnym miejscu dosłownie, że z komunistami „trzeba” sie dogadywać. Wolałbym ich wszystkich wytruć. Ale wielu ludzi w historii połamało sobie zęby na różnych próbach podejścia do walki z komuną. Mackiewicz był znakomitym teoretykiem antykomunizmu (moim zdaniem najlepszym jeśli chodzi o diagnozowanie tej choroby, jaką jest sowietyzm), lecz podczas okupacji sowieckiej został furmanem, czyli udał się na „emigrację wewnętrzną”. To słabe rozwiązanie problemu. Ja też w stanie wojennym – mimo inteligenckiego pochodzenia i aspiracji – zostałem robotnikiem. Podobny mechanizm. Jednak czy w ten sposób „walczyłem” z komuną? A może właśnie z nią „współpracowałem”? Z pozycji Mackiewicza oskarżanie ludzi o współpracę z komunizmem było raczej efektem dopasowania faktów do teorii. Spróbujmy jednak zgłębić, jakie faktyczne motywy mogły kierować Papieżem JP2, gdy prowadził taką, a nie inną politykę. Czy rzeczywiście był to „jurgielt” otrzymywany co miesiąc z Moskwy w jakiejś słusznej sumie przelewem na Banco Vaticano? Być może moje wcześniejsze zgadywanki są naiwne i faktycznie Wojtyła był najistotniejszym TW wszystkich komunistycznych służb, ale dlaczego mam psy wieszać właśnie na nim, jeśli przecież – ponoć – blisko współpracował z największym antykomunistą świata, jakim był rzekomo Ronald Reagan? Co w tym kontekście możemy powiedzieć o Reaganie i jego „antykomunizmie”, bredzeniu o „imperium zła” i tym podobnych? Jak ocenimy politykę państw Zachodu wobec sowietyzmu? Jeśli widzimy, że ta polityka była co najmniej ambiwalentna, to czy nadal powinniśmy się dziwić, że Papież usiłował się w niej jakoś znaleźć? A może chcemy udowodnić, iż było odwrotnie – że właśnie ów „agent” JP2 nakłaniał polityków zachodnich do złagodzenia kursu, tak byli bezkompromisowi i zdecydowani na likwidację komuny? Każdy kij ma dwa końce – na jednym końcu „kija” trzymanego w ręku JP2 był PRL i komunizm, na drugim – „nie-komunizm”, czyli Zachód i jego lawirowanie pomiędzy zbrojeniami a rozbrojeniami, taniec hipisów pod rączkę z Ku-Klux Klanem. Stawiam pytania retoryczne, bo cały czas uważam, że w ocenie zarówno JP2 jak i Wyszyńskiego musimy uwzględnić wszystkie czynniki wewnętrzne i zewnętrzne, jakie mogły nimi kierować.
    Pisze Pan: „jeżeli pozostawimy na boku misję religijną Kościoła i zajmiemy się jego działaniami w sferze społecznej, obyczajowej i politycznej, odsłoni nam się wówczas przerażający obraz Kościoła de facto pozostającego na służbie bolszewizmu”. Doprawdy, z równym powodzeniem można powiedzieć, że cały świat był na służbie bolszewizmu razem z Kościołem. A na pewno byli też protestanci, buddyści, hinduiści, nawet islamiści! Nie zapominając o „starozakonnych”. Jest to zresztą fascynujące, w jaki sposób bolszewicy potrafili do siebie przekonać tak wielu ludzi wywodzących się z różnych opcji, żeby mogli dzięki nim odnosić takie sukcesy. Może w komunizmie było coś magicznego, paranormalnego, jakiś hipnotyzm omamiający porządne jednostki? Nie wiem. Ale myślę, że obciążanie Jana Pawła II winą rozkładającą się równo na wszystkich jest jakąś niesprawiedliwością. Czy Pan zna dawnych aparatczyków komuny? Ja przypadkowo znam kilka takich osób. Nie ma na świecie nikogo, kogo darzyliby większą nienawiścią od Jana Pawła II. Dlaczego? Czy nie powinni być przynajmniej neutralni, jeśli nie zadowoleni z jego działalności? Sądzi Pan, że uwiarygadniają agenta? Hmm, no nie wiem, ale z rozmów odniosłem wrażenie, że z punktu widzenia komunistów (a to sa tacy „prawdziwi” komuniści, partyjniacy z KC) nie ma powodu do wielbienia JP2, a więc sugestia, że na nim ciąży „wielki grzech współudziału w rozpowszechnianiu zarazy” wchodzi w jakiś konflikt z rzeczywistością, która okazuje się znacznie bardziej skomplikowana.
    A wracając do sprawy Mindszenty vs. Wyszyński. Nie oceniam ani jednego ani drugiego, jednak myśle, że Kościół jest nie tylko Mistycznym Ciałem Chrystusa, ale też z konieczności pewną organizacją „ziemską”, składającą się z ludzi i działającą w świecie. Wielu z nas chciałoby widzieć wśród duchownych samych świętych, ale to tylko pobożne życzenia. W konfrontacji tych dwóch postaw wobec komunizmu widzę więc raczej kontrast pomiędzy sprawą wierności Prawdzie a koniecznością „ziemskiego” zarządzania organizacją. Mindszenty myślał, że Prawda jest po jego stronie i sama się obroni, Wyszyński – że musi ratować to, co jeszcze jest do uratowania z Prawdy. Z perspektywy czasu widać, że trudno wskazać zwycięzcę. Z podstępnym komunizmem wszyscy w jakimś sensie przegrali. Jednak o ile jest prawdą, że kościoły polskie zwolna pustoszeją, o tyle nadal są znacznie bardziej zapełnione niż te we Francji czy Holandii. Nie ma już Wyszyńskiego, Jan Paweł II tez odszedł, dzisiejsza hierarchia nie dorasta im do pięt, Toczy sie też dzika walka z katolicyzmem na każdej płaszczyźnie życia, trwa dechrystianizacja Europy na skalę znacznie przewyższająca dokonania komunizmu w dobie stalinowskiej. Ale spadkiem po Wyszyńskim i JP2 jest właśnie to, że wciąż nie poszliśmy za Francuzami i Holendrami mimo całej propagandy antychrześcijanskiej przetaczającej się po wszystkich „postępowych” mediach.

  60. 60 Dariusz Rohnka

    Szanowny Panie Anatolu,

    Pisząc o dwóch Solidarnościach, ma Pan bez wątpienia rację z punktu widzenia „spontaniczności” tego zjawiska, choć w obu okresach ruch był kontrolowany, sterowalny, ściśle związany z planami politycznymi bolszewików. W odróżnieniu od drugiego okresu, w pierwszym pojawili się w nim ludzie rzeczywiście chcący walczyć z komunistami; antykomuniści, nazwijmy ich może tak, z ducha. I to mi się zdaje, w kontekście całego zjawiska Solidarności, najbardziej przykre – ta ponawiana, przez dziesięciolecia, naiwna wiara, że można ten system odmienić poprzez wchodzenie w struktury, w organizacje, w znaczącej mierze zaimprowizowane przez komunistów. Listę można by pewnie ułożyć gigantycznie długą, ograniczę się tylko do 3 punktów: PSL Mikołajczyka, Solidarność, rok 1989 i wszystkie jego smutne konsekwencje. We wszystkich tych (i wielu innych) przypadkach wciąż popełniano ten sam błąd, albo – jeśli lepiej zabrzmi – kierowano się tą samą naiwną wiarą, że komunistów można pokonać przy pomocy instytucji, zapisów, które oni sami (komuniści) przygotowali. Jak to nazwać – gramscianizmem à rebours? Jeśli tak, to błąd jest oczywisty: Gramsci chciał atakować system otwarty, mniej lub bardziej liberalny (uprzedzili go faszyści). Zwolennicy obalania komunizmu od wewnątrz chcą to nieustannie robić przy pomocy mniej lub bardziej naiwnych metod, deklaracji, etykietek, a mają przy tym wszystkim do czynienia z całkiem innym charakterem wroga.

    Ma Pan rację – Mackiewicz nie wynalazł sposobu na obalenie komunizmu. Gdyby to mu się udało, pewnie nie prowadzilibyśmy dzisiaj wymiany myśli na podobne tematy – byłyby dawno przebrzmiałe. Pozostawił jednak wiele wskazówek, drobnych podpowiedzi, dzięki którym kiedyś (oby) uda się wynaleźć środek na zarazę. Tego wiedzieć nie możemy. Jedna z najważniejszych tez, jakie stawiał, mogłaby brzmieć następująco: nigdy nie działać za wszelką cenę, w złudnej nadziei, że system komunistyczny można zreformować, jeśli tylko wiemy, że takie działanie przyniesie więcej szkody niż pożytku. Nie popierać np. Wałęsy, nie lansować go, jeśli wiemy z absolutną pewnością, że to człowiek drugiej strony. (Przecież to dokładnie się działo, począwszy od sierpnia 1980 r.)

    Jeśli idzie o Papieża, nie wiem co nim kierowało, dlaczego w najistotniejszym momencie wybrał drogę uwiarygodniania kłamstwa. Na pewno nie pieniądze (śmieszne przecież). Polityczna naiwność? Niby też nonsens, a jednak… czy jego poprzednicy, Jan XXIII i Paweł VI nie wykazywali zdumiewającej niewiedzy w kwestii istoty komunizmu/bolszewizmu? Czy tę samą przypadłość możemy dostrzegać i w jego przypadku? W odróżnieniu od poprzedników znał, musiał znać system, w którym przyszło mu żyć. Może strach przed światowym konfliktem atomowym? Czy nie byłoby i to dziwne u osoby, która z natury rzeczy sprawy doczesne stawiać powinna zdecydowanie raczej na drugim planie? Może rację miał po prostu Mackiewicz przypisując mu niezaszczytne miano największego (od 1917 roku) poputczika bolszewizmu? Obawiam się, rozstrzygnięcie tej kwestii nie jest sprawą na krótki, z konieczności, komentarz.

    Pisze Pan dalej jakobym jakoś szczególnie „uwziął się” na osobę Jana Pawła II, jakobym był wobec niego niesprawiedliwy (bo przecież wszyscy byli na służbie…). Bynajmniej. Nie był sam, jedyny etc. etc., a jednak – biorąc pod uwagę moc jego głosu – nie tylko przecież w peerelu, w którym wciąż żyjemy, ale na całym świecie, jego przyzwolenie na kłamstwo pierestrojkowej prowokacji miało i ma nadal o wiele większy wydźwięk nie tylko moralny, ale też ideowy, aniżeli podobne słowa płynące od nieco mniej prominentnych osób. W zestawieniu, ani polityczne gapiostwo (to poważny skrót myślowy) Reagana, ani Thatcher nie wydaje mi się równoważne. Inne religie, inni religijni przywódcy, jak Dalaj Lama np.? Ich wina nie jest mniejsza, mniejsze jest ich znaczenie, przynajmniej dla peerelowskiej części świata (ale bodaj nie tylko).

    Nie znam osobiście (i nigdy nie znałem) żadnych przedstawicieli peerelowskiej władzy, dawnych czy obecnych, więc trudno mi się odnieść do kwestii, którą Pan porusza na podstawie własnych doświadczeń. Czy nie jest jednak aby tak, że owi prominenci (z którymi miał Pan kontakt) to zwykli zjadacze chleba, tyle że zasiadający na nieco tylko wyższych stołkach władzy? Tacy ludzi, tak mi się zdaje, są zwykłymi konsumentami prasy, radia i telewizji, oraz wewnątrzśrodowiskowych emocji, które – rzecz chyba całkiem zrozumiała – nigdy nie mogły być przychylne wobec JPII, wobec jego mitu.

    Kondycja Kościoła we Francji, Holandii jest znacznie gorsza niż w peerelu, zapewne. Przyzna Pan pewnie jednak, że to słaby argument. Procesy widoczne tu, dzisiaj, gołym okiem, zaczęły się tam po prostu znacznie, znacznie wcześniej. Kwestii Wyszyński – Mindszenty nie podejmuję obszerniej. Proszę się tylko Panie Anatolu rozejrzeć dookoła – czy istotnie jest aż tak pięknie, że możemy pozwolić sobie aż na ambiwalencję wobec jednoznacznej kolaboracji Wyszyńskiego?

  61. 61 Andrzej

    Panie Anatolu,

    Proszę mi wybaczyć za nieproszony wtręt (myślę,że wcześnie zwracał się Pan także do mnie i to mnie trochę usprawiedliwia) ale uważam, że nie ma Pan racji. Mam lat nie mniej niż Pan a nawet, zdaje mi się ciut więcej (matura 1976, pracowałem też w fabryce). Po pierwsze: nie wydaje mi się, aby „Solidarności” w latach 1980-81 można dać przymiotnik antykomunistycznej. Mogę się zgodzić z tym, że były w niej takie trendy ale były one wątłe i mocno w tym ruchu zwalczane. Gdy mój kolega w tamtym czasie (NZS, KPN) współorganizował na „swoim podwórku” samoobronę tego ruchu (dla mnie postawa „anty” oznaczałaby raczej chęć pokonania) przed pacyfikacją próbując gromadzić broń palną, został potępiony i wyklęty przez tzw. naszych. Po drugie uważam, że Mackiewicz nigdy nie udał się na „wewnętrzną emigrację”. O ile mi wiadomo, Mackiewicz w latach 1940-41 nie tylko był furmanem ale także próbował zdziałać coś aby Polaków i Litwinów przeciw bolszewikom zorganizować. Poglądy Mackiewicza w tym czasie nie były (delikatnie mówiąc) mile widziane, był zdecydowanym antykomunistą (radykalnie odrzucał „ułożenie się” z sowietami w przeciwności do wielu przedstawicieli elity wileńskiej i nie tylko tej) i zwolennikiem tzw. idei krajowej która nie podobało się „prawdziwym” patriotom. Sądzę, że echa tych wysiłków są opisane w „Drodze Donikąd”. Mackiewicz pisał też w tym czasie antysowiecką książkę „Dziękujemy Stalinowi za nową, radosną przyszłość”). W jakimś celu napewno to robił. Myślę więc, że twierdzenie o jego „udaniu się na ‚emigrację wewnętrzną'” w tym czasie jest nieusadanione. Nie pretenduję jednak do określania się znawcą Mackiewicza.
    Po trzecie, proszę zauważyć, że Mackiewicz nie określał (w prywatnym liście a więc tak myślał) Papieża jako agenta – co jak mi się zdaje chciałby Pan mu przypisać – lecz jako „poputczika” bolszewizmu.

  62. 62 Anatol

    Szanowni Panowie,
    Po pierwsze chciałbym zaznaczyć, iż jestem bardzo wdzięczny, że podejmujecie ze mną dyskusję. Dziękuję za to, bo to wcale nie jest częste zjawisko. Cieszę się, że – w sumie przypadkiem – trafiłem na Wasze Wydawnictwo w necie. Bo to nie jest tak, że ja się zupełnie z Wami nie zgadzam. Doskonale rozumiem tę argumentację, bo swój antykomunizm „wyhodowałem” na lekturze Mackiewicza. Jak pisałem, pochodzę z rodziny antykomunistycznej, ale dotyczy to najbardziej mojego dziadka, bowiem młodsze pokolenie to już różnie – komunizm w pierwszym rzędzie oddziaływał i nadal oddziałuje na młodych ludzi. Tak naprawdę dopiero po 1989 roku, kiedy odblokowano przepływ informacji i zwrócono nam wolność słowa, mogłem w pełni rozwinąć swoje poglądy, wcześniej tak jakby przechowywane w inkubatorze. Dlatego też moje spojrzenie na tzw. upadek komuny jest ciut inne, czemu daję wyraz. Moim zdaniem nie można nie docenić tego, co się stało 4 czerwca 89, mimo całego backgroundu, mimo agentury otaczającej nas ze wszystkich stron. Przypomnijmy sobie, że tego dnia Polacy jednoznacznie odrzucili komunę! To, co stało sie potem, było dowodem zdrady „elit” i przyczyniło się bez dwóch zdań do wygaszenia tego nastroju. Ale komuniści jechali po bandzie i jeśli nawet sterowali naszą „kontrrewolucją”, to 4 czerwca był dniem ich hańby. Słaba to pociecha, ale jednak wskazuje to, że mimo całej kontroli komuny nad ruchami opozycyjnymi błysnęła przez moment REALNA SZANSA na obalenie tego systemu. Czemuż więc się to nie stało?
    Próba odpowiedzi na to pytanie nie mieści się oczywiście w ramach komentarza. Zwróciłbym jednak uwage na czynniki zewnętrzne, które mogły udzielić wsparcia w procesie wychodzenia z komuny. Po pierwsze – Zachód. Moim zdaniem był – i jest! – może nawet bardziej skomunizowany niż Polska, Jan Paweł II i kard. Wyszyński. Tam jest najwięcej zdrajców i to najgorszych, bo działających zawsze w warunkach wolności słowa, która w PRL była całkowicie wyrugowana. Tu zreszta upatruję przyczyn pewnego fiaska JP2. Pan Dariusz wspomniał o Janie XXIII i Pawle VI. No właśnie – to jest sedno problemu. Skąd wziął się w Kościele ruch prokomunistyczny? Nie był to wynalazek Jana Pawła II. A nawet można powiedzieć, iż w pierwszym okresie pontyfikatu JP2 – do zamachu – dawało się zauważyć, że Wojtyła jest innym papieżem od Pawła VI, działa bardziej zdecydowanie i w kierunku utrzymania pewnej doktrynalnej jedności Kościoła. Tak, jedności zbudowanej na Vaticanum II, co może być zarzutem, ale jednak przy próbie rugowania skrajnie modernistycznych sił. Jednak jest również zauważalne, że działały w Kościele poważne siły „antywojtyliańskie”. Być może dlatego JP2 ściągał kogo mógł z Polski, chociaż to była broń obosieczna. Po zamachu – i wcześniejszej śmierci Wyszyńskiego, co moim zdaniem też ma znaczenie – polityka JP2 straciła wyraźnie na impecie. (Skąd ten zamach? Jeśli nie komuna, to kto? Może wewnętrzna opozycja kościelna? A jeśli komuna, to po co?)
    Porównajmy też Polskę i inne kraje „obozu”. Popatrzmy na „opozycję” czeską. Była – delikatnie mówiąc – słaba. Nie tylko w sensie siły, ale przede wszystkim ideologicznie. Havel to może był miły człowiek, ale jego haszkowska koncepcja „umiarkowanego postępu w granicach prawa” nadaje się najwyżej do kolejnych przygód Szwejka. Opozycja węgierska? W ogóle nie istniała! Rumuńska? Bułgarska? Słyszał ktoś o tym? W tamtych krajach „opozycja” pojawiała się jakby spod czarodziejskiej różdżki. Trzeba więc powiedzieć uczciwie – praktycznie tylko w Polsce istniała jakakolwiek tradycja antykomunistyczna, siły odśrodkowe dążące do obalenia systemu. Skąd się wzięły? Czy naprawdę cały polski antykomunizm był wytworem UB-ecji? Bo że UB-ecja potrafiła go wykorzystac do swoich celów, to prawda. Ale opór był w ludziach szczery i tu widzę zasługi Wyszyńskiego, który nie był moim zdaniem „kolaborantem” sensu stricto. Wyszyńskiego błąd polegał na przyjęciu, że sowietyzm to jest jakaś forma władzy, z którą można się dogadać. Nie uznał komunistów za bandytów, lecz polityków. Co gorsza, chyba do końca w to wierzył. Jednak nie potwierdzał wszystkiego, co komuna robiła. Nastawiał ludzi do oporu – wprawdzie bardziej w sprawach religijnych niz politycznych, ale to wszystko w komunie odbierało się politycznie. Czuł sie gospodarzem Kościoła w Polsce i działał po gospodarsku, dlatego musiał iść na kompromis z komunistami. Weźmy np. sprawę diecezji na ziemiach poniemieckich. Z jednej strony zakulisowe działania Wyszyńskiego w tej sprawie w Watykanie bywały na rękę komunistom. Z drugiej strony Wyszyński potrzebował tam polskich biskupów, a nie niemieckich. Z poplątanego porządku jałtańskiego rosły te zwyrodniałe porozumienia, a przeciez nie tylko one.
    Tak, ja wiem, że antykomunizm bezkompromisowy nie zna określeń „bo musiał”, „tak było trzeba”, itd. Powiem więcej – sam stoję w takim punkcie, że zastanawiam się, czy mam rację, czy nie, bo bardziej pociągająca jest faktycznie postawa bezkompromisowa, nieuznająca żadnego „ale”. Jednak o ile w sprawach świeckich pozostaję bezkompromisowy, o tyle w sprawach Kościoła jestem skłonny bardziej się nachylić ze zrozumieniem. Nadal uważam, że dla Kościoła ważniejsze jest zbawienie ludzi niż system polityczny. Kościół zawsze musi jakoś ułożyć się z władzą „ziemską”, bo ma inny imperatyw, niezrozumiały da polityków. W imię tego imperatywu powstają czasem drastyczne kompromisy. Jeśli katolicyzm stanie bardzo twardo na gruncie idealnej Prawdy, liczba wiernych boleśnie się ograniczy. Im mniej wiernych, tym mniejszy zasięg nauki i wspólnoty. Czyż nie było kompromisem zaadaptowanie do katolicyzmu świąt i niektórych obyczajów pogańskich, którym nadano odpowiedni charakter? Czy sam tomizm nie był kompromisem z pogańską filozofią Arystotelesa (a także filozofią arabską np.)? Za każdym takim razem wchodził do Kościoła jakiś „zarazek” czegoś pozaewangelicznego i był dalej przekazywany ludziom. Itd.
    No i na koniec – Panie Andrzeju, nie chciałem powiedzieć, że Mackiewicz NIC nie robił. Ale komunizm miał taką dziwną zdolność dołowania inteligencji, wpuszczania jej w depresje. Pewna forma tej depresji zaznaczyła się i u Mackiewicza.

  63. 63 Andrzej

    Szanowny Panie Anatolu,

    Nie mogę się z Panem zgodzić w kwestii „wyborów” 4 czerwca 1989. Były one zbyt ewidentnie „ustawione” aby można było oczekiwać innego wyniku. Zresztą, jak Pan wie ten wynik nie miał żadnego znaczenia bo wszystko co istotne było już zawczasu ustalone. Ja te „wybory” zbojkotowałem, właśnie dzięki lekturze Mackiewicza i jestem świadomy tego że byłem jednym z niewielu którzy to robili świadomie i z przekonaniem. 4 czerwca doszło co najwyżej do chwilowej manifestacji poglądów. Nie przesadzałbym z tym antykomunistycznym nastawieniem peerelowskiego społeczeństwa w sytuacji, gdy nędza i bieda a za rogiem bogata Ameryka. Niewielu było świadomych tego, że ta Ameryka stoi w całości po stronie komunistycznej prowokacji bowiem to była prowokacja. Polacy mieli zaakceptować polska odmianę pierestrojki i zaakceptowali. O to przecież chodziło.

    Moim zdaniem u Mackiewicza nie zaznaczyła się żadna forma depresji w 1940 i 1941 roku. Czy „Droga Donikąd”, która stanowi świadectwo tych czasów, w jakiś sposób to sugeruje? Ona raczej sugeruje coś innego, mianowicie odrzucenie przez rodaków postawy przeciwstawienia się bolszewikom i przyjęcie przez wielu z nich postawy kolaboracji z bolszewikami. Czy sądzi Pan, że taka postawa rodaków mogła spowodować „jakąś formę depresji” u Mackiewicza? Mackiewicz był niezłomnym antykomunistą przez całe życie. Mogli nie pozwolić mu głośno mówić ale nie mogli wpłynąć na jego przekonania. Odsyłam Pana do rzetelnych biografii Mackiewicza które opisują ten okres jego życia.

  64. 64 Dariusz Rohnka

    Szanowny Panie Anatolu,

    Zawsze chętnie dyskutujemy z czytelnikami wp (choć sam robię to zdecydowanie rzadziej niż mój współtowarzysz podziemnej niedoli, Michał Bąkowski). Czynimy to tym chętniej, gdy dostrzegamy u naszych rozmówców chęć prowadzenia rzetelnej wymiany myśli, a tak niewątpliwie jest w Pana przypadku. Rozmowa, nawet jeśli prowadzi w konsekwencji do istotnych sporów (do których niechybnie przejdziemy), jest nieodzownym elementem ścierania się myśli, a tylko przecież dzięki temu ostatniemu zjawisku możemy, od czasu do czasu, podążać w poszukiwaniu tego, co w życiu najciekawsze.

    Przejdźmy do konkretów, do sprzecznych i wspólnych punktów. Zacznijmy od tych ostatnich. 4 czerwca 89 jest komunistyczną prowokacją (zapewne największą w dziejach bolszewizmu). Zgadzamy się? W wyniku tej prowokacji ludzie, nie tylko w peerelu, ale na całym świecie, uznali, że upadł znienawidzony komunizm, choć on przecież ma się całkiem dobrze, a zmienił tylko swoją kisielowatą naturę. Czy tak to można ująć? „Zachód jest bardziej skomunizowany niż Polska, Jan Paweł II i kardynał Wyszyński” – to jasne. Jak Pan zapewne wie, sam Józef Mackiewicz zalecał badanie istoty komunizmu właśnie na Zachodzie, ponieważ tam występuje w formie czystej, nie zanieczyszczonej fałszem ludzkiej, przyziemnej ułomności. Znowu zgoda.

    I przy tych wszystkich, mniej więcej zbieżnych punktach, dochodzi Pan do nagłego wniosku, że 4 czerwca to jednak wielkie, wspaniałe historyczne wydarzenie, ponieważ „Polacy jednoznacznie odrzucili komunę”! Proszę wybaczyć szczerość – nie ma Pan całkiem racji.

    Polacy jako zbiorowość, jako ludzka masa nie mogli niczego odrzucić (już prędzej złapać, tak jak łapie się np. wirusa grypy w tramwaju). Odrzucić mógł Kowalski i Nowak, i Kazimierczak z Zielińskim (jeśli tak sobie przy Wyborowej popijanej z musztardówek ustalili), ale nie ludzka masa, podziwiająca znaczek Solidarności z Cooperem w klapie (czy jakoś tak) w jedynym wówczas (PO)wolnym organie, zapędzającym tę właśnie masę do urn (bynajmniej nie wyborczych).

    Jeśli to nie dość wymowne (nadto żartobliwe) proszę łaskawie zerknąć na wyniki „wyborów”, choćby tych z roku 1993. Jakże wzburzony musiał być ten antykomunizm skoro wykipiał, aż po same dno, w ciągu ledwie 4 lat? Owszem, lat niedoli i rozczarowań – czyżby jednak Wałęsa z Balcerowiczem, Olszewski z Kaczyńskim, Suchocka z Pawlakiem (bo to przecież peeselowiec, czyż nie?) gorsi byli aniżeli wszyscy bolszewicy przez 50 lat rządzenia razem wzięci?

    Co powiedziawszy, zgadzam się z Józefem Mackiewiczem, który twierdził (może naiwnie?) przez całą swoje życie, że komunizm jest znienawidzony przez 90% podkomunistycznej populacji. Tyle tylko, że żeby nienawidzić, trzeba jeszcze zdawać sobie sprawę z istnienia przedmiotu owej nienawiści, z jego istoty, a tę to wątłą wiedzę zabito ostatecznie nie kiedy indziej, a właśnie w ową niedzielę, gdy w Pekinie mordowano masowo całkiem do peerelowskich Polaków podobnych — chińskich dysydentów (a może nawet antykomunistów).

    Proszę wybaczyć, jeśli to co powyżej wydaje się Panu może nazbyt dosadne. Proszę tego nie brać całkiem do siebie. Osobiście bardzo przykro wspominam ten czas, okolice 4 czerwca, kolegów, którzy „uwierzyli”, że oto rodzi się coś nowego, komuna upada etc. etc. Najprzykrzejsze może, że nigdy im te ówczesne złudzenia na dobre nie wywietrzały z głowy. Ale to nie był jeszcze koniec. Koniec przyszedł kilka miesięcy później, koniec wątłej antykomunistycznej idejki.

    Wspomina Pan o Czechosłowacji i Rumunii i innych „krajach”. Wszędzie było podobnie, choć wszędzie nieco inaczej. Nie wyróżniałbym na tym tle jakość szczególnie dysydentów (odszczepieńców od prawdziwej wiary) peerelu, choć – zapewne – peerel był szczególnym doświadczalnym inspektem, w którym pilnie studiowano zalążki nowej wielkiej prowokacji (i czasem pewnie niesforne roślinki wymykały się poza szklaną sferę ogródka). Dowodzi to wszystko tylko jednego – jak sprawnym system jest ten koszmarnie toporny bolszewizm.

    Bardzo chciałby Pan bronić Wyszyńskiego (gospodarza Kościoła), przyzna Pan pewnie jednak, że wiele jego haniebnych poczynań (jak zachęcanie do głosowania na jedyną, komunistyczną listę wyborczą w 1956 roku, co było de facto ostatecznym ugruntowaniem bolszewizmu w Polsce) nie musiało mieć miejsca. Po cóż tak wybitny duszpasterz miałby (z własnej, nieprzymuszonej woli) propagować bezbożny (zgodzi się Pan chyba?) bolszewizm? Czy w ten sposób rzeczywiście służył swojemu Kościołowi i jego wiernym? Czemu miało służyć to wykoślawianie rozumów i serc, i brukanie dusz? Czy nie dostrzega Pan w tym jego działaniu obrzydliwości? Czy takim postępowaniem można wychować Wielkiego Papieża?

  65. 65 Andrzej

    Drogi Panie Anatolu,

    Pozwalam sobie jeszcze na dopisek. Pisze Pan o „bezkompromisowym komunizmie”. Czy wobec tego uważa Pan, że istnieje też „kompromisowy antykomunizm”? Jeśli tak, to czym on według Pana jest? Przystaniem na komunizm pod pewnymi warunkami? Na przykład, celem „ocalenia tkanki narodowej”, „budowy elit” czy „możliwości uratowania duszy”(ale jak można ratować dusze idąc na kompromis ze złem)? Czy taką postawę można nazwać antykomunizmem? Sądzę, że antykomunizm jest bezprzymiotnikowy. To postawa wobec świata którą się ma albo nie ma. Czy rozróżniłby Pan wiarę „kompromisową” i „bezkompromisową”? Problemem naszych czasów jest relatywizacja pojęć. Czyż nie?

    Sadzę, że polskie tradycje antykomunistyczne nie są wcale większe od tradycji antykomunistycznych innych narodów. Być może ma Pan tu na myśli antykomunistyczne podziemie zbrojne lecz nasze przecież wcale nie było wyjątkiem, wcale nie było najlepiej zorganizowane i wcale najdłużej nie trwało. Nie mniejsze w skali a nawet może większe było rumuńskie, ukraińskie czy litewskie. Być może ma Pan na myśli opozycję czasów „pierwszego” peerelu, bunty robotnicze i studenckie. Jeśli jednak odsuniemy na bok wszystkich tych „poprawiaczy komunizmu” i tych co chcieliby „likwidacji wypaczeń” lub „w ramach ustroju i sojuszy ale po swojemu” to ilu pozostanie? Twierdzi Pan, że 4. czerwca Polacy „jednoznacznie odrzucili komunę”. Skoro tak, to dlaczego nie wykreślili komunistów (Kuronia itd.) z „list Solidarności”? Wiem, wiem tamci udawali, propaganda RFE, VOA itd. Gdyby jednak nie udawali (moim zdaniem nie na tyle aby się w tym udawaniu nie rozeznać jeśli się jest przeciwko komunizmowi) a ta propaganda nie biła w „stalinowsko-gomułkowski beton” to czy ta demonstracja „woli narodu” wyglądałaby tak samo? Oczywiście, nie miało to też wtedy znaczenia. Znaczenie miało to, że Polacy ulegli prowokacji. Do tego stopnia, że dziś, 27 lat po tych wydarzeniach, większość z nich nie uważa jej za prowokację.

    Pisze Pan „Jeśli katolicyzm stanie bardzo twardo na gruncie idealnej Prawdy, liczba wiernych boleśnie się ograniczy.”. Chyba nie uważa Pan że po to aby liczba wiernych się nie zmniejszała należy stać na gruncie „nieidealnej prawdy”(„przymknąć oko” na prawdę)? O to właśnie od początku chodziło i chodzi bolszewikom bo „przymykanie oczu”, relatywizacja oznacza dla nich właśnie zmniejszenie się liczby tych którzy są wierni Bogu i prawdzie. Nie sądzę żeby istniało coś takiego jak „idealna prawda” i „nieidealna prawda”. Jest prawda a wszystko poza nią jest nieprawdą. Tak samo jak powyżej z antykomunizmem i wiarą.

  66. 66 Anatol

    Szanowni Panowie,
    Na początku muszę się przyznać, że wybory 4 czerwca również zbojkotowałem, jak najbardziej świadomie, choć jeszcze bez wsparcia wiedzą Mackiewicza, bo większość jego książek przeczytałem później. Zaliczałem się raczej do owych „90 proc.”, choć jako-tako rozumiałem istotę komunizmu nie tylko przez edukację mojego dziadka, ale i przez naoczne obserwowanie stanu wojennego. Sądzę, że wśród głosujących tego dnia było więcej mi podobnych, którzy jednak mocniej ulegli temu, o czym napisał Pan Dariusz, czyli tej nadziei na „coś nowego”. Ludzie w większości są – nie wiedzieć czemu – optymistami. A ja zawsze byłem pesymistą i rozumiałem już wtedy, że „upadek komunizmu” to jest pic na wodę. Ale rozróżniłbym dwa sposoby interpretacji znaczenia tego, co się stało w okolicach tego dnia – jako „upadku komunizmu” (który nie nastąpił) i jako usunięcia pewnych, moim zdaniem dość istotnych atrybutów władzy komunistycznej, w tym przede wszystkim cenzury i centralnej kontroli nad mediami. Jakkolwiek nie oznaczało to „końca komunizmu” w sensie całkowitym, jako pewnego systemu wartości czy też antywartości, a także „układu”, to jak dla mnie stało się możliwością rozwinięcia poglądów i umocnienia się w nich. Dlatego mam skłonność do ambiwalentnej oceny tego wydarzenia. Jest oczywiste, że wśród agentury uchodzącej za polityków „opozycyjnych” nie było woli kontynuowania działań zmierzających do likwidacji sowieckiego układu. Tym bardziej wśród UB-eków. Ale wtedy otworzyło się okno dla inteligentnych ludzi; szkoda że tak niewielu z tego „okna” skorzystało w sposób właściwy, bo większość to raczej nim wyskoczyła na bruk, czego dowodem te nieszczęsne wybory 1993 roku.
    Pan Andrzej ma oczywiście rację pisząc, że nie istnieje „nieidealna prawda”. Dlatego od bardzo dawna żyjemy w kłamstwie. „Idealna” prawda jest bowiem nie do przyjęcia w całości dla większości ludzi (mówię o Prawdzie Bożej). Cała historia Kościoła jest historią powolnego jej rozmywania, szukania „kompromisów” – jak już pisałem. Kiedyś ludzie uciekali na pustynię, żeby żyć w samotności i Prawdzie. Dziś już nawet nie ma pustyni, na którą da się uciec. Wszędzie dociera McDonalds i CNN. Być może dlatego Wyszyński uznał, że nie ma innego wyjścia, jak znaleźć kompromis z komunistami. Sądzę, że kierował się nie tyle chęcią pomożenia komunistom, ile wiarą w to, że nie ma nic wiecznego i komunizm w końcu upadnie, a wtedy wszelakie kompromisy przestaną mieć znaczenie. Czy Wyszyński mógł przewidzieć, że „upadek” komunizmu nie będzie upadkiem? Pewnie nie, bo gdyby to wiedział zawczasu, musielibyśmy wejść na grunt teorii spiskowej zakładającej, że dalekosiężne plany komunistów powstawały już w latach 50. Zwróćmy również uwagę na fakt, że wewnętrzna opozycja kościelna wobec Wyszyńskiego (w PRL) na ogół pragnęła jeszcze bardziej kompromisu z komunistami i jeszcze dalej idącego, wcale nie wychodziła z założeń Mackiewicza czy nawet z buntu przeciw komunizmowi. Co by było więc, gdyby to oni rządzili Kościołem? Ale oczywiście motywacji Prymasa w pełni znać nie mogę, kieruję się jego wspomnieniami, a także wspomnieniami o nim. Mam jednak do niego pewien szacunek, bo wszystko ma dwie strony. Gdyby jego nie było tutaj, nie byłoby nam w niczym lepiej. Trudno bowiem przypuszczać, żeby Wyszyński sterował papieżami prowadzącymi politykę prokomunistyczną, podobnie żeby miał wpływ na Zachód dążący do porozumienia za wszelką cenę. Mackiewicz oceniał jego postać z perspektywy emigracji, z miejsca w którym przynajmniej mógł wypowiadać się otwarcie, gdzie był wolnym człowiekiem. A tutaj to właśnie Wyszyński wydawał się ostatnim tchnieniem wolności. Ot, taka to pewnie sowiecka „wolność”, ale innej nie znaliśmy.
    Pisząc o „depresji” Mackiewicza miałem na myśli to, co mnie najczęściej dopada – otóż poczucie bezsilności. Sądzę, że on to również odczuwał. Często zadaję sobie pytanie – jak można zmienić (przede wszystkim w ludziach) nastawienie wobec komuny i wolności Polski jako takiej. Pisanie, publikowanie, myślenie, rozmawianie to wszystko jest forma pewnej defensywy niestety. Bo nawet kiedy w końcu trzeba się pokłócić, stanąć z kimś twarzą w twarz, to i tak nie zmienia niczego, co najwyżej odstręcza pewnych osobników, przekonanych o swoich racjach. Czy ze swoimi poglądami stoimy na z góry straconej pozycji? Antykomunistyczna „teoria” Mackiewicza jest całkowicie odrzucona, nie znam praktycznie nikogo – a obracam się w towarzystwie tzw. inteligencji – kto reagowałby na nią inaczej, jak niedowierzaniem, jeśli nie pogardą i nienawiścią. W sumie nie potrafię zrozumieć, dlaczego. Wygląda to tak, jakbyśmy żyli w świecie ludzi zaprogramowanych, niepróbujących nawet na milimetr odejść od tego, czym karmi ich TV i inne media. Kiedy się z nimi rozmawia ma się wrażenie odbijania od ściany. I to mnie przygnębia, więc za każdym razem próbuję znaleźć jakiś punkt styczny z nimi, przyznać w czymś rację licząc, że dzięki temu może uda się osiągnąć choć trochę zrozumienia i przejść dalej, powoli odsłaniając prawdę. Widzę, że to błąd. Ale co da mi okopanie się na pozycjach bezkompromisowego podejścia do komunizmu? Chciałbym komunizm zwalczać skutecznie, a nie pozostawać defensywną mniejszością.

  67. 67 Dariusz Rohnka

    Szanowny Panie Anatolu,

    Przejdźmy zatem od razu do usunięcia „dość istotnych atrybutów władzy komunistycznej, w tym przede wszystkim cenzury i centralnej kontroli nad mediami”, bo nie dość, że temat sam w sobie interesujący, to jeszcze stanowi szczególnie charakterystyczną cechę prowokacji – jej niemal stuprocentową jawność, oczywistość aż po wspólną granicę z groteską.

    Nie wiem, co prawda (nie tyle z braku dobrej pamięci, ale po prostu nigdy się tym nie interesowałem), kiedy owa cenzura została oficjalnie zniesiona (została?), ale chciałbym przy tej sposobności zacząć od następującego pytania: czy zdarzyło się Panu przeczytać w „prasie” głównego nurtu (czyli nurtu, który przetrwał w stanie niemal niezmienionym aż do dnia dzisiejszego), przeczytać na przełomie lat 89/90/91/92 etc. etc., że 4 czerwca 89 to wielka komunistyczna prowokacja, której celem jest oszukanie nie tylko zsowietyzowanych w pełni mas demoludowych, ale także całego świata? Zdarzyło się, czy nie? A jeśli nie, to jak Pan myśli, czy był w ówczesnej dziennikarskiej masie choćby jeden aktywny „dziennikarz”, który zachował tę krztynę zdrowego rozsądku, pozwalającą na ocenę 4 czerwca, jak na to zasługuje? Osobiście zdaje mi się, że z podobnie myślących ludzi sowieckiego pióra można by bez problemu uformować batalion, dywizję, całą armię. Skoro zniesiono cenzurę, zezwolono pisać co dusza zapragnie, dlaczego żaden tego nie uczynił?

    Czy byłby Pan tak łaskaw i spróbował odpowiedzieć na to dokładnie pytanie?

    Inny przykład, z dziedziny wiedzy ogólne, powiedzmy historycznej. Prowokacja jest przecież faktem, co do tego jesteśmy zgodni. 4 czerwca komuniści z opozycją oszukali naród etc. Jeśli tak, proszę łaskawie wskazać 1 (jeden) podręcznik do nauki historii dla młodzieży szkolnej, który opisywałby zdarzenia tego roku zgodnie z rzeczywistością. Chętnie poczytam.

    Zna Pan taki tytuł? Czy nadal możemy twierdzić, że nie ma w tymże naszym peerelu instytucji cenzury? (A jeśli tak, jeśli nie ma stosownej instytucji, to co jest na jej miejsce? Co działa sprawniej, choć o wiele boleśniej)?

    Czy, zresztą, może być inaczej, skoro np. takie podręczniki szkolne podlegają… jak Pan myśli? – czy może być, że instytucji, która przeszła transformację ustrojową? Z której wyrugowano wszelką bolszewicką szumowinę? Tym razem odpowiem sam. Nic takiego nigdy nie miało miejsca! Takie podręczniki muszą być, wedle ściśle określonych procedur, przygotowane, zrecenzowane, poddane dokładnej analizie merytorycznej – przez kogo? Przez jakie czynniki, jakiej proweniencji, jak Pan sądzi?

    Podawał Pan, jakiś czas temu, przykład historyka, który swoją karierę naukową zbudował w jakiejś mierze na odkryciu, że Wałęsa to agent sb. Ilu takich „odważnych” historyków chadza po peerelowskim świecie? Czy są dostatecznie wpływowi, żeby o sprawach historii mówić bez politycznej poprawności (nie tykając na przykład swoich własnych politycznych ikon)?

    Czyta Pan wiele Józef Mackiewicza, więc zakładam także najświeższe tomy. Pisał w którymś z nich o szczególnie ciekawym aspekcie sowieckiej cenzury, mianowicie o procederze zdumiewających niedopatrzeń w tej dziedzinie, jak np. zezwolenia na publikację Sołżenicyna „Jeden dzień Iwana Denisowicza”. Oczywiście, dowodził JM, żadnego niedopatrzenia w istocie nie było – rzecz została opublikowana (a najpewniej też napisana) na wyraźne zlecenie najwyższych władz partyjnych, tzn. Chruszczowa. I jak Pan myśli (w zgodzie ze swoim własnym pesymistycznym podejściem do życia), czy takie poszerzenie sfery wolności (możliwość przeczytania, co działo się w obozach koncentracyjnych za Stalina) było dobrodziejstwem dla umęczonych podsowieckich narodów, czy raczej przekleństwem (ponieważ w rzeczywistości oznaczało kolejny krok na drodze ku świetlanej bolszewickiej przyszłości)?

    Czytając Mackiewicza, natknął się Pan z pewnością na postać Franciszka Olechnowicza. On także był zdania, że, co prawda, komunizm całkiem nie umarł, ale liberalizacja toć to przecie przynajmniej wróbel w narodowej garści. Zatem gdy tylko świetlana jutrzenka nepowskiej swobody zaświeciła nad Białorusią, spakował manatki i pojechał, robić teatra, współtworzyć kulturę ukochanego narodu. „7 lat w szponach GPU”, istotnie, bardzo kulturalna książka powstała w wyniku tej decyzji.

    Jaki efekt końcowy przynieść może współczesne nam poluźnienie więzów? Czy pesymistą pozostając, zaopatrzył się Pan należycie w ciepłą odzież, zapas herbaty, onuce na zmianę? A może jest Pan aktualnie na pesymistycznym urlopie? (Proszę wybaczyć te osobiste pytania, wycieczkę niemal, całkiem wyzbyte sensu, ot po prostu – warto chyba czasem zaznaczyć kanciastość granicy; bo, widzi Pan, niby zgadzając się w wielu kwestiach, odnoszę wrażenie, nie zgadzamy się w żadnej).

    Proszę wybaczyć, że pomijam kwestię Wyszyńskiego, dla mnie to właściwie zamknięta księga. Zdaje mi się, że mało było ludzi na świecie, którzy w podobnym stopniu przyczynili się do moralnego upadku Kościoła, i nie tylko jego. Proszę, jeśli taka Pana wola, dalej myśleć i pisać o sowieckiej „wolności”, to tylko potwierdza mój wniosek z poprzedniego akapitu.

    Pisząc o rzekomej „depresji” JM, o odbiorze (dzisiejszym) jego twórczości, sądzę, nie chce Pan brać pod uwagę tego zasadniczego czynnika, że 70 lat bolszewizmu (w skali globu – lat już 99) nie pozostało bez wpływu na psychikę ludzką. Komunizm nie upadł, zmienił jedynie formy działania, a więc także ludzie żyjący pod jego wpływem nie mogli, z dnia na dzień, stać się wolni, suwerenni w swoim myśleniu, tym więcej, że „zniesienie cenzury” (o którym Pan wspomina) paradoksalnie jeszcze bardziej zawęziło możliwości postrzegania rzeczywistości, taką jaką jest faktycznie.

    Pisze się, bywa i tu na wp, w kontekście czasów współczesnych, o „tym lepszym z peerelów”. Wedle mnie to wielki błąd, wynikający z niewłaściwego podejścia do problemu. Bo o co, tak naprawdę, chodzi w życiu? Co więcej waży? Ładny łaszek, szybki samochód z blondyną u boku, czy drobina więcej świadomości…? Otóż, wedle mnie, dokładnie w roku 1989 tę to właśnie świadomość skutecznie dobito.

    Gdy wyczerpują się wszelkiej maści argumenty kontr-kontrowe, sięga się po sztandarowy – jaki program macie, jak zwalczać chcecie komunizm (inaczej niż na zasadzie zawartego z nim układu!)?

    To pytanie nieodmiennie mnie rozbraja, i nerwowo macam pod pachami, w poszukiwaniu nagana.

    Pan, co prawda, takiego pytania wprost nie stawia, ale pozostaje od tej formuły niezmiernie, tak mi się zdaje, blisko (bo cóż na przykład znaczy dla Pana „defensywna mniejszość”).

    Serdecznie Pana pozdrawiam i dziękuję za wnikliwą i szczerą wymianę poglądów; z niecierpliwością oczekuję na jej dalszy ciąg.

  68. 68 Andrzej

    Panie Anatolu,

    Jeśli od 1989 roku uważa Pan, że nie było czegoś takiego jak upadek komunizmu i jednocześnie opowiada się Pan za (taktycznymi jak Pan twierdzi) kompromisami z komunizmem to wg mnie możliwym jest to, że nie wie Pan albo nie zdaje sobie sprawy z tego, że bolszewicy „od zarania” wykorzystują takie „taktyczne kompromisy”. Do nich dążą i na nie czekają mając już gotowy scenariusz na „ciąg dalszy”. Daj im cokolwiek a już jesteś ich. Za chwilę będziesz musiał dać im więcej aż poddasz się w całości tej zarazie i będziesz robił to co oni chcą i myślał tak jak oni tego chcą. „polityka lokalna”, kwestie „ratowania tkanki” itp. są im obce bowiem oni patrzą na wszystko globalnie. Jeśli zdaje Pan sobie z tego sprawę to nie potrafię Pana zrozumieć. Być może jednak pomimo deklarowanego pesymizmu, jest Pan optymistą i sądzi, że można coś osiągnąć samym chceniem, niezależnie od tego na czym się to chcenie opiera.

    Wolę pozostać w „defensywnej mniejszości” (czy myśli Pan, że tu się tylko bronią?) i skutecznie przeciwstawiać się bolszewikom. Rozumiem przez to właściwe rozpoznanie wroga, przygotowanie odpowiedniego oręża i stanięcie na okopanej, dobrze ubitej ziemi. Inaczej byłoby to nieskuteczne. Co też jest, moim zdaniem, bardziej realną postawą. To jest (i chyba zawsze było) oczywiście postawa „pod prąd”, w mniejszości. Ale jak słusznie twierdzi Pan Michał „z prądem płyną tylko śmiecie”.

    Nie jest tak jak Pan twierdzi, że „pisanie, publikowanie, myślenie, rozmawianie to wszystko jest forma pewnej defensywy niestety”. Czy w takim razie Apostołowie i Ojcowie Kościoła myśleli, pisali, publikowali i rozmawiali w ramach „pewnej defensywy”? Ale Panu pewnie chodzi tylko o antykomunizm. Pan, zdaje mi się chciałby jednak to załatwić jakimś konkretnym „czynem”. Niech Pan spojrzy na książki, które wydaje obecna tu „defensywna mniejszość” (są na prawym marginesie strony) i poczyta. Niech pan jeszcze raz, „świeżym okiem” poczyta Mackiewicza, którego non-stop od dziesiątek lat wydaje „Kontra”. To nie tyle czyn co wyczyn. Czy może chodzi Panu o „hej, strzelcy wraz”? Wie Pan, jakoś mnie już nie ciągnie do narodowej szuflady. Byłem w niej kilka lat (taktycznie) i odczułem jej ściany. Obowiązuje w niej dostosowanie się a bywa też ciemno bo rzadko ją otwierają. Nie przepadam za kolektywem, a Pan?

    Odnośnie Mackiewicza i możliwości „poczucia bezsilności” to jestem zdania, że postawa typu „ojczyzna już przepadła” była mu zupełnie obca. On zawsze szukał prawdy i to było dla niego najważniejsze Uważał, że prawdy nigdy się całkowicie nie pozna ale niezbędne jest dążenie do jej poznania. Sądzę, że nie odczuwał z tego powodu „bezsilności”.

    Czy tezy Golicyna i zdemaskowanie przez niego fikcji „upadku komunizmu” są dla pana „wejściem na grunt teorii spiskowej”? Czytał Pan go? Jeśli tak to na pewno Pan wie, że opisana przez niego strategia Szelepina-Mironowa powstała w końcu lat 50. Dlaczego Pan odrzuca jego tezy?

  69. 69 Andrzej

    ps. powinno być „z prądem płyną tylko śmieci”. Przepraszam Autora sentencji. Od siebie dodam, że z prądem płyną też śnięte ryby (żywe pod prąd!) a jesienią płyną też np. opadłe liście. Czyli wszystko co martwe i/lub niezdolne do samodzielnego poruszania się.

  70. 70 Anatol

    Szanowni Panowie,
    Zacznijmy od zlikwidowania cenzury. Pan Dariusz zadał sporo pytań, pytań poniekąd słusznych, na które postaram sie odpowiedzieć jak umiem. Można o mnie powiedzieć, że pracowałem w „prasie głównego nurtu” i to sporo czasu, bo ponad 20 lat. Wprawdzie nigdy nie byłem publicystą politycznym ani społecznym, bowiem pisałem od początku dla popularnych czasopism „komputerowych”, takich jak PCkurier, Enter, Chip, Komputer Swiat, itd. Informatyka jest moim hobby i praktycznie wyłącznie nią się zajmowałem w swojej działalności publicystycznej, nie wychodząc poza ten zakres tematyczny. Jednak z racji tej pracy poznałem wielu dziennikarzy nie tylko informatycznych, a także „układy” w prasie. Może naiwnie, ale znów myślę, że sprawa przemilczania w mediach pewnych rzeczy, czy też przedstawiania ich w sposób niezgodny z rzeczywistością, ma wiele aspektów. Po pierwsze – w 1991 roku, kiedy zaczynałem pisać swoje teksty dla „Entera” i „PCkuriera”, cała prasa łącznie z dystrybucją (tzw. „Ruch”) była w rękach postkomuny. W czyich innych mogła zresztą być? Spytajmy uczciwie – czy „upadek” komuny mógł się udać, jeśli po drugiej stronie nie było sił zdolnych do skutecznego przejęcia wszystkich aspektów funkcjonowania państwa? „Szczwany plan” zasymulowania upadku mógł zostać zrealizowany m.in. dlatego, że tzw. opozycja nie była w stanie kontrolować jego przebiegu, ale też dlatego, że – co gorsza – tylko komuchy dysponowały kasą.
    Na początku jednoznacznie nie załapałem konsekwencji tego „skomunizowania” prasy. Nikt moich tekstów nie próbował „cenzurować”, a nawet nie było takiej potrzeby. Dopiero z czasem zacząłem różnymi kanałami dowiadywać się, kto jest kto (nie znałem bowiem wcześniej środowiska dziennikarskiego, wszedłem w to raczej przypadkiem, z konkursu) i kojarzyć pewne fakty. Krążyły np. plotki, że nasze wydawnictwo powstało z pieniędzy byłej PZPR. Pamiętam też, jak jeden z moich kolegów z redakcji obruszył się na mnie (sic!), gdy zauważył, że kupuję w kiosku „Gazetę Polską”. Uderzyło mnie to, ale oczywiście nie przejmowałem się nim zbytnio i nadal ją kupowałem :) Bo jedno trzeba powiedzieć – choć nastawienie było jakie było, nikt nigdy nie stawiał mi ultimatum w stylu: „albo nie będziesz czytał GaPola, albo nie będziesz u nas pracował”. Przypominam sobie też pijackie wyznania innego kolegi, dziś „eksperta lotniczego” wypowiadającego się m.in. o katastrofie smoleńskiej, z których jednoznacznie wynikało, że jest dzieckiem z rodziny sowieckiej i myśli po sowiecku. Cóż jednak miałem z tym zrobić? Naonczas (a były to jeszcze lata 90.) myślałem sobie, że tak musi być, przecież ci ludzie istnieją, „gruba kreska” darowała im to istnienie wśród nas. Liczyłem też trochę na to, że z czasem się to zmieni, że ten komunizm z ludzi „wyjdzie” jakoś, że miną pokolenia i wszystko zacznie się normalizować. Jednak komunizm w ludziach tkwi, oni go przenoszą jak wirusa z jednego na drugiego, tak naprawdę nie musi działać polityczna cenzura ustawowa. I być może jest to związane z tym, o czym piszę dalej.
    Bowiem po drugie – co się wiąże – cenzurę oczywiście oficjalnie zniesiono w 1990 roku i nigdy nie spotkałem się w swojej pracy z sugestiami dotyczącymi zawartości tekstów, ale charakter cenzury komunistycznej był niejako zabezpieczeniem przed jej zniesieniem. Powtarza to wielu autorów – cenzura komunistyczna miała w pierwszym rzędzie charakter wychowawczy i kształtowała sposób myślenia, a nie tylko zabraniała czegoś lub dopuszczała. To niestety było widać u postkomunistycznej inteligencji. Widać do dzisiaj – tyle, że dziś sytuacja na rynku prasowym uległa znacznym zmianom i powiem szczerze nie do końca rozumiem, dlaczego upływający czas nie zmienił tego stanu rzeczy. Wygląda to tak, jakby w prasie działał taki „filtr” zatrzymujący ludzi z niekomunistycznych rodzin, choć ja nigdy z takim „filtrem” się nie spotkałem w praktyce, no ale zapewne wynika to z charakteru mojej „apolitycznej” działalności dziennikarskiej. Być może mógłbym temu przypisać fakt, że mimo wieloletniej pracy i pewnych sukcesów nie zrobiłem wielkiej kariery w prasie (a generalnie nie ukrywałem jakoś specjalnie moich poglądów), ale też nigdy za tym nie chodziłem, ani nie starałem się o to, więc z równym powodzeniem mogę to zwalić na moje cechy osobowościowe. Interesujące jest też, że kapitał obcy wykupujący postkomunistyczne wydawnictwa nie zmienił zasadniczo struktury zarządzania prasą (na co w pewnym momencie liczyłem). A jeszcze bardziej ciekawe, skąd się biorą ludzie młodzi, na dobrą sprawę niepamiętający komunizmu (a tacy dziś stanowią dużą część dziennikarzy), lecz nadal utrzymujący się w tym „układzie”? Jest taki ciekawy element, który zauważyłem – otóż podjęcie pracy w pewnych redakcjach tak jakby „zmienia” młodych ludzi, stają się inni w rozmowach, radykalizują swoje poglądy przechodząc na „ciemną” stronę. Jak to się dzieje – nie do końca rozumiem. W normalnej prasie redakcja to jest panel dyskusyjny, w którym ścierają się różne poglądy. Tak było zawsze w prasie komputerowej, myśmy działali zespołowo, ale przy często skrajnie różnym widzeniu sensu i konsekwencji wydarzeń z rynku informatycznego. Nikomu to nie przeszkadzało. Jak zauważyłem są jednak takie redakcje, które przypominają bardziej świątynie Wiedzy prowadzone przez Autorytet. Moim zdaniem to jest zresztą model wprowadzony u nas bardziej przez Niemców, niż wynikający z mentalności postkomunistycznej Polaków. I w nich własnie zaznacza sie ta zdolność przemienienia ludzi i przekoszenia ich poglądów. Osobiście w takich redakcjach nie pracowałem, choć kilka lat przesiedziałem nawet u Springera, ale wciąż pisałem poradniki do programów PC, więc nikt się mnie nie czepiał ani nie indoktrynował. Jednak miałem kolegów na różnych piętrach biurowca, w niektórych przypadkach na żywo obserwowałem jak się zmieniają, radykalizują przechodząc z gazety do gazety. Notabene też nie do końca rozumiem jakim cudem można zmienić poglądy (zgłupieć) tylko oglądając TVN24 i czytając „GazWyba”, bo znam i takie przypadki. Przyznaję, że konsekwentnie prawie od początku GW nie brałem do ręki, poza chyba paroma pierwszymi numerami, co wynikło z tego, że dość szybko poznałem pewnego młodego dziennikarza z tamtejszej redakcji i po krótkiej rozmowie z nim mało się nie pobiliśmy, taki to był dureń antypolski, więc plunąłem na tę gazetę. TV też nie oglądam w nadmiarze, więc może dlatego nie rozumiem mechanizmu tego ogłupienia, ale wydaje mi się to w jakiś sposób „magiczne”, niepojęte, że samo tylko przyswajanie tej propagandy może tak zbić ludzi z tropu. I nie chodzi mi oczywiście o mechanizm propagandowy widziany ze strony mediów, ale o to, dlaczego ludzie tak łatwo dają się na to nabierać! Wszyscy są jakimiś komunistycznymi pogrobowcami??? Aż tak są tym przesiąknięci? Czemu zatracili krytycyzm, zdolność do refleksji? Czy to jakiś przekaz podprogowy, rodzaj hipnozy? Nie wiem!
    Jednak – z drugiej strony – uważam, że oficjalne zniesienie cenzury było tak czy owak krokiem ważnym. Przynajmniej przez pewien czas na rynku wydawniczym panowała „wolna amerykanka” i pojawiało się wiele wydawnictw o najróżniejszym charakterze, zresztą do dziś pojawiają się one bez większych przeszkód. Nie stanowią „mainstreamu”, to prawda, ale dla inteligentnych ludzi, którzy wiedzą czego szukać, nie jest też problemem nabycie ich, czytanie i komentowanie. Problem tkwi więc równie dobrze w ludziach, jak w mniej lub bardziej rzekomej „kontroli” ich poglądów. Teoretycznie każdy może poznać prawdę, bo jest ona dostępna, nie tak jak w komunizmie realnym. Ale nie widać zainteresowania, co łączy się jakoś z tym ogłupianiem przez TV i gazety i biernością ludzką, o której pisalem wyżej, ale może nawet bardziej z nieoficjalną „cenzurą” mieszczącą się w słowach „antysemityzm”, „faszyzm”, „rasizm”, „seksizm”. To co nazywa się „poprawnością polityczną” nie jest chyba wynalazkiem PRL-u ani postPRL-u, przyszło do nas w połowie lat 90. mniej więcej, o ile sobie dobrze przypominam. I jeśli mówimy o „cenzurze” dzisiaj, to przyjęła ona właśnie kształt tej „poprawności”. Cenzura, tak jak i komuna, jest w większości w ludziach, nie w ustawach. Redaktorzy naczelni nie musza często napominać swoich dziennikarzy, bo oni sami „wiedzą” o czym pisać i jak. Dyktuje im to owa „poprawność”. Ci – to wiadomo, „faszyści”, bo mówią za dobrze o Polakach i Polsce, a to faszystowskie. Inni – „homofoby”, bo nie klęczą odpowiednio nisko i pokornie przed tragedią „gejów”. Itd. Wszystko dawno zostało poszufladkowane, ułożone i skatalogowane, ale stało się to bez ingerencji czynników państwowych, inaczej jak w komunizmie. Ludzie sami to przyjęli, rozkolportowali, pogodzili się z tym i najwyraźniej uważają za słuszne. To tez jest fascynujący na swój sposób i niejasny dla mnie mechanizm, powiązany z działalnością massmediów i praniem mózgów.
    Golicyna oczywiście czytałem. Jednak nie do końca jestem fanem „nawróceń” KGB-istów. Spojrzałbym na to tak – skoro mam uważać Prymasa Wyszyńskiego za agenta komunistycznego, to za kogo mam uważać faktycznego agenta? Za uczciwego człowieka? W tym momencie zapala się jakaś lampka kontrolna. Czy na pewno mam wierzyć facetowi, który pracował dla KGB? Ba, czy bez wahania mam zaufać „prowadzącym” go Amerykanom? Itd. Dlatego traktuję książkę Golicyna z wątpliwościami, nie mówię że nie może być prawdą, bowiem da się do niej dopasować fakty, ale czy na pewno właśnie tak było i dlaczego przyjąć akurat tę wersję? Gdzieś jest jakaś granica zaufania, ostatecznie fakty pasują też do „Protokołów Mędrców Sjonu” i wielu innych publikacji o masonerii, iluminatach, itd. Być może właśnie przynależność do ponadnarodowej i ponadreligijnej tajnej organizacji, jaką jest np. masoneria (lub sympatyzowanie z nią), lepiej tłumaczy postępowanie Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego niż wykładnia Golicyna. Wprawdzie mówi się, że komuniści niby byli przeciw masonom, ale wiadomo, że to kit, bo jednak jakieś pokrewieństwo celów pozostaje widoczne.
    Wiem także o tym, że komuniści wykorzystują „taktyczne kompromisy”. Kompromis z zasady ma służyć obu stronom, a w przypadku kompromisu z diabłem na ogół służy tylko jemu. Jednak cała moja obrona Wyszyńskiego wynika z tego, ze widzę niekompatybilność między interesami Kościoła a interesami walki z komunizmem jako takim. Nadal jestem zdania, że Wyszyński wierzył w „skończoność” komunizmu i „nieskończoność” Kościoła, opierając się choćby na słowach Chrystusa, że „bramy piekielne nie przemogą”. Patrzył perspektywicznie, nie przejmował się teraźniejszością zakładając, że czas komunizmu jest ograniczony. Być może podobnie rozumowali papieże, kierując się perspektywa wieczności, a nie doczesności. Również Vaticanum II ma przecież wiele wymiarów. Mackiewicz skupił się na wymiarze „prokomunistycznym”, ale tam w grę wchodziło znacznie więcej elementów, np. szeroka akcja misyjna Kościoła w Azji, która wymusiła przeorientowanie niektórych kierunków działalności duszpasterskiej.
    „Hej, strzelcy wraz” to również i nie moja piosenka, przynajmniej w tym znaczeniu, o którym wspomina Pan Andrzej. Niemniej, jeśli mówimy o tym, że obecnie nasz kraj nie jest „wolną Polską” to wchodzi w to moim zdaniem coś więcej, jak tylko uwolnienie się od komunizmu. Ojczyzna nigdy nie „przepadnie”, póki są ludzie zdolni ja rozpoznawać nawet w chaosie dezinformacji. Dlatego doceniam Panów działalność, jak również myśl Mackiewicza. Nie sądziłem o nim, że poddał się uczuciu typu „ojczyzna przepadła”, myślałem bardziej o tym, że w swej bezkompromisowej walce miał tak niewielu sojuszników, a może co najgorsze – pozostawał przez większość niezrozumiany (albo tez większość udawała, że go nie rozumie).
    Pozdrawiam serdecznie.

  71. 71 Andrzej

    Drogi Panie Anatolu,

    Uważam, że w tej kwestii (i w wielu innych również) nie wolno niczego przyjmować „na wiarę” ale trzeba się zastanowić nad tym co kto ma do przekazania. Dotyczy to także „naszych”. Może przede wszystkim tych, którym dajemy tzw. kredyt zaufania.
    Oczywiście, można nie ufać tzw. defektorom z sowieckich służb ale nie powinno się ignorować tego co przekazują i ich późniejszych działań. „Upadek komunizmu”, „opozycja”, fikcja „wolnej Polski” (Pan tak to również ujmuje) są jednak zawarte w tezach Golicyna.

    To co Pan opisał w odniesieniu do istoty „zmodernizowanego” peerelu to wszystko prawda. Co Pana zdaniem oznacza fakt, że „teoretycznie każdy może poznać prawdę” ale „nie widać zainteresowania”? „Cenzura, tak jak i komuna, jest w większości w ludziach”, więc skoro są to zjawiska tak powszechne, co z tego wynika?

  72. 72 Andrzej

    ps. powinienem napisać „należy nie ufać”

  73. 73 Dariusz Rohnka

    Szanowny Panie Anatolu,

    Przyznam szczerze, że jestem pod coraz większym wrażeniem Pana wypowiedzi. Są, tak mi się przynajmniej zdaje, jakieś bardzo szczególne, wyjątkowe, przede wszystkim z punktu ich otwartości, nie mącenia krystalicznie czystej oczywistości w celu zatajenia jakiejś swojej drobnej niekonsekwencji. Tego rodzaju podejście do wymiany myśli nie jest częste.

    Ale jest jeszcze coś w Pana ostatnim komentarzu, coś niezwykle wartościowego – pana ówczesne przemyślenia (te z przełomu, czy jak kto woli, z czasu „transformacji ustrojowej”), Pana działania, kalkulacje, problemy, zaskoczenia, złapane in flagranti, z taką dozą obiektywnego przekazu, jaka jest możliwa po ćwierć wieku zacierania się wrażeń, zdarzeń, słów. Daje Pan zapis swojej świadomości z tamtego czasu jako przykład, ale jako też (niemal) materiał badawczy; to trudne do przecenienia.

    Wspomina Pan, że zadałem pytania „poniekąd słuszne”. Otóż, przyznam osobiście, nigdy o tego rodzaju pytaniach nie słyszałem. Pytania, tak mi się zdaje, nie bywają słuszne czy niesłuszne. Są, albo ich nie ma; padają, albo nie są zadawane. Nawet w przypadku pytań z tzw. tezą, na takie pytania można odpowiadać zgodnie z intencją pytającego („Czy Juliusz wielkim pisarzem był, i dlaczego?”), albo tę tezę po prostu odrzucić. Ale ad rem.

    Opisuje Pan swój długoletni kontakt z prasą głównego nurtu, choć z prasą o ściśle określonym, branżowym profilu. Rozumiem doskonale, że choć w tytułach, które Pan wymienia kwestie polityczne nie były poruszane (może w jakichś krótkich wstępniakach naczelnych redaktorów?), miał Pan okazję poobserwować sobie to szczególne środowisko w najróżniejszych możliwych sytuacjach, i – jeśli dobrze Pana rozumiem – doszedł Pan rychło do obserwacji, że żeby życie prasy toczyło się bez niepotrzebnych zawirowań, wystarczy – ot tak – po prostu nic w tej kwestii nie robić. Pana tekstów nie cenzurowano (bo, jak rozumiem takie problemy, przykładowo: który dysk twardy, jakiej firmy/marki jest szybszy/lepszy od pozostałych etc. nie były nigdy tematem cenzuralnym lub też nie; chyba, że tekst powstawał na konkretne czyjejś, producenckie, sponsorowane zamówienie…), ale, jak Pan wskazuje, nie cenzurowano zapewne także innych piszących, dziennikarzy z tytułów „politycznych”, „publicystycznych”.

    Nie jestem pewien, czy tak rzeczywiście było (a Pana osobiste doświadczenia jakby kończą się w punkcie ściślejszego tabu – do którego, z racji demonstrowanych przez Pana preferencji politycznych, nie miał Pan zapewne dostępu), ale nie jest aż tak bardzo istotne, czy cenzura była czy nie była, czy ewentualne kwestie „porządkujące” zawartość szpalt znajdowały się w gestii naczelnych, kierowników działów czy kogo tam jeszcze. Fakt jest faktem – o kwestiach istotnych nie pisano, nie było ich po prostu w przestrzeni publicznej.

    Ale czy to takie ważne, zdaje się Pan pytać? Cenzurę przecież zniesiono, czyli mamy krok (milowy) do przodu, ku przyszłości. Zawszeć to przecież postęp, czy nie tak Pan to pojmuje? Wystarczy poczekać, bo jakże owo zniesienie cenzury – zapytuje Pan – mogło w tamtych latach przynieść natychmiastowe owoce, skoro – i tu mnie Pan bardzo zaskoczył swoim odkryciem – media głównego nurtu pozostały w całości w komunistycznych rękach, o czym Pan (tu moje zdumienie rozrasta się niepomiernie) dowiedział się (a przynajmniej począł nabierać stosownych podejrzeń) w roku 1991.

    Szanowny Panie Anatolu, albo albo. Albo rzućmy plastikowe łopatki i wyjdźmy poza sferę piaskownicy, albo lepmy dalej babki. Czy możliwe, że Pan, który bojkotował 4 czerwca, który urodził się z antykomunizmem we krwi (nieomal), że w Pana przypadku zajęło aż 2 lata dojście do wniosku, że cała prasa głównego nurtu pozostała w komunistycznych rękach? I, w dodatku, tylko dlatego doszedł Pan, aż tak szybko, do podobnego wniosku, że zaczął był pracować w tytule finansowym z pieniędzy jakichś tam komunistycznych literek?

    Proszę się nie obruszać. Chciałbym traktować Pana ostatnią wypowiedź jako pewnego rodzaju dokument-zapis świadomości pokolenia, wchodzącego w dorosłość w okolicach roku 1989 (czy dobrze się domyślam?), dlatego – możliwie – chciałbym wyjaśnić wszelkie nieścisłości. Dlatego powtórzę: czy przez 2 lata, widząc w kioskach wszelkie komunistyczne tytuły, prawdy i nieprawdy, i głosy wybrzeża i wielkopolski, i jakieś tam wprosty czy wyprosty, polityki i sztandary… przez 2 lata nie wiedział Pan, co się tu dzieje? Czy nie dlatego Pan nie wiedział (proszę wybaczyć obcesowość), że chciał być Pan koniecznie dziennikarzem, choćby branży IT?

    Ale pójdźmy może kawałek dalej. Co mnie najbardziej zaciekawiło w Pana szczerej wypowiedzi to całkiem oczywiste, i dla Pana i dla mnie jako dla czytelnika, i dla innych czytelników pewnie też, to Pana zagubienie w czasie i w przestrzeni. Proszę z góry o wybaczenie, że dokonuję tak drażniącej wiwisekcji Pana wypowiedzi, ale Pan – antykomunistą pozostając – nie bardzo bodaj rozumie z jakim przeciwnikiem, wrogiem ma do czynienia.

    Bolszewizm, Panie Anatolu, to nie tylko brutalna siła, pospołu z wyjałowieniem wszelkich form życia: bicie po mordzie, nasadzanie na trzonek od taboretu, odzieranie żywcem ze skóry człowieka, strzelanie mu w potylicę, albo też, z innej strony: ustawianie narodów w gigantycznych kolejkach po kostkę masła, kilo cukru, po kawy i margaryny, wiecowania i przemarsze, i najgłupsze, najnudniejsze, najmniej wydajne propagowanie zgrzebnych głupot, oczywistych dla każdego jako tako rozgarniętego homo sapiens.

    Bolszewizm, Panie Anatolu, to subtelna gra nie tyle na ludzkich bebechach, ale na człowieczych reakcjach, kompleksach, strachach, jaźniach, instynktach – to pierekowka dusz. Realna pierekowka, nie literacka, opisana w jakichś tam historycznych książeczkach, jako ciekawostka pewnego historycznego etapu („stalinizmu” na przykład).

    Ludzie w pełni ukształtowani według tej Metody (pierekowki), uformowani pod bolszewizmem na całkiem nowe, ludzkie oblicze, ludzie tacy nie potrzebują więcej knuta, bata, drutu kolczastego; nie potrzebują koniecznie instrukcji, co mają mówić, albo myśleć. Oni to wiedzą sami, bez wsparcia, bez instytucji. To jest bolszewizacja, sowietyzacja, która trwa, nieprzerwanie.

    A Pan, Panie Anatolu, zastanawia się, całkiem szczerze, dlaczego Pana znajomi, koledzy, przyjaciele może, pracując w komunistycznej prasie, przez te kolejne 20 lat nie zmienili swojego podejścia do, jakżeż banalnej, PRAWDY? Że kolejne, wzrastające, młode pokolenia ludzi dziennikarskiego kunsztu natychmiast, jakby za pociągnięciem jakiej magicznej różki, nieodwołalnie popadają w takąż samą manierę?

    Ależ, Panie Anatolu, jakżeż mogą zachowywać się inaczej, skoro karawana (jak, zdaje się, ustaliliśmy już onegdaj) jedzie dalej, a komunizm trwa?

    I na koniec, to Pana zadziwiające rozróżnienie – na my i oni. Pracując w komunistycznej prasie (branżowej), czytał Pan sobie najbezczelniej w świecie Gazetkę Polską. Pytałem, pamięta Pan pewnie, czy w latach przełomowych 89/90/91/92 i dalej, dalej znacznie, aż – powiedzmy – po rok 2002, przeczytał Pan w prasie (tej „naszej”, to znaczy Pana „naszej”, nie mojej), że rok 1989 to komunistyczna prowokacja, a komunizm wcale (bynajmniej) nie upadł?

    Leży przede mną ciekawy periodyk, którego tytułu w tej chwili nie podam (jest mi ta dyskrecja w tej chwili potrzebna, ale do czasu tylko), z którego zacytuję znamienny fragment pewnego głośnego (także bodaj dziś) autora i „działacza”. Jeśli chodzi o charakter ideowy tego periodyku mogę w tej chwili jedynie upewnić Pana, że był bardziej radykalny w swoim „antykomunizmie” od powiedzmy „Gazety Polskiej” (która nawiasowo, w roku 1991 jeszcze nie istniała). Fragment pochodzi z roku 1993:

    „Większość luminarzy naszej rzeczywistości [ki diabeł? – przyp. DR], gdy w młodości śpiewała piosenki ‚Nie chcemy komuny, nie chcemy i już…’ nie wyobrażała sobie upadku komunizmu w kategoriach cielesnych [podkreślenie DR], czy psychologicznych. Nie wyobrażała sobie tego momentu, kiedy cele, jakie człowiek sobie stawia oznaczają obowiązek wzięcia odpowiedzialności za siebie, za gospodarkę, za państwo.”

    I teraz pytanie: o czym mówi ten tekst? Tekst z bardzo radykalnego wobec komunistów czasopisma? O dalszym istnieniu komunizmu, o tym, że rok 1989, 4 czerwca i „okrągły stół” i „wybory częściowo wolne” i „prezydencie”, i „pierwsze wolne” po dwóch latach to wszystko jest wynikiem skutecznej (a więc działającej nadal, panującej) komunistycznej prowokacji?!

    Absolutnie, ten tekst mówi coś dokładnie odwrotnego: komunizm upadł, nie ma go, to jest poza dyskusją; musimy (my niekomuniści) – o zgrozo – zająć jego miejsce… czy damy sobie radę, czy aby pogrobowcy komunizmu nie dojdą, nie zajmą stołków, na które cośmy dopiero siedli swoimi własnymi, niekomunistycznymi, literami?

    Takie myśli i poglądy wyraża, ten tekst i jego autor, i dziesiątki, setki innych autorów. Nie ma komunizmu, umarł. Żyjemy w wolności i… nawet pan Anatol może pisać swoje teksty bez cenzury. Hura! Po trzykroć! I nie tylko w jakimś tam roku 1991 czy 1993, ale wciąż, nieustająco po dziś dzień – upadł komunizm – wszyscy tak twierdzą.

    A Pan na to powiada, że koledzy w pracy krzywo na Pana patrzyli, ponieważ czytał Pan „Gazetę Polską”, zabawne. Może oni nie czytali (nawet pokątnie) i nie nabyli byli nigdy tej podstawowej wiedzy, że w owej „Gazecie” nic co nie mogłoby się ukazać w „Polityce” czy w „Trybunie”, albo i w „Nie” Urbana nigdy, przenigdy nie zostało wydrukowane? Tam takich treści całkiem po prostu – nie ma?

    Nie ma – ponieważ nie pada w niej to jedno jedyne, istotne słowo.

    Nie ma cenzury, powiada Pan, od 1990 roku? Istotnie, wielkie szczęście.

  74. 74 Anatol

    Szanowni Panowie,
    Piszę po prostu to, co myślę, chaotycznie, bo nie mam w głowie żadnego konkretnego programu, nie stoi za mną „oficer prowadzący” ani jakieś inne towarzystwo wzajemnej adoracji. Jestem człowiekiem „znikąd”. Ostatnie 25 lat przeżyłem trochę na wariackich papierach, wiele się w moim życiu prywatnym działo, co pochłaniało w dużej części moją uwagę, nie pozwalając się skupiać na wyborach politycznych. Dodatkowo już we wczesnych latach 90. zanadto zbliżyłem się poglądami do UPR, co zredukowało mój antykomunizm w zasadzie do spraw gospodarczych. Dziś, z perspektywy czasu, myślę że to było nieostrożne i być może nawet tylko po to UPR wówczas pojawiła się na scenie politycznej, żeby odwrócić uwagę ludzi od innych aspektów i rozpowszechnić pojęcie „liberalizmu”, na które przez dłuższy czas potem się jeszcze nabierałem. Bowiem z biegiem czasu coraz trudniej mi było „iść pod prąd” i pewną wspólną platformę poglądów z otoczeniem znajdowałem właśnie w pojęciu „liberalizmu”. Powiem to szczerze, nie owijając w bawełnę. Nie tylko ulegałem pewnej presji środowiskowej, ale przede wszystkim im dłużej żyłem, tym bardziej dolegało mi moje odstawanie od „głównego nurtu”, co powodowało chęć dołączenia, zrównania się jakoś z peletonem. Sądzę, że nie jestem odosobnionym przykładem. Wielu nabrało się na liberalizm, zwłaszcza iż jest to pojęcie-gąbka, które kurczy się i rozszerza w zależności od chwilowej potrzeby, można w to wpakować co się chce, bo „wolność” to „wszystko” :)
    Nie pamiętam, kiedy pojawił się „GaPol”, opisywane zdarzenie raczej nie miało miejsca w 1991, to była pewna retrospektywa. Ale na pewno w pierwszej połowie lat 90. „GaPol-a” czytałem do odejścia Wierzbickiego, potem coraz rzadziej. Wierzbickiego kiedyś nawet okazjonalnie poznałem, lubiłem go jako kulturalnego faceta trochę „old fashioned”. Ale nie twierdzę, że „GP” miała kiedykolwiek być lekiem na całe zło, czy w wersji Wierzbickiego, czy Sakiewicza. Czytałem wtedy tez przecież „Najwyższy Czas”, znacznie bardziej nałogowo niż „GP” ze względu na to, co wspomniałem wyżej. Pisząc o „GaPol-u” chciałem raczej zilustrować sytuację :) Jeśli chodzi o (niektórych, bo byli różni, choć generalnie nastawienie było podobne) moich kolegów, im wystarczało, że to gazeta „polska”. Nie zaglądałi do niej, bo bali się polskości. Tak to odbierałem i do dzisiaj tak myślę. To nie jest tak, że dla nich były ważne „treści”. Gorzej. Dla nich było ważne, żeby te treści miały właściwe pochodzenie, czyli żeby je wydrukowała je „Polityka” lub „GW”. Jeśli W „GaPol-u” ukazywał sie identyczny tekst, to dla nich stawał się „ważny” dopiero wtedy, gdy takie same tezy przedrukowano we „właściwej” gazecie. Notabene, akurat w „GaPol-u’ doby Wierzbickiego był np. śp. Jacek Kwieciński i inni autorzy przynajmniej sprawiający wrażenie antykomunistów.
    Niemniej, wspominam tamte czasy – owej „postkomunistycznej” prasy – znacznie lepiej niż czasy bliższe, po przejęciu rynku prasowego przez Niemców (ogólnikowo mówiąc). „Postkomuniści” byli wprawdzie zaszczepieni na polskość, ale w wielu sprawach pozostawali (co może zabawne) „tradycyjni”. Komuna bowiem przez wiele lat zakonserwowała sie w marksizmie-leninizmie, podczas gdy Zachód poszedł znacznie dalej. To się okazało właśnie wtedy, kiedy wydawnictwa niemieckie wprowadziły do Polski zupełnie nowy model prasy. Gazety robione na rozkaz. Obserwowałem to z wewnątrz, mało kto zwracał na to uwagę na zewnątrz, podczas gdy w prasie polskiej dokonała się po cichu rewolucja. Działo się to na przełomie wieków XX/XXI. Powoli odbierano nam – dziennikarzom – swobodę działania. Nawet jeśli była ona iluzoryczna, to i te iluzje odebrano. W swojej branży odczuwałem to np. poprzez zahamowanie wyjść na konferencje prasowe, wprowadzenie „dupogodzin”, itd. Tak naprawdę Niemcy zatrzymali polską prasę w miejscu, bo dziennikarze mieli coraz mniej okazji, żeby pracować poza redakcją, a to jest w istocie najważniejsze. Rozmowy, spotkania, wyjaśnianie, dyskutowanie. W modelu „niemieckim” zostało to mocno zredukowane. Symbolem dla mnie pozostaje zlikwidowanie przez niemieckiego wydawcę pewnej gazety, w której pracowałem – otóż nie potrafił on narzucić naszej redakcji modelu „na rozkaz”, więc powołując się na niewydolność finansową gazetę po prostu zamknął, inwestując w tytuł, gdzie chętniej słuchano jego sugestii. W branży informatycznej, bo dla Niemców nie miało znaczenia, o czym są gazety, ten model miał obowiązywać – i obecnie obowiązuje – w każdej. „Postkomuniści” w tamtym momencie tak naprawdę oddali prasę. Owszem, jak pisałem – pozostali na stanowiskach, bo stanowili niezbędną kadrę. Ale wszelkie ewentualne dyrektywy płynęły już z innej strony. Być może pokazuje to, że centrala komunizmu przesunęła się z Moskwy bardziej na Zachód, do Berlina. Może dlatego Putin staje okoniem, bo wyrwał mu się „jego” komunizm z rąk, poszedł z Moskwy na Zachód i zaczyna konkurować z „tradycyjną” centralą. To oczywiście takie myśli na marginesie. Ale dla mnie jest jasne, że o ile postkomunistyczna „Polska” w latach 90. była PRL-bis, to dzisiaj ta nazwa już nie przysługuje w pełni. Teraz jest znacznie gorzej. Zapewne właśnie dlatego teraz ocknąłem się z tego letargu „liberalnego”, bo zaszło to wszystko już za daleko. W 1989 roku fałszywość „upadku” komunizmu raziła mnie bardziej w kontekście lokalnym, polskim. Tak, jak pisałem miałem nadzieję, że z czasem to zacznie się zmieniać, zwłaszcza gdy zaczniemy się zbliżać do Zachodu, który postrzegałem jako „lekarstwo” na skomunizowanie Polski. Tymczasem ów „Zachód” okazał się niczym innym, jak „Wschodem” (może Grand Orientem). Nie przyszła stamtąd żadna pomoc, a wręcz przeciwnie.
    Zmierzam ku temu – czym jest Panów zdaniem „komunizm” dzisiaj? Bo nie jest to już to samo, co przed 1989 rokiem. Nie jest przecież sterowany z Moskwy, a przynajmniej nie tylko z Moskwy, jak już pisałem. Nie ma już w zasadzie formy ustrojowej, klasyczna ideologia marksowsko-leninowska wprawdzie pałęta się na zapleczu, lecz jest bardziej chyba inspiracją do znacznie dalej posuniętych teorii i idei. Coś jak z freudyzmem, który ustąpił miejsca naukom Junga, Fromma, Karen Horney, itd., ale jednak nadal stoi za plecami psychologów jak cień. Czy to nie jest tak, że komunizm/bolszewizm w formie znanej z PRL był raczej etapem na pewnej drodze ku przetworzeniu ludzkich umysłów, a teraz nastąpiła „konwergencja” i niejako połączenie w całość z systemem „liberalnym”, w którym myśl bolszewicka wchodzi jako element „demokracji”? Właśnie element, bo niekoniecznie z rolą wiodącą, wysuwaną na pierwszy plan. Pan Dariusz wspomniał swego czasu o Tia-nan-men (czy jak to się pisze), jako rzeczywistości „równoległej” do naszego 4 czerwca 1989. Komunizm w Azji wydaje mi się trochę osobną historią w relacji do bolszewizmu europejskiego, ale czy Chiny obecnie nie są właśnie upiornym przykładem „konwergencji”? Tam nigdy nie było nawet pozorowanego „upadku” komunizmu, jednak nikt się tym nie przejął.
    Ta obecna hybryda wydaje mi się czymś znacznie gorszym od rzeczywistości PRL. Tam mieliśmy zdefiniowanego wroga, wiadomo było z kim walczyć. Teraz rozmyto dość skutecznie te kryteria, do tego stopnia, że mamy np. „dekomunizację” na Ukrainie, której są przeciwni ludzie budujący sobie obraz świata na podstawie legendy ZSRR, ale nie wyłapujący, że to wstęp do drugiej fali „komunizacji”, wchodzącej m.in. na hasłach antykomunistycznych. Do tego stopnia rozmyto, strywializowano i zabełtano antykomunizm, zbanalizowano i włączono do zestawu haseł. W dodatku udoskonalono metody kontrolowania poglądów społeczeństwa, zwłaszcza sztuki wizualne, doprowadzając je do takiej doskonałości, o której komuchy w PRL mogły tylko pomarzyć. Dziś każda informacja jest dezinformacją i nikt tego nie wyłapuje, bo istnieje coś w rodzaju „wirtualnego świata” seriali/social networków/gier wideo/kina, będącego podstawowym źródłem czerpania wiedzy przez 90 procent ludzi (a może i 99 proc.). To takie luźne myśli, po prostu coraz trudniej mi się odnaleźć w tej rzeczywistości, dlatego zacząłem szukać jakichś wyjaśnień, a przecież widzę, że ani w „głównym nurcie”, ani nawet w wielu nurtach pobocznych tego nie odnajdę…

  75. 75 Andrzej

    Panie Anatolu,

    Pisze Pan dużo o na temat polskości. Czym ona dla Pana jest? Czy zaakceptowałby Pan każdy ustrój władzy byleby był własny, polski? Czy uważa Pan np. że narodowy komunizm byłby lepszy od międzynarodowego – „moskiewskiego” czy „berlińskiego”?
    Druga sprawa: pisze Pan o tym, że „centrala komunizmu przesunęła się z Moskwy bardziej na Zachód, do Berlina”. Czy dlatego Pan tak uważa, że Niemcy m.in. „przejęli rynek prasowy” w peerelu czy może chodzi o coś więcej np. o UE(b)?
    Czy ta „kwestia niemiecka” jest także odpowiedzią na moje pytanie o cenzurę i komunę która, jak Pan słusznie zauważył, jest w ludziach?

  76. 76 michał

    Szanowni Panowie,

    Bardzo chciałbym wziąć udział w tej dyskusji, ale ogrom materiału poruszonego przez Panów w ciągu ubiegłych 10 dni, sprawia, że musiałoby mi zająć wiele czasu, by się z nim zapoznać i doń ustosunkować. Proponuję zatem, żeby mnie Panowie zignorowali i kontynuowali zaczęte wątki, podczas gdy ja spróbuję nadrobić zaległości.

  77. 77 Anatol

    Szanowny Panie Andrzeju,
    W sumie nie do końca wierzę w istnienie „narodowego” komunizmu i chyba dlatego takiej hybrydy bym nie zaakceptował. Nie zaliczałem się nigdy do „moczarowców” czy „porębowców”, nie byłem fanem Filipskiego i „Grunwaldu”. Budzili oni we mnie raczej mieszane uczucia. Myślę, że komunizm narodowy byłby równie niepolski, jak narodowy socjalizm. A „polskość” to dla mnie chyba najbardziej pewien kod kulturowy wyniesiony z domu rodzinnego. UB-ecy tego kodu kulturowego z reguły nienawidzą i źle na niego reagują. Ale polskość kojarzy mi się także z wolnością „szlachecką” i – do pewnego stopnia – wielonarodowością, jako że rodzina moja kresowa, bardziej ukraińska niż litewska, więc ten nasz domowy kod kulturowy obejmował również lekki rosyjski akcent. „Wielonarodowość” – przyznam – jest raczej moim pobożnym życzeniem niż realnym pojęciem, ale dzięki temu, że dziadek mój jeszcze ją znał i pamiętał, to i łatwiej mi było w tej kwestii zrozumieć Mackiewicza, choć i tak nie jest to zapewne zrozumienie „pełne”. Co do pytania o ustrój – hm, myślę że byłbym w stanie zaakceptować różne ustroje pod warunkiem zachowania tego kodu polskości, jednak dla mnie istotnym pytaniem jest, czy mówimy cały czas o komunizmie jako ustroju, czy raczej jako pewnym systemie – powiedzmy za Panem Michałem zdobycia i utrzymania władzy – „ponadustrojowym”, to znaczy przynajmniej do pewnego stopnia niezależnym od ustroju politycznego, „składanym” i „rozkładanym” zależnie od potrzeb w różnym kształcie i wymiarze.
    A wracając od kwestii cenzury – otóż pisząc, że „każdy może poznać prawdę” miałem na myśli dosłownie to, że skoro ja nie mam problemu, żeby dotrzeć do różnych źródeł informacji, to teoretycznie każdy tak samo może je znaleźć i zapoznać się z dowolnymi teoriami czy historiami, rozważyć je i przyjąć lub nie. W tym względzie mamy wolność, której w „realnym” komunizmie brakowało. Ja jednak nie widzę w ludziach potrzeby docierania do innych źródeł, weryfikowania i przemyśliwania, jest odwrotnie – większość panicznie boi się odejść od „mainstreamu”, bo spoza niego straszą ich diabły „antysemityzmu” czy „faszyzmu” polskiego. I to miałem na myśli pisząc, że cenzura jest w ludziach.
    Co do przejęcia rynku, to ja nie uważam, Niemcy go de facto przejęli i co gorsza zniekształcili. Ale oczywiście nie to było powodem myśli o „przesunięciu centrali”, a raczej to, że prasa nawet w rękach niemieckich pozostała „postkomunistyczna”. Wydawcy to akceptują i nie czynią tego bo są np. oszukiwani przez pracowników, albo nie rozumieją po polsku :) Bez dwóch zdań jest to narzędzie oddziaływania politycznego spoza kraju, zestaw poglądów prezentowanych przez postkomunę pasuje np. Niemcom, bo im pasuje wszystko poza naszym „kodem kulturowym”, od którego zacząłem. Itd. Więc ta „centrala” jakby przesunęła się. Postkomuna teraz żyje dzięki partnerom zachodnim, a nie z pieniędzy moskiewskich, jak za czasów „pożyczki” dla SdRP.
    Pozdrawiam serdecznie.

  78. 78 Andrzej

    Drogi Panie Anatolu,

    Dziękuję Panu za wyjaśnienia. W związku z tym co Pan napisał mam dwie uwagi:

    Po pierwsze, uważam, że skojarzenie narodowego komunizmu z Moczarem nie jest „reprezentatywne” a ponadto jest narzuconą kliszą. Na swojskim „gruncie” peerelu bardziej skojarzyłbym narodowy komunizm z Gomułką w okresie „polskiego października” (na marginesie: wczoraj miałem niewątpliwą przykrość wysłuchać audycji radiowej PR(L)1 na ten temat i to pod hasłem „tylko prawda jest ciekawa” – dzisiejsi polrealiści dążą do tego aby to przesłanie całkowicie zdezawuować) czy z Gierkiem (byłem już dorosły w czasach „Polak potrafi”, „budujemy drugą…” etc.) A tak ogólnie to skojarzyłbym go z towarzyszem Tito (czy ta „socjalistyczna” Jugosławia nie była obiektem westchnień i celem dla tutejszej „opozycji”?) a także z tow. Stalinem w pewnym okresie. Ale to tylko bolszewicka taktyka. Komunizm to komunizm i tyle. Każda „odmiana” komunizmu dąży do „zrobienia z nas gówna”.

    Po drugie, mam odczucie, że utożsamia Pan obecnie Niemcy z bolszewizmem bardziej niż polskich bolszewików. Lecz pewnie wie Pan o tym, że w swoim czasie, polscy komuniści na dość dużą skalę inwestowali swoje „aktywa” finansowe w zachodnioeuropejskie (w tym jak sądzę dużo w niemieckie) firmy (na przykład tzw. FOZZ). W koncerny medialne, zapewne też. Ale to było przecież nic w porównaniu z aktywami sowieckimi czasów pierestrojki. A doszło też przecież do zjednoczenia Niemiec – z komunizmem. Ponadto od wielu lat dodatkowo na ogromną skalę „inwestują” tam też chińscy komuniści. Pytania, kto dysponuje dziś największym kapitałem na Zachodzie i co z tego wynika są jak najbardziej na miejscu. W tym kontekście, warto by może zbadać strukturę własnościową koncernu o którym Pan pisze. Wydaje mi się, że raczej nie jest ona od wielu lat niemiecko-narodowa. Inną sprawą jest to, że Niemcy jeszcze przed wspomnianym zjednoczeniem miały dość własnych amatorów bolszewizmu wyhodowanych na „ideach Marksa i Lenina”.
    W sumie to wszystko stanowi jednak międzynarodowe „towarzystwo” i raczej nie ma wiele wspólnego z narodowym ujęciem kwestii: z tym, że Niemcom pasuje bądź nie pasuje polski „kod kulturowy”. Wcale nie musi to być „z Zachodu” ale może być w tych samych ramach międzynarodowego komunizmu co zawsze.
    Czy to nie byłoby prawdziwym zwycięstwem komunistów, gdyby po zainwestowaniu przez nich (przejęciu) koncernów zachodnich mogli poprzez nie szerzyć bolszewizm na świecie tworząc fałszywy obraz rzeczywistości i jeszcze (marny dodatek) „utrzymać się” z tego?

  79. 79 Dariusz Rohnka

    Szanowny Panie Anatolu,

    To wszystko bardzo interesujące, co Pan pisze o sobie, o swoich poszukiwaniach i przemyśleniach, i o tej ślepej uliczce, w którą Pan – wedle Pana własnej oceny – koniec końców trafił. Jestem przekonany, że Pana przypadek jest bardzo wyjątkowy, bardzo indywidualny, ale też – być może – oddaje w jakiś sposób problemy, z którymi wszyscy się odrobinę w tej naszej załganej rzeczywistości borykamy.

    UPR i „liberalizm”, o których Pan wspomina na wstępie swojego listu to dobry punkt wyjścia dla analizy tutejszego… pomieszania z poplątaniem. Trudno, doprawdy, zaprzeczyć, że idee lansowane przez to środowisko (rzecz jasna, głównie przez lidera, postać szczególnie wyrazistą) spotkały się z żywym odzewem, przemówiły do wyobraźni pewnej części nie tylko obserwatorów, ale i (potencjalnie) uczestników wydarzeń. Rzecz dostatecznie znana, żeby się nad nią rozwodzić.

    Słuszne Pan jednak zadaje pytanie, na ile to wszystko było (te piękne, racjonalne idee, podawane w dodatku z wisienką konserwatyzmu), na ile to było prawdziwe, szczere, zorientowane na walkę i realizację jakichś tam celów, a w jakim stopniu dęte, spreparowane na kształt pięknej bajki, kuszącej, ale nie wylazłej nigdy poza domenę mrzonki i gawędy? I można by tak pewnie pytać dalej (i w nieskończoność), i zastanawiać się, dlaczego takie miłe gospodarcze idejki nie dostały swojej szansy, swoich pięciu minut, albo dlaczegóż to zaprzysięgły konserwatysta i liberał w jednym, p. Mikke popierać nagle zaczyna bolszewika Putina. Można by o to wszystko pytać, ale po co?

    Czy podobnie interesujące kwestie nie dotyczą w istocie całej tzw. „politycznej sfery”, wszystkich partii i partyjek, kanap i kanapek; czy dlaczegoś wszyscy oni nie padają, jeden po drugim, pod naporem jakimś dziwnym przypadłości losu, (jak ostatnimi czasy – przy okazji konsumpcji ośmiorniczek, panowie powiacy). Padają, jak muchy, najwięksi zdawać by się mogło pewniacy do długotrwałego panowania. I dlaczego? Odpowiedzi – prostej a rzetelnej, okraszonej szczegółami – nigdy nie uzyskamy.

    Jedyne co pozostaje do intelektualnej konsumpcji to obraz z pewnego oddalenia. Cokolwiek, ktokolwiek powie co obiecującego, a to, na przykład, o jakiejś dekomunizacji, a to, że trzeba zweryfikować jakieś tam mniej lub bardziej zuniformizowane służby, albo znowu, że kogoś trzeba by postawić… etc. etc., zawszeć w końcu okazuje się, że ostatecznie co innego ustalone zostało, przy kielichu wódy zapewne.

    peerel jest nagi Panie Anatolu, trzeba to sobie jasno powiedzieć i żadne z jego odnóży, wyrosłe przez ostatnich siedemdziesiąt lat, stare już czy reformatorsko-świeżo-młode, czwartoczerwcowe – żadne z nich nie ma na sobie cienia figowego listka. To wszystko zbieranina nagich k…. tylko. (Wybaczy Pan wykropkowanie, ale witrynę czytać może przecież każdy: młodzież i dzieci szkolne, i białogłowy nawet).

    Pisze Pan wiele o swoich zagranicznych, niemieckich szefach. Nie znam kulis tego zjawiska. Wydaje mi się jednak, że narodowość ma tu wielce poślednie znaczenia, liczą się przede wszystkim preferencje ideologiczne, które – jak Pan trafnie zauważa – w pełni podzielają z poprzednikami, bijąc ich nawet na głowę skutecznością działania. Możliwe, bardzo możliwe, bo przecież, pośród wielu przewag po ich stronie (nie tylko finansowych), nikt im przecie nie wytknie wujaszka ubeka, dziadka w ormo czy prababki w jakichś innych bolszewickich organizacjach, więc sfera ich „kompetencji” z natury rzeczy jest znacznie większa. Ale czy to jakaś odmiana jakościowa? Wedle mnie liczy się głównie jedno – bez stosownych urzędów kontrolnych, procedura przepływu należytych poglądów i nawet informacji (casus masowego molestowania i gwałtów w osławioną noc sylwestrową) działa niezawodnie, po obu stronach – Łaby.

    Pana ostatnie pytanie Panie Anatolu: czym jest komunizm? – zdaje się być ździebko za obszerne jak na ramy komentarza, więc w wielkim skrócie: proszę sobie wyobrazić, że Marks z Engelsem nie żyli w czasach rozpasanego kapitalizmu, że dola ówczesnego robotników nie była aż tak straszna jak, dajmy na to, los współczesny drobnych peerelowskich przedsiębiorców; że Marks nie zaczernił piórem cegły pod tytułem „Kapitał”; że wspólnie z Engelsem zadowolili się napisaniem w miarę krótkiej broszurki – „komunistycznego manifestu”.

    Jeśli już tak Pan to sobie wyobrazi i zajrzy do owej broszurki, i uważnie przeczyta, wówczas odpowiedź na tak dramatyczne (a obszerne) pytanie sama się zapewne Panu wyklaruje. A jeśli tak (jeśli sięgnie Pan po tę lekturę i wyciśnie z niej stosowne treści) wówczas, prosiłbym Pana bardzo o świeże wrażenia i – także – o refleksje.

  80. 80 michał

    Szanowni Panowie,

    Pragnę przede wszystkim pogratulować Panom zajmującej i kulturalnej dyskusji, którą czytałem z wielkim zainteresowaniem. Nie mam doprawdy nic do dodania, ale wrodzona przekora nakazuje mi snuć rozważania na marginesie.

    Zastanowiła mnie w pierwszym rzędzie uwaga p. Anatola o „karnawale Solidarności” i jego wpływie na naszą (bo moją także) percepcję tego okresu; odmienną, niż to widział Józef Mackiewicz. Pisałem o tym obszernie w cyklu o polskim październiku i okrągłym stole, a zwłaszcza w części o sentymentalnej pannie S http://wydawnictwopodziemne.com/2009/04/05/polski-pazdziernik-i-okragly-stol-czesc-iv/ i w następnej. To samo zjawisko obserwowałem w relacji Maszy Gessen z „śnieżnej rewolucji” w Moskwie: z niczym nie porówynywalne uniesienie, ekscytacja wydarzeniami. Te same opisy odnajduję w relacjach uczestników powstania węgierskiego czy praskiej wiosny. To dlatego wszyscy patrzymy inaczej na owe czasy, ale to nie znaczy, że chłodna analiza w stylu Mackiewicza czy Golicyna jest mniej słuszna, mniej trafna, gdyż pomija to uniesienie milczeniem. I tylko tym bardziej przez to jest cenna.

    Czy Solidarność nieprzejednanie antykomunistyczna mogłaby zaistnieć? Nie mogła zaistnieć jawna 10 milionowa organizacja, która domagałaby się obalenia komunizmu, bo to byłoby wewnętrznie sprzeczne. Ale po wprowadzeniu stanu wojennego, zaistniało Podziemie. I to była autentyczna szansa na obronienie polskiej niezależności. Podobnie jak o składanym komunizmie, pisałem o tym dla Soviet Analyst prawie ćwierć wieku temu. http://wydawnictwopodziemne.com/2007/10/10/nieswiete-przymierze/

    Podziemie znalazło się między „dwiema Solidarnościami”, jak to opisuje p. Anatol, i zostało zniszczone nie tylko przez niezwykłą prowokację polityczną, jaką było zabójstwo księdza Popiełuszki, ale także przez „nieświęte przymierze” Reagana z Ojcem Świętym, co także jest komentarzem do dywagacji p. Anatola.

    Czy bez Solidarności byłoby lepiej? Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Ale wiem, że Pan Jezus mówił, żebyśmy „nie martwili się o jutro, bo jutro samo zatroszczy się o siebie, a dziś ma dość swej własnej biedy”. Kazał nam też zabiegać najpierw o Królestwo Boże i o jego sprawiedliwość. Jak mówi sławne jezuickie zawołanie: Rób, co powinieneś, będzie, co może! A czy zrobiliśmy, co powinniśmy, podczas karnawału Solidarności?

    Drogi Panie Anatolu, napisał Pan powyżej: „Ale dla mnie jest jasne, że o ile postkomunistyczna „Polska” w latach 90. była PRL-bis, to dzisiaj ta nazwa już nie przysługuje w pełni. Teraz jest znacznie gorzej.” Bardzo ciekawe słowa, ale w takim razie co to jest?

    Drogi Panie Andrzeju, czuję się zobowiązany sprostować Pańskie miłe słowa. Bardzo chciałbym być autorem sformułowania o śmieciach, które płyną z prądem, ale wypowiedział je naprawdę Zbigniew Herbert: „Płynie się zawsze do źródeł, pod prąd, z prądem płyną tylko śmiecie.” O dziwo, wypowiedział je w wywiadzie z Michnikiem…

    Drogi Darku, moje określenie, że to „najlepszy z prlów”, było w intencji nawiązaniem do „Kandyda”, w którym racjonalistyczny filozof Pangloss komentuje potworności, jakie wydarzają się i jemu i głównemu bohaterowi, jako oczywiste „w tym najlepszym z możliwych światów”, co z kolei jest parodią teodycei Leibniza. W tym sensie, Twoja krytyka, że to najgorszy z możliwych prlów, jest jednocześnie trafna i chybiona. Co rzekłszy, czy nie żyje się tam lepiej, w tym najlepszym z prlów, niż stojąc w kolejce po bilety na Konfrontacje?

  81. 81 Andrzej

    Panie Michale,

    Dziękuję za sprostowanie. Mea culpa. Powinienem to wiedzieć. Awersja do Michnika i Wybgazety w niczym mnie nie tłumaczy. Herbert, którego bardzo sobie cenię, po wielokroć dał świadectwo prawdy. Nie tylko jako wielki poeta ale przede wszystkim jako człowiek.

  82. 82 michał

    Drogi Panie Andrzeju! Gdzież tu culpa? To bardzo miła dla mnie pomyłka.

  83. 83 Anatol

    Szanowni Panowie,
    Zacznijmy może od Gomułki, bo dla mnie jest zupełnie niezrozumiałe, dlaczego on uchodzi za „narodowego” bolszewika. Bo wyrzucił UB-eków żydowskiego pochodzenia i zastąpił polskimi „z awansu społecznego”? No tak, z punktu widzenia owych żydowskich UB-eków mógł Gomułka zdawać sie „zoologicznym polskim antysemitą” i może dlatego zrobiono mu taka narodową reklamę. Fenomen „polskiego października” pozostaje dla mnie również niejasny. Nie piszę tu o wydarzeniach z Poznania, ale entuzjazmie z powodu Gomułki. Wielekroć rozmawiałem na ten temat z moim ojcem, bowiem już pobieżne wysłuchanie słynnego przemówienia tow. „Wiesława” z placu Defilad zdradza, że był to zwykły bolszewicki bełkot, w którym nic narodowego znaleźć nie można nawet pod bardzo silną lupą. Ojciec tłumaczył mi, że wtedy to było ohohoho, albo i może więcej. OK, przyjąłem to tłumaczenie, bo rozumiem, że ludzie dopisywali sobie do tego takie treści, jakie im pasowały. Chyba najbardziej cieszyli się z pewnego oddalenia groźby uwięzienia pod byle pozorem, bo to chyba był jedyny realny efekt „odwilży”. Już tak skwapliwie nie sadzano za dowcipy, a nawet pozwolono dowcipkować np. w STS-ie. Ma rację Pan Michał, kiedy w tekście do którego podał link w komentarzu pisze (cytując Mackiewicza) o denerwującym (mnie wówczas też) języku pierwszej „Solidarności”. To też był bełkot, jak przemówienie październikowe. Jednak „Solidarność”, nawet jeśli była tylko „poszerzeniem bazy”, stanowiła coś więcej od „nowego” I sekretarza i odsunięcia groźby „garowania”. To był krok naprzód, pozór faktycznej modyfikacji wewnątrz systemu. Ludzie zobaczyli po raz pierwszy w życiu coś, co wydawało się realną siłą polityczną spoza kręgu PZPR, niewywodzącą się bezpośrednio z marksizmu-leninizmu. To nie jawiło się jako „nacjonal-komunizm”, tylko coś z zewnątrz. Prymitywna antygermańskość reżimu Gomułki mogła się wydawać czymś „narodowym”, zwłaszcza po okupacji niemieckiej, ale „Solidarność” nie była w tym sensie ani „narodowa”, ani „nie-narodowa”. A jeśli mówimy o „narodzie”, to „porozumienie narodowe” też mnie raziło. W moim środowisku o żadnym „porozumieniu” się nie myślało. Z kim? Z agenturą? Było to jednak, o ile sobie przypominam, bardziej sformułowanie propagandy Jaruzelskiego, który chętnie lansował swój reżim jako „narodowy” (przypomnijmy choćby WRON). Ono zostało narzucone w dyskursie tej drugiej stronie i podchwycone przez Kościół, stało się takim wytrychem, gaśnicą do nastrojów. Notabene na marginesie można dodać, że usankcjonowanie komunistów jako partnerów do „porozumienia” z katolikami ma długą tradycję od czasu Bolesława Piaseckiego i jego „Zagadnień istotnych”. Potem w kołach katolików „postępowych” pojawiła się moda na personalizm Mouniera ewidentnie relatywizujący komunizm, której jak się zdaje uległ trochę i Jan Paweł II.
    Co do finansowania mediów niemieckich przez polskich postkomunistów – nigdy nie zastanawiałem się nad tym aspektem, choć wydaje mi się, że Niemcy nie są tak głupi, by oddać swój rynek medialny „obcym”. To nie nasz mały kraik, w którym wytworzono w ludziach syndrom oczekiwania na dobrych kapitalistów, co to zainwestują, a my się rozwiniemy. Więc nawet jeśli był jakiś przepływ kapitału z naszej strony w tamtą, to moim zdaniem odbywało się to za obopólną zgodą i przy pełnym porozumieniu. I nie, nie utożsamiam Niemców „bardziej” z bolszewizmem niż naszych rodzimych postkomuchów, mnie wystarczy że jednych i drugich widać w jednym szeregu. Moge na to patrzeć różnie – np. tak, że Niemcy (zgadzam się, że to pojęcie względne, czy jest to niemiecki kapitał „narodowy”, ale chodzi o rzeczy niemieckojęzyczne) podtrzymują u nas postkomunizm rozgrywając to politycznie. Bo wszelakim obcym siłom w Polsce jest na rękę dzielenie Polaków, a podejście do komunizmu to idealna linia podziału społeczeństwa polskiego, wzdłuż której toczy się spór w dialogu politycznym. Równie dobre jest to do podsycania konfliktów z Rosją. Umiejętne sterowanie resentymentów bolszewickich vs. reakcji antybolszewickiej może być po prostu narzędziem w rękach najróżniejszych obcych agend (samych w sobie niekoniecznie bolszewickich), utrzymujących tym samym kontrolę nad świadomością Polaków. Ale to oczywiście tylko jedno z możliwych wytłumaczeń.
    Wszystko co opisuje „Manifest komunistyczny” w zasadzie dawno stało się rzeczą „normalną” Nikt nie widzi w tym komunizmu. Przecież partie „prawicowe” szermują tymi samymi argumentami. Pisząc o tym, że dziś juz nie-prl, tylko coś gorszego miałem na myśli właśnie to, że obecnie nie da się już rozróżnić agentury i nie-agentury, komunistów i nie-komunistów. Wszystko przemieszało się i zrelatywizowało. Więc może to już nie jest komunizm, tylko raj, najwyższy stopień rozwoju człowieka? :)
    Pozdrawiam serdecznie.

  84. 84 michał

    Panie Anatolu,

    Józef Mackiewicz nazywał to „nacjonał-komunizmem” i uważał to wyłącznie za prowokację. Gomułka był zwykłym starym bolszewikiem – podobnie jak Nagy czy Dubcek – ale wygodnie było go wówczas przedstawiać jako „narodowego bolszewika” czyli bolszewicka treść w narodowej formie. Tfu! „Zwycięstwo prowokacji” zawiera znakomitą analizę ‚gomułkizmu”.

    Pisze Pan dalej, że Solidarność „to był krok naprzód, pozór faktycznej modyfikacji wewnątrz systemu”. Ale albo krok naprzód, albo pozór, nie? To właśnie była istota prowokacji panny S, że pozór niezależności pokazano jako krok naprzód. Dlatego też uważam tamte czasy za próbę generalną do roku 1989.

    Trudno mi się zgodzić, że panna S nie była nacjonalistką. Ależ była. Niestety w prlu nie sposób nie być nacjonalistą. To co tam u Was nazywa się polityką, jest swoistą licytacją haseł narodowych: kto kogo przebije w „patriotyzmie”?

    Stworzenie sytuacji, w której wolni ludzie postępują w wolny sposób na korzyść bolszewików jest rzeczywiście rajem – ale tylko dla bolszewików. Rosjanie bronili się przed sowietyzacją przez lata i tylko potworny terror zdołał utrzymać ich w ryzach. W Polsce niestety „bardzo szybko to poszło”, jak mówił Grydzewski. Już w 10 lat po wojnie, terror nie był potrzebny, a przynajmniej nie na taką skalę, i prędko tysiące darły się „Wiesław”, choć słowa Gomułki „to zwykły bolszewicki bełkot”, jak Pan słusznie zauważa.

  85. 85 Andrzej

    Drogi Panie Anatolu,

    Pisze Pan, że nie rozumie dlaczego Gomułka uchodzi za „narodowego” bolszewika a następnie o entuzjazmie z jego powodu (co jak sądzę, dotyczy jego rzekomego sprzeciwu wobec Chruszczowa i „powstrzymania” Armii Czerwonej która to czyhała na przywrócenie ładu w gomułkowskim peerelu. Już, już miał w trumnie wrócić z Moskwy, biedaczek…). Moim zdaniem, właśnie z powodu tego entuzjazmu. Nieomal cały naród wtedy popierał Gomułkę i widział w nim „naszego” komunistę. Włącznie z Episkopatem i Prymasem, którzy nie tylko zalecali wiernym iść głosować na komunistyczne „wybory” ale i śpiewać „ojczyznę wolną pobłogosław Panie”. Czy Polacy nie potraktowali go wtedy jako narodowego komunistę?

    Myślę, że skoro wolni Niemcy wybrali połączenie się z komunizmem to sami mają problem „postkomunizmu” (cóż to według Pana jest za „zjawisko”? Czy „coś” po komunizmie, który, jak Pan również uważa, wcale nie upadł?) i jako narodowi nie zależy im na tym aby utrzymywać „postkomunizm” u Polaków. Natomiast niemieckim, francuskim, amerykańskim, włoskim, hiszpańskim itd. a przede wszystkim polskim (razem z pozostałymi tworzącym międzynarodową pajęczynę) bolszewikom niewątpliwie na tym zależy. Także u Niemców, Francuzów, Amerykanów, Włochów, Hiszpanów itd. Co Pan na to?

  86. 86 Anatol

    Szanowni Panowie,
    Pisząc o „Solidarności” jako „kroku naprzód” miałem w sumie na myśli, że była tym krokiem w tworzeniu pozorów przez komunistów. O ile Gomułka, jak się zgadzamy, też był tylko pozorem „narodowego” bolszewika, to „Solidarność” była pozorem organizacji pozakomunistycznej. Czy była „próbą generalną” do 1989 roku? Bez wątpienia, ale teraz – po wielu latach – myślę, że najbardziej była próbą wybadania „rynku” opozycji wobec władz PRL. W połowie lat 70. nagle pojawiają sie w PRL i CSRS „organizacje opozycyjne”, które ujawniają się wykorzystując preteksty takie, jak KBWE czy pakty Praw Człowieka. Jest to co najmniej dziwne, gdy się temu bliżej przyjrzeć. Konstytucje stalinowskie, zarówno w ZSRR jak i PRL, „gwarantowały” obywatelom mnóstwo swobód, a jednak nie słyszało się o jawnej opozycji powołującej się na te konstytucje. Tymczasem tutaj mamy czarodziejską różdżkę KBWE. BYć może więc komuniści wypuścili taki „balon próbny” i czekali, kto się ujawni. Wielu chętnych nie było, toteż w kolejnym etapie pozwolono na utworzenie „Solidarności”, która jako ruch masowy stała się jakby pułapką na porządnych ludzi. Łatwiej demonstrować swoje poglądy w kupie niż wyjść na ulicę z transparentem samemu. Lata 80/81 charakteryzowały się – jak na komunizm – sporą swobodą wypowiedzi, dyskusje w łonie „S” bywały bardzo soczyste i konkretne. Komuna wybadała w ten sposób kto jest kto, i na 13 grudnia miała już listy proskrypcyjne i wiedziała, kto jest do odstrzału, na kogo można przymknąć oko, a kogo „wyhodować” do okrągłego stołu. Dodam, że nadal uważam „Solidarność” okresu 80/81 za ruch w pewnym stopniu „autentyczny”, bowiem do niego weszli ludzie z autentycznymi poglądami i zamiarami. Takie pułapki tworzy się w celu obudzenia rzeczywistych emocji! I tu nawet nie skanalizowano ich drogą perswazji, oszustw, czy jakiejś powolnej konwergencji, a zabito jednym strzałem 13 grudnia, co niejako potwierdza tezę o „autentyczności”. „S” nie mogła wtedy być sterowana w takim zakresie, w jakim życzyliby sobie tego komuniści, więc pułapke zwinięto. Jakiś czas później rozwinięto ją znowu, ale w „nowej” formie, choć miała z zewnątrz wyglądać tak samo, była już jednak inna w środku i utworzona wyłącznie w celu przeprowadzenia kontrolowanego „upadku”.
    Czy w Polsce „szybko poszło”? Tylko na pozór, bowiem Sowietów poprzedziła okupacja hitlerowska. Rękami Niemców Stalin wiele załatwił, łącznie z Warszawą. A co do Gomułki to jednak – po moich rozmowach z ojcem, który to pamiętał (dziś już nie żyje) – stanąłbym na twierdzeniu, że nie tyle widziano w nim „narodowego” komunistę, ile nadzieję na to, że przestaną sadzać za byle co do tiurmy, co przynajmniej częściowo się sprawdziło. Natomiast – to prawda – jest jakaś grupa ludzi, nawet dość poważnych, którzy nadal reżim Gomułki uważają za „narodowy”, a wręcz „patriotyczny”. Nie mogę im tego zabronić :) No i trzeba zauważyć, iż komunizm w Polsce o tyle był „nacjonalistyczny”, że jednym z jego skutków było powstanie homogenicznego „narodu”. Czegoś takiego nie było tak naprawdę wcześniej, nie było „narodu polskiego” w takim sensie, w jakim postrzegany jest dzisiaj w Polsce. I tu mógłbym się zgodzić, że przez to nacjonalizm wybił się na pierwszy plan, ale ja sam nie odbierałem „S” w 1980 roku jako „nacjonalistycznej”.
    „Postkomunizm” to jest wg. mnie po prostu nowa forma komunizmu. Bo to, co jest, jest jakąś odmienną formą, starym winem wlanym w nowe dzbany. Tę „pajęczynę” bolszewików ciężko mi abstrahować od Niemców, Hiszpanów, Francuzów, itd. Mimo iż robotę agenturalna prowadzi zwykle relatywnie niewielka grupa osób, to ich celem jest pozyskanie jak najwięcej wspólników. Najlepiej wszystkich. „Naród” niemiecki zapewne nie jest zainteresowany utrzymywaniem postkomunizmu w Polsce (choć, jak sądzę, nie ma również nic przeciw), ale władze niemieckie jak najbardziej mogą być zainteresowane. Czy oni są tą pajęczyną? Być może, ostatecznie Merkelowa wiadomo z jakiej krainy się wywodzi, więc bez dwóch zdań do „pajęczyny” należy. Jednak mam wrażenie, że polscy postkomuniści w tej chwili raczej podlegają tej pajęczynie niż ją tworzą. Nie wytyczają kierunków, tylko realizują polecenia.
    Pozdrawiam serdecznie.

  87. 87 michał

    Drogi Panie Anatolu,

    Pod wieloma względami, komunizm jest właśnie dążeniem do stworzenia alternatywnej rzeczywistości. W skrajnym obrazie, „bez wysiłku wielkich rzek zawracać bieg”, ale w najprostszym sensie, ich celem jest stworzenie wrażenia, że jest wolność, gdy jej nie ma; że jest wybór, kiedy nie ma żadnego; wolność to uświadomiona koniecnzość. Na fikcję bolszewickiej łżeczywistości, odpowiedzieli licencjonowani opozycjoniści w rodzaju Kuronia czy Havla, propozycją, by „żyć, jak gdybyśmy byli wolni”. Wówczas magicznie, staniemy się wolni. I tak się właśnie stało. Miliony ludzie we wschodniej Europie żyją, jak gdyby byli wolni i nie przychodzi im na myśl, że ta wolność pozostaje tylko jak gdyby.

    Solidarność oczywiście była autentyczna, bo żaden ruch nie może się składać z samych agentów. Tak jest zawsze i nigdy nie będzie inaczej. Nikt nie kwestionuje „autentyczności” tych bredni, jakie ludzie tacy jak ja wypowiadali w latach 1980-81. Ale też ta autentyczność jest bez znaczenia. Osobiście, zdecydowałem się na emigrację dopiero wówczas, gdy uświadomiłem sobie, że moje „autentyczne” i całkowicie wolne działania w podziemiu, były tylko i wyłącznie na rękę sowieciarzom. Im bardziej były autentyczne, tym lepiej dla nich. Oni nie potrzebowali zrobić z nas agentów – tych mieli dość – potrzebowali, żebyśmy postępowali tak właśnie, jak postępowaliśmy.

    Nie wiem, czy ma Pan rację co do ważności hitlerowskiej okupacji. Zajmuję się od pewnego czasu przypadkiem Węgier i z przygnębieniem stwierdzam, że tam poszło równie prędko, choć niemiecka okupacja była bardzo krótka. A csrs? A enerdowo?

    Doskonale rozumiem, jakie były pragnienia związane z Gomułką – czy z Nagy’em, czy później z Dubcekiem – nie chodzi jednak o złudzenia, ale o mechanizm, który doprowadził do takich złudzeń. Sam Pan mówił, że mowa Gomułki – poza tym drobiazgiem, że była nie po polsku, a po polskiemu – była klasycznym partyjnym bełkotem. Czytam mowy Nagy’a z października 56 i to był czysty marksistowski bełkot. Dlaczego więc ktokolwiek się dał na to nabrać? Coś takiego nie wystarczyłoby w Rosji w roku 1928, bo by bolszewików powywieszano na przydrożnych latarniach.

    Zostawmy Niemców w spokoju, bo dość mają swojej biedy. Zajmijmy się Polakami. Nie sądzę doprawdy, żeby „zainteresowanie niemieckich władz” utrzymywało Polaków w niewoli pod tytułem „iiirp”.

  88. 88 Andrzej

    Szanowny Panie Anatolu,

    Forma komunizmu się zmienia ale treść pozostaje „socjalistyczna”. Ta treść, oznacza od samego początku trwałe utrzymywanie się komunistycznej władzy. Również poprzez „pakiety kontrolne”. Określanie komunizmu na podstawie formy jaką przyjmuje doprowadza do mydlenia oczu takimi pojęciami jak „stalinizm”, „wypaczenia”, „beton i liberałowie”, „komunistyczni patrioci” a wreszcie „postkomunizm”. Poprzez te projekcje widzi się maskę komunizmu a nie dostrzega się twarzy. Dla przykładu, w obecnym nowym, wspaniałym… peerelu, zwanym przez tak wielu „wolną Polską” – bo przecież jest w nim i „wolność wypowiedzi” i „wolny rynek” i „wolne wybory” (z których to „wolności” nic jednak nie wynika bo nie zmienia się przez to treść tego tworu) – praktycznie nikt ( w szczególności z kręgu tzw. elit niepodległościowo-patriotycznych) nie uważa już dzisiejszej „Rosji” czy CHRL za państwa komunistyczne w takim samym sensie jak przed „transformacją” i „upadkiem komunizmu”. Natomiast widzą w nich (dawno już nieistniejące) Chiny i Rosję, pomimo tego, że w CHRL jawną władzę sprawuje kompartia, która w pełni zarządza wykreowaną przez siebie „gospodarką rynkową” a w „Rosji” robią to samo (z dodatkiem „demokracji”) czekiści Putina (przedtem „liberałowie” Jelcyna). Wszyscy ci co tak to postrzegają mylą formę z treścią.

    Czy sądzi Pan, że istnieje jakaś hierarchia w bolszewickiej międzynarodówce oraz/albo istnieje coś w rodzaju światowego czy kontynentalnego ośrodka koordynacyjnego? Kto według Pana decyduje i/lub co może być tym ośrodkiem?

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja