Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Orzeł


Kino – najważniejszą ze sztuk!

W 1968 roku pewna amerykańska agencja rządowa rozstała się z jednym ze swoich pracowników. Twierdził on później, że inicjatywa przerwania współpracy wyszła od niego, a przyczyną tego kroku było głębokie rozczarowanie, jakiego doznał odkrywając prawdziwe oblicze swojego pracodawcy. Idąc za ciosem, kierując się wyłącznie dobrem współobywateli, jak sam twierdził, postanowił upublicznić różne ciemne interesy, których był świadkiem podczas swojej przedwcześnie przerwanej kariery. I tak w roku 1975 opublikował swoje wspomnienia pod tytułem Inside the Company: CIA Diary. Tak jest, to właśnie Centralna Agencja Wywiadowcza była tą ciemną siłą, którą według autora należało skompromitować w oczach światowej opinii publicznej. Człowiek, o którym mowa to Philip Agee, były agent CIA, działający latach 60-tych w Ameryce Łacińskiej.

Po opuszczeniu Stanów swoją książkę napisał i wydał w Wielkiej Brytanii i tam też osiągnął pierwszy sukces wydawniczy. Inside the Company stała się wielkim bestsellerem. Agee ujawnił ponad dwustu oficerów operacyjnych Agencji i przekonywał czytelników, że CIA jest odpowiedzialna za gnębienie ludów latynoamerykańskich słusznie domagających się prawa do samostanowienia, niezależnie od imperialnych ambicji USA, a na dodatek usiłuje zmanipulować lokalne rynki pod kątem wydobycia ropy naftowej.

Na reakcję mass mediów nie trzeba było długo czekać. Przodujące w postępowym światopoglądzie periodyki nie szczędziły zachwytów nad bezkompromisowym i odważnym autorem, z takim poświeceniem demaskującym ciemne interesy imperialistycznego molocha. Zachęcony sukcesem Agee zdemaskował z marszu swoich byłych kolegów z firmy, przez co uniemożliwił działalność placówki CIA w Londynie. Postępowi dziennikarze tylko czekali na taką okazję. Z miejsca ukazało się wiele złośliwych artykułów ośmieszających Agencję. Labourzyści posunęli się nawet do złożenia wniosku o wydalenie przedstawicieli CIA z wysp brytyjskich.

Dla samej Agencji publikacja książki Agee była bolesnym ciosem, o czym świadczy recenzja książki w wewnętrznym biuletynie CIA Studies in Intelligence (1).

Tymczasem Agee w roku 1976 za opublikowanie tajnych materiałów sojuszniczej służby dostał od Brytyjczyków nakaz opuszczenia Wielkiej Brytanii. Opinia publiczna zawrzała. Dziennikarze, wpływowi politycy (głównie z Partii Pracy) i działacze związków zawodowych rozpoczęli serię wystąpień w obronie dzielnego autora i wolności słowa. Przez media przetoczyła się istna kampania poparcia dla amerykańskiego renegata, w której wzięli udział różnej maści bojownicy o wolność i demokrację (ludową). Ostatecznie jednak ich wspólne wysiłki nie przyniosły rezultatów i Agee musiał opuścić wyspy i udać się na dalszą emigrację do Holandii.

Tam, nie tracąc ducha rozpoczął pracę nad periodykiem Covert Action Information Bulletin, w którym, korzystając z wiedzy licznych współpracowników ujawniał kolejne niecne knowania CIA. Między innymi rozwinął temat, jak to, Agencja wspomagała amerykańskie firmy w branży naftowej, aby uzyskały przewagę nad konkurencją (zgroza!) na światowym rynku. W tym czasie (około roku 1978) Agee zgromadził wokół siebie spory zespół pomocników, współredagujących to interesujące pismo i dostarczających unikalnych informacji.

Tymczasem, niejako niezależnie, ale przecież na tej samej fali społecznego sprzeciwu wobec „faszystowskich” metod, w kręgach zbliżonych do hollywoodzkiej socjety zaczęły pojawiać się podobne inicjatywy. W 1975 roku na ekranach kin pojawił się błyskotliwy thriller polityczny „Trzy dni Kondora” z niezapomnianymi kreacjami Roberta Redforda i Faye Dunaway. Zastanawiająca jest zbieżność zarzutów pod adresem nieszczęsnej służby wywiadowczej. Być może postępowa elita światowego kina intuicyjnie podzielała oburzenie byłego agenta i chciała dać temu wyraz. Film opowiadał bulwersującą historię uwikłania wysoko postawionych oficerów CIA w aferę związaną z nielegalnym przejmowaniem pól naftowych na Bliskim Wschodzie. Cała sprawa nie ujrzałaby światła dziennego i nigdy nie dotarła do opinii publicznej, gdyby nie heroiczna postawa cywilnego analityka (Redford) zatrudnionego przy tzw „białym wywiadzie”. W wyniku rutynowego przeglądu prasy i ogólnie rynku wydawniczego natrafił on na trop afery, która całkiem przypadkiem była udziałem jego przełożonych. Żeby nie popadać w zbędne dygresje dodam tylko, że Redford – filmowy „Kondor” cudem unika śmierci z rąk nasłanych morderców i ostatecznie ujawnia całą historię prasie.

Film odniósł olbrzymi sukces i z pewnością nie było to wyłącznie zasługą długich nóg Faye Dunaway, ani mistrzowskich popisów strzeleckich Redforda. Sukces musiał być w niemałym stopniu związany z wstrzeleniem się w demaskatorski nurt amerykańskiej publicystyki słusznie chlaszczącej ciętym językiem brudne zagrywki skorumpowanych władz państwowych, w tym oczywiście nienawistnej CIA. A Philip Agee był na tym polu niekwestionowanym liderem.

Czy był to pierwszy film opowiadający o tym zastraszającym zjawisku gnicia rządowej agencji, nie podejmuję się stwierdzić z całą pewnością, ale na pewno był on pierwszym tak głośnym i docenionym przez krytykę i widownię dziełem. W zasadzie można powiedzieć, że wszystkie późniejsze produkcje (filmowe i literackie) w rodzaju „Tożsamości Bourna”, „Wroga Publicznego”, „Błękitnego Gromu”, „Malone’a” i całej masy mniej znanych tytułów, były wtórne i powtarzające schemat zaprezentowany w „Trzech dniach Kondora” (i w jego literackim pierwowzorze). Dziś, po latach, każdy przeciętny zjadacz mediów zapytany o skojarzenia z Centralną Agencją Wywiadowczą jednym tchem wyrecytuje takie słowa jak: prowokacja, niegodziwość, dwulicowość, podstęp, a nawet hańba, czy zagrożenie bezpieczeństwa publicznego. W tym miejscu można by wysnuć nieśmiałą hipotezę, że takiego efektu w młodych umysłach nie wywołałaby jedynie ograniczona jednak działalność literacka i publicystyczna Philipa Agee. W końcu, kto dziś czyta cokolwiek? Natomiast srebrny ekran… A to już zupełnie inna siła rażenia! Tylko kino jest w stanie zaszczepiać różne skomplikowane idee w umysłach milionów odbiorców. Zwłaszcza, jeśli te idee są sprytnie przemycane pod przebraniem fascynujących opowieści szpiegowsko – sensacyjnych. Dzisiaj cały świat śledzi na srebrnym ekranie opowieści o dziesiątkach podobnych Philipowi Agee herosów, w dziesiątkach, jeśli nie setkach filmowych produkcji opowiadających wciąż tę samą historię, ubraną tylko w różne fabularne sztafaże. Jeśli coś mogłoby tu zadziwić jakiegoś postronnego obserwatora, to fakt, że od co najmniej trzech dekad szpiegowskie produkcje made in Hollywood w ogóle się nie zmieniły. Gatunek zwany science fiction, na przykład zdążył już kilkakrotnie ewoluować w tym samym czasie, wciąż zmieniając poruszane tematy, od inwazji obcych, przez katastroficzne wizje kosmicznej zagłady, po zagrożenia zniewoleniem ludzkości przez wszechwładne komputery. Tymczasem w kinie szpiegowskim nic się nie zmienia. Weźmy pierwszy, lepszy z brzegu film z tego gatunku. Bez względu na to, jak oryginalnie się zaczyna, ze stuprocentową pewnością można przyjąć, że zagrożenie, z którym walczy nasz bohater pozytywny i tak w finale sprowadzi się do jakichś wrednych typów z rządu federalnego, a najpewniej do samej CIA, która przecież, jak wszyscy wiemy… itd. Są, owszem nieliczne wyjątki, jak np. „No way out” z 1987 roku z Kevinem Costnerem, czy późniejszy o 23 lata „Salt” z Angeliną Jolie i Danielem Olbrychskim. Ten ostatni film jest z resztą pewnym kuriozum ze względu na całkowicie absurdalny pomysł fabularny. Uśpieni sowieccy nielegałowie są aktywowani przez Moskwę w dwadzieścia kilka lat po „upadku” komunizmu, żeby wywołać konflikt nuklearny pomiędzy USA a „kapitalistyczną” Rosją. Pytanie o sens takiej operacji wisi nad każdą kolejną sceną filmu, ostatecznie jednak widok zmysłowych ust Jolie zniechęca najdociekliwszych widzów do wyartykułowania tej wątpliwości. No, w każdym razie w tym przypadku wyjątkowo to nie oficerowie CIA są czarnymi charakterami. Ale w zalewie filmów z tym pierwszym przesłaniem, te dwa tytuły stanowią w zasadzie nieistotny margines. No cóż, wygląda na to, że Agee słusznie zwrócił uwagę swoich współobywateli na ten palący problem, który najwyraźniej wciąż narasta i domaga się stałego piętnowania.

Tym bardziej podłe wydają się insynuacje, jakoby Philip Agee wcale nie odszedł z CIA na własną prośbę, tylko został zwolniony dyscyplinarnie za, mówiąc delikatnie, nienajlepsze prowadzenie i nadużywanie alkoholu! Takim nienawistnym plotkom nie wolno dawać wiary! Podobnie, należy bezwzględnie ignorować pogłoski, jakoby Agee próbując leczyć urażoną dumę zgłosił się najpierw do ambasady ZSRS w Meksyku, oferując współpracę, a kiedy mu odmówiono, podejrzewając prowokację, poszedł prosto do bratniej kubańskiej Direccion General de Inteligencia, gdzie spotkał się z pełnym zrozumieniem. Wskazane jest dać stanowczy odpór bezczelnym sugestiom, jakoby Inside the Company powstało za wiedzą i przy czynnym wsparciu KGB, a redagowany Covert Action Information Bulletin tworzony był przez zespół agentów (noszący wspólny kryptonim RUPOR), specjalnie do tego celu wyznaczonych przez Zarząd K Pierwszego Zarządu Głównego KGB! Podobnie należy skwitować twierdzenia, jakoby to KGB stał za kampanią medialną na rzecz cofnięcia nakazu wydalenia Agee z Wielkiej Brytanii. To wszystko jest niczym innym, jak tylko podłą mową nienawiści, mającą zdyskredytować wspaniałą inicjatywę zapoznania opinii publicznej z obiektywną prawdą. Poza tym, jak można dawać wiarę takim bredniom?! Przecież, gdyby powyższe sugestie były prawdą, znaczyło by to, że te wszystkie miliony dolarów wydane na produkcje filmowe przez ponad trzy dekady były wyrzucone w błoto, bo lansowałyby całkowicie fałszywy obraz rzeczywistości, no bo skoro Agee był tylko sowieckim agentem wpływu… Więc to oczywiście muszą być bzdury. No przecież w tym Hollywood nie siedzą sami idioci! Bądźmy poważni!

Takie podejście nakazuje zdrowy realizm. Ja jednak mam szczęście (bądź nieszczęście, zależnie od punktu widzenia) wdawać się w okołofilmowe dyskusje z osobnikiem, który zdrowy realizm serdecznie… lekceważy i co i raz wygłasza poglądy będące obrazą dla każdego wyrobionego kinomana. Na nic zdają się upomnienia, syknięcia i kopanie w kostkę. Bezczelny ów osobnik, nieobyty towarzysko, nieumiejący wyczuć trendów i mód, konstruuje wciąż jakieś absurdalne tezy i jeszcze każe mi ze sobą dyskutować, spierać się i utwierdzać w przekonaniach. A ostatnio przeszedł był sam siebie i ni mniej, ni więcej wystosował list otwarty. I mówi mi, ty weź opublikuj to gdzieś, żeby ludzie przeczytały, bo ja siedzę tu w tej operatorce i wyjść na świat za bardzo nie mogę, bo mi się taśma filmowa zaraz zatnie i będzie ambaras. No i tak mnie skołował, że z tego wszystkiego się zgodziłem. Wstyd mi teraz niemożebnie, ale jak słowo to słowo. Oto wystąpienie mojego znajomego (pisownia oryginalna):

Szanowny Panie Reżyserze Romanie Polański!

Pan jest wielki artysta, a ja tylko skromny kinooperator, więc upraszam o wybaczenie za ten zuchwały pomysł z napisaniem listu. Ale niech sobie Pan nie pomyśli, że ja jakiś ciemny człowiek jestem. Co to to nie! Ja nie raz widziałem, jak lecą żurawie nad pancernik Potiomkin, nie raz mi się koło w dyliżansie urwało, a noga ugrzęzła w dziurawym przęśle mostu na rzece Kwai. Ale to wszystko nic, bo najsilniejsze emocje, to miałem zawsze przy porodzie dziecka Rosemary, a największy wstręt mnie dopadał, jak w Transylwanii nieustraszenie gromili wampiry. Więc sam Pan widzi, Panie reżyserze kochany, że jestem Pańskim wielki miłośnikiem i złego słowa na Pana powiedzieć nie dam. Każdy Pański film chłonę z wypiekami na twarzy, kolekcjonuję plakaty, a nawet wyznam Panu w sekrecie, czasem pisuję recenzje do naszej gazetki zakładowej. Ogólnie hobby takie. A jak ktoś na sali, podczas projekcji, dajmy na to „Chinatown”, nieobyczajne uwagi robi (osobliwie, kiedy Nicholson się do tej eleganckiej kobitki dobiera), to zaraz maszynę zatrzymuję i delikwenta do porządku przywołam. Sztuka, to sztuka i kultura musi być! Chamstwa nie zniesę! Zwłaszcza na Pańskich filmach!

W tym jednak miejscu, muszę poruszyć jedną bolesną kwestię. Jeszcze raz proszę wybaczyć mą śmiałość, ale muszę to z siebie wyrzucić. Rozchodzi mnie się mianowicie o jeden z Pańskich ostatnich obrazów, a konkretnie „Ghostwriter”. To po naszemu będzie, podobnież „Autor widmo”, czy coś. W ogólności film ciekawy, nie można powiedzieć. Napięcie jest jak trzeba, od razu poznać, że dreszczowiec. Plenery też takie więcej mrożące krew, żadnych dłużyzn. Wiem, bo taki jeden Gienek, co zawsze wpada do naszego kina na premiery, jak tylko jaka dłużyzna, to zaraz zachrapie, aż się po sali rozchodzi. A na tym filmie, nic z tych rzeczy. Siedział cały czas jak na szpilkach, widać, że wciągający. A znów obsada aktorska też faktyczna, najwięcej mnie wzruszył stary Calvera, ten, co wziął w skórę od siedmiu wspaniałych, Brzydki znaczy. Co to czas robi z człowieka…

Ale najbardziej to mnie się podobała intryga. A ja tu wybredny jestem, byle czym mnie nie zadziwić. Jak ten premier z początku taki niby tyż to, taki kryształowy, a potem stopniowo coś jakby nie sztymuje, od razu poznać, że ma za uszami. Ale jednak do końca go przyszpilić nie idzie. No i to właśnie, kochany Panie reżyserze było najlepsze, że napięcie się rozkręca, widz już wie, że bomba tyka, tylko nie wiadomo, kiedy i w którym miejscu, z przeproszeniem pierdyknie. Ja się na tym znam, ja niejeden thriller w życiu widziałem. I tak siedzę w mojej operatorce i patrzę, z emocji dwa razy film mi się zerwał. Takie napięcie! I czekam, co też ten dany premier zbroił, jaki to kryminał z tego wyniknie. Akcja się coraz bardziej zagęszcza, trupy się sypią, jakieś zamachy, wybuchy. To jest kino!

Aż tu wreszcie przychodzi finał… i na końcu wszystko pooszło! Wstrząśnięty, kurna jestem! Jak tak można?! Tyle budowania napięcia, tyle intrygi, tyle zwrotów akcji i na co to? Że nie premier, tylko jego żona, to jeszcze pół biedy. Ale żeby ona była agentką CIA?! Ja przepraszam bardzo, ale się uniosłem… No bo gdzie tu sensacja, gdzie skandal ja się zapytam?! To ja myślałem, że oni co najmniej Kim Dzong Ilowi opylali tajne akta, albo przemycali potajemnie samosterujące cruise’y na Kubę, a tu… CIA. Może ja się nie znam, ale to chyba mało sensacyjne odkrycie… Chwileczkę, czy ta dana CIA nie jest aby w sojuszu ze Zjednoczonym Królestwem? Po mojemu jest. Może to i nieładnie tak knuć z sojusznikiem za plecami wyborców, ale żeby z tego zaraz taki dęty thriller robić..? I jeszcze za to odkrycie tego duchowego autora przejechali na koniec autem… I ja, stary wyjadacz mam kupić taki kit?!

I właśnie tak a propos kompinuję, że u was, tam w tym Hollywood, to chyba całkiem się wypstrykaliście z pomysłów. I ja to rozumiem i pretensji nie mam, bo ile można ciekawie o tym samym opowiadać? I na tę okoliczność mam dla Pana, Panie reżyserze propozycję, co następuje. Ja mogę Panu podsunąć takie pomysły na thriller polityczny, że tym wszystkim waszym scenarzystom z tego Mullholland Drive kapcie spadną. Jak Pan mi mówi, że żona premiera UK jako agentka CIA to jest niemożebny skandal, to co by Pan powiedział na państwo, które jako członek sojuszu północnoatlantyckiego jest do cna zinfiltrowane przez agenturę? I to bynajmniej nie sojuszniczą! Dobre, co?! No mówiłem przecież, że mam temat! Ja to mogę Panu wszystko, detalicznie opowiedzieć, kto z kim, komu i za ile. Niech się wszyscy ludzie prezydenta schowają! Mówię Panu, to jest murowany temat na thriller polityczny, ja się na kinie znam! Tylko niech już Pan da spokój tej CIA, no błagam! Chce Pan temat o zabójstwach politycznych? Proszę bardzo, nawet mam już pomysł na tytuł: „Polon i stare koronki”. No i co?! Właśnie! Mówiłem, że mocne! Albo nie, czekaj Pan! Mam coś lepszego… Niech Pan sobie wyobrazi generała, dowódcę oddziału specjalnego, ale takiego fest! Coś jak wasza Delta albo Zielone Berety. No i ten dany dowódca nagle, ni stąd ni zowąd wpada we frustrację i popełnia samobójstwo strzelając sobie w potylicę! Tak go wyszkolili! W każdym razie tak powiedziały w telewizorze (wie Pan, telewizja pokazała, a uczeni podchwycili). No i granda jest bo nawet dzieci wychowane na Misiu Uszatku tego łyknąć nie chcą i drą łacha, że jakiś seryjny samobójca, czy coś. Ale „stokrotki’ idą w zaparte, że to musi depresja jakaś była i nagły impuls. No ogólnie jaja nie do wytrzymania. No i co, dobrze się historia zaczyna?

Nie wiem, jak Panu, ale mnie zawsze bardzo podchodziła batalistyka w kinie. A wy tam, w tym Hollywood już najlepiej potrafiliście zrobić z wojny artystyczne przedstawienie. No i napiętnować kogo trzeba przy okazji. Bo wiadomo, zbrodnie wojenne piętnować należy! Takie jak na przykład te, co to ich się dopuszczali marines w Wietnamie. Bez dwóch zdań! Tyle, że po mojemu żeście ich już wszystkich, detalicznie napiętnowali do ostatniego szeregowca i szlus, finito! Każden jeden widz już to zna na pamięć. A gdyby tak opowiedzieć coś całkiem nieznanego? Coś bulwersującego, przerażającego i do tego historię opartą na najautentyczniejszych faktach… Rozmarzył się Pan, co? Tak, tak, taki niewyeksploatowany temat, to u waszych scenarzystów jest na wagę złota, co to ja nie wiem?! I powiem Panu, że znalazłby się taki temacik. Niech Pan sobie wyobrazi manewry wojskowe, prawdziwy poligon, z tysiącami żołnierzy, czołgi, samoloty, wszystkie niezbędne gadżety, jak się patrzy! I na to wszystko spada z nieba bomba. Atomowa. Serio mówię, proszę nie rezonować! Najprawdziwszą bombę atomową zdetonowali i to nie wrogowie, tylko jak najbardziej swoi, przełożeni tych, co tam potem biegali w tym atomowym popiele! Po co? Ano, eksperyment taki. Sprawdzić, jak się zachowa materiał ludzki podczas wybuchu jądrowego. Wie Pan, co się potem z tymi żołnierzami działo? Zgroza… Nie, nie, widzę, do czego Pan zmierza ale myli się Pan całkowicie! To nie było w Alamogordo, ani w White Sands i to nie CIA stała za tym wszystkim! Poligon Tockoje, się to miejsce nazywało, całkiem po przeciwnej stronie globusa. No to jak? Będzie rozdzierające dzieło na miarę „Czasu apokalipsy”?

A może film katastroficzny się Panu marzy? I tu mam już gotowy tytuł: „Kursk nie wierzy łzom”. Proszę nie dziękować, robię to dla sztuki! Coś z historii? Żeby było wstrząsające, nieoklepane i chwytało za serce? Nic prostszego: „1933: Odyseja – Wielki Głód”. Gwarantuję, że takich tematów nikt z Pańskiej konkurencji nigdy nie poruszał. Ba, nikt nawet o tym nie słyszał! Będzie Pan pierwszy.

Mogę mieć tego dużo więcej. Serio! Są na tym świecie rzeczy, o których się Stephenowi Spielbergowi nie śniło… To jak? Robimy spółkę? Udostępnię Panu kilka tematów… I żebyśmy się dobrze zrozumieli, w ogóle nic za to nie chcę! No może tylko, żebym się pojawił na tych końcowych literkach, tuż przed napisem „Color by Technicolor”. Tylko tyle! Przecież dla Pana, Panie reżyserze kochany, to pestka…

Bo ja kocham kino!

Pozdrawiam serdecznie
Adler

______________________________________

(1) The book will affect the CIA as a severe body blow does any living organism: some parts obviously will be affected more than others, but the health of the whole is bound to suffer. A considerable number of CIA personnel must be diverted from their normal duties to undertake the meticulous and time-consuming task of repairing the damage done to its Latin American program, and to see what can be done to help those injured by the author’s revelations. 



Prześlij znajomemu

87 Komentarz(e/y) do “Kino – najważniejszą ze sztuk!”

  1. 1 michał

    Drogi Panie Orle,

    Bardzo ciekawe i na czasie, zważywszy jak bardzo zapomniana postać Philipa Agee przypomina Edwarda Snowdena.

    Kiedy sowieciarze i chrlowcy szpiegują internet na potęgę i przygotowują się do cyberwojny, wystąpienie Snowdena w chrlu i prośba o azyl w sowietach byłyby na swój sposób komiczne, gdyby nie ten drobiazg, że zachodnie środki musowego przykazu przełykają wygodnie podsunięty im kąsek, jakby go same odkryły i występują z żenującym: „to nie rozwijające się i kapitalistyczne Chiny prowadzą szpiegostwo gospodarcze, ale Ameryka; to nie biedna Rosja przygotowuje cybergacie, ale szpotawe CIA knuje nam na zgubę”.

    Tak między nami, moim zdaniem, żadne CIA nie istnieje. To jest tylko pod-komórka kgb.

  2. 2 Orzeł

    Panie Michale!

    Cóż zrobić..? Zachód już od dawna kroczy prostą drogą do samozagłady. Ich czołowi „intelektualiści” wychodzą ze skóry, żeby tylko dobić to, co zostało z tych dumnych niegdyś państw, które zbudowały dobrobyt nieznany w innych rejonach świata. Smutne jest to, że ci ludzie sami sobie zaciskają pętlę na szyi. Wciąż przywołuję postać Jurija Bezmienowa, który tak klarownie opisywał proces ideologicznego przewrotu zapoczątkowany przez KGB, ale ta postać staje się dziś jakoś symboliczna. Wszystko to, co on opisywał jako teorię stworzoną przez jakichś czerwonych planistów właśnie dziś się ziściło.

    Tekst pisałem jeszcze przed aferą Snowdena, ale faktycznie, trudno się z Panem nie zgodzić. To Agee naszych czasów. Z resztą on jest tylko jakimś drobnym odpryskiem tego gigantycznego nieporozumienia. Przecież cała „wojna z terroryzmem” nawet na pierwszy rzut oka wygląda na prowokację sowieciarzy. Kto inny, jak nie Moskwa i Pekin czerpią z niej największe korzyści?

  3. 3 michał

    Wracając jeszcze do tezy zawartej w leninowskim tytule, ciekawi mnie Pańskie zdanie: czy kino rzeczywiście może pozostać najważniejszą ze sztuk w oczach agit-prop?

    Wołodii Iliczowi chodziło niewątpliwie o niemy, bierny i masowy odbiór podsuniętych treści w ciemnej sali zdominowanej srebrzystym ekranem. Ale takie kino powoli umiera. Nie chodzi mi zresztą wcale o to, że filmy ogląda się dziś częściej w domu, bo tak samo przepowiadano śmierć kina, gdy pojawiła się telewizja. Idzie raczej o to, że współczesny widz pragnie zatrzymać film, napić się piwa, pogadać i wrócić do filmu. Młodzi ludzie tak właśnie oglądają filmy w kinie, jakby byli w swoim pokoju (co jest zupełnie nie do zniesienia), z tą tylko różnicą, że nie mogą zatrzymać filmu. Czy zatem możliwość manipulacji w sensie leninowskim jest nadal taka, jaką miał na myśli Lenin, nazywając kino najważniejszą ze sztuk?

  4. 4 Orzeł

    Panie Michale!

    Nie ma chyba znaczenia jak ogląda się film. Czy na sali kinowej, czy w domowym zaciszu, siła rażenia jest wciąż taka sama. Wygoda, z jaką dziś można obcować z X muzą, tym bardziej sprzyja przyswajaniu podsuwanych treści.

    Według mnie Lenin nawet w połowie nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo trafne były jego słowa. Na początku XX wieku kino było tylko jarmarczną sztuczką dla gawiedzi. Zachwycało prostymi trikami, zachłysnęło się trochę możliwościami, których nie potrafiło w pełni wykorzystać. Przekaz był jeszcze dość prymitywny. Łatwiej było przykuć uwagę widza wjazdem pociągu na stację, czy małpą na ścianie wieżowca, ale treści bardziej subtelne nie miały szans, w porównaniu na przykład z literaturą. Obraz nie nadążał za słowem pisanym.

    Ale po kilkudziesięciu latach ewolucji technologicznej sytuacja zmieniła się diametralnie. Stanisław Lem napisał gdzieś tak w latach 60-tych, że kino SF nie jest w stanie rywalizować z literaturą, bo wizje podróży kosmicznych na srebrnym ekranie wyglądają groteskowo. Ale przyszedł Stanley Kubrick i rok 1968 i potem nic już nie było takie samo. Ani Arthur C. Clark, ani Lem, ani Philip Dick nie mogli już rywalizować z Hollywood, stali się tylko pożywką dla kina.

    Czerwona propaganda doskonale wykorzystała ten potencjał. Umiała przemycać swój przekaz w tak atrakcyjnym opakowaniu, że masy nawet nie poczuły manipulacji. Widz łyka bezrefleksyjnie każdą treść, byle by była wypowiedziana przez ulubioną gwiazdę srebrnego ekranu. A możliwości technologiczne jeszcze potęgują siłę tego medium. Pamięta Pan film „Avatar”? Tysiąc artykułów w New York Timesie nie wywołałoby takiej niechęci do Pentagonu, co ten wspaniały obraz. A najlepsze jest to, że była to przecież niewinna opowieść z gatunku fantastyki naukowej, polityki tam jak na lekarstwo!

  5. 5 michał

    Drogi Panie Orle,

    To chyba nie jest tak. Zacznijmy od Lenina. Dla niego miało niewątpliwie znaczenie, jak filmy były oglądane: biernie, z rozdziawioną gębą, niejako na klęczkach. Nie ma Pan chyba racji, że kino we wczesnych latach nie było subtelne, wręcz przeciwnie, było znacznie subtelniejsze niż dziś. Ale dla Lenina ważna była potencja propagandowa i tę potencję zaktualizowali dla niego wielcy sowieccy artyści kina: Kuleszow, Dziga Wiertow i przede wszystkim Eisenstein. Pański przyjaciel pisze w swoim liście do Polańskiego o Potiomkinie i wie co mówi. Subtelność manipulacji montażowych w owych czasach była zupełnie niesłychana, odkrywcza, zupełnie genialna. Oni odpowiedzieli na leninowskie wezwanie: kino najważniejszą ze sztuk, bo najlepiej dostosowaną to agit-prop.

    Po drugie, ma ogromne znaczenie, jak się ogląda film. Kiedy w prlu oglądało się film na Konfrontacjach, to było w pełnym przeświadczeniu, że to jest być może jedyna okazja w życiu! Nikt tak dziś nie ogląda niczego. Ani nie słucha. Najcudowniejsza aria, w najlepszym wykonaniu gra gdzieś w tle, kiedy piszę, zamiast słuchać. Ale po co się wsłuchiwać, kiedy mogę posłuchać raz jeszcze, i znowu, i jeszcze raz? Nie tak słuchał Don Giovanniego Soren Kierkegaard, kiedy musiał podróżować po Europie, żeby móc posłuchać wykonania na żywo. Z kinem jest tak samo.

    Po trzecie, zdaje się Pan przeceniać wartość sztuczek grafiki komputerowej, które są prawdę mówiąc prawie nie do oglądania: przewidywalne, identyczne i potwornie nudne. Lem mówił chyba o czymś innym: o nieprzekraczalnej różnicy między wyobraźnią (karmioną lekturą wielkiej literatury) i realizacją jednej, jedynej wizji. To jest prawda nie tylko wobec sci-fi, ale także wobec adaptacji dowolnego kawałka literackiego.

    Po czwarte, niestety pamiętam Avatar. Pamiętam to jako kicz, straszną szmirę z nachalnym przesłaniem. Może Pan jednak mieć rację – niestety! – że takie kawałki to jest współczesny leninowski agit-prop. W porównaniu z tą szmirą, ręcznie namalowana na każdej klatce czarno-białego filmu, czerwona flaga powiewająca nad pancernikiem Potiomkin – jest prawdziwym dziełem sztuki.

  6. 6 Orzeł

    Panie Michale!

    Granicząca z geniuszem sprawność warsztatowa Eisensteina i jego kolegów po fachu nie ulega kwestii. To byli prawdziwi czarodzieje swoich czasów. Ale czy wtedy widz był bardziej na klęczkach, niż dziś? Może w tym sensie, że te kilkadziesiąt lat temu kino było przełomem w sztukach wizualnych. To była nowa jakość, techniczny cud, w tym sensie kino rzeczywiście rzuciło odbiorcę na kolana. Ale dziś może być podobnie. Pisze Pan o nędzy współczesnego kina naszpikowanego tanimi sztuczkami wygenerowanymi przez komputer. Zgoda, w swojej masie jest to nędza ale proszę zwrócić uwagę, że komputer to tylko i wyłącznie narzędzie, takie samo jak ołówek, aerograf, czy blue box. Tylko od człowieka używającego tych narzędzi zależy efekt końcowy. Na dzisiejszej scenie nie pojawił się jeszcze nowy Eisenstein, ani Kubrick, ale prędzej czy później z pewnością się pojawi. I powstaną dzieła, które w warstwie wizualnej znów przekroczą granicę wyobraźni gawiedzi karmionej awatarami.

    Zgadzam się, że widz nie ma dziś szacunku dla filmu, który ogląda. Ale dziś szacunku nie ma w ogóle, dla nikogo i niczego. Masowy odbiorca to barbarzyńca bombardowany obrazami i dźwiękami, których nie jest w stanie zrozumieć, a co dopiero docenić (nawet, jeśli jest co doceniać). Poza tym zmieniła się ogólna estetyka, a to już jest związane z metamorfozą wielu zjawisk kulturowych. „Kabaret starszych panów” mimo, że tworzony w PRL-u, za prl-owskim przyzwoleniem i w prl-owskiej atmosferze, był perłą w warstwie wykonawczej, tekstowej scenograficznej, bo ludzie go tworzący korzeniami tkwili jeszcze w poprzedniej epoce, gdzieś tak w XIX wieku i jeszcze nie zdążyli się zdegenerować. Chaplin kręcąc swoje komunizujące filmy wspinał się na wyżyny wirtuozerii sztuki filmowej. Ale jego mistrzostwo wywodziło się z malarstwa, powieści, fotografii rodem z konserwatywnego XIX wieku. A „Awatar” czerpie wprost z komiksów w stylu manga, reklam fastfoodów i osiągnięć rewolucji seksualnej szalonych lat 60-tych. Stąd i taka jego forma. Ale skuteczność przekazu ideologicznego w niczym nie ustępuje ani Chaplinowi, ani Eisensteinowi.

  7. 7 michał

    Panie Orle,

    Dobrze. Zastanówmy się nad tym.

    Celem Lenina, kiedy uznał kino za najważniejszą ze sztuk, była kontrola, narzucenie jednej opinii, innymi słowy sowietyzacja. Ten sam film sowiecki oglądano we wszystkich kinach jak raj krat długi i szeroki. Czasami agitacja była chybiona, kiedy naiwni widzowie zmyleni skomplikowanym symbolizmem montażu Eisensteina pytali, co robiły harfy podczas posiedzenia rządu tymczasowego, ale generalnie jedna myśl była przekazywana w niezmącony sposób masom.

    Mam poważne wątpliwości czy ten sam efekt jest osiągalny dziś.

    Pan na to (jeśli dobrze rozumiem): może i nie ten sam efekt, ale stworzenie wspólnego mianownika świadomości w skali globalnej jest możliwe i nie mniej jest groźne. To bez wątpienia prawda, ale czy to jest skuteczny przekaz ideologiczny? Paradoksalnie wydaje mi się, że nie, a to dlatego, że nie ma po temu potrzeby.

    Gdyby w rzeczywistości zachodziła potrzeba wywoływania niechęci do Pentagonu, to nie byłoby tak źle jak jest. Ale naprawdę, co to jest Pentagon? Paru się pęta, a reszta ich goni. Burzyć obraz CIA? Jaki obraz? Obraz agencji, która odrzuciła Golicyna, a przyjęła Nosenkę? Jako ramię kgb, CIA nie będzie już nie długo zasługiwała na te wielkie litery!

  8. 8 Orzeł

    Panie Michale!

    W moim odczuciu zasadnicza różnica między wczesnym kinem sowieckim, a dzisiejszym Hollywood jest taka, że w tym pierwszym przypadku miało miejsce centralne zarządzanie propagandą, a dziś każdy pojedynczy geniusz kina produkuje własną propagandę bez żadnych zewnętrznych nacisków. Dziesięciolecia czerwonej indoktrynacji tak przeorały mózgi „intelektualistom”, że dziś sami już bez żadnych podszeptów wiedzą, co należy krytykować, a co wychwalać pod niebiosa.

    Myślę, że piętnowanie CIA, Pentagonu, republikańskich prezydentów i senatorów, konserwatywnego Południa, nie jest w żaden sposób koordynowane, nie ma żadnego rozdzielnika, jest to tylko wyraz pewnego kierunku, w którym hordy pożytecznych inteligentów podążają z własnej, nieprzymuszonej woli. Wygląda na to, że robią to już zupełnie bezrefleksyjnie, działają na poziomie odruchów. Thriller polityczny – CIA knuje, film katastroficzny – wredny kapitalista z chciwości oszczędzał na gaśnicach i spalił mu się wieżowiec, horror SF w kosmosie – wielka korporacja (wspierana przez rząd federalny, rzecz jasna) chce zrobić z obcego superbroń, itd… Gdyby nie genialne pomysły scenograficzne, efekty wizualne, popisy aktorskie, byłoby to niestrawne, jak niektóre produkcje mosfilmu. A jednak przez te sztuczki warsztatowe cały świat ogląda to z zapartym tchem. I wierzy, wierzy bez cienia wątpliwości we wszystko, co widzi! To jest skuteczny przekaz!

    No i „postęp”, nie zapominajmy o „postępie”. Wspólny mianownik całego tego nurtu można sprowadzić do: przeszłości ślad dłoń nasza zmiata. To ich wszystkich łączy, żeby zburzyć dotychczasowy porządek. Idzie nowe, jak nic!

  9. 9 michał

    Drogi Panie Orle,

    Zaznaczona przez Pana różnica jest zaiste dość zasadnicza! Co rzekłszy, są jeszcze inne zasadnicze różnice, o których wspominałem wcześniej. Nazwałbym to w skrócie zanikiem tradycyjnej magii srebrnego ekranu. Telewizja wbrew przepowiedniom nie spowodowała śmierci kina, ponieważ nie mogła odtworzyć sytuacji, w której na ciemnej sali człowiek jest niemal fizycznie wyjęty ze swojego otoczenia i wciśnięty w inną rzeczywistość, rozgrywającą się przed nim na ogromnym ekranie. Znakomite urządzenia dźwiękowe wspólczesnych kin także wspomagają magię. O dziwo jednak, w ostatnich latach ten element magii przestał być istotny i ja sam nie bardzo potrafię powiedzieć dlaczego. Przypuszczam, że doprowadziła do tego powszechna łatwość zdobycia dvd, a dziś oglądania filmów przez internet.

    Piszący te słowa był niegdyś kinomanem. Znałem kiedyś historię kina na wyrywki i na wylot, i bywałem w kinie po kilka razy na tydzień. Dziś nawet nie pamiętam, kiedy byłem po raz ostatni… Kino, jak zresztą wszystko inne, może z wyjątkiem teatru (i opery w szczególności) jakoś spowszedniało. Nie umiem tego inaczej określić, ale intuicja wydaje mi się słuszna.

    Przeprowadziłem a propos Pańskich słów maleńką, nienaukową ankietę wśród znajomych Anglików mniej więcej w moim wieku: czy pamiętają o czym był film Trzy dni Kondora? Niektórzy pamiętali tytuł, inni kojarzyli Redforda, ale nikt nie pamiętał nawet w przybliżeniu fabuły ani nawet tematyki. O szpiegach? Naprawdę?

    Mam wrażenie, że to o czym Pan mówi, sprowadza się do „lewej wolnej”, do bezmyślnego, lewackiego bycia anty, ogólnej, nie popartej niczym sympatii dla całego tego świństwa.

    A wie Pan, kto najbardziej przypomina zarówno estetycznie i merytorycznie produkcje mosfilmu? Steven Spielberg we własnej osobie.

  10. 10 amalryk

    No proszę! Czyżby Pan Michał też uczestniczył w operacji zdobywania karnetu na konfrontacje, po czem półprzytomny z niewyspania zawalał zajęcia w trakcie ich (tzn. konfrontacji) trwania? Ale konfrontacje były tylko raz do roku…

    To prawda, był okres, że w tygodniu człowiek zjawiał się po kilka razy w kinie. Boże, jakie przy okazji koszmarne knoty udało mi się zaliczyć! Bardzo często scenariusz wyglądał tak: No panowie, za godzinę ćwiczenia z wytrzymki, „Tyłek” na bank nam zaserwuje dzisiaj kartkóweczkę, co robimy? Kurwa! Nie dam się szykanować jakiemuś zasranemu magisterkowi! Szczać na „Tyłka” i jego debilne sprawdziany! Ma ktoś gazetę? Co tam mamy panowie w kinach, czego jeszcze przypadkiem nie widzieliśmy? I poszłooo!

    „Trzy dni Kondora” pamiętam doskonale! (Z resztą , pamiętam też jak namiętnie, z lubością, wówczas przekręcaliśmy tytuł na „Trzy dni kondona”.) I jakoś, mimo czytelnej wymowy filmu, nikt z nas nie miał wówczas wątpliwości gdzie wolałby zamieszkiwać; w straszliwej tyranii USA, czy w krajach płomiennej bolszewickiej wolności! (No! Teraz przynajmniej młodzież nie ma już tego straszliwego dylematu; wszędzie komuna!)

    Często chodziło się do kina, tylko po to, aby zobaczyć „jak w normalnym świecie ludzie żyją” a cała fabuła i najczęściej bolszewickie przesłanie dzieła, była sprawą szalenie drugorzędną!

  11. 11 Andrzej

    Zgodzimy się chyba co do tego, że bolszewicy używają wszelkich aktualnie im dostępnych sposobów/”technologii” aby siać zarazę, zniszczenie „starego świata” i „tradycyjnego człowieka” oraz wpływać na myślenie im współczesnych. W początkach ich niszczycielskiej „roboty” słowo drukowane, kino i radio stanowiły podstawowe środki. Potem doszła telewizja (spełniła i spełnia ciągle swoją rolę, wystarczy dziś jeszcze obejrzeć dowolny „program” „british boslshevik corp.”, „interbolshevik television news”, „commies cable news” itd. zaś na peerelowskim „gruncie” dowolną „stację” w pełnej gamie bolszewickich „kolorów”). Teraz wreszcie jest już internet. A więc hulaj dusza! Do woli: strony www, blogi, fejsbuki i twitery, „wiki”, itd. Czyli jak zawsze „władza rad” i „elektryfikacja” na wszystkie możliwe sposoby.

    To ciekawe, że antykomunizm (rzeczywisty) skutecznie wykorzystuje te same sposoby. Czy nie dlatego Wydawnictwo Podziemne istnieje tu gdzie istnieje? Aby móc oddziaływać jak najskuteczniej? Poza filmami z cyklu „amerykańscy imperialiści w Wietnamie i na świecie” powstał też np. film „The Killing Fields”. Oczywiście trzeba dostrzegać różnicę w skali. Ale przecież „masówka” to domena bolszewików.

    Ja również bywałem w tamtym czasie na konfrontacjach filmowych. W podobnym środowisku i okolicznościach. A wielkie wrażenie i podziw u mnie jako jeszcze nastolatka, wywołał film (bolszewicki w wymowie, byłem wtedy bardzo głupi) pt. „Znikający punkt”… W tzw. DKF. Z tego co pamiętam u wszystkich moich (mniej więcej) rówieśników było podobnie – to a propos tej bolszewickiej „masówki”.

  12. 12 michał

    Panie Amalryku,

    Oczywiście stałem całymi nocami po bilety na Konfrontacje. W którymś roku po takiej przyjemności, mój przyjaciel Wojtuś, stanął kiedyś jak wryty wobec długiej kolejki po chleb, wzniósł ręce do nieba gestem Skargi i rozdrarł się na całe gardło: Luuudzie! Po co stoicie! Przecież jutro całe te konfrontacje będę czerstwe!

  13. 13 michał

    Panie Andrzeju,

    Killing Films przy całej swojej rzetelności w pokazywaniu komunistycznego koszmaru, nie jest jednak filmem antykomunistycznym. To jest raczej coś na miarę „antystalinizmu”…

    Niech Pan sobie przypomni scenę, w której dziennikarz nie pamiętam już angielski czy amerykański (właściwie główny bohater filmu) opowiada o piekle w Kambodży Pol-pota, po czym oskarża o to… amerykańskie naloty dywanowe!

    A Znikający punkt!… Ech, muszę to znowu obejrzeć.

  14. 14 michał

    Dopiero przed chwilą zauważyłem, że napisałem „Killing Films” zamiast „Killing Fields”, co jest prawdziwą pomyłką freudowską, bo całe to lewactwo z holiłodzi ni mniej ni więcej tylko zabija kino właśnie.

  15. 15 Orzeł

    Panowie!

    Przywołany tu „Znikający punkt” jest chyba najciekawszym przypadkiem w całej tej historii. Oczywiście wszyscy się nim zachwycaliśmy z wiadomych powodów. Nie wszyscy za to, ale pewnie znacząca część zadawała sobie jednak po cichu nurtujące pytanie: o co, do ciężkiej cholery temu Kowalskiemu chodzi? Specyfika tego pytania polegała na tym, że pytający znajdowali się po tej boleśniejszej stronie żelaznej kurtyny. No bo tak: obywatel państwa, którego dostatku każdy z nas chciał kiedyś zaznać, rusza do jakiejś kretyńskiej batalii wymierzonej najwyraźniej przeciwko temu właśnie państwu. No bo to chyba o to tam chodziło? Z resztą, bo ja wiem… W każdym razie, na ową batalię ów śmiałek wyrusza samochodem, do którego wzdycha co najmniej pół świata, przemierza tereny, które każdy chciałby przynajmniej raz w życiu zobaczyć na własne oczy i jeszcze mu za to płacą w dolarach amerykańskich, za posiadanie których u nas można było zdrowo beknąć. Krótko mówiąc facet ma za darmo wszystko to, o czym śniły miliony nieszczęśników znajdujących się akurat pod sowieckim butem. A ten kretyn zamiast się cieszyć, napastuje funkcjonariuszy highway patrol, łamie wszystkie i tak dość liberalne przepisy ruchu drogowego, a na koniec popełnia spektakularne samobójstwo. Jeśli tak ma wyglądać awangarda i nowa fala, to ja się najwyraźniej nie znam.

  16. 16 michał

    Drogi Panie Orle,

    Muszę zobaczyć ten film ponownie i obiecuję, że powrócę wówczas do niniejszego wątku. Tymczasem jednak, o ile pamiętam, to interpretowałem ów film wówczas jako pean na cześć niczym nieskrępowanej wolności. Nie tyle polityczny, co filozoficzny traktat o wolności.

    Oczywiście były to inne czasy i ja sam byłem wtedy mocno anarchizującym hipisiakiem. Wstyd się przyznać doprawdy…

  17. 17 Andrzej

    Panie Michale,
    Panie Orle,

    Ponieważ nie jestem pasjonatem kina (a kina współczesnego praktycznie wcale), dopiero teraz zorientowałem się, że w roku 1997 powstał remake filmu „Znikający punkt”.
    Obejrzałem go na YouTube (http://www.youtube.com/watch?v=p2x7yUMJkFk) i mam problem z jego interpretacją.
    O ile oryginał z roku 1971 jest o wymowie lewacko-rewolucyjnej (wolność to narkotyki i komuny hipisowskie, w tle samobiczowanie się za wojnę w Wietnamie, rewolta przeciw tradycyjnemu społeczeństwu itd) to z tym drugim filmem mam problem.
    Oto Kowalski, okazuje się w nim ochrzczonym niedawno katolikiem – dzięki swojej głęboko wierzącej żonie, mamy co i rusz przed oczyma symbole religijne. Ścigany jest przez FBI jako prawicowy terrorysta, The Voice mówi o nim jako o zwykłym człowieku itp. Nie zmam dostatecznie dobrze angielskiego aby zrozumieć wszystkie dialogi ale ten film jak dla mnie niesie zupełnie inne, raczej pozytywne treści.
    Czy bardzo się mylę? Bez wątpienia są tam elementy politpoprawności ale zasadniczo jest to jednak coś innego.

  18. 18 Orzeł

    Panie Andrzeju!

    Tej nowej wersji nie znam zbyt dobrze, słyszałem tylko o takim remake’u. Wszystko, co napisałem powyżej odnosi się do oryginału z 1971 roku.

    Być może i w Hollywood są wpływowi ludzie o konserwatywnym światopoglądzie, ale nawet jeśli, to raczej nie przekłada się to na ogólny wizerunek kina popularnego. Kiedy umarł John Wayne lewicowe poglądy nie miały już żadnej alternatywy w tych kręgach. Może jeszcze niektóre produkcje Eastwooda były w jakimś sensie w opozycji do głównego nurtu, ale to raczej łabędzi śpiew.

  19. 19 michał

    Panie Andrzeju,

    Ta nowa wersja – nowa? prawie 20 lat! – taka sobie, ale odwrócenie wektorów rzeczywiście zabawne. I jeden i drugi film sa peanami na cześć wolności, ale tu wrogami wolności jest państwo kierowane i reprezntwoane przez pokolenie wyrosłych hippiesów z pierwszego filmu. Bardzo znaczące wydały mi się portrety Clintona w biurze FBI (a może szeryfa), bo przecież Clinton umknął przed poborem do wojska, żeby uniknąć Wietnamu, a bohater nowego filmu to były żołnierz.

    Teza tego filmu – bo nie ukrywajmy, że jest to film z tezą – wydaje mi się taka, że ci którzy przed laty walczyli o wolność teraz reprezentują centralną władzę, która jest największym wrogiem wolnośći. To jest niewątpliwie prawda, ale, mówiąc w skrócie, wolność nie jest wartością.

    Swoją drogą to tak typowo po amerykańsku, że w Monument Valley, o której Tarkowski powiedział, że to jest krajobraz jak ikona, kręcą albo westerny albo pościgi samochodowe, a katolicy mają na ścianie prawosławny krzyż.

  20. 20 Andrzej

    Panie Michale,

    Czy mógłby Pan w kilku zdaniach opisać jak widzi Pan kwestię wolności lub odesłać mnie do stosownego wątku jeśli komentował Pan już tę kwestię? Ja sądzę, że wolność jest wartością (czymże innym jest wolność dla więźnia?). Nie sama dla siebie ale w połączeniu z wolą. Można na jej podstawie budować, można też niszczyć. Można decydować o sobie. Druga sprawa to, że wolność nie powinna stać się czymś absolutnym, ponad moralnością.
    Wolny wybór to wolność czy wolność to wolny wybór? a może i jedno i drugie?

  21. 21 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    W moim głębokim przekonaniu, uznanie wolności za wartość jest jednym z głównych problemów współczesności. Wolność uznana za wartość z natury rzeczy wypiera wszystkie prawdziwe wartości, bo nieważne co czynię, bylebym to czynił w sposób wolny. W rezultacie spłaszcza się hierarchia wartości, a na jej szczycie niepodzielnie panuje wolność.

    Wolność jest warunkiem działania, warunkiem odpowiedzialności, winy i zasługi, warunkiem moralności. Jest prawem działania człowieka. Nie sposób realizować wartości bez wolności, a więc wolność jest czymś na kształt katalizatora, ale nie jest wartością. Wolność jest bramą do królestwa wartości.

    Wolność jest „wartościowa”, jest ważna, ale nie wolno jej absolutyzować. Jeżeli wartość rozumieć jakop pewien absolutny wzorzec działania, to wolność wartością być nie może, bo pozbawiona jest treści.

    Pisałem o tym obszernie w książce Votum separatum, ale jestem pewien, że była o tym mowa i na ninijeszej stronie, tylko muszę tego poszukać.

  22. 22 Andrzej

    Panie Michale,

    Dziękuję bardzo Panu za powyższe wyjaśnienia. Muszę to jeszcze przemyśleć ale w zasadzie się zgadzam z tym, że wolność nie jest samoistną wartością lecz warunkiem realizacji wartości. Chcemy przecież wolności nie tyle dla niej samej, ile po to, aby móc suwerennie realizować swoją wolę.

  23. 23 michał

    Panie Andrzeju,

    Ta tendencja do absolutyzowania i nadawania miana wartości czemuś, co wartością być nie może jest zaiste cechą współczesności. Klasycznym tego przykładem jest demokracja, która dla współczesnego człowieka jest wartością i to wartością najwyższą, gdy w rzeczywistości jest to zaledwie jeden z wielu możliwych systemów rządu.

    Wolność jest o tyle trudniejsza, że tak bardzo trudna do zdefiniowania. Najlepsza metafora na zrozumienie wolności to w moim przekonaniu obraz naczynia, które, choć drogocenne, jest bezwartościowe, aż nie zostanie wypełnione czymś. Ale niestety może być wypełnione skarbami bądź śmieciem. Przeznaczone zostało dla skarbów, ale my – posiadacze naczynia – używamy go dla najrozmaitszego chłamu, którego wbrew swoim wyobrażeniom nie jesteśmy w stanie podnieść do poziomu skarbu.

  24. 24 amalryk

    Pisałem o tym obszernie w książce Votum separatum, ale jestem pewien, że była o tym mowa i na ninijeszej stronie, tylko muszę tego poszukać.
    ——————————————————————————————-

    Owszem; oto tytuły:” Leszek Kołakowski – ojciec chrzestny prlu bis”,
    „O wolności”

  25. 25 michał

    Panie Amalryku,

    Dziękuję. Ma Pan słuszność. Podaję poniżej adresy:

    http://wydawnictwopodziemne.com/2009/07/28/leszek-kolakowski-%E2%80%93-ojciec-chrzestny-prlu-bis/

    I tekst Darka, O wolności:

    http://wydawnictwopodziemne.com/2012/07/01/o-wolnosci/

  26. 26 Andrzej

    Panie Amalryku i Panie Michale,

    Dziękuję bardzo za „namiary”. Ten drugi tekst także ja komentowałem. Wynika z nich dla mnie, że wolność nie może stać się żadnym absolutem, że przyznanie jej takich cech prowadzi prostą drogą na pustynię, gdzie istnieją tylko same miraże. Pozostaje wtedy tylko mamić się nimi, brnąc nieubłaganie ku zgubie.
    Od jednego pozoru do drugiego, to właśnie charakterystyczne peerelowskie dążenia. Stąd najpierw, „poszerzanie sfery wolności” – gra na liberalizację komunizmu, teraz zaś samookłamywanie się, że „coś przecież możemy” a więc „jesteśmy wolni”. Można by rzecz, że prawie każdy w peerelu chce być wolny na tyle, na ile mu to pasuje. Że nie chodzi o realizację swojej woli w zgodzie z prawdą lecz o zadowolenie się pozorami. Aby zagłuszyć resztki zdrowego rozsądku, pozwala się głosić apoteozę wolności jako wartości absolutnej. Bolszewicy zaś, doskonale to wykorzystują.

  27. 27 michał

    Panie Andrzeju,

    Zjawiska, o których Pan pisze, z pewnością wynikają jakoś z fałszywego rozumienia wolności, ale nie sądzę, żeby dały się przypisać absolutyzowaniu jej. Ci ludzie, którzy chcą być wolni tylko na tyle, na ile im wygodnie, nie są pewnie wolni w ogóle. „Wolność jest marzeniem niewolników”, jak się wyraził Gomez. Wolność jest przede wszystkim duchowa i jej polityczne, bądź społeczne oblicze często tylko mąci obraz.

  28. 28 Andrzej

    Panie Michale,

    Nie chcę dokonywać podziału wolności na oblicza. Moim zdaniem sprowadza się ona do woli i możliwości jej realizacji. W odniesieniu do wymienionych artykułów, mam na myśli tylko to, że w peerelach wszelkiej maści, wolność jako wartość absolutną (wystarczającą) stawia się w miejsce celów rzeczywistych, tych ku którym powinna ona prowadzić.

  29. 29 michał

    Panie Andrzeju,

    Zrozumiałem, co miał Pan na myśli, ale zmieniam trochę optykę. Wolność jest bardzo trudnym pojęciem. Wolnym można być w więzieniu, ale z drugiej strony czy jesteśmy „wolni zabijać”? Mamy wolność woli, by postępować wbrew Boskim Przykazaniom i wbrew przemożnej Łasce – jest więc to wolność niebagatelna – ale z drugiej strony, czy wolność nie powinna być ograniczona do tego „co mi wolno”?

  30. 30 Andrzej

    Panie Michale,

    Moja definicja jest ogólna, jakkolwiek możliwość robienia czegokolwiek jeśli tylko taka jest wola osoby wolnej powinna podlegać wartościom które pozytywnie ją spożytkują bo tylko wtedy ma dla mnie sens. „Wolność zabijania” nie ma dla mnie sensu. Pozytywnie w odniesieniu do jakich wartości? Dla mnie w odniesieniu do wartości, które mnie ukształtowały i które mnie determinują. Boga, prawdy, moralności, piękna.
    Dla mnie Bóg jest wartością, prawda jest wartością, moralność jest wartością, piękno jest wartością a wolność jest narzędziem czy też jak Pan to dobrze określił bramą do nich.

  31. 31 amalryk

    „….Wolność, ją wymyślił dla nas Bóg,
    aby człowiek wreszcie mógł; w Niebie się zbudzić.”

    Jak śpiewał nam nieodżałowany Marek Grechuta.

    Cóż, po skosztowaniu, w rajskim Edenie, owoców z drzewa wiedzy człowiek utracił swą pierwotną niewinność – wcześniej byliśmy bezgrzeszni, jak zwierzęta; ale coś za coś. (Chciałoby się żyć wiecznie?)

    Osobiście, naturalnie, nie wierzę w apokatastazę, nie wierzę, że męka Pana naszego całkowicie i ostatecznie ogołociła piekło. Właściwie to wręcz przeciwnie, jestem przekonany, ze nic tak jak właśnie wolność nie gwarantuje nadkompletu pensjonariuszy w tym mrocznym przybytku – albowiem jak uczy nas ewangelista:

    „[…] szeroka jest brama i przestronna droga, która prowadzi na zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. A ciasna jest i wąska droga, która prowadzi do życia; i niewielu jest tych, którzy ją znajdują.[…]”

  32. 32 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Proszę wybaczyć, nie zauważyłem definicji, ani ogólnej, ani szczególnej, ale teżnie powinno nas to zbytnio martwić albo, jak się wyraziła Maria Ossowska, „mącić naszego sumienia metodologicznego”, wolność bowiem, z natury rzeczy nie jest łatwa do zdefiniowania.

    Rozumiem więc doskonale, co ma Pan na myśli mówiąc, „wolność zabijania nie ma dla mnie sensu”, ale żeby pojąć, czym jest wolność, musimy się nad tym jednak zastanowić. Otóż wolność MUSI być ambiwalentna ku dobru i złu, inaczej przestaje mieć sens. Gdyby Pan Bóg trzymał nas cały czas za włosy i nie pozwilił nam upaść, to nie bylibyśmy wolni.

    Wolność nie może jednak „podlegać wartościom”, jest wyłącznie warunkiem ludzkiego działania, działania moralnego, powiedziałbym każdego istotnego działania człowieka w życiu. Dlatego jest ważna, że tylko w sposób wolny można realizować wartości. Jednak wartości, to nie moralność ani Bóg (choć Bóg jest źródłem wartości, więc jako taki jest niejako ich gwarantorem, więc należy do porządku aksjologicznego całkowicie), a z pięknem i prawdą też jest wiele kłopotów. Wartości to chyba idealny wzorzec zachowania. Wartością jest więc np. prawdomówność albo zachowanie sekretu, żeby dać dwa klasyczne przykłady. W tym sensie człowiek ma za zadanie w życiu budowanie hierarchi wartości, np. czy mam mówić prawdę, gdy jednocześnie mam zachować sekret? Co jest ważniejsze? Takie zmagania prowadziły wielu myślicieli do sugestii, że wartości są tak beznadziejnie sprzeczne ze sobą, że nie mogą być absolutne, że są względne, zależne od sytuacji, od indywidualnych preferencji itp. Nic bardziej błędnego, ale w to nie należy do niniejszych rozważań.

    Pytanie o wolność jest jednak zupełnie zasadnicze, bo przecież jesteśmy także wolni interpretować, układać hierarchie wartości – tak jest, absolutne i obiektywne wartości mogą nadal być podporządkowane jedna drugiej, bez tracenia swej absolutności – jesteśmy wolni mylić się, bez tego nie bylibyśmy ludźmi.

  33. 33 michał

    Panie Amalryku,

    Oto jest pytanie: czy Adam zgrzeszył, nie posiadając wiadomości złego i dobrego? Adam był zwierzęciem albo dzieckiem, nie rozumiał, co robił, nie wiedział, że jest nagi, musiał dopiero ugryźć owoc z drzewa, żeby to pojąć. A czy dziecko albo bestia mogą grzeszyć? Czy wiedzą naprawdę, co to znaczy złamać zakaz?

    Tak, ale jeszcze oprócz wiadomości złego i dobrego (czyli moralności), oprócz naszej strasznej wolności, wolności wystąpienia przeciw Wszechmocnemu Bogu, jest jeszcze Miłosierdzie Boże. I to jemu trzeba zaufać, a nie naszemu słabemu rozumowi i naszej wątłej woli.

  34. 34 amalryk

    ‚[…]czy Adam zgrzeszył, nie posiadając wiadomości złego i dobrego?[…]” – Nie zgrzeszył nie posiadając wiedzy! Zgrzeszył, nieposłuszeństwem wobec Stwórcy – więc jakąś tam wiedzę, wobec swego czynu, posiadał.

    „[…]jest jeszcze Miłosierdzie Boże.[…]” – prawda? Jakie to wygodne!

  35. 35 michał

    Wygodne? Ależ skąd! Grzesznik, który w skrusze żałuje swych grzechów, nie uważa Miłosierdzia za wygodę.

    A Adam owszem, zgrzeszył nieposłuszeństwem, ale skąd wiedział, że nieposłuszeństwo jest złe, skoro nie umiał rozróżnić dobra i zła?

  36. 36 amalryk

    Zaiste, skruszony grzesznik jest najpiękniejszym tryumfem – jestem przekonany, że w piekle takich nie ma a pensjonariuszy i tak nie brakuje.

    Nie zapominajmy wobec Kogo nieposłuszeństwo Adama zaistniało!

  37. 37 michał

    Nie zapominajmy, oczywiście, nie zapominajmy. Ale jednak pozostaje ta niepokojąca wątpliwość: skąd Adam miał wiedzieć o posłuszeństwie, skoro nie znał złego i dobrego?

  38. 38 michał

    Szanowni Panowie,

    Obiecałem powrócić do tematu „Znikającego punktu”, jak tylko uda mi się ponownie obejrzeć oryginalny, mityczny film z 1971 roku. Ma rację pan Orzeł, że historia Kowalskiego, który bez ładu i składu wdaje się w pościg z policją przez wiele stanów, pozornie po to tylko, by wygrać zakład, była dla nas czymś więcej niż dla widzów zachodnich, była oknem na świat. Ten samochód, o którym można było tylko marzyć, otwarte drogi, i goła dziewczyna na motocyklu… Ale film jest przecież o czymś, to jest jednoznaczny pean na cześć niczym nieograniczonej wolności.

    Film bardzo wyraźnie należy do pewnego nurtu w historii Hollywood; nurtu zapoczątkowanego prawdopodobnie przez „Bonnie & Clyde” i „Easy Rider”, ale którego szczytowymi osiągnięciami (przynajmniej z kinematograficznego punktu widzenia) były liczne obrazy Peckinpaha i „One Flew Over the Cuckoo’s Nest” Formana.

    „Znikający punkt” najwyraźniej nawiązuje do filmu Hoppera i Fondy, jest tzw. „road movie”. Egzystencjalny (sic) komentarz na żywo do rozwijających się wydarzeń jest dostarczony przez ślepego DJ, który wypowiada o Kowalskim słowa jakoś w ten deseń, że to jest ostatni amerykański bohater, dla którego prędkość jest wolnością duszy (speed means freedom of the soul). Kowalski buntuje się przeciw zakazowi czyli przeciw władzy, ale jest tu także ideologiczny wymiar: to jest bunt z roku 1970, bunt hippiesów, bunt przeciw tradycyjnemu społeczeństwu i wszelkim jego przejawom. Kowalski był odznaczony w Wietnamie, wyleciał z policji, bo próbował walczyć z korupcją. Niewypowiedziane przesłanie tego filmu jest chyba takie, że nowa Ameryka, ta stworzona przez hippiesów, przez DJów, przez Kowalskich – będzie lepsza od tej, która bezdusznie stawia buldożery na drodze znikającego punktu w kształcie Dodge’a Challenger RT 440 Magnum.

    I dlatego właśnie wersja nakręcona w ćwierć wieku później, na którą zwrócił nam uwagę pan Andrzej, jest interesująca ze względu na zabawne odwrócenie wektorów. W filmie z lat 90. wrogiem wolności jest już jednoznacznie władza; państwo kierowane i reprezentowane przez pokolenie byłych hippiesów z pierwszego filmu, państwo Clintona, który uniknął poboru do wojska, a teraz gnębi byłychżołnierzy. Oficer FBI nie ukrywa, że chce usidlić Kowalskiego. Sam bunt bohatera jest zresztą o wiele mniej bezsensowny, o wiele mniej przypadkowy: nowy Kowalski pędzi do szpitala, do żony w ciężkim połogu, ale i na jego drodze, cyniczna władza postawi buldożery.

    Znikającym punktem w obu wypadkach nie jest wcale pędzący samochód, ale wolność.

  39. 39 Orzeł

    Panie Michale!

    „Znikający Punkt” (ten pierwszy, ale chyba i drugi, późniejszy też) jest opowieścią o poszukiwaniu wolności przez uciskaną jednostkę. To jest rozumienie dosłowne przesłania filmu. Rzeczywiście ciekawe jest odwrócenie akcentów w tej drugiej wersji, chociaż nie jestem pewien, czy większość widzów w ogóle na to zwróci uwagę. Zgadzam się też, co do tych dwóch tytułów, którym przypisuje Pan zapoczątkowanie owego nurtu w kinie hollywoodzkim. Ale jest też coś innego, co łączy wszystkie te filmy, a co jest trudno uchwytne na pierwszy rzut oka. Coś, czego nikt nie odważyłby się zasugerować, powiedzmy dekadę wcześniej. To zakwestionowanie istniejącego porządku społeczno politycznego. O czym opowiada „Bonnie & Clyde”? O parze bandytów napadających na banki. „Easy rider” to historia nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie, nieodpowiedzialnych, otumanionych marihuaną życiowych rozbitków. O Kowalskim, już mówiliśmy. Wszyscy oni przedstawieni zostali jako bohaterowie walczący o jakieś wzniosłe ideały, a jednym z nich jest wyzwolenie ze szpon ciemiężącego ich, okrutnego państwa. Tego samego państwa, do którego ciągną gromadnie uciekinierzy z całego „wyzwolonego” już świata. I Chińczycy, i Kubańczycy, Koreańczycy z Północy, Wietnamczycy, uciekinierzy z Europy Wschodniej i z samego Sojuza, na tratwach, ukradzionych samolotach, wpław, na dachach pociągów i przez pola minowe. Byle do Ameryki! To najwyraźniej ci, którzy nie widzieli tych wstrząsających filmów. Chociaż nie! Musieli widzieć, bo przecież te właśnie tytuły były za żelazną kurtyną dozwolone, a nawet wskazane do rozpowszechniania. Właśnie w celach propagandowych. Patrzcie, jaka ta Ameryka zgniła! I tu chyba, paradoksalnie zadziałała przewrotnie magia kina, bo tutaj wszyscy się tą Ameryką właśnie zachwycali. Coś te starania cenzorów, którzy zakazywali filmów o Jamesie Bondzie, a w zamian epatowali „Easy riderem” i „Wszystkimi ludźmi prezydenta” nie odnosiły zamierzonego skutku. Pamiętam, jak po wyjściu z kina ze „Znikającego punktu” ojciec mi powiedział: patrz, synu, tam jest prawdziwa wolność, oni mogą takie filmy kręcić i FBI ich nie aresztuje…

  40. 40 amalryk

    Jeszcze w kwestii Adama. Nie sądzę abyśmy tu rozstrzygnęli, w sposób zadawalający, dwie znane i nie do pogodzenia w ramach tradycyjnej logiki tezy: Bóg jest wszechmocny i człowiek nie jest w stanie udaremnić jego decyzji i że ludzie są sami odpowiedzialni za swe potępienie bądź zbawienie.

    Pojawia się tu gdzieś echo jansenistycznych sporów o predystynację i powracające fundamentalne pytanie; „Czy Bóg wymaga od nas rzeczy niemożliwych?”

  41. 41 michał

    Drogi Panie Orle,

    To oczywiście wszystko słuszne, co Pan pisze o Znikającym punkcie i wszystkich filmach z tamtych lat. Uczyniłbymn jednak jedno uzupełnienie (jeśli uzupełnienia się czyni?). Otóż nie wydaje mi się trafne mówienie o „uciskanych jednostkach” i przedstawianiu bohaterów jako „walczących o jakieś wzniosłe ideały, a jednym z nich jest wyzwolenie ze szpon ciemiężącego ich, okrutnego państwa”.

    Z nielicznymi wyjątkami (Wódz w Locie nad kukułczym gniazdem jest pewnie uciskaną jednostką) oni wszyscy są, że pozwolę sobie użyć tytułu innego znanego filmu „buntownikami bez powodu”. Kowalski właśnie nie walczy o nic, to DJ próbuje mu nadać, przypiąć jakieś ideały, a on na to wyłącza radio – jemu się spieszy. Bonnie i Clyde po prostu grabią banki, dotąd się nudzili. Oczywiście bandyci wielokrotnie próbowali dodać ideologię do swoich wyczynów (autentyczna postać Neda Kelly jest dobrym przykładem), ale nie czynią tego autorzy filmu (o ile pamiętam). Jeden z najlepszych filmów tamtej epoki, Pat Garrett i Billy Kid, Peckinpaha, jest trenem na temat utraconej wolności, a że Billy był naprawdę psychopatycznym mordercą, który nie liczył ilu zabił Maksykanów, bo to nie ludzie, to jest drobiazg, który nie powinien nam mącić piękna obrazu.

    Te filmy wydają mi się właśnie a-ideologiczne, anarchizujące i bez powodu, o samą wolność czyli o nic. O tę „wolność do zabijania”, o której p. Andrzej tak słusznie powiedział, że go nie interesuje! Ależ tak, nie powinna nas interesować, a ludzie pokroju Peckinpaha uczynili ją przedmiotem pięknych filmów.

    Dzięki temu właśnie były idealne dla bolszewickiej propagandy, bo były „rozbijackie”.

  42. 42 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Mnie się to wydaje w miarę proste, ale zaraz pewnie się okaże, jak bardzo się mylę.

    Pan Bóg w swej Wszechwiedzy i Wszechmocy wie, jak się zachowają wolni ludzie, co nie odbiera nam wolności. Kiedy ojcec patrzy na małego niemowlaka, czołgającego się po podłodze, to wie z dużym prawdopodobieństwem, dokąd niemowlak się poczołga. Niemowlak jest nadal wolny poczołgać się w inną stronę. Ale ojciec na ogół się w tym względzie nie myli. Różnica pomiędzy ojcem a niemowlakiem jest nieskończenie mniejsza niż różnica między naszym Ojcem w niebiesiech i nami.

    Kiedy niemowlak zaczyna się czołgać w nieporządanym kierunku, to ojciec może postawić mu jakąś barierę na drodze, odwrócić uwagę grzechotką, albo wziąć na ręce – tak jak nasz Ojciec w niebiesiech otacza nas Łaską. Ale gdyby dzieciuk pozostał w objęciach ojca na zawsze, to nie byłby wolny. I tak samo jest z Łaską, nasza wolność jest tak potężna, tak straszna, że możemy nawet odrzucić Boską Łaskę.

    Stan Adama w Raju jest problematyczny, bo to jest status dziecka, status przedmoralny, kara zatem za nieposłuszństwo wobec kogoś, kto z definicji nie mógł odróżnić złego od dobrego, jest zupełnie straszliwa.

  43. 43 Orzeł

    Panie Michale!

    Zgoda, ci bohaterowie nie walczą o nic. Ale za to walczą z czymś. Na drodze do niczym nieskrępowanej wolności stoi bowiem państwo i z jego przedstawicielami ci wszyscy herosi muszą wciąż toczyć bój. I w tym właśnie momencie stają się automatycznie narzędziem czerwonej propagandy. Z resztą najlepszym wskaźnikiem tych tendencji jest fakt, że te same środowiska, które wykreowały Kowalskiego, Bonnie i Clyde’a, Billy’ego Kida, z wielką atencją wypowiadają się o takich postaciach, jak małżeństwo Rosenbergów, Philip Agee, czy dziś Edward Snowden. Swoją drogą ciekawe byłoby zapytać na przykład „Hanoi” Jane Fondę o jej aktualne sympatie polityczne, w chwili, gdy stoi na wypalonych atomowym ogniem zgliszczach San Francisco, czy Nowego Jorku, gdyby starania jej podobnych bojowników przyniosły te trzy dekady temu zamierzony skutek, czyli całkowite rozbrojenie Ameryki.

  44. 44 michał

    Panie Orle,

    Wydaje mi się, że zgadzamy się całkowicie. Tylko że kiedy Pan mówi ironicznie o „herosach toczących bój”, to ja podkreślam tylko, że zamierzeniem twórców jest wskazanie, że to właśnie żadni herosi i nie chcą toczyć bojów; że jedyne czego pragną to pędzić wolną drogą albo jechać konno w tę albo we w tę (jeżeli tak się to pisze), a tu ktoś im nie daje, rozciąga druty kolczaste albo stawia buldożery na drogach. Na tej nieokreśloności polega ich wartość dla sowieckiej propagandy.

    Ich rola jest taka, jaką spełnili lewicowi pisarze i intelektualiści w przedrewolucyjnej Rosji: zniszczyć tradycyjne społeczeństwo.

  45. 45 Orzeł

    No tak, bardzo trafna uwaga: to było niszczenie tradycyjnego społeczeństwa. Wydaje mi się jednak, że oni (ogólnie mówiąc Hollywood) dokonywali tego zniszczenia raczej bezrefleksyjnie, trochę chaotycznie, z nieprzymuszonej głupoty. Natomiast sowieci wykorzystywali te tendencje już całkiem świadomie, celowo i metodycznie, promując takie właśnie postawy

  46. 46 michał

    Tak, pożyteczni idioci. Robili i robią swoje z nieprzymuszonej głupoty w przekonaniu, że niszczą coś złego. W głębokim przekonaniu, że ludzie powinni robić, co chcą i że „nowe społeczeństwo” pozbawione konwenjonalnej moralności będzie lepsze. Tymczasem zamienili tę konwencjonalną morlaność na równie konwencjonalny amoralizm i pogaństwo.

  47. 47 Jaszczur

    Drodzy Panowie,

    Czy ktoś z Panów oglądał film taki jak „Red Dawn” (zarówno z 1984, jak i remake, chyba zeszłoroczny) albo serial „Amerika”? I czy ktoś przyglądał się recepcji tych produkcji i wśród krytyków, i wśród widzów?

    Mam wrażenie, choć może za mało czytam, bo szczerze mówiąc niewiele mnie obchodzi zdanie krytyków, zwłaszcza lewackich użytecznych idiotów i regularnych czerwonych, że wyśmiewano je za patos (!) czy patriotyzm (czyli „nacjonalizmu”, „faszyzmu”, „militaryzmu”) i antykomunizm.

    Warto też wspomnieć o perypetiach, jakie spotkały remake „Czerwonego Świtu” – ze względu na polityczną poprawność i konieczność pokojowej koegzystencji USA i ChRL, agresora zmieniono na KRL-D (wspieraną, skądinąd, przez Rosję Sowiecką, w jednej scenie pokazano też oficerów w mundurach… PLA).

  48. 48 michał

    Drogi Panie Jaszczurze,

    Nie widziałem, przyznaję, ale czy powinienem oglądać? Niech Pan nie siedzi na barykadzie, tylko powie wprost: warto oglądać czy nie?

  49. 49 Jaszczur

    Ech, siedzieć to ja sobie mogę co najwyżej na płocie, ale tego unikam, bo to raczej niezbyt wygodne.

    Unikam takich kategorycznych sądów, zwłaszcza, jeślibym miał komukolwiek doradzać. Niech Pan obejrzy! A potem sam stwierdzi i napisze, czy warto było.

  50. 50 Orzeł

    Pamiętam „Czerwony świt”, ten z 1984 roku, z Patrickiem Swayze, o ile się nie mylę. W latach 80-tych zdarzały się takie produkcje, miało to pewnie związek z kursem obranym przez Reagana i próbą przekazania ogółowi obywateli, na czym polega w rzeczywistości komunizm. Nieliczni producenci w Hollywood podchwycili takie przesłanie, stąd kilka podobnych filmów się faktycznie pojawiło. „Czerwony świt” był jednak produkcją raczej niskobudżetową, o dość ograniczonym zasięgu, gdzie mu tam do „Plutonu”…

    Z punktu widzenia naszych rozważań, ciekawszym przypadkiem wydaje mi się „No way out”, w którym na przekór dominującym tendencjom autorzy odkopali dawne „obsesje” Angeltona i pokazali potencjalne zagrożenie sowiecką infiltracją wewnątrz CIA.

    Był jeszcze „Czwarty protokół” na podstawie Forsythe’a, ale tam ostatecznie o podłożenie bomby atomowej pod amerykańską bazę w Anglii oskarżano jakiegoś zbuntowanego i działającego samotnie oficera KGB, wiec to film raczej z kategorii pogodnych komedii familijnych.

  51. 51 Jaszczur

    Panie Orle!

    Tak, tak! „Czerwony Świt” ze Swayze i Sheen’em jrem to faktycznie produkcja niskobudżetowa. Tak samo, jak zeszłoroczny remake.

    Całkiem możliwe, że te filmy (plus „Amerika” były) były w jakimś stopniu pokłosiem właśnie polityki Reagana.

    A co do równie niskobudżetowego „Red Dawn” z 2012 roku, to czy może on być przejawem jakichś obaw, jakiejś świadomości co do rzeczywistego charakteru komunizmu współczesnego, popieriestrojkowego? Że jest to, jeśli chodzi o produkcję, scenariusz (jak Korea Pn. może zająć CAŁE Zachodnie Wybrzeże USA, nawet z pomocą Moskwy i Pekinu?!) i efekty specjalne, pod wieloma względami gniot, to inna sprawa.

    Przy czym problemy, m.in. z budżetem czy z recepcją to efekt tego, jak kulturowy establishment (chcemy czy nie, filmowcy i aktorzy do niego należą w sensie „technicznym”) postrzega komunizm i różnorakie zagrożenia, jakie on ze sobą niesie.

    Całkiem niedawno, chyba jakoś w poprzedniej dekadzie tego wieku, wyemitowano też serial „Jericho” o terrorystycznym ataku nuklearnym na USA. Ale tam sprawcami okazali się ludzie ze złowrogiej korporacji przypominającej Blackwater, a samoloty transportowe Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej zrzucały Amerykanom pomoc humanitarną…

  52. 52 Orzeł

    Panie Jaszczurze!

    Widzę, że zgadzamy się co do walorów artystycznych obu „Czerwonych świtów”. Natomiast co do zagadnień polityczno – militarnych, to chyba w obu produkcjach jest jeszcze gorzej, niż z poziomem artystycznym. Autorzy dość prostodusznie rozumieli zagrożenie komunistyczne i pokazali je na ekranie, jak umieli najlepiej, czyli w postaci oddziałów specnazu spadających na niczego niespodziewających się Amerykanów. O wojskowym sensie przeprowadzenie takiej operacji nie ma sensu nawet dyskutować, ale w końcu fabuła filmowa ma swoje prawa. Niezależnie jednak od tych wszystkich zastrzeżeń, pamiętam, że oglądając po raz pierwszy „Czerwony świt” bardzo kibicowałem Patrickowi i Charliemu, kiedy lali sowietów. Taki odruch.

  53. 53 amalryk

    Nie, nie jest w cale Pańska argumentacja taka nieprzekonywująca, osobiście jestem też przekonany, że nasze błagalne prośby o łaskę będą jednak wysłuchane, chociaż Bóg nie jest niczyim dłużnikiem i nikt z nas nie ma podstaw do jakichkolwiek roszeń wobec Jego miłości.

    Stan Adama jest problematyczny ale tylko ze względu na skalę zastosowanej kary – dzieci też w końcu wychowujemy przez karcenie. W zakresie dostępnej nam wiedzy możemy domniemywać iż ten „zimny prysznic” w postaci Wygnania był niezbędny, być może skala zła które drzemie w nas nie zezwala nam (jak i nie zezwoliła naszym prarodzicom) na wiedzenie beztroskiego, bezkresnego i przyjemnego życia.

  54. 54 michał

    Panie Amalryku!

    Wolno nam ufać w Boże Miłosierdzie. Ta ufność już jest Łaską. Ale też cóż innego mamy ponad tę ufność? Wszyscy jesteśmy grzesznikami, więc nie możemy mieć roszczeń, ale możemy i powinniśmy się modlić o zmiłowanie.

    A co do Adama, ma Pan na pewno rację. Ja mam z tym zawsze kłopot.

  55. 55 michał

    Szanowni Panowie Kinomani,

    Niestety nie mogę nic dodać do słów Panów na temat wymienionych filmów, bo żadnego z nich nie widziałem. Zainteresowała mnie wszakże wzmianka o Angletonie. Otóż ten niezwykły człowiek jest potencjalnie wymarzonym bohaterem dla hollywoodzkiej produkcji. Pewien nurt amerykańskich filmów sensacyjnych opiera się na założeniu, że rzeczy nie są takie, jak się wydają; że jakaś podejrzana siła pociąga za sznurki gdzieś w ciemnościach i nasz bohater – wyśmiewany i odrzucony – jest jednym, który okazuje się mieć rację. Angleton całkowicie pasuje do tego modelu.

    Znam dwa filmy, które wyraźnie opierają się na elementach biografii Angletona. The Good Shephard, w reżyserii De Niro z Mattem Damonem w roli Angletona i mini serial Scotta Ridleya pt. The Company, z Michaelem Keatonem, który wydał mi się znakomity jako Angleton. Niestety oba filmy są bardzo słabe, a De Niro odwraca historię z Nosenką i Golicynem zupełnie haniebnie. Warto jednak zauważyć, że w The Company, Angleton okazuje się mieć rację cały czas.

  56. 56 Orzeł

    Panie Michale!

    Ja z kolei nie widziałem „The Company”, ale za to pamiętam dobrze film De Niro. To dopiero jest antyamerykańska propaganda w stanie czystym. Damon grający tam postać mającą wiele cech Angeltona (chociaż w filmie nie pada to nazwisko) kreuje obraz człowieka niemal obłąkanego i całkowicie oderwanego od rzeczywistości. A numer z Nosenką wyskakującym przez okno to majstersztyk manipulacji. Nie ma to jak lekcja historii made in Hollywood…

  57. 57 michał

    The Company jest o tyle ciekawe, że opowiada historię CIA poprzez paru młodych ludzi, którzy są rekrutami w latach 40/50. Walczą tylko z sowietami i są zdradzeni w Niemczech, zdradzeni na Węgrzech, zdradzeni na Kubie. W końcu Angleton (też chyba się tak nie nazywa, ale nie ma wątpliwości, kto to jest) znajduje zdrajcę, ale Firma przekonuje go, że on wcale nie był zdrajcą tylko bohaterem. Angleton odchodzi, a tamten jest przyjęty w chwale, dosłownie z owacją, kiedy powraca do biura.

    Niestety to jest dość słaby film. Oprócz Keatona, słabiutcy aktorzy w głównych rolach.

  58. 58 amalryk

    Nie ma to jak lekcja historii made in Hollywood…
    ——————————————————————————————
    A czegóż innego się spodziewać po bolszewikach w stanie czystym?

  59. 59 Orzeł

    Panie Amalryku!

    Właśnie zastanawiam się, czy to już bolszewicy, czy tylko pożyteczni idioci… Rozgraniczenie polega chyba na tym, że pierwsi zdobywają dzięki swojej działalności realną władzę, a drudzy na koniec, po tryumfie bolszewii idą pod ścianę. Na razie wygląda na to, że jeszcze światło nie zostało oddzielone od ciemności, więc trudno mi to rozstrzygnąć.

  60. 60 michał

    „… W najwcześniejszym dzieciństwie mieszkałem z rodzicami w St. Petersburgu. I bardzo nie lubiałem, jak mnie czesano. Wtedy, pamiętam, mówiła do mnie bona: `Zobaczysz, zalęgną się u ciebie na głowie weszki.’ – ‘No to i co!’ – odpowiadałem krnąbrnie. – ‘A to, że jak ich będzie dużo – mówiła – ukręcą sznur i wciągną ciebie do Newy.’”

    Użyteczni idioci w swej masie skręcają sznur, na którym zostaniemy powieszeni. Albo, jeśli wolno zmieszać mi metafory, to oni założą nam na naszą ludzką twarz koszmarną gębę, maskę ludzkiej twarzy. A że potem pójdą pod ścianę? Bóg z nimi.

  61. 61 amalryk

    W XXI wieku, po niemal stuleciu tryumfalnego pochodu bolszewizmu poprzez ludy, kontynenty tudzież morze wylanej, w trakcie tego pochodu, krwi, panowie jeszcze się spodziewacie znaleźć naiwnych idealistów, tych od postępu, sprawiedliwości społecznej, równości, wolności, powszechnego szczęścia ludzkości i czego tam jeszcze, co towarzysze ochoczo z rozpędu naobiecywali? I to gdzie? W Hollywood??? Jedyne czego mogą ewentualnie tam pragnąć to tego żeby gensek był Amerykaninem i to najlepiej czarnym…

  62. 62 michał

    Panie Amalryku,

    Naiwne to może i jest, ale nie przestaje być prawdą, że wśród tej masy poputczyków są także naiwni idealiści, którzy autentycznie wierzą, że równość da się pogodzić z wolnością, że powszechne szczęście ludzkości jest tuż, tuż, za rogiem, wystarczy tylko zrobić krok, aby objawił się nam Nowy Wspaniały Świat.

    Na tym polega siła bolszewików, że ludzie szczerze wierzą w taki bełkot.

  63. 63 Andrzej

    Bez wątpienia poputczyków jest w Hollywood najwięcej (jak i całej „zlewaczałej” Ameryce) ale np. Sean Penn czy George Clooney to już nie żadni poputczycy. To zwyczajni bolszewicy. Tak jak Wajda i wielu innych tutaj. Oni realizują konkretne zadania i doskonale wiedzą co czynią i po co. Wystarczy ich posłuchać poza filmem. Według mnie Pan Amalryk ma rację w tym względzie.

  64. 64 michał

    Ależ Panie Andrzeju!

    Nie myśli Pan chyba, że ja utrzymuję, jakoby Hollywood był wolny od bolszewickiej swołoczy?! Nawet mi taka myśl w głowie nie postała.

  65. 65 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Skądże znowu, abym tak o Panu pomyślał! Wręcz przeciwnie!
    Chodzi mi tylko o to że tej orkiestrze i chórowi poputczyków ktoś dyryguje i ktoś tam gra pierwsze skrzypce. Masa, masą ale w niej rej wodzą nie „naiwni idealiści” tylko bolszewicy właśnie. To oni decydują. Dzisiaj już wszyscy wiedzą co i jak. Stąd też myślę, że tę masę już nie „napędza” naiwność, tylko wola w pełni świadomego działania na rzecz bolszewizmu.

  66. 66 michał

    Otóż, widzi Pan, mnie się wydaje, że tego dyrygowania jest mniej niż sądzimy. Zresztą, może źle mówię. Może inaczej:

    Ta orkiestra współczesnej pseudokultury ma mnóstwo pierwszych skrzypków, wymienionych przez Pana aktorów, ale także piosenkarzy, reżyserów, dziennikarzy, mecenasów itp. Niektórzy z nich nawet dyrygują, a jakże! Niejeden pierwszy skrzypek w orkiestrze ma takie ambicje. Ale czy oni są świadomymi dyrygentami? Z tych, co mają – jak każdy dobry dyrygent powinien mieć – pojęcie na temat tego, do czego ich muzyka zmierza, koncepcję struktury i architektury, a nie tylko odgrywania nut zapisanych w partyturze?

    Ja wątpię czy tak jest. Prawdziwi „dyrgenci” są gdzie indziej i trzymają się od tego z dala, bo wymachiwanie batutą jest im całkowicie niepotrzebne. Dlatego właśnie są dyrygentami w cudzysłowie.

    A masy nigdy nie są świadome, bo masa nie ma duszy i jest zaledwie hipostazą. Naiwność poszczególnych skłądników masy na ogół zupełnie wystarcza.

  67. 67 Andrzej

    Panie Michale,

    Zgodzę się, że składniki masy są naiwne. Wystarcza im samo „chcenie”.
    Czy jednak soliści w tej orkiestrze są nieświadomi tego co robią? Czy chcą tylko „dobrze zagrać”? Mnie się wydaje, że doskonale znają cel swojego działania. Myślę, że są świadomi tego co robią, że o ile sami nie dyrygują to przynajmniej są przez dyrygenta wtajemniczeni w szczegóły partytury. Jakże słusznie pisze Pan, że jest ich cała armia. Jeśli nawet nie są członkami partii wewnętrznej to przynajmniej jej zaufanymi komsomolcami/hunwejbinami z taką właśnie świadomością.

  68. 68 michał

    Panie Andrzeju,

    Co konkretnie ma Pan na myśli? Jaki konkretnie dyrygent bierze solistę na bok i mówi mu: jeśli nakręcisz taki film, napiszesz taką piosenkę, to spowoduje rozprzężenie i destrukcję podstaw społeczeństwa, a na tym właśnie nam zależy? Gdzie jest ten dyrygent? Kto nim jest? Jeśli istnieje, to prędzej czy później powinny pojawić się jakieś ślady jego instrukcji, ślady tych wtajemniczających rozmów.

    Innymi słowy, jeśli istnieje rzeczywiście jakieś centrum zarządzania, to nie może przecież leżeć na dnie morza w całkowitej izolacji od świata, bo nie może wtedy zarządzać. Jeśli natomiast posyła w istocie instrukcje, to się o nich dowiemy.

    Mnie doprawdy trudno sobie wyobrazić, żeby Sean Penn otrzymywał instrukcje z Moskwy. Nawet najbardziej bolszewicki wśród tych panów, Steven Soderbergh, nawet on nie musi otrzymywać żadnych instrukcji. Chyba że…

    Chyba, że za takie instrukcje uważa Pan podszepty diabelskie, ale to insza inszość, jak mawiała pewna dama.

  69. 69 Andrzej

    Panie Michale,

    Aż tak szczerze oczywiście nie są informowani ale też nie są w stanie niewiedzy co do tego co czynią. 5 pokoleń tej wiedzy to aż nadto.

    Rozprężenie i destrukcja społeczeństw? A pewnie, że tak! O to im przecież chodzi: obalić stary świat i stworzyć nowy. Jak w każdej rewolucji. I oni też na koniec będą jej ofiarami choć być może, łudzą się, że nie.

    Czy istnieje centrum zarządzania? Ja sądzę, że to nie centrum tylko raczej sieć w której można wskazać istotne ośrodki koordynacji działań (w USA jak najbardziej też). Nowa, udoskonalona międzynarodówka bolszewicka, która nie ma swojej jednej centrali a raczej ma centralę rozproszoną, ogólnoświatową. Pozwalają na to zarówno skala dotychczasowych zdobyczy jak i środki techniczne. Czekiści sowieccy czy chińscy komuniści nie muszą sterować bolszewikami w Ameryce bo tamci doskonale wiedzą co trzeba robić. To „jedno i to samo drzewo”. Mogą im pomagać i to przecież robią. Każdy realizuje swoje zadania w ramach wspólnego celu: władzy bolszewickiej na całym świecie. Jest to cel powszechnie znany od 100 lat. Podszept diabelski, a jakże!

  70. 70 michał

    Tak, ale czy z tego nie wynika, że to raczej SIĘ robi, niż jest robione?

  71. 71 Orzeł

    Panowie!

    To jest bardzo ciekawa kwestia. Czy oni robią to ze zwykłej głupoty, czy są na czyjejś smyczy. Być może są jakieś odosobnione przypadki, kiedy Centrala, pogrobowiec I Zarządu Głównego KGB faktycznie pociąga za sznurki i używając swoich środków aktywnych realizuje jakieś konkretne cele, powiedzmy taktyczne. A to jakiś alarmujący filmik katastroficzny o zagrożeniu środowiska wydobyciem gazu łupkowego, a to jakiś dokument o pilotach debeściakach, co to podchodzą na ślepo do lądowania. Być może… Wydaje mi się jednak, że to raczej margines zjawiska.

    W większości przypadków to raczej spontaniczne działanie klasycznych pożytecznych idiotów, którzy bezmyślnie powielają wpojone im dawno temu kalki pojęciowe. Robota tzw agentury wpływu była wykonana kilkadziesiąt lat temu, a dziś cała machina działa już siłą rozpędu i żadni dyrygenci nie są potrzebni. W każdym razie ja tak to widzę.

  72. 72 michał

    Dlatego wydaje mi się, że procesy sowietyzacji, jakie możemy obserwować na Zachodzie od lat, były bez wątpienia sterowane w dawnych czasach, kiedy należało zapoczątkować marsz przez instytucje, a teraz „robią się same”.

    Poza tym, kto miałby nimi sterować w dzisiejszych czasach? „Rosja” Putina? Przecież to wedle całej lewicy „autorytarny, prawicowy reżym”. Chrl? Przecież to kapitaliści. Więc kto? To oni sami! To oni, Hollywood i muzyka pop, to oni są awangardą rewolucji i oni nauczą cały świat, pokażą światu drogę ku Nowej Świetlanej Przyszłości!

    Na co bolszewicy w Moskwie i Pekinie zacierają rączki: tak, nauczcie nas, prosimy, nauczcie nas demokracji i wolności, a my wtedy przyjdziemy na gotowe.

  73. 73 Andrzej

    Szanowni Panowie,

    Według mnie, od czasów „pierestrojki” zasadniczo się w tym schemacie zmieniło. Mianowicie, centrala bolszewicka jako jedno czy dwa konkretne miejsca nie istnieje. Przedtem, można było ją łatwo zaobserwować i zidentyfikować: międzynarodówka komunistyczna z siedzibą w Moskwie, centrala pekińska; dla kolejnych chętnych: „know how”, broń, „interwencje”, instrukcje, doradcy, dokładnie określone strefy i sfery działań itd. A wszystko to, mając w swoim posiadaniu prawie połowę świata.

    Teraz nie trzeba już tego robić. Kadry są przygotowane, zdobycze z poprzednich lat i dzięki „pierestrojce” są ogromne. Prawie cały świat leży już u stóp bolszewików a ci co jeszcze nie leżą, biernie czekają na spełnienie się ich przeznaczenia. Z kim tu walczyć militarnie? Z USA? Można by ale po co, skoro można ponieść nieprzewidziane straty, a bolszewicy mają tam strategiczne wpływy. Rządzą tym krajem. Wystarczy tylko popychać i się przewróci. I to właśnie robią. Istnieje wprawdzie groźba kontrrewolucji i na to bolszewicy są przygotowani.

    Moim zdaniem, nowa centrala obejmuje cały świat, jest rozproszona. Składa się z różnych „forów”, „organizacji współpracy”, „konferencji” itd itp. Oto nowy „kraj rad” czy też jak trafnie piszą Pan Dariusz i Pan Michał „raj krat”. Ogólnoświatowy. Kolektywnie stworzony. A że są więksi i mniejsi i działają w różnych warunkach i na różnych „płaszczyznach”? To kwestia konkretnych potrzeb, kwestia wprawy i doświadczenia, kwestia sił i środków do dyspozycji. Jedni pomagają drugim aby było szybciej: jedni atakują Amerykę od wewnątrz a inni z zewnątrz. Ale cel jest wspólny i on ich wszystkich łączy w tym, że działają zgodnie: „…gdy naród nasz bratni, ogarnie ludzki ród.”. To jest to samo co było od początku ale w zmienionych diametralnie warunkach. Znacznie korzystniejszych dla bolszewików. Po co bolszewicy maja się teraz ograniczać do Moskwy czy Pekinu? Skoro są już prawie wszędzie i wszędzie tam bez większego zagrożenia sprawują władzę? Potrzebują ją tylko utrzymać i usunąć ostatnie przeszkody na drodze do ich celu.

  74. 74 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Niech mnie Pan źle nie zrozumie, ale chyba słowa „centrala obejmuje cały świat, jest rozproszona” są wewnętrznie sprzeczne, nie sądzi Pan? Albo centrala, albo rozproszenie. Albo centrum, albo cały świat. Cały świat może być np. środkiem wszechświata, ale nie samego siebie.

    Oczywiście nie muszą się bolszewicy ograniczać do Moskwy i Pekinu, ale też nigdy się nie ograniczali. Zawsze prowadzili działalność z dala od centrali, na Kubie, w Korei, na Filipinach czy w Stanach.

    Ale poza tym chyba się zgadzamy w zarysach.

  75. 75 amalryk

    Zasadniczo, uściślając chciałem powiedzieć, iż wśród wszechobecnych w naszej umierającej cywilizacji bolszewików mamy tylko dwie grupy; idiotów i moralnych degeneratów. Idiotami się nie zajmuję, ci na Sądzie Ostatecznym mają jeszcze jakąś szansę , a ci drudzy toż to kwiat intelektu światowej fabryki snów (z nielicznymi wyjątkami)!

    Jak to było powiedziane?

    „Dla współczesnego świata nie ma innego rozwiązania jak tylko Sąd
    Ostateczny.
    Niech to się skończy.”

    ps. Widział ktoś z kolegów kinomanów film pt. „Cristiada”?

  76. 76 michał

    Walka ludu z ateistycznym rządem? Nawet o nim nie słyszałem! W rzekomo chrześcijańskim kraju, w którym mieszkam, film jest nie do zdobycia. Nie był na ekranach, nie jest w obiegu dvd.

  77. 77 amalryk

    Od momentu pojawienia się tych tzw multipleksów moja noga w nich nie powstała, pomijając rzecz jasna merytoryczne gówno, które się tam ogłupiałej publice serwuje ( z resztą tzw galerie handlowe również omijam wielkim łukiem – najwyraźniej chyba posiadam jakiś genetyczny defekt „tłumowy” – staję się wśród tej bezosobowej zbieraniny bezsensownie agresywny i nawet jak na moje standarty wyjątkowo wulgarny).

    Ale na „Cristiadę” się chyba do „Kijowa” przejdę – Viva Cristo Rey!

  78. 78 michał

    Do Kijowa piechotą? Nie można pojechać?

    Ale jak już Pan dojdzie i obejrzy, to niech Pan łaskawie da znać, czy tego warto szukać.

  79. 79 Andrzej

    Panie Michale,

    Powinienem pisać „centrala” w cudzysłowie bo rzeczywiście bez tego zestawienie tych terminów brzmi sprzecznie. „Centrala” jako „ciało” które koordynuje, wyznacza cele i wspiera ich realizację i które jest wielopostaciowe. Precyzując, chodziło mi o to, że nie ma już konkretnego centrum lecz sieć z węzłami . Myślę, że te węzły są niezależne w stosunku do siebie. Nie ma tu hierarchii jaka istniała kiedyś. Nie chciałem bynajmniej stwierdzić, że bolszewicy ograniczali się terytorialnie (przecież ich celem był i jest cały świat a nie jego fragmenty). Szerzyli zarazę, podbijali świat gdzie tylko mogli i jak mogli. Wprawdzie z dala od sowietów (geograficznie) ale komunistyczna Kuba czy też KP USA były jawnie zarządzane przez centralę międzynarodowego komunizmu w Moskwie (zależnie od potrzeb, niemniej taka podległość była zasadą dla wszystkich bolszewików – po to przecież została stworzona ta centrala). W moim mniemaniu, dziś mamy świat pełen „central” – węzłów, wzajemnie powiązanych w sieć, współbieżnie realizujących wspólny algorytm. Ta sieć zastąpiła dawną centralę.

  80. 80 Andrzej

    ps. film „Cristiada” w oryginale ma tytuł „For Greater Glory. The True Story of Cristiada” (http://www.amazon.com/For-Greater-Glory-Peter-OToole/dp/B008GFZWRW/ref=sr_1_1/184-4850998-6064030?ie=UTF8&qid=1374577301&sr=8-1&keywords=cristiada+dvd)

  81. 81 amalryk

    Można pojechać! Ale można i pójść, z Wieliczki to tylko 15km…, za pierwszej komuny to było zasadniczo na rogu Krasińskiego i Smoleńsk – też daleko; „…po smolieńskoj darogie liesa, liesa, liesa…”

  82. 82 michał

    Panie Andrzeju,

    „Centrala” nawet pisana w cudzysłowie, nie może być rozsiana, bo albo-albo. To jest jak rozsianie przy braku stwardnienia. Sieć z węzłami, to jest dobry obraz, ale w takiej sieci po prostu nie ma centrali, nie ma środka, bo każdy węzeł w sieci jest maleńkim ośrodkiem, a nie ma jednego centrum. Węzły, jak Pan mówi, są niezależne od siebie, nie ma tu hierarchii.

    Ten obraz wydaje mi się słuszny dla opisania długotrwałej rewolucji jaka odbywa się od dziesiątków lat na Zachodzie, tego co za Gramscim nazywamy „pochodem przez instytucje”. Ale to nie znaczy, że nie ma centrali w Moskwie i w Pekinie. To się odbywa na innym planie i ma inne cele. Na Zachodzie rozkład, a w centrali nie.

    Na marginesie, muszę zgłosić zastrzeżenie, do Pańskiego obrazu zarządzania Kubą jako odległą niemalże „kolonią”. Mnie się zdaje, że geniusz sowiecki polegał na tym właśnie, że odległa Kuba NIE była zarządzana z Moskwy. Castro był i jest wysokim urzędnikiem międzynarodowego bolszewizmu, a nie marionetką, nie kukiełką na nitkach pociąganych w Moskwie.

  83. 83 Andrzej

    Panie Michale,

    Castro był i jest wysokim urzędnikiem międzynarodowego bolszewizmu.

    Centralą międzynarodowego bolszewizmu była Moskwa. Ja nie twierdzę, że sowieci kierowali Kubą tylko to właśnie centrum zarządzania międzynarodowych komunistów. Ono kierowało też sowietami. Inna rzecz, że towarzysze sowieccy mieli tam wpływy decyzyjne (jako „ojcowie założyciele” bolszewizmu) Jasne, że Castro grał w tym centrum (w czasie gdy istniało jawnie) jedną z głównych ról. Decydował sam o sobie na tyle na ile zgadzał się na to kolektyw międzynarodowych komunistów. Naturalnie, tak samo jest i dzisiaj. Centrale w Moskwie i Pekinie dalej, moim zdaniem, istnieją ale istotnie „na innym planie”, zasadniczo realizują inne zadania niż te które centrale działają w tzw. krajach zachodnich czy w Ameryce Południowej . Te cele wyznacza im realizowany od lat NEP.

    Mój kłopot z określeniem „centrala” wynika stąd że nie potrafię ująć w jedno słowo tego, w co przekształciła się stara centrala. „Centrala sieciowa” brzmi faktycznie źle i wprowadza zamęt pojęciowy. Może zatem „sieć central”? Ale jest to sieć która sama stanowi całość, jest skoordynowana. Układa się w informatyczną „chmurę”, co oznacza zestaw usług i serwerów przeznaczonych do ich realizacji, zestawionych wspólnie i prezentujący się na zewnątrz jako jedność. Tak właśnie mi się kojarzy ta kwestia (jestem z zawodu informatykiem) ale nie chciałem używać tej terminologii aby się „nie wymądrzać”.

  84. 84 michał

    Panie Andrzeju!

    A gdzież nam się wymądrzać, jak nie w Podziemiu?

    Chmura jest dobra, tak jak i sieć, ale chyba nie chmura central, ani sieć central.

    Przyszło mi do głowy inne rozróżnienie, które może będzie tu pomocne. Sowieciarze stworzyli antykulturę, która była im niezbędna do wykucia nowego człowieka. Nie narzucali jednak tej antykultury Zachodowi, bo lepsza wydała im się panosząca się wszędzie pseudokultura, która skutecznie podminowuje tradycyjne społeczeństwo. Tej pseudokultury nie trzeba sterować, wystarczy gdzieniegdzie popchnąć w odpowiednim kierunku, Taką rolę odgrywali agenci wpływu i oni uruchomili marsz przez instytucje. W ostatnich jednak dziesięcioleciach ten marsz jest kontynuowany przez swoją własną inercję, bez udziału agentów, bo i po co?

    Chmurą są wszyscy twórcy hollywoodzcy, piosenkarze, ogromna większość pisarzy, dziennikarzy, publicystów, akademików itd. Ot co.

  85. 85 Andrzej

    Zgoda Panie Michale. Drugą częścią tej „konstrukcji” jest międzynarodówka bolszewicka, partie i „partie” sprawujące pełnię władzy na konkretnym terytorium, posiadające już swoje „zasoby” i „know how”. Działają one przede wszystkim zewnętrznie, ofensywnie, „na planie demokracji”, zgodnie ze schematem opisanym przez Golicyna. I tutaj (do spółki z „chmurą antykulturową” działającą od wewnątrz) „nie trzeba sterować”, wystarczy gdzieniegdzie popchnąć w odpowiednim kierunku” – „przechylać talerz”.

  86. 86 michał

    Obraz przechylonego talerza – autorstwa niezrównanego Andreja Nawrozowa – wydaje się najlepiej opisywać to, co się dzieje na Zachodzie. To jest metafora tłumacząca, dlaczego sowieciarze mogą być tak zupełnie zrelaksowani w związku z wydarzeniami w tak zwanym Wolnym Świecie.

  87. 87 Piotrek

    Orzeł fajny tekst, szczególnie z tą częścią Adlerowską pisaną „żargonem operatorskim”.
    Chciałbym żeby Polański przeczytał ten tekst naprawdę, byłaby niezła zabawa.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja