Wydawnictwo Podziemne - Sowiecka strategia dzisiaj - Jaszczur

Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Jaszczur


Sowiecka strategia dzisiaj

Kilka uwag wokół „Szpalerów autorytetów”

Głównym wątkiem tekstu „Szpalery autorytetów” Pana Michała Bąkowskiego jest polemika z dość powszechnym w polskiej publicystyce antykomunistycznej i prawicowej nurtem, który łączy dwie sprzeczności: mówienie o fałszywości upadku komunizmu, a jednocześnie nadawanie neokomunistycznym tworom państwopodobnym cech typowych dla suwerennych, niepodległych państw.

Wątkiem niejako pobocznym, ale ważnym, zajmującym około połowę artykułu, jest odcinek sowieckiej długoterminowej strategii realizowany obecnie przez kagiebowską ekipę Putina. Podstawowym, węzłowym problemem jest to, że komunizm dokonał w latach 1989-1991 transformacji w system, który można określić mianem neokomunizmu albo komunizmu ukrytego. Nie jest niczym „tajnym specjalnego znaczenia” i zostało udowodnione przez historyków i politologów, że operacja transformacji ustrojowej została przeprowadzona przez KGB i podległe mu bezpieki w demoludach. Gołym okiem widać, że właściwie we wszystkich krajach byłego ZSRS i bloku komunistycznego rządzi (bardziej lub mniej zakulisowo) przetransformowana komunistyczna nomenklatura i bezpieka. Strategia zakładająca transformację ustrojową komunizmu została stworzona co najmniej w latach ’60, a jej zarys formułowali między innymi już Stalin i Beria. Jak wygląda ta strategia dzisiaj?

Pan Michał Bąkowski twierdzi między innymi, że obecna strategia i taktyka polityczna realizowana przez Putina, a oparta na teoriach Aleksandra Dugina, Siergieja Karaganowa, ale i Jewgienija Primakowa (generała KGB, zmarłego kilka dni temu) to prosta kontynuacja, jeśli nie powiedzieć klisza, strategii i taktyki „ojców założycieli” Sowietów: Lenina, Trockiego i Stalina. Jest w tym sporo racji, po pierwsze dlatego, że celem komunizmu jest władza nad światem, a po drugie dlatego, że światowy układ geopolityczny niewiele zmienił się od czasów Lenina i Stalina. Nawiasem, można wręcz rzec, że obecny porządek światowy jest rezultatem nie drugiej, lecz pierwszej wojny światowej…

I tak na przykład, Unia Europejska ma całkowicie współgrać z sowiecką strategią, a właściwie być realizacją jednego z celów tejże; chodzi o to, by ZSRS/Rosja Sowiecka były w stanie „zhołdować” (opanowaną przez socjaldemokratów, użytecznych idiotów i agenturę) Europę w taki czy inny sposób. Niekoniecznie dokonując podboju, niekoniecznie chcąc uzyskać kontrolę nad podbitym terytorium: zwłaszcza, jeśli nie jest to możliwe, bolszewikom od Lenina do Putina wystarcza swego rodzaju kontrola strukturalna przy użyciu „spinaczy” łączących Rosję Sowiecką z Europą – punktów będących ogniskami permanentnego chaosu. Pan Michał Bąkowski słusznie zresztą stwierdza:

„Wiele mówi się o zmniejszeniu się strefy wpływów sowieckich w Europie w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Warto jednak zwrócić uwagę, że posiadając ogromną koncentrację sił militarnych na czterech przyczółkach daleko odsuniętych od „Rosji” właściwej, w Królewcu, w Transdniestrii, na Krymie i na Kaukazie, Putin może sobie pozwolić na odgrywanie roli słabeusza. Tradycyjnie ważne dla rosyjskiej (carskiej) polityki imperialnej strefy: Inflantów i Kurlandii, Besarabii i Morza Czarnego oraz Kaukazu, Putin kontroluje w zupełności, ale co ważniejsze, sprawia wrażenie, jak gdyby ich nie kontrolował. Może więc poświęcić się obnażaniu słabości zarówno Niuni Europejskiej jak i NATO, które nie kiwną palcem w obronie terytoriów państw bałtyckich czy Ukrainy, bez wielkiego ryzyka dla własnej pozycji.

Tym samym wzmacnia chęć polityków europejskich – którzy i tak byli chętni – do szukania z nim kompromisu. Taki, i tylko taki, jest sens wydarzeń na Ukrainie. (…)”

Warto w tym miejscu stwierdzić, że „bezpieczniki” w postaci Kaliningradu, Naddniestrza, Abchazji, Osetii Południowej, czy wreszcie Krymu (z elaboracją rakiet zdolnych przenosić głowice nuklearne i dosięgnąć Rumunii czy czarnomorskiego wybrzeża Turcji), Donbabwe i Ługandy mają – póki co – znaczenie nie tyle strategiczne i operacyjne, co psychologiczne. Chodzi przede wszystkim o zastraszenie demoliberalnego i pacyfistycznego Zachodu (zwłaszcza Europy) samą tylko możliwością użycia siły – czy to wywołania konfliktu lokalnego w centrum spokojnej Europy, czy to konfliktu na skalę światową.

Pan Bąkowski konkluduje geopolityczny wątek swojego artykułu w jednym z komentarzy pod tekstem, pisząc, że stawką w sowieckiej geostrategii jest Europa. Jednak moskiewski „kierunek zachodni”, jest zaledwie częścią większego projektu geopolitycznego, w którym główną stawką jest Eurazja.

„Blok Eurazjatycki” i „świat wielobiegunowy”, czyli blok komunistyczny-bis

Zanim dokładniej omówimy eurazjatyckie, a tym samym światowe cele strategii Władimira Putina, sięgnijmy do prognoz Anatolija Golicyna:

„Po pomyślnym i skutecznym wykorzystaniu „strategii nożyczek” w celu wspierania komunistycznej strategii w Europie i w Trzecim Świecie, w okresie początkowym finałowej fazy dalekosiężnej polityki, można oczekiwać pojednania chińsko-sowieckiego. Jest to zaplanowane, oraz sygnalizowane ze strony dalekosiężnej polityki i strategicznej dezinformacji związanej z rozłamem. Blok Komunistyczny, ze swoimi świeżymi nabytkami w Afryce i Azji Południowo-Wschodniej, już jest silny. Wsparte przez Europę wpływy sowieckie, oraz popierane przez Amerykę wpływy chińskie, mogłyby w przyśpieszonym tempie doprowadzić do nowych zdobyczy w Trzecim Świecie. Niedługo komunistyczni stratedzy będą mogli nabrać przekonania, że równowaga sił w świecie przechyliła się nieodwracalnie na ich korzyść. W takim przypadku mogliby równie dobrze postanowić o chińsko-sowieckim „pojednaniu”. „Strategia nożyczek” ustąpiłaby przed strategią „jednej zaciśniętej pięści”. W takim momencie jednostronny przechył dawnej równowagi politycznej i wojskowej byłby już dla wszystkich w pełni widoczny. Zbieżność nastąpiłaby nie pomiędzy dwiema równorzędnymi częściami, ale odbywałaby się na warunkach dyktowanych przez Blok Komunistyczny. (…)” [1]

W kolejnym podrozdziale, zatytułowanym „Światowa federacja komunistyczna”, Golicyn pisze m.in.:

„Integracja Bloku Komunistycznego nastąpiłaby w sposób przewidziany przez Lenina, gdy została utworzona III Międzynarodówka (komunistyczna). To oznacza, że Związek Sowiecki i Chiny nie wchłonęłoby jedno drugiego, ani też innych krajów. Wszystkie kraje europejskiej i azjatyckiej strefy komunistycznej, wraz z nowymi państwami komunistycznymi w Europie i w Trzecim Świecie, po-łączyłyby się w ponadnarodową, ekonomiczną i polityczną federację komunistyczną. (…) Współpraca polityczna, ekonomiczna, wojskowa, dyplomatyczna i ideologiczna pomiędzy wszystkimi państwami komunistycznymi, obecnie częściowo skrywana, stałaby się jawnie widoczna. (…) W nowej, światowej federacji komunistycznej zniknęłyby różne rodzaje komunizmu, występujące obecnie; zostałyby zastąpione przez jednolity, rygorystyczny i karny gatunek leninizmu. Ten proces byłby bolesny. (…) W rzeczywistości tej można byłoby spodziewać się ponownego uzewnętrznienia wszystkich totalitarnych cech, znanych z wczesnych etapów sowieckiej rewolucji i powojennych lat stalinowskich w Europie Wschodniej, przede wszystkim w krajach nowo zdobytych po wojnie dla komunizmu. Niekwestionowany, prawdziwy monolit komunistyczny zdominowałby cały świat.” [2]

Mimo, że książka ta została wydana w roku 1984, prognozy Golicyna okazały się na tyle trafne, że nieścisłości okazują się w zasadzie szczegółami technicznymi, ewentualnie przeszacowaniem czasu realizacji konkretnych posunięć. ZSRS/Federacja Rosyjska i komunistyczne Chiny przekształciły swoją strategię geopolityczną ze „strategii nożyczek” w strategię „zaciśniętej pięści”. Sojusz, istniejący pod zasłoną dymną pozorowanych konfliktów i rozłamów przekształcił się w sojusz oficjalny, w ramach którego otwierane są coraz to nowe obszary współpracy na poziomie politycznym, dyplomatycznym, wojskowym oraz gospodarczym.

Założenia sowieckiej strategii opierają się na chłodnej, geopolitycznej kalkulacji i wspólnych, mocarstwowo-globalistycznych interesach kremlowskich czekistów i chińskich aparatczyków partyjnych. Jeśli Federacja Rosyjska chce uzyskać i utrzymać status światowego mocarstwa – co jest oczywiście ważnym założeniem bolszewickiego planu – musi uzyskać kontrolę nad Europą. Do tego jednak konieczne jest posiadanie głębokiego zaplecza strategicznego w Azji, nie tylko podbitych jeszcze w czasach carskich Syberii i Dalekiego Wschodu, ale także zaplecza w postaci potężnego sojusznika. Dlatego najważniejszym kierunkiem polityki zagranicznej Rosji Sowieckiej jest sojusz z komunistycznymi Chinami (nawet za cenę możliwej wasalizacji wobec Pekinu), a następnie, wspólnie z ChRL, utworzenie i rozbudowa „Bloku Eurazjatyckiego”, pozbawienie USA roli dominującego mocarstwa i w końcu – realizacja koncepcji „świata wielobiegunowego”.

„Światową federację komunistyczną” można utożsamić właśnie z „projektem eurazjatyckim” i projektem „nowego, wielobiegunowego porządku świata”. Obejmuje on nie tylko ścisły obszar Eurazji – w istocie jest to sieć formalnych i nieformalnych sojuszy o zasięgu światowym. Najważniejsze elementy tego układu geopolitycznego to: oś Moskwa-Pekin (pełniąca rolę centrum), Szanghajska Organizacja Współpracy, grupa BRICS (bardziej adekwatnym skrótem byłby CRIBS), Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, Eurazjatycka Unia Gospodarcza, będąca w fazie planów Chrlowska inicjatywa „Nowego Jedwabnego Szlaku”, a także sojusze nieformalne i pozablokowe, na przykład więzy łączące Rosję Sowiecką z Unią Europejską i krajami Europy Zachodniej z osobna (zwłaszcza z Niemcami czy Francją i last but not least Grecją), czy też orkiestrowanie tzw. „osi zła”.

Pan Michał Bąkowski pisze o koncepcji Stalina i Lenina, która polegała na utworzeniu autonomicznych „federacji” (sowieckiej i niemieckiej) pod wodzą Kominternu i o tym, że współczesne geopolityczne doktryny sowieckie – autorstwa Dugina, a wdrażane przez Putina – są ich cliché. Do czego sprowadza się cel i działalność struktur takich, jak SCO, BRICS, ODKB i innych wyżej wymienionych? Są one w istocie mniej lub bardziej powiązanymi ze sobą „federacjami”, zjednoczonymi pod sztandarem „projektu eurazjatyckiego” oraz „świata wielobiegunowego”, operującymi pod wspólnym patronatem Moskwy i Pekinu. Nie są to jedynie konwencjonalne bloki imperialne czy organizacje międzynarodowe, ale wyspecjalizowane organizacje, z przypisanym sobie podziałem ról. Poniżej, pokrótce scharakteryzujmy najważniejsze z nich.

Członkami pełnoprawnymi Szanghajskiej Organizacji Współpracy są Chiny, Federacja Rosyjska, Kazachstan, Uzbekistan, Tadżykistan i Kirgistan; obserwatorami – Pakistan, Indie, Mongolia, Iran i Afganistan, a partnerami dialogowymi Białoruś, Sri Lanka i Turcja. Głównymi rozgrywającymi są ChRL oraz Rosja Sowiecka, a rdzeniem SCO jest współpraca pomiędzy tymi państwami – zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa, geopolityki, dyplomacji czy spraw wojskowych. Najważniejsze cele SCO to: wspólne zdobycie i sprawowanie kontroli nad kontynentem eurazjatyckim przez ChRL i Rosję Sowiecką, stworzenie eurazjatyckiego kontrapunktu dla NATO i innych organizacji polityczno-wojskowych Zachodu, a także szeroka współpraca pomiędzy krajami członkowskimi. W dalszej perspektywie SCO będzie prawdopodobnie ewoluowało w kierunku przekształcenia się w eurazjatyckie „superpaństwa”, mające być jednocześnie odpowiednikiem NATO i Unii Europejskiej. Zakładane cele Szanghajskiej Organizacji Współpracy staną się bliższe realizacji, a sama ta organizacja silniejsza i bardziej niebezpieczna, jeżeli status pełnoprawnego członka uzyskają Indie, Pakistan czy Iran.

Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym i tworzona Eurazjatycka Wspólnota Gospodarcza są organizacjami, mającymi zreintegrować i skonsolidować wokół moskiewskiej centrali kraje byłego ZSRS, zarówno na poziomie polityczno-wojskowym, jak i ekonomicznym.

Celem BRICS, której członkami są: ChRL, Rosja Sowiecka, Indie, Brazylia i RPA, jest stworzenie przeciwwagi ekonomicznej dla obecnego światowego systemu gospodarczego, który oparty jest o gospodarkę Stanów Zjednoczonych i o dolara. Zdaniem profesora Olavo de Carvalho, chodzi o osłabienie amerykańskiej waluty i zastąpienie jej – w rozliczeniach międzynarodowych, najpierw pomiędzy członkami organizacji – koszykiem walut lokalnych, przede wszystkim chińskim yuanem i rublem, rozważany jest również pomysł utworzenia nowej, ponadnarodowej waluty. BRICS to również platforma do rozwijania przez ChRL i Rosję Sowiecką współpracy o charakterze polityczno-wojskowym z Indiami oraz sojusznikami na innych kontynentach.

Przedsięwzięciem komplementarnym dla BRICS na poziomie ekonomicznym jest utworzony z inicjatywy Pekinu AIIB, w którym Rosja Sowiecka od razu uzyskała status uprzywilejowanego członka.

Rosja Sowiecka i ChRL wspierają również próby integracji krajów Ameryki Południowej (Forum São Paulo, Alternatywa Bolivariańska), opanowanych w ciągu ostatnich kilkunastu lat przez latynoamerykańskich bolszewików.

Tandem Moskwa-Pekin jest też faktycznym centrum tzw. „Osi Zła”, czyli państw i organizacji stosujących terroryzm. Zarówno terroryści islamscy, jak i kraje takie jak Korea Północna, Iran czy Pakistan służą do wiązania sił Zachodu (zwłaszcza USA) albo czynienia tego, czego Putinowi czy komunistom chińskim otwarcie czynić nie można.

Od całkiem niedawna jesteśmy świadkami powstawania nowej inicjatywy, mianowicie „Nowego Jedwabnego Szlaku”. Ma to być sieć połączeń transportowych i logistycznych łączących Chiny z Europą, a przebiegających przez środkowoazjatyckie „stany” oraz europejską część Rosji Sowieckiej. Autorem tej inicjatywy są władze komunistycznych Chin, docelowo ma ona połączyć się z sowieckim projektem Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej oraz SCO.

To właśnie projekty Bloku Eurazjatyckiego/Bloku Kontynentalnego oraz „nowego, wielobiegunowego porządku świata” są instrumentami pozwalającymi ChRL i Rosji Sowieckiej wspólnie trzymać świat na haku i pod kluczem.

Europa (w cieniu Kremla), USA i wojna na Ukrainie

Uwzględniając kontekst globalny, możemy powrócić do kwestii europejskiego odcinka sowieckiej strategii i taktyki. Co jest jej najważniejszym punktem, pominiętym w artykule Pana Michała? Znów przywołajmy Anatolija Golicyna, który pisał o dążeniach do utworzenia „neutralnej, socjalistycznej Europy”. Warunkiem sine qua non do osiągnięcia tego celu jest zerwanie więzi euroatlantyckich, zmniejszenie znaczenia NATO (albo jego całkowita marginalizacja i likwidacja) oraz wycofanie amerykańskich wojsk z kontynentalnej Europy. Powstałaby wówczas zjednoczona, eurazjatycka przestrzeń strategiczna, której głównymi częściami byłyby ChRL, Rosja Sowiecka i sfinlandyzowana, czy wręcz zwasalizowana przez Moskwę Europa.

Integracja europejska sama w sobie nie oznacza sowietyzacji Europy. Groźne natomiast jest to, że na pewnym etapie procesy integracyjne i instytucje polityczne – zarówno UE, jak i jej państw członkowskich (lewackie trendy w UE są tak naprawdę funkcją polityki poszczególnych jej członków) – zostały przejęte przez tzw. „Pokolenie ‘68” socjalistów, eurokomunistów i lewaków. Promowanie mordowania nienarodzonych dzieci czy eutanazji, ideologia „gender”, nadawanie przywilejów wrogim wobec Europejczyków mniejszościom narodowym, rasowym, religijnym czy dewiantom, antyamerykanizm, antychrystianizm, robienie geszeftów z chińskimi i rosyjskimi bolszewikami, dyryżyzm i centralizm – wszystko to niszczy Europę, tym samym przyczyniając się do przybliżania realizacji sowieckiej strategii.

Ale strategia bolszewicka w Europie ma też drugą stronę medalu. Od kilku lat sowieciarze realizują alternatywną, a raczej równoległą taktykę, którą umownie można określić mianem „prawicowego NEP-u”. Polega on na wykorzystaniu ruchów prawicowych, konserwatywnych, chrześcijańskich (zwłaszcza monarchistów, tradycjonalistów integralnych i tradycjonalistów katolickich), nacjonalistycznych i eurosceptycznych (nawet deklarujących antykomunizm, czy przed 1989 faktycznie zasłużonych w walce z komunizmem) w celu realizacji sowieckich celów geopolitycznych w Europie. W dezinformacyjnej narracji, Federacja Rosyjska będąca kontynuacją ZSRS, pod wodzą pułkownika KGB i FSB pozującego na „chrześcijańskiego cara” i „autokratę”, przedstawia się jako obrońca tradycyjnej cywilizacji europejskiej przeciwko lewackiemu, demoliberalnemu i skorumpowanemu establishmentowi (zarówno europejskiemu, jak i amerykańskiemu) czy „banksterom” i globalistom z jednej strony oraz islamskiej barbarii z drugiej.

Jednocześnie Moskwa wspiera anty-establishmentową europejską lewicę, dążąc do realizacji jednej z ważniejszych koncepcji autorstwa Aleksandra Dugina – „sojuszu ekstremów”.

Efekty są już widoczne. Większość znaczących partii nacjonalistycznych w krajach Europy sympatyzuje z Putinem i Rosją Sowiecką wprost lub przejawiając postawę przychylnej neutralności. Partie polityczne takie, jak greckie ANEL, Złoty Świt i lewicowa Syriza, francuski Front Narodowy Le Pena, neonazistowska NPD i Die Linke w Niemczech, UKIP czy też separatyści szkoccy – to tylko niektóre z określanych jako antysystemowe partii europejskich mających wsparcie ideologiczne, logistyczne i finansowe z Moskwy. Kongresy europejskich, chrześcijańskich konserwatystów organizuje zaś nie kto inny, tylko Aleksandr Heliowicz Dugin.

Sojusznikiem Rosji Sowieckiej na Węgrzech są już nie starzy, zużyci komuniści i komliberałowie, ale prawicowy premier Viktor Orban i nacjonaliści z partii Jobbik. Prawdopodobnie Węgry są dla sowieciarzy swego rodzaju poletkiem eksperymentalnym do potencjalnego, przyszłego (w razie rozpadu UE) zarządzania swoimi strefami wpływów nie za pośrednictwem rodzimych, „czystych” bolszewików czy agentury wpływu, tylko sił – jak się okazuje, pozornie – prawicowych, patriotycznych i narodowych.

Znamienny jest też fakt osuwania się Kościoła Rzymskokatolickiego w stronę Wielkiego Szatana z Moskwy – szukanie sojusznika w walce z lewactwem w kontynuacji „Żywej Cerkwi”, „pojednanie” Kościoła polskiego z czekistowskim patriarchatem czy ostatnie, niepokojące gesty papieża Franciszka podczas wizyty w Boliwii.

Niestety, coraz większa ilość konserwatystów i nacjonalistów daje się zwieść putinowskiej dezinformacji i nie dostrzega bolszewickiego, czyli de facto antytradycyjnego i antynarodowego oblicza kagiebowskiego reżymu. Choćby tego, że w Rosji Sowieckiej dopuszczalne prawnie i szeroko stosowane jest mordowanie nienarodzonych dzieci (nawet w zaawansowanej ciąży), a wśród elit powszechne są praktyki sodomickie i pedofilia. Konserwatywni i nacjonalistyczni użyteczni idioci i płatni, regularni agenci pomijają milczeniem również to, iż właśnie Rosja Sowiecka depcze suwerenność wielu narodów. O wiele częściej i w stopniu o wiele większym, aniżeli USA, Niemcy, zachodni globaliści (od lat zresztą współpracujący z sowieciarzami) czy Izrael…

Taktyka ta również nie jest dla bolszewików niczym nowym, choć od czasów pieriestrojki jest używana na taką skalę dopiero od paru lat. Bolszewizm/komunizm cechuje tak naprawdę nihilizm i relatywizm – główną ideą bolszewizmu jest zdobycie, sprawowanie i utrzymanie władzy i w tym celu bolszewicy skłonni są do wspierania każdego ruchu politycznego. Popieriestrojkowy neokomunizm doprowadził tego rodzaju polityczną maskirowkę do perfekcji.

Kolejnym instrumentem wywierania nacisku na Europę i Zachód – oprócz utrzymywania przyczółków w eksklawie Królewieckiej, Naddniestrzu, Donbasie i Krymie – jest wykorzystanie w roli strategicznego „straszaka” wojującego islamu i groźby islamizacji Europy. Jak dotąd szczytem tegoż jest powstanie i ekspansja Państwa Islamskiego oraz samozwańczego Kalifatu, których wpływy sięgają już praktycznie całego świata islamu.

Moskwa może w takim układzie rozgrywać następującymi pionkami: (a) tradycyjnie prosowieckim politycznym „mainstreamem”, (b) prawicą, nacjonalistami oraz antysystemową lewicą oraz (c) islamistami. Dla mainstreamu, czekiści będą się jawić jako obrona przed demonami nacjonalizmu, dla konserwatystów i nacjonalistów – obrońca przeciwko „zgniłemu Zachodowi” i islamizacją Europy.

W całym tym kontekście, głównym problemem elit amerykańskich nie jest wcale, jak pisze Pan Michał, izolacjonizm, rzekomo popularny w amerykańskich środowiskach prawicowych.

Podstawowym, regionalnym i globalnym jednocześnie, interesem USA jest to, by żadne mocarstwo eurazjatyckie lub/i sojusz mocarstw eurazjatyckich nie uzyskało kontroli nad całym kontynentem eurazjatyckim, gdyż oznaczałoby to – zgodnie z mackinderowskimi i spykmanowskimi paradygmatami geopolitycznymi – obalenie mocarstwowej pozycji Stanów Zjednoczonych. Poza tym – jako mocarstwo zależne przede wszystkim od ekonomii – USA zainteresowane są w zabezpieczeniu sobie źródeł zasobów naturalnych, rynków zbytu oraz tras ich przerzutu.

Głównym problemem elit amerykańskich jest to, że o ile są one w stanie dostrzec strategiczne – zarówno regionalne, jak i globalne – zagrożenie ze strony ZSRS/współczesnej Rosji Sowieckiej i ChRL, o tyle nie są w stanie zrozumieć, że równoznaczne jest to z zagrożeniem wciąż istniejącym komunizmem. Zagrożeniem dla „światowego pokoju” – w optyce USA, ale i pozostałych państw zachodnich – wcale nie jest bolszewizm, ale Putin atakujący Ukrainę i ostrzący sobie zęby na Polskę, kraje bałtyckie i skandynawskie, względnie chińscy aparatczycy i generałowie chcący opanować rejon Pacyfiku Zachodniego czy też „państwa bandyckie”. Kolejnym zagrożeniem, skądinąd słusznie dostrzeganym przez amerykańskich konserwatystów jest globalistyczny islam. Prawicowy establishment amerykański, poza małymi wyjątkami, nie rozumie jednak tego, że wyżej podane zagrożenia to w dużej mierze elementy bolszewickiej, długofalowej strategii…

Czy jedynym sensem agresji sowieckiej na Ukrainie jest zmuszenie Zachodu do dalszych kompromisów z towarzyszami z Kremla i Łubianki? Wydaje się – analizując przebieg wojny – że celem nie jest żaden „marsz separatystów na Kijów i Lwów” czy ponowne utorowanie drogi reżymowi Janukowycza, ale przede wszystkim utrzymanie Ukrainy w stanie permanentnej destabilizacji. A zatem, konflikt ten może mieć jeszcze cel wewnętrzny, w odniesieniu do strefy sowieckiej – zastraszenie sił opozycyjnych i zapobieżenie ewentualnym buntom przeciwko sowieckiej władzy i dominacji Moskwy, gdyż konsekwencją może być wojna ze wszystkimi jej konsekwencjami.

_____

1. Anatolij Golicyn, „Nowe kłamstwa w miejsce starych. Komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji”, Warszawa 2007, s. 508

2. Ibidem, s. 509 – 510



Prześlij znajomemu

53 Komentarz(e/y) do “Sowiecka strategia dzisiaj”

  1. 1 Andrzej

    Chyba nie tylko ja mam odczucie, że żyję w świecie definitywnie orwellowskim. Otacza mnie całkowicie i próbuje wciągać coraz głębiej bagno „dwójmyślenia”. W „nowym wspaniałym” peerelu jest ono już zupełnie płynne, praktycznie bez kawałka suchej ziemi, której można by się chwycić aby się bronić przed tym wciąganiem.

    Pomimo, że tenże peerel jest prawną, instytucjonalną i zdecydowanej mierze personalną kontynuacją komunistycznego tworu istniejącego od 75. lat, nie ma już praktycznie nikogo (poza bolszewikami), kto by ten fakt zauważył i wyciągnął z niego wnioski. Ale, może jednak Ścios i jemu podobni ten fakt dostrzegli skoro „zostało udowodnione przez historyków i politologów, że operacja transformacji ustrojowej została przeprowadzona przez KGB i podległe mu bezpieki w demoludach.”? Skoro sami są historykami i politologami? Tyle, że wnioski, które z tego faktu wyciągają są zupełnie inne od moich?
    Czynne zaangażowanie się w tak spreparowaną bolszewicką mega-„grę operacyjną” (owe „nowe kłamstwa w miejsce starych”) jasno dowodzi, że ten kto tak postąpił uznał tę dezinformację i prowokację za tzw. dobrą monetę i do czego postanowił się dostosować. Tak więc uczestniczą w peerelowskim „życiu politycznym”, są (wyłącznie) wewnątrzsystemową opozycją, czasem „rządzą” zaś powszechnie nawołują do udziału w „wyborach” (a nawet je dziś „kontrolują”). A co do tego, że jest to w sprzeczności z faktami mają dziś gotową formułę: „wszystko było zaplanowane, komuniści zwyciężyli ale im się nie udało bo komunizm upadł”. Czy to właśnie nie jest absurdalne i nierealne?

    Moim zdaniem, tzw. sowiecka strategia to nic nowego. Bolszewicy stosują niezmiennie tę samą strategię od lat dostosowując ją do aktualnych warunków i potrzeb. Wykorzystują każdą słabość pozostałego poza ich panowaniem świata, wciskają się do jego środka, poszerzają zajęty obszar, rozkładają go od środka, opanowują ostatecznie. Jeśli trzeba zastosować środki militarne są na to gotowi ale przede wszystkim są im one potrzebne globalnie do zastraszenia przeciwnika. Stalin postępował tak samo jak dziś postępują jego następcy. Przede wszystkim, cierpliwie realizują swój „pokojowy” plan. Nie ryzykują wojną tam gdzie nie muszą tego robić.

  2. 2 amalryk

    „Pomimo, że tenże peerel jest prawną, instytucjonalną i zdecydowanej mierze personalną kontynuacją komunistycznego tworu istniejącego od 75. lat,…” – Drogi Andrzeju, nie poganiaj historii, przecież nasz drogi peerel nominalnie jutro kończy dopiero 71 lat! (Pamiętam doskonale z dzieciństwa okładkę lipcowego numeru z 1969 roku takiego miesięcznika pn „Magazyn Polski”, gdzie w tanecznym podskoku była ukazana młoda dziewczyna o sylwetce Twiggi w miniówce z podpisem: „Mam 25 lat!”) Czasami wydaje mi się ze ten cały pic z obaleniem komunizmu potrzebny był tylko ze względów wizerunkowych, no bo jakby się prezentowała dziarska 70-cio latka w personifikacji „naszej młodej demokracji”???

    „Nie tylko, że wszystko umiera, ale prawie wszystko rodzi się martwe.” (NGD) – to jest podstawowy problemem naszej umierającej cywilizacji,a bolszewizm zastępuje nam współcześnie barbarzyńców – ale to nie jest dobra alternatywa… (jak to powiedział Kawafis?; „(…) Bez barbarzyńców – cóż poczniemy teraz?Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem.”)

    Jak to onegdaj zauważył Pan Michał, nikt nie wygra ze zdeterminowaną Ameryką – tylko co z tego? Komuchy pracowicie osaczają ten świat sprytnie unikając wojny.

  3. 3 Andrzej

    Mea culpa, Drogi Amalryku. Ale na swoje usprawiedliwienie owego rozpędu dziejowego mogę dodać fazę włażenia bolszewikom wprost pod nożyce, począwszy od słynnego „nie walczyć!” – reszta zaś tego „sezonu na bolszewika” to już „nie trzeba głośno mówić”.
    Ja myślę, że bolszewizm zastępuje nam współcześnie religię i moralność (barbarzyńskimi). Albo pod jego „opiekę” albo pod ziemię. To jest odpowiedź na pytanie „cóż poczniemy teraz?” Takie to nadeszły czasy.
    Dziś Ameryka robi to co myśmy kiedyś zrobili – sama się bolszewikom podaje na tacy.

  4. 4 michał

    Szanowni Panowie,

    To wszystko pięknie, i barbarzyńcy, i Amierikańcy, ale jak Panowie widzą koncepcję Panajaszczurową?

  5. 5 amalryk

    Wszak opisał istniejący stan rzeczywisty. A to, że te udające państwa neobolszewickie twory, z „naszym” wszawym peerelem są na Zachodzie postrzegane (mam płonna nadzieją że może nie powszechnie) jako normalne ? Ba! Toż skoro do normalności zostały awansowane Chiny Ludowe a i aplikuje kastrowska Kuba, to wnet się okaże, że z bolszewii pozostało nam tylko to leprozorium osobliwego klanu Kim’ów…

    Ewentualną nadzieję na przebudzenie Ameryki można upatrywać w dalszym rozpychaniu się Chin po ich dotychczasowych strefach wpływu. A to czy właściwie identyfikują źródło zagrożenia, gdy już dojdzie do wojny, to pal sześć – byle do niej doszło.
    Sowieciarze pod świetlanym przywództwem kagiebisty czujnie pilnują swego stanu posiadania; jak zauważył Pan Michał : ” Tradycyjnie ważne dla rosyjskiej (carskiej) polityki imperialnej strefy: Inflantów i Kurlandii, Besarabii i Morza Czarnego oraz Kaukazu, Putin kontroluje w zupełności, ale co ważniejsze, sprawia wrażenie, jak gdyby ich nie kontrolował.” Śmiem twierdzić iż peerel też im się z uwięzi nie urwał.

    A czy możliwa jest kłótnia w bolszewickiej rodzince ? Jak najbardziej! Wszak historia zna takie przypadki, vide burzliwy romans Hitler-Stalin. Kto wie czy sowieciarze nie wystawiliby do wiatru maoistów gdyby doszło co do czego z USA…

  6. 6 Andrzej

    Gratuluję artykułu Panu Jaszczurowi.

    Nie nazwałbym wszakże Ściosa publicystą antykomunistycznym ponieważ w jego tekstach, pomimo wyrażanych nieraz antykomunistycznych haseł, przeważają hasła „realnego patriotyzmu”. Pan Michał dobrze to opisał we wspomnianym na początku tekstu artykule. Jak bowiem interpretować hasło obalenia systemu, poprzez uczestnictwo w jego instytucjach? Tylko jako (mniej lub bardziej radykalny) rewizjonizm. Coś na sposób Kisiela zasiadającego w peerelowskim „sejmie”.
    Dla mnie antykomunizm to światopogląd kontrrewolucjonisty (pozwolę sobie polecić Ci Jaszczurze tę książkę), zaś opisaną postawę Mackiewicz określał jako polrealizm.
    Lecz to tylko moja uwaga na marginesie ;)

    Wydaje mi się Jasczczurze, że dobrze opisałeś zakres stosowanych przez bolszewików środków. Słusznie zwróciłeś uwagę, na osuwanie się Kościoła w stronę już nie tylko akceptacji lecz (mam takie wrażenie) przyswajania bolszewizmu. To zdjęciejest znamienne dla naszych czasów.

    Odnośnie Ukrainy to moim zdaniem nie powinniśmy ignorować tego, że skoro „Rosja” pozostaje sowiecka to tak samo jest z „Ukrainą”. Jakie są bowiem argumenty za tym, że tak nie jest? Majdańska rewolucja która wynosi do władzy nowych-starych czerwonych „oligarchów”? Tymczasem jest to ciągłość pod każdym niemal względem, tak samo jak tutaj w peerelu a nawet w znacznie większej skali. Nie wydaje mi się, aby dobór aktorów na tej scenie odbył się poza kontrolą bolszewików, którzy swego czasu, w równym stopniu zawładnęli Ukrainą co i Rosją (a także Polską).

  7. 7 michał

    Szanowni Panowie,

    Pan Amalryk ma z pewnością rację, że kłótnie wśród bandytów są zawsze możliwe. Trzeba jednak moralnej siły, by z takich kłótni skorzystać. Takiej moralnej odwagi zabrakło podczas awantury Hitlera ze Stalinem i obawiam się, że kaliber polityków dziś jest mniejszy niż polityków ówczesnych. Nie ma ani wielkich osobowości, ani fundamentalnej gotowości do walki.

    A jednak rację mają także Jezuici, gdy mówią: rób, co powinieneś – będzie, co może.

    Bardzo się cieszę, że podobała się p. Andrzejowi niedoceniona książka Goćkowskiego.

    A Ukraina? „Wina, wina, wina, wina dajcie!…” Ja też myślę, że to bardziej „Ukraina” niż zielona Ukraina, gdzie „jak umrę, pochowajcie”.

  8. 8 amalryk

    Gotowości do walki może i nie ma ale niebawem i nie będzie wyboru, gdy spadkobiercy przewodniczącego Mao zabiorą się za pierwszy łańcuch niezatapialnych lotniskowców USA… Na razie robią to ekonomicznie oferując tu i tam swoje pieniądze.

    Na Ukrainę szkoda marnować powietrza, śmierdzi tu klasyką bolszewickiej prowokacji na milę.

    Ale wydaje się że nadchodzą ciekawe czasy…

  9. 9 michał

    W takim razie chyba nie mogę się z Panem zgodzić. Gotowość do walki jest stanem, który musi logicznie wyprzedzać istnienie wyboru w tej kwestii. Innymi słowy, czy w tej chwili jest jakiś wybór? Nie ma! Ale nie ma także podstawowej woli. A zatem nawet gdyby jakimś cudem taki wybór się pojawił, to nadal nikt nie podjąłby walki.

  10. 10 Andrzej

    Moim zdaniem zawsze jest jakiś wybór. Amerykanie wybierają jak dotychczas wygodę i spokój podobnie jak zdecydowana większość ludzi, o ile nie zostaną bezpośrednio zaatakowani. Porzucenie woli walki lub woli oporu jest zwykle świadome i skalkulowane. Walka to tylko konsekwencja.

    Panu Amalrykowi chodzi chyba raczej o to, że Amerykanie mając do wyboru opcję „pokoju” z bolszewikami i opcję walki lub oporu wobec nich zawsze wybierają to pierwsze o ile nie zostaną wprost przekonani do wybrania drugiej przez bezpośredni atak na nich (wolą atakującego).

  11. 11 Andrzej

    ps. Oczywiście była Korea i był Wietnam. Ale jaki był, szczególnie wobec tego drugiego wyboru, opór! Aktualnie, chyba rzeczywiście nie znalazłby się w praktyce nikt kto podjąłby walkę. Ale moze to zbyt pesymistyczne stwierdzenie? Nie znam dobrze Ameryki i poznałem w życiu tylko paru Amerykanów (skądinąd bardzo ich polubiłem za otwartość wobec innego człowieka, niezależnie od tego jakiej jest narodowości).

  12. 12 Andrzej

    ps2. Acha, jeszcze „cold war” i Grenada. Raczej nie była to stawka na pokonanie wroga. Raczej na status quo we własnych interesach, przy jednoczesnym uznaniu jego prawa do istnienia.

  13. 13 amalryk

    Może raczej jednak to właśnie wola podjęcia walki (dziękuję Andrzeju) poprzedza możliwość wyboru, a gotowość jest tu sprawą drugorzędną. Polska w ’39r. nie posiadała żadnej gotowości (bez skutecznej obrony plot i ppac ze swoimi 40 dyw. piechoty) do podjęcia walki manewrowej z najnowocześniejszą armią ówczesnego świata, a jednak ją podjęła.

    Nie znam szczegółowych planów Pentagonu, ale wiem, że przeprofilowanie armii, która ostatnio prowadziła tylko szybkie operacje powietrzno-lądowe (Irak, Afganistan etc) do wymogów wojny powietrzno-morskiej (jaka zapowiada się przy konfrontacji z Chinami) wymaga czasu.
    W hipotetycznym konflikcie najprawdopodobniej Amerykanie będą dążyć do zniszczenia lotnictwa operacyjnego Chin wykorzystując swą niekwestionowaną przewagę w tym rodzaju wojsk (sprzęt, wyszkolenie )po czem będą starali się doprowadzić do wojny na wyczerpanie poprzez całkowite zablokowanie transportu morskiego (znów kolosalna przewaga w broni podwodnej). No i bez Japonii tego się zrobić nie da. (Aby uniknąć krachu gospodarczego w wypadku takiego konfliktu Chiny chcą budować ów „nowy szlak jedwabny”, jak sądzę.)

  14. 14 michał

    Szanowni Panowie,

    Wybór jest zawsze, oczywiście że tak. Tak, ale powinienem może uściślić pojęcie „gotowości do walki”. Nie chodzi mi wcale o chwytanie za broń, ani nawet o „obok Orła znak Pogoni, poszli nasi w bój bez broni”. Nie idzie także o stan gotowości bojowej. Chodzi raczej o pewien stan psychiczny, o moralną postawę, która na przykład wyrażała się w odmowie pracy w łagrach. Starocerkiewni (ale nie tylko) więźniowie Stalina odmawiali pracować na rzecz sowieckiego szatana. Choć biernie poddawali się torturom i egzekucji, była to właśnie gotowość do walki.

    Taka postawa moralna może zaowocować walką, oporem i pokonaniem wroga. Postawa kompromisu z diabłem może doprowadzić wyłącznie do piekła. Obrona wobec napastnika jest na pewno lepsza niż bierne oddanie mu się „w imię pokoju i demokracji”, ale Ameryka nie zawsze jest gotowa do obrony. Na marginesie, Panie Andrzeju, zarówno Wietnam jak i Korea, wydają mi się raczej należeć do typu reakcji na bolszewicką agresję. Natomiast zimna wojna jest przereklamowana. W szczytowym jej nasileniu, Józef Mackiewicz udzielał zeznań przed Komisją Senacką badającą zbrodnię katyńską, wstydliwie ukrytą w pokoju hotelowym. Nawet wówczas trudno było przekonać „Zachód” co do zbrodniczości wielkiego sojusznika demokracji.

    Panie Amalryku, proszę mi wyjaśnić różnicę między gotowością do walki w sensie moralnym i wolą walki. Nie twierdzę wcale, że to jedno i to samo, ale nie jestem pewien, gdzie leży różnica. „Gotowość” w sensie wojskowym, to zupełnie co innego. Krasnoarmiejcy byli gotowi do walki 22 czerwca 1941 roku, ale brakło im moralnej gotowości. (To zresztą bardzo zły przykład, który tylko ironizuje trudne rozróżnienie, więc proszę to zignorować.)

  15. 15 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Korea i Wietnam bez wątpienia stanowiły reakcję na ragresję bolszewicką. W tym sensie o tym wspomniałem. Tylko chodziło mi o to że wywołało to wielki opór w USA, którego powszechnie znana skala w przypadku obrony Wietnamu była na tyle wielka (ta kwestia jest wiecznie żywa), że cała operacja skończyła się wielkim fiaskiem politycznym. Całe Indochiny wpadły w bolszewickie łapska, zaś ludobójstwo w Kambodży oraz smutny los Hmongów, który swego czasu opisał tu bardzo interesująco Pan Dariusz stanowią wymowne podsumowanie tego co się wydarzyło. Odnośnie Korei to skończyło się to tylko połowicznym sukcesem, głownie „dzięki” postawie Trummana. Eisenhower który wygrał kolejne wybory wystartował w nich z kampanią pod hasłem zakończenia tej wojny. Tak bardzo było ono nośne.

    Mnie jednak nie chodzi o gotowość w tym sensie, że należałoby być zawsze gotowym do walki (obojętnie jakiej) lecz zawsze gotowym do przyjęcia takiej postawy moralnej która sprzeciwia się próbom zniewolenia świata. O gotowość do walki w słusznej sprawie. Tę słuszność określa powszechnie (jeszcze) nabyta moralność. W naszym przypadku, chrześcijańska.

  16. 16 Andrzej

    ps. Naturalnie chodziło mi o prezydenta Trumana. Przepraszam za błąd (klawiaturowy)

  17. 17 michał

    Proszę wybaczyć, Panie Andrzeju, zrozumiałem, że mówił Pan coś takiego: Amerykanie na ogół wybierają opcję pokoju z bolszewzimem „o ile nie zostaną wprost przekonani do wybrania drugiej [opcji] przez bezpośredni atak na nich”, a oprócz tego były jeszcze Korea i Wietnam.

    Tak, gotowość jest moralną postawą.

  18. 18 amalryk

    Chmm…Gotowość wydaje się być pojęciem zakresowo szerszym niż wola, tzn obejmującym wolę – trudno mówić o jakiejkolwiek gotowości do walki gdy się jej w ogóle nie ma zamiaru podjąć.

    A czy Amerykanie, nie zaatakowani bezpośrednio, podejmą walkę z gwałtowną ekspansją maoistowskich Chin? Chcąc zachować pozycję światowego lidera będą musieli – tylko bez powszechnej akceptacji tego chyba u nich się zrobić nie da.

  19. 19 Andrzej

    Przepraszam za niezbyt jasne wyrażanie swoich poglądów Panie Michale. Ma Pan prawo je interpretować inaczej niż ja myślę. Nie pierwszy raz mi się to zdarza, obiecuję że będę się starał poprawić jasność wypowiadania się.

  20. 20 Andrzej

    Moim zdaniem Amalryku, o ile możliwa jest sytuacja, gdy ktoś jest gotowy do ataku lecz woli nie atakować (bo np. skuteczna jest strategia „pokojowa” – vide bolszewicy) to sytuacja gdy ktoś jest gotowy do obrony lecz woli się nie bronić jest raczej dziwna (nie mam tu na myśli ZSRR w 1941r bo w tym przypadku bolszewicy chcieli się bronić ale ich poddani już nie więc te decyzje były rozłączne). Rozróżnienie pomiędzy gotowością i wolą jest zatem albo istotne albo może być dokonywane „na siłę”.
    Ja sam miałem na myśli właśnie kwestię gotowości do obrony i woli obrony które to pojęcia wydają mi się, w tym kontekście, wzajemnie wynikać jedno z drugiego. Możliwe, że jednak się mylę wobec czego proszę o jakiś przykład który mnie przekona że błądzę.

  21. 21 Jaszczur

    Szanowni Panowie Andrzeju i Amalryku,

    To ja dziękuję, że mój tekst zainicjował tak merytoryczną dyskusję. A teraz do „adremu”.

    Amalryku, piszesz: „Ewentualną nadzieję na przebudzenie Ameryki można upatrywać w dalszym rozpychaniu się Chin po ich dotychczasowych strefach wpływu. A to czy właściwie identyfikują źródło zagrożenia, gdy już dojdzie do wojny, to pal sześć – byle do niej doszło.”

    Z tym się w pełni zgadzam. Ale czy nie dzieje się tak już teraz? Na sowieckie działania na Ukrainie USA reagują tak, jakby właśnie mieli się bronić (i to mimo sprawoawania urzędu prezydenta przez murzyńskiego islamo-bolszewika) przed atakiem Rosji Sowieckiej na pełną skalę na Europę Zachodnią czy nawet kontynentalne USA. I czy nie jest tak, że taka właśnie polityka nie jest niejako funkcją polityki amerykańskiej wobec ChRL? Może zrozumieli, że Moskwa i Pekin działają w jednej drużynie, a polityka „różniczkowania”, czyli próba wprzęgnięcia Moskwy w walkę z „żółtym zagrożeniem” nie ma sensu?

    I tu przejdźmy do kolejnej Twojej tezy: „A czy możliwa jest kłótnia w bolszewickiej rodzince ? Jak najbardziej! Wszak historia zna takie przypadki, vide burzliwy romans Hitler-Stalin. Kto wie czy sowieciarze nie wystawiliby do wiatru maoistów gdyby doszło co do czego z USA…”

    Ja uważam również, że jak najbardziej, jest możliwa. Ale prędzej doczekamy się kłótni pomiędzy sowieciarzami a islamo-bolszewikami z Dawla al Islamija. Kalifat, być może do spółki z Saudami i Turkami, zechce uczynić z bezbożnej sowdepii Dar as Salam. Tym bardziej, że już 20% stanu osobowego armii czerwonej to muzułmanie…

    Poza tym sojuszu czekistów z maoistami nie ma co porównywać do toksycznego romansu Hitlera ze Stalinem.

    Po pierwsze, Hitler był nie tylko „bolszewikiem niedoskonałym” opętanym ideologią rasistowską, ale był też po prostu wariatem, stawiającym sobie niemożliwe do osiągnięcia cele. Poza tym, celem Stalina był marsz na Europę, a Hitlera – Drang nach Osten, a sojusz był rodzajem klinczu.

    Po drugie, relacje sino-sowieckie są już na tyle rozbudowane, że można mówić właściwie o jednym, eurazjatyckim superpaństwie. Jeżeli ktokolwiek zechciałby chociaż „wypiąć się” na drugą stronę sojuszu, to nawet i to mogłoby zagrozić i reżymowi moskiewskiemu i pekińskiemu. Nie mówiąc już o tym, że nie ma pomiędzy Rosją Sowiecką a Wielkim CZerwonym Kitajem żadnego potencjału konfliktu. Zarówno jeśli chodzi o geopolitykę (Syberia strefą buforową, chińskie kolonie w Afryce itd.), jak i interesy pozostałe.

    Możliwe jest natomiast, że w przypadku rozpętania wojny na Pacyfiku Zachodnim, Moskwa będzie wspierać ChRL, zachowując pozory neutralności…

    Andrzeju,

    Jeśli chodzi o Ukrainę, to z perspektywy czasu uważam, że Moskwa realizuje tam „plan B”. Nie udało się stłumienie Majdanu ani interwencja zewnętrzna – głównie ze względu na próżność Janukowycza, który wolał nawet zostawić złote sracze i własne akty, nie podejmowac twardych, czekistowskich decyzji i zrejterować do ojczyzny proletariatu.

    Dlatego, w pewnym momencie sowieciarze zdecydowali, że po prostu podłączą się pod Majdan, a sednem planu z jednej strony jest destabilizacja poprzez „rebelię” w Donbasie i Rusi Zakarpackiej, z drugiej – jak piszesz – dalsze trwanie oligarchicznych uwikłań… Ale tam przynajmniej, ochotnicze bataliony ukraińskie realnie walczą z sowieckimi sołdatami…

  22. 22 michał

    Panie Amalryku,

    Ja bym się zgodził, że gotowość jest pojęciem szerszym i niejako zawiera w sobie wolę walki, ale dlatego dokonałem mego uściślenia. Ale wola jako tako, jako władza duchowa człowieka, jest chyba uprzednia wobec gotowości. Obawiam się tylko, że to jest ślepa uliczka. Jestem więc gotów ustąpić z pola, choć nie brak mi woli by kontynuować spór.

    Pytanie: czy Ameryce brak woli, czy gotowości, by walczyć?

  23. 23 Andrzej

    Dlatego, w pewnym momencie sowieciarze zdecydowali, że po prostu podłączą się pod Majdan

    Jaszczurze,

    Bez wątpienia wiesz, z czego się Majdan wziął. A więc sprowokowali go nie kto inny jak sowieciarze (rozgrywką polityczną związaną z UE-b). Na pewno również znasz dobrze kulisy owych wydarzeń, np. fakt, że (jeszcze przed momentem szczytowym w lutym 2014) ilekroć te majdanowe protesty zamierały, tylekroć do akcji wkraczały specjalistyczne „służby”, po czym demonstracje natychmiast odżywały. Tak się działo aż do szczęśliwego końca. Ten schemat jest skądinąd dobrze znany z roku 1989, choćby z „aksamitnej rewolucji”.

    Śmiem twierdzić, że obecnie ta taktyka stosowana jest w odniesieniu do Niuni Europejskiej (bardzo mi się podoba to określenie Pana Michała, stosuję je już na co dzień, trafne i świetnie brzmi). Ilekroć Niunia daje coś i myśli, że ma już z tym spokój tylekroć „konflikt” się zaostrza i wciągana jest weń ponownie. Tak jest i będzie aż do pożądanego skutku.

    Wszystko to co się działo i to co się dzieje czyni, że jestem w dużej mierze sceptykiem i nie podzielam ogólnie głoszonych przekonań w kwestii autentyzmu całości wydarzeń ukraińskich.

    Amalryk napisał na ten temat krótko i trafnie: śmierdzi tu klasyką bolszewickiej prowokacji na milę.. Zgadzam się z nim w tej kwestii.

  24. 24 amalryk

    Panie Michale!
    Myślę że jednego i drugiego. Co innego wojny regionalne prowadzone na kształt operacji policyjnych, a co innego otwarty konflikt z mocarstwem (mocarstwami) atomowym… Ale sądzę, że to może się szybko zmienić gdy okaże się iż nie da się utrzymać mocarstwowej pozycji i dostatku swych obywateli samym się przyglądaniem.

    Drogi Jaszczurze;
    Nie sądzę aby potęga USA nadal zezwalał im na utrzymywanie najpotężniejszej marynarki i pierwszorzędnej armii lądowej a skoro Europa nie chce się bronic sama to pal ją sześć!

    USA mają jeszcze ciągle sytuację komfortową. Na dobrą sprawę mogą się obyć bez reszty świata (dzięki gigantycznemu rynkowi wewnętrznemu); nie dość że wytwarzają trzecią część światowego PKB, to na dodatek udział handlu zagranicznego w jego strukturze to tylko ok 15% a w tym przeszło połowę stanowią obroty z trzema krajami: Kanadą, Meksykiem i Japonią. Ukryci za dwoma oceanami mogą śmiało prowadzić długotrwałą walkę na wyczerpanie.

    Co innego maoistowskie Chiny, ich PKB w dwóch trzecich wisi na handlu zagranicznym, rynek wewnętrzny ubożuchny, wystarczy na parę miesięcy zablokować ich morskie szlaki handlowe i Kitajscy bolszewicy się zesrają…

    Sowieci z maoistami nie mają żadnego potencjału do konfliktu ale sądzę że gdyby między tymi drugimi i USA doszło jednak do zbrojnego konfliktu, to nie będą ryzykować i zostawią chinoli na lodzie…

  25. 25 michał

    Panie Amalryku,

    Wychodzi na to, że jest Pan optymistą. Jeśli Ameryka jest gotowa walczyć o „utrzymanie mocarstwowej pozycji i dostatku swych obywateli”, to jest pierwszym takim mocarstwem w historii. Im więcej dostatkiu tym mniejsza wola walki, czego Najjaśniejsza Rzeczpospolita jest doskonałym przykładem. Ale przykładów w historii było tysiące, od Sybarytów począwszy – nawet słowo „sybaryta” od nich pochodzi – przez Rzym i Persję, do Francji i Imperium Brytyjskiego.

    Nikt nigdy nie walczy o utrzymanie pozycji mocarstwowej, bo wszyscy z czasem zaczynają wierzyć, że ta pozycja im się należy, jest im dana z Bożej Łaski, bo tacy są nadzwyczajni. A dobrobyt jest pochodną tego przekonania.

  26. 26 Jaszczur

    Amalryku,

    USA mają co prawda sytuację komfortową, bo oddzieleni są od Eurazji dwoma oceanami. Ale oddanie czy to Europy, czy to „niezatapialnych lotniskowców” na Pacyfiku (Japonia, Korea Pd., Formoza, Mariany) pozbawi ich stref buforowych, oddzielających USA od eurazjatyckich mocarstw chcących opnaować region, a potem świat – Rosji/Sowietów, Chin/ChRL, Niemiec, świata islamu.

    Ameryka jest skazana na polityczną i militarną obecność przynajmniej w „rimlandzie” – Europie Zachodniej i Azji Wschodniej. Inaczej Eurazja może zostać zdominowana przez wrogie jej mocarstwo kontynentalne/koncert mocarstw. A następstwem może być oblężenie i upadek USA. Inna sprawa, że może to być proces rozłożony na kilka dekad.

    Amerykanie, owszem, mogą prowadzić długotrwałą wojnę na wyczerpanie. Ale kluczowym pytaniem jest jak długo, zważywszy choćby na rezultaty tzw. „wojny z terrorem”?

    „Sowieci z maoistami nie mają żadnego potencjału do konfliktu ale sądzę że gdyby między tymi drugimi i USA doszło jednak do zbrojnego konfliktu, to nie będą ryzykować i zostawią chinoli na lodzie…”

    Zacznijmy od celów, jakie stawiają sobie towarzysze z Centralnego Komitetu Wojskowego przy politbiurze KPChL. Chodzi o opanowanie wschodniego wybrzeża Azji Wschodniej (skądinąd, historycznej sinosfery) i uczynienia z Zachodniego Pacyfiku Mare nostrum, co dawałoby ChRL status światowego mocarstwa, zabezpieczenie morskich szlaków handlowych (lądowymi trasami W-Z są dla Pekinu Rosja Sowiecka i „-stany”) i możliwość dalszej konfrontacji z USA.

    W takie sytuacji owszem, po co czekistom wcinać się między wódę a zagrychę? Oficjalnie mogą ogłosić neutralność i zostawić towarzyszy zza Amuru na lodzie, ale może to być postawa mieszcząca się w ramach dezinformacyjnego, sfingowanego „sino-soviet split”, a nawet mogą udzielać wsparcia nie wprost czy zakulisowo.

    W „Następnej wojnie światowej”, w scenariuszu wojny ChRL+KRLD vs. USA, to we Władywostoku podpisywany jest rozejm pomiędzy walczącymi stronami…

    P.S. Co powiesz o ostatnich enuncjacjach amerykańskich generałów? http://niezalezna.pl/69281-usa-zagrozone-rosyjskim-atomem-moskwa-jest-nieprzewidywalna-ostrzega-gen-milley

  27. 27 Andrzej

    Szanowni Panowie,

    Pozwolę sobie wtrącić się do dyskusji Panów na temat globalnej rozgrywki pomiędzy USA i bolszewikami. Oto dziś czytam w jednym i tym samym źródle informacji, że komunistyczne Chiny są głównym szpiegiem w gospodarce amerykańskiej. A także to, że sowieci zagrażają istnieniu („existential” threat) USA. Wydawać by się mogło, że nareszcie coś dostrzegli i coś rozumieją. Lecz wyjaśnienie tych spraw jest takie samo jak zawsze. Otóż, wg tzw. kompetentnych osób z amerykańskich instytucji (FBI, szef dowództwa operacji specjalnych) bolszewicy chińscy robią tak tylko po to aby „zachować stopę wzrostu gospodarczego”, zaś sowieciarze chcą tylko „konkurować”.
    Już nie wiem czy śmiać się czy płakać. Zakładanie, że przy tego typu rozpoznaniu celów i zamiarów przeciwnika można go pokonać wydaje mi się nieuzasadnionym optymizmem. Nawet pomimo przewagi militarnej w siłach morskich czy powietrznych.

  28. 28 Andrzej

    ps. Przepraszam za podanie niewłaściwego linka (drugiego). Oto właściwy link

  29. 29 michał

    Otó to, Panie Andrzeju, przy takim rozpoznaniu wroga nie ma w ogóle mowy o walce. Nawet jeśli poszczególne jednostki rozpoznają zagrożenie, to są wówczas piętnowani mianem „jastrzębi” i natym kończy się ich kariera. Następcy będą ostrożniejsi.

  30. 30 amalryk

    Panie Michale;

    Erozja „mocarstwowości” nie następuje nagle, ex nihilo; zwykle poprzedza ją cały szereg walk, konfliktów wewnętrznych czy wręcz wyniszczających wojen. Tak było z Sybaris, Rzymem i Rzeczpospolitą. Ameryka jeszcze nawet nie powąchała zapachu klęski, jedna spartolona ekspedycja karna w Wietnamie (a i tak Wietnam był na krawędzi kolapsu) to nic.

    Jaszczurze;

    Amerykanie bez woli mieszkańców zachodnioeuropejskiego rimlandu nic nie będą w stanie zrobić. Straszenie zaś Amerykanów spopieleniem ich przez sowiecki arsenał jądrowy, jest najwyraźniej propagandową pracą przygotowawczą dla przyszłych, kosztownych militarnych pociągnięć.

    Andrzeju;

    Pożyjemy, zobaczymy! USA w przeciwieństwie do komunistycznych tworów nie mogą sobie całkowicie lekceważyć woli obywateli – tu sprawy nie idą tak szybko (zwłaszcza gdy się ma je zabagnione przez kontrkulturową piątą kolumnę gramsci modo).

  31. 31 Andrzej

    Drogi Amalryku,

    No właśnie: pożyjemy, zobaczymy. Mam wrażenie, że Ty bardziej skłaniasz się w stronę „pożyjemy” a ja w stronę „zobaczymy”. Prawda leży zapewne gdzieś pomiędzy tymi stronami.
    A propos gramscistów to zauważ, że ich legiony obecnie nie są tylko w amerykańskim kongresie i rządzie, na amerykańskich uczelniach i w amerykańskich mediach ale w amerykańskich sądach. Zaś sędzia federalny i sąd najwyższy w USA mogą dużo zdziałać (co też ostatnio dość dobrze widać). W każdym razie tempo w którym idą sprawy to kwestia mocno dyskusyjna.

  32. 32 michał

    Panie Amalryku,

    „Erozja mocarstwowości” zaczyna się od dobrobytu, jak wskazuje historia Sybarytów. Klęski przychodzą później, kiedy już nie ma ani mocarstwa, ani dobrobytu, tylko złudzenia wielkości i sny o potędze, jak wskazuje historia Rzeczpospolitej.

  33. 33 amalryk

    Andrzeju!

    Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Wielkich nadziei sobie nie czynię. USA wszak od podstaw są ufundowane na oświeceniu ale jest to taki gigant że pokorne osunięcie się ich jest niewyobrażalne.

    Panie Michale!

    tam ciągle i mocarstwo a i dobrobyt nie zgorszy…

  34. 34 michał

    Bez wątpienia, drogi Panie Amalryku, Ameryka opływa w bogactwa i jest potężna. Chciałem tylko wskazać, że nie trzeba wąchać klęsk, żeby rozpoczęła się erozja. Najjaśniejsza Rzeczpospolita słabła przez wieki, ale nadal zwyciężała na polach bitew. Na polskiej Ukrainie żyło się bogaciej i dostatniej pod carską niewolą w XIX wieku, niż w „wolnej” Ameryce czy w Anglii w tym samym czasie. Wydaje mi się, że dobrobyt i potęga nieznacznie podkopują wolę walki, o której mówiliśmy na wstępie.

  35. 35 amalryk

    Owszem, dobrobyt rozleniwia i zmiękcza, ale silą Ameryki jest prowincja a nie hedonizm wielkich miast.

  36. 36 michał

    To prawda, ale prowincja, wszyscy ci red necks & country hicks, nie decydują o polityce zagranicznej Ameryki i z trudem tylko dają się wybić ze swego izolacjonizmu…

  37. 37 amalryk

    Taak… Sprawy nie idą chyba jednak we właściwym kierunku. Utkwiło mi w pamięci takie zdarzenie opisane przez R.M.Weaver’a w „Idee mają konsekwencje” ;

    „[…]Podczas wczesnej fazy II wojny światowej stała się głośna historia pewnego farmera z Oklahomy – jednego z tych jeszcze nie zepsutych. Usłyszawszy o ataku na Pearl Harbour wyjechał z żonż na Zachodnie Wybrzeże, by pracować w stoczni. Jego żona znalazła pracę kelnerki i utrzymywała oboje. Nowy pracownik, który nie umiał czytać, nie rozumiał znaczenia kawałków papieru dawanych mu raz na tydzień. Dopiero gdy zgromadził ponad tysiąc dolarów w czekach, zorientował się , że płacono mu pieniędzmi za ocalenie ojczyzny. Tymczasem on był przekonany, że kiedy ojczyzna jest w niebezpieczeństwie, wszyscy pomagają , a pomagać to znaczy dawać za darmo.[…]”

    Ciekawe czy w Ameryce są jeszcze tacy farmerzy?

  38. 38 michał

    W Ameryce albo gdziekolwiek indziej.

  39. 39 Andrzej

    Nadzieja w prostych farmerach? Ci przynajmniej są gotowi walczyć o swoją własną ziemię. Stąd też zapewne, od jakiegoś czasu, głównym zadaniem tamtejszych „postępowych elit” jest odebranie im broni palnej.

  40. 40 michał

    Cha, cha! Słuszna uwaga. Kiedy bolszewicy zajęli Wilno, to w pierwszym rzędzie kazali oddawać wszelką broń zarówno białą jak palną.

  41. 41 amalryk

    No! Pod tym względem „postępowe elity” mogą mieć z tym w Stanach pewien problem – jak tu „bezkolizyjnie” odebrać ok 250 mln sztuk broni palnej od uzbrojonych jej posiadaczy?

  42. 42 michał

    To wszystko prawda, ale czy nie jest raczej trudno wykrzesać z siebie wiele sympatii dla wszystkich tych amerykańskich „patriotów”, których miłość ojczyzny sprowadza się do prawa noszenia broni? Prawa do strzelania najpierw, a dopiero potem zadawania pytań?

  43. 43 amalryk

    Prawa do strzelania najpierw, a dopiero potem zadawania pytań?
    =========================================
    No! Takiego prawa to nawet w Ameryce nie ma! Nie wiem czy istnieje dowodliwa zależność między skalą uzbrojenia obywateli a skalą ich wolności…

  44. 44 michał

    Ależ tam! Opowiada Pan! Poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych nr 13A brzmi: Shoot first. Ask questions later.

  45. 45 amalryk

    13B ! W 13A stoi coś o niewolnictwie.

  46. 46 michał

    Ma Pan na myśli, że jest prawem człowieka i obywatela, żeby trzymać niewolników, tak jak Washington, Franklin, Jefferson i inni ojcowie ojczyzny wolnych ludzi?

  47. 47 amalryk

    No! Ale przecież nie spośród ludzi, tylko Murzynów! A tu dobrotliwy Abe Lincoln wyjaśnił iż;

    „[…] nie jestem ani nigdy nie byłem zwolennikiem zrównania społecznego rasy białej i czarnej, nie jestem i nigdy nie byłem zwolennikiem prawa do głosowania dla Murzynów, powoływania ich do ław przysięgłych, obsadzania nimi urzędów czy też ich małżeństw z białymi kobietami. Powiem więcej, że istnieją tak duże różnice fizyczne pomiędzy tymi rasami, że wydaje mi się niemożliwością, aby zaistniała kiedyś między nami równość społeczna czy polityczna. Z tego właśnie powodu, kiedy przedstawiciele tych ras żyją obok siebie, to jedna z nich musi być nadrzędna względem drugiej[…]”

  48. 48 michał

    Ciekawe, jakie różnice fizyczne miał na myśli. Kolor skóry?

  49. 49 amalryk

    Bezsprzecznie! (A może chodziło mu o krążącą urban legend nt długość przyrodzenia?)

  50. 50 michał

    Ale czy to by dowodziło niekompatabilności ras?

  51. 51 amalryk

    Ależ naturalnie! Pomijając oczywiste problemy niekompatybilności podczas pojawiające się podczas prób ewentualnej prokreacji, pojawia sę straszliwe ryzyko spłodzenia progenitury w paski! Jak zebry!

  52. 52 amalryk

    Ależ naturalnie! Pomijając oczywiste problemy niekompatybilności ujawniające się podczas prób ewentualnej prokreacji, pojawia się straszliwe ryzyko spłodzenia progenitury w paski! Jak zebry!

  53. 53 michał

    I stąd ta poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych? W takim razie Prawa Człowieka i Obywatela stają się jasne.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja