III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Lecz jeśli dokonywająca się obecnie „liberalizacja” nie jest wyrazem odnowy reżymu, ale wyrazem jego niedołężnienia, to jej logicznym rezultatem będzie jego śmierć, po której nastąpi anarchia.
Andriej Amalrik

Czy związek sowiecki przetrwa do roku 1984?

Obraz, który wyłaniał się z pilnie śledzonych przez Mackiewicza politycznych osobliwości połowy lat 70., był szokujący: komuniści dążą do samozagłady. Póki co kłócą się nieustająco między sobą, żyjąc w permanentnym strachu przed opinią publiczną. Kgb, w pełni neurastenicznej poczytalności, na własną zgubę, współtworzy dysydentyzm, opozycję, podziemne wydawnictwa. Coś jakby Guido Fawkes działający z inspiracji Stuartów. Cóż to było: słabość systemu czy prowokacja o niejasnych intencjach? Alternatywa, która wciąż, po upływie półwiecza, nie doczekała się jednoznacznego rozstrzygnięcia.

„Samizdat sowiecki robi, oczywiście, KGB…”pisał Mackiewicz w liście do Kowalewskiego. Robi, łatwo sobie dopowiedzieć, rękami dysydentów. Czy współdziałających z czekistami świadomie, czy nieświadomie tego, oczywiście, wiedzieć Mackiewicz nie mógł. Nie wskazywał na kogokolwiek palcem publicznie, choć w korespondencji prywatnej nie stronił od podejrzeń. Sacharow na przykład uchodził w jego oczach za „jawnego prowokatora”. Wobec braku ścisłej wiedzy, nie mógł podobnych przypuszczeń publikować wprost. Takie działanie byłoby nie tylko nieprzystojne, ale odwracałoby uwagę od istoty rzeczy, wykraczającej poza osobiste zaplątanie pojedynczych osób.

Ale od problemu zaangażowania konkretnych ludzi całkowicie nie można uciec. To oni firmują działania, hasła, ideowe i polityczne koncepcje. To wobec nich komunistyczna władza stosuje odpowiednie środki i zabiegi. Są poddawani represjom lub nagradzani przywilejami. W artykułach Mackiewicza licznie pojawiały się nazwiska ludzi zaangażowanych w ruch dysydencki. Interesowało go, co mają do powiedzenia, jakie rozwiązania proponują, zastanawiał się czy, a jeśli tak, to w jaki sposób, ich aktywność może służyć interesom komunistów. Przytaczał wiele nazwisk, poświęcając tym osobom mniej lub więcej uwagi. Jedną z nich był zmarły przed kilku laty Władimir Bukowski. Zwrócił uwagę Mackiewicza sążnistymi listami, pisanymi do sowieckiej władzy z więzienia. To nie mogło się dziać bez aprobaty komunistów, którzy mogli przecież w każdej chwili ukrócić tę aktywność. Czy zatem Bukowski uchodził w oczach Mackiewicza za prowokatora? W liście do Kowalewskiego z grudnia 1977 pisał:

Naturalnie ma Pan rację, że „nie wszyscy etc.” są agentami i manipulowanymi. Zresztą jak to nawet podkreślałem.

Przy tym pisałem o stronie polityczno-ideowej. Najmniejszy nacisk kładąc na stronę techniczną zjawisk. Stąd nieporozumienie. Ta strona techniczna – której dokładny rozbiór zająłby olbrzymi traktat – jeżeli się zapoznać szczegółowo, Sacharow, Chodorowicz, Jankielewicz, Bukowski etc. etc. (Sołżenicyn!) – wykazuje zupełną absurdalność w zestawieniu z rzeczywistością sowiecką. W myśl teorii Lenina o „głuchoniemych ślepcach” przejętych własnym chceniem. Moskwa przestała się z nami liczyć, i kpi w żywe oczy. – Sacharow jest już agentem zupełnie jawnym.

Był daleki od pochopnych wniosków. Po upływie niemal półwiecza sprawa mniemanej agenturalności autora I powraca wiatr, nie jest wcale łatwiejsza do rozstrzygnięcia. Bo Bukowski jest postacią wyjątkową. Nie pasuje do utartego schematu dysydentyzmu. Podzielał, co prawda, przekonanie o mocy sprawczej „legalnej” opozycji. Poza tym to zaprzysięgły wróg systemu sowieckiego, poskramiacz socjalizmu i lewactwa, człowiek walki, przekonany (przynajmniej od lat 60. poczynając) o niechybnej klęsce systemu (co w jego percepcji nastąpiło w sierpniu 1991). Nie bardzo to pasuje do Mackiewiczowskiej koncepcji Wielkiego Planu i masowego wykorzystania sowieckiej dysydencji.

Postać Bukowskiego jest więcej niż interesująca. Już jego ekspedycja ze związku sowieckiego na Zachód zdaje się paradoksalna. Wyproszono go grzecznie, wraz z matką i siostrą, które wcześniej, z racji jego buntowniczych poczynań, bywały prześladowane. Wymieniony został za chilijskiego komunistę, sekretarza generalnego tamtejszej partii. W 1976 nie był Bukowski anonimowym dysydentem (przez kilka lat na Zachodzie prowadzono w jego obronie protesty), ale taka wymiana stanowiła mocne kopnięcie w górę w hierarchii ruchu dysydenckiego. Podobno Breżniew nie był zadowolony, usłyszawszy, co na Zachodzie ma do powiedzenia niedawny pacjent szpitala psychiatrycznego. Miał rzekomo skarcić towarzyszy: mówiliście, że on niespełna…, a ot co?! Taką anegdotę przytacza Bukowski, ale mniejsza o nią. Ważniejsze pytanie jest następujące: po cóż był im ktoś taki na Zachodzie? Ktoś, kto z gruntu nienawidzi sowieckiej ojczyzny? Przez kolejnych 15 lat brutalnie i z wielką błyskotliwością wyśmiewał sowieckich akolitów w wolnym świecie, reformatorów komunizmu tam i tu, z Gorbaczowem i jego „chytrostrojką” na czele. Miał za złe gensekowi, że ten skradł mu „głasnost”, termin który Bukowski ukuł wraz z kolegami-dysydentami w latach 60. Nie pomagał w przebudowie. Dopiero wiosną 91 (niczym Lenin w kwietniu 17) pojechał do Moskwy, wieszcząc „nieuniknioną” konfrontację, wzywając do generalnego strajku, bo inaczej… krew i głód. Był Bukowski prorokiem sierpniowego puczu, czy… prowokatorem?

Przyjrzyjmy się temu, co Bukowski reprezentował. Świetny, pełen swady i temperamentu, wnikliwy obserwator porusza w swojej publicystyce liczne wątki, uderzające czytelnika niełatwą oczywistością. Jako wróg ustroju sowieckiego, zdaje się mieć zmysły szczególnie wyczulone na nonsensy współczesnego świata: społeczne, polityczne, ideologiczne. Z tego powodu w ciągu minionych kilku dekad dał się poznać jako bezwzględny krytyk unijnych instytucji, niefrasobliwości i głupoty jej przedstawicieli. Zjawisk kulminujących przekształceniem liberalnej instytucji w brukselskiego potworka, systemowego bliźniaka związku sowieckiego, w którego siermiężnościach rozpoczynał Bukowski swój pochód przeciw niedorzecznościom świata.

Jego krytyka Zachodu ma długą historię, bo rozpoczęła się niemal nazajutrz po ekspatriacji. Jako wróg systemu nie mógł pojąć spolegliwości Zachodu wobec sowietów. Rychło popadł w konflikt z głosicielami „naprawy komunistycznego systemu”. Zyskał miano „prawicowca” i „ekstremisty”. Nie rozumiał tamtejszej naiwności. Zachodził w głowę jak wytłumaczyć rozmówcom (często wysoko postawionym), że cała sowiecka gra na odprężenie, redukcję zbrojeń to „zwykłe oszustwo”. Ostatecznie odkrył prawdę, a przynajmniej tak mu się zdawało: naiwność Zachodu nie była przejawem głupoty. To była w pełni świadoma polityka establishmentu, wspierania socjalizmu. Pozostawała głupia jedynie w „szerokim tego słowa znaczeniu, w jakim głupia była sama koncepcja socjalizmu”. Bukowskiego Zachód zaskoczył i trudno mu się dziwić. Nie spodziewał się, że będzie aż tak, po sowieckiemu, swojsko:

Słowem – niczego nie podejrzewając, wyleźliśmy ze swoimi prawami człowieka, więzieniami i zakładami psychiatrycznymi na świat, gdzie socjalizm jako idea już dawno zwyciężył… […] To tak, jakbyście widząc, że złodzieje grabią dom, pobiegli na policję, nie wiedząc, że weszła ona w zmowę z bandytami.

Bukowski to człowiek obdarzony niebywale silną wolą. Jeśli opuszczał więzienną celę lub psychiatryczny szpital, czynił to zawsze na krótko, z pełnym przekonaniem o konieczności powrotu. Nie był to wybór polityczny, ale moralny. Jeśli nie ja, to kto? – podpowiadała mu osobista aksjologia. Godne podziwu. Jego antykomunizm jest inspirujący, przepełniony dumą z codziennego zwycięstwa nad złem. Ale bywa niekiedy tak, że z dumy wyradza się buta. Piękna postawa zostaje nadszarpnięta przez nieuzasadniony triumfalizm. Hardość przechodzi w megalomanię i próżność. Nie wiem, kiedy to było dokładnie, ale rychło uznał, że z sowietów można sobie bimbać, że niewiele potrafią mu wyrządzić złego. Doszedł do przekonania, że komunistyczna władza jest spętana… przepisami prawa. Nie wszyscy podzielali tę naiwność. Pisarz-dysydent, który po przyjeździe do Londynu przyznał się do współpracy z kgb, Anatolij Kuzniecow, był odmiennego zdania:

…Jeżeli mam być szczery to znacznie lepiej rozumiem tych, co milczą, aniżeli tych, którzy protestują i w protestach powołują się na konstytucję czy w ogóle na sowieckie prawo. A to dlatego, że ci, którzy milczą, dobrze wiedzą, jaka jest wartość sowieckiego prawa i praworządności.

Stąd wniosek – wtrącił Szymon Szechter – że niesłuszne jest powiedzenie, jakoby milczenie oznaczało zgodę.

Kuzniecow: W komunizmie milczenie oznacza sprzeciw.

Bukowski mocno trzymał się swojego przekonania, że komunistyczna władza czuła się zobligowana przepisami sowieckiego prawa. Wzmocnił to swoje przeświadczenie za sprawą kwerendy, jaką przeprowadził w archiwach komitetu centralnego kpzs, w czasie gdy „upadał komunizm”. Jako jeden z przykładów bezsilności sowieckiej władzy podawał notatkę sporządzoną dla kc przez nie-byle-kogo, bo ówczesnego szefa kgb, Jurija Adropowa: „Komitet Bezpieczeństwa Państwowego melduje, że zgodnie z uzyskanymi materiałami doktor nauk biologicznych Instytutu Radiologii Jaurés Miedwiediew i jego bliski znajomy Walerij Pawlenczuk, zamieszkali w m. Obnińsku w obwodzie kałuskim, przepisują na maszynie nie publikowaną powieść A. Sołżenicyna Krąg pierwszy„. Znamienne zdają się słowa wszechpotężnego Andropowa w odniesieniu do J. Miedwiediewa: „należy polecić komitetowi miejskiemu KPZR w Obnińsku podjęcie kroków zmierzających do przerwania jego antyspołecznej działalności”. Takie sugestie formułował szef najpotężniejszej organizacji zorganizowanego terroru do mielenia obywateli. Był pod wpływem środków odurzających, przeszedł gwałtowny wstrząs moralny, a może postanowił obalić związek sowiecki? Tego rodzaju szarady nie trapiły Bukowskiego.

Podczas wielomiesięcznej lektury partyjnych dokumentów Bukowski nie krył zdumienia. Trudno było mu uwierzyć, że komunistyczna góra zajmowała się takimi błahostkami jak samizdat, mikro manifestacje i protesty. Przecież człowiek sowiecki – próbował przekonywać sam siebie – nie mógł nawet marzyć o tym, aby jego podanie czy skarga trafiło tak wysoko. Uwierzył. Poczuł nawet wzruszenie, gdy przeczytał, że na posiedzeniu biura politycznego rozważana była kwestia jego aktywności, a konkretnie, czy po procesie z roku 1967 i zapadłym wyroku ma ukazać się w lokalnej prasie wzmianka o tym zdarzeniu, czy też nie. Nie zastanowiło go, że system, który dyktuje treść lokalnej gazety do ostatniej litery, dozwala jednocześnie na niekontrolowaną twórczość setek wrogów: „…politycy sowieccy rozumieli doskonale, że siedzą na wulkanie. Imperium trzeszczało w szwach na długo przed przyjściem Gorbaczowa”. – Taka jest jego ostateczna konkluzja. A wszystko to dokonało się za sprawą praworządności, niestosowania przemocy oraz dzięki jawności, w opozycji do działalności podziemnej, bo „przemoc nie może być podwaliną państwa prawa, a podziemie – wolnego społeczeństwa”.

Zadziwiające słowa w ustach wolnego człowieka, znającego sowiecki system od podszewki. Znajduję jedno wyjaśnienie: Bukowski podchodził bez dystansu do komunistycznej „rzeczywistości”, z całą jej nadbudową. Nie pojmował, że ustrojowy sztafaż pierwszego na świecie socjalistycznego państwa robotników i chłopów jest tylko narzędziem w rękach bolszewizmu:

Z pewnym prawdopodobieństwem można twierdzić, że wierzył Lenin, a także jego najbliższe otoczenie. Zakładam, że pomimo całego cynizmu Stalin wierzył w „historyczną słuszność” swojej działalności, Chruszczow z pewnością żywił jakąś naiwną, iście chłopską wiarę w socjalizm.

Pisał te nonsensy z przekonaniem. Nie dostrzegał, że ideologia, niezależnie od obieranego kształtu i formy, jest jedynie narzędziem zniewolenia. Wyrósł w systemie, a jego umysł przesiąkł wszechobecną propagandą. Choć to całkiem nieprawdopodobne, wierzył w dobre intencje bolszewickich zwyrodnialców.

Zatrważający jest sposób myślenia człowieka sowieckiego, nawet wewnętrznie wolnego, jak Bukowski, który ma odwagę stawiania czoła przeciwnościom losu. Uwikłanie w system powoduje zamęt semantyczny i poznawczy; nie sposób odróżnić dobra od zła, prawdy od fałszu. Potrafił napisać: „masz, chłopie, szczęście, najpewniej wylecisz tylko z pracy, partii, Komsomołu…”, całkiem nie zdając sobie sprawy, że karą miałoby być w tym przypadku usunięcie z organizacji przestępczej. Podobnych niuansów nie zauważa. Jest ofiarą mitów. Mitu o ideologicznych uwarunkowaniach komunizmu; o tym że Marks i Lenin, Stalin i Trocki, Chruszczow z Breżniewem… każdy z nich na swój sposób wierzył w absurdy walki klas czy dyktatury proletariatu. Nie znajduję wyjaśnienia dla tej łatwowierności. Bo Bukowski nie był dość naiwny, aby wierzyć w takie niedorzeczności. Miał klarowny, otwarty umysł.

Pisał w Moskiewskim procesie:

I, trzeba przyznać, grupa Jelcyna wspaniale zachowała się w czasie puczu, a także w ciągu kilku dni po nim. Nie ma wątpliwości, że Jelcyn wchodząc na czołg przed Białym Domem i zwracając się stamtąd do współobywateli, miał swoją „godzinę wielkości”. A moment, kiedy podpisywał dekret o delegalizacji Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, był najdonioślejszym wydarzeniem w jego życiu.

Największa tajemnica Bukowskiego to podziw, nieomal uwielbienie, dla Jelcyna. Ten ostatni był co prawda przez wiele lat kreowany na zbawcę; jedynego uczciwego w Moskwie: „Gdy my tu, towarzysze, kawior i jesiotry wędzone zajadamy, naród głoduje!” – tak miał mawiać na politbiurowych posiedzeniach (krążyła ta bohaterszczyzna po Moskwie, w ręcznych odpisach). Ale nie dajmy się zwariować. Mógł w Jelcyna uwierzyć byle sowietolog, ale czy Bukowski?

Pierestrojka była dla niego „masową psychozą”, sterowaną przez „kremlowskich manipulatorów”. Gorbaczowa, aparatczyka z prowincji, uczyniono gensekiem ze względu na jego… sympatyczny wygląd. Okazał się też doskonałym wykonawcą wielkiego „operacyjno-czekistowskiego posunięcia” i co ciekawe w interpretacji Bukowskiego, posunięcia wymyślonego jeszcze w czasach Breżniewa, przez Andropowa. Gorbaczow, sekretarz „zapyziałego Komitetu Krajowego KPZR” nie mógł czegoś takiego wymyślić. Do 1984, kiedy zaczęto go szykować na genseka, nigdy nie był nawet na Zachodzie. Za wszystkim stał Andropow. To on wpadł na pomysł zainscenizowania krzyżówki „praskiej wiosny” z leninowskim nepem. Pomijając szczegóły, trudno się z tą wykładnią nie zgodzić. Aż do momentu, w którym: plan zawalił się „z hukiem” i „dowiedzieliśmy się” jak powstawały fikcyjne „partie”, kagebowskie „fronty narodowe”, różne ultranacjonalistyczne „straszaki”, okazało się, że nawet Żyrinowskiego „wymyśliło w 1989 roku KGB za zgodą politbiura”. Niebywałe w jaki sposób pisał Bukowski o Gorbaczowie:

Zdumiewające: człowieka, który skupił w swoim ręku władzę większą niż Stalin i Mao Tse-tung razem wzięci [sic!], postrzegano jako ofiarę, jako prześladowanego opozycjonistę. Czy jest drugi taki przykład w historii?

Przesada granicząca z histerią. W jakim celu spisywana? Czy dla przeciwwagi, dla skontrastowania niebywałych przymiotów „byłego komunisty”, Jelcyna?

***

Ważny w biografii Bukowskiego jest przełom lat 60. i 70. Wówczas w kręgu jego znajomych miały pojawić się dyskusje na temat rychłego upadku komunizmu. To z tych dyskusji narodził się polityczny pamflet Andrieja Amalrika, Czy Związek Sowiecki przetrwa do 1984 roku? To dlatego „upadek komunizmu” trzy dekady później nie wywarł na Bukowskim wrażenia. Było to bowiem zdarzenie z dawna antycypowane. Nie miał powodu wątpić w jego realność.

Komuś, kto widział indyferentyzm człowieka sowieckiego na chwilę przed „ustrojową transformacją” roku 89, tego rodzaju dywagacje, prowadzone pół wieku wcześniej, mogą zdawać się pure nonsensowne, ale to omylne wrażenie. W dysydenckich kalkulacjach tamtego czasu jest logika, przykrojona do ideowych założeń. Skoro władza okazała się na tyle słaba, że nie potrafi spacyfikować opozycji, oporu powstrzymać i wyeliminować, okazuje jawną i oczywistą bezsilność, wniosek nasuwa się sam. Zanim zostanie wyartykułowany, przyjrzyjmy się historii Amalrika i jego publikacji.

Już tytuł Czy Związek Sowiecki przetrwa do roku 1984? frapuje. Nie dlatego, że zawarta w tym pytaniu hipoteza zdaje się mocno oderwana od rzeczywistości podsowieckiej. A dlatego, że wchodzi jakoby w polemiczny spór z futurystycznym przesłaniem Orwella. Pozornie. Bo Amalrik książki Orwella nie czytał, a słyszał o niej jedynie od jednego z przyjaciół. I od owego czytelnika Roku 1984 dowiedział się, że to książka o totalitarnym imperium, popadającym w ruinę. Nie mielibyśmy tu więc do czynienia z polemiką, ale z omylną analogią. Twierdzenie, że Orwell opowiada w 1984 o rychłym krachu systemu, jest zaskakujące swoją interpretacyjną egzotyką, ma jednak ciekawy walor: daje sposobność wniknięcia w mentalność podsowieckiego dysydenta lat 50., 60., lat 90., mentalność prowadzącą do entuzjastycznego przywitania demokracji à la Jelcyn. Pozwala też na wiwisekcję podsowieckiej mentalności współczesnej, mamroczącej o wyczerpujących się zasobach przygłupiej i zardzewiałej armii Putina oraz, w konsekwencji, o nieuchronnej jej klęsce.

Podsowiecka mentalność, którą tu mam na myśli, zapuściła swoje korzenie w około chruszczowowskim etapie ideologicznego uwiądu, braku socjalistycznego entuzjazmu, skutkującego marazmem. Przywodzi na myśl obraz komsomolca, któremu zdjęto z nosa okulary fanatyzmu. Dojrzawszy, po raz pierwszy w życiu, mizerię socjalizmu, doznał olśnienia à rebours. W takich warunkach, ideologicznego odrealnienia, odczytywać można powieściową rzeczywistość 1984 jako zapowiedź niechybnego zgonu molocha. Wolni od takich naleciałości prole nie popadają w podobne absurdy. Rozumieją, że niedobór wszystkiego to tylko jedna ze stałych cech doczesności. Jako utrapienie nie ma ten brak najmniejszego związku z opresyjnością i mocą systemu. Dla rozczarowanych pionierów i komsomolców, którym podcięto entuzjastyczne skrzydła ideologii, świeżo odkryta nędza egzystencji jest zapowiedzią nieuchronnej agonii.

Sława Amalrika, jak to u pisarzy-dysydentów tamtego czasu bywało, wyprzedziła jego głośny pamflet. Broszura wywołała sensację zanim poznano jej treść. Amalrik prowadził na jej temat całkiem jawną korespondencję z prasą zachodnią. Nie obawiał się, ani konfiskaty broszury, ani aresztowania. Podejrzewano dość powszechnie, że jego poczynania mają jakiś związek z kgb. Jego osobą zainteresował się Adam Pragier. Pisał o pogłoskach jakoby Amalrik był agentem dezinformacji, ale skupił się na przekazie pamfletu, opowiadającego o rozkładzie biurokratycznego systemu, niezdolnego do uporania się z jakimkolwiek problemem natury gospodarczej, społecznej czy wojskowej. Autor negował możliwość rozpadu sowietów od wewnątrz, twierdził jednak, że nastąpi on w wyniku konfliktu zbrojnego z Chinami, w ciągu kolejnych 10-15 lat. Wywody Amalrika pozostawały – wedle Pragiera – w sprzeczności z potencjałem strategicznym związku sowieckiego.

Amalrik został ostatecznie aresztowany, ale z kilkumiesięcznym poślizgiem, co, wziąwszy pod uwagę, że broszura została wydana pod jego nazwiskiem (z podaniem domowego adresu autora), zdawało się kuriozalnym potwierdzeniem dezinformacyjnego charakteru publikacji. Równie dobrze mogło być dowodem notorycznej słabości sowieckiej władzy. Nawet Miłosz doszukiwał się w całej sytuacji jakichś wewnętrznych czekistowskich rozgrywek. Giedroyc, jak zazwyczaj, nie miał żadnych wątpliwości. Interesujące było uzasadnienie wyroku. Amalrik skazany został za: „rozpowszechnianie a priori fałszywych zmyśleń, szkalujących radziecki ustrój społeczny i państwowy”. Opieszałość wymiaru sowieckiej niesprawiedliwości ciekawie wyjaśniał Amalrik w wywiadzie dla tygodnika Der Spiegel, spisanym na krótko przed swoim aresztowaniem: „Dotychczas korzystam rzeczywiście z większej wolności, niż liczni obywatele sowieccy. Ale tę wolność zawdzięczam samemu sobie”. Amalrik pokpiwał z zarzutów jakoby był agentem kgb. Bardzo możliwe, że nie był nim istotnie. Może nawet nie był przez sowiecką władzę inspirowany. Niewątpliwie jednak ta wiedziała o jego istnieniu. Swoje poglądy przedstawił po raz pierwszy publicznie w liście skierowanym do Literaturnoj Gaziety i Izwiestii w listopadzie 1967. Jedyną reakcją służb, co Amalrik opisuje w broszurze, była rewizja jaką przeprowadzono u niego w domu w 1969. Skonfiskowano pewne materiały, ale nie gotową niemal broszurę. Czy uznano ją za politycznie poprawną? Czy może nie chciano działać wbrew literze „prawa”?

Skutkującej „upadkiem komunizmu” długofalowej strategii nie sposób wyobrazić sobie bez dysydencji, mniej lub bardziej odważnych obalaczy zmurszałego systemu. Nie wiemy w jakim stopniu ruch dysydencki powstawał przy udziale i z inspiracji komunistów i – obawiam się – stosownej wiedzy nie posiądziemy. Być może, wystarczyło jedynie złagodzić represje i przyglądać się z uwagą rozwojowi naturalnych reakcji. Możliwe też, że druga, dysydencka strona, przyjęła analogiczną taktykę: nie drażnić nadmiernie sowieckiej władzy, nie straszyć kontrrewolucją, nie wymachiwać nożem. Zmierzać do szczęśliwego rozstrzygnięcia na gruncie ustrojowej praworządności. Amalrik ze swoją broszurą świetnie się w ten obraz wpisuje. Antycypuje, co prawda, upadek imperium, ale nie ma w jego wypowiedzi kontrrewolucyjnej wrogości. Nie wzywa do obalania ustroju, bo nie ma powodu tego czynić. Przekonuje jedynie o tym, że system niedołężnieje. Analogia z sołżenicynowskim wezwaniem do niewalki z komunizmem jest oczywista.

Broszura Amalrika opowiada o dekompozycji „reżymu”, a jego wywód jest logicznie spójny. „Rozszerzanie zakresu swobód” jest z jego punktu widzenia symptomem systemowej choroby. Reżym starzeje się, utracił zdolność do sprawowania despotycznych rządów nad wszystkim, z dawną siłą i stanowczością. Strukturalnym zmianom podlegają elity i całe społeczeństwo, reżym traci orientację. Amalrik proponuje alegoryczny obrazek:

jeden człowiek stoi naprężony, z rękami podniesionymi do góry, a drugi, równie naprężony, przykłada mu do brzucha lufę karabinu. Rzecz prosta, długo tak nie postoją: ten drugi zmęczy się i opuści trochę karabin, a pierwszy skorzysta z tego, by nieco opuścić ręce i trochę się rozprężyć.

Reżym jest stary, słaby, zbiurokratyzowany, z kulą u nogi w postaci więdnącej ideologii, bez której nie może istnieć. Dlatego stara się znaleźć dla niej skuteczną alternatywę… w postaci, a jakże, wielkorosyjskiego nacjonalizmu. Podobnie jak zdecydowana większość interpretatorów komunizmu, zapomina Amalrik o jego, komunizmu, istocie. Poza tym trudno odmówić Amalrikowi słuszności. Bo w samej rzeczy, reżym (tak, z maniakalnym uporem, nazywa komunistyczny nierząd, unikając jak ognia słowa komunizm) nie może sprawować pełni władzy nad obywatelem, nie wypełniając dwóch paralelnych warunków: dominującej bezwzględnej siły oraz ideologicznej euforii, umiejętnie podsycanej przez media, szkołę, organizacje polityczne. Bez tych atrybutów bolszewizm jest, w moim przekonaniu, cieniem samego siebie.

Stąd koncepcja permanentnej odwilży, socjalizmu z ludzką twarzą, zreformowanego komunizmu jest klasyczną utopią. Stosunki polityczne lub społeczno-polityczne, kreowane w oparciu o taki model, mogą być albo przejawem skrajnego wyczerpania władzy, albo zakrojoną na szeroką skalę prowokacją. Nie inaczej spoglądał na ten problem Józef Mackiewicz, odrzucający z przekonaniem zjawisko opozycji jako realnej siły politycznej w komunizmie. W preparowanej w połowie lat 70. akcji trust nr 2 dostrzegał coś więcej, aniżeli ostateczną rozprawę z antykomunizmem. Nie dysponował dostateczną wiedzą, aby to zjawisko opisać szczegółowo. Nie słyszał o Anatoliju Golicynie i rewelacjach, z jakimi ten przybył na Zachód. A jednak materiał, jakim dysponował, wystarczył do trafnego rozpoznania upowszechnianych z rewolucyjnym zacięciem ideowych tendencji.



Prześlij znajomemu


29 Komentarz(e/y) do “Za lub przeciw kontrrewolucji część VII”

  1. 1 Andrzej

    Gratuluję Ci Darku nadzwyczaj ciekawego tekstu, a właściwie całego cyklu.

    W kontekście tego co piszesz o Bukowskim i Amalriku:
    Gdy biedziłem się nad swoimi tekstami o „upadku komunizmu” i „rozpadzie” raju krat, nie znajdując (poza „postsowiecką” Bałtyką) informacji na temat czekistowskiej agentury – wszędzie zresztą, co dla wszystkich samodzielnie myślących powinno być jasne, starannie „uporządkowanej” – przyszło mi do głowy, że nie jest ona niezbędna do oceny, czy „dysydenci” byli „zadaniowani” przez czekistów. Sterami „dysydenckich” żaglówek nie musiało sterować kgb. Wystarczyło, aby w odpowiednim momencie zawiał odopwiedni wiatr, a kurs był zmieniany przez „dysydenta” własnoręcznie. Takim „wiaterm” mogły być najpierw „psychuszki”, „zesłania” i „kolonie karne” czasów „poodwilżowych”, gdzie osadzony łatwiej nabierał odpowiedniej wiedzy na temat sowieckiego „prawa”, a potem, w odpowiedniej chwili, pozwolenie mu działać wewnątrz systemu (uwiarygodnianie „liberalizacji”, „odprężenia” czy też „bliskiego końca”, a na koniec realizacji pierestrojki) lub „wydalenie” go z raju krat na Zachód, gdzie mógł podzielić się nabytą wiedzą i własnymi przemyśleniami. Doszukiwanie się czekistowskich związków nie jest więc konieczne. Gdy sowietom rzeczywiście przeszkadza jeden z ich przeciwników – gdy jest dla nich groźny – wtedy go zabijają bez oglądania się na kogokolwiek i bez względu na cokolwiek. Tak zawsze czynili i czynią dzisiaj. Dlatego, żywych i będących dla nich zagrożeniem rzeczywistych wrogów (w tym antykomunistów i kontrrewolucjonistów) w praktyce nie ma, albo są bardzo nieliczni.

  2. 2 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Zgodnie z aktualną mądrością etapu, sowieci rzadko mordują swoich wrogów. Czynią tak zapewne głównie wtedy, gdy ktoś czymkolwiek zagraża ich bezpośrednim interesom. Niekiedy mord ma charakter skrytobójczy, niekiedy ma działać ku przestrodze. Przynajmniej tak się zdaje. Amalrik zginął młodo, w wypadku samochodowym. Mówiono, że został zamordowany, ale to zdaje się mało prawdopodobne. Występujący w tej części Anatolij Wasiljewicz Kuzniecow zmarł rok wcześniej, w 1979. W liście do Kowalewskiego Mackiewicz pisał:

    Umarł mój przyjaciel Kuzniecow, o którym „Dziennik” pisze, że został zamordowany. Właściwie to samo, jeszcze przed śmiercią daleką, sugerował mi sam Kuzniecow, raz w rozmowie telefonicznej ze mną, drugi z moją żoną. Był on przyjacielem tego Bułgara tkniętego zatrutym parasolem. Pracował w tej Swobodzie. – Inni mówią jednak, że śmiercią naturalną.

    W Twoim najnowszym, bardzo ciekawym artykule o pierestrojkowej Białorusi przekonujesz, że tamtejsza restrukturyzacja komunizmu zaczęła się (a w każdym razie był to punkt niezmiernie istotny) od artykułu opisującego miejsce kaźni w Kuropatach, odległych od Mińska o zaledwie pięć kilometrów. Kuropaty stały się ważnym miejscem „niezależnych” manifestacji. Do dzisiaj nie wiadomo, ile ofiar komunistycznego terroru spoczywa w tamtejszych grobach. Mowa o 100 000 do 250 000 pomordowanych. Taka była mądrość etapu.

    Czy ludzie, którzy przychodzili tam w erze pierestrojki, aby czcić pamięć ofiar, modlić się, ale także manifestować politycznie, zastanawiali się nad korelacją miejsca i identycznością systemu? Czy myśleli o tym, jak cienka linia oddziela ich od przeszłości, gdy podejmowali decyzję o swoim udziale w komunistycznej prowokacji? A może udział w „masowej psychozie” na ułatwia refleksji nad dziejami? Nad niebezpieczeństwami, jakie czyhają w niedomkniętej księdze.

    I mnie się zdaje, że tropienie agentury, powiązań, inspiracji jest marnowaniem cennego czasu. Nie potrafimy przecież często oszacować autentyczności i wiarygodności źródła. Ruch dysydencki działał na fali niepobożnych życzeń, naiwnej wiary w lepszy świat pod komunizmem. Jeżeli „upadł”, to ze względu na cele światowe. W „domu” ten „upadek” nie był nikomu potrzebny. Predominowała przecież wiara w możliwość „poprawiania” komunizmu, a skoro tak, to po co było „upadać”?

    „Wiara” dotyczy wyłącznie (albo, prawie wyłącznie) ideologicznie uzależnionych: tych, którzy uprawiają „suwerenną” politykę w demoludach czy w sowieckich republikach; i tych przyklejających się do asfaltu, ubranych na tęczowo. Pierwsi są co nieco zgorzkniali, drudzy bluzgają fanatyzmem.

    „Wiara” w ideologię postępu nie dotyka orwellowskich proli. To oni wydają mi się nierównie bardziej interesujący. W Oceanii było ich 85%. Ciekawie byłoby poznać o jakim ich procencie można mówić w świecie realnym, zdominowanym przez bolszewizm.

  3. 3 Andrzej

    Darku,

    Jak dobrze wiesz, nie każdy krytyk komunizmu jest jego wrogiem na tyle, że bolszewicy gotowi są go zlikwidować. Przeciwnie, oni potrzebują żywych adwersarzy, aby stale uzasadniać swoją władzę. Bez wroga nie są sobą. Jeśli nie ma go na zewnątrz to wskażą go wewnątrz. Zatem tych, którzy rzeczywiście się przeciwko nim zbuntowali i zasłużyli na śmierć z ich ręki, po pokonaniu przez nich kontrrewolucji, było i jest niewielu. Głownie byli i są to ci, którzy ich zdradzili, oszukali lub do nich strzelali (dziś zdradzają, oszukują lub strzelają).

    Jeśli chodzi o Białoruską SSR, to człowiek sowiecki w znikomej liczbie przychodził na marsze do Kuropatów. Pierestrojkowej prowokacji ulegli przed wszystkim nacjonaliści, w tym akurat przypadku też niezbyt liczni. Ta kwestia w największej skali przejawiła się w republikach bałtyckich i na Kaukazie. Jak widać, bolszewikom najłatwiej było – i jest – sprowokować ludzi o przekonaniach nacjonalistycznych i to jest stały element bolszewickiej gry od leninowskich początków. Fakt, że patrzą na świat wyłącznie przez pryzmat narodowej ideologii, czyni z nich łatwy łup. Wystarczy zagrać na tej nucie, a zawsze znajdzie się chór który do tej melodii zaśpiewa.

    Sadzę, że homosovieticus ma się wciąż bardzo dobrze i silnie stoi na nogach (jest go nie mniej niż w Oceanii). Jego kolejne pokolenia tym łatwiej przyswajają tę postawę, że nie mają punktu odniesienia do oceny stopnia zniewolenia swojej myśli. Co z tego, że mogą jechać za granicę. Ich umysły kształtuje sowiecka (już udoskonalona) „kultura”, w której wyrośli. Mając na talerzu nieznane im danie, odmawiają jego skosztowania, bo tak są „zaprogramowani”.

  4. 4 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Tak, nacjonalizm to najlepszy sojusznik bolszewizmu. Zawsze służy wsparciem. Jeśli trzeba, jest wrogiem, innym razem – sojusznikiem. Zbuntowany, daje gwarancje łatwej pacyfikacji. Trudno byłoby sobie wyobrazić pierestrojkę bez wsparcia z jego strony. Pewnie to najbardziej widoczne w takich republikach jak Białoruś, gdzie zdecydowana większość obywateli nie miała zamiaru manifestować przeciw władzy. Ciężką robotę mieli czekiści, żeby przekonać naród do buntu.

    Do krzyków i protestów skłonni są zawiedzeni komsomolcy, działacze, inteligencja, ludzie z tych kręgów. Ale są jeszcze „ci, którzy milczą”, jak o nich pisał Kuzniecow. Pewnie to zbiór niehomogeniczny. Co to za ludzie? Czy są wśród nich tacy, którzy nie dali się zsowietyzować? Mimo lat, zideologizowanej szkoły, propagandy? Integralni wewnętrznie? Potencjalni kontrrewolucjoniści?

  5. 5 Andrzej

    Myślę Darku, że Kuzniecow miał na myśli osoby politycznie bierne. Pewnie jakaś ich część to „wewnętrzni emigranci”, być może nieliczni to przeciwnicy bolszewizmu ale zdecydowana większość, gdy się im powie, aby szli do „wyborów” i poparli system, zrobią to z oportunizmu, aby zachować taki stan rzeczy – lata zideologizowanej szkoły i propagandy robią swoje. Sytem ich wynagradza w ten sposób, że pozostawia ich w spokoju i daje im złudzenie swobody w klatce. W peerelu zwie się to „milczącą większością”, ale to milczenie nie wydaje mi się być podstawą do pokładania w nim nadziei. Milczą, ale aprobują, co najwyżej na boku pomstując. Mackiewicz słusznie uważał, że najważniejsze jest zachowanie wolnej myśli.

  6. 6 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Wiem, że to nienowy temat. Ale trudno mi się zgodzić ze stwierdzeniem, że prole to tylko gigantyczny zbiór zobojętniałych na wszystko, złamanych i zestrachanych ludzi sowieckich. To jest rewolucyjna perspektywa, przelewająca masy brudnej wody z jednego brzegu miednicy na drugi. To nie jest rzeczywisty obraz, wedle mnie. Złamani czy nie, zestrachani czy nie, każdy przedstawia jedynie siebie.

    W 2013 roku, Orzeł napisał artykuł/eksperyment:

    http://wydawnictwopodziemne.com/2013/09/04/antykomunisci-wszystkich-krajow-laczcie-sie/

    do którego może warto powrócić i zastanowić się nad potencją tkwiącą w tytułowym zawołaniu.

    Orzeł szermował może zbyt hojnie epitetem antykomunistycznym i nawet spotkał się z niejaką krytyką, ale sama koncepcja poszerzania kontrrewolucyjnego kręgu wydaje mi się bezcenna.

    W licznych komentarzach pod artykułem wypowiedział się m.in. pan Amalryk:

    Ale jedno wydaje się niewątpliwe – jest już dużo później niż się wszystkim wydaje! Jeżeli kontrrewolucja nie wybuchnie w tym stuleciu, to pozostanie tylko czekać na widowiskową zagładę naszej cywilizacji.

    Nie wiem, czy ramy czasowe, które zakreślił są trafne, ale samo przekonanie, że nie da się kryzysu po prostu przeczekać, wydaje mi się strzałem w dziesiątkę.

  7. 7 michał

    Darek,

    Nie ośmieliłbym się wtrącać do tak interesującej dyskusji. W zamian, pozwolę sobie nie zgodzić się z Twoją supozycją wyrażoną w artykule, co z kolei niektórzy odczytać może zechcą jako przychylenie się do stanowiska p. Andrzeja powyżej. Utrzymujesz oto, że w oczach Mackiewicza, Sacharow uchodził za „jawnego prowokatora”, ale „wobec braku ścisłej wiedzy, nie mógł podobnych przypuszczeń publikować wprost. Takie działanie byłoby nie tylko nieprzystojne, ale odwracałoby uwagę od istoty rzeczy, wykraczającej poza osobiste zaplątanie pojedynczych osób”. Nie mogę się z tym zgodzić.

    Przede wszystkim, Mackiewicz pisał często o Sacharowie i raczej bez osłonek. Na przykład, w różnych artykułach poświęconych Sołżenicynowi (w tomie Wielkie tabu):

    „Sacharowa i Sołżenicyna dotychczas nie ruszano, w obawie przed opinią publiczną zachodnią. Jest to w tej chwili jedyne tłumaczenie obowiązujące. Osobiście głęboko w tę diagnozę nie wierzę. Ale znów nie będę tu swej niewiary uzasadniał. Po 50 z górą latach praktyki sowieckiej, wydaje mi się jawną bzdurą.”

    W innym miejscu:

    „Nie wierzę m. in., żeby obywatel sowiecki, zamieszkujący w Moskwie, prof. Sacharow, mógł być – jak to podano do wiadomości – „członkiem zarządu Funduszu Kontynentu”, zainstalowanego w Midland Bank przy Fleet Street w Londynie, inaczej niż za wiedzą i zgodą władz sowieckich. Tak samo nie wierzę, żeby bez aprobaty tych władz mógł ciągle zwoływać „konferencje prasowe” w Moskwie, albo obtelefonowywać – łączony przez moskiewski urząd pocztowy – coraz to inne kraje ościenne ze swymi przemówieniami opozycyjnymi.”

    Otwarcie wyśmiewał „represje”, które spaść miały na zięcia Sacharowa, „któremu nie pozwolono zamieszkać u teściów w Moskwie. I zmuszono do otrzymania paszportu i wizy i wyjechania do słonecznej Italii, gdzie zamieszkał we własnej, kupionej przez siebie willi.”

    W mało – niestety! – znanej broszurze pt. „Trust nr 2” (w tomie Optymizm nie zastąpi nam Polski), wskazywał, że idee antywojenne Sacharowa pokrywają się całkowicie z propagandą pokojową sowietów, a podanie ich z pozycji opozycyjnych przydaje im tylko ważkości. I dodawał:

    „Nie jest ważne, czy ktoś działa jako prowokator, czy z własnego głębokiego przekonania. Ważne jest, czy działanie przynosi korzyść Sowietom i międzynarodowemu komunizmowi; niezależnie od tego, czy świadomie, czy nieświadomie.”

    Być może zaledwie nieliczni byli prowokatorami, a reszta tylko „poputczykami ideowymi”. Co za różnica? W wielkich artykułach pt. „Na drodze Wielkiego Ześlizu” (w Drogiej Pani) pisał o Sacharowie:

    „Demaskuje on przed całym światem rzekomo wszechpotężną policję polityczną KGB, a nawet bije po twarzy majora KGB na jakimś procesie (!) i włos mu z głowy za to nie spada. Przeciwnie, dostaje samochód rządowy, żeby odebrać z ambasady amerykańskiej posłanie prezydenta Cartera. Stoi wyraźnie poza zasięgiem policyjnej ingerencji. […] …czasem z pewnym zażenowaniem przerzuca wiadomości, prędko, prędko, o wyczynach Sacharowa, gdy wprowadzają nas już nazbyt w orbitę surrealistycznej bajki. I spuszcza się wzrok, żeby nie zdradzić ukrytego przymusu w wiarę o „bohaterskiej postawie Sacharowa w obronie praw człowieka”. Komuś widocznie na przymusie tej reklamy zależy bardzo.”

    W moim głębokim przekonaniu, Mackiewicz mówił zupełnie otwarcie, co myślał o Sacharowie. Myślał mianowicie, że to prowokator – bo kto inny mógł bić publicznie czekistów po twarzy? – ale nie stawiał kropki nad i. Można mu zarzucić, że poddawał się w ten sposób pewnej formie autocenzury, której tak bardzo nie lubił, twierdząc – jakże słusznie! – że pisarz odpowiedzialny jest nie tylko za to, co pisze, ale także za to, co przemilcza. W tym wypadku, przemilczał, że Sacharow był jawnym prowokatorem – tylko bez cudzysłowów, proszę! – i doskonale rozumiem, dlaczego tak uczynił. Przemilczał, ponieważ bez tego niedopowiedzenia nie miał żadnej szansy na publikację w polskiej, emigracyjnej i ultra-niepodległościowej prasie, „uchodzącej za antykomunistyczną”, jak to sam ze smakiem określał.

    Ale żeby Dariusz Rohnka pisał w Podziemiu w roku 2023 – i do tego pisząc o kontrrewolucji! – jakoby było „nie tylko nieprzystojne, ale odwracałoby uwagę od istoty rzeczy”, nazwanie rzeczy po imieniu – to tego już pojąć nie potrafię.

  8. 8 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Tak, o Sacharowie pisał bardzo często i jak słusznie przekonujesz:

    nie stawiał kropki nad i

    To prawda. Nie wszystko da się opublikować, z różnych powodów.

    Podziwiam zapał polemiczny.

  9. 9 Jacek

    Darek,

    Ale wyciągnąłeś archiwalia… Przeczytałem ponownie ten tekst po dziesięciu latach i zastanowiłem się jeszcze raz nad jego głównym przesłaniem. Nadal uważam, że motywowanie do oporu przeciwko wszelkim marksistowsko-bolszewickim zapędom poprzez odwoływanie się, choćby do drenażu kieszeni , jest chyba najskuteczniejszą metodą przeciwdziałania zarazie. Ci, którzy są całkiem obojętni na zagrożenia ideologiczne, z pewnością potrafią liczyć własne pieniądze i wskazanie im przyczyn skoku rządów na ich kieszenie, w końcu przyniesie skutek w postaci masowego oporu. Tak mi się przynajmniej wydaje. Chociaż może przeceniam wiarę w zdrowy rozsądek mas…

    Jeśli chodzi o Sacharowa, et consortes, to jest to jeden z wielu przykładów hodowania przez komunistów kontrolowanej „opozycji” . U nas przypadek Michnika, czy Kuronia dobrze ilustruje to zjawisko. Oni nie musieli być formalnie agenturą, bo światopoglądowo byli bliscy koncepcji „transformacji” systemu i bezbolesnego przeniknięcia komunizmu na Zachód.

    Ciekawy na tym tle, jest Bukowski. Jak piszesz, autentyczny antykomunista, błyskotliwy umysł, potrafiący zdiagnozować istotę problemu, a jak dziecko poparł Jelcyna. Nie wiedziałem wcześniej o tej jego słabości i dziwię się, że akurat on uległ prowokacji. Pod koniec lat 90-tych i Sołżenicyn i, o ile mnie pamięć nie myli, nawet Volkov poparli bez reszty Jelcyna i ogólnie przemiany w sowietach, zwanych już wtedy Federacją Rosyjską. Tylko, że ci dwaj ostatni działali chyba pod wpływem długo tłumionego rosyjskiego nacjonalizmu i zwyczajnie chcieli widzieć w nowym-starym tworze matuszkę Rossiję. Ale żeby Bukowski…

  10. 10 michał

    Darek,

    Powinniśmy założyć towarzystwo wzajemnej adoracji, bo ja podziwiam Twoje metody unikania polemiki poprzez szydercze zbywanie rzeczowych argumentów i pogardliwie galijskie wzruszenie ramion.

    Problem nie tkwi w tym, co Mackiewicz pisał o Sacharowie, bo było to dość jednoznaczne i raczej nie podlega dyskusji, ale raczej w tym, co Ty napisałeś o Mackiewiczu: „Takie działanie byłoby nie tylko nieprzystojne, ale odwracałoby uwagę od istoty rzeczy, wykraczającej poza osobiste zaplątanie pojedynczych osób”.

    Pytanie: czy podtrzymujesz tę opinię? Darujmy sobie podziw, sarkazm i wykrętasy stylu, proszę.

  11. 11 michał

    Drogi Panie Jacku,

    Chyba nie rozumiem Pańskich słów o „odwoływaniu się do drenażu kieszeni”, ale przypomniały mi one, jak we wczesnym stanie wojennym panowało w moim środowisku przekonanie, że pędzenie bimbru jest działalnością antykomunistyczną… Oczywiście, nawet wówczas było to śmieszne, ale przecież miało przynajmniej śladowo racjonalny rdzeń, gdyż łamało monopol komunistycznego państwa na odcinku posiadania środków produkcji oraz konsumowania wytworów produkcji rąk własnych, w postaci nadbudowy spirytualnej jako bazy materialnej i odwrotnie – być może coś pokręciłem, ale bimber bezpowrotnie niszczył szare komórki równie skutecznie, co materializm dialektyczny. Obalenie flaszki bimbru rujnowało sprawność intelektualną z pewnością prędzej, niż obalało komunizm.

  12. 12 Jacek

    Panie Michale,

    Oczywiście, że obalanie komunizmu przy pomocy własnoręcznie pędzonego bimbru jest zajęciem obarczonym dużym ryzykiem, przy słabej efektywności działania. Bo bimber to broń obosieczna i należy go używać z dużą dozą roztropności.

    Ja natomiast, miałem na myśli wywołanie oporu przeciwko wyciąganiu łap po własność prywatną, w tym przypadku kradzież osiągniętych własną pracą pieniędzy pod pretekstem podatków, składek zdrowotnych, haraczu zakamuflowanego w cenie paliwa, itp. Chęć odbierania własności jest immanentną cechą wszelkiej maści komunistów i walkę z tym zjawiskiem uważam za część działań wymierzonych we wzmiankowany system. Ludzie, którzy coś posiadają, nieruchomości, ziemię, czy środki finansowe, są zagrożeniem dla czerwonych, bo trudniej nad nimi zapanować. W takim sensie, odwoływanie się do jednostek, by broniły swojej własności, jest wedlug mnie działaniem antykomunistycznym.

  13. 13 Andrzej

    Panie Michale,

    Jak ja to rozumiem, Jacek wskazuje na to, że jedną z motywacji dzisiejszego peerelczyka może być kwestia finansowego łupienia go przez „postkomunistyczny” twór zarządzany obecnie przez zdeklarowanych socjalistów (przy tym narodowców).

    Wydaje mi się też, że zapomina tu o zdobyczach „pierwszego” peerelu, z którego ten drugi („nowy, wspaniały”) wywiódł przede wszystkim mentalność peerelczyków – kompletną uległość systemowi władzy i powszechne dostosowywanie się do niego. O ile ja pamiętam, ostatni spontaniczny bunt ludności przeciwko peerelowskiej władzy wydarzył się, gdy w centrum Warszawy przegoniono kupców z placu przed sowieckim „pałacem kultury”. Było to zdaje mi się w pierwszych latach nowego tysiąclecia i przejawiało się raczej bezładnymi ucieczkami ludzi przed policją niż jakimś zorganizowanym oporem. Tak, czy inaczej dziś mieszkańcy „nowego, wspaniałego” peerelu myślą raczej o tym co sobie kupić na grilla, a na zarządzających nim najczęściej pomstują, choć warto też zauważyć, że pewna (z czasem chyba coraz większa) część z nich, mniej lub bardziej świadomie przyłącza się do tutejszych jawnych bolszewików, aby pomóc im w objęciu zarządu. I szukaj tu antykomunistów…

  14. 14 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    A ot i widzisz, jak czas szybko płynie…

    Bukowski jest bardzo ciekawy, pisałem o nim obszernie lata temu, aż dziw mnie chwycił, że nie czytałeś. A może nie napisałem, tylko myślałem, coby napisać? Nie znajduję wyjaśnienia dla postępowania Bukowskiego w tamtym czasie. Jelcyna mógł poprzeć byle zachodni analityk czy publicysta, i jeszcze przy okazji uwierzyć w upadek komunizmu, ale on?

    A propos zachodnich publicystów, słuchałem wczoraj wywiadu z Jeffem Nyquistem, opowiadającym o Golicynie. Rozmowa potoczyła się w kierunku recepcji analiz Golicyna. Jeff powiedział, a nie miałem o tym całkiem pojęcia, że gdy tylko Jelcyn, przemawiający z czubka tanku, objawił się światu, Golicyna zaatakował William Buckley, naczelny National Review. Buckley miał mieć związek z CIA, więc to rzekomo po linii agenturalnej… bo ja wiem?

    Nawiasem, także Nyquist niebacznie odrzuca Golicyna, po skoro uważa, że Poland is a front line state…, w walce z Rosją, wspierając w tym dziele Gruzję, Ukrainę oraz inne sowieckie republiki, to jasne jest, że nie mamy do czynienia z żadnym pierestrojkowym podstępem, a tylko walką suwerennych tworów z imperialną Rosją. Poza tym JRN nie wierzy w upadek komunizmu – nie wiem jak to godzi.

    Jeśli chodzi o Sacharowa, nie wydaje mi się, żeby należało go nazywać „opozycjonistą” czy „dysydentem”. Siedział w tym wszystkim za głęboko, po wewnętrznej stronie kremlowskich murów. Mackiewicz nazywał go „jawnym prowokatorem”e. Używając tego błyskotliwego oksymoronu, Mackiewicz chciał podkreślić dwie rzeczy: Sacharow ściśle współpracuje z bolszewikami w realizacji ich Wielkiego Planu; bolszewicy nie zadają sobie trudu, aby ukryć te związki, ponieważ kpią z zachodniego koegzystencjalisty w żywe oczy.

    Szczególnie ten drugi punkt zdaje się bezcenny. Bo jeśli w połowie l. 70. z taką śmiałością manipulowali zachodnim establishmentem, to co mogą współcześnie?

    Michnik, Kuroń to, przy Sacharowie, peerelowskie blotki bez znaczenia. Niewarci stukania w klawiaturę.

    ***

    Drenaż kieszeni to nie błahostka i słusznie zwracasz na ten punkt uwagę. To sięgnięcie do źródła, Manifestu komunistycznego. Człowiek ma istnieć bez własności, co jest sprzeczne z jego naturą, i co powinno wywołać opór. Obawiam się jednak, że pochopnie włączasz do grona frustratów osoby obojętne na wariactwa ideologii. Bo ideologia potrafi hojnie karmić swoje sługi. Nie zrobi im krzywdy (w sensie materialnym), przynajmniej tak długo jak będą potrzebni. I ludzi ci chętnie skorzystają z ideologicznej jałmużny (jak to czynią od dziesięcioleci). Można to zjawisko określić jako sprywatyzowana nacjonalizacja. Własność przechodzi lub pozostaje w rękach prywatnych, ale na warunkach bezwzględnej lojalności. W peerelu tak się dzieje od dwóch dekad. Nie wydaje mi się, żeby warto było zajmować się tą sferą.

    Ale ideologia nie ogranicza się do tej, stosunkowo niewąskiej, grupy. Łupi wszystkich, choćby poprzez realizację niebywale kosztownych absurdów klimatycznych. Człowiek ma przywyknąć do życia z zasiłku, z dopłaty do prądu, ogrzewania, komunikacji, z dopłat do produktów spożywczych, „darmowej” służby zdrowia.

    Podobno dzisiaj szejm europejski uchwalił potrzebę wydziedziczenia chłopów, siedzących na milionach hektarów, i powrót zagrabionej gleby do „matki natury”. Zamiast ziemniaków i ogórków, szaleni ideolodzy będą teraz sadzić chwasty. Grozi nam nieurodzaj perzu i pokrzywy.

    Pieniądze mają się nie tylko znajdować pod pełną kontrolą, wspierającego ideologię, „państwa”, ale nieustająco tracić na znaczeniu. Znam osoby, którym się to bardzo nie podoba. Ale nie jestem przekonany, czy są skłonne do czegoś ponad puste pomstowanie. To malkontenci, nie antykomuniści. Antykomunizm wypływa ze sprzeciwu wobec zła, nieprawdy i brzydoty bolszewizmu. Jest czymś więcej niż tylko przejawem niezadowolenia. Czy pośród psioczących na nonsensy ideologii są ludzie gotowi przyjąć taką postawę?

    Gniew może być dobrym impulsem, ale z nikogo nie zrobi kontrrewolucjonisty. Trzeba by głębszych pobudek… poszukać.

  15. 15 michał

    Panie Jacku,

    Bimber w istocie nie był nigdy „bronią” – nawet jednosieczną – choć tak nam się mogło wydawać. Ale też wiele złudzeń prysło w owych czasach. Natomiast obronę przed zakusami państwa na prywatną własność można zbyt łatwo sprowadzić do walki z etatyzmem, a na przerost Lewiatana cierpi świat od wieków, nawet zanim Hobbes zdołał to opisać. Niektórzy widzą w wojnach perskich walkę między scentralizowanym państwem perskim i wolnymi miastami Hellady. Choć jest w tym pewne uproszczenie, bo Ateny były raczej zaczątkiem totalitaryzmu, jednakże jeśli podtrzymać taki czarno-biały obraz, można z powodzeniem twierdzić, że model perski zwyciężył po wiekach.

    Zmierzam do tego, że sprowadzanie komunizmu do delikatnego systemu „państwowego”, który „w portfel zapuści ci dren”, jak śpiewali Starsi Panowie, jest raczej metodą udobruchania wroga niż kontrrewolucji. W końcu, tak jest wszędzie, a czy Rishi Sunak jest komunistą?

    Panie Andrzeju,

    To, co Pan ładnie nazywa „mentalnością peerelczyków”, zwykło się dawniej nazywać sowietyzacją. I to zdecydowanie bez jakichkolwiek cudzysłowów. Opisuje Pan zsowietyzowane stado.

  16. 16 Jacek

    Andrzej,

    Wygląda na to, ze masz rację. Na żaden bunt, nawet w tak przyziemnej kwestii, jak bandyckie podatki raczej nie ma co liczyć. Dopóki system nie zabiera wszystkiego, tylko zostawia jakieś ochłapy i, w sumie, da sie żyć, o buncie nie ma co mówić. Ale przyjdzie dzień, że zabiorą nawet te ochłapy, pod pozorem, bo ja wiem, ochrony planety. Ale wtedy będzie już za późno na buntowanie się.

    Darek,

    Z tego, co kiedyś go czytałem, wydaje mi się, że Nyquist dostrzega marksizm rozlewajacy się po zachodnim świecie, ale uważa, że walka jeszcze nie została przegrana i Zachód wciaż się broni. To tylko moje wrażenia z dawnej lektury, może źle go zrozumiałem. Natomiast, co do tego naszego peerelu, to z jego, Nyquista perspektywy, skoro tutejsze władze udostępniają miejsce pod amerykańskie bazy wojskowe, wysyłają broń na Ukrainę, szkolą Ukraińców, to jest to front line state. Umykają mu oczywiście wszystkie niuanse i zasadnicza kwestia, kto i po co powołał do życia ten twór, oficjalnie zwany III RP.

    Oczywiście, że Michnik z Kuroniem, to nie ta liga, co Sacharow, ale metoda i tu i tam była ta sama. Wykreować „opozycję” i zamydlać nią oczy zachodnich komentatorów. Czy Sacharow był świadomym prowokatorem? Myślę, że tak, podobnie, jak Michnik. Obaj doskonele rozumieli plany komunistycznej wierchuszki i grali w czerwonej orkiestrze.

    To smutne, co piszesz o pustym pomstowaniu malkontentów, ale trudno się tu z Tobą nie zgodzić. Pomstowanie nie wystarczy. Tylko gdzie szukać antykomunizmu, skoro nikt dziś nie dostrzega komunizmu? Pisząc tamten tekst szukałem właśnie motywacji, która by wzbudziła sprzeciw, ale może macie, Panowie rację i to faktycznie ślepa uliczka?

    Panie Michale,

    Wiem, że sama kwestia wysokości podatków i rozrośniętej biurokracji państwoej, to stara historia, ale chyba dziś, w dobie socjalizmów wszelakich, skala zjawiska przerosła wszystko, co było w przeszłości. Na to starałem się zwrócić uwagę, ale, zdaję sobie sprawę, że sprowadzanie komunizmu tylko do takich wynaturzeń, zniekształca jego istotę. Ech, gdyby jeszcze ktoś na powierzchni chciał chociaż poświęcić chwilę na takie dyskusje… Ale, niestety, cisza jest nam odpowiedzią.

  17. 17 michał

    Drogi Panie Jacku,

    Czy nie zachodzi pewna sprzeczność między Pana odowiedzią powyżej, skierowaną do p. Andrzeją, a tą pod moim adresem?

    Z jednej strony, nie będzie buntu o bandyckie podatki, bo nie zabierają wszystkiego i da się żyć, a z drugiej, sprowadzanie socjalizmu do etatyzmu zniekształca jego istotę. Tak się składa, że obie opinie akurat zdają mi się słuszne, ale musimy chyba mieć świadomość, że nie można budować jakiejkolwiek nadziei na walce z etatyzmem, ponieważ mniej jest go na wschodzie Europy niż na tzw. Zachodzie w tzw. wolnym świecie.

  18. 18 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Antykomunizm jest z pewnością bardzo rzadkim zjawiskiem, ale paradoksalnie o potencjalnie ogromnym obszarze występowania, ponieważ impulsy, które mogą go uformować, są wpisane w naturę człowieka z jego wolną wolą. A ta,
    nawet nieuświadomiona, przejawia się w dążeniach, pragnieniach, sprzeciwie, negacji, buncie.

    Swoje powodzenie komunizm w dużej mierze zawdzięcza stosowanej perswazji, która rozbraja bunt w zarodku, wycisza wolną wolę. Ideologiczna narracja odwołuje się do dobra powszechnego, nie zaś do zła bolszewizmu. To dlatego w 1946 w Polsce z pobudek czysto ideowych walczyło z komunizmem ledwie kilka czy kilkanaście oddziałów zbrojnych. Świetlana wizja przyszłości hamowała racjonalne myślenie, blokowała zmysły. Gdy przyszło otrzeźwienie, było już za późno.

    Do tej pory zawsze przychodziło za późno, albo… wcale. Pięćdziesiąt lat temu JM zaczął ostrzegać świat przed nowym zjawiskiem, przed Wielkim Planem. Trafił w bezrefleksyjną próżnią. Po upływie piętnastu lat Plan ujawnił się w pełni swojej osobliwości, ale niemal nikt na świecie nie raczył się pochylić nad jego istotą. Nadal jest realizowany, bez zakłóceń. Wojna na Ukrainie stanowi zapewne jego istotny, kolejny etap, ale poza WP, nikt się nad tym nawet nie zastanawia.

    Bolszewizm kształtuje współczesny świat, warunki swojego przyszłego panowania. Ale pozostaje niewidzialny. Dostrzegane bywają przejawy jego inspiracji czy działania, jak pochód elgebetyzmu czy szalbierstwo klimatyczne, ale nie samo jego istnienia. Bez zmiany tego stanu rzeczy, niewiele da się zrobić. Czy taka zmiana może nastąpić?

    Sama tylko ideologizacja klimatu, może prowadzić, przynajmniej Europę, do upadku cywilizacyjnego. To dostateczny impuls, żeby skłonić człowieka do głębszej refleksji, do pochylenia się nad przyczyną zjawisk.

    Tylko, jaki to może dać efekt? Czy doprowadzi do odkrycia zła bolszewizmu?

  19. 19 Jacek

    Panie Michale,

    Ja to widzę tak, że wskazywanie socjalistycznych-etatystycznych zagrożeń dla własności prywatnej i szerzej, wolności obywateli, jest działaniem niepozbawionym sensu. Oczywiście te zagrożenia nie wyczerpują definicji komunizmu, ale stanowią jego istotny komponent.

    Darek,

    Wydaje mi się, że kluczowe w naszych rozważaniach jest zjawisko nierozpoznawania przez ogół, wspólnego mianownika pomiędzy poszczególnymi narzędziami komunistycznej ekspansji. Przecietna ofiara nie dostrzega nici łączących elgiebetyzm, klimatyzm, czy drenaż kieszeni podatnika. Dla większości są to osobne przejawy jakichś niezbyt groźnych dziwactw. Chyba tu tkwi sedno problemu, o którym dyskutujemy. Skok na kasę, próby pozbawienia prywatnej własności wydawał mi się powodem do wszczęcia alarmu, ale to rzecz jasna nie jest całę spektrum zagrożeń. Niestety, próby przedstawienia tych wszystkich składowych nadchodzącej zarazy, jako narzędzi jednej strategii, wywołuje, mówiąc delikatnie, podniesienie brwi z niedowierzania. Ot i problem.

  20. 20 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Tak i nie. To znaczy, bolszewizm (czy komunizm) jest terminem rzadko występującym, co zapewne wynika z przekonania o „upadku komunizmu” oraz kamuflowania jego obecności przez samych komunistów. To ostatnie wychodzi im świetnie, zapewne głównie dlatego, że mają po swojej stronie media, które nie chcą pamiętać (świetnie za to tropią, zazwyczaj zresztą urojone, nazizmy-faszyzmy). Ale nie są to działania skuteczne w 100%. Przykładem może być choćby Trevor Loudon, który wprost mówi o komunistach w Białym Domu.

    Poza tym, opresje ideologii bywają wedle mnie widoczne w całym ich spektrum. Związki pomiędzy klimatyzmem, elgebetyzmem, mitumizmem etc. są dostrzegane. Tyle, że istota zagrożenia jest źle lokowana, z pominięciem bolszewickich korzeni, politycznych związków i uwarunkowań. Zagrożeniem ma być mityczny nowy porządek, a przyszłymi, złowrogimi władcami świata zamożni celebryci, posiadacze fejsbuków, tłiterów, majkrosoftów itp. Nonsens.

    To poważny i potencjalnie kosztowny błąd. Bo w tym samym czasie bolszewicy bez najmniejszych przeszkód realizują swoją strategię.

    Nie da się podnosić brwi bez równoczesnego otwierania szerzej oczu. Niech podnoszą, a może w końcu źdźbło prawdy wpadnie im pod powiekę. Nie dostrzegam w tej chwili skuteczniejszej metody.

  21. 21 michał

    Panie Jacku,

    Etatyzm jest wielkim problemem współczesności. Moloch państwa rośnie, ogarnia coraz to nowe sfery życia i wtrąca się w sprawy, w których państwo nie powinno mieć nic do gadania. Tylko że dzieje się tak, ponieważ tego właśnie ludzie domagają się od państwa. Zamiast buntować się i żądać mniejszego udziału państwa w życiu, manifestują za tzw. nacjonalizacją, która nie ma nic wspólnego z narodem, a wszystko w państwem. W efekcie etatyzacja życia postępuje w tempie przyspieszonym. Trend taki z pewnością niweluje grunt dla komunizmu, ale jako taki nie jest wcale koniecznie komunistyczny.

    Kajzerowskie Niemcy były najbardziej scentralizowanym państwem na świecie, gdzie wszystko było podporządkowane państwu, ale nie były przecież państwem komunistycznym. Komuniści są bez wyjątku etatystami, ale etatyści nie muszą być wcale komunistami.

  22. 22 amalryk

    Bukowski to rzeczywiście postać wyjątkowa. Kojarzycie Panowie tą czastuszkę :

    «Обменяли хулигана
    На Луиса Корвалана.
    Где б найти такую блядь,
    Чтоб на Льоньку обменять?»

    Autorstwa Vadima Delaunay (ponoć pra, pra wnuka Bernarda-René Jordan de Launay ostatniego komendanta Bastylii i zarazem pierwszej znanej ofiary rewolucji we Francji)?

    Cóż , widocznie można tak tęsknie wypatrywać upadku komunizmu, że będzie się człowiek łapał, niczym tonący brzytwy, jakichkolwiek (mających pozór prawdziwych) oznak jego upadku…
    Może właśnie dlatego komuniści sowieccy zezwolili na likwidację partii bolszewickiej zamiast wybrać ścieżkę Denga ( i jego bredni typu „jeden kraj dwa systemy” ) aby impreza pt. „upadek komunizmu” była wiarygodna? ( Ja podzielałem pogląd, że to czekiści, widząc postępującą degenerację kompartii, po prostu odsunęli otępiałych, spasionych kawiorem i wiecznie pijanych aparatczyków od władzy. Ale teraz to już nie jestem tego taki pewien.)

  23. 23 Dariusz Rohnka

    Panie Amalryku,

    Doskonała czastuszka, nie znałem. Bukowski miał oficjalnie status „chuligana” i zawsze wydawał mi się w tej roli autentyczny, nawet wówczas, gdy poznałem jego przemyślenia na temat puczu i Jelcyna. Ale nachodzą mnie coraz większe wątpliwości. Zdaje mi się zanadto prawowiernym dysydentem. Nie ma u niego nic przeciwko głównym aktorom demokratycznego ruchu, Sołżenicynom i Sacharowym (tego ostatniego krytykował za gorbaczyzm), a przecież prowokacją zalatywało od nich na rosyjską milę. JM wcale nie miał nadmiernie wyczulonego węchu – inni po prostu bali się presji, masowej mody na dysydentyzm. Dlatego dziwi mnie brak krytycyzmu ze strony Bukowskiego. Trudno oczekiwać po człowieku z jego twardą biografią, żeby uginał się pod czyjąkolwiek presją.

    Czekiści nie mogli odsunąć spasionych kawiorem i wiecznie pijanych aparatczyków… Bo na ich miejsce musieliby (wedle Pana przypuszczeń) wybrać Jelcyna, którego nawet zachodni dyplomaci nie podejrzewali o wstrzemięźliwość. To się nie trzyma całości.

    Dlaczego wybrali inną ścieżkę niż chińscy komuniści? Ponieważ strategom potrzebna była klęska, totalna katastrofa: polityczna, społeczna, polityczna i ideowa. Tylko w ten sposób mogli gładko przeniknąć do obozu wroga, używając do tego celu „byłych” demoludów i „byłych” republik. Powielony chiński sukces nie usprawiedliwiałby rozpadu.

  24. 24 Andrzej

    Czy nie jest tak, że obie te strategie (demoludowo-sowiecki „upadek komunizmu” i chrlowska „liberalizacja”, do której nb. można przypisać również takie prosowieckie twory komunistyczne jak „demokratyczny” Wietnam) skutecznie się uzupełniły? Że są to dwa otwarte ostrza tego samego noża o różnym przeznaczeniu?

    Z jednej strony jest operacja czekistowska – wniknięcie w struktury przeciwnika i stworzenie możliwości przejęcia sterowania nim, a z drugiej zachowanie starej formy bolszewickiej władzy – co daje możliwość łatwego odtworzenia jej w krajach „upadłego komunizmu”, przy nie mniejszych zyskach w postaci możliwości przejęcia kontroli nad globalną gospodarką lub zdominowania jej i uzyskania wpływu na sterowanie nią.

    Każda z tych strategii jest równie groźna. Gdy oba te składniki połaczą się w „jedną zaciśniętą pięść” osłabiony dodatkowo własnym bolszewizmem przeciwnik bardzo łatwo może się poddać.

    Na wojenną „operację ukraińską” można patrzeć jak na próbę zagonienia drobiu do klatki. Gdy już się tam kury znajdą, czeka je marny los.

  25. 25 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    To jest klasyczny opis, w tym sensie, że zgodny z teorią zapisaną w New Lies for Old przez A. Golicyna. Generalnie słuszny. Ale np. nie obejmujący zjawiska eurokomunizmu… z jego współczesnymi konsekwencjami. Tych wolno się jedynie domyślać, bo o ile wiem, nikt tych zjawisk nie śledzi szczegółowo. Można jedynie stawiać pytanie: jaki był udział eurokomunizmu w zlajszlachtowaniu ideowym demokratycznej polityki europejskiej i światowej? Czy nie za sprawą tego wynalazku, współczesny konserwatysta to większy lewicowiec aniżeli socjaldemokrata sprzed lat 70-u?

    Zmierzam do tego, że według wszelkich danych, mamy obecnie trzy ogniska bolszewizmu: sowiety, ludowe chiny, zachód. Przy czym ideologiczne swoje skrzydła rozwija zasadniczo tylko ten ostatni. Chiny czynią podobnie, ale zdaje się, że tylko do wewnątrz (da się tak postępować ze skrzydłami?) Sowieci wyrośli ze swoich ideologicznych porywów, dojrzeli, mają dziś ideologię w najgłębszym poważaniu, więc tym łatwiej jest im odgrywać rolę złego kacapa.

    Czy nie tak wygląda współczesna sytuacja?

    Bolszewizujący się zachód to tylko odnoga sowieckiej polityki czy niezależny po(d)miot?

    Sądzisz, że ukraińscy towarzysze zbiesili się i stąd wojenna kara? Oczywiście, wszystko na tym świecie jest możliwe, ale czy to nie obala Golicyna?

  26. 26 Andrzej

    Darku,

    Po ostatnich wydarzeniach wokół konferencji natowskiej w Wilnie, uważam, że hipoteza o konflikcie pomiędzy ekipami czekistowskimi w Moskwie i Kijowie nie jest prawdziwa. Dowodzi tego fakt i skala zaangażowania z jakim ta druga dążyła do natychmiastowego wejścia w tę, dziś „poskomunistyczno”-zachodnią strukturę, jeszcze niewiele wcześniej się od tego odżegnując. Wygląda na to, że to Kijów dąży bardziej do bezpośredniego wciągnięcia USA i jego sojuszników w matnię tej wojny.

    Na jej marginesie: czy nie wydaje się dziwne, że pomimo stałego uzyskiwania ogromnych środków finansowych od tzw. Zachodu (ostatnio, gwarantowana przez rząd Japonii, 1,5 miliardowa pożyczka z Baku Światowego), po roku i pięciu miesiącach, możliwości ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego są tak małe, że nie jest w stanie wyprodukować własnych czołgów czy samolotów bojowych, tyko domaga się zachodnich – kto zapewni ich ochronę technologiczną, przed przekazaniem ich dalej Moskwie (w tej, czy innej formie). Chyba nie „ukraiński kontrwywiad”, który to niewątpliwie „obiecuje”?

    Komunizm, jak wszyscy dobrze wiemy narodził się w Europie Zachodniej i jest produktem jej elit. Eurokomunizm, jak też amer-komunizm, ausi-komunizm, latin-komunizm, azja-komunizm czy afro-komunizm (moja własna, robocza terminologia), nigdy nie stały się oddzielną częścią, a rozwijały się w kooperacji z sowieckim i chińskim. Moim zdaniem, to, że dziś mogą one być postrzegane jako oddzielne jest rezultatem przejęcia przez nie władzy, ale też skutecznej prowokacji sowieckiego „upadku komunizmu” i dezinformacji chrlowskiej. Od tego czasu gdy doszły do władzy, bardzo się wzmocniły, co uczyniło je równorzędną „trzecią siłą”. Nie sądzę, że trzeba ją rozpatrywać oddzielnie. Jest to raczej uzupełnienie tamtych dwóch – trzecie otwarte ostrze tego samego noża.

    Odnosząc się jeszcze do kwestii sowieckich „dysydentów”, w tym Bukowskiego, sądzę, że zjawisko to było potrzebne sowietom zarówno na potrzeby dezinformacji jak i prowokacji.

    Sam fakt istnienia tej grupy, niezależnie od tego co jej uczestnicy głosili (o ile, w niewłaściwym czasie, nie głosili treści istotnie antykomunistycznych, za co zwykle byli eliminowani), skutkowało pojawieniem się u przeciwnika sowietów (ogólnie komunistów u władzy) nadziei na „komunizm z ludzką twarzą”. Bo skoro byli tam „dysydenci”, to jest możliwe, że w przyszłości uzyskają „wpływ na władzę” – do tego w końcu doszło! – i trzeba ich popierać, czego skutkiem była kolaboracja z komunistami u władzy – wzmacnianie ich.

  27. 27 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Zupełnie mnie nie dziwi, że przemysł ukraiński nie daje rady produkować czołgów, tym bardziej samolotów bojowych. Z wielu powodów. Darowywane im miliardy to śmieszne kwoty z punktu widzenia wielkich zbrojeniowych inwestycji. Przy obecnym stanie zbiurokratyzowania techniki i wynalazczości półtora miliarda dolarów to suma wystarczająca na wystruganie z drewna prototypu, nie zaś na stworzenie potężnego przemysłu. Półtora roku to dość czasu, żeby pomalować płoty jednostek militarnych, rozwiesić nowy drut kolczasty (jak to się dzieje w peerelu), ale z pewnością zbyt mało na zawarcie stosownych do okoliczności kontraktów (o masowej produkcji nie wspominając). Nie do pogardzenia wydaje się też aspekt korupcji. Wyobrażam sobie sporą kolejkę szemranych towarzyszy (których na Ukrainie bardzo wielu) do tych niczyich przecież pieniędzy. Patriotyczne serce raczej im drgnie, czyż nie? Ale to i tak drobiazgi, wziąwszy pod uwagę agenturalne wpływy sowieckie na tym obszarze. W moim przekonaniu, nie ma na Ukrainie jednej istotnej informacji, którą udałoby się ukryć przed Kremlem na dłużej niż 24 godziny. Jak w takiej sytuacji wyobrazić sobie budowę przemysłu zbrojeniowego? Obowiązkiem nominalnego przeciwnika byłoby takie zagrożenie przecież wyeliminować, czyż nie?

    Od pierwszych dni „operacji”, gwałtownych gestykulacji i pokrzykiwań peerelowskich kabotynów, jak Kaczyński czy Morawiecki, nie upuszcza mnie myśl, że głównym celem awantury jest chęć wciągnięcia, uwikłania w nią zachodniej Europy i USA. Zastanawiam się, dlaczego to się robi, ponieważ rzecz wydaje się, mimo całej naiwności tzw. Zachodu, trudna. NATO jest co prawda w połowie „post” ludowe (kraje demoludne i sowieckie republiki), w drugiej połowie beznadziejne zideologizowane zrewitalizowanym gruntownie marksizmem, ale to nic w zestawieniu z imperialnym instynktem głównego decydenta. Wejście do wojny ustawiłoby Amerykanów w niebywale głębokim rozkroku. Nawet tamtejsze elity militarne i polityczne zdają sobie sprawę z niekomfortowości takiego położenia.

    Dostrzegam potencjalne ryzyko „krakowskiego targu”, będącego w istocie pułapką: wejście Ukrainy do NATO w zamian za, na przykład, Krym z Donbasem, lub coś podobnego. Peerel czy inne demoludy, lilipucie republiki sowieckie są militarnie bez znaczenia, ale ukraińscy krasnoarmiejcy, z odnowionym w wyniku dziwnej wojny potencjałem w NATO, to nie przelewki.

    Wyobrażalne to to?

  28. 28 Andrzej

    Tak Darku. Wyobrażalne i możliwe.

    Co zaś do kwestii możliwości zbrojeniowych „postsowieckiej” Ukrainy, to była tu już mowa o tym, że jeszcze nie tak dawno, był to jeden z czołowych eksporterów broni i amunicji na świecie. Do tego pozostający w kilkuletnim konflikcie militarnym, w związku z czym, jeśli był on prawdziwy, ta produkcja musiała być zwiększona.

    Półtora roku temu, jak wynikało z publicznego przekazu, władza ukraińska stanęła w obliczu śmiertelnego zagrożenia swojego bytu. I od tego czasu nie uruchomiła choćby jednej dużej fabryki amunicji do haubic, o której teraz czytam, że uzyskuje ją z „postkomunistycznej” Bułgarii? Czy słyszałeś coś o zniszczeniu słynnego, gigantycznego „Jużmaszu”? (aktualnie „Piwdenmasz”)

  29. 29 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Jeśli chodzi o potencjał zbrojeniowy, w ujęciu globalnym, co krok natykamy się na niespodzianki. Jeśli chodzi o braki w uzbrojeniu, niedobór amunicji, obowiązuje swoista międzynarodówka. Kreml jest bezbronny, nie ma czym strzelać, średnio ze dwa razy na kwartał, ale… jak do tej pory żadna z tych rewelacji się nie potwierdziła.

    Gigantyczne zakłady zbrojeniowe bombardowano pod koniec zeszłego roku. Pewnie te same, o których piszesz. Czy to znaczy, że przez wiele wcześniejszych miesięcy, od lutego, nie były celem ataków? Ciut niedorzeczne. Może i Ukraina należała do czołowych eksporterów broni, ale obecna sytuacja, nominalnie wojenna, powinna w tym obszarze wszystko zmienić. Każda fabryka, każdy kooperant powinien być celem ataków. Tak nie jest?

    A swoją drogą, byłoby interesujące sprawdzić, kiedy zaprzestali eksportu amunicji. A może nie zaprzestali? Może nadal wywożą i… liczą pieniądze z eksportu?

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.