III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Głęboka penetracja Zachodu przez sowieckie służby jest przedmiotem książki Catherine Belton.  Rozmiary tej penetracji w Zjednoczonym Królestwie stały się tematem parlamentarnego Raportu o Rosji, do którego jeszcze powrócę.  Jego autorzy konkludują, że „zagrożenie ze strony Rosji jest zasadniczo nihilistyczne, tj. cokolwiek w ich oczach osłabia Zachód, jest dla nich dobre”.  Należy się zgodzić z tą diagnozą.  Mimo to, próbowałem wykazać w poprzedniej części, dlaczego, w moim przekonaniu, mącenie sowieciarzy w referendum brytyjskim, nie miało wpływu na ostateczny wynik plebiscytu.  Odejście Wielkiej Brytanii jest Putinowi na rękę, ale nie należy przypisywać mu zasługi.  (Powstała nawet sztuka o „Maszy z fabryki trolli”, która pracowała mozolnie nad zmuszeniem tępych Angoli do głosowania wbrew ich interesom w plebiscycie. [1])  Moim zdaniem, był to dobry wynik niezależnie od kremlowskich zachcianek.  Osłabia europejską unię, to niewątpliwie prawda, ale jednocześnie daje Europie ostatnią być może szansę na przebudzenie z somnambulicznego snu.  Obawiam się, że Europa z tej sposobności nie skorzysta.  Przyjrzyjmy się zatem Staremu Kontynentowi i narzuconej mu, unijnej skorupie.

Punkt drugi.  Na czym polega europejska jedność czyli kto naprawdę osłabia Europę?

Był sobie islandzki wiking (czyli pirat), imieniem Kolskegg, brat sławnego wojownika, Gunnara z Hlidarendi.  Obaj zostali niesprawiedliwie skazani na banicję, ale Gunnar odmówił opuszczenia ojczystej wyspy i zginął, a zdegustowany Kolskegg popłynął z Islandii do Norwegii, następnie służył królowi Danii, gdzie się ochrzcił; udał się na Bałtyk, a dalej do swych pobratymców Rusów, poprzez nordyckie miasta nad wielkimi rzekami – przez Nowgorod aż do Kijowa – dotarł na Morze Czarne i znalazł się w Konstantynopolu.  Wstąpił do gwardii cesarskiej i został jej kapitanem.

Harald Sigurðarson walczył po stronie Św. Olafa przeciw Knutowi (znanemu lepiej jako Canute), musiał uciekać i osiadł w Starej Ładodze; został następnie przywódcą wojsk Jarosława Mądrego w Kijowie, walczył z Polakami w 1031; pojechał do Konstantynopola, gdzie został kapitanem gwardii cesarskiej, jak mieli w zwyczaju Waregowie; walczył z Arabami w Mezopotamii, Jerozolimie i na Sycylii, najpierw razem z Normanami, a potem przeciw nim; powrócił do Kijowa, ożenił się z córką Jarosława, wnuczką króla Szwecji.  Zdobył tron Norwegii, jako Harald Hardrada czyli Groźny, i ruszył odzyskać tron angielski – we wrześniu 1066 roku został zabity w bitwie pod Stamford Bridge przez „angielskiego” króla Harolda (naprawdę w połowie Wikinga), który w miesiąc później sam zginął w bitwie pod Hastings, zabity przez normandzkiego Wilhelma Zdobywcę, potomka skandynawskich piratów osiadłych w północnej Frankii.

Harald jest postacią historyczną, klasycznym europejskim arystokratą sprzed tysiąclecia, ale Kolskegg jest na poły mitycznym chłopem islandzkim, a mimo to w porównaniu z jego światem, niunia bez granic jest zamknięta na klucz i powieszona na haku.  W islandzkich sagach mamy do czynienia z historyczną jednością Europy.  Wspomniane walki o Sycylię są także dobrym przykładem.  Z wyjątkiem Polski (zajętej innymi sprawami, a potem rozbitej na dzielnice) nie było dworu na kontynencie i wokół, który nie odczuł konsekwencji wydarzeń w Palermo.  Po arabskich i normańskich podbojach wiele nici rozchodzi się z wyspy, by zejść się ponownie w jednym wydarzeniu – w Nieszporach – i znowu rozejść w konsekwencjach dla całej Europy, Północnej Afryki, Lewantu, Syrii, Azji Mniejszej, Bizancjum i Rusi.  Jedność Europy polega przecie na wspólnocie kultury i interesów, a nie na sztucznych, narzuconych, ponadpaństwowych strukturach.  Takie struktury próbował ustanowić Rzym, a następnie Bizancjum i papiestwo (w swym doczesnym wydaniu), Karol Wielki i Święte Cesarstwo Niemieckie, ale prędko okazywały się być tylko jednym z graczy w grze politycznych sił.  Nie inaczej było z imperium napoleońskim.  Niunia europejska nie jest niczym innym w dłuższej perspektywie politycznej.  Papiestwo nabrało autorytetu dopiero, gdy zaprzestało politykierstwa.  Rzesza niemiecka przetrwała tyle wieków, gdyż siła cesarstwa tkwiła w szacunku dla autonomii prawnej i zwyczajowej państw, państewek i miast, republik, księstw i udzielnych królestw, składających się na ogromną Rzeszę.  Podobnie było z wielonarodową i wielowyznaniową monarchią Habsburgów.  Niunia nie ma czasu dla różnorodności, domaga się uniformizacji, unifikacji i niwelacji.

Obrońcy „coraz bliższej wspólnoty” utrzymują, że tylko zjednoczenie Europy chroni nas przed konfliktem, gdyż duch współpracy zastępuje wreszcie ducha wrogości.  Historia wskazuje, że do wzajemnej pomocy nie potrzeba niuni, niech przykładem służy fragment XIII-wiecznej kroniki Matthew Parisa.  W 1236 roku były w Anglii tak potworne deszcze, że najstarsi ludzie itd.  Lało od stycznia do marca, wezbrane rzeki zrywały mosty, Tamiza wystąpiła z brzegów i zalała Pałac Westminsterski.  W lecie tego samego roku nastąpiła susza, bagna wyschły, a ziarno schło na łodygach.  Nikt nie mówił o globalnym ocipieniu, bo ludzie byli wówczas ciemni i rozsądni.  W 1258 roku przyszła kolejna fala głodu i groźba masowej zagłady, gdyby nie nadeszła pomoc z kontynentu: z niemieckich i niderlandzkich portów przypłynęły statki z ziarnem.  Można było wzajemnie sobie pomagać bez dyrektyw od komisarzy, co kontrastuje zgrzytliwie z wrogością brukselskiej komisji wobec Anglii, która ośmieliła się odejść z ich wspólnoty.

Supra-narodowa i ponad-państwowa struktura europejskiego projektu jest „antyeuropejska” w tym sensie, że Europa zawsze rozbita była na dziesiątki organizmów, w stałej konkurencji ze sobą wzajem, ale największe osiągnięcia europejskiej kultury biorą się z tej właśnie rywalizacji, np. Aten z Tebami, Wenecji z Florencją, Katalonii z Aragonem, Lucerny z Genewą, Krakowa z Wiedniem.  Z odmiennych tradycji zrodziła się różnorodność i bogactwo europejskiej kultury, a nade wszystko wzajemna inspiracja.  Z włoskiej tradycji muzycznej wyłoniła się muzyka niemiecka, a bez niej nie pojawiliby się wielcy kompozytorzy rosyjscy XIX wieku.  Cechą europejskiej kultury jest jej otwartość, podatność na wpływy, osmoza przy zachowaniu odrębności.  Autentyczna pomoc i współpraca możliwe są tylko w takich warunkach, inaczej stają się nakazem, dyrektywą z centrum.

Tymczasem Bruksela nie zamierza współpracować z rządami państw członkowskich, czego przykładów jest dość.  Komisarze gotowi są narzucać swoje własne edykty także państwom wolnym od ich dyktatu.  Kilka dni temu, rząd Szwajcarii zerwał negocjacje z Brukselą, gdyż domagano się od wolnego państwa rezygnacji z suwerenności w procesie tzw. „dynamicznego zrównania”, wedle którego Szwajcaria musiałaby przyjąć każdą dyrektywę komisarzy bez możliwości odwołania.

Co prowadzi mnie do punktu trzeciego.

Punkt trzeci.  Nieadekwatność europejskich struktur politycznych

Instytucje w Brukseli i Strasburgu są, nie dość że frywolne i pozbawione legitymacji, są wręcz z ducha antyeuropejskie.  Niewiarygodna, międzynarodowa extravaganza, jaką okazała się niunia, doprawdy zapiera dech w piersiach.  Zawiłe i niepojęte wewnętrzne procedury zdają się mieć za cel obezwładnienie ciekawskich, a prowadzą tylko do bezustannego tanga konferencji i sympozjów, posiedzeń i zjazdów, spotkań na szczycie i niekończących się uczt, gdzie euro-bogowie olimpijscy pałaszują frykasy i przepijają się najlepszymi winami – bezwstydny bankiet z okazji konferencji na temat głodu na świecie, nasuwa się jako obsceniczny, choć nie odizolowany, przykład – wszystko za pieniądze europejskich podatników.  Ale nie zamierzam się koncentrować na milionach wyrzucanych corocznie w błoto dla każdego bezużytecznego posła do strasburskiego parlamentu, który jest pozbawiony władzy i znaczenia; na niesłychane sumy marnowane dla wyimaginowanych ciał politycznych, których jedyną rolą jest emitowanie rzygownego strumienia dyrektyw i nakazów, nieodwołalnych interdyktów i ostatecznych klątw, oraz wydawanie pieniędzy podatników z 27 nieszczęsnych krajów.  A przecież obok parlamentu jest rada europejska i komisja, i jeszcze rada wspólnoty, trybunały i sądy, co jeden to bardziej wierchowny, że nie wspomnę o „zintegrowanym systemie administracji i kontroli”, który Stalinowi wydałby się przerostem biurokracji.  Każdy aparatczyk w tych zbędnych instytucjach ma na zawołanie setki urzędników i rzesze tłumaczy, i żaden z nich nie płaci podatków, bo służą wyższej sprawie, tj. coraz ściślejszej integracji, której nie pragnie nikt, z wyjątkiem aparatczyków.

A zatem nie, nie będę pisał o groteskowym spektaklu misternej kłótni o honorowe miejsce na fotelu raczej niż na kanapie, bo o takie rzeczy kłócą się tylko dzieci i infantylni brukselscy niuniokraci.  Zatrzymam się w zamian na fundamentalnym projekcie zdziecinniałych komisarzy czyli na €uro.  Wspólna waluta, łącząca gospodarki tak różne jak Irlandia i Niemcy, Holandia i Grecja, Hiszpania i Estonia, jest monetarną i ekonomiczną niedorzecznością, o czym pisałem tu wielokrotnie, więc nie będę się powtarzał.  A jednak nawet tak niepoprawny sceptyk jak niżej podpisany, uporczywie zakorzeniony w przekonaniu o ekonomicznym analfabetyzmie proponentów €uro, musiałem przetrzeć oczy w zdumieniu, gdy przeczytałem o wpływie eksperymentu na europejską gospodarkę.  Niby każdy wie, że wspólna waluta, obniżając wartość Deutschmarki, jest dobra dla Niemiec, bo ich eksport jest tańszy, i kiepska dla prawie wszystkich innych; że powoduje bezrobocie we Włoszech i pełne zatrudnienie w Holandii, że uniemożliwia inflację tam, gdzie by się przydała, tj. na Południu, a sztucznie osłabiając niemiecką walutę, obniża koszty produkcji w Niemczech i na Północy kontynentu (ale nie w północnych Włoszech, gdzie €uro podnosi koszty) – że, generalnie, jest projektem politycznym, a nie ekonomicznym.  Ale cyfry zaszokowały nawet mnie.

Od 1999 do 2017 Niemcy zarobiły na €uro 1,9 biliona (1900 miliardów), 23 tysiące €uro na łebka.  Ale w całej wspólnocie tylko Niemcy i Holendrzy zyskali.  Francja straciła 3,6 biliona, a Włochy 4,3 biliona czyli 74 tysiące na głowę mieszkańca.  W imię czego trzymać się takiego nonsensu?  Dla jakiejś wydumanej idei o „coraz bliższym związku”?  Południowe kraje domagają się teraz uwspólnienia długów, ale to dałoby im carte blanche na zwiększenie zadłużenia, więc to też absurd, bo niby dlaczego rządy oszczędne mają finansować rządy rozrzutne?  Polityczne kłótnie wewnątrz strefy €uro ani mnie ziębią, ani mnie grzeją, ale ich niedorzeczność mówi wiele o niuni, podobnie jak sam fakt, że takie problemy mogą być rozważane.

Nazwałem ich kiedyś żartobliwie brukselskim sownarkomem, ale to przestaje być śmieszne.  Ludowi komisarze nie liczą się z niczym, zupełnie jak ich poprzednicy; to jest klasyczny bolszewicki „woluntaryzm” – bez wysiłku wielkich rzek zawracam bieg… – którego esencją jest przeprowadzanie z góry zamierzonych projektów, centralnie wydumanych „planów”, niezależnie od rzeczywistości, bez względu na ich wpływ na życie ludzi.  Masowy eksperyment przeprowadzany jest na żywych ludziach, na niespotykaną skalę.  Rzeźnicki hak €uro, na którym bez wahań powieszono ludność Europy, nie jest sednem problemu.  Jest zaledwie przejawem.  Wynikiem racjonalistycznej wiary, że stosunki między ludźmi można zbudować na lepszej podstawie, że można je ułożyć ra-cjo-nal-nie, zamiast polegać na „dzikich i nieracjonalnych siłach rynkowych”, zamiast zaufać zwyczajom i tradycyjnym instytucjom.

Legislacyjny ocean

Niunia jest największym na świecie szaleństwem instytucjonalizacji, której najbliższym historycznie precedensem są sowiety.  Standardyzacja ma być drogą do unifikacji, a narzucana jest przez strumień regulacji, aż do zachwiania zasad praworządności włącznie.  „Coraz bliższy związek” jest celem, którego nie wolno debatować ani kwestionować, i wszystko jest mu podporządkowane.

Katolicka zasada subsydiarności oznacza, że decyzje podejmowane być powinny na najniższym możliwym szczeblu.  Jej pierwotne zastosowanie we wspólnym rynku europejskim było w miarę bliskie Kościołowi: decyzje podejmować lokalnie, łącznie z decyzją odesłania problemu do wyższej instancji.  Większe jednostki – regiony, państwa itd. – mogły się zaangażować tylko wówczas, gdy zostały eksplicytnie do tego zaproszone „od dołu”.  Niepostrzeżenie, dzisiejsza Europa odwróciła tę zasadę.  Subsydiarność oznacza, że decyzje mogą być podjęte lokalnie tylko wówczas, gdy centrum na to zezwoli.  Rządy państw członkowskich są dla nich autonomiczne wyłącznie na „pomocniczym poziomie” i tylko komisja może jednoznacznie określić ten poziom: decyzje podejmowane są na najniższym poziomie, gdy pozwala na to komisja.  Jak to trafnie określił Roger Scruton:

Wszystkie decyzje są usankcjonowane, oprócz tych, które naruszają plan.  Tylko stróżowie planu wiedzą, jakie to są decyzje.

Potrzeba zatem więcej praw, więcej norm i więcej władzy dla centrum.  Mało tego, każdy edykt brukselski staje się prawem nieodwołalnie.  Wedle anglosaskiego systemu znanego pod nazwą common law, prawo musi być ustalone przez suwerena w antagonistycznym (adversarial) procesie badania przez parlament oraz poddane próbie w sądzie.  Dyrektywy brukselskie wydawane są podczas tajnych posiedzeń komisarzy i zarządza nimi diaboliczna doktryna „wspólnej kompetencji”: kiedy komisja wydaje prawa w strefie wspólnej kompetencji między Brukselą i rządami członków związku, to kompetencja rządowa w tej strefie ustaje.

Opoką jurysprudencji jest reguła poprawiania pomyłek, ciągłego poddawania praw próbom (trial) i ulepszania ich.  Fundamentem niuniowego prawodawstwa jest niezachwiany autorytet komisarzy ludowych (choć niektórzy sądzą, że komunizm upadł).  Ich nieomylne edykty są z miejsca wcielane w korpus prawny państw-członków; bez dyskusji, bez rozważań i poprawek, bez możliwości odwołania; stają się prawem na mocy traktatu.  Tylko nowy międzynarodowy traktat może zmienić poprzedni.  Nie ma żadnej instytucji wewnątrz związku, która mogłaby poddać krytyce sam system, nawet gdyby ktoś tego pragnął, ale nikt się nie wychyli ze swymi niewczesnymi dążeniami, bo obowiązuje nakaz prowadzenia codziennie bohaterskiej walki o coraz bliższy związek.

Każdego roku ludowi komisarze z Brukseli wydają 80 dyrektyw, 1200 przepisów i 700 rozporządzeń.  Proszę mnie nie pytać o różnicę między przepisem a rozporządzeniem, bo nie jestem niuniokratą i rozumieć jej nie potrzebuję.  Ponad sto tysięcy praw zarządza życiem obywateli niuni.  Legislacyjna sraczka przemieniła się dawno w przewlekłą dyzenterię, ale nadal nikt nie zamierza jej leczyć.

Legislacyjny ocean ma oczywiste konsekwencje.  Prawa stają się zbyt szczegółowe, niekiedy przeczą sobie wzajem, a system prawny stał się tak skomplikowany, że i Salomon był tego nie rozebrał (nawet przy wódce).  Efektem jest powszechna ignorancja prawa i równie otwarte jego lekceważenie.  W takim razie, rzec by można, w czym problem?

„Jesteśmy niewolnikami prawa, abyśmy mogli być wolni”, pisał Cyceron i wiedział, co mówi.  Przestrzeganie prawa jest podstawą wolności w społeczeństwie (nie ma nic wspólnego z duchowym wymiarem wolności, ale to do sprawy nie należy).  Autentyczną podstawą historycznej wielkości Europy nie jest idea demokracji i braterstwa, ale idea prawa, praworządności i równości wobec prawa (izonomii).  Prawo ugruntowane na prawie naturalnym, pozwala rozkwitnąć ludzkim jednostkom, doskonalić się i realizować ich własne cele, konstytuując ochronę prywatnej własności.  Tylko wolne jednostki tworzyć mogą kulturę i naukę.  Gdy wszakże prawa stały się tak skomplikowane, że łatwiej je ignorować niż sumiennie się do nich stosować, to ta powszechna nieznajomość eurodyrektyw, obojętne wzruszanie ramionami na brukselskie ukazy, podmywa na dłuższą metę fundamenty Europy.  Erozja praworządności prowadzi nieuchronnie do pogardy dla prawa w ogóle, co z kolei rujnuje równość wobec prawa, bo każdy orze, jak może, więc kiedy ma dojście do żłoba, to żre.

Po raz któryś dochodzimy do analogii z sowietami.  Pod komunistami łamało się prawo, żeby żyć.  Żeby włożyć coś do garnka, nakarmić rodzinę, nachlać się i zabawić, trzeba było być na bakier z prawem, albo mieć dojście do żłoba.

Mówią mi, że to nieodpowiedzialne z mojej strony, że ośmielam się porównywać niunię do sowieciarni.  Tam były deportacje i tortury, a tu tylko delikatne popychanie w pożądanym kierunku; tam gułag i głód, a tu uprzejme dyrektywy.  Czy miałoby z tego wynikać, że sowiety byłyby akceptowalne, gdyby nie kazamaty czeki?  Gdyby nie „bezmiar człowieczej udręki”, to Lenin i Trocki, i Stalin, i Mao, nie byliby tacy źli?  Jeżeli tak, to nic dziwnego, że zaakceptowano powszechnie i ochoczo operację pod kryptonimem „upadek komunizmu”.  Nie kopcie nas więcej, a popychanie zniesiemy; zapełnijcie półki chrlowskim chłamem, a przyjmiemy wasze dyrektywy z pokorą, zwłaszcza jeśli przyjdą z Brukseli a nie z Moskwy; zezwólcie zwalić się w ścisku na plaży w Costa del Sol, a będziemy pracować dla dobra socjalistycznego sojuza jewropejskich respublik.

W czasach rewolucyjnego romantyzmu, bolszewicy zdzierali rękawiczki białoruczkom.  W parcianym prlu oddawali im zarządy pegieerów, a dziś w Anglii dają im stołki w zarządach swych firm.  Widać stąd naocznie, że komunizm ewoluuje ku Nowej Świetlanej Przyszłości, zgodnie z pouczeniami marksistowskich ojców-założycieli, tylko że na każdym etapie zachowuje wszystkie opcje.  W niewolnictwie Stalina była opcja kapitalizmu dla Armanda Hammera.  W feudalizmie pegieerów były obozy dla niepokornych.  W kapitalizmie Xi jest opcja niewolnictwa dla Ujgurów, bo komunizm naprawdę przystosowuje się do wymogów czasu, a nie ewoluuje.

Dziś wreszcie dopełzliśmy do nowoczesnej mordy socjalizmu.  W tej wersji, niewolnicy nie wiedzą, że są w niewoli.  Traktowani są jak dobrowolni klienci, konsumenci, petenci.  Zbierają punkty, i w nagrodę mogą szurać na nartach w Alpach.  Lud nie pragnie wolności i nigdy jej nie pragnął, bo wolność obciąża odpowiedzialnością.  Lud łaknie niewoli i nieodpowiedzialności, marzy, by państwo zajęło się jego zdrowiem, wychowało mu dzieci, służyło w powodzeniu i w ubóstwie, w zdrowiu i chorobie, w ułomności i starości.  Ubiega się pokornie o wygody niewoli, o chleb i igrzyska, a intelektualiści spod czerwonej latarni przekonują nas, że to dopiero najprawdziwsza wolność.  I tym wcieleniem komunizmu z głupią gębą – jest niunia.

Cała ta misterna konstrukcja unii-niani jest zjawiskiem raczej groteskowym, jest fasadą, za którą nic nie stoi.  Toteż runie wreszcie kiedyś pod ciężarem własnej niedorzeczności i tylko kikuty sterczeć będą, pozostawione „żywym na pamiątkę głupoty” i na postrach potomnym, jak ślady karnawałowych dekoracji, gdy nikt już nie pamięta, co to jest karnawał.  Niestety ludzie Putina (lub ich następcy) będą czekali na ten spektakl, by ruszyć z braterską pomocą i przynieść wyzwolenie uciśnionym narodom Europy, tak jak przed nimi czekał Stalin, by ratować krwawiącą Europę w początkach lat 40.  Stalin się przeliczył, ale następcy Putina będą bardziej cierpliwi, zwłaszcza, że nie zanosi się na kolejną operację Barbarossa.  Kto ma bronić Europy?  Bundeswehra wyposażona przez von der Leyen w kije do mioteł zamiast karabinów?  Czy może siły zbrojne Estonii?

***

Muszę jeszcze powrócić do kwestii narodowej.  Zarówno brytyjska jak i polska tradycja państwowości jest zdecydowanie ponadnarodowa.  Mówię, rzecz jasna, o tradycji Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, a nie prlu, bo prl polski nie jest, ani nie jest państwem.  Dlaczego właściwie, z czysto teoretycznego punktu widzenia, ponadnarodowa struktura Wielkiej Brytanii, czy wielonarodowa Rzeczpospolita, wydają się dostojne i godne naśladowania, a ponadnarodowa niunia zieje zgrozą?

Zastanawiam się nad tym od dawna, poszukując przyczyn w specyficznej naturze państwowości wielonarodowych organizmów.  Jednak cokolwiek byśmy powiedzieli o dobrowolności unii państwowych, które legły u podstaw Rzeczypospolitej i Zjednoczonego Królestwa, albo na temat „atrakcyjnej siły polskości”, trudno nie przyznać, że nikt nie zmuszał 27 państw do przyłączenia się do niuni, a jej atrakcyjność mierzona jest dotacjami, więc nie tędy droga.  Rozwiązanie podsunął mi Roger Scruton, paradoksalnie, występując w obronie państwa narodowego.  Jego zdaniem zwartość społeczeństwa bierze się nie ze wspólności celów, jak utrzymują totaliści i brukselscy komisarze, ale z ograniczeń.  Już scholastycy wiedzieli, że powinniśmy być gotowi odrzucić swe cele z szacunku dla prawa naturalnego – oto klasyczne ograniczenie.

Spokojne współżycie obcych sobie ludzi w jednym społeczeństwie, osiągnięte jest nie przez wspólne cele lub reglamentowany plan, ale przez drobne ograniczenia, które chronią każdą osobę przed zamierzeniami i planami wszystkich innych.

Wiedza przydatna człowiekowi do poradzenia sobie ze zmiennymi okolicznościami życia, nie jest mu podana na tacy, nie jest dostępna przez doświadczenie, nie da się wydedukować z apriorycznych zasad, nie mieści się w tysiącach niuniowych edyktów, a zawiera się w zwyczajach, instytucjach i tradycjach, uformowanych przez pokolenia w mozolnym procesie prób i błędów.

Starożytni Grecy mieli pojęcie hubris, zarozumiałości i pychy, która odbiera rozum i skazuje na straszliwą klęskę tych, którzy sprzeciwiają się bogom.  Jaka szkoda, że architekci europejskiej katastrofy nie znają historii.

________

  1. Cat Goscovitch, A Russian Doll. Być może należałoby przyjąć, że sztuka o takim przesłaniu jest prowokacją, ale nie zniżajmy się do poziomu naszych krytyków. Sądzę, że autorka musi być zawiedzioną zwolenniczką niuni i nie może się nadal pogodzić z wynikiem referendum, więc przypisuje obcokrajowcom winę za to, że Brytyjczycy nie chcą przyjmować dyrektyw od obcokrajowców…


Prześlij znajomemu

54 Komentarz(e/y) do “Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część XVIII”

  1. 1 Dariusz Rohnka

    Michał,

    W kolejnej, doskonałej części cyklu o upadłym jakoby komunizmie, prezentujesz scenariusz po rozpadzie europejskiego unio-potworka:

    Niestety ludzie Putina (lub ich następcy) będą czekali na ten spektakl, by ruszyć z braterską pomocą i przynieść wyzwolenie uciśnionym narodom Europy, tak jak przed nimi czekał Stalin, by ratować krwawiącą Europę w początkach lat 40. Stalin się przeliczył, ale następcy Putina będą bardziej cierpliwi, zwłaszcza, że nie zanosi się na kolejną operację Barbarossa. Kto ma bronić Europy? Bundeswehra wyposażona przez von der Leyen w kije do mioteł zamiast karabinów? Czy może siły zbrojne Estonii?

    Zastanawiam się, czy z Twojego punktu widzenia to perspektywa czysto hipotetyczna, czy też w jakimś niewiadomym procencie rozważasz możliwość podobnego rozwoju wydarzeń.

    Prognoza w postaci: sowieckie tanki w Lizbonie – onegdaj byłaby, zdaje się, zdecydowanie egzotyczną wizją, czy nie?

    I nurtujące pytanie: czy będzie czego bronić i komu (niezależnie od mizerii środków)? Czy zbrojne ramię Estonii (podobnie jak potęga ludowego wojska polskiego) nie przynależą raczej do drugiej strony?

    No i na koniec: czy zjawisko dwóch stron nie jest co nieco nadwerężone w swojej przeciwstawnej istocie, skoro z jednej strony „komunizm upadł”, z drugiej zdaje się dynamicznie rozwijać, choćby pod oficjalnym szyldem eurokołochozu, ale także w ramach wielu innych organizacji i „ruchów” parabolszewickich?

  2. 2 michał

    Darek,

    To jest bardzo ciekawe I dające do myślenia. Poniżej zaledwie zastanawiam się głośno nad postawionymi pytaniami.

    Przede wszystkim kwestia metodologiczna. Każda hipoteza określa prawdopodobną sytuację. Jeżeli założyć (hipotetycznie??) postawienie hipotezy, która w żadnych warunkach nie może się spełnić (być prawdziwym wyjaśnieniem problemu), to chyba przestaje być hipotezą, a staje się bezpodstawną spekulacją. Tak mi się wydaje, ale muszę się nad tym jeszcze zastanowić. Rzecz jasna, sprawy mają się inaczej, gdy dotykamy tej trudnej operacji myślowej, jaką jest przewidywanie.

    Wizja sowieckich tanków w Lizbonie wydaje mi się, jak wiesz, niezwykle mało prawdopodobna. Sądzę, że przywołujesz ją w tym miejscu wyłącznie dlatego, że wspomniałem powyżej o „bronieniu Europy”. Moim zamierzeniem bylo raczej wskazać na brak jakiejkolwiek obrony – w sensie militarnej siły gotowej do walki – Europy, zwłaszcza po odejściu UK, niż na konieczność inwazji ze strony Putina. Innymi słowy, Putin nie potrzebuje zaparkować swoich czołgów na trawniku pod Pałacem Elizejskim, bo każdy wie, że nie ma w Europie żadnej siły, która by go mogła powstrzymać, gdyby zechciał tak uczynić.

    Kwestia „dwóch stron” jest jeszcze ciekawsza i, jeśli pozwolisz, wrócę do niej osobno wieczorem.

  3. 3 Andrzej

    Jeśli nie tanki to może banki? W tym przypadku, jak sądzę, sowieci są już gotowi do inwazji (a jeśli obszczak nie wystarczy to z pomocą chrlowskiego kapitału, bowiem „jedna zaciśnięta pięść” wydaje się być już gotowa do zadania pierwszego ciosu). A i DB zrobi co trzeba jakby co. Jak „zjednoczenie” to zjednoczenie.

    Do czego rozpad niuni jest bolszewikom potrzebny? Skoro Berlin jest ich, Rzym jest ich, Londyn jest ich? Im jest potrzebna sowiecka Europa (może być narodowa w formie, łatwiej będzie nią zarządzać).

    Spektakl „obrony Europy” jest grany już od lat. Czyż nie?
    „Bronią” Europy fronty narodowe, alternatywy, partie wolności, ligi itp. itd., a wspomagają ich m.in. węgierscy i polscy „narodowcy” i „konserwatyści” (także estońscy), wykreowane wedle bolszewickich potrzeb pisy i fidesze. Cała Europa się dziś „broni”! Niech tylko „obrońcy” nabiorą sił przy mniej lub bardziej dyskretnym wsparciu i pod czujnym okiem strategów „tarczy i miecza”. Wtedy się rozpadnie. Przed lewacką rewolucją najbardziej broni dziś świata sowieciarze. Ale najpierw ją zainicjowali i pomogli jej dojąć do władzy. Bolszewicy stworzyli nowe oblicze komunizmu i dziś są jego największymi przeciwnikami. Skoro „Zachód” chce rewolucji to niech ją ma, skoro „Wschód” chce nacjonalizmu, to niech go ma. Byle wszystko było pod kontrolą. „Każdemu wedle jego potrzeb”, przed wszystkim bolszewikom.

    Powstałe na solidnych fundamentach „zbrojne ramię” peerelu, niewątpliwie przyczynia się znacznie do określenia dzisiejszych zasad europejskiego „bezpieczeństwa”. Rzecz jasna, z pomocą m.in. „zbrojnych ramion” Węgier, Rumunii, Bułgarii, Czech, Litwy, Łotwy i Estonii. To widać, słychać i czuć.

  4. 4 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Jestem pewien, że Pan posługuje się terminem „obrona” ironicznie, i sam rozumie, a że ja miałem na myśli staroświecką ideę obrony, militarnej obrony przed najazdem Hunów, więc dodaję to tylko dla ścisłości. Chodziło mi o nieistniejące armie europejskie. Bundeswehra odbywała ćwiczenia wojskowe z kijami do szczotek, bo karabinów nie dowieźli, ale ówczesna minister obrony w nierządzie Merkel, niejaka Ursula von der Leyen, powiedziała im, żeby się nie martwili, bo „padwiezut…”

    Termin „obrona Europy” ma także głęboki sens kulturowy. Sądzę, że tu się zgadzamy, iż nikt nie broni europejskiej kultury wobec zalewu kulturowego relatywizmu, nikt już nie ośmiela się powiedzieć wprost, że kantata Bacha jest wyższym przejawem kultury niż bezmyślne podrygiwanie w takt bębnów z dżungli, ale to insza inszość.

    Co z kolei, rzecz jasna, w niczym nie pomniejsza słuszności Pańskiego komentarza.

    Muszę wszak wyrazić drobną wątpliwość. Czy rzeczywiście Berlin, Rzym i Londyn są już tak całkowicie „ich”? Wydaje mi się, że jeszcze nie, choć obawiam się popadania w bezbożny optymizm. Zachód zdaje mi się być w tej fazie mniej więcej, w jakiej była Rosja pod koniec XIX wieku. Pędzi ku zagładzie. Szampan się leje, moralna zgnilizna, ale co za zapach…

    Zmierzam do tego, że gdyby bolszewicy już tu panowali bez reszty, to nie byłoby potrzeby penetracji.

  5. 5 michał

    Darek,

    Kwestia „dwóch stron” wydaje mi się fascynująca. Prawdę mówiąc, nie mam jasności. Przeciwstawne one nie są, co do tego nie ma wątpliwości. A jednak jest zasadnicza różnica między prlem a Wielką Brytanią, żeby użyć ich jako przykładu (równie dobrze można by powiedzieć: między Bułgarią i Hiszpanią). Trudno niekiedy wskazać palcem, na czym polega ta różnica. Więcej jest zapewne socjalizmu w Hiszpanii i tu, niż w prlu i Bułgarii razem wziętych, ale przecież nie w tym rzecz.

    Jak mówię, nie mam w tym względzie pewności. Ciekaw jestem innych zdań. Może chodzi o najogólniejszą trajektorię? O kierunek ruchu? Natura penetracji sowieckiej jest także zupełnie inna.

    Oba zjawiska, obie „strony”, są dwiema stronami tego samego medalu, wybitego 4 czerwca 1989 roku, a upamiętniającego rzekomy upadek komunizmu.

  6. 6 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Wizja sowieckich tanków w Lizbonie to oczywiście tylko symbol, mający uzewnętrzniać zakres zmian mentalnych, kulturowych czy cywilizacyjnych, zaszłych w ciągu ostatniego (plus/minus) ćwierćwiecza. Jako realny obraz przyszłości nie ma praktycznego znaczenia, przynajmniej dla mnie. Więc tu się raczej zgadzamy.

    W tym aspekcie Andrzej ma absolutnie rację. Środki są nieważne, ważny cel i skuteczność w dochodzeniu do niego.

    Najciekawsza jest kwestia dwóch stron. Powiadasz, że więcej co prawda socjalizmu (komunizmu?) można znaleźć we współczesnej Hiszpanii niż np. peerelu czy Bułgarii, ale że jednak istnieje wciąż zasadnicza różnica pomiędzy nimi. Sądzę, że odmienność, którą dostrzegasz, wynika z przywiązania do reliktów przeszłości; reliktów które być może, w jakiej mierze, nadal istnieją w krajach, które przyjęło się uważać za „Zachodnie”. Relikty takie jak praworządność (oparta na suwerenności i obiektywizmie wymiaru sprawiedliwości), wolność informacji, podmiotowość obywatela. Otóż mnie się zdaje, że o ile wiele z tych reliktów wciąż zachowuje pozór funkcjonowania, to jako takie odchodzą w niebyt w przyspieszonym tempie.

    Weźmy jako przykład zjawisko (trudno ten przejaw ludzkiej bezmyślności nazwać ideologią) blm oraz propagandy homo-genderyzmy. Przy pomocy obu tych nonsensownych zjawisk bolszewicy starają się skruszyć i obalić fundamenty wielowiekowej cywilizacji. Któż im w tym pomaga obecnie w największym możliwym stopniu? – Amerykańska administracja, a więc ta potęga, która uchodziła do niedawna (niesłusznie, fakt!) za jedyną siłę, zdolną przeciwstawić się komunizmowi.

    Ostatnio amerykańcy mocodawcy posunęli się do prowokacji, wywieszając z okien swojej watykańskiej ambasady tęczową flagę. Tęczę, która w tym przypadku nie jest zapowiedzią Boskiego miłosierdzia, ale wyrazem afirmacji grzechu sodomii. Jak wobec tego bluźnierczego, świętokradczego gestu zachował się Chrystusowy namiestnik? Nie wiem, nie śledzę wypowiedzi Franciszka z nadmierną uwagą, ale zakładam, że obeszło się tym razem bez ekskomuniki i nakazu natychmiastowego zamknięcia amerykańskiej placówki.

    Możemy rozważać istnienie dwóch stron w kontekście politycznym, historycznym, obowiązujących granic. Mam jednak niejakie wrażenie, że to wszystko prędzej raczej (o wiele prędzej niż dotąd przyjęło się sądzić) niż później ulegnie zatarciu. Istotna granica przebiega (i będzie przez jakiś czas wciąż przebiegać) pomiędzy wolną wolą, a anihilacją. O to idzie stawka – człowiek kontra mrowisko.

  7. 7 michał

    Darek,

    Im więcej się nad tym zastanawiam, tym bardziej mnie to zajmuje, ale może taka jest natura refleksji.

    Dwie strony nie są w opozycji, są coraz bardziej do siebie podobne – tu pasuje stara teoria konwergencji, która jednak nigdy mnie nie satysfakcjonowała – a co za tym idzie, różnice stają się zarazem przesłoną, woalką przesłaniającą istotę, i czymś samym przez się ważnym. Twoja uwaga o reliktach wydaje mi się nad wyraz trafna, o czym zaraz.

    Widzę dwa aspekty warte rozważenia. Zupełnie innego rodzaju operacje sowieckie po obu stronach oraz spontaniczne procesy zachodzące i tu, i tam. W tym drugim wypadku, odnoszę wrażenie, że generalnie w prlu papuguje się to, co modne na Zachodzie.

    Wyznaję, że byłem zaszokowany, gdy przeczytałem o tęczowej fladze w amerykańskiej ambasadzie w Watykanie. Masz absolutnie rację, mówiąc o „reliktach”, których echo jakoś przetrwało, ale sądziłem błędnie, że jednym z takich reliktów jest dyplomacja. Jakże się pomyliłem. Użycie oficjalnego przedstawicielstwa amerykańskiej dyplomacji w Stolicy Apostolskiej dla tak chamskiej prowokacji, jest dowodem stopnia bolszewizacji Stanów Zjednoczonych. Lać takich dyplomatów w mordę i patrzeć, czy równo puchnie, a i na to pewnie szkoda czasu.

    Tu z kolei, studenci starożytnego College’u w Oxford zdecydowali, żeby usunąć portret królowej Elżbiety z ich wspólnego pokoju, gdyż Jej Królewska Mość zamieszana jest w kolonializm i imperializm. Strach pomyśleć, że takie bydło przyjęto na studia. https://order-order.com/2021/06/08/exclusive-woke-oxford-students-vote-to-take-down-colonial-queens-portrait/

    To są chyba przykłady spontanicznych procesów. W moim przekonaniu, studenci z Magdalen i dyplomaci w Watykanie postąpili tak z własnej, nieprzymuszonej woli i głupoty.

    Belton zajmuje się szczegółowo sowieckimi machinacjami na Zachodzie. Czy ktoś wie coś więcej o operacjach sowieckich w demoludach? Bo ja nie.

  8. 8 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Także mam dziwne wrażenie, że teoria konwergencji nie zbyt dobrze opisuje „rzeczywistość”. Jej twórcy i propagatorzy całkiem inaczej wyobrażali sobie zlanie dwóch światów w jeden sowiecki ściek. Zdaje się, że klasycznym modelem miała być łagodna forma komunizmu („róbta co chceta”) plus głasnost, czyli niezatajanie prawdy – co w umysłach bolszewików, a także ich fellowtravelerów, musiałoby wywołać gigantyczne pomieszanie)… i w konsekwencji doprowadzić do ideowej degrengolady.

    Teraz mamy już inny etap, bardzo poważny – wyrywania z korzeniami cywilizacji łacińskiej oraz chrześcijańskiej, tak żeby nawet ślad po nich nie pozostał. Jak to zwykle bywa w tego rodzaju dziejowych przypadkach potrzebni są barbarzyńscy Wandalowie – jak się okazuje i na to znaleziono sposób. Tę akurat rolę świetnie (wręcz perfekcyjnie) odgrywa współczesna, permisywna, niedouczona młodzież, a więc pokolenie wyrastające w l. 90. i później. Obawiam się, trudno będzie znaleźć skuteczne antidotum na to masowe zjawisko. Tym bardziej, że masz racje – to są procesy niesterowane, spontaniczne, a więc poza kontrolą. Wykoncypowany i odgórnie narzucony był jedynie najogólniejszy plan destrukcji edukacji i wychowania, szczególnie wychowania!

    Jeśli idzie o przejmowanie destrukcyjnych wzorów zachodnich w peerelu, to to jest zjawisko niezwykle ostatnio przyspieszające. Motorem napędowym nie są politycy (bo nikt im nie ufa), a media. Te ostatnie, co prawda, także nie mogą liczyć na nadmierne zaufanie publiczności, ale potrafią sobie z tym problemem poradzić, poprzez przemycanie stosownych ideo-treści przy pomocy para- dokumentów, reportaży, licznych seriali. W ten sposób docierają do ludzi w każdej kategorii wiekowej… co wydaje się nieprawdopodobne, ale jest faktem.

    Studenci z Magdalen, jak piszesz, z pewnością działali spontanicznie (choć to spontaniczność o charakterze ściśle zaprogramowanym), jeżeli chodzi o „dyplomację” amerykańską to chyba jest inaczej – stosowne zalecenia (jeszcze nie dyrektywy) na temat popularyzacji nonsensów blm oraz ideologicznej sodomii dostali bezpośrednio z centrali, od Bidena i całej związanej z nim bolszewickiej bandy.

    Jedyna jaśniejsza plama w tym ponurym obrazie zdaje się podpowiadać, że to jednak wszystko razem wzięte zbyt prymitywne, zbyt głupie i wbrew ludzkiej naturze, aby mogło okazać się skuteczne.

    Bez przymusu, więzień, głodu i terroru nigdy nie uda im się przeprowadzić skutecznej bolszewizacji.

  9. 9 Dariusz Rohnka

    Pytasz o operacje sowieckie w demoludach. Zdaje mi się, że jedno wymaga przede wszystkim podkreślenia – oni (sowieci) nigdy stąd nie wyszli, a raczej nie tyle „nie wyszli”, co są po prostu u siebie. Scenariusz wg którego w 1989 roku (i nieco później) postanowili opuścić demoludy (z niejasnych bliżej powodów) nie jest prawdziwy.

    Są tu nieprzerwanie obecni (choć nieoficjalnie). Dzięki czemu wodę mącić mogą w dowolnym kierunku: i w prawo, i w lewo, w górę i w dół… Jeżeli nałożyć na to jeszcze ideologiczny import z „Zachodu”, pomieszanie w głowach jest ogromne.

  10. 10 Jacek

    Darek,

    Zgadzam się z Twoją diagnozą co do motoru obecnej destrukcji cywilizacji. Czy można sobie wyobrazić skuteczniejszą metodę zaaplikowania rozkładu intelektualnego, niż na przykład netflix? Wszelkiej maści ideowe wirusy są tam opakowane w atrakcyjną formę. Kolorowe, polukrowane opowieści lansujące oczywistą destrukcję wymierzone są w młodzież, bo starsze pokolenia już nie dadzą się w ten sposób sformatować. W każdym razie, nie w takim stopniu, co pokolenie obecnych dwudziestolatków. Największy problem w tym, że z tak rozpowszechnianą zarazą ciężko jest walczyć. Z jednej strony racjonalne argumenty, z drugiej piekielnie atrakcyjny, sugestywny przekaz na ekranie. Przewaga skuteczności metody jest po tamtej stronie.

    Wychowane w ten sposób masy będą idealnym materiałem na niewolników pozbawionych własnej woli, zdemoralizowanych, wyzutych z jakichkolwiek kwalifikacji, poza wykonywaniem najprostszych poleceń. Doskonały materiał dla totalitarnej dyktatury.

    Ale ten proces został zainicjowany przez zachodnich komunistów. Destrukcja tamtych społeczeństw jest im na rękę, umożliwia realizację długofalowej strategii. Ale bolszewicy kremlowscy i chińscy również mają swoją strategię. Zastanawiam się, czy kulminacją opisanych procesów będzie konflikt miedzy nimi, czy raczej sojusz, podział wspólnego tortu i próba globalnej dominacji w imię internacjonalistycznej przyjaźni.

  11. 11 michał

    Darek,

    Wrócę do reszty później, ale tymczasem tylko jedno uściślenie pod adresem Twojego drugiego komentarza.

    Zdaje sobie sprawę, że sowieciarze są u siebie w prlu. Gdyby tak nie było, bylbym zapewne mieszkał a Polsce. Moje pytanie dotyczyło ich operacji w prlu, a także w innych demoludach. Ja po prostu nic nie wiem na ten temat.

  12. 12 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Miło Cię znów słyszeć (czytać). netflix to oczywiście niebywałe odmóżdżające zjawisko z dziedziny antykultury, w dodatku o zasięgu światowym… mnie jednak raczej chodziło o zgrzebną tutejszą telewizję (niezależnie od literek, jakie pojawiają się na ekranie). Pewnie nie oglądasz wcale, ja średnio tygodniowo ok. 1-2 godzin. To co tam się pojawia, przede wszystkim w sferze obyczajowej przechodzi wszelkie wyobrażenia… w dodatku podane to wszystko w melanżu niby tzw. „autentycznych faktów”. Twórcy tego medialnego szajsu zapewne już dawno wymontowali lustra ze swoich domów… Niestety wszystko to jest konsumowane przez przeciętnego telewidza ze smakiem i emocjami.

    Sojusz czy wojna – to dobre pytanie. W klasycznej wizji Orwella wojna jest niezbywalnym elementem porządku. Dlatego muszą istnieć przynajmniej trzy strony, bo tylko taki układ daje możliwość wchodzenia/wychodzenia z sojuszu, rozpętywania/zażegnywania konfliktów. Osobiście nie dostrzegam takiej konieczności czy też zależności.
    Wedle mnie problem jest szerszy, nieco odmiennej natury – brak potencjalnych wrogów, antagonizmów? Co wtedy? Koniec historii? Takiej wizji nie wytrzyma żadna odmiana bolszewizmu. Bo bez historii niemożliwe jest zło w wymiarze makro. Bez zła nie ma zaś bolszewizmu.

  13. 13 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Pytasz, co robią sowieciarze w demoludach. Można by na to odpowiedzieć pewnie długim elaboratem (tylko kto to przygotuje?), albo lapidarnie: dzielą i rządzą (bez żadnych ograniczeń – nie mają przecież jednego naturalnego wroga). Poza tym, zdaje mi się, że bardzo starannie zachowują parytet nienawiści i afirmacji w stosunku do siebie.

  14. 14 Jacek

    Darek,

    Faktycznie telewizji żadnej nie oglądam, zdarza mi się słuchać radia, to pewnie z grubsza to samo. Domyślam się, jaki jest poziom programów tv i wiem, że mają oddanych odbiorców. Ale tradycyjna telewizja jest chyba odbierana raczej przez starsze pokolenie, młodzi siedzą w netflixie albo na facebooku i to oni są celem czerwonej, czy może raczej tęczowej strategii.

    Oczywiście, że wróg jest konieczny, żeby utrzymać totalitarny system. Ja się zastanawiam, czy sowieci i Chińczycy stworzą osobny „front” i będą wojowali z tęczowymi komunistami z Zachodu, czy raczej w zgodzie będą dzielić się tortem. Perspektywa konfliktu wydaje mi się bardziej prawdopodobna, bo słabość zachodniej gospodarki prowokuje do zlekceważenia wspólnego pnia ideologicznego i wyciągnięcie ręki po niemałe w końcu ciągle bogactwo.

    Jak by nie było, każda z tych opcji jest przerażająca. Nieuzasadniony optymizm każe mi jednak oczekiwać siły, która się wreszcie zarazie przeciwstawi.

  15. 15 Andrzej

    Panie Michale,

    Jak podano w mediach, w 2014 roku w Czechach „rosyjscy” szpiedzy wysadzili w powietrze magazyn amunicji (ciekawe jakiej, znając czeską specjalizację w tej dziedzinie), co stało się powodem ostatniego „pogorszenia stosunków” Pragi z Moskwą. To byłby dobry przykład operacji sowietów, o ile faktycznie ją przeprowadzili (a nie np. Mossad celem niedopuszczenia, aby zasoby z tego magazynu nie trafiły do Hamasu), gdyby nie to, że sowieci mają w „Republice Czeskiej” swoich ludzi w zarządzie tego kraju. Zeman, Babiš to starzy komunistyczni wyjadacze. Ten pierwszy jeszcze od czasów „socjalizmu z ludzką twarzą”, drugi od „handlu zagranicznego” lat 80-tych i „transformacji ustrojowej”. Ci obaj niewątpliwie potrafią zrobić co trzeba, aby koło zamachowe kręciło się we właściwą stronę. A przecież to tylko lokalni „decydenci”, za nimi stoi armia wykonawców.

    Do „upadku komunizmu”, sowieci przeprowadzili niejedną operację w „socjalistycznej” Czechosłowacji, ale były to zasadniczo operacje porządkowe. Sądzę, że nie inaczej jest i dzisiaj w „postkomunistycznych” demoludach. Myślę, że wszystko istotne co się w nich dzieje, jest pochodną operacji sowieckiej sprzed 30-40 lat. Jeśli funkcjonariusze GRU, którzy mieli zabić w Salisbury Skripala, „bawili” przedtem w Czechach, to kto zabezpieczał ich pobyt na miejscu i na jakich zasadach? Podano, że w owym czasie przebywali w hotelu w tej samej miejscowości gdzie był ten wysadzony w powietrze magazyn amunicji, ale przekonany jestem, że nie tylko tam.

  16. 16 michał

    Darek,

    Masz oczywiście rację, że „spontaniczne działanie” w takiej sytuacji jest naciągane. Jankeski bałwan, który spowodował usunięcie wizerunku królowej z Magdalen, jest ofiarą wieloletniej manipulacji. To samo wydaje mi się wszakże dotyczyć „dyplomatów” w Watykanie. Nie sądzę, żeby działali wedle instrukcji z Waszyngtonu.

    „Parytet nienawiści i afirmacji”, to brzmi znakomicie.

  17. 17 Dariusz Rohnka

    Michał,
    Man niestety dzisiaj bardzo ograniczony (znowu!) czas i jeżeli przyłączę się do dyskusji (która wydaje mi się bardzo warta uwagi) to pewnie dopiero jutro.

    Podejmuję tylko jedną kwestię w tej chwili (ponieważ po prostu czytałem stosowne informacje wcześniej i wydają mi się istotne z punktu globalnej polityki amerykańskiej):

    https://www.catholicnewsagency.com/news/247852/us-embassy-to-vatican-flies-lgbt-pride-flag-for-month-of-june

    można tam przeczytać, co następuje:

    „Washington D.C., Jun 1, 2021 / 09:15 am

    The U.S. Embassy to the Holy See announced on Tuesday, June 1, that it was displaying the rainbow LGBT “Pride” flag for the month of June, which is celebrated as LGBT “Pride” month.

    “The United States respects the dignity and equality of LGBTQI+ people. LGBTQI+ rights are human rights,” the embassy stated on Twitter.

    U.S. Secretary of State Antony Blinken earlier this year announced that U.S. embassies and consulates around the world could fly the “Pride” flag on the same flagpole as the American flag, during “Pride season.”

    Zatem jak widzisz, nie jest to instrukcja w wensie bezwzględnego nakazu, ale bardzo wyraźna sugestia, coś jak „nieobowiąazkowe” wywieszanie flagi w Czarnym Borze 1 maja 1941 roku z okazji robotniczego święta.

    Obawiam się, że wśród amerykańskich dyplomatów nawet Diogenes ze swoją lampą nie znalazłby jednego prawdziwego człowieka, a więc to jednak coś jakby nakaz góry.

  18. 18 michał

    Szanowni Panowie,

    Okazuje się, że mam więcej wiary w Amerykę, niż powinienem. Instrukcja z centrali, żeby dyplomaci zachowywali się niedyplomatycznie, to jest coś. Klasyczna bolszewicka prowokacja w wykonaniu amerykańskich dyplomatów. Ale Blinken doradził im, by nie wywieszali takiej szmaty w Kabulu czy w Rijadzie, bo im się może oberwać. Można prowokować katolików, nie muzułmanów.

    Darek, czy nie jesteś paradoksalnym optymistą, mówiąc, że „bez przymusu, więzień, głodu i terroru nigdy nie uda im się przeprowadzić skutecznej bolszewizacji”? To wszystko było konieczne, by zniewolić ludzi wolnych. Nie widzę, żeby dzisiaj zachodziła potrzeba terroru, bo nikt nie zamierza walczyć.

    Pan Jacek słusznie zwraca uwagę na rolę Netflix. Netflix jest machiną agitacji i propagandy, lewym skrzydłem partii demokratycznej:

    https://www.cnbc.com/2020/07/02/most-liberal-tech-companies-ranked-by-employee-donations.html

    Po co terror, przy tak skutecznej robocie propagandowej?

    Czy konflikt jest niezbywalnym elementem w wizji Orwella? Czy raczej konflikt jest w „1984” tylko pozorny? Oceania zmienia sojusze z dnia na dzień, ale nigdy nie jest osamotniona w walce z pozostałymi dwiema potęgami, zawsze w sojuszu z jedną z nich. A zatem konflikty (i sojusze) są tylko na pokaz. Jakikolwiek spór między chrlem i sowietami wydaje mi się zawsze sztafażem, przedstawieniem dla Zachodu. A kiedy już nie ma Zachodu, to wystarczy oznajmić, nie trzeba się naprawdę bić. Nie czytałem Orwella od dawna, ale czy te trzy kraje nie tłuką się wiecznie w Afryce?

  19. 19 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Eksplozja w Czechach jest ciekawa, bo podejrzana. Jeżeli brać tę historię serio – udział gru i tak dalej – to Czechy wychodzą na autentycznie wolny kraj, którym ma na pieńku z Moskwą. Bardziej prawdopodobne, że to właśnie próbują udowodnić. Czyli znowu spektakl na nasze potrzeby? Po jaką cholerę?

    Pierwszy wybuch nastąpił w dzień po tajemniczej wizycie szefa firmy Imex w tym właśnie magazynie. Druga eksplozja miała miejsce 6 tygodni później, co wydaje się prawie niemożliwe, zważywszy, że po pierwszym wybuchu zwiększono rzekomo środki bezpieczeństwa.

    Co się tam naprawdę wydarzyło?

  20. 20 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    „Nieuzasadniony optymizm” każe Ci oczekiwać siły, która się zarazie przeciwstawi.

    Jak wszyscy pamiętamy, nie jest to dla nas nowy temat do dyskusji i nieprzypadkowo – niewiele jest kwestii bardziej fundamentalnych.

    Tak się składa, że Michał w jednym ze swoich ostatnich komentarzy napisał pod moim adresem, że być może jestem „paradoksalnym optymistą”, bo nie wyobrażam sobie, żeby bolszewizm mógł opanować świat bez twardych środków, czyli capnąć nas wszystkich, i fizycznie i duchowo, swoimi szpetnymi, gołymi łapami (bez cienia protestu z naszej strony).

    Mnie się zdaje, że zanim postąpimy o krok dalej w dyskusji, warto by ustalić jaki zakres, jaki wymiar bolszewickiego podboju każdy z nas ma na myśli.

    Mniemam (ciekawym trafienia), że Michał ma na względzie aspekt globalny, światowej polityki. Tu, w tym obszarze, istotnie może się okazać, że racja jest po jego stronie, co go „by the way” narazi na pokaźne koszty wystawnej kolacji dla nas.

    Jeżeli papierkiem lakmusowym sprawdzającym trafność Michałowego mniemania uczynić rzekomą (czy faktyczną) pandemię, spolegliwość światowych rządów narodowych wobec nie całkiem wyczerpująco umotywowanych nakazów, zaleceń, zakazów etc., wydawanych przez mocno szemrane instytucje w rodzaju who, no to może istotnie trudno mu odmówić słuszności, ponieważ tylko jedna jedyna Szwecja (w dodatku bardzo mocno socjalistyczna) postanowiła stanąć okoniem. Wtrąciłem w ostatnim zdaniu słowo „może” ponieważ nie wydaje mi się, żeby należało stosowną dyskusję zamykać już teraz i nieodwracalnie.

    Poza tym wydaje mi się, że o ile Michał miał w swojej wypowiedzi na względzie wymiar wielkiej polityki, nam kołacze po głowie motyw zwykłego człowieka z całą bezmiarowością zachowań, myśli, uczuć, wrażeń, reakcji, życia duchowego. Dlatego skłonni jesteśmy przypuszczać, że pośród siedmiu miliardów ludzkich istnień z całą pewnością znajdą się wyjątki, które nie zechcą zalać formaliną przydzielonego sobie słoja, wskoczyć ochoczo do środka, zatłistowując pokrywę od wewnątrz, co by… dajmy na to, swoim ludzkim odorem nie zanieczyszczać już więcej „matki natury”. To raczej nie optymizm, a zwykły rachunek prawdopodobieństwa.

    Temat wydaje mi się ważny. Chętnie wróciłbym do niego jutro.

  21. 21 michał

    Mnie się podoba. Zatem nieuzasadniony optymizm oczekuje pojawienia się jakiejś siły, która będzie walczyć z postępami globalnej bolszewizacji, a paradoksalny optymizm spodziewa się terroru jako koniecznej metody przeprowadzenia ostatecznej sowietyzacji globu.

    Pesymistą będąc, nie widzę żadnej siły gotowej do walki, choć wszystko jest w ręku Boga i dla Niego nic nie jest niemożliwe.

    Pesymistą będąc, spodziewam się, że globalni bolszewicy będą brali świat gołymi rękami, bo w końcu bolszewicy nie tylko z Polaków robią gówno. Właściwie, czas przyszły jest tu nie na miejscu, bo oni już to robią.

    Obym się mylił. Obym się mylił.

  22. 22 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Czy aby nie jest to spektakl na potrzeby bolszewików? Kreml przedstawiony jako wróg „demokratycznych” Czech, Rumunii, Litwy etc, dodatkowo uwiarygadnia je.

    Nie spodziewam się poznać prawdy o tym co naprawdę wydarzyło się pięć lat temu na malowniczym południu Moraw (Tu je ten krásný kraj, co nam život zdravi, a vino dává). Pisze Pan o tajemniczej wizycie szefa firmy, która zarządzała magazynem. Czy mógłby Pan wyjaśnić to bliżej? Znalazłem , że Petr Bernatík wkrótce po eksplozjach, należał do czeskiej ekipy, którą Zeman zabrał ze sobą do Kazachstanu i Tadżykistanu, podobnie „autentycznie wolnych krajów”. Obaj panowie dobrze się znali.

    Podobno część tej amunicji była przeznaczona dla bułgarskiej firmy handlu bronią EMCO, której właścicielem jest niejaki Emilian Gebrev, ale także dla innych bułgarskich „kontrahentów”. Gebreva miał rzekomo próbować otruć w 2015 roku jeden z tych funkcjonariuszy GRU. Wiele informacji na ten temat dostarcza lewicowy serwis bellingcat.com, na który od jakiegoś czasu nieustannie powołują się agencje światowe (jak wiadomo praktycznie bez wyjątku lewicowe) i który na pierwszy rzut oka wydaje się być wiarygodny, ale mnie wydaje się podejrzany (z jednej strony prowadzony jest w większości przez nieprofesjonalistów, a z drugiej zakres prezentowanych informacji wydaje się świadczyć o dużym stopni fachowości). Jeśli chodzi o interesujący nas temat to zamieścili obszerny materiał.

  23. 23 Andrzej

    (przepraszam, za ponowne wstawienie tekstu ale w poprzednim nie ustrzegłem się błędów w linkach co spowodowało, że stał się nieczytelny)

    Drogi Panie Michale,

    Czy aby nie jest to spektakl na potrzeby bolszewików? Kreml przedstawiony jako wróg „demokratycznych” Czech, Rumunii, Litwy etc, dodatkowo uwiarygadnia je.

    Nie spodziewam się poznać prawdy o tym co naprawdę wydarzyło się pięć lat temu na malowniczym południu Moraw (Tu je ten krásný kraj, co nam život zdravi, a vino dává). Pisze Pan o tajemniczej wizycie szefa firmy, która zarządzała magazynem. Czy mógłby Pan wyjaśnić to bliżej? Znalazłem informację, że Petr Bernatík w 2015 roku należał do czeskiej ekipy, którą Zeman zabrał ze sobą do Kazachstanu i Tadżykistanu, podobnie „autentycznie wolnych krajów”. Obaj panowie dobrze się znali.

    Podobno część tej amunicji była przeznaczona dla bułgarskej firmy handlu bronią EMCO, której właścicielem jest niejaki Emilian Gebrev, ale także dla innych bułgarskich „kontrahentów”. Gebreva miał rzekomo próbować otruć w 2015 roku jeden z tych funkcjonariuszy GRU. Wiele informacji na ten temat dostarcza lewicowy serwis bellingcat.com, na który od jakiegoś czasu nieustannie powołują się agencje światowe (jak wiadomo praktycznie bez wyjątku lewicowe) i który na pierwszy rzut oka wydaje się być wiarygodny, ale mnie wydaje się podejrzany (z jednej strony prowadzony jest w większości przez nieprofesjonalistów, a z drugiej zakres prezentowanych informacji wydaje się świadczyć o dużym stopni fachowości). Jeśli chodzi o interesujący nas temat to zamieścili obszerny materiał.

  24. 24 michał

    Panie Andrzeju,

    Proszę wybaczyć, nie wyraziłem się dobrze. Miałem na myśli niespodziewaną wizytę Bernatika, o której jest mowa tu: https://www.idnes.cz/zpravy/domaci/babis-munice-sklad-vrbetice-imex.A141207_125558_domaci_hv , ale jest bardzo prawdopodobne, że coś źle zrozumiałem.

    Csrs była wśród sowieckich demoludów specjalistką od materiałów wybuchowych. Semtex był odpowiednikiem kałasznikowa pośród wszystkich terrorystów na świecie. Ale to było 50 lat temu. Czy wie Pan coś na temat czeskiego przemysłu zbrojeniowego teraz?

  25. 25 Andrzej

    Panie Michale,

    Dziękuję za linkę. Babiš versus Zeman, to zupełnie jak tu Kwaśniewski przeciw Wałęsie, a dziś Kaczyński przeciw Tuskowi.

    Czesi nie zaniechali produkcji semtexu (musieli zrobić to w latach 1989-91): https://explosia.cz/en/about/history/semtex/.

    Czeska zbrojeniówka jest kołem napędowym gospodarki i ma wyrobioną markę. W kwestii czeskich zakładów zbrojeniowych i ich produkcji nie trzeba długo szukać: https://www.excaliburarmy.cz/products

  26. 26 michał

    Cha, cha! Zabawne są takie reklamowe kawałki. Produkowali to głównie dla terrorystów, od IRA do Libii, i wszystkich bandytów na świecie. Ale nawet oni nie twierdzą, że zaniechali produkcji semtexu w latach 89-91, a tylko eksportu. Z niewiadomych względów bandziory z IRA nie interesują się licencjami eksportowymi.

    Bardzo dziękuję za ciekawe linki, Panie Andrzeju.

  27. 27 Andrzej

    Faktycznie, chodziło o „powstrzymanie” eksportu, a nie produkcji jakby wynikało z mojego komentarza. Dziękuję Panie Michale.

  28. 28 michał

    IRA dokonała w tamtych latach kilkunastu zamachów w Anglii, nie licząc ich działalności w Ulsterze. Nie mogli przecież czescy towarzysze pozostawić towarzyszy irlandzkich z gołymi rękami!

  29. 29 Jacek

    Darek,

    Zakres podboju już teraz można zaobserwować. Z jednej strony globalne zapędy sowietów i chińskich komunistów, z drugiej sfera, można by powiedzieć wewnętrzna, czyli terroryzowanie obywateli zachodnich społeczeństw przez znikomą liczebnie, ale potężną wpływami mniejszość lokalnych marksistów. Ci pierwsi planują na skalę światową, z rozmachem, skupiając się, jak zauważył Andrzej na finansach i gospodarce. Ci drudzy atakują przestrzeń duchową, kulturową, niszczą fundamenty, wyrywają korzenie, odbierają wolną wolę, pamięć i godność.

    Chyba masz rację, że przewidywanie oporu wobec tych zjawisk, to raczej kwestia rachunku prawdopodobieństwa, niż optymizmu. Jednostki będą się buntowały. Pytanie, co zrobić, żeby takie jednostkowe przypadki przerodziły się w skuteczny, masowy, ogólnoświatowy ruch? Kiedyś siłą, która mogłaby, jeśli nie zainicjować, to na pewno wspomóc taki ruch był Kościół. Niestety, dziś ta instytucja sama uległa zarazie. Podobnie, jak Pan Michał nie widzę dziś żadnej siły politycznej, która byłaby gotowa przyjąć rolę kontrrewolucjonisty. Ale człowiek nie jest stworzony do kajdan, wszystko jedno stalowych, czy intelektualnych. Siła, o jakiej dyskutujemy, prędzej, czy później powstanie i obali tyranie, które się właśnie formują. Dojdzie do tego, tym szybciej, im skuteczniej (głośniej) będzie stawiana diagnoza choroby. Jeśli uda się przekaz dotyczący zagrożenia rozpowszechnić wśród bezpośrednio zainteresowanych, to resztę można chyba zostawić rachunkowi prawdopodobieństwa, jak napisałeś. Taka strategia ma, rzecz jasna wady. Musi dojść do masowej destrukcji, żeby obudzić opór, ale obawiam się, że w przypadku współczesnych zachodnich społeczeństw, tłustych, głupich i bogatych nie ma innego sposobu na zmobilizowanie do działania w obronie własnej.

  30. 30 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Kwestia wraca do nas jak bumerang, ale może w końcu, kiedyś, po wielu lat dziesiątkach znajdziemy sprawne rozwiązanie. Osobiście wierzę (i zawsze wierzyłem), że człowiek stworzony jest do rzeczy wielkich. Nie jakiś konkretny człek, żaden Napoleon, Aleksander czy inny Raskolnikow, ale po prostu… człowiek. Taki człowiek będzie potrafił zebrać pod swoim sztandarem stosowne siły. Kościół jest doskonałym przykładem instytucji, która w takim dziele potrafi dopomóc. Wielcy papieże, Pius XI (De communismo atheo), Pius XII z rzuconą przez niego ekskomuniką na wszystkich kolaborujących z komunizmem, obaj mogli dokonać bardzo wiele. Nie jestem dostatecznie wyposażony w stosowną wiedzę, ale wydaje mi się, że zabrakło im w tym dziele nieco konsekwencji.

    Ale może mieli rację, nie angażujących swojego wielkiego autorytetu w bezpośrednią walkę. bolszewizm, niezależnie od jego pochodzenia, przynależy niewątpliwie do sfery profanum i jako taki powinien być zwalczany środkami ziemskimi. Skoro jednak nie Kościół ma stanowić pierwszą linię frontu, to kto? Amerykanie? Wszyscy dobrze widzimy, co się tam w tej chwili dzieje – szkoda czasu, żeby to opisywać. Warto jednak chyba pamiętać o tym, że nie zawsze najweselsza fasada dobrze ilustruje wnętrze. Tradycyjnie stroniące od polityki amerykańskie wojsko może w końcu znajdzie się zmuszone wziąć sprawy w swoje ręce, zapomnieć na moment o micie bezmyślnej demokracji, a wówczas sprawy mogą się potoczyć nieco ciekawiej.

    Zresztą, jestem absolutnie przekonany, że nie warto patrzeć tylko w tamtym, odległym kierunku; że trzeba wciąż szukać nowych, jeszcze niewykoncypowanych rozwiązań. bolszewizm jest cwany, przebiegły, sprawny, ale też bardzo tępy w swojej prymitywnej istocie. Jego pokonanie nie wydaje mi się niemożliwe.

  31. 31 michał

    Drogi Panie Jacku,

    Człowiek nie jest stworzony do kajdan. To na pewno. Bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje. Ale człowiek sam zakłada sobie kajdany i wsuwa szyję w pętlę. To jest przedmiotem opowieści o Wielkim Inkwizytorze, który mówi do Syna Bożego: Ty przyniosłeś im wolność, ale oni wolności nie chcą. Przyjmą od nas chleb i kajdany.

    Polityczna strona tego fenomenu jest centralną kwestią „Zwycięstwa prowokacji”: jak to się dzieje, że wolni ludzie, w wolny sposób poddają się najgorszej tyranii, jaką znała ziemia?

    Ale oby miał Pan rację, że powstanie taka siła i zerwie się „okrzyk, który przywróci rozsądek uciemięzonym, i wolnym jeszcze ludziom na świecie”.

  32. 32 Andrzej

    Sadzę, że o stanie Kościoła (to samo odnosi się do Cerkwii Prawosławnej) nie świadczą tylko hierarchowie. Przede wszystkim stanowi go wspólnota wiernych. Historia Kościoła to ciągłe wzloty i upadki i nie brakuje w niej kryzysów a nawet ciemnych kart. Dziś wszystko zależy od tego na ile ta wspólnota oprze się bolszewickiemu atakowi. Jeśli istota Kościoła gdziekolwiek przetrwa w nienaruszonej postaci, to jest nadzieja na odrodzenie i na zorganizowaną kontrrewolucję.

    To dotyczy rzecz jasna sfery chrześcijańskiej. W sferze islamskiej bolszewizm nie jest jeszcze w stanie zapuścić tak głęboko swoich korzeni, niemniej robi to coraz skuteczniej, o czym świadczą dziś zarówno bolszewickie reżimy ajatollahów, Syria i Libia jak też islamski ekstremizm. Fakt, że amerykańscy hunwejbini, nie odważają się jeszcze na splunięcie muzułmanom w twarz tak jak nam, daje nadzieję na odrodzenie się i naszej woli oporu.

    Poza sferą religii nie dostrzegam dziś realnej nadziei na pokonanie bolszewizmu (choć i tu możliwe są zagrożenia; łatwo wykorzystać np. nadmierną dewocję) . Każda inna idea czy masowy ruch są i będą obracane przez bolszewików na ich korzyść albo są i będą przez nich inspirowane. Rzecz jasna nadziei należy dopomóc.

  33. 33 michał

    To jest wielki temat, Panie Andrzeju, do którego być może należałoby wrócić. Proszę spojrzeć na wywiad z arcypiskupem Vigano: Wielki Reset – wywiad z Arcybiskupem Viganò – Bibula – pismo niezalezne.

    Język przekładu jest koszmarny i czasami aż trudno uwierzyć, że biskup takie kawałki opowiada, ale kiedy mówi o stanie Kościoła, to zdaje się mieć rację. Zresztą nie tylko w tym aspekcie ma rację.

  34. 34 michał

    Ups… niestety linka się nie skopiowała:

    https://www.bibula.com/?p=125468

  35. 35 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Dziękuję za linkę.

    Być może źle to zrozumiałem. Postrzegam te kwestię nieco inaczej. Wraz z biegiem dziejów nic nie jest i nie będzie takie jak wcześniej. Kwestią jest zachowanie mocnych fundamentów, opór rewolucjom („resetom”). Gates i Soros to spekulanci, którzy wnikają tam gdzie robi się im miejsce. Wczoraj finansowi, dziś polityczni. Przy chińskich bilionach, środkach jakimi dysponują sowieci i międzynarodówka lewacka, ich kilka miliardów nie jest takim problemem, aby uznawać ich za głównego przeciwnika. Znaczniejsze zagrożenie powodują niemieckie, francuskie czy brytyjskie „prawicowe” elity rządzące, które wspierają rewolucję przeznaczając na nią wielokrotnie większe kwoty. Większym problemem niż masoneria jest dla mnie dziś kwestia pedofilii wśród księży (najbardziej działania ją bagatelizujące czy ukrywające) oraz postępującej w zastraszającym tempie polityczno-ideowej uległości hierarchów (aggiornamento). Tutaj się zupełnie zgadzam z Arcybiskupem Viganò.

    Pandemia nie jest pretekstem do ograniczenia podstawowych praw ludzkich. Podstawowym prawem ludzkim jest prawo wyboru pomiędzy dobrem a złem, prawo do stosowania zasad moralnych (zwykle wynikających z wyznawanej religii, bądź identyfikowania się z kulturą opartą na zasadach religijnych). Pandemia nie ma związku z religią, ale z polityką i gospodarką i może/zdaje się być narzędziem w strategii podboju świata. Mogą zamknąć kościoły ale nie mogą tym ograniczyć woli modlitwy. To ostatnie mogą robić złamaniem ducha, co czynią od dawna. A kwestię największego w dziejach łamania ducha i potrzebę jego odrodzenia zwykle się dziś pomija.

  36. 36 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Przeczytałem wywiad z arcybiskupem Carlo Viganò z mieszanymi uczuciami. Jest w nim chyba wiele prawdy, ale szkodzi sobie biskup tonem (który zresztą może pochodzić od tłumaczy).

    Wydaje mi się również, że nie ma racji co do kilku faktów, np. ilość wypadków śmiertelnych w 2020 była generalnie wyższa niż średnia z poprzednich pięciu lat (w Polsce aż o 14% wyższa), co oczywiście nadal nie usprawiedliwia polityki zamykania ludzi w areszcie domowym, ale po co odbiegać od danych? Powoływanie się na Białoruś jako wzór, jest żenujące. „Szczepionka Gatesa”, to jest zupełny bełkot, bo szczepionek jest wiele, mają różne podstawy medyczne (powiedzmy, naukowe, biochemiczne), a Gates nie miał z nimi wiele wspólnego, i w ogóle przygotowywanie szczepionek nie jest doprawdy czymś nadzwyczajnym. Prędkość i skala są niezwykłe, ale to wszystko. W Dżumie Camusa, w maleńkim Oranie, prowincjonalnym i odciętym od świata, kolonialnym miasteczku, w latach 40., lekarze pracują nad serum przeciw zarazie. A co innego mieliby robić? Prędzej dopuściłbym myśl o spisku, gdyby nikt nie próbował znaleźć antidotum na zarazę. Na marginesie, u Camusa jest także mowa o noszeniu masek. Ktoś pyta, czy to coś pomaga? Nie, ale ludzie się czują pewniej…

    Wracając do Viganò, wywiad z nim zbiera poważne zarzuty pod adresem współczesnych nam rządów, i łączy je z niepoważnymi. Czy poważnie można mówić o niebezpzieczeństwie masońskim? Przypomina mi to pisanie zaprzyjaźnionego z wp p. Jaszczura, który twierdzi, że są na świecie „trzy poziomy spisku” – muzułmański, masoński i komunistyczny – każdy z nich gotów przejąć władzę nad światem. Bardzo być może, że muzułmanie pragnęliby władzy nad całym globem, ale nie mają na to żadnych szans. Natomiast masoński spisek (razem z żydowskim, z hotelarzami z Bilderbergu, Rotszyldami, Gatesami i spotkaniami w Davos) można spokojnie między bajki włożyć. Masoneria – jeżeli faktycznie istnieje jako siła polityczna, w co wątpię – jest grupą raczej groteskową, a w tym samym czasie, postęp sowietyzacji całego globu jest bardzo realny i zastraszający. Wydaje mi się, że Viganò dobrze widzi i opisuje ten ostatni czynnik, ale niepotrzebnie zaciemnia obraz Rotszyldami, spiskami i masonerią, przez co odwraca uwagę od prawdziwego wroga.

    Powiedziawszy to wszystko, diaboliczność wydarzeń wokół nas jest uderzająca, więc powinniśmy oddać cześć biskupowi za odwagę w nazwaniu rzeczy po imieniu. Dostrzeganie eschatologicznego wymiaru walki, która rozgrywa się na naszych oczach, jest rzadkością, a mówienie o tym – wyrazem męstwa.

    Innymi słowy, zgadzam się z Pańską wykładnią, Panie Andrzeju. Muszę jednak dodać, że zamknięcie kościołów ma ogromne znaczenie duchowe, niezależnie od tego, że „nie mogą tym ograniczyć woli modlitwy”. W Zjednoczonym Królestwie zamknięcie kościołów uniemożliwiło katolikom dostęp do Sakramentów Świętych, co, przyzna Pan chyba, jest skandalem. Katolicyzm nie jest ecie pecie, nie jest „w sercu wierzącego”, ale domaga się od nas zewnętrznych przejawów kultu, za co w zamian otrzymujemy dostęp do Sakramentów, danych nam dla pokrzepienia. Bez tego katolicyzm stacza się w luterańskie gierki.

    Ostatecznie, wszyscy jesteśmy w ręku Boga, winniśmy zatem postępować w zgodzie z zawołaniem jezuitów: rób, co powinieneś – będzie, co może.

  37. 37 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Przepraszam, że odzywam się po tak długim czasie, niestety mam wciąż problem z nadmiarem zajęć.

    Doskonale rozumiem, że czytasz wypowiedź arcybiskupa Carlo Viganò „z mieszanymi uczuciami”. Podobnie, zapewne, odczytujesz wiele innych „spiskowych” wypowiedzi. Arcybiskup miesza argumenty poważne z niepoważnymi, powołuje się niekiedy na przykłady żenujące, np. na Białoruś. Widzi wszędzie masońską rękę.

    Nie mam zamiaru stawać w obronie wypowiedzi Arcybiskupa, ale chciałbym popróbować dociec, skąd bierze się jej najogólniejszy wyraz. W moim przekonaniu decydujące są trzy elementy:

    – brak dostępu do rzetelnych informacji medycznych. Wszystko, co na ogół można znaleźć w sieci, to niemal w 100% zideologizowana polit-propaganda medyczna, skorelowana z dość powszechnym zdroworozsądkowym przeświadczeniem, że padamy ofiarą matactwa, spisku, prowokacji, eksperymentu na globalną skalę;

    – około-masońska retoryka jest tradycyjnie wpisana w kościelną narrację, opisującą wrogą wobec siebie działalność. Czy i w jakiej mierze jest to retoryka zasadna nie wnikam, bo to temat zbyt szeroki i raczej poboczny (dla aktualnej dyskusji), niemniej umieszczenie w wypowiedzi Arcybiskupa słowa „masoneria” nie wydaje mi się ani dziwne, ani bulwersujące;

    – absolutnie zgadzam się z poglądem, że nie ma 3 poziomów spisku. Nawet jeśli „hotelarzom z Bilderbergu” zdaje się, że zarządzają światem, albo i nawet uznają się sami (czy jacyś tam ich ascendenci tak postrzegali swoje wpływy) za wynalazców i kierowników zabójczego dla tradycyjnego świata bolszewizmu, to to są oczywiście jeno bajania nieprzytomnych megalomanów. Z drugiej strony, nie wydaje mi się, żeby istnienie podobnych „organizacji”, „instytucji”, „osób” jak gejtsy, davosy, rotszyldy, trójstronne komisje, ceefery i liczne podobnego typu (masonerii nie pomijając) było całkiem bez znaczenie. Nie są centrum decyzyjnym, fakt! Ale stanowią doskonałą zbiorową fasadę, za którą kryją się rzeczywiści planiści i animatorzy przyszłości. To na nich skupia się uwaga świata, to oni stanowią przedmiot powszechnego uwielbienia z jednej, nienawiści z drugiej strony. To nie byle jaka rola… To dzięki nim (między innymi) działać może nadal upadły jakoby komunizm, zdobywać kolejne szańce etc.

    Arcybiskupem Viganò poświęcił swoje życie sprawom ducha a nie materii, więc niejaki brak rozeznania z jego strony w odniesieniu do spraw doczesnych nie wydaje się bardzo bulwersujący. Widzi ziemskie zło, więc stara się je na swój sposób objaśnić. Czy robi tak mimo poczucia braku stosownych kompetencji, tego nie wiem.

    Dżumę Camusa czytałem wieki temu, więc nie pomnę jak to tam zostało opisane. Zdaje mi się jednak, że maski w przypadku bakterii (ze względu na ich wielkość) są po prostu środkiem nieporównanie skuteczniejszym, co zostało prawdopodobnie stwierdzone stulecia wcześniej, zapewne nie później niż w XVI wieku. Stosowne eksponaty (porażająco straszne) można zobaczyć choćby we fromborskim muzeum szpitalnictwa.

  38. 38 michał

    Darek,

    Chodziło mi tylko o to, że nawet bohaterowie Dżumy Camusa, której akcja toczy się 80 lat temu, zdają sobie sprawę z wyłącznie kosmetycznego i psychologicznego znaczenia masek. To chyba nie ma nic wspólnego z „wielkością bakterii”, choć nie jestem ekspertem. Wirus naszej zarazy przenosi się w kropelkach wilgoci w naszym oddechu (w uproszczeniu), ale one opadają na ziemię na przestrzeni około metra (stąd wymaganie dystansu 1,5-2 metrów). Maska ma więc znaczenie bliskie zeru. Nosząc maskę, można się teoretycznie zarazić przez dotknięcie poręczy na schodach lub uchwytu w pociągu. Jasne, że szczepionka jest skuteczniejsza niż maska.

    Oczywiście masz rację co do ideologizacji informacji. Każdy przekaz jest przedmiotem propagandy, i nie interesuje się prawdą.

    Nie bardzo rozumiem punkt o amtymasońskiej retoryce. Może i jest wpisana w tradycję, ale tradycyjnie była uzasadniona – a teraz nie jest. Mnie to nie bulwersuje. Wydaje mi się raczej zabawne, choć nie na miejscu.

    Arcypiskup Viganò wcale nie poświęcił swego życia sprawom duchowym, choć być może powinien był. Ale to nie jest niestety rzadkością wśród biskupów. Nie każdy może być Świętym Augustynem.

  39. 39 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Jeśli chodzi o różnice pomiędzy wirusem a bakterią, jedną z bardziej istotnych (z punktu widzenia stosowania masek) jest ich wielkość. O ile mi wiadomo wirus bywa kilkadziesiąt, a nawet sto razy mniejszy od bakterii. Stąd przypuszczenie, że zakrywanie ust i nosa w przypadku bakterii może mieć praktyczne znaczenie, w przypadku wirusa żadnego albo znikome.

    Jeśli idzie o masonerię to coś w rodzaju archetypu, modelu określającego zorganizowane działania, zmierzające do podkopania pozycji Kościoła lub jego zniszczenia; działania podejmowane zarówno na zewnątrz jak i od wewnątrz. Może to określenie jest staroświeckie i niedopasowane najlepiej do realnego stanu spraw. Nie wiem i wiedzieć nie mogę.

    Można się tą sferą całkiem nie zajmować i mawiać sobie, że to nieważne, że wystarczy obserwować trendy powierzchniowe, upubliczniane, aby ustalić sobie pewien obraz. Oczywiście, możemy, tak jak to czynił np. JM, ale w ten sposób zawężamy bardzo pole obserwacji, dociekań, wniosków. Poza tym JM nie zapominał o pytaniu: „kto za tym stoi?”. W zdecydowanej większości przypadków nie da się na nie odpowiedzieć, ale stawiać pytanie należy.

    Weźmy jako przykład dywersję komunistyczną w USA lat 30. Gdybyśmy pominęli relację W. Chambersa nie mielibyśmy bladego pojęcia o skali komunistycznej infiltracji. Moglibyśmy trafnie konstatować, że komunizm cieszy się w zamożnym, potężnym gospodarczo kraju zdumiewającą popularnością, a rządzący skłonni są traktować bolszewików jako przyjaznych, nieco sfiksowanych orędowników postępu.

    Dzięki W. Ch. wiemy, że nie wszystkie zjawiska i trendy miały charakter spontaniczny. Gdyby tej relacji nie było, wolno byłoby nam jednak domniemywać, że za dziwną amerykańską skłonnością do komunizmu czyha czyjaś niewidzialna ręka. Sądzę, że wypowiedź Arcybiskupa wynika z takiego właśnie przekonania. Nazywa to to masonerią, zapewne z braku – w jego przekonaniu – lepszego określenia. I może ma trochę racji, bo, o ile mi wiadomo, nikt jak do tej pory nie ujawnił istnienia tajnych, podziemnych komunistycznych struktur w instytucjach Kościoła.

  40. 40 michał

    Darek,

    To całkiem zabawne, że Ty nagle bronisz biskupa, a ja ma wątpliwości co do tej masonerii. Wydaje mi się jednak mało przekonujące mówienie o czymś, co albo nie istnieje w ogóle, albo ma wątpliwy wpływ na przebieg wydarzeń, a taka jest pozycja masonerii dzisiaj. Gdybym nazwał antykomunistę komunistą z braku lepszego określenia (albo dlatego, że obojętne mi jakiego TYPU komunistą jest), to słusznie wytknąłbyś mi to jako błąd.

    Wracając do masek i rozmiarów, to podkreślam raz jeszcze, że nie jestem mikrobiologiem. A jednak to przecież nie wirus przedostaje się przez pory w masce! Ani bakteria. Rozmiar nie jest obojętny – nigdy nie jest! – ale to nie znaczy, że maska go nie powstrzymuje. Nie wydychamy wirusa, ale drobne cząstki wilgotnego powietrza w naszym oddechu zawierają wirusa. Niektóre z nich zastospowane są przez maski, a inne nie. Ale maska nie ma znaczenia w obu wypadkach, jeżeli zachowany jest dystans, ponieważ grawitacja sprawia, że te cząstki opadają na ziemię w promieniu metra.

  41. 41 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Bo ja wiem, czy ja akurat „bronię” Arcybiskupa? Raczej nie… raczej skłaniałbym się do cytaty z Hemara (za JM):

    Czcigodni biskupi wychodźcie z katakumb,
    Krew na arenie obsycha,
    I tylko Chilon Chilonides jak głupi,
    Na krzyżu zdycha…

    Tak jakoś to idzie (cytuję z pamięci, więc na pewno z błędami).

    Arcybiskup wydaje mi się jednym z nielicznych hierarchów, próbujących zerkać na świat poprzez pęknięcia w ścianach pieczary… A stąd daleko do zironizowanej odwagi zalecanej przez Poetę. Czy z lękliwego zerkania może wynikać coś dobrego? Mniej hipokryzji to jeszcze nie dążenie do prawdy. Z drugiej strony, nikt nie jest przecież doskonały.

  42. 42 michał

    Darek,

    Rzecz jasna, rozumiem ironię i pojmuję, że w istocie rzeczy zgadzamy się co do biskupa. Pozwól więc, że zmienię temat i zajmę się cytatem z Hemara.

    Wyznaję, że nigdy nie mogłem go zrozumieć, więc będę wdzięczny za egzegezę.

    Wiersz Hemara zdaje się na pozór wskazywać na hipokryzję hierarchów kościelnych zawsze gotowych do kompromisu, gdy prości wierni, w swej głupiej naiwności, umierają w cierpieniach, bo wzięli poważnie kazania czcigodnych purpuratów.

    Nie czytałem Sienkiewicza od dzieciństwa, pozwolę sobie zatem podkreślić, że pamięć mam zawodną, ale o ile mnie nie myli, Chilon Chilonides jest zdrajcą i zaprzańcem, który po długim, łotrowskim żywocie, kona w męczarniach w Koloseum. Czy dobrze pamiętam?

    Jeżeli tak, to Chilon byłby sienkiewiczowskim odpowiednikiem ukrzyżowanych łotrów. Wedle Ewangelii obaj są świadomi swych występków, przyjmują potworną karę jako zasłużoną, ale jeden z nich nawaca się, widząc Mękę Niewinnego, a drugi nie. Nie pamiętam, którym z nich okazuje się Chilon, ale w obu wypadkach trudno pojąć, dlaczego jego zdychanie na krzyżu miałoby być wyrzutem dla purpuratów.

    Będę wdzięczny za wszelkie sugestie, bo od dawna mię to męczy.

  43. 43 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Także nie czytałem Quo Vadis wczoraj, ale zdaje mi się, że Chilon Chilonides to najciekawsza, najbardziej złożona postać spośród wszystkich Sienkiewiczowskich bohaterów, jacy przemykają mi w tej chwili przez głowę.

    Chilonides to człowiek wykształcony, na swój sposób mądry, przywykły do niedostatku, który co prawda łaknie pieniędzy, ale wyłącznie tych zdobywanych bez wysiłku. Stąd tyle w tym życiu mrocznych, łotrowskich incydentów. Jednym z jego najpaskudniejszych wyczynów była sprzedaż handlarzom niewolników całej rodziny przyjaciela. Tego przyjaciela spotyka po wielu latach w Rzymie i ten okazuje się być chrześcijaninem. O ile pamiętam, to spotkanie bynajmniej go nie otrzeźwia. Pozostaje jakim był, złym człowiekiem.

    Dopiero męka skrzywdzonego przed laty przyjaciela, którego spotyka przybitego do krzyża, a który wybaczył mu jego grzechy, całkowicie go odmienia. Przestaje się bać, oskarża publicznie Nerona o podpalenie Rzymu, przyjmuje chrzest i z pokorą wybiera męczeńską śmierć na krzyżu, choć nie musi tego robić.

    Dokonuje wyboru z wolnej woli, a zatem nie ma tu analogii z dwoma ukrzyżowanymi łotrami.

    Jest za to wzór, jak powinien postępować chrześcijanin – mieć odwagę głoszenia prawdy i nieopuszczania tejże nawet w sytuacji wielkiego osobistego zagrożenia.

    Hemar użył tego wzorca, żeby wskazać hierarchom właściwą drogę, tak myślę.

  44. 44 michał

    Darek,

    Chilę czoła przed Twoją znajomością Sienkiewicza. Chilę czoła przed autorytetem Twoim i Hemara. Żeby móc z tym polemizować, musiałbym czytać Sienkiewicza, do czego jakoś mnie nie ciągnie.

    Wychodzi na to, że Chilo nie był wcale łotrem, ale świętym męczennikiem. Jego wzorem byłby Święty Paweł, raczej niż ukrzyżowany łotr.

    Jak słusznie mówisz, obowiązkiem chrześcijanina jest głoszenie prawdy Dobrej Nowiny. Zatem głośmy.

  45. 45 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Do czytania Sienkiewicza namawiać Ciebie nie będę, z całą pewnością, ale pewien fragment z pewnością wyda Ci się interesujący:

    — Kto tam! Ktoś ty jest?
    — Apostoł, Paweł z Tarsu.
    — Jam przeklęty!… Czego chcesz?
    A Apostoł odrzekł:
    — Chcę cię zbawić. Chilo oparł się o drzewo. Nogi chwiały się pod nim i ramiona zwisły mu wzdłuż ciała.
    — Dla mnie nie masz zbawienia! — rzekł głucho.
    — Zali słyszałeś, że Bóg przebaczył żałującemu łotrowi na krzyżu? — zapytał Paweł.

    Święty Paweł osobiście ochrzcił Sienkiewiczowskiego bohatera.

    I ja Chilę czoła przed Twoim gustem.

  46. 46 michał

    Darku drogi!

    Ale czy ten fragment raczej nie podpiera mojej wcześniejszej interpretacji? Tej niepewnej, opartej na mglistych przypuszczeniach i wątpliwej reminiscencji?

    Tak mi się wydawało, że Chilon był bardziej bliski ukrzyżowanego łotra, choć nie byłem pewien którego. Cytat przez Ciebie przytoczony, zdaje się wskazywać na tego zbawionego przez Pana na Krzyżu.

    Ponawiam zatem pytanie: jaki jest metaforyczny sens wiersza Hemara? Z tego co piszesz, zdaje się wynikać, że Chilo przyjmuje mękę na krzyżu z pokorą, z żalem za grzechy i w duchu pokuty. W jakim więc sensie, „Hemar użył tego wzorca, żeby wskazać hierarchom właściwą drogę”? Czy mają najpierw wydawać chrześcijan na męki, by potem odpokutować w męczarniach?

    Czyżbym miał czytać Sienkiewicza ponownie?

  47. 47 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Perspektywa lektury Sienkiewicza nie jest aż tak straszna, dasz radę, tym bardziej, że ja nie widzę, w którym miejscu podany przeze mnie fragment miałby podpierać „mglistą interpretację”, więc pewnie byłoby najlepiej, gdybyś wyrobił sobie pogląd na podstawie tekstu.

    Niestety nie znam okoliczności, czasu, kontekstu, w jakim powstawał wiersz Hemara. Przed wielu laty przewertowałem dostępne tomy jego poezji, ale tego wiersza w nich nie znalazłem. Szkoda, bo jak wiadomo, Hemar reagował swoim pisaniem na konkretne zdarzenia, więc przy odrobinie szczęścia można by pewnie dociec, kogóż konkretnie spośród „czcigodnych biskupów” miał na myśli.

    Nie masz racji co do Chilona. Poświęca życie, decyduje się na mękę świadomie i z wolnej woli. Mimo swojego łotrostwa, ostatecznie wybiera prawdę. Sądzę, że tu zawarty jest sens ironicznego czterowiersza Hemara – nigdy nie jest za późno na podjęcie właściwej drogi.

    Tygellin czekał i ujrzawszy nieszczęsnego Greka powitał go z twarzą spokojną, ale złowrogą…

    — Popełniłeś zbrodnię obrazy majestatu — rzekł mu — i kara cię nie minie. Lecz jeśli jutro oświadczysz w amfiteatrze, żeś był pijany i szalony i że sprawcami pożaru są chrześcijanie, kara twoja skończy się na chłoście i wygnaniu.

    — Nie mogę, panie! — odpowiedział cicho Chilo.

    A Tygellin zbliżył się do niego krokiem powolnym i głosem również przyciszonym, ale strasznym, zapytał:

    — Jak to nie możesz, psie grecki? Zaliś nie był pijany i zali nie rozumiesz, co cię czeka? Spójrz tam!

    I to rzekłszy wskazał na kąt atrium, w którym obok długiej drewnianej ławy stało w mroku czterech nieruchomych niewolników trackich z powrozami i obcęgami w ręku.

    A Chilo odrzekł:

    — Nie mogę, panie!

    Tygellina poczęła ogarniać wściekłość, lecz pohamował się jeszcze.

    — Widziałeś — zapytał — jak umierają chrześcijanie? Czy chcesz tak umrzeć?

    Starzec wzniósł w górę wybladłą twarz; czas jakiś wargi jego poruszały się cicho, po czym odrzekł:

    — I ja wierzę w Chrystusa!…

  48. 48 michał

    Darek,

    Słowa Apostoła w Twoim cytacie:

    — Zali słyszałeś, że Bóg przebaczył żałującemu łotrowi na krzyżu? — zapytał Paweł.

    Jednoznacznie potwierdzałyby moją interpretację, opartą na dziecięcej lekturze Quo vadis.

    Mniejsza o intencje Hemara. Te, jak wszystkie ludzkie intencje, znane są tylko Bogu, bo niekoniecznie ich podmiotowi. Zatrzymajmy się nad naszą interpretacją. Moją, wątpliwą i zamgloną, już wyłożyłem.

    Nie rozumiem elementów Twojej interpretacji. Mówisz, że Chilo wybrał prawdę zamiast łotrostwa. To jest dziwna terminologia. Być może jestem naiwny, gdy sądzę, że Chilo po prostu się nawrócił.

    A zatem przykład Chilona jest dobry dla nas wszystkich, dla grzeszników i ludzi małej wiary, a nie dla purpuratów. Skąd więc ta ironia u Hemara? Gdybyż to była ironia pod moim adresem, albo pod jego własnym, ale nie. Czcigodni biskupi wychodzili z katakumb, krew na arenie obeschła, Chilo zginął na krzyżu, a my wszyscy – obojętne, czy nazywamy się chrześcijanami, czy tylko stoimy na progu świątyni, mamrocząc coś jak „wierzący, nie praktykujący” – nadal oczekujemy na nawrócenie.

  49. 49 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Chilon wybrał prawdę mimo łotrostwa, wskazując palcem zło na świcie w osobie Nerona. Następnie nawrócił się, przyjął chrzest i zginął męczeńską śmiercią, nie wyrzekając się swojej wiary, ani prawdy o świecie.

    Hemar zdaje się mówić: wobec zła nie wolno milczeć, tym bardziej z nim koegzystować. Nieprzypadkowo JM wybrał ten czterowiersz jako motto do rozprawy poświęconej polityce Watykanu.

  50. 50 michał

    Darek,

    Dobrze, rozumiem Twoją initerpretację. Wyznam, że nadal mnie nie przekonywa. Podobnie, jak nie trafia do mnie wybór tego wiersza przez Mackiewicza, który zastanawiał się nad takimi rzeczami. Podobnie, jak nie rozumiem sensu wiersza Hemara.

    Narzucająca się interpretacja, o której już była mowa na początku – światowi biskupi idą na kompromisy z władzą, a prości ludzie zdychają na krzyżu – nie daje się utrzymać wobec sienkiewiczowskiego tła, bo tam nie ma żadnych biskupów (tylko święci Apostołowie), a Chilo nie jest naiwnym prostaczkiem. On sam nie jest postacią historyczną, więc nie działa poza ramami Quo vadis. Stąd moje niezrozumienie wiersza.

    Ale za tym idzie pytanie, dlaczego Mackiewicz tego użył? Nigdy nie potrafiłem tego zrozumieć. I nadal nie mam pojęcia.

  51. 51 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Posmutnieli poeci świata, ograniczeni w swoich metaforycznych wędrówkach do postaci historycznych. Taki Pound ze swoimi The Cantos, mając do wyboru dwie opcje: wyłącznie postacie historyczne albo brak ograniczeń w doborze literackich asocjacji, tyle że w zamknięciu amerykańskiej klatki, wybrałby zapewne to drugie.

    Umówmy się może zatem, że fikcyjny Chilon może istnieć poza swoją powieścią.

    Chilon nie jest naiwnym prostaczkiem. Trafia na dwór Nerona i ma przed sobą lukratywną perspektywę przynależności do elity. Ale to nie takie ważne. Ważniejsze, że jest kimś w rodzaju archetypicznego męczennika, stającego w obronie dwóch prawd: nadprzyrodzonej i doczesnej. Hemar, który bardziej cenił Sienkiewicza (znanego poprzez Quo vadis na całym świecie) niż Ty,
    uznał (zapewne), że los Chilona nadaje się znakomicie do przedstawienia upadłego moralnie człowieka, przezwyciężającego ludzkie słabości.

    Wiersz, co udało mi się wczoraj znaleźć, nosi tytuł „Odwilż”, więc zyskujemy trochę dodatkowej wiedzy. Kontekst się rozjaśnia, choć nadal nie wiadomo, czy pisał ten wiersz bliżej grudnia 56 (gdy Wyszyński raczył wezwać naród do głosowania na komunistów), czy np. w 69, w okolicach awantury wobec prymasowskiego błagania o błogosławieństwo dla „wolnej ojczyzny”. Niezależnie od tego, czy wiersz dotyka któregoś z tych wydarzeń, kontekst „wychodzenia z katakumb” zdaje się mi oznaczać, co następuje: to ironiczne wezwanie do porzucenia tajonej niechęci do komunistów i wyboru wspólnej z komunistami ojczyzny; wezwanie zgodne z duchem prymasowskiej „polityki”.

    Jeżeli tak, jeżeli powyższa interpretacja ma pozór słuszności, zyskujemy równocześnie wyjaśnienie, dlaczego sięgnął po ten wiersz JM, bardzo krytyczny wobec politycznych poczynań peerelowskich hierarchów.

  52. 52 michał

    Posmutnieli nie tylko poeci – ja także. Powściągnij więc swój niewczesny zapał polemiczny, delikatny jak przebiśnieg, rumiany jak nowonarodzone dziecko. W pierwszej chwili przetarłem oczy w zdumieniu. Czyżbym ja naprawdę napisał, że „fikcyjny Chilon nie może istnieć poza swoją powieścią”?? Nie napisałem. Czy naprawdę napisałem, że „poeci mają się ograniczać do postaci historycznych”?? Ej, chyba nie. Napisałem, że Chilo nie działa poza ramami powieści, jeżeli uczynić go nagle naiwnym prostaczkiem. Sam to zresztą potwierdzasz, więc rzeczywiście nie trzeba o tym dalej mówić, ale nie umawiajmy się, bo od umowy tylko krok do układu, a potem do zmowy i spisku, i konspiracji.

    A jednak w Twoim komentarzu jest metoda. Metoda reductio ad absurdum. Proszę bardzo. Mnie nie przeszkadza. Tenis? Niech będzie. Rugby? A jakże. Więc nie lękam się polemik absurdalnych.

    Skoro Chilo nie był naiwnym prostaczkiem, to nie działa w wierszu Hemara, który mówi (cytuję) „tylko Chilon Chilonides, głupi, na krzyżu zdycha”. Chilo nie bronił żadnej prawdy, nie jest „kimś w rodzaju archetypicznego męczennika”. Jest nawróconym grzesznikiem, więc ma się nijak do Wyszyńskiego. Równie dobrze zatem mógł był Mackiewicz użyć innego wiersza:

    O cześć wam panowie, magnaci,
    za naszą niewolę, kajdany.
    O cześć wam hrabiowie, książęta, prałaci,
    za kraj nasz krwią bratnią zbryzgany.

    A dlaczego nie? Na panów piszę, na panów!! Nu, byle kulturnie.

    Coraz mniej mi się podoba ta metoda. Redukując do absurdu można powiedzieć wszystko.

    Tylko po co?

  53. 53 Dariusz Rohnka

    Komentarze są pisane ad hoc, nie podlegają redakcji ani adiustacji. Skoro się zatem w jej trakcie popełniło błąd, wystarczy w kolejnym lapsus skorygować – „omyliłem się” i po sprawie. A tak, tak jak jest, docieramy ponownie w rejony czystego absurdu, manipulacji słowami, cytatami etc. Po co to?

    Skoro się napisało: „On sam nie jest postacią historyczną, więc nie działa poza ramami Quo vadis”, to się napisało. Chciało mi się z tego powodu zażartować. – Wielka rzecz. Poza tym, jak on może „nie działać” skoro działa u przynajmniej dwóch wybitnych polskich pisarzy? „Działa” niezależnie od swojej inteligencji, stanu majątkowego, kondycji duchowej. Może być zestawiany z najbardziej „czcigodną” postacią na równi z najbardziej niegodną.

    No i cytat z Twojego ostatniego komentarza: „Tylko Chilon Chilonides, głupi, na krzyżu zdycha”. Po co to, po co ta… „nieścisłość” w cytowaniu wiersza? Jest zasadnicza różnica czy zdycha „głupi” Chilon czy „jak głupi”. „Głupi” jest stwierdzeniem intelektualnej ułomności, „jak głupi” oznacza w danym przypadku całkiem co innego – to amoralne szyderstwo wkładane przez Hemara w usta „czcigodnych biskupów”.

    Pozostałe kwestie porzucam. Szkoda mi na nie czasu… Lękam się, że mam go zbyt mało.

  54. 54 michał

    Darku drogi,

    Jeżeli się wycofujesz z tego, co napisałeś, ponieważ piszesz ad hoc i nie poddajesz tego adiustacji, to powiedz to bardziej wyraźnie. Z którego „lapsus calami” się wycofujesz? Gdzie „omyliłeś się”? Gdzie SIĘ popełniło błąd? Do którego błędu SIĘ przyznaje? Na Twoim miejscu, przyznałbym się do reductio ad absurdum, ale dlaczegoś nie sądzę, żeby do tego doszło.

    Bo widzisz, tak jak jest, można by pomyśleć, że w Twoim mniemaniu, to ja popełniłem błąd godny skorygowania, że to ja powinienem odszczekiwać. Ale ja z pokorą podtrzymuję, co powiedziałem.

    Lękasz się polemik, lękasz się o czas. Ja to rozumiem i szanuję. Dlaczego więc brniesz dalej i dalej, gdy aż tak bardzo nie masz racji? Przykro mi to powiedzieć, ale ja mam czas i nie lękam się polemik, co brzmi ciut tak, jak gdybym wykorzystywał jakąś przewagę, ale zapewniam Cię solennie, że tak nie jest. Chętnie udzieliłbym Ci mojego czasu i polemicznego temperamentu, żeby nie nadszarpnąć Twoich rezerw, a dowiedzieć się, jak można uczynić z łotrzyka Chilona „prototypicznego męczennika”, broniąc metody redukcji w dyskusji.

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.