„Golono – strzyżono” albo trzy małe trzcinki. Replika Michałowi Bąkowskiemu raz jeszcze
6 komentarzy Published 21 stycznia 2026    |
Szanowny i Drogi Panie Michale,
Gdyby lagę, którą się Pan zamierzył w ramach kontynuowania recenzji moich najświeższych oglądów – podaną tym razem pod tytułem Tupik raz jeszcze – ostrugać z kory retoryki ping-ponga i wycieczek-zaczepek, dzielenia włosa na czworo i „rozkminiania” znaczeń poszczególnych wyrazów, pozostaną z maczugi raptem trzy trzcinki. „Demoniczny sarkazm” Dostojewskiego, Byrona, czy Hawthorne’a, na którym się Pan wzoruje uczyni niewątpliwie i Pana ironiczne polemiki „kapitalną lekturą”, lecz mniej wyziera z nich niestety „treści spoza formy drwin”. Zatem oto wydestylowana trójka Pańskich najkonkretniejszych zarzutów:
- Że popełniam grzech nadinterpretacji wykoślawiając przez to poglądy Józefa Mackiewicza.
- Że nie został on w rzeczy samej w ogóle zagnany w „tupik”, a fakt, iż do pogubienia wielokrotnie się przyznał zdradza jedynie kokieterię demiurga. Że w istocie wyjaśnił kryjącą się kiedyś w „tumanie” tajemnicę, wskazał motywy oraz sprawców pojawienia się „dysydentów”, Sołżenicyna, „Solidarności” i doczesnej polityki Jana Pawła II. Że nie trzeba do tego modułu nic od półwiecza dodać. Wreszcie:
- Że nie znalazł Pan „nikogo, kto by zrozumiał”, co dotąd pisałem o towianizmie w kontekście naszego bohatera.
Zacznijmy od końca.
Mackiewiczowska psychomachia
Przepraszam, ale mitologizuje Pan chyba (zamilkłą w zadumie nad mymi wybrykami) opinię mackiewiczologiczną, oświeconą i opiniorodną. Niepomny zda się, że towianizm jest fenomenem obficiej postrzeganym niż nagana, którą powielali „potwornie dawno” licealni belfrzy lat siedemdziesiątych czy wykładowcy na filologii dekadę wcześniej. Nie wiem. Tymczasem jednym z ciekawszych procesów zachodzących w zgiełku wzajemnie sprzecznych poszukiwań humanistyki jest rzucenie nowego światła nie tylko na polską filozofię narodową i mesjanizmy XIX wieku, jak i na sukcesorów tego nurtu w ciągu całej pierwszej połowy XX stulecia (vide np. biografia Wincentego Lutosławskiego). Na świadectwa kontinuum natrafimy i pośród Drugiej Emigracji, co jest już przedmiotem także moich badań.
Dokonują się przy tym pasjonujące przewartościowania w widzeniu istoty i miejsca towianizmu. Właśnie do tak nieszablonowego pojmowania najradykalniejszego przejawu romantyzmu próbuję nawiązywać. Jest wypadkiem pomyślnym, że kończy się predominacja czarnej legendy Mistrza Andrzeja. Powiedziałbym nawet, że jednostronnie negatywne rozeznawanie Towiańskiego, którego „rozsądnemu” Polakowi nie wolno traktować „poważnie” a redukować wypada do oskarżeń o „zabijanie Mickiewicza w Kole Bożym”, do sabotażu insurekcyjnej harmonii (choć podnosi Pan jako aksjomat: „Nie mówimy o tym, że obok Orła znak Pogoni, poszli nasi w bój bez broni, bo to na miano myślenia politycznego nie zasługuje”), a przede wszystkim – do podejrzanej postawy w stosunku do Moskali, że owa czarna legenda to zardzewiała giwera z arsenału nie czego innego, a polrealizmu.
Jakże żywotnego w dobie gwałtownego zwrotu kraju w stronę usankcjonowanej państwowo rusofobii (nie sądziłem, że użyję tego terminu kiedykolwiek w negatywnym kontekście), montowanej jako enty pasaż „psychomachii polsko-rosyjskiej”, ale stojącej obecnie wyłącznie na stopie wrogości. W żaden sposób niesłużącej rozszerzeniu relacji Polski i Rosji w wymiarze historycznym, co leżało Mackiewiczowi na sercu. Czy w nieoczekiwanej epoczce zadekretowanego, taniego rusożerstwa, tradycyjnie mylonego z antysowietyzmem subtelności te nie nikną? Czy też nikt ich nie rozumie… Skądinąd wykrystalizowanie skrajności w odbiorze herolda Powodów, dla których amnestia przyjętą być nie może prowadzi do następnego podobieństwa (tutaj powierzchniowego) z dwubiegunową percepcją stosowaną przy Mackiewiczu (śmiertelni wrogowie, albo wyznawcy).
Biedermeierowska literatura „Polski Ludowej”
Warto uzupełnić, że ożywienie dotykające zjawisk rządzących się rozmachem (mesjanizm i towianizm) rekompensowane jest w rejonach kwerend wymagających tkania drobniejszym ściegiem. Dużą uwagę (w toku poszukiwania mniej spenetrowanych obszarów dociekań) przykłada akademicka nauka do marginesów, do tlącej się w zniewolonym kraju literatury biedermeierowskiej (staroświeckie określenie Marii Żmigrodzkiej), do twórczości salonu warszawskiego i petersburskiego. Trudno oprzeć się impresji, że rysuje się tamta produkcja piśmiennicza – drugiego niewątpliwie rzędu względem dorobku Wielkiej Emigracji – w zbliżonej do niej proporcji, jak winniśmy rejestrować kulturę peerelowską wobec dziedzictwa Wychodźstwa od lat czterdziestych po dziewięćdziesiąte XX wieku.
Daje więc refleksja nad towianizmem „argument do pewnych zestawień” (zwrot Mackiewicza wyłowiony z tomu Wrzaski i bomby, który przy odczytaniu przemienił się w mych oczach w – równie użyteczny – „argument do trzeźwych zestawień”). Nadzieja na rewolucję moralną połączy Andrzeja Towiańskiego z Edwardem Abramowskim, styki myśli Józefa Mackiewicza ze Stanisławem Brzozowskim sygnalizuję raz po raz – nieoczekiwane bywają powinowactwa w sezamie otrzymanego przez nas krwawicy przodków. Jerzy Stempowski oświadczy przewrotnie, że „zarówno ustawowo jak zwyczajowo, tylko bankruci szaleństwa, nie mogący dłużej sprostać wymaganiom życia i bronić przed nimi swej oryginalności, wpadają w ręce psychiatrów”. Tej kategorii szaleństwo pozwala wyraźnie ukazywać człowieka przeciwstawnego światu.
Co do różnic w ujmowaniu zagadki „tupiku” przekonuje Pan, iż samo dostrzeżenie przez Mackiewicza sytuacji poznawczego zagnania w ślepy zaułek pod koniec życia jest już skomplikowanej rzeczywistości wytłumaczeniem. Zakłada Pan, że Mackiewicz „rozumiał, co się dzieje”, ale to za mało. Rad bym bowiem zmierzyć się uzbrojony w ostrą amunicję Nie ma „polskiej drogi” do wyzwolenia, Na drodze Wielkiego Ześlizgu, Na przekór przymusowemu „chceniu” i Miejmy nadzieję… także z „łgarstwem pierestrojki i głasnosti, okrągłych stołów i upadku komunizmu, akceptowanych jeszcze bardziej powszechnie”. Zaktualizowałbym listę o wybuchłą w 2001 roku długą „walkę z islamskim terroryzmem”, pandemię, wojnę rosyjsko-ukraińską, a na gruncie lokalnym o dochodzący ze wszystkich naszych wspólnych lasów szum zapracowanych harwesterów, a spoza niego – rumor wirtualnej wojny domowej.
W 1949 roku Mackiewicz stwierdził: „Jedynym wrogiem, godnym fanatycznej nienawiści, jest bolszewizm, jako idealnie zamykający, nie jednemu narodowi, ale całej ludzkości, wszystkie drogi do poznania prawdy obiektywnej”. To, że jej ciągle nie znamy nie jest w najmniejszym stopniu winą analityka formułującego powyższą regułę. W tym samym co on „tupiku” od pół wieku tkwimy – oto główna intencja serii artykułów, które tak bardzo nie przypadły do Pana utwierdzonego gustu. Jeżeli wzbudzają ślad zniecierpliwienia i nieledwie rozdrażnienia, skoro interpretacje wywołują aż tyle merytorycznych wątpliwości, czyż nie należało poczekać z przyjęciem materiału do publikacji? Niemniej, jak Pan, „innej opinii nie mam, posiadam tylko moje własne zdanie”. Jesteśmy w tej materii w kropce, w naszym małym „tupiku” – z mocą kolejnych argumentacji rodem z bajki Wieszcza Adama.
Szukam pióropusza
W poszukiwaniach kierowały mną i ogólniejsze wskazania Jerzego Stempowskiego. W Przedmowie do szkicu literackiego pt. Pan Jowialski i jego spadkobiercy. Rzecz o perspektywach śmiechu szlacheckiego z 1931 roku znajdziemy dygresję: „W starych książkach jest zawsze coś więcej, niż o tym tradycyjnie wiadomo. Zresztą przeczytać trochę więcej, niż napisał autor, jest stałą funkcją czytelnika, utrzymującą złudzenie wiecznie nowego bogactwa starej literatury”. Rozwinie spostrzeżenie w słowach, że „radość czytania dobrych autorów wynika, częściowo przynajmniej, z przypuszczenia, że książka może zawierać o jedną chociażby myśl więcej, niż to jest w niej wyraźnie powiedziane”. Od pierwszych wyznań Józefa Mackiewicza o zgubieniu w „tupiku” minęło ponad pół wieku, zasadne tedy będzie przyznanie im „bogactwa starej literatury”, a jej twórcy oględnego miana „dobrego autora”.
Na koniec (naprawdę – z mojej strony). Nie „czuję się” bynajmniej przez Pana „dotknięty ironią”, uważam natomiast, że zbytnie nią szafowanie nie buduje podstaw do rzeczowej i pozbawionej zbędnych emocji rozmowy. Przecież deklaruje Pan: „[…] idee, dyskusje, sposoby myślenia, debaty – interesują mnie niepomiernie”, deprymując równocześnie nadreprezentacją kpiny każdego adwersarza, który aż tak silnie nie spełnia się w ich wrzawie. Źle mnie zarazem Pan zrozumiał, jakobym „imputował mętlik w głowie obojgu autorom”, to jest i Toporskiej, i Mackiewiczowi. W cytacie wyraźnie pada, kto jemu ulegał (niepodległościowa prasa i mózgi emigrantów). Jakkolwiek „mętlik” rozsiewał dogodną glebę do rozkwitu „tupiku” (w moim jego pojęciu). Oczywiście też, iż Mackiewicz „miał absolutnie rację w swym oburzeniu na atak ze strony Kultury”.
Znów powstaje wrażenie, jakby cokolwiek przeinaczał Pan moje obserwacje, by dać odpór herezji, ale i sprowokować reakcję, kiedy muszę bez większej satysfakcji wykładać, iż nie jestem wielbłądem. Przyjmijmy, że może zaiste zacząłem pisać nagle bardziej zawile i niedostępnie niż zwykle (również jestem zdolny do autosarkazmu!). Jeśli tak, trudno znaleźć w tonie Pańskich ripost zachętę do cierpliwego „cyzelowania pojęć i polerowania myśli, hartowania idej”, do rozsupływania węzełków niedostatecznego pojmowania, które jest zazwyczaj li tylko – nieporozumieniem. To Pan zdecydował się podnieść tę polemikę i jest za styl jej przebiegu odpowiedzialny. Widzę siebie – powtórzę – prowokowanym do podobnie okraszonego zjadliwością rezonansu przez coraz mocniejsze akordy Pańskich wyzwań do tablicy.
I koniecznie proszę nie czarować już jednym z hymnów lat osiemdziesiątych – przejmującą Zbroją Jacka Kaczmarskiego. Songiem, którego defensywną (czy wręcz defetystyczno-masochistyczną) wymowę uchwyciłem dopiero wsłuchując się weń powtórnie i konstatując jego ogromną popularność u współczesnych harcerek i harcerzy. Temat to na osobną rozprawę, do przedstawienia której „Wydawnictwu Podziemnemu” (że żartobliwie teraz mrugnę) skutecznie mnie Pan zniechęcił. Ograniczę się bodaj do przypomnienia strofy refrenu: „Lecz choć zaginął hełm i miecz” … Szyszaka zdobnego w biały pióropusz sławy i szabli wyciągniętej przede wszystkim do boju, a nie do samej obrony (gdy „za ciosem pada cios”) szukamy – mam nadzieję, że wspólnie – acz bezskutecznie do dziś.
Prześlij znajomemu




Drogi Panie Pawle,
Nie przyszłoby mi do głowy wzorować się na Dostojewskim lub Nietzschem. Nigdy nie porównałem się do nich, ani nie pretenduję do demonicznego sarkazmu, wskazywałem tylko, że jeżeli moja delikatna ironia aż tak Panu doskwiera, to mógłby Pan spojrzeć na stare dobre debaty, żeby przywrócić normalny stan rzeczy. Jeżeli obcy jest Panu Hawthorne lub Kierkegaard, to przecież zna Pan doskonale polemiki Hemara, wobec których moje łagodne drwiny, to dziecinna zabawa. Gdyby stosował Pan tę samą miarę, jaką zastosował Pan wobec mnie, do Mariana Hemara, to umarłby Pan pod lawiną sarkazmu, nigdy nie dostrzegłszy TREŚCI jego wypowiedzi, bądź, jak się Pan wyraził pod moim adresem, wręcz odmawiając jego wypowiedziom treściwej zawartości. Podtrzymuję zatem opinię, że powinien Pan zakuć się w metaforyczną zbroję, bo kto słowem wojuje, może zostać wystawiony na słowne sztychy. W dzisiejszych czasach, ludzie oczekują prawa do deklaracji ex cathedra, bez krytyki, dyskusji, polemiki, bo kogo to obchodzi, skoro Autor wypowiedział się w sposób ostateczny i niepodważalny? Jest to niestety typowe dla pseudo-kutury „woke”, która odmawia prawa do kwestionowania czyjejkolwiek opinii – nie upodobniajmy się do tych nieszczęśników.
A zatem w podsumowaniu: aksjomatów nie formułuję, a tym bardziej ich nie podnoszę. Do „wyznawców Mackiewicza” się nie zaliczam, wyznaję wyłącznie Credo. Odpieram herezje tylko wówczas, gdy godzą w unam sanctam catholicam et apostolicam ecclesiam. Opinia mackiewiczologiczna mnie nie interesuje – nic a nic – nie mogę jej więc mitologizować. Do tablicy nikogo nie wzywam, bo nie mam belferskich zwyczajów. Stawiam pytania, a czy Pan zechce na nie odpowiedzieć czy nie, to Pańska wolna wola. O rozsiewaniu gleby musiałby mnie Pan pouczyć. Osobiście, nie jestem w kropce i nie potrzebuję argumentów z bajek.
Uzbrojeni w amunicję myślenia politycznego w stylu Mackiewicza, piszemy tu od lat prawie 20 o łgarstwie pierestrojki i okrągłych stołów. Większość tych artykułów można znaleźć pod klawiszem Polemiki i wątki – Meandry mackiewiczologii (https://wydawnictwopodziemne.com/category/polemiki-i-watki/meandry-mackiewiczologii/ ). Ale nie tylko tam. Większość tematów Debat w taki właśnie sposób ujmuje kwestię; wiele Cykli poświęcone jest naświetleniu faktów poprzez mackiewiczowskie szkła, np. cykl o „Powstaniu węgierskim” lub o „Polskim październiku”, albo ten o „Upadku komunizmu”. Islamskim terroryzmem zajmował się głównie Darek: https://wydawnictwopodziemne.com/category/polemiki-i-watki/islamski-terroryzm/; o dziwnej wojnie także pisaliśmy obszernie (https://wydawnictwopodziemne.com/category/debaty/dziwna-wojna/). Nie jest zatem uprawnione twierdzenie, jakobym tylko „ZAKŁADAŁ, że Mackiewicz rozumiał, co się dzieje”, gdy Pana zdaniem „to za mało”. I Darek, i ja, uzasadnialiśmy wielokrotnie, dlaczego tak było.
Wydaje mi się więc, wziąwszy pod uwagę te setki artykułów, że nie można akurat redaktorom wp wyrzucać, że się z tym nie zmierzyli, że tylko zakładamy adekwatność myśli politycznej Mackiewicza do analizy współczesności. Z pewnością, ja osobiście zrobiłem to nieudolnie, beztreściwie i ironicznie, choć wiele mi brak do demonicznego sarkazmu (bez cudzysłowu i bez wytłuszczenia). Pan z pewnością zrobi to lepiej.
Co do reszty, to niestety nie zrozumiałem i, jak się zdaje, tak już pozostanie. Ale nie podzielam opinii, że jest to kwestia nieporozumienia.
PS do powyższego (bo nie zdołałem wczoraj znaleźć cytatu). Józef Mackiewicz o Michale Pawlikowskim:
„Po przeczytaniu „Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego” w doskonałym wydaniu książkowym, jednym tchem, od deski do deski, odczuwam nieprzepartą chęć polemiki, jak to bywa w zetknięciu z człowiekiem głęboko inteligentnym, z którym się rozmawia o rzeczach realnych
i prawdziwych.”
Dlaczego więc zastanawiać się, „czemu miała i ma służyć ta polemika, a przede wszystkim – czy aby rzeczywiście zainteresuje kogokolwiek”? Polemika nie służy niczemu. Nie powinna być nigdy poddana jakiejkolwiek idei innej, niż drążenie prawdy. A to drążenie już samo przez się jest wartościowe. Przynajmniej w moim mniemaniu. Ale coraz częściej się okazuje, że tylko w moim mniemaniu.
Panie Michale!
Skoro „reszty” (czyli – domyślam się – przeważającej większości) mych słów ciągle Pan ponoć nie rozumie, to w jaki sposób może Pan odpowiedzialnie stwierdzić: „Ale nie podzielam opinii, że jest to kwestia nieporozumienia”? Czy to nie błąd logiczny? Albo po prostu: zaplątanie się w nadużywaniu erystycznych chwytów?
Gdyż uparcie imputuje Pan intencje, których nigdzie nie przejawiam. Tym razem pisze Pan pod moim adresem, że „nie można akurat redaktorom wp wyrzucać…”. W odpowiedzi stoi: „Rad bym bowiem zmierzyć się uzbrojony w ostrą amunicję…” etc. Pierwsza osoba liczby pojedynczej, gdzie tu „wyrzut” wobec naprawdę zasłużonych Redaktorów „Wydawnictwa Podziemnego”? Za dużo chce Pan koniecznie brać osobiście do siebie. Jest to wygodne dla przyjętej dość jednorodnej strategii prowadzenia sporu, ale bez związku z wyrażonymi w serii „Pół wieku w «tupiku»” zapatrywaniami.
Do faktu, że dyskutuje Pan wcale nie z prezentowanymi poglądami (zwykle interpretowanymi dodatkowo na niekorzyść obrazu oponenta), a ze swoim na ich temat wyobrażeniem już zdążył Pan przyzwyczaić. Ale replikę otworzył Pan uwagą: „Zacznijmy od «rozwichrzonego stylu», jak to Pan określił…”. Gdziem to „określił”? Gdzie pada podobna deklaracja? W najnowszej odpowiedzi, znów Pan polemizuje z ujętym w cudzysłów spostrzeżeniem, gdzie wątpię „czemu miała i ma służyć ta polemika, a przede wszystkim – czy aby rzeczywiście zainteresuje kogokolwiek”.
Próżno szukać tego (skądinąd bardzo zasadnego) pytania w artykułach i ripostach, które ogłosiłem dotąd na zaszczytnych łamach „Wydawnictwa Podziemnego”. Czy nie zagalopował się Pan jednak w ustawianiu po kątach, nie tak wolny niestety – jak się okazuje – od „belferskich zwyczajów”, od których chciałby się Pan odżegnać?
Drogi Panie Pawle,
Nie widzę tu błędu w rozumowaniu. Miałem niegdyś auto o zielono-niebieskiej karoserii; jedni nazywali je niebieskim, a inni zielonym, w świetle latarni wydawało się czarne jak smoła. Analogia tu jest taka: nie wydaje mi się, żeby to była kwestia nieporozumienia, ponieważ wydaje mi się, że odmiennie widzimy stanowisko Mackiewicza wobec tupiku. Odrębne opinie, to nie jest nieporozumienie, a już w żadnym wypadku nie logiczny błąd. Co rzekłszy, z pewnością dam się przekonać, że tak nie jest, że się zgadzamy, i wszystko to tylko nieporozumienie.
Podobnie, różnimy się w ocenie, tej wymiany. Pańskim zdaniem „zagalopowałem się w ustawianiu po kątach”, a ja nie widzę, w którym momencie miałem wezwać Pana do tablicy, a w którym niby postawić do kąta. Pan najwyraźniej CZUJE się wezwany do tablicy, ale cóż ja mogę na to poradzić?
„Rozwichrzony styl”, to Pana własne określenie w emalii do mnie. Bardzo być może, że nie powinienem był go użyć, za co z chęcią przepraszam, ale skoro już zostało użyte, to trudno się go wypierać.
Napisał Pan, że Mackiewicz był w tupiku, więc przyznawał się, że nic nie rozumiał. Odparłem, że autor wielu artykułów programowych z lat 70. doskonale rozumiał i trafnie opisywał sytuację. Pan na to: „Zakłada Pan, że Mackiewicz „rozumiał, co się dzieje”, ale to za mało. Rad bym bowiem zmierzyć się uzbrojony w ostrą amunicję” argumentacji z tych artykułów, na co w odpowiedzi wskazałem, że akurat Darek i ja zajmujemy się tym od lat prawie 20. Która część tej wymiany sprawia Panu trudność?
Panie Michale,
Trudność sprawia mi tylko przejście Pana do porządku dziennego nad wykorzystywaniem prywatnej korespondencji w publicznej dyskusji. Gdyż zapomniał Pan dodać, iż wyrwane z kontekstu pytanie „czemu miała i ma służyć ta polemika, a przede wszystkim – czy aby rzeczywiście zainteresuje kogokolwiek” również jest zaczerpnięte z mej prośby wyrażonej w osobistym e-mailu do Pana. Prośby, byśmy się jednak nie spierali na łamach „Wydawnictwa Podziemnego” w tonie pewnej zjadliwości, który Pan obrał. Prośba ta pozostaje aktualna.
Drogi Panie Pawle,
Przeprosiłem już za użycie „rozwichrzonego stylu”, i chętnie przeproszę ponownie. Zaszło to w prosty sposób: Pański artykuł skontaminował mi się z przyznaniem do rozwichrzonego stylu. Wyznaję bez bicia, że nie było żadnej już kontaminacji co do pytania, czemu ma służyć ta polemika. Pytanie jednak pozostaje. Czemu ma służyć polemika, jak nie samej sobie? Czemu ma służyć drążenie tematu, jak nie dążeniu do prawdy?
Przyzna Pan jednak, że zmienił Pan temat. Dotąd była mowa o sporze, który przebiegał w skrócie: od tupiku, rozumianego jako otwarte przyznanie się Józefa Mackiewicza, że nie wie, co się dzieje, przez serię wielkich artykułów z lat 70., które wydają mi się dowodzić czegoś przeciwnego, do prób zmierzenia się z dzisiejszą rzeczywistością „uzbrojonym w ostrą amunicję” argumentacji Mackiewicza. Czy nie wydaje się Panu, że zachodzi pewna sprzeczność między obrazem bezradnego pisarza, błądzącego we mgle, zagubionego w tupiku, i analityka, dostarczającego ostrej amunicji naszej analizie?
Doprawdy, w porównaniu z tą zasadniczą kwestią, rzekomy ton zjadliwości – którego nie widzę ani w moich artykułach, ani w komentarzach powyżej, ale chętnie zań przeproszę, jeśli mi Pan wskaże jego przykłady – rzekome ustawianie po kątach (niby w którym momencie?), rzekome wywoływanie do tablicy (gdzie dokładnie wywołuję kogokolwiek?), jest sprawą drugorzędną, ponieważ forma wypowiedzi jest zawsze drugorzędna wobec jej treści. Znowu, przyjmuję do wiadomości Pańską krytykę, że moje wypowiedzi pozbawione są treści, że to nic, tylko drwiny, a mimo to nieśmiało chciałbym wskazać na powyższe pytania jako kwestie merytoryczne. Nie każdy może mieć Pański talent wyrażania się z bezwględną jasnością, i na pewno niewielu ma moje trudności ze zrozumieniem, ale próbuję jak mogę, sformułować kwestie, które w mej ułomności, wydają mi się godne uwagi i warte dyskusji.