„Świat to jest wielki zakład obłąkanych” czyli 38 tom Dzieł
1 komentarz Opublikowany 4 października 2026 |Najnowszy tom Dzieł Józefa Mackiewicza, już trzydziesty ósmy w serii, zbiór Listów do i od Romana Brykczyńskiego, jest wydawniczym tour de force. Same listy, choć nierzadko błahe, są wspaniałe – srebrzą się ironią, migocą żywą beztroską wśród życiowych niepowodzeń, chorób i zawodów – ale ich redakcja, niezwykła praca edytorska Niny Karsov, wynosi ten zbiór na wyższy poziom, czyni z nich epistolograficzny ewenement. W setkach przypisów i dziesięciu Aneksach, zbudowała redaktorka obraz intelektualnego, kulturowego i duchowego zaplecza Mackiewicza. Otrzymaliśmy w tym tomie drobiazgowo udokumentowany wizerunek świata, z którego wyszedł wielki pisarz. Z świata Pietraszkiewiczów, Brykczyńskich i ich rozległych koligacji, wywodzi się bowiem pisarstwo Józefa Mackiewicza. To tu – a nie w podróży do grobów katyńskich, nie w przeżyciach pod sowiecką okupacją, nie w konno-zbrojnej walce z czubarykami – tkwią korzenie antykomunizmu pisarza.
Ze zbioru interesujących listów pomiędzy blisko spokrewnionymi przyjaciółmi z lat dzieciństwa, Nina Karsov uczyniła coś, co przerasta tom korespondencji. Przypisy nie są tu przytłaczającym ciężarem nudnego „aparatu naukowego” – wraz z obszernymi Aneksami, tworzą bogatą skarbnicę. Ogromna praca edytorska otworzyła tajemne przejścia i ukryte zakamarki, dając nam dostęp do czegoś na kształt rozległych fundamentów pod starożytnym dworem. Są tu piwnice pełne najlepszych trunków i spiżarnie wypełnione po brzegi; stare rupiecie wyrzucone dawno z pogardą, okazują się kuframi najdroższych tkanin i szkatułami pełnymi klejnotów. Są także tajne tunele, łączące dwór rodzinnych wspomnień z innymi pałacami, z wielkimi kościołami, z całą historią niezmierzonych połaci polskich ziem wschodnich, dostatku mlekiem i miodem płynącej, polskiej Ukrainy. Obfitość szczegółów jest odbiciem sowitego nadmiaru życia.
Przypisy w opracowaniu Niny Karsov nie zawężają, jak np. w niesławnej pamięci dziele Eberhardta („rakla – narzędzie ręczne”); nie ograniczają się do podania bibliograficznego zapisu źródła; nie sprowadzają się do powołania na autorytet, dla wzmocnienia argumentacji. Wręcz przeciwnie, rozszerzają pole, otwierając czytelnika na inne punkty widzenia, ujawniają, co dotąd było zakryte, rzucają światło, identyfikują i ilustrują, są codą i dodatkiem, rozwinięciem i odsłonięciem, roztaczają nowe perspektywy i wyjawiają tyleż nieznane, co zupełnie niespodziewane szczegóły. Co jednak mnie najbardziej zdumiało w tym zbiorze, to że Redaktorka zdołała udzielić głosu ludziom z innej epoki – bo nie tylko Mackiewiczom i Romasiowi Brykczyńskiemu – formalnie, to oni są autorami tomu – ale także kilku pokoleniom ich przodków, pociotków, a nawet przygodnych znajomych. Po chwilowym wrażeniu natłoku imion i nazwisk – bo jest tam Babunia Biała i Babunia Czarna, Jerzyk i Jerzunio, Anulka i Hanunia, Fanek i Marylcia – prędko z nadmiaru poczynają się wyłaniać przed oczami czytelnika wyraźnie zarysowane sylwetki ludzi, jak gdyby ich indywidualne rysy twarzy rozjaśniała czuła uwaga i troska Redaktorki. Rozwierają się przed czytelnikiem rozległe perspektywy świata, o którym Mackiewicz pisał wielekroć, wspominając go niemalże mimochodem, jako utraconą Arkadię. Nasuwa mi się przykład z Ballady o nowym sterniku: gdzieś, hen, poza polem współczesności, poza okrojonym Polesiem, poza trudnościami Chaima, poza nieszczęsną miłością Pietruka i Rai – była Prypeć „aż za Ubortem, za Ptyczem, za Mozyrzem miastem, aż po ujście [do] Dniepru i dalej Dnieprem… Przepadło”… Ten to właśnie niezmierzony kraj przemierzali wzdłuż i wszerz przodkowie Józia i Romasia, robili tam kariery, zbijali fortuny, walczyli w powstaniach, szli na Sybir lub w sołdaty, kochali i umierali, a dziś nagle ożyli w setkach przypisów i dziesięciu Aneksach tego nadzwyczajnego tomu. Sam Romaś urodził się w Bachmaczu, dokąd jego rodzice przenieśli się z Kurenia…
Kupili więc kawał ziemi przy samej stacji Bachmacz stacji węzłowej ogromny punkt handlowy łączącej północ z południem bo Libawę z Romnami i Kijów z Woroneżem, tj. zachód ze wschodem. Tutaj rozpoczęło się życie inne, dom duży, wybudowany podług własnego planu, młyn ogromny, wspaniały, elewator, elektryczność, gałąź własnej kolei. Ogród warzywny szparagarnia. Własną ręką zasadziłam park, któren teraz Jerzyk podczas wojny, gnany losem, oglądał jako las olbrzymi. Zdawało się że tam już zostaniemy do końca życia.
O ostatnim akcie kolei Libawo-romeńskiej pisał Mackiewicz na krótko przed ostateczną klęską 1939 roku, ale „punkt węzłowy, łączący północ z południem, zachód ze wschodem”, a także przeszłość z teraźniejszością, to znakomita metafora zawartości 38 tomu Dzieł.
Zaintrygowały mnie związki między rodzinami Pietraszkiewiczów i Brykczyńskich z jednej, a rodami związanymi z Josephem Conradem z drugiej strony. Redaktorka przytacza często Pamiętnik Tadeusza Bobrowskiego, wuja Conrada; mowa w tych wyjątkach o Buszczyńskich, Taubach i Korzeniowskich. Mały Konradek podkochiwał się ponoć w Ofelii Buszczyńskiej i KarolinieTaube. Nie ma rzecz jasna niczego nadzwyczajnego w tym, że polskie rody, zamieszkujące ogromne połacie Kijowszczyzny, Podola, Wołynia i Galicji, znały się dobrze wzajem – wręcz przeciwnie, znalazłem w tym ukojenie i uroczy błogostan, bo tak właśnie być powinno, taki był porządek rzeczy i 38 tom Dzieł Józefa Mackiewicza daje solidne potwierdzenie tego stanu.
Nie sądzę, żeby Redaktorce tomu przypadło do gustu moje porównanie, ale jej książkę czytać można jak Grę w klasy Julio Cortazara, z tą może różnicą, że nie ma tu „rozdziałów, bez których można się obejść” (a tak jest w powieści Cortazara). Można ją czytać w porządku, od deski do deski; można także honorować każdy odsyłacz do przypisów i Aneksów, zagłębiając się coraz bardziej w tkankę historyczną opowieści; można wreszcie stworzyć swój własny porządek, np. cofając się wstecz od świata emigracji, poprzez przeżycia wojenne, do szczęsnego dzieciństwa, i dalej: do dekad sprzed zapadnięcia się świata, zanim nastąpił „niespodziewany koniec lata”, zanim świat oszalał.
Pamiętam zawsze że kiedy w 1914 roku nie mogłem zrozumieć o co właściwie chodzi i po jakiego djabła jest ta wojna pomiędzy kuzynami (Jerzy V, Wilhelm, Mikołaj II), to odpowiadano mi że jestem za młody żeby zrozumieć. Jedynie wujaszek Staś Pietraszkiewicz wyjaśnił mi doskonale, że tego właściwie nikt nigdy nie zrozumie, bo świat to jest wielki zakład obłąkanych, a przecież nie należy się starać zrozumieć i doszukiwać się jakiegokolwiek sensu w tym co robią warjaci.
Ale zaraz! Takie samo dokładnie zaplecze mieli Stanisław Mackiewicz i Ina Orłosiowa, rodzeństwo Józefa, a przecież odmienną przyjęli postawę, nie pragnęli „zapomnieć o tym parszywym dwudziestym wieku”, zupełnie inne wnioski wyciągnęli z tej rodzinnej historii. Z dziesiątków przypadków prześladowań, aresztów, zsyłek członków rodziny i przyjaciół, zrodziła się głęboka nienawiść do caratu i Rosji w ogóle, podczas gdy Józef znalazł w sobie podziwu godną bezstronność i dość obiektywizmu, by stwierdzić, że Rosjanie nie mogli przecież głaskać po główkach powstańców, a mimo ponawianych spisków i rebelii zachowali wobec polskich wywrotowców ludzkie stanowisko: karali, często okrutnie, po czym ułaskawiali; skazywali na śmierć, by odwołać wyrok w ostatniej chwili, zupełnie jak w wypadku Dostojewskiego; przywracali prawa i zsyłali ponownie, i jeszcze raz uwalniali. Nie wypada zestawiać liberalizmu Żandarma Europy z sowieckimi prześladowaniami, ale czy Anglia miała tyle wyrozumiałości wobec irlandzkich buntowników? Najjaśniejsza Rzeczpospolita nie pobłażała buntowniczym hajdamakom – postępowała z nimi bezlitośnie.
Uderzające, jak ci wszyscy wspaniali ludzie, całe pokolenia rodziny Józia i Romasia, przechodzili podobną drogę, przebytą przez tylu Polaków XIX wieku. Uczyli się i spiskowali, szli na Sybir lub w sołdaty na Kaukaz, a potem uczyli innych, perswadowali, odciągali od spisków – stawali się konserwatystami. To nie był mityczny „konflikt pokoleń”, ale proces moralnego rozwoju. Wróćmy jednak do rodzinki, bo ta rozwinęła się inaczej.
Rodzinka
Już w 1957 roku Mackiewicz sarkał na swoją siostrę, Sewerynę Orłosiową, która nie zamierzała czytać jego powieści Kontra…
Głupia Ina pisze mi z Warszawy, że tej książki do ręki nie weźmie, bo ona przeżyła straszne rzeczy w powstaniu! Co ma piernik do wiatraka! Sądzę, że Ty przeżyłeś nie mniej straszne, a ja widziałem też dosyć strasznych, w różnych możliwych kierunkach. Właśnie takie zakute Iny stanowią dziś opinię tzw. „szarego człowieka”, który nie tylko chce widzieć, ale chce znać tylko to co się działo, albo dzieje na jego podwórku.
Ina – „z którą ja nie koresponduję, a czasami tylko Barbara” – żyła jego zdaniem, tylko plotkami; pisała „swoim drewnianym stylem”, jak dobrze jest w prlu, ale przyjmowała paczki z Zachodu od zabiedzonego brata. Nie sposób wszakże nie dostrzec goryczy, z jaką Mackiewicz pisze o sytuacji w tymże 1957:
Amerykanie poszli na całego popierać Gomułkę. Emigracja jako polityczna, de facto przestała istnieć. Podanie ręki komunistom w Warszawie, odbiło się w pierwszym rzędzie na mojej małej osobie. Nagonka wzrosła. Parszywiec posłujący do komunistycznego sejmu z ramienia „dobrych” katolików, bożyszcze emigracji, Stefan Kisielewski wystąpił z oświadczeniem, aby mnie przestano drukować. Właściwie zdumiała mnie ilość i jakość osób, które mnie wzięły w obronę.
Kisiel, przyjaciel Cata – „O Stasiu nie zmieniłem zdania: kanalia, wysługująca się komunistom!” – pozostaje do dziś gwiazdą polskiej publicystyki.
Ina koresponduje stale z Barbarą, i uprawia propagandę na rzecz komunistycznej Polski. Takoż pisując do Wincuni Łozorajtis w Rzymie (wiesz kto, nasza siostra cioteczna, z domu Matułajtis). Z nią Barbara jest w szczególnie dobrych stosunkach. Bo też zajadła antykomunistka, jak my. – No, ale Ina! Kazio Orłoś, mówisz, był w Stanach nie wiadomo po co? Jeszcze się okaże, że z ramienia Bezpieki… – Nu i rodzinka, nu i narodzik! („Romantyków”, „indywidualistów”, „Don Kiszotów” etc. etc.) W rzeczywistości najbardziej skolektywizowany psychicznie pod słońcem.
Propaganda prlu prowadzona przez rodzinkę irytowała Mackiewicza bardziej niż codzienny bełkot polrealistyczny na emigracji.
My jesteśmy za polityczni, za narodowi, za kolektywni, za mało humanistyczni. Nam się wydaje, że każda rzecz ma służyć jakiejś „sprawie”. My nie wydajemy literatury, jak Rosjanie XIX wieku, a prospekty, reklamy, propagandowe nudy cierpiętnicze, których nawet dentysta nie będzie trzymał, mimo ich ilustracji, w saloniku przyjęć, a o czytaniu nie ma mowy. My jesteśmy wiecznymi agentami „sprawy polskiej”, a przy okazji agentami każdego mocnego na tym świecie.
Polacy byli – i pozostają! – „duchowo po tamtej stronie”, po stronie komunistycznej Polski. Widział wzrost „peerlowskiego patriotyzmu”, bo skoro wszystko, co polskie ,jest dobre, to i polski komunizm też.
Przyjeżdżają też do nas różni ludzie „stamtąd”. Czasem ich PRL-owski patriotyzm budzi we mnie obrzydzenie. Polacy z wychowania są najbardziej podatni na komunizm. Też: odindywidualizowana masowość (patriotyczna).
Przeczytawszy książkę Jerzego Jaruzelskiego – „stary, obrzydliwy komunista” – o Cacie, Mackiewicz zżymał się na podskakierstwo rodziny wobec komunistycznego autora:
Ale z tekstu wynika, że cała nasza rodzinka, aż podskakuje z radości, dostarcza mu fotografii, dokumentów, płaszczy się, byle komunista raczył napisać coś dobrego. Tfuu! Obrzydliwość mnie bierze. Zresztą obrzydliwość na całą tę „Polskę”. A już teraz z tym papieżem, to rzygać się chce. Załgany pajac.
W 1980 roku odwiedzili ich w Monachium Aleksandra i Piotr Niemczykowie, wnuki Cata.
Ona 19, on 16 lat. – Ona, bardzo miła, pyta: „To stryj nie uznaje naszego rządu?” („naszego” tzn. komunistycznego w Warszawie). Odpowiadam: Nie. – „A to dobry kawał…” – Bez żadnej ironii, czy agresji, czy innej intencji. Tak po prostu, naturalnie. – A my piszemy na emigracji: „Kraj walczy!!!” Jeszcze nigdy nie tonęliśmy w takim oceanie łgarstwa.
A teraz Piotr Niemczyk pisuje w wybiórczej gazetce o stryju. Kiedyś był dla nich Mackiewicz „zoologicznym antykomunistą”, a teraz „Adam Michnik poleca”. ** Mackiewicz słusznie winił staruszków, którzy z duchem czasu „podskakują i podlizują się” młodzieży. Nic się nie zmieniło.
Próbuję pisać jeszcze jedną książkę. Obawiam się, że będzie chyba ostatnia… Ale to jedno mnie jeszcze bawi: rozzłaszczać na siebie narodowy kołchoz, po obu stronach Żelaznej. Tym razem wyklnie mnie, zdaje się, Kościół katolicki. Ale czy ja jestem winien, że najniemoralniejsze słowa wypowiedziane przez człowieka, to były św. Pawła, że: „każda władza pochodzi od Boga”? A tego się trzymają, podlizując teraz bolszewikom.
Mackiewicz nie ma chyba racji w tym akurat aspekcie swej krytyki. Każda władza pochodzi od Boga – nie może być inaczej. Kiedy Pan nasz zwrócił się do Piłata: „Nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci jej nie dano z góry”, to stwierdzał tylko fakt, że władza Piłata nad Synem Bożym także pochodziła od Boga. Ale to nie znaczy wcale, byśmy my, zwykli śmiertelnicy, nie mieli sprzeciwiać się, nie mieli się opierać władzy bezbożnej, władzy despotycznej, tyranii. Z niezrozumiałych dla mnie powodów, Mackiewicz widział w tym określeniu – które sprowadza się zaledwie do nazwania oczywistości po imieniu – coś w rodzaju karykaturalnego błogosławieństwa: jeśli bowiem władza pochodzić ma od Boga, to Pan Bóg musi być odpowiedzialny za każde nadużycie władzy, co wydaje mi się komiczną niedorzecznością. Słyszę jednak ciepłą ironię, gdy w innym miejscu, Mackiewicz obarcza Wszechmogącego winą za okropności XX wieku:
I że też Pan Bóg zniszczył taki raj na świecie i zabrał gorodowych z rogów ulic… Nigdy bym tego na Jego miejscu nie uczynił.
Natomiast „rozzłościć na siebie narodowy kołchoz”, powinno być mottem twórczości Mackiewicza, zamiast powtarzanej w kółko drętwej mowy. Rozwścieczał więc narodowy kołchoz:
Papieża uważam za największego „poputczika” komunizmu od czasu rewolucji bolszewickiej. Tylko, że o tym się przemilcza, a tarza w euforii dzikiej! Podlec bezpodobnyj… Zrobiłem mu kawał: ogłosiłem w paryskiej Kulturze i jeszcze w pewnym amerykańskim pisemku wezwanie, aby prosić go o odprawienie mszy św. żałobnej za dusze pomordowanych w Katyniu, w 40-tą rocznicę zbrodni (która przypada w kwietniu tego roku). Wyobraź sobie, że tysiące Polaków z Ameryki przesłało mu do Watykanu taką petycję… Naturalnie, łatwo mu przemilczeć, i koniec. Ale zagwozdka: bardzo wielu przesłało pieniądze na opłacenie tej mszy. Co teraz zrobi z tymi pieniędzmi? Odeszle nadawcom?… Bo że takiej mszy, w takim terminie wskazującym {na} winę Sowietów, nie odprawi, jestem pewien. W każdym razie zagadka rozwiąże się za dwa miesiące. Ale nasza prasa milczy i w tej sprawie. Żeby to można było puścić w angielskiej…
Ale nie ukrywał, że postępy sowietyzacji ludzkości, które miały w kilka lat po jego śmierci doprowadzić do farsy „upadku komunizmu”, trapiły go nad miarę:
Klimat, ten polityczny, jest dla mnie fatalny. 90% rodaków myśli tylko jak „realnie” pocałować komunistów w d… Polityka amerykańska sam wiesz jaka. Takaż jest i ich Free Europe, której „antykomunizm” polega na tym, żeby wprowadzić w Polsce – „komunizm z ludzką twarzą”. Jak wiesz, już urodziliśmy się z ludzką twarzą, więc komunizm jest nam raczej zbędny.
Romaś
Brykczyński bardzo zabawnie pisze o języku angielskim. Jego dowody na ubóstwo angielszczyzny są chybione, ale bardzo śmieszne: jak odróżnić łunę pożaru od blasku ognia? – nie da się tego powiedzieć po angielsku.
Na 18 słów polskich, pochodzących od kłamania, Anglicy mają jedno: To Lie.
To nie jest prawda: fib, fabricate, tell porkies, fake, deceive itd. Słownik Webstera podaje ponad 30 synonimów. Zakresy znaczeniowe słów różnią się między językami, ale sztuka przekładu radzi sobie z tą trudnością, i dlatego – między innymi! – mechaniczne tłumaczenia są obelgą.
Niektóre plemiona murzyńskie mają język składający się tylko z 100 lub kilkuset słów i nie mają wogóle gramatyki, a jakoś jednak się porozumiewają i nie odczuwają potrzeby innego języka, – do czasu oczywiście. Oni też prawdopodobnie są małomówni.
Romaś udziela uroczo naiwnych rad Mackiewiczowi. A to, żeby się uzachodnił, a to żeby się nie narażał, a to żeby dostosował Zwycięstwo prowokacji do anglosaskiego czytelnika… Jednak najlepsze są jego sardoniczne uwagi na temat Zachodu obserwowanego z nieskrywaną pogardą:
Co do lewicy intelektualnej, to nasuwa się porównanie ze starymi babami które, jak mówią, oczekiwały niecierpliwie czerwonej armji, ponieważ słyszały że bojcy gwałcą bez względu na wiek.
„Bezmózgie masy” nie są w niczym lepsze od intelektualistów:
…i tutaj gdzie te durne „nastolatki” chodzą w połatanych spodniach z jakiegoś niebieskiego materjału na worki na których sprytny żydek Levi zrobił majątek. Oni to wymawiają: „Liwaj”! Marzenie tych umysłowych nędzarzy jest mieć „oryginalne Liwaj”.
Ba! „u nasz w prlu” i ja należałem do tych umysłowych nędzarzy, choć nie byłem świadom, nosząc „levisy”, jak to się wymawia, ani że to są właśnie najlepsze dżinsy, do których posiadania koniecznie trzeba aspirować.
Nic dziwnego że dzięki tej całkowitej „bezmózgowości” istnieje jeszcze socjalizm, ten syfilis moralny, polityczny, społeczny, materjalny i ekonomiczny prowadzący do niewolnictwa najgorszego bo państwowego. Za dawnych lat niewolnik prywatny kosztował bardzo drogo, więc właściciel musiał o niego dbać. Teraz niewolnik w państwie socjalistycznym nie kosztuje nic – więc niech sobie zdycha!
Jego sarkastyczne obserwacje na temat Wielkiej Brytanii uderzają swą aktualnością w 50 lat później. I dziś kraj zapada się pod ciężarem socjalizmu. Jak wówczas, Anglicy „lubują się w utrudnianiu sobie życia”; „Anglja ginie duszona przez biurokrację”, przez „formalności, regulaminy, przepisy”; młodzi „żyją z zasiłków”, więc „mają czas na demonstracje”; „nie daj Boże odmówić czegokolwiek murzynowi – idzie się do paki za racial discrimination”. – Wtedy uratowała Zjednoczone Królestwo Margaret Thatcher. A dziś? Podobnie jak za jego czasów, „świat jest umysłowo chory”, ale sądzę, że „córka siostrzeńca Cioci Sławci” nie cieszy się już z pacjentów psychiatrii.
Kiedy list z Londynu do Monachium idzie 16 dni, Mackiewicz komentuje:
Mickiewicz podróżował dyliżansem pocztowym z szybkością, przeciętnie 30 km dziennie. (Zapewne popijał po oberżach, dziewczynki etc. i nie śpieszył się.) Ale w każdym razie nie wiem, czy dałoby się w 16 dni przejechać z Londynu aż do Monachium. Więc postęp jest. – Jakie to były jednak dobre czasy, gdy na strajkujących wysyłało się po prostu kozaków!
O dziwo, nie miał w tym wypadku racji. Okazuje się, że w roku 1843 dystans trzykrotnie dłuższy, z Paryża do Petersburga, można było pokonać w ciągu 16 dni…* Ech, gdzie ci Kozacy!
Piracka stolica
Fascynujący, głównie przez to, że tak nietypowy dla całego korpusu korespondencji Mackiewiczów, jest fragment tomu, dotyczący skomplikowanych i delikatnych negocjacji na temat sprzedaży placów budowlanych w pirackiej stolicy, Nassau na Bahamach. Pokazuje on Barbarę Toporską z nowej, nie znanej dotąd strony. A było tak: Romasiowie kupili kilkanaście placów w Nassau w 1948 roku, jako długoterminową inwestycję. Plan był dobry, domy zbudowane na tych posesjach są dziś zapewne warte miliony. Po długiej karierze w przemyśle i akademii na trzech kontynentach, Brykczyński żył z oszczędności, ale gdy te były na wyczerpaniu, parcele w Nassau stały się ostatnią deską ratunku. Jednak napięta sytuacja polityczna na Bahamach utrudniała sprzedaż. Barbara zgłosiła swoje usługi w pośredniczeniu w zamian za prowizję. Okazała się pośredniczką rzutką i sprawną. Subtelnie unikała urażania poprzednich maklerów, prędko dostrzegała potencjalne przeszkody i wskazywała sposoby ich ominięcia. Wykazała się wyczuciem sytuacji i trafnością sądów, a przecież negocjacje prowadzone były listownie, między Londynem i Monachium, o sprzedaż placów po drugiej stronie oceanu.
Czytelnik korespondencji Mackiewiczów wie, że w przeciwieństwie do męża, Toporska była praktyczna. W tej sytuacji pokazała, że miała głowę do interesów. W delikatnym momencie negocjacji, Barbara przekazuje Romasiowi swoją rozmowę z maklerem i opowiada, jak celowo zataiła pewną informację, by lepiej wybadać jego reakcję. Tego rodzaju korespondencja, dotycząca praktycznych, choć w tym wypadku dość niecodziennych spraw, z rzadka tylko zachowuje wartość. W tym wypadku jednak, Romaś i Barbara uczynili z tych czysto komercjalnych wymian – znakomitą lekturę. Jest to kolejny dowód, że nie przedmiot czyni rozmowę interesującą, a przymioty jej uczestników.
Djabelska pisownia
Zostawiłem sobie na koniec smakowity kąsek pisowni. Nina Karsov zazwyczaj uwspółcześnia ortografię i interpunkcję w tomach Dzieł, dostosowuje ją do dzisiejszych norm, zachowując wszakże „koloryt” oryginałów. W tym jednak wypadku, zachowana została oryginalna pisownia. Słyszałem głosy, że skoro Redaktorka dopisuje brakujące w listach słowa, to powinna była poprawić pisownię. Tylko że bez brakujących słów zdanie może być niezrozumiałe, a z błędem ortograficznym lub z użyciem archaicznej, czy choćby tylko idiosynkratycznej pisowni, jest trudne do zrozumienia dla nielicznych. Uważny czytelnik wie, że wyjaśnienie zagadki pisowni zawiera się w samym tomie.
W uroczej jeremiadzie o reformie polskiej pisowni, Romaś oznajmił swe przywiązanie do pisowni fonetycznej.
Przecież nikt nie mówi: Mani-i, czy Dani-i, czy aus-tri-acki. Mówi się: Mar-ji, Dan-ji, austry-jacki, i tylko tak powinno się pisać.
W tej absurdalnej pisowni podobno nie odróżnia się imienia „Mania” od urazu psychicznego „manja”. Przecież nie można pisać w ten sam sposób dwóch słów, które się wymawia inaczej i które znaczą zupełnie co innego!
Mackiewicz zgadzał się w zupełności.
W literaturze siedzi masa beztalenci, niczego napisać nie potrafią. Wtedy wetują sobie przerabianiem języka, udając uczonych. Jest masa tych dziwolągów. Ja przestałem się tym interesować, i piszę raz tak, raz inaczej. Wiem że mnie w korekcie druku to poprawią. Niech poprawiają jak chcą, „wg prawidłowej pisowni”. Pies im mordę lizał.
Tym, którzy postulują zmiany w pisowni i składni prozy Mackiewicza, proponowałbym zwrócenie armat poprawności ku masom piszącym i mówiącym po polskiemu, np. na Piotra Niemczyka. Jędrną polszczyznę Mackiewicza i Brykczyńskiego proszę zostawić w spokoju. Jak mądrze Pan Bóg zrządził, że pisma Mackiewicza znalazły się pod pieczą Niny Karsov, bo inaczej nie mielibyśmy „uściśnień”, przesyłanych w zakończeniu listów Romasia. W ich miejsce pojawiłyby się miałkie „uściski”, z tej banalnej przyczyny, że „dziś nikt tak nie mówi”.
________
* Zaczerpnąłem ten fakt z książki Orlando Figesa, The Europeans.
** „Kościół i Rosja sowiecka. Kto od kogo uczył się sztuki dezinformacji”, Magazyn Wyborczej, 3 października 2026







PS Zwrócono mi uwagę, że popełniłem poważny błąd w powyższym artykule. Pomyliłem Aleksandrę Niemczykową, córkę Cata, która występuje w korespondencji rodzinnej zazwyczaj jako Oleńka, z jej córką, Agnieszką z Niemczyków Tempską. W 1980 roku przyjechały do Monachium dzieci Oleńki, wnuki Cata, Agnieszka – a nie Aleksandra – i Piotr.
Zważywszy, że czytałem 38 tom więcej niż raz, jest to doprawdy niedopuszczalna pomyłka, zaczem posypuję głowę popiołem, wdziewam wór pokutny i wszystkich zainteresowanych najmocniej przepraszam. Dziękuję także najuprzejmiej za wskazanie mi błędu.