Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?

« Tajemnica mackiewiczowskich opowiadań„Bezsens” polski »
Michał Bąkowski

Wieczność

Kontynuując temat „Tajemnicy mackiewiczowskich opowiadań”, przeczytałem ponownie Ściągaczki z szuflady Pana Boga.  Lektura utwierdziła mnie w przekonaniu, że mackiewiczowskie krótkie formy są swoistym dla niego gatunkiem.  Opowiadanie pt. „Faux-pas ciotki Pafci” jest sfabularyzowanym wspomnieniem z dzieciństwa, gdzie za postaciami fikcyjnymi kryją się amalgamaty autentycznych postaci z rodziny autora, ale nie jest to w żadnym wypadku opowieść z kluczem.  Liryczna opowieść o Romeo i Julii na pińskich błotach czyli „Ballada o nowym sterniku”, którą Giedroyć uważał za najlepszą nowelę napisaną przez polską emigrację, ubrana jest w formę wspomnienia.  Opowieść snuta jest początkowo z punktu widzenia „wszechwiedzącego narratora”, który przedstawia nam myśli Chaima, właściciela statku „Orzeł”, ale pod koniec, niemal niedostrzegalnie, Mackiewicz wprowadza narratora na scenę wydarzeń.  „Pamiętam, że wysiadłszy tego dnia z pociągu w Pińsku”…, pisze narrator.  Jest to rzecz jasna, celowy zabieg narracyjny.  Wykreowany narrator pisze w pierwszej osobie, „zauważyłem” lub „z zapatrzenia wyrwały mnie dopiero”, nadając swej opowieści o zakazanej miłości Pietruka i Rai niespodziewaną intymność, zbliżając czytelnika do patosu tragedii prostych ludzi z odrębnych i wzajemnie wrogich sobie kast.

Kolejne opowiadania w tomie, „Marceli Swat” i „Morderstwo nad rzeką Waką”, od samego początku przybierają formę wspomnienia.  Narrator opowiada o swoich spotkaniach z bohaterami, jak gdyby przedstawiał dramatis personae na wstępie tragedii.  Ale i później, mimo że snuje swą opowieść z najdalej posuniętym obiektywizmem narracyjnym, wtrąca, jakby od niechcenia: „byłem obecny”, gdy pod sklepikiem omawiano emocjonujące zdarzenie, jakim była ekshumacja zwłok niedawno zmarłej kobiety.

„Morderstwo nad rzeką Waką” używa wątków pomylonej tożsamości, tak częstych w dramatach Szekspira.  Czy zamroczony samogonem szmalcownik Bołtuszko kocha Monikę czy tylko widzi w niej Akwilinę?  Narrator otwarcie przytacza swoje osobiste kontakty z osobami tragedii.  Pisze, że Akwilina mu się podobała, ale dodaje:

Nie będę zdawał relacji z wydarzeń, których nie znam.  Słyszałem później wersje sprzeczne, a żadna z nich nie mogła być sprawdzona.

Przyszły morderca nie krył się ze swymi planami ucieczki z siostrą własnej żony: „Nawet mnie mówił podczas przypadkowego spotkania”.  Osobisty ton, choć należy bez reszty do wykreowanego narratora, zamyka dystans między czytelnikiem, a światem przedstawionym w literackiej fikcji, nadaje opowiadaniu bezpośredniość, jest celowym zabiegiem autorskim w celu stworzenia relacji prawdomównej.  Niezależnie wszak od autentycznych wydarzeń, które najpewniej legły u podstaw tych opowiadań, nie należy mieszać osobistego, niemal poufałego stylu, z autobiografizmem.  Trzy nowele dodane do Ściągaczek, a pochodzące z przedwojennego wyboru 16-go między trzecią i siódmą, rzucają ciekawe światło na ten problem.  Dwie pierwsze, „Ślizgawka” i „Kuzyn z nieprzyjacielskich huzarów”, zawierają niewątpliwe wątki z biografii pisarza, które poddane zostały twórczemu przetworzeniu w zwartej formie wykreowanego świata literackiej rzeczywistości.

Trzecia nowela natomiast zawiera moment, który powinien służyć za przestrogę pod adresem tych licznych badaczy, którzy redukuję pisarstwo Mackiewicza do autobiografizmu.  Czytaliśmy wielokrotnie powtarzane uwagi, jak pisząc o wyroku śmierci wydanym na Henryka w Nie trzeba głośno mówić, autor musiał mieć na myśli rzekomy wyrok wydany na niego przez AK.  Pomijam już fakt, że żadnego takiego wyroku nikt nigdy nie wydał, twórcy są doprawdy w stanie wyobrazić sobie stan, w którym sami nigdy nie byli – na tym polega twórczość.  Nowela „16-go między trzecią a siódmą” opowiedziana jest w pierwszej osobie, przez młodego mężczyznę pogrążającego się w alkoholizm.  Samotny w pokoju hotelowym, obserwuje, jak sen opuszcza go, zeskakuje z łóżka i wyślizguje się przez lufcik na miasto, po czym znudzony nocną hulanką, wraca „jak pijak, który nie chce budzić domowników”.  Bohater przyznaje, że drobiazgi mącą mu wątek, mówi jednak z wyrazistością:

Wyobrażam sobie człowieka skazanego na śmierć. Idą poń oprawcy, a on się budzi, zanim jeszcze dosłyszał ich kroki.

W zgodzie ze swym osobistym stylem, Mackiewicz nie stroni nigdy od tego, co niechętni mu krytycy nazywali publicystycznymi wtrętami.  Ciotka Pafcia używa słów takich jak „zaraza”, wypowiadanych z niespotykaną u niej wcześniej zaciętością, podczas gdy jej wyrobieni kuzyni kiwają z wyrozumiałością głowami nad jej naiwnością i brakiem wykształcenia.  Kiedy nadeszły sowieckie czasy to naczelnym postulatem było: „Ja nigdzie nie był, nic nie widział, nic nie słyszał”.  Ale rzeczowy Marceli Swat dochrapał się posady kierownika sowchozu i blady strach padł wówczas na tych, co mieli z nim na pieńku.

(Nawiasem mówiąc, taka sama była postawa chłopów we wsi, gdzie spadł meteor, jeszcze za polskich czasów.

Teraźniejszo poro takie czasy co i gadać niama achwoty. Siak tak sprzedasz to masła trochi, ci jaka słoninka. Podatki te, niechaj ich! Kiedyści, bywało, na arbata zajdziesz, pogadasz tady. A teraz wolej do domu. Kiedy żyć niama jak!)

Być może najciekawszym fenomenem wśród mackiewiczowskich krótkich form są jego opowiadania fantastyczne.  W Posłowiu do tomu Ściągaczek, Barbara Toporska komentuje z ironią: „Symptomatyczne, że te właśnie trafiały do obcojęzycznych antologii”, przypisując to uprzejmości wobec znanego pisarza.  Te fantastyczne opowieści Mackiewicza uderzają przede wszystkim naturalistycznym realizmem.  Czerpał wyraźnie z dobrych wzorów, gdyż tak postępował na przykład Dostojewski.  W swych opowiadaniach fantastycznych – np. „Bobok”, „Sen śmiesznego człowieka”, „Krokodyl” – jest zdumiewająco realistyczny.  Ale modelem dla Mackiewicza był zapewne Gogol, który w „Wiju” czy w „Nosie”, nie odrywa się ani na chwilę od realiów, choć jego opowieści są zgoła fantasmagoryczne.

Przedmiotem „Fotografa” jest depresja, tak powszechna dziś w świecie.  Główny bohater, imieniem Gabryś, jest emigrantem ze wschodu, przywykłym do rozległych przestrzeni ziem rodzinnych.  Przygnębiony szarością ogromnego miasta, przytłoczony brakiem perspektyw, pragnie „zawrócić z drogi” i poczyna zamęczać otoczenie (i siebie samego) natrętną myślą o wieczności.  Nie pomagają mu rozmowy z cudotwórcami i szarlatanami, jakich w Londynie pełno, ani z przystojną panienką, która próbuje na nim test Rorschacha.  Dopiero stary rabin, rodem z Bobrujska, podsuwa mu tajemniczego fotografa.

Jego fotografie są po prostu obiektywnym zapisem życia Gabrysia.  Sytuacje zapamiętane z subiektywnego punktu widzenia, wyglądają zupełnie inaczej w jasnym świetle obiektywu aparatu fotograficznego.  Co wydawało się dobre, okazuje się szmatławe, co wzniosłe – blednie, bo fotograf nie używał nigdy retuszu, pokazywał rzeczy, jakimi były.  Jednak w końcu, za odpowiednią cenę, gotów był wykonać jedną fotkę na wieczność, w pożądanej pozie, może nawet z retuszem…

Obudziwszy się, Gabryś rozpamiętywał sen, aż spostrzegł, że urwane we śnie guziki, rzeczywiście odpadły.  Są to proste zabiegi narracyjne, typowe dla tego genre.  Zabawniejsze, że wydało mi się, iż dostrzegłem inspirację 8 i pół Felliniego w sytuacji, gdy jeden z przyjaciół mówi, że trzeba Gabrysia ściągnąć na ziemię, „za nogi, za nogi!”  Ba, ale film Felliniego pojawił się na ekranach prawie dekadę po napisaniu „Fotografa”.

Opowiadanie jest pod pewnymi względami nieudane.  Zbyt chyba natarczywie podsuwa Mackiewicz odpowiedź na pytanie, kim właściwie jest fotograf.  Jego obiektywizm jest nieludzki, ponad-ludzki, ale zamiast pozostawić pytanie otwartym, fotograf mówi wprost, że pracuje dla Losu.  Jest w tej myśli echo poprzedniej opowieści w tomie Ściągaczki z szuflady Pana Boga – „Morderstwo nad rzeką Waką”.  Otóż rybak z jeziora Popiskiego tak miał się wyrazić:

Życie jest jak możny pan, nawet niekoniecznie zły, a taki pan co to powoduje się fantazją.  Jak kogoś nie zlubi, to będzie bić po karku po prostu za nic.  A ma jeszcze swego, jak by to powiedzieć, rządcę, czyli administratora wrednego, który nazywa się Los.  Ot ten to Los i jest najgorszy.  Chodzi z biczem i tym biczem, bywa, nie to pojedyńczego człowieka, ale całe narody okłada.  A jak już przyczepi się, to niech Bóg uchowa, do grobu nie popuści.

Leitmotivem tomu Pod każdym niebem, który wszedł w całości do tomu Ściągaczki, nie jest lekkomyślny i płochy pan, Życie, ani jego wredny administrator, Los.  Przewija się przez ten tom myśl o wieczności.  Należy tu z miejsca dokonać pewnego uściślenia: pojęcia wieczności i czasu nie były dla Mackiewicza intelektualnym wyzwaniem, jak np. dla Barbary Toporskiej, zwłaszcza w powieści Spójrz wstecz, Ajonie!  (Nb. ciekawe, że w Posłowiu do Ściągaczek, Toporska pisze o teologicznym, metafizycznym i etycznym wymiarze tych opowiadań.  I mnie także, podobnie jak jego żonę, bardzo interesuje ten właśnie ich aspekt.)  Dla Mackiewicza nie jest to pytanie o podłożu teologicznym czy metafizycznym – z teologią bohaterzy Mackiewicza są na ogół na bakier – jest raczej egzystencjalnym kluczem, punktem odniesienia, symbolem, za którym kryje się to wszystko, co wykracza poza jego własną, naturalistyczną metodę pisarską.  Rzeczywistość bywa często jak „kikut odrąbanego natchnienia”, czegoś w niej braknie.  Postacie jego zazwyczaj przyznają się do zupełnej bezradności w obliczu pojęć oderwanych, i to wcale nie „oderwanych” w sensie abstrakcji, ale najzwyczajniej oderwanych od codzienności.  Kiedy mówią „wieczność”, to mają na myśli baaaardzo długi czas, jak ogromna większość ludzi na świecie.  W rzeczywistości wieczność jest poza czasem, jest niezmiennym trwaniem.

Wieczność wydaje się być dla Mackiewicza znakiem „czegoś innego”, odrębnego.  Tak bliska mu naturalistyczna poetyka okazuje się bezradna wobec tego wszystkiego, czemu programowo odmawia znaczenia, a nawet istnienia.  Jest tak dalece bezsilna, że Mackiewicz przyznaje się do porażki, stając w konfrontacji z czymś, czego ująć nie potrafi w ramach swej wybranej metody literackiej.  Taki jak sądzę, jest sens „Fotografa”.  Mackiewicz rozumiał, że obok – ponad? poza? równolegle? w kontrapunkcie? – głównego nurtu narracji, obok faktów, w każdej realistycznej opowieści, toczą się inne wątki, które nie rozgrywają się tu i teraz, mimo że mają przemożny nieraz wpływ na wydarzenia, na świadomość uwikłanych w nie osób, a nade wszystko na to co nazywamy „sensem”.  Stajemy w ten sposób w obliczu fundamentalnych pytań o naturę realizmu w literaturze i możliwości sztuki w przedstawieniu tego, co profesor Roman Ingarden nazywał „wartościami metafizycznymi”.

Temat wieczności ujął Mackiewicz w niespodziewany sposób w opowiadaniu „Świąteczna nuda”, które znalazło się w wyborze Tajemnica żółtej willi.  Lotnik znajduje się w mieście, które przed laty zbombardował podczas wojny.  Obserwuje kosa, skaczącego wśród ruin.

Kos wytarł dziób o korę gałęzi i zapatrzył się w nieskończoność życia.  Bez wątpienia nie trapiło go poczucie początku i końca.  Wieczność była przed nim, w sąsiednim ogródku, gdzie stały zwiędłe badyle olbrzymich łopuchów, oczekujących wiosny prawdziwej, odsłaniając dawno zardzewiałą ramę łóżka; tam też wiecznie zielony bluszcz oplątał całkowicie resztki wyrwanych ram okiennych, dziś spróchniałych; wieczność ciągnęła się dalej za zbitą ciżbą gołych gałęzi, poprzez które przezierało zachodzące słońce…

Wieczność jest tu czymś w rodzaju tła, stałego, niezmiennego, niezbywalnego tła, jakim jest natura dla dramatu życia.  „Przygoda małego diabełka” dostarcza ciekawego materiału do kontynuacji tej myśli.  Na pozór, jest to komiczno-fantastyczna nowelka, w której groteskowo drobnoburżuazyjna rodzinka diabłów wysyła syna, Borutka, na intratną posadkę wśród ludzi, dla kuszenia dzieci.  Mały diabełek, zauroczony zabawami dzieci, pragnie być jako oni, wierzyć, że patyk to miecz, a żenujący konik na biegunach, to wspaniały rumak, przez co znalazł się w samym centrum „polityki współistnienia” między Niebem i Piekłem.

Nowelka jest figlarną alegorią na temat polityki kompromisu z sowietami.  Zawiera jednak poważne myśli.  Oto ojciec Borutka, nieudaczny-intelektualista, odpowiada synowi na pytanie, czym jest piekło:

– Jest to kąt widzenia zamknięty w kręgu.
– A niebo?
– Inny kąt widzenia zamknięty w innym kręgu.

Dociekliwy diabełek chce wiedzieć, czy tak będzie trwało, aż wieczność się skończy, ale przerażony ojciec wyjaśnił szeptem, że zniszczenie kątów widzenia, to byłby koniec Nieba i Piekła, a dokonać tego może tylko Prawda, która ma nastąpić po wieczności.

Anioł wyjaśni mu później, że ludzie mają tendencję do wyłamywania się z kręgu Dobra i Zła, a gdyby istnieli dłużej, to może zdołaliby „osiągnąć perspektywę, przekraczającą granice wyznaczonego im kręgu”.

– Szanowny kolega ma rację – odparł Diabeł. – Gdyby ludzie wyłamali się z kręgu swej niedoskonałości, nie mielibyśmy nic do roboty, ani ja, ani kolega.
– A czy Doskonałość może jest podobna do Prawdy? – spytał Borutek, przypominając sobie słowa ojca.
– Psst! – syknął Anioł.
– Psst! – syknął Diabeł.

Ogarnięty przemożną nudą wieczności, Borutek zapragnął wyrwać się ze swego zamkniętego kręgu…  Za swój indywidualizm mały diabełek dostał solidne lanie maminym ogonem, i na tym zakończę streszczenie tej uroczo swawolnej nowelki.  Interesuje mnie bowiem teologiczna strona tych facecji.  Jak wiadomo, za każdym zdaniem stoi jakaś ontologia, a za filuterną nowelką stoi przewrotna teologia.  Ale jaka?

Na pierwszy rzut oka Mackiewicz flirtuje tu z herezją manicheizmu, ale dla manichejczyków Światłość i Ciemności były odrębnymi, pierwotnymi, niezależnymi zasadami, w odwiecznym konflikcie, a nie siłami zjednoczonymi dla pokonania Prawdy i Doskonałości.  Sądziłem przez czas jakiś, że najlepiej oddałaby sens diabełkowej teologii mieszanka deizmu (bóstwo nie interesuje się stworzeniem) z neoplatonicznym dualizmem, aż dotarłem do zoroastryzmu, gdzie najwyższy bóg, Ahura Mazda, kontempluje wyniośle walkę sił dobra i destrukcji.  Prawda jest najwyższa w mackiewiczowskim panteonie, ponieważ jest doskonała i obiektywna, „nad niczym nie rozrywa szat, gdyż nic, co jest na ziemi, nie wydaje się jej tego godne”.

Niczego nie zmienia i niczego nie przeinacza.  Kto zabił muchę, ten zabił.  Kto zabił człowieka, ten zabił.  Jest idealnie obojętna, bo idealnie obiektywna.  Jest prawdą całkowitą, bo przyrodzoną.

Obiektyw fotografa jest beznamiętnie, perfekcyjnie – obiektywny.  A jednak jest w tej myśli o Prawdzie coś wyższego i głębszego, są w niej echa ludowych wierzeń, typowych zwłaszcza dla ruskiego Prawosławia, że Boża Prawda przetrwa na ziemi, wśród rui i poróbstwa, zachowana przez kilku wybranych, sprawiedliwych mężów; że urzeczywistni się na ziemi nie w Cerkwi, ale mimo Cerkwi.  Rzecz jasna, moja „rekonstrukcja mackiewiczowskiej teologii” dokonana jest z przymrużeniem oka, co jest adekwatne do przedmiotu, gdyż żartobliwa alegoria Mackiewicza jest w istocie satyrą na koegzystencję między sowieckim piekłem i niebem Wolnego Świata, a nie amatorską próbką teologiczną.

Zupełnie pozbawione politycznych aluzji jest najważniejsze opowiadanie w tomie – niemal mikro-powieść – „Kamienica nad morzem”.  Obcy, przyjezdny człowiek znajduje się w małym nadmorskim miasteczku.  Nawiązuje powoli kontakty, romansuje, pracuje.  I on także boryka się z wiecznością.  Wpatruje się z brzegu we wściekłość morskich fal i uderza go myśl, że w ruchu morza zawiera się mechanika ludzkich stosunków.

Jak mogą ludzie szukać i dociekać wyższego sensu, gdy tu pokazany jest im na przykładzie kompletnym i skondensowanym.

Fale wybijają się jedna nad drugą, jak człowiek, który wyłania się i niknie na zawsze; napierają na siebie wzajemnie, niszczą się, pochłaniają.

Tak samo są przypływy i odpływy w okresach regularnych; tak samo wybijają się jednostki, dochodzą szybciej, dobiegają skał, wytryskują pianą wysoką, ponad przeciętność powierzchni, w oczach zostaje wrażenie, maleje później, niknie, uchodzi w wieczną niepamięć. Przychodzi nowa fala: bije, tryska, w ciągu sekund kaskady jej świecą w słońcu tryumfalnie, spadają bez śladu. A fale idą i idą, miliony, miliardy, biliony i więcej, i więcej fal, przez miliardy i biliony lat, zawsze to samo i zawsze to samo. A każda z nich kiedyś była i przestała być. Przecież to jest ten sam ruch, który obowiązuje ludzi, rośliny i zwierzęta! W górę i w dół, do niebytu. Ciągle naprzód i ciągle w miejscu. Ciągle do celu i zawsze bez celu. Ciągłe złudzenie ważności roli i sekunda jej trwania. Nadymają się, szumią, ryczą nawet…

Zawsze i zawsze, to jest odwieczność natury.  Ale w tej wieczności jest także nieskończona różnorodność, bo „jak one ze sobą wiecznie igrają, morze i słońce, i nigdy się nie nudzą, i ciągle wymyślają coś nowego”, myśli bohater, obserwując odblask słoneczny na suficie swego pokoiku.  Innego dnia, przybity szarością chmur, deszczu i morza, myśli, że „jeżeli jedyną nadzieją w życiu pozostaje tylko – wiatr, to cóż warte jest takie życie!”

Fiodor Dostojewski aspirował do „realizmu w wyższym sensie”, pragnął „portretować całą głębię duszy ludzkiej”: „z ostatecznym realizmem znaleźć człowieka w człowieku…”  Józef Mackiewicz natomiast, pochyla z szacunkiem głowę przed tajemnicą ludzkiej duszy, bo potrzeba wieczności, by zgłębić całą głębię duszy.



Komentuj

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej! Wydanie II
Wydanie zawiera fragmenty Dzienników George’a Racey’a Jordana.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Józef Mackiewicz
The Triumph of Provocation
 
Michał Bąkowski
Votum separatum
 
Dariusz Rohnka
Szkice o Józefie Mackiewiczu
 
Jeff Nyquist
Origins of the Fourth World War
 


Wydawnictwo Podziemne