Wielkie Arrangement -

Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?

Wielkie Arrangement

>> zamów <<


Autor: Dariusz Rohnka
Tytuł: Wielkie Arrangement
Wydawca: Wydawnictwo Podziemne
Ilość stron: 230
Oprawa: miękka
Wymiar: 148 x 210 mm
ISBN: 978-83-926300-0-5

O wyznaczonej godzinie zebrał się ogromny tłum, złożony z przedstawicieli wszystkich warstw społeczeństwa, i zatrzymał się przed kościołem, którego podwoje były zamknięte. Zapadał mrok, i wieczór listopadowy spływał na miasto. Tłum stał i czekał. Nagle fronton kościoła i stojącą przed nim figurę Matki Boskiej zaczęto oświetlać mnóstwem jarzących się świec i lampek. Młodzież klękła na ulicy, a cały tłum poszedł za tym przykładem. Wtedy Nowakowski olbrzymim głosem zaintonował zapomnianą podówczas pieśń: ‚Boże, coś Polskę’…

Artur Śliwiński, Powstanie styczniowe.

Jest po prostu lepiej!
Mieszkający za granicą przyjaciel zadał mi wiele lat temu podchwytliwe pytanie: Jak ci się zdaje – zapytał – czy teraz, gdy komunizm nominalnie upadł, pozbył się namacalnych insygniów władzy, wprowadził niby to ‚demokrację’, czy życie stało się łatwiejsze, przyjemniejsze, mniej uciążliwe? Czy nie jest po prostu lepiej?
Obruszyłem się, niemal obraziłem, momentalnie wyczułem, że pytanie nie było neutralne. Przeciwnie, nasycone jadowitą intencją. Mój przyjaciel zdawał się mówić, wcale nie po przyjacielsku: Jako naturze wegetatywnej musi być ci dobrze w owym smrodku uświęconego spokoju, w pozorze wywalczonej wolności, w tłumie ogłupiałego entuzjazmem narodu!
Postanowiłem sobie jednak nie wybuchać, zachować pozór spokoju, nawet uśmiechnąć się. Zrozumiałem, że przez mojego przyjaciela przemawia słuszny gniew. Że to, co mówi, nie jest skierowane bezpośrednio do mnie, jest przy tym emanacją żałosnej bezsilności. I najważniejsze: w jego bezczelnym pytaniu tkwi atom słuszności.
Bo rzeczywiście – żyje się jakby lepiej. Codziennie oglądam twarze uszczęśliwionych rodaków. Gdyby nie tak powszechna bieda, a może tylko brak luksusu, ich życie mogłoby być przykładem beztroskiej błogości. Mają swoją Polskę, swoją tożsamość, urojone prawo do szermowania wolnością. Widać to wyraźnie w codziennych dyskusjach, w debatach o skorumpowanych rządach, o drobnych świństewkach na szczeblach władzy, w pasji debatowania o kolejnych aferach, nieudolności i głupocie rządzących. Że są przedmiotem manipulacji, eksperymentu, podmiotem wirtualnej demokracji zdaje się nie przychodzić im na myśl. Czasem wydaje się, że można dostrzec jakiś przebłysk, drobny przejaw embrionalnej świadomości, jakby ukąszenie komara, które powoduje nagłe, krótkotrwałe przebudzenia, ale tylko chwilowe i nader rzadkie. Na ogół panuje niepodzielnie zbawienna niewiedza i niczym niezmącona ignorancja.
Życie jest łatwe, syte, niekiedy obfite. Jest kwintesencją pragnień zabiedzonego, zagłodzonego peerelowskiego stadła. Jest projekcją wrażeń, jakich zwykliśmy doznawać oglądając widokówki z odległych, egzotycznych krain. Praktycznie nie brakuje niczego, poza jednym – poczuciem rzeczywistości.
Nasze życie ma jedną tajemnicę – tabu niespełnionej wolności. Nie wolno o tym mówić, nie wolno o tym pisać, nie wolno o tym myśleć. Ten, który się zapomni, zagalopuje, zapędzi, rzec by można, w kozi róg, nie ucierpi fizycznie ale źle się zapisze w świadomości współplemieńców. Wichrzyciel – powiedzą, maniak – dodadzą, w najlepszym razie – niepoprawny malkontent.
Społeczeństwo jest jak zdradzony mąż, który ani pragnie aby wszyscy życzliwi przyjaciele przypominali mu, że jest rogaczem. Woli w zaślepieniu konstatować fizyczną i moralną piękność swojej towarzyszki, a nie rozpamiętywać, że został czy jest oszukiwany. To prawda niepotrzebna, niechciana, wręcz zgubna – może zrujnować życie, zapaskudzić mentalną kondycję. Czy uroda, uśmiech, deklaracja miłości, wierności i oddania nie są lepsze?
Społeczeństwo jest jak skazaniec, który do ostatniej swojej chwili pragnie delektować się smakiem doczesności. Dobre jedzenie, papieros, może chwila uniesienia w miłości. Byleby uciec od pożegnania, podsumowania, ostatecznego rachunku. Świadomość, że jego organy, serce, mózg przestaną za moment funkcjonować nie jest mu potrzebna, wręcz zabójcza. Nawet oprawca zamazuje do końca rzeczywistość, w imię litości. Prawda, po raz kolejny, okazuje się całkowicie nieprzydatna.
Jest lepiej, jeśli przymknąć oczy na rzeczywistość. Zapomnieć, że na prezydenckim stolcu przez dziesięć ostatnich lat zasiadał komunista, że przed nim był bezpieczniacki agent, a wcześniej ojciec stanu wojennego. Zapomnieć, że potrawy zaserwowane przy okrągłym stole od piętnastu lat odbijają się czkawką całego narodu. Zapomnieć, że biznesmen to w tym kraju synonim złodzieja, polityk to ktoś niegodny zaufania, ksiądz to archetyp grzesznika.
Można, oczywiście, chodzić układnie do kościoła, i grzecznie brać udział w kolejnych wyborczych farsach, tylko po co? Czy fałsz polityczny, duchowy, egzystencjalny rozsiewany z ambony przez prowincjonalnego makiawela w sutannie może przynieść ukojenie? Czy udział w wyborach, o których wiadomo na pewno, że nie są ani uczciwe, ani demokratyczne można uznać za sprawdzian obywatelskiej poczytalności?
Po co ten cały kamuflaż? Żeby być w zgodzie z naukami biskupa? Żeby Phenq ze szwagrem, przy wódce, móc przedyskutować ranking ulubionych skorumpowanych polityków? A może samemu chciałoby są zostać wójtem, burmistrzem, radnym? Robienie kariery rządzi się swoimi prawami. Na pewne rzeczy wypada przymknąć oko. Nie sposób pozostać prawiczkiem w gronie notorycznych gwałcicieli.
Nie wszyscy jednak pragną taplać się w błotku. Choć to teza niekiedy mocno dyskusyjna, po świecie spaceruje spora gromadka tzw. przyzwoitych ludzi. Gdzie oni są? Gdzie podziało się pragnienie sprawiedliwości, chęć odnalezienia prawdy? Wcale nierzadko usłyszeć można słowa, zasługujące na aplauz, ale zawsze prywatnie, pokątnie. Zupełnie jak gdyby prawda objęta została powszechnym embargiem.
W jaki sposób przerwać ten zaklęty krąg? Mówić prawdę? To nie wymaga wcale aż tak wielkiego wysiłku. Nie trzeba żmudnych badań, analiz ani drobiazgowego śledztwa. Prawda leży tuż, na wyciągnięcie dłoni. Już dawno wszystko zostało ujawnione, podane do publicznej wiadomości. Wystarczy tylko sięgnąć do własnej pamięci, skojarzyć podstawowe fakty.
Cały ten biedny naród jest najbezczelniej oszukiwany od dobrych piętnastu lat, to żadna tajemnica. Tajne rozmowy, fikcyjne strajki (żeby jakoś przygotować zestrachane społeczeństwo), kilka politycznych mordów, Magdalenka i okrągły stół, i kadłubowa Solidarność.
Kraj, który rzekomo odzyskał niepodległość, nie ma w tej chwili niepodległego rządu, niezależnej władzy ustawodawczej, niezawisłego wymiaru sprawiedliwości, a tzw. społeczeństwo jest notorycznie oszukiwane przez środki masowego przekazu, nad którymi pieczę sprawują beneficjenci okrągłostołowego porozumienia. Krytycy rodzimego poletka, którzy zwykli wskazywać na niewyobrażalny poziom korupcji i niekompetencji rządzących, popełniają bardzo poważny błąd. Tu nie o niegospodarność wcale idzie. Pieniądze, które płynną z narodowej kasy wezbranym strumieniem, trafiają w ręce fachowców i są odpowiednio pożytkowane. To one zapewniają odpowiednie funkcjonowanie umowy.
Nie chodzi o drobne: jakieś marne 2 miliony dolarów, które były komunistyczny kacyk, a ostatnio nawet premier miał przewozić w osobistej torbie z Moskwy do Warszawy, ani o rzekome 17 milionów, które znany producent filmowy miał wyłudzać od pewnej poczytnej, acz wyjątkowo zakłamanej (nawet jak na tutejsze stosunki), gazety. W istocie chodzi o miliardy, a pewnie i setki miliardów dolarów, które wypłynęły z naszej wspólnej, narodowej kasy w ciągu ostatnich kilkunastu lat.
Nie należy się jednak nadto gorączkować dziedziną materialną. Każde działanie polityczne, a więc także spisek o wymiarze globalnym, którego kraj nadwiślański jest jedynie mizerną cząstką, wymaga odpowiedniego finansowania. To kwestia techniczna, nie zasadnicza.
Z tego chociażby tytułu tzw. afery nie powinny być głównym przedmiotem zainteresowania współobywateli. O wiele wdzięczniejszym przedmiotem obserwacji mogą być kolejne rządy i stojące za nimi siły polityczne. I tu, niezależnie od zmienności szyldów i postaci, nasuwa się jeden generalny wniosek – wszystkie doskonale wpisują się w w kształt okrągłostołowej umowy. We wszystkich, bez wyjątku, roiło się od komunistów, komunistycznych paputczików, bezpieczniackich agentów, ludzi współtworzących dzieje peerelu w charakterze rządców i kontraktowych dysydentów. Nie należy zresztą powyższego zestawienia brać zbyt dosłownie. To tylko ilustracja. W polityce, powyżej pewnego poziomu, tam gdzie gra idzie o realne stołki i stanowiska, przynależność partyjna czy agenturalna traci swoje znaczenie. Liczą się intencje i czyny. To one decydują, że żyjemy w świecie w jakim żyjemy AD 2007. Zapomnijmy więc o tych czy innych etykietkach, z których większość można łatwo zdezawuować prostym i uniwersalnym stwierdzeniem – ludzie się zmieniają.
Najciekawszy w tym kontekście wydaje się casus Tadeusza Mazowieckiego, polityka dobrze zakorzenionego w realiach ustrojowych peerelu, który miał w momencie obejmowania urzędu premiera III RP, przynajmniej teoretycznie, możliwość zmiany całej swojej dotychczasowej praktyki politycznej. Nic takiego się nie stało. Co więcej, jako architekt grubej kreski słusznie może być uważany za symbol okrągłostołowego porozumienia oraz pilny strażnik zawartej umowy. Działalność pozostałych premierów ostatniego piętnastolecia także nie daje podstaw do snucia dywagacji na temat zmienności natury ludzkiej. Oni również okazali się wytrawnymi strażnikami umowy. Jedno jedyne odstępstwo od powyższej reguły wiąże się z krótkotrwałym premierostwem Jana Olszewskiego, który za niemrawą próbę ujawnienia części agentury został pozbawiony swojego urzędu w trybie zamachu stanu. Jego przypadek może być ważną wskazówką, gdzie przebiega granica lojalności.
Przejęcie majątku narodowego, zmonopolizowanie władzy wykonawczej i ustawodawczej, pozostawienie władzy sądowniczej w niezmienionym peerelowskim kształcie, wszystkie te kroki przesądziły o mizernej wegetacji ostatnich piętnastu lat. Jest jeszcze jeden element, który wpływa na kondycję społeczeństwa – nomenklaturowe zawłaszczenie środków masowego przekazu.
W latach osiemdziesiątych wydawało się (niestety było to tylko złudzenie), że społeczeństwo skutecznie przerwało blokadę informacyjną nałożoną przez komunistyczne władze. Wychodziły setki i tysiące podziemnych gazetek, czasopism, książek. Praktycznie każdy, kto tylko miał na to ochotę, mógł mieć dostęp do tych materiałów, często także zaprezentować własne poglądy w druku. Rok 1989, rok rzekomej wolności, radykalnie odmienił sytuację. Jedna po drugiej przestawały wychodzić gazetki, czasopisma, nawet książki drugiego obiegu okazywały się niepotrzebne. Wszak od maja 1989 roku cała opozycja zyskała swój wymarzony organ.
Trudno dociec na czym polegał fenomen roku 1989. Społeczeństwo, które przynajmniej w jakiejś drobnej cząstce aspirowało do wolności, niepodległości, zrzucenia komunistycznego jarzma z zadziwiającą łatwością przyjęło kolektywną sztampę. Jedna gazeta, jeden lider i my. Oczywiście, niebagatelne znaczenie miał tu spisek i umiejętnie poprowadzona gra psychologiczna, dzięki której najbardziej nieprzejednani antykomuniści dali się skusić obietnicom demokratycznych przemian. Zwodnicza dychotomia – my i oni – zdała egzamin. Zatriumfował solidaryzm, jednomyślność i irracjonalna wiara w zbiorowy narodowy rozum. Nawet wątłe i niezbyt liczne środowiska antykomunistyczne zaczęły kruszyć się i rozpadać pod naporem zbiorowego dyktatu. Owszem, nie było krwi na ulicach, szubienic, linczów, wszystkich makabrycznych eksponatów wielkich historycznych zdarzeń. Ale nie było też żadnej rewolucji, żadnego przełomu.
Zaczęła się ewolucja, a więc dostosowywanie starego do nowych warunków. Okazało się wówczas jak bardzo pojemne i zmienne jest pojęcie my. Ujmując rzecz w perspektywie dziejowej, oni ewaporowali w ciągu jednej chwili, a wszyscy dotychczasowi funkcjonariusze systemu przemienili się w szczerych demokratów. Komitety partyjne i urzędy, sądy i komendy obywatelskiej milicji, uczelnie i szkoły, w ciągu jednej chwili zaroiły się ludźmi miłującymi wolność.
W tej aurze powszechnego entuzjazmu, powszechnego pędu w całkiem nowym, egzotycznym kierunku, nie mogło zabraknąć jeszcze jednego gatunku – ludzi miłujących prawdę. I tu nastąpił, kto wie czy nie największy, fenomen koncesjonowanej rewolucji. Od szeregowych dziennikarzy poczynając, przez szefów działów i naczelnych, funkcjonariuszy prasy lokalnej, wojewódzkiej, centralnej, towarzyszy radiowych i telewizyjnych, aż po samych cenzorów nawet, wszyscy, bez jednego odstępstwa, okazali się najszczerszymi orędownikami wolności wypowiedzi. Czyż nie był to ostateczny cios dla komunistycznego, zdawałoby się, monolitu?
Otóż, nie. Jeśli od piętnastu lat nie możemy przeczytać jednego prawdziwego słowa, usłyszeć lub oglądnąć jednej prawdziwej relacji, zawdzięczamy to tej właśnie niezwykłej metamorfozie. Cały aparat propagandowy komunistycznego państwa pozostał nietknięty. Te same tytuły (niekiedy tylko śmiesznie modyfikowane), ci sami ludzie. Jeśli nawet pojawiają się nowe twarze, to i tak, zanim przystąpią do pracy, muszą przejść swoistą weryfikację, nazwijmy ją, ideową.
Kto śmie mówić o wolności w tym smutnym kraju, w którym rząd, policja, wymiar sprawiedliwości, informacja wciąż spoczywają w komunistycznych rękach?
Jest jeszcze jeden aktor, autorytet, pośrednik, ale także beneficjent okrągłostołowego spisku. Kościół katolicki. Wielka instytucja, która przez stulecia stanowiła opokę, na której budowano jedność tego narodu. Siła moralna i duchowa, siła sprzeciwu wobec nieprawości.
Wielcy papieże w licznych encyklikach ostro potępiali bezbożny komunizm: Pius IX, Leon XIII, Pius XI, Pius XII. Jeszcze pół wieku temu za współpracę z komunistami katolik mógł zostać ukarany ekskomuniką. Stare dzieje. Już następca ostatniego antykomunisty na tronie piotrowym, Jan XXIII rozpoczął cichy flirt z komunistami. Kolejni papieże konsekwentnie podążali tym śladem. Czy była to chęć udzisiejszania oblicza współczesnego Kościoła, czy przygotowanie misji ekumenicznej na Wschodzie, czy zgoła jeszcze inne pobudki, to w tym miejscu nie ma większego znaczenia. Istotne, że w wyniku niejakiej ewolucji bezbożny, do niedawna, komunizm przedzierzgnął się w cichego, niekiedy, sojusznika.
Na gruncie rodzimym sprawy nie kształtowały się inaczej, a jeśli, to raczej jeszcze gorzej. Posągowa postać peerelowskiego katolicyzmu, kardynał Wyszyński, nie stronił od kolaboracji z komunizmem jeszcze za życia Piusa XII. Wzywał do głosowania na komunistów, narzucał politycznej emigracji duszpasterzy, nie cofnął się nawet przed nazwaniem peerelowskiego potworka Wolną Polską.
Współuczestniczący w okrągłostołowej biesiadzie hierarchowie byli, można więc mniemać, dobrze przygotowani do podjęcia współpracy na nowej płaszczyźnie. Znali środowiska, kontrahenta, wiedzieli z pewnością także, że nie wyjdą z pustymi rękami. Zrobili i robią wszystko aby wywiązać się z zawartej umowy.
Gdybym dziś spotkał swojego przyjaciela, wiedziałbym już co odpowiedzieć. Powiedziałbym, że podzielam jego ironię, sarkazm, grobowy nastrój. Nie tylko nie wygraliśmy wolności, ale utraciliśmy także świadomość własnego zniewolenia. Nie mamy celu, nie znamy kierunku, nie wiemy dokąd prowadzi droga. Odebrano nam chęć walki i świadomość przegranej. Nie tęsknimy do wolności, nie pragniemy zwycięstwa, nie mamy złudnej nadziei. Czyżby istotnie, tak było lepiej?


Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej! Wydanie II
Wydanie zawiera fragmenty Dzienników George’a Racey’a Jordana.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.