Autor: Dariusz Rohnka
Tytuł: Wielkie Arrangement
Wydawca: Wydawnictwo Podziemne
Ilość stron: 230
Oprawa: miękka
Wymiar: 148 x 210 mm
ISBN: 978-83-926300-0-5
O wyznaczonej godzinie zebrał się ogromny tłum, złożony z przedstawicieli wszystkich warstw społeczeństwa, i zatrzymał się przed kościołem, którego podwoje były zamknięte. Zapadał mrok, i wieczór listopadowy spływał na miasto. Tłum stał i czekał. Nagle fronton kościoła i stojącą przed nim figurę Matki Boskiej zaczęto oświetlać mnóstwem jarzących się świec i lampek. Młodzież klękła na ulicy, a cały tłum poszedł za tym przykładem. Wtedy Nowakowski olbrzymim głosem zaintonował zapomnianą podówczas pieśń: ‚Boże, coś Polskę’…
Artur Śliwiński, Powstanie styczniowe.
Jest po prostu lepiej!
Mieszkający za granicą przyjaciel zadał mi wiele lat temu podchwytliwe pytanie: Jak ci się zdaje – zapytał – czy teraz, gdy komunizm nominalnie upadł, pozbył się namacalnych insygniów władzy, wprowadził niby to ‚demokrację’, czy życie stało się łatwiejsze, przyjemniejsze, mniej uciążliwe? Czy nie jest po prostu lepiej?
Obruszyłem się, niemal obraziłem, momentalnie wyczułem, że pytanie nie było neutralne. Przeciwnie, nasycone jadowitą intencją. Mój przyjaciel zdawał się mówić, wcale nie po przyjacielsku: Jako naturze wegetatywnej musi być ci dobrze w owym smrodku uświęconego spokoju, w pozorze wywalczonej wolności, w tłumie ogłupiałego entuzjazmem narodu!
Postanowiłem sobie jednak nie wybuchać, zachować pozór spokoju, nawet uśmiechnąć się. Zrozumiałem, że przez mojego przyjaciela przemawia słuszny gniew. Że to, co mówi, nie jest skierowane bezpośrednio do mnie, jest przy tym emanacją żałosnej bezsilności. I najważniejsze: w jego bezczelnym pytaniu tkwi atom słuszności.
Bo rzeczywiście – żyje się jakby lepiej. Codziennie oglądam twarze uszczęśliwionych rodaków. Gdyby nie tak powszechna bieda, a może tylko brak luksusu, ich życie mogłoby być przykładem beztroskiej błogości. Mają swoją Polskę, swoją tożsamość, urojone prawo do szermowania wolnością. Widać to wyraźnie w codziennych dyskusjach, w debatach o skorumpowanych rządach, o drobnych świństewkach na szczeblach władzy, w pasji debatowania o kolejnych aferach, nieudolności i głupocie rządzących. Że są przedmiotem manipulacji, eksperymentu, podmiotem wirtualnej demokracji zdaje się nie przychodzić im na myśl. Czasem wydaje się, że można dostrzec jakiś przebłysk, drobny przejaw embrionalnej świadomości, jakby ukąszenie komara, które powoduje nagłe, krótkotrwałe przebudzenia, ale tylko chwilowe i nader rzadkie. Na ogół panuje niepodzielnie zbawienna niewiedza i niczym niezmącona ignorancja.
Życie jest łatwe, syte, niekiedy obfite. Jest kwintesencją pragnień zabiedzonego, zagłodzonego peerelowskiego stadła. Jest projekcją wrażeń, jakich zwykliśmy doznawać oglądając widokówki z odległych, egzotycznych krain. Praktycznie nie brakuje niczego, poza jednym – poczuciem rzeczywistości.
Nasze życie ma jedną tajemnicę – tabu niespełnionej wolności. Nie wolno o tym mówić, nie wolno o tym pisać, nie wolno o tym myśleć. Ten, który się zapomni, zagalopuje, zapędzi, rzec by można, w kozi róg, nie ucierpi fizycznie ale źle się zapisze w świadomości współplemieńców. Wichrzyciel – powiedzą, maniak – dodadzą, w najlepszym razie – niepoprawny malkontent.
Społeczeństwo jest jak zdradzony mąż, który ani pragnie aby wszyscy życzliwi przyjaciele przypominali mu, że jest rogaczem. Woli w zaślepieniu konstatować fizyczną i moralną piękność swojej towarzyszki, a nie rozpamiętywać, że został czy jest oszukiwany. To prawda niepotrzebna, niechciana, wręcz zgubna – może zrujnować życie, zapaskudzić mentalną kondycję. Czy uroda, uśmiech, deklaracja miłości, wierności i oddania nie są lepsze?
Społeczeństwo jest jak skazaniec, który do ostatniej swojej chwili pragnie delektować się smakiem doczesności. Dobre jedzenie, papieros, może chwila uniesienia w miłości. Byleby uciec od pożegnania, podsumowania, ostatecznego rachunku. Świadomość, że jego organy, serce, mózg przestaną za moment funkcjonować nie jest mu potrzebna, wręcz zabójcza. Nawet oprawca zamazuje do końca rzeczywistość, w imię litości. Prawda, po raz kolejny, okazuje się całkowicie nieprzydatna.
Jest lepiej, jeśli przymknąć oczy na rzeczywistość. Zapomnieć, że na prezydenckim stolcu przez dziesięć ostatnich lat zasiadał komunista, że przed nim był bezpieczniacki agent, a wcześniej ojciec stanu wojennego. Zapomnieć, że potrawy zaserwowane przy okrągłym stole od piętnastu lat odbijają się czkawką całego narodu. Zapomnieć, że biznesmen to w tym kraju synonim złodzieja, polityk to ktoś niegodny zaufania, ksiądz to archetyp grzesznika.
Można, oczywiście, chodzić układnie do kościoła, i grzecznie brać udział w kolejnych wyborczych farsach, tylko po co? Czy fałsz polityczny, duchowy, egzystencjalny rozsiewany z ambony przez prowincjonalnego makiawela w sutannie może przynieść ukojenie? Czy udział w wyborach, o których wiadomo na pewno, że nie są ani uczciwe, ani demokratyczne można uznać za sprawdzian obywatelskiej poczytalności?
Po co ten cały kamuflaż? Żeby być w zgodzie z naukami biskupa? Żeby Phenq ze szwagrem, przy wódce, móc przedyskutować ranking ulubionych skorumpowanych polityków? A może samemu chciałoby są zostać wójtem, burmistrzem, radnym? Robienie kariery rządzi się swoimi prawami. Na pewne rzeczy wypada przymknąć oko. Nie sposób pozostać prawiczkiem w gronie notorycznych gwałcicieli.
Nie wszyscy jednak pragną taplać się w błotku. Choć to teza niekiedy mocno dyskusyjna, po świecie spaceruje spora gromadka tzw. przyzwoitych ludzi. Gdzie oni są? Gdzie podziało się pragnienie sprawiedliwości, chęć odnalezienia prawdy? Wcale nierzadko usłyszeć można słowa, zasługujące na aplauz, ale zawsze prywatnie, pokątnie. Zupełnie jak gdyby prawda objęta została powszechnym embargiem.
W jaki sposób przerwać ten zaklęty krąg? Mówić prawdę? To nie wymaga wcale aż tak wielkiego wysiłku. Nie trzeba żmudnych badań, analiz ani drobiazgowego śledztwa. Prawda leży tuż, na wyciągnięcie dłoni. Już dawno wszystko zostało ujawnione, podane do publicznej wiadomości. Wystarczy tylko sięgnąć do własnej pamięci, skojarzyć podstawowe fakty.
Cały ten biedny naród jest najbezczelniej oszukiwany od dobrych piętnastu lat, to żadna tajemnica. Tajne rozmowy, fikcyjne strajki (żeby jakoś przygotować zestrachane społeczeństwo), kilka politycznych mordów, Magdalenka i okrągły stół, i kadłubowa Solidarność.
Kraj, który rzekomo odzyskał niepodległość, nie ma w tej chwili niepodległego rządu, niezależnej władzy ustawodawczej, niezawisłego wymiaru sprawiedliwości, a tzw. społeczeństwo jest notorycznie oszukiwane przez środki masowego przekazu, nad którymi pieczę sprawują beneficjenci okrągłostołowego porozumienia. Krytycy rodzimego poletka, którzy zwykli wskazywać na niewyobrażalny poziom korupcji i niekompetencji rządzących, popełniają bardzo poważny błąd. Tu nie o niegospodarność wcale idzie. Pieniądze, które płynną z narodowej kasy wezbranym strumieniem, trafiają w ręce fachowców i są odpowiednio pożytkowane. To one zapewniają odpowiednie funkcjonowanie umowy.
Nie chodzi o drobne: jakieś marne 2 miliony dolarów, które były komunistyczny kacyk, a ostatnio nawet premier miał przewozić w osobistej torbie z Moskwy do Warszawy, ani o rzekome 17 milionów, które znany producent filmowy miał wyłudzać od pewnej poczytnej, acz wyjątkowo zakłamanej (nawet jak na tutejsze stosunki), gazety. W istocie chodzi o miliardy, a pewnie i setki miliardów dolarów, które wypłynęły z naszej wspólnej, narodowej kasy w ciągu ostatnich kilkunastu lat.
Nie należy się jednak nadto gorączkować dziedziną materialną. Każde działanie polityczne, a więc także spisek o wymiarze globalnym, którego kraj nadwiślański jest jedynie mizerną cząstką, wymaga odpowiedniego finansowania. To kwestia techniczna, nie zasadnicza.
Z tego chociażby tytułu tzw. afery nie powinny być głównym przedmiotem zainteresowania współobywateli. O wiele wdzięczniejszym przedmiotem obserwacji mogą być kolejne rządy i stojące za nimi siły polityczne. I tu, niezależnie od zmienności szyldów i postaci, nasuwa się jeden generalny wniosek – wszystkie doskonale wpisują się w w kształt okrągłostołowej umowy. We wszystkich, bez wyjątku, roiło się od komunistów, komunistycznych paputczików, bezpieczniackich agentów, ludzi współtworzących dzieje peerelu w charakterze rządców i kontraktowych dysydentów. Nie należy zresztą powyższego zestawienia brać zbyt dosłownie. To tylko ilustracja. W polityce, powyżej pewnego poziomu, tam gdzie gra idzie o realne stołki i stanowiska, przynależność partyjna czy agenturalna traci swoje znaczenie. Liczą się intencje i czyny. To one decydują, że żyjemy w świecie w jakim żyjemy AD 2007. Zapomnijmy więc o tych czy innych etykietkach, z których większość można łatwo zdezawuować prostym i uniwersalnym stwierdzeniem – ludzie się zmieniają.
Najciekawszy w tym kontekście wydaje się casus Tadeusza Mazowieckiego, polityka dobrze zakorzenionego w realiach ustrojowych peerelu, który miał w momencie obejmowania urzędu premiera III RP, przynajmniej teoretycznie, możliwość zmiany całej swojej dotychczasowej praktyki politycznej. Nic takiego się nie stało. Co więcej, jako architekt grubej kreski słusznie może być uważany za symbol okrągłostołowego porozumienia oraz pilny strażnik zawartej umowy. Działalność pozostałych premierów ostatniego piętnastolecia także nie daje podstaw do snucia dywagacji na temat zmienności natury ludzkiej. Oni również okazali się wytrawnymi strażnikami umowy. Jedno jedyne odstępstwo od powyższej reguły wiąże się z krótkotrwałym premierostwem Jana Olszewskiego, który za niemrawą próbę ujawnienia części agentury został pozbawiony swojego urzędu w trybie zamachu stanu. Jego przypadek może być ważną wskazówką, gdzie przebiega granica lojalności.
Przejęcie majątku narodowego, zmonopolizowanie władzy wykonawczej i ustawodawczej, pozostawienie władzy sądowniczej w niezmienionym peerelowskim kształcie, wszystkie te kroki przesądziły o mizernej wegetacji ostatnich piętnastu lat. Jest jeszcze jeden element, który wpływa na kondycję społeczeństwa – nomenklaturowe zawłaszczenie środków masowego przekazu.
W latach osiemdziesiątych wydawało się (niestety było to tylko złudzenie), że społeczeństwo skutecznie przerwało blokadę informacyjną nałożoną przez komunistyczne władze. Wychodziły setki i tysiące podziemnych gazetek, czasopism, książek. Praktycznie każdy, kto tylko miał na to ochotę, mógł mieć dostęp do tych materiałów, często także zaprezentować własne poglądy w druku. Rok 1989, rok rzekomej wolności, radykalnie odmienił sytuację. Jedna po drugiej przestawały wychodzić gazetki, czasopisma, nawet książki drugiego obiegu okazywały się niepotrzebne. Wszak od maja 1989 roku cała opozycja zyskała swój wymarzony organ.
Trudno dociec na czym polegał fenomen roku 1989. Społeczeństwo, które przynajmniej w jakiejś drobnej cząstce aspirowało do wolności, niepodległości, zrzucenia komunistycznego jarzma z zadziwiającą łatwością przyjęło kolektywną sztampę. Jedna gazeta, jeden lider i my. Oczywiście, niebagatelne znaczenie miał tu spisek i umiejętnie poprowadzona gra psychologiczna, dzięki której najbardziej nieprzejednani antykomuniści dali się skusić obietnicom demokratycznych przemian. Zwodnicza dychotomia – my i oni – zdała egzamin. Zatriumfował solidaryzm, jednomyślność i irracjonalna wiara w zbiorowy narodowy rozum. Nawet wątłe i niezbyt liczne środowiska antykomunistyczne zaczęły kruszyć się i rozpadać pod naporem zbiorowego dyktatu. Owszem, nie było krwi na ulicach, szubienic, linczów, wszystkich makabrycznych eksponatów wielkich historycznych zdarzeń. Ale nie było też żadnej rewolucji, żadnego przełomu.
Zaczęła się ewolucja, a więc dostosowywanie starego do nowych warunków. Okazało się wówczas jak bardzo pojemne i zmienne jest pojęcie my. Ujmując rzecz w perspektywie dziejowej, oni ewaporowali w ciągu jednej chwili, a wszyscy dotychczasowi funkcjonariusze systemu przemienili się w szczerych demokratów. Komitety partyjne i urzędy, sądy i komendy obywatelskiej milicji, uczelnie i szkoły, w ciągu jednej chwili zaroiły się ludźmi miłującymi wolność.
W tej aurze powszechnego entuzjazmu, powszechnego pędu w całkiem nowym, egzotycznym kierunku, nie mogło zabraknąć jeszcze jednego gatunku – ludzi miłujących prawdę. I tu nastąpił, kto wie czy nie największy, fenomen koncesjonowanej rewolucji. Od szeregowych dziennikarzy poczynając, przez szefów działów i naczelnych, funkcjonariuszy prasy lokalnej, wojewódzkiej, centralnej, towarzyszy radiowych i telewizyjnych, aż po samych cenzorów nawet, wszyscy, bez jednego odstępstwa, okazali się najszczerszymi orędownikami wolności wypowiedzi. Czyż nie był to ostateczny cios dla komunistycznego, zdawałoby się, monolitu?
Otóż, nie. Jeśli od piętnastu lat nie możemy przeczytać jednego prawdziwego słowa, usłyszeć lub oglądnąć jednej prawdziwej relacji, zawdzięczamy to tej właśnie niezwykłej metamorfozie. Cały aparat propagandowy komunistycznego państwa pozostał nietknięty. Te same tytuły (niekiedy tylko śmiesznie modyfikowane), ci sami ludzie. Jeśli nawet pojawiają się nowe twarze, to i tak, zanim przystąpią do pracy, muszą przejść swoistą weryfikację, nazwijmy ją, ideową.
Kto śmie mówić o wolności w tym smutnym kraju, w którym rząd, policja, wymiar sprawiedliwości, informacja wciąż spoczywają w komunistycznych rękach?
Jest jeszcze jeden aktor, autorytet, pośrednik, ale także beneficjent okrągłostołowego spisku. Kościół katolicki. Wielka instytucja, która przez stulecia stanowiła opokę, na której budowano jedność tego narodu. Siła moralna i duchowa, siła sprzeciwu wobec nieprawości.
Wielcy papieże w licznych encyklikach ostro potępiali bezbożny komunizm: Pius IX, Leon XIII, Pius XI, Pius XII. Jeszcze pół wieku temu za współpracę z komunistami katolik mógł zostać ukarany ekskomuniką. Stare dzieje. Już następca ostatniego antykomunisty na tronie piotrowym, Jan XXIII rozpoczął cichy flirt z komunistami. Kolejni papieże konsekwentnie podążali tym śladem. Czy była to chęć udzisiejszania oblicza współczesnego Kościoła, czy przygotowanie misji ekumenicznej na Wschodzie, czy zgoła jeszcze inne pobudki, to w tym miejscu nie ma większego znaczenia. Istotne, że w wyniku niejakiej ewolucji bezbożny, do niedawna, komunizm przedzierzgnął się w cichego, niekiedy, sojusznika.
Na gruncie rodzimym sprawy nie kształtowały się inaczej, a jeśli, to raczej jeszcze gorzej. Posągowa postać peerelowskiego katolicyzmu, kardynał Wyszyński, nie stronił od kolaboracji z komunizmem jeszcze za życia Piusa XII. Wzywał do głosowania na komunistów, narzucał politycznej emigracji duszpasterzy, nie cofnął się nawet przed nazwaniem peerelowskiego potworka Wolną Polską.
Współuczestniczący w okrągłostołowej biesiadzie hierarchowie byli, można więc mniemać, dobrze przygotowani do podjęcia współpracy na nowej płaszczyźnie. Znali środowiska, kontrahenta, wiedzieli z pewnością także, że nie wyjdą z pustymi rękami. Zrobili i robią wszystko aby wywiązać się z zawartej umowy.
Gdybym dziś spotkał swojego przyjaciela, wiedziałbym już co odpowiedzieć. Powiedziałbym, że podzielam jego ironię, sarkazm, grobowy nastrój. Nie tylko nie wygraliśmy wolności, ale utraciliśmy także świadomość własnego zniewolenia. Nie mamy celu, nie znamy kierunku, nie wiemy dokąd prowadzi droga. Odebrano nam chęć walki i świadomość przegranej. Nie tęsknimy do wolności, nie pragniemy zwycięstwa, nie mamy złudnej nadziei. Czyżby istotnie, tak było lepiej?
Najnowsze komentarze