Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Przed trzema laty z górą opublikowaliśmy artykuł pt. Europa się wędzi. Sytuacja w Niuni Europejskiej była zła, ale przewidywaliśmy jej zasadnicze pogorszenie. Bliższą przyczyną kryzysu w Europie było wbicie europejskiej gospodarki na złoty hak €uro, ale dalszych przyczyn upatrywaliśmy w oparach bojowego Gazpromu, który był niczym więcej jak przejrzystą metaforą sowieckich zakusów na Europę.

Analiza sytuacji w Europie zarysowana w styczniu 2009 roku wydaje mi się nadal słuszna. Zajmijmy się zatem szczegółami typowymi dla czerwca 2012. Przede wszystkim, przyjrzeć się musimy Grecji. Czy jest rzeczywiście możliwe, żeby niewielki kraj na peryferiach kontynentu miał doprowadzić potężną i bogatą Europę do upadku?

Nie podlega dyskusji, że Grecja jest od dawna państwem „dysfunkcjonalnym” (brr, okropne słowo), od wielu lat pozbawionym zasadniczych cech współczesnego państwa, tj. przede wszystkim władzy wykonawczej, która potrafiłaby np. stworzyć skuteczny mechanizm zbierania podatków, oraz legislatury, której prawa byłyby szanowane. Od niedawna Grecja jest pozbawiona parlamentu, rządu, a nawet niezależnego sądownictwa, odkąd sędzia sądu najwyższego pełni obowiązki premiera. Rzecz jasna, z mojej podziemnej i reakcyjnej perspektywy, im mniej państwa, tym lepiej. Nie zbierają podatków? Znakomicie! To znaczy, że nie mogą włazić wolnemu człowiekowi z butami do łóżka. Ba! ale w Grecji jest inaczej. Tłumy manifestują na rzecz jak największego udziału tego upadłego „państwa” w ich życiu. Grecy zdają się pragnąć państwa, na które łożyć nie trzeba, ale które daje wszystko za darmo. Wczesne emerytury, subsydiowany transport publiczny, wysokie płace na państwowych posadach – jednym słowem, socjalizm albo „każdemu wedle jego potrzeb”. Tak długo tańczyli w rytm bouzouki i radośnie tłukli talerze na cudzy rachunek, że teraz nie podoba im się, kiedy trzeba za tę zabawę zapłacić. Zanim jednak z pogardą wyśmiejemy greckie mrzonki, warto chyba zwrócić uwagę, że schylenie się by podnieść leżący na trotuarze banknot, nie jest zbrodnią ani grzechem. Greccy politycy brali pełnymi garściami od europejskich komisarzy ludowych i rozdawali swemu elektoratowi łapówki w postaci wczesnych emerytur, dotacji, subsydiów, a i sami ustawili się niezgorzej. Wina leży nie po stronie tych co brali, a tych co dawali.

Rozdawanie pieniędzy na lewo i prawo ma zazwyczaj dwa skutki: powoduje inflację i dewaluację, a w dalszej konsekwencji podniesienie stopy procentowej i zasłużony upadek rządu, który doprowadził był do monetarnej sraczki. I w tym właśnie tkwi problem: skoro grecka waluta nie może być zdewaluowana, ani nie ma tam inflacji (płace są za wysokie i spadają), to grecka gospodarka jest jak kocioł pozbawiony wentyla bezpieczeństwa – wiadomo niestety, jak takie kotły kończą. Nic zatem dziwnego, że grecki elektorat – postawiony wobec wyboru między Scyllą drakońskich cięć i drastycznych oszczędności, a Charybdą porzucenia €uro i powrotu do drachmy, które równałoby się oddaniu decyzji monetarnych w ręce ich własnych skorumpowanych polityków (co oczywiście nie jest jedynym złym następstwem, ale jedynym, które nie ma żadnych dobrych stron) – nie może zdecydować, na które partie głosować.

Ale dlaczego aż tak bardzo koncentrujemy się na Grecji? Francuzi i Włosi mogą otrzymać państwową emeryturę jeszcze wcześniej niż Grecy. Francuskie rolnictwo jest subsydiowane w stopniu nieznanym nawet Grekom. Rządy w wielu krajach Niuni są zadłużone po uszy i gdyby nie było Grecji, to bylibyśmy w tym samym miejscu, ponieważ współczesna Europa jest jednym słowem socjalistyczna, a socjalistom zawsze w końcu braknie cudzych pieniędzy. Kiedy nie mają kogo opodatkować, socjaliści pożyczają pieniądze na rynku, a kiedy rynek nie wierzy ich gwarancjom i ceny wystawionych przez socjalistów obligacji lecą na pysk, podnosząc tym samym koszt dalszych pożyczek, to socjaliści mają w zwyczaju winić „spekulantów”. Patron socjalistów, Wołodia Ilicz, domagał się słusznie, by „spekulantów rozstrzeliwać na miejscu”.

Nadchodzące (drugie w ciągu sześciu tygodni) wybory w Grecji mają być rzekomo rubikonem, przekroczenie którego musi wywołać jeden z dwóch skutków: albo Europa pogrąży się anarchii, albo zwróci się ku federacji.

Sytuacja gospodarcza Grecji jest tak fatalna, że jedynym wyjściem byłaby deregulacja, obniżenie podatków i dewaluacja, przy jednoczesnej dramatycznej redukcji państwa, ale żaden z tych kroków nie może być podjęty wewnątrz Niuni, bo nie zezwolą na to europejskie instytucje. Wyobraźmy sobie następujący scenariusz: w dzień po nadchodzących wyborach junta czarnych pułkowników – koniecznie w ciemnych okularach – dokonuje przewrotu i obejmuje władzę w Grecji. Niunia odpowiada zawieszeniem członkostwa Grecji i zatrzymaniem subsydiów, bo tylko demokraci mogą mieć dostęp do demokratycznego raju. Ale pułkownicy odmawiają płacenia długów, przez co zdejmują ogromny ciężar z barków greckiej gospodarki, można wreszcie obciąć podatki, a drachma jest tak tania, że nikt nie chce jechać na wakacje do Hiszpanii, która pozostaje wciąż wbita na (coraz mniej złocisty) hak €uro. A jakie byłyby skutki poza Grecją? Upadają banki w całej Europie, ponieważ to one pożyczyły pieniądze Grecji i innym. Rzecz jasna, w dzisiejszych czasach wszystkiemu winne są banki, więc niech sobie upadają, tylko że na systemie bankowym opiera się współczesna fikcja tzw. fiat walut – czyli walut opartych na sztuczce prestidigitatorskiej: „ten oto kawałek papieru zwany banknotem jest wart tyle, ile ja mówię, tylko dlatego ŻE ja tak mówię…” Jednym „stań się” z mocy centralnego bankiera stoi współczesny system finansowy, więc upadek banków oznacza koniec dobrobytu i wygód, do jakich wszyscy przywykliśmy, choć na pewno nie oznacza końca świata. Prywatni inwestorzy zdeponowali w bankach wewnątrz strefy €uro prawie 6 bilionów €uro – żaden rząd nie ma wystarczającej ilości gotówki, żeby gwarantować takie sumy. Co rzekłszy, nawet jeśli centralny bank europejski zdoła zażegnać groźbę natychmiastowej katastrofy (co jest możliwe i prawdopodobne), to niebezpieczeństwo dla Niuni pozostaje zupełnie oczywiste: w imię czego Włochy, Portugalia, Hiszpania, Irlandia, a nawet Francja, miałyby nie pójść tą samą drogą co Grecja? Wydaje mi się zrozumiałe, że brukselska rada komisarzy ludowych nie może na to pozwolić.

Stąd drugie rozwiązanie, druga możliwa konsekwencja greckich wyborów: federacja. Skoro grecki – albo włoski, irlandzki, portugalski itd. – elektorat nie ufa swoim własnym politykom w kwestiach ekonomicznych, to niech zda się na brukselski sownarkom. Innymi słowy: koniec fikcji suwerennych państw.

Ale właściwie co w tym złego? Wielu wybitnych ludzi nawoływało do stworzenia „Stanów Zjednoczonych Europy”, gdyż ich zdaniem, tylko taki federacyjny organizm zapewnić może Staremu Kontynentowi rolę na zmieniającej się globalnej scenie politycznej. Wobec monolitycznych potęg na wschodzie i militarystycznego molocha po drugiej stronie Atlantyku (a tak właśnie jawi się europejskim politykom Ameryka), tylko zjednoczona Europa może się ostać. Pomocne głosy amerykańskie przypominają, że federalny rząd nie musi być rządem autokratycznym, że moment w amerykańskiej historii, gdy federalny rząd zgodził się gwarantować długi poszczególnych stanów, był momentem postępu ku lepszemu. Grecy odpowiadają na to entuzjastycznie, że z chęcią zagwarantują niemieckie obligacje rządowe… Widać z tego od razu, że problem nie jest natury ekonomicznej, ani nawet finansowej, ale politycznej: jedyną logiczną konsekwencją unii monetarnej MUSI być unia polityczna.

Albo może ściślej byłoby powiedzieć tak: bezpośrednia przyczyna kryzysu tkwi w absurdalności €uro, a jednak zarówno najgłębsze źródła jak i konsekwencje tego absurdu są polityczne. €uro musiało w nieunikniony sposób doprowadzić do sytuacji, gdzie Grecja i Hiszpania mają rekordowo wysokie bezrobocie, a Niemcy rekordowo niskie; kiedy Włochy i Irlandia są zarżnięte przez mocne €uro i wysokie koszty kapitału, a Niemcy kwitną, bo oprocentowanie pożyczek niskie i niemiecki eksport tani, gdyż €uro jest o wiele słabsze niż byłaby niemiecka marka. Ale z drugiej strony, jakkolwiek dobrze powodzi się niemieckim podatnikom, to nie zamierzają wcale fundować wczesnych emerytur nierobom z ciepłych krajów, ani gwarantować tanich pożyczek dla ich skorumpowanych rządów; jakkolwiek źle się powodzi podatnikom poza Niemcami, to nie ufają wcale swoim własnym rządom, że wyciągnąć ich mogą z tarapatów.

Poszczególne rządy wewnątrz Niuni europejskiej mają od lat poważny problem z legitymizacją decyzji brukselskiego sownarkomu, a trudność potęguje się wewnątrz strefy €uro. Chodzi rzecz jasna o powikłany szkopuł suwerenności państwowej. Politycy europejscy nie lubią mówić na ten temat, więc wymyślili koncept „dzielenia się suwerennością” (pooled sovereignty). Ale dla każdego myślącego człowieka musi być oczywiste, że państwo, które oddało dobrowolnie część swojej suwerenności innej organizacji, nie jest już suwerenne.

Lewicowi krytycy widzą w tym zjawisku niedostatki europejskiej demokracji i nazywają je „demokratycznym deficytem”. Rozwiązania upatrują w bezpośredniej demokracji paneuropejskiej, gdzie operetkowy parlament w Strasburgu otrzymałby pełną władzę prawodawczą i z niego wyłoniony byłby dopiero paneuropejski rząd, który zastąpić by miał „niedemokratyczną” radę komisarzy ludowych w Brukseli.

Rozważaliśmy często na tej stronie problemy suwerenności (choć głównie w kontekście prlowskim): w dyskusji z Adamem Dankiem, w polemice ze Ściosem, w wielokrotnych potyczkach z Sonią Bellechasse itp., nie będę więc wchodził w szczegóły. Dość powiedzieć, że mam tu na myśli wyłącznie suwerenność państwową w sensie wąskim i zewnętrznym, nie wnikam więc w ontyczny status suwerena ani w źródła suwerenności (choć wrócę do tego jeszcze poniżej), a mówię tylko o autonomiczności państwa wobec innych państw oraz struktur ponadpaństwowych. Czy tak rozumiana suwerenność jest warta sporu? Nawet gdyby współczesne państwo greckie utraciło władzę stanowienia podatków i pożyczania pieniędzy, czy byłby to casus belli dla Greków?

Józef Mackiewicz pisał po wielekroć, że osobista wolność jest ważniejsza od państwowej suwerenności. Wypowiadał podobne zdanie, pisząc o życiu w „niewoli carskiej” i porównując je z życiem w przedwojennej wolnej Polsce. To straszna konstatacja, że było więcej wolności pod cesarskim knutem niż w nacjonalistycznych demokracjach, że na ruinach europejskich monarchii stworzono „suwerenne państwa”, które okazały się więzieniami.

Czy rozśpiewany, ukwiecony Wiedeń Franciszków Józefów moglibyśmy porównać do jego dzisiejszej manii samobójstw?! Czy straszny pruski ‘junkryzm’ sprzed 1914 roku do ‘heilhitleryzmu’ ograniczeń obywatelskich’? Czy monarchia Wiktora Emanuela bardziej ciążyła obywatelom włoskim, zanim przyszedł faszyzm Mussoliniego?”

Mackiewicz pisał te słowa w kwietniu 1939 roku, ale i dziś, tak jak wówczas, nie trzeba czynić złotego cielca z suwerenności państwowej i padać przed nią na twarz. Jeśli Grekom, Portugalczykom i Francuzom ma być lepiej w sfederalizowanej Europie, to niech sobie mają. Zupełnie tak samo, jak lepiej żyje się obywatelom dzisiejszego prlu niż to drzewiej bywało, więc niby dlaczego mają się przejmować niesuwerennością okrągłostołowej respubliki? (Pozostawiam na boku kwestię, czy jest to tylko wolność pozorna, czy mamy tu do czynienia wyłącznie z wrażeniem, z odczuciem wolności.) Im to wystarcza, a mnie nie, ale daleki jestem od wytykania im czegokolwiek, w zamian wspomnę tylko, że niezależnie od „poprawy bytu” w prlu w okolicach roku 1956, Józef Mackiewicz wolał klepać biedę na emigracji, niż tam wracać na wzór swego brata, i pozwolę sobie wysnuć przypuszczenie, że jego decyzja mogła mieć podobne uzasadnienie, co decyzja jednego z bohaterów Lewej wolnej:

Ojczyzna ujarzmiona pozostaje ojczyzną. Ale ojczyznaakceptująca rabstwo, to dla mnie nie ojczyzna, a zagroda dla bydła.

Mackiewiczowska teza, że osobista wolność jest ważniejsza niż wolność narodu lub państwa, wydaje mi się słuszna. Weźcie sobie pseudo-suwerenne państwo demokratyczne, a dajcie mi w zamian cesarsko-królewską wolność i poszanowanie prawa. Nazywam dzisiejsze wcielenie prlu „najlepszym z prlów”, bo bez wątpienia ludziom żyje się lepiej, czują się wolni, cokolwiek by to miało znaczyć.

Pozwólmy więc Grekom wybierać między nędzą a brakiem suwerenności, ale postawmy pytanie zasadnicze:

Do czego to wszystko prowadzi?

Wielu twierdzi, że europejska integracja prowadzić musi do dominacji Europy przez Niemcy. Nie przebierając w środkach, nazywają na przykład Angelę Merkel – nazistką. Powiedzmy wprost: to już nie jest przesada, ale kompletny bełkot niedorozwiniętych idiotów. Z niemieckiego punktu widzenia, €uro jest niczym więcej niż niewinnym kamuflażem, który w zamian za zgodę na ciągnięcie za sobą śmieci (w rodzaju Grecji), pozwala niemieckiej gospodarce korzystać z zalet stabilnej, ale taniej waluty. Niemiecka marka była bardzo stabilna, ale karała niemiecką wydajność wysokimi kosztami eksportu, więc mniej wydajne gospodarczo kraje nie mogły sobie pozwolić na zakup lepszych wyrobów niemieckich, bo wymiana walutowa czyniła je zbyt drogimi – €uro jest odpowiedzią na ten problem. Na tym kończą się niemieckie korzyści, za które nb. Niemcy płacą ogromnymi składkami na budżet europejskiej Niuni – ponad 20% gigantycznego budżetu pochodzi z Niemiec – a w nagrodę niemieccy turyści nie są mile widziani w Grecji. Nic więc dziwnego, że opinie na temat Niuni są w Niemczech podzielone, dziwi mnie natomiast, że dorośli ludzie potrafią ostrzegać przed €uro jako tajnym planem niemieckim dla ostatecznego panowania nad Europą. Jeśli wyższość BMW nad Peugeotem (niech mi puryści wybaczą, ale odmawiam używania prlowskiej pisowni mark samochodów z małych liter – to zupełnie nie do przyjęcia) ma być oznaką dominacji politycznej Niemiec, to ja nie rozumiem na czym polega polityka.

Inni widzą w projekcie europejskim lewicowy spisek przeciw narodowemu państwu. Ta opinia jest już bardziej uzasadniona. U podstaw ideologii paneuropejskiej leży przekonanie, że integracja kontynentu doprowadzi do stopniowego zaniku narodowego państwa, co miało być w mniemaniu ojców Niuni jedynym sposobem zapobieżenia dalszym wojnom. Na pierwszy rzut oka, wygląda to logicznie, ale w praktyce bezustanne zabiegi integracyjne, ciągła presja ze strony brukselskich komisarzy w kierunku ujednolicenia Europy, mają dokładnie przeciwny efekt: wywołują wzrost nastrojów nacjonalistycznych i popularność partii narodowych. Nacjonalizm w dzisiejszej Europie przybiera dwie formy: stronnictw odśrodkowych, separatystycznych, jak np. w Szkocji, Katalonii, w kraju Basków czy w północnych Włoszech; albo partii antyimigracyjnych, których przykładów są dziesiątki, od La Penów do „złotej jutrzenki” w Grecji. W ślad za bolszewicką propagandą z lat trzydziestych, nazywa się te partie do dziś „prawicowymi” albo nawet „skrajną prawicą”, nie szczędząc im także epitetów „faszystów” i „neonazistów”. Jest to bez wątpienia wygodny zabieg, ponieważ zarówno ruchy z lat 20-30 ubiegłego wieku, jak i dzisiejsze partie nacjonalistyczne są klasycznymi reprezentantami lewicy. Po pierwsze dlatego, że u źródeł ich leży kolektywna ideologia narodu, a po drugie, ponieważ były i są bezwstydnie socjalistyczne. Zarówno Hitler, którego ideologia nazywa się narodowo-socjalistyczną, więc nie można mu nawet zarzucać, że krył się ze swą lewicowością, jak i dzisiejsze partie, w rodzaju szkockich nacjonalistów, przyznają się wprost do socjalizmu. Mamy tu paradoksalną sytuację, w której lewacka ideologia integracyjna, chcąc nie chcąc karmi lewackie tendencje odśrodkowe. (Czy myśmy już tego gdzieś nie widzieli?) Najbardziej jaskrawym przykładem służyć mogą znowu wydarzenia w Grecji, gdzie siły „pro-europejskie” domagają się kontynuacji subsydiów, bez cięć oszczędnościowych, a siły anty-europejskie żądają powstrzymania cięć i kontynuacji subsydiów, z tą różnicą, że chcą także wyrzucenia wszystkich emigrantów na zbity pysk.

O ile można przyjąć, że integracjoniści od lat przyjmowali długoterminowy plan integracji Europy poprzez dokonywanie drobnych kroków, to trudno jednak zgodzić się, że w ich planach od dawna leżało stworzenie głębokiego kryzysu €uro, by móc pchnąć kontynent w ramiona federacji. Jest to typ myślenia, w jakie popadał zbyt często świętej pamięci Christopher Story, któremu każde wydarzenie wydawało się elementem szerszego spisku. Kryzys €uro jest bez wątpienia nie na rękę federalistom; woleliby na pewno płynąć statecznie ku federacji, przyciągając coraz więcej członków unii do strefy €uro. Ale jest zupełnie oczywiste, że wykorzystają dzisiejszy kryzys dla zacieśnienia federacji.

Dokąd więc zmierzamy? Do krwawej dezintegracji? Czy do przymusowej integracji?

Powyższa alternatywa byłaby słuszna, gdyby Europa rozwijała się w oderwaniu od sytuacji globalnej. Trudno wprawdzie zaprzeczyć, że Grecja byłaby w tarapatach, niezależnie od sytuacji w Ameryce; że bez względu na strategiczne posunięcia chrlu, Niemcy stałyby nadal przed tym samym dylematem: ładować miliardy w europejski projekt dla utrzymania niskiego kursu swej waluty czy nie?; że Hiszpania i tak stałaby w obliczu ruiny, abstrahując od sowieckich manewrów. Co rzekłszy, nie wolno w takiej sytuacji ignorować globalnego kontekstu, a to jest właśnie błąd, który popełnia większość obserwatorów i, jak mi się zdaje, nieliczni uczciwi politycy europejscy.

Kraje europejskie są słabe i liczą się coraz mniej na globalnej arenie politycznej. W ciągu ostatniego półwiecza tylko Wielka Brytania i Francja chciały odgrywać taką rolę, ale nie mają po temu żadnych podstaw. Paszportem do roli mocarstw miało być dla nich posiadanie broni nuklearnej, ale w czasach gdy Pakistan posiada taką broń, kilka rakiet typu Trident nie ma strategicznego znaczenia. Stan liczebny armii francuskiej i brytyjskiej jest niewielki (brytyjskie siły lądowe zostaną wkrótce zmniejszone do 80 tysięcy żołnierzy!), a wydatki wojskowe maleją (zabawne, że nieproporcjonalnie duże armie mają Włochy, Hiszpania i … Grecja). Jedyny kraj europejski, który mógłby odgrywać rolę globalną, Niemcy, nie ma najmniejszej na to ochoty. Głęboki kryzys gospodarczy na kontynencie może mieć zatem dwie konsekwencje: może osłabić gotowość obronną i uniemożliwić obronę interesów europejskich poza Europą. Słabość militarna krajów europejskich nie oznacza wcale, że nie mogą się obronić w wypadku ataku. Oczywiście, że mogą i to skutecznie, dlatego między innymi wizja czołgów sowieckich na ulicach miast zachodnich jest mrzonką; że mogą, to jasne, ale czy społeczeństwa będą chciały się bronić – to inne pytanie. Ich militarna słabość ma jednak poważniejsze konsekwencje globalne: nie są mianowicie w stanie bronić swych interesów poza kontynentem, nawet gdyby potrafili je prawidłowo rozpoznać, na co nadzieje są nikłe.

Oprócz kontekstu strategicznego istnieje też kontekst duchowy, ideowy.

Kosmopolityczna demokracja i ekskluzywistyczny nacjonalizm, choć pozornie ze sobą sprzeczne, często zawierają sojusze, ale ważniejsze, że zarówno ponadnarodowy paneuropeizm jak i najdrobniejsze separatyzmy w Europie, są ideowo bliższe bolszewizmowi, niż mogłoby się na pozór wydawać. Wszyscy razem wywodzą się z tej samej formacji duchowej, która stawia człowieka w centrum; wszyscy mają prawa człowieka na ustach, ale zapominają, że najpewniejszym sposobem uszanowania jego własnych praw jest przestrzeganie praw boskich. Mogłoby się na pozór wydawać, że indywidualistyczny liberalizm nie może mieć nic wspólnego z kolektywistycznym nacjonalizmem (bądź bolszewizmem, co na jedno wychodzi). Ale każda kolektywistyczna ideologia wychodzi z punktu „dobra” człowieka jako celu. Nacjonalizm widzi kontekst narodowy jako najpełniejsze spełnienie człowieka: jednostka poddana wyższej „woli narodu”, rozpłynięcie się w bycie ważniejszej całości, ma być zarazem godnością i celem człowieka. Bolszewicy także mają zawsze usta pełne frazesów, że „człowiek, to brzmi dumnie”.

Jedynym rzeczywistym przeciwstawieniem tych pozornie sprzecznych i skłóconych ideologii jest tradycjonalny, konserwatywny indywidualizm, który dostrzega, że zniszczenie praw boskich jest najpewniejszą drogą do naruszania praw człowieka. Kiedy wywodzi się podstawy władzy, prawodawstwa i państwa w ogóle, nie od Boga, ale od ludzi (w demokratycznej ortodoksji „lud” jest suwerenem, w nacjonalistycznej „naród”), praworządność staje się kwestią wyboru, a prawo pochodną ideologii. Zanika tradycyjna spójnia społeczna, wyrastająca naturalnie ze wspólnych wartości, a na jej miejsce przychodzi spójnia narzucona odgórnie, jak np. wspólnota narodowa. Zarówno w zachodnich „demokracjach”, jak i w sowieckim systemie, nie ma miejsca dla Boga w życiu rodzinnym, w małżeństwie, w szkole, w miejscu pracy. Przykład pierwszy z brzegu: w Wielkiej Brytanii, której „monarcha” jest głową kościoła anglikańskiego, rząd mianujący się „konserwatywnym”, pragnie wprowadzić zmianę do prawa rodzinnego, która zezwoli na „małżeństwo” osób tej samej płci. Nie na darmo w powyższym zdaniu tyle cudzysłowów, bo słowa „monarchia”, „konserwatyzm” i „małżeństwo” zamieniły tu swe znaczenie na przeciwne. Na jaki ład liczyć może państwo, dopuszczające się takiego zamachu na ład naturalny, na odwieczne prawo Boże, ale także na zdrowy rozsądek i fundamentalne odczucie językowe? Ani z nich konserwatyści, ani monarchiści, ani nie bronią tradycyjnej rodziny. Konfuzja semantyczna leży u podstaw duchowego zamieszania i kulturalnego kociokwiku.

W imię czego zatem mają się zachodnie społeczeństwa bronić przed potencjalnymi agresorami? W imię czego miałyby kiedykolwiek wyzwalać narody zniewolone? Ani w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, kiedy Polacy oczekiwali wybawienia od Ameryki, ani w 1956 roku w Budapeszcie, ani w przyszłości. Tłumy manifestują dziś na ulicach zachodnich stolic pod hasłami, które można bez żenady nazwać komunistycznymi. I to nie w sensie takim, w jakim używamy tego określenia w Podziemiu, tj. w sensie, w którym Putin jest komunistą. Putin jest bolszewikiem, czekającym z boku na osłabienie Europy wędzonej na złotym haku; jest bolszewikiem, tzn. jak przystało spadkobiercy Lenina, Trockiego i Stalina, gotów przyjąć każdą ideologię i porzucić ją bez mrugnięcia okiem – dla władzy. Demonstranci na ulicach Aten, Barcelony i Londynu są komunistami, tzn. wyznawcami i ofiarami komunistycznej ideologii. Domagają się nacjonalizacji banków i odebrania przywilejów „bogaczom”. Czy to już jest leninowska „sytuacja rewolucyjna”? Nie potrafię powiedzieć, ale wiem, że taka sama ideologia leżała u podstaw potworności bolszewickiego przewrotu.

Do czego więc zmierza europejski kryzys? Przymusowa integracja czy chaotyczny rozpad – obie możliwości wróżą klęskę.

To nie o Grecję tu idzie ani o śródziemnomorskie państwa, które nie potrafią wstrzymać swej naturalnej tendencji do finansowej biegunki. Nie o niemieckich turystów ani o hiszpańskie banki. Nie o €uro ani nawet nie o paneuropeizm.

Idzie chyba o to, że Europa stacza się sama, bez pomocy z zewnątrz, wprost do rąk bolszewików.

Europa się wędzi niby łosoś królewski
W dymie gazów bojowych wbita na złoty hak,
Żre się kucharz francuski z szefem kuchni niemieckiej
Z ryby tak smakowitej co przyrządzić i jak.

Żaden stary się przepis nie wydaje jej godny,
Tak czy siak, trzeba będzie rybę przeciąć na pół,
Już rozpruto podbrzusze, płynie z głębi jam rodnych
Czarny kawior narodów politykom na stół.

[…]

Pan zaś spluwa żółtawo, smarka w palce bez chustki
I na krzesło „stół” mówi, a na stół mówi „stoł”,
Patrzy kucharz niemiecki wraz z kucharzem francuskim
Jak łososia z kawiorem między zęby już wziął.

Sok po brodzie mu płynie niewątpliwie czerwony
Łyka skórę i ości, wyssał oczy i mózg.
Wszak przez wieki ten łosoś był dla niego wędzony
A on czekał cierpliwie ciemny Bóg pustych ust.



Prześlij znajomemu

45 Komentarz(e/y) do “Wędzenia Europy ciąg dalszy”

  1. 1 Andrzej (Pomorzanin)

    Idzie chyba o to, że Europa stacza się sama, bez pomocy z zewnątrz, wprost do rąk bolszewików.

    Panie Michale,

    Czy jednak nie jest tak, że ta „pomoc z zewnątrz” była i jest obecna? Czy kąty nachylenia tej równi pochyłej nie są z zewnątrz kontrolowane? Oczywiście w dolnych partiach nie musi on być zbyt wielki. Chodzi przecież o to, aby ten „łosoś” był odpowiednio uwędzony (najlepiej smakuje wędzony „na zimno”).

    Zmiana EWG na UE(b) to wszakże niewątpliwy owoc „pierestrojki”, zaś przystąpienie ponad tuzina peerelów z ich zastępami komisarzy i armią sowieckich „urzędników”, było „gwoździem do trumny” powojennej Europy Zachodniej (co trzeba przyznać od lat ciężko chorej, a więc bardzo na to podatnej). To tak, jakby do naczynia z wodą wpuścić fekalia. Z tego zrobi się tylko śmierdzący ściek.

  2. 2 amalryk

    „[…]W imię czego zatem mają się zachodnie społeczeństwa bronić przed potencjalnymi agresorami? W imię czego miałyby kiedykolwiek wyzwalać narody zniewolone?[…]

    […]Europa stacza się sama, bez pomocy z zewnątrz, wprost do rąk bolszewików.[…]”

    Gdy runęła ostatnia linia obrony, w postaci Kościoła, a „katolicy” rozpoczęli paktowanie z bolszewickim diabłem – zasadniczo rozpoczęło się już wówczas „odliczanie końcowe”.

    Gdy objawiona w historii wiara katolicka zaczęła być ochoczo przedstawiana jako dialektyczna teza, doktryna marksistowska jako jej antyteza, natomiast prowadzony „dialog” był w oczekiwaniu radosnej syntezy… – To cóż? Każdy w końcu dostał to czego tak bardzo pragnął; „katolicy” „upadek” bezbożnego komunizmu, komuniści rząd „dusz” w Europie.

    A że Europa się stacza? Cóż, marksistowski bumerang powrócił do matecznika…

  3. 3 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    UE(b) – to jest kapitalne! Niech Pan to obłoży Copyright!

    Mam wrażenie, że przeceniamy tę „pomoc z zewnątrz”. W tym chyba sedno naszej klęski, że to robią często wolni ludzie, z własnej nieprzymuszonej woli. Niekiedy nawet inteligentni, wykształceni, ale ślepi.

  4. 4 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Bumerang marskistowski wracający do matecznika, to jest pociągająca metafora. Ale zmuszony jestem oprzeć się jej atrakcyjności, bo mam wrażenie, że bumerang nigdy w tym wypadku nie opuścił matecznika.

    Zakola naszej nieszczęsnej historii powodują, że widzimy Zachód jako naszego – tj. Polski, dodam dla ścisłości – sprzymierzeńca w walce z „Rosją”, bo ta „Rosja” jest komunistyczna, gdy Zachód kapitalistyczny. Ale Zachód od samego początku nie był przeciw bolszewikom i na domiar złego kupił polską optykę, że bolszewizm jest tylko przedłużeniem Rosji, „od białego do czerwonego caratu”, pisał Kucharzewski, a „The Court of the Red Tsar” pisze teraz Sebag Montefiore.

    Znakomita jak zwykle analiza Jaszczurowa o kontekście „śnieżnej rewolucji” (http://jaszczur09.blogspot.co.uk/) grzeszy, w moim przekonaniu, taką właśnie zwichrowaną optyką, w której Zachód jawi się jako ofiara sowieckich, chińskich, bolszewickich manipulacji, gdy mnie się wydaje, że oni są raczej świadomymi uczestnikami.

    Pańskie rozróżnienie między „katolikami” i Kościołem, wydaje mi się trafne. Powstaje pytanie: gdzie doszukiwać się początków upadku? Antyfrancuska rewolucja, to juz faza krańcowa, oświecenie, nie więcej niż przejściowa, więc co? Odrodzenie pogaństwa? Krucjaty? Gdzie był poczatek paktowania z bolszewickim diabłem?

  5. 5 amalryk

    Powstaje pytanie: gdzie doszukiwać się początków upadku?
    ————————————————————————————————

    Moja licha erudycja to dość wątły instrument aby „prawomocnie” podejmować się zmagań z tak fundamentalnym pytaniem, ale pytanie wszak nie jest nowe… Jak dalece powinniśmy się cofnąć? Gdzie tkwią prapoczątki obecnego rozkładu?

    Weaver („Idee mają konsekwencje”) umieszczał ten moment w chwili rozstrzygnięcia sporu o uniwersalia de facto po myśli nominalistów. Samotnik z Bogoty cofnął się jeszcze dalej; „Prądy historyczne zmierzają w dobrym kierunku jedynie w okresie od V do XII wieku” i pewne uściślenie: „Słabość średniowiecznej scholastyki nie polega na byciu ancilla theologie, lecz ancilla Aristotelis”…

    Co ciekawe te same „echa” pobrzmiewają w książeczce autora nie cieszącego się w podziemiu zbyt dobrą prasą, a którego (z tego co udało mi się wyczytać na tutejszych łamach) poznał Pan osobiście, mówię o „Jeśli Boga nie ma…” L.Kołakowskiego.

    „[…]Arystotelizm,choć na pozór dobrze zasymilowany w granicach chrześcijańskich pojęć i zabezpieczony przed wygórowanymi aspiracjami coraz to zuchwalszego Rozumu nie omieszkał zrodzić tego samego niebezpieczeństwa,któremu miał właśnie zaradzić: miał stać się tym intelektualnym wehikułem chrześcijaństwa, który wywiódł je na drogę prowadzącą ku zeświecczeniu, a tym samym ku zapomnieniu.
    Oglądana z tej perspektywy reformacja była gwałtowną próbą przywrócenia pierwotnej czystości chrześcijańskiemu orędziu i uwolnienia go od skażeń wartościami świeckimi (takie były przynajmniej jej pierwotne intencje, choć długofalowe skutki historyczne miały się obrócić przeciwko nim, jak to zazwyczaj by-wa z wielkimi ludzkimi przedsięwzięciami). We wczesnych stadiach reformacja powróciła do pierwotnej świadomości chrześcijańskiej, opartej na niezachwianej ufności w Boską obietnicę, i nie troszczyła się zgoła o to,co sądzi w tej sprawie mądrość szkół; szydziła z subtelności światowej dialektyki, a z filozofii uczyniła słowo nieprzyzwoite; niemieckim uniwersytetom przyniosła spustoszenie[…]”

  6. 6 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Amalryku i Panie Michale,

    Gdzie tkwi źródło tej nieograniczonej chęci „paktowania z bolszewickim diabłem”? W naturze ludzkiej? W dobrej woli, w potrzebie nadziei wbrew rozsądkowi, czy też może w chęci „pozostawania na górze” za wszelką cenę i wbrew przyjętym wcześniej zasadom? Jedno i drugie?

    Europa zrodziła bolszewizm i nigdy się go nie wparła. Czy można być ofiarą wychowanego przez siebie dziecka? Można, o ile to dziecko zostało wychowane na potwora. Teraz ten potwór jest już w pełni dorosły, doświadczony i to on decyduje o naszym świecie. Koło się zamyka i w tym sensie można chyba mówić o „marksistowskim bumerangu”.

  7. 7 amalryk

    Panie Andrzeju!

    „Człowiek” to zasadniczo brzmi dzisiaj szmatławo. („Tylko dla Boga jesteśmy niezastąpieni.”) Czy zauważył Pan jak wielką popularnością cieszą się w dzisiejszych czasach opowieści o bandytach? Nie, nie o Robin Hood’zie czy Wilhelmie Tell’u, ale o zwykłych bandytach? Ten masowy zalewróżnych filmów czy opowieści ich gloryfikujących. Albo. czy czytał Pan może którąś z beletryzowanych „opowieści historycznych” Suworowa ; „Wybór” czy „Kontrola” – i pełne nieskrywanego entuzjazmu opisy tego, jak to „dobrzy” czekiści mordują masowo (w pamiętnych latach tzw. „wielkiego terroru”) tych złych czekistów? Bandyta mordujący bandytę, nadal pozostaje bandytą, a miejsce bandyty jest na szafocie, a nie w „pieśniach”, czy też przy konferencyjnym stole!

    Człowiek zachwycony efektami swojej działalności, które sprowadzają się raptem do mniej lub bardziej udanego kontrolowania zjawisk naturalnych, z samozadowolenia zgłupiał. I mianował się prawodawcą ! Ale w swej ciemnocie nadal nie zauważa, iż ani o szerokość trawiego źdźbła nie przybliżył się do wyjaśnienia jedynej tajemnicy dla której warto poświęcić życie – tajemnicy bytu. Zaśmiecając świat kolejnymi klamotami próbuje pośród nich ukryć swą bolesną prawdę iż istnieje w porządku bytu na sposób przygodny.

    Ale się rozmoralizowałem…

  8. 8 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Amalryku,

    Ja się z Panem zgadzam, choć oprócz chęci do bycia ogłupianym dodałbym lenistwo (być może właśnie to ma Pan na myśli pisząc o samozadowoleniu w głupocie i o jego konsekwencjach).

    Tym niemniej chodziło mi o konkretnych ludzi, którzy potencjalnie mają wpływ na to, w jakim kierunku podąża świat. Przede wszystkim o tych, którzy odpowiadają za „kierunek duchowy”.

  9. 9 michał

    Szanowni Panowie,

    Otworzyli Panowie ogromne pola do dyskusji.

    Nie znam Gomeza, więc nie mogę się wypowiadać, ale arystotelizm jako początek końca, to tyle co wskazanie palcem na Doktora Anielskiego jako pra-przyczyny wszystkich nieszczęść. To nie brzmi przekonująco, ale może coś w tym jest, trudno mi sformułować osąd. Pewien młody człowiek sformułował wobec mnie nawet tak daleko idącą tezę, że początkiem końca było stworzenie uniwersytetów… na pozór nonsens, ale o wiele mniej absurdalne, jeśli tę myśl rozważyć. Na pozór bowiem klasyczne uniwersytety są oazą z punktu widzenia dzisiejszego zglajchszaltowanego świata, oazą elitaryzmu i anty-utylitaryzmu, nauki dla niej samej, wolności od państwa, od pieniędzy, od wymogów życia. Jednak u podstaw wszelkich dociekań leży duch intelektualnego sprzeciwu, a jak to mówi nocny gość Iwana Karamazowa? „Przeznaczono mi przeczyć”. Uniwersytety otworzyły więc wrota hubris intelektu, co musiało doprowadzić do wolnomyślicielstwa.

    Czy jest wszakże prawdą, że wynoszenie bandytów na piedestał jest znakiem naszych parszywych czasów? Chyba nie. Każde wielkie królestwo, ale i małe księstewka, powstałe na gruzach cesarstwa rzymskiego, miało całe tabuny bandytów do święcenia. Barbarzyńscy wodzowie byli bandytami i wykroili sobie mieczem i toporem sowje królestwa. Nie inaczej było na polach ukrainnych i w lasach Litwy. Założyciel Zaporoskiej Siczy, Bajda Wiśniowiecki, był człowiekiem wizji i bohaterem, ale zginął jako bandyta zamordowany przez Turków.

    Ale do czego to zmierza? Czyżby czekistowski pomiot miał się równać potomkom Wiśniowieckich, wielkich Normanów i Franków?

    Analogia pomiędzy upadkiem Rzymu i zrodzeniem się na jego gruzach barbarzyńskich państw zachodniej Europy, a upadkiem Rosji i powstaniu barbarzyństwa sowieckiego, wydaje mi się przekonująca, ale jakoś skóra mi cierpnie na myśl o porównaniu wielkich barbarzyńców do Woroszyłowa albo Malenkowa. Beria widział siebie jako założyciela nowej arystokracji, ale mnie na taką arystokrację plwać. Więc plwam!

  10. 10 Jaszczur

    Panie Michale,

    Pisze Pan, że elity zachodu „są raczej świadomymi uczestnikami” komunistycznej polityki światowej. Pytanie tylko, na ile elity są tego świadome, na ile są świadome niekorzystnych (także dla siebie) tego długofalowych konsekwencji, i kto co chce na takiej polityce z Moskwą i Pekinem ugrać?

    Co do pojmowania „Rosji” na zachodzie, to wydaje mi się – aczkolwiek Pan jest „Insiderem”, a ja jedynie czytam niektóre tytuły brytyjskie i amerykańskie – że szeroko pojęci intelektualiści patrzą na świat, w tym też na trwające oszustwo pieriestrojki, którego mogą jednak nie być w pełni świadomi przez pryzmat tezy Francisa Fukuyamy o „końcu historii” i światowym triumfie demoliberalizmu. Co jest o tyle dziwne, że sam Fukuyama swoją koncepcję zrewidował, by później całkowicie ją odrzucić, prognozując m.in., zagrożenie swojej idealnej, liberalnej demokracji eugeniką, a w dalszej konsekwencji – możliwość pojawienia się nowego totalitaryzmu, którego właśnie eugenika będzie jednym z głównych instrumentów.

  11. 11 Jaszczur

    Jeszcze w temacie tzw. „oburzonych” czy „ruchu Occupy”, którym poświęca Pan Michał sporo miejsca.

    Otóż to przeciw czemu oni protestują, domagając się etatystycznych rozwiązań (sam etatyzm nie jest wyróżnikiem komunizmu, ale gdyby bardziej wgłębić się w m.in. w ich ideologię, co najmniej kilka takowych by się znalazło, a do tego niezbyt dobrze zakamuflowane powiązania z SWR, FSB czy duginistami) to… dość specyficzny inwariant neobolszewizmu, czy też demobolszewizmu. W którym rolę „partii” (czy też nieformalnych struktur władzy) pełnią korporacje czy banki, a zarówno ich szeregowi pracownicy, jak i zewnętrzne „grupy docelowe” sprowadzeni są do funkcji „proli”. Już choćby pojęcia takie jak „human resources” mówią same za siebie.

    To byłoby, swoją drogą, potwierdzenie tego, że pojawienie się komunizmu (jako metody władzy) było i jest nieuniknioną konsekwencją tryumfu liberalizmu.

  12. 12 michał

    Panie Jaszczurze,

    Przydaje Pan zachodnim politykom i elitom głębi, której nie posiadają i posiadać nie mogą. Ich horyzont jest ograniczony cyklem wyborczym i obchodzą ich wyłącznie następne wybory; nie ma żadnych „constans” w takiej polityce.

    W innym miejscu pisze Pan, że Zachód przespał narodziny i wzrost chińskiego smoka. Raczy Pan żartować! To tak, jakby powiedzieć, że poskramiacz lwów przespał tresurę. Oni niczego nie przespali, oni to sami zrobili. Handlowali z chrlem i na każdym kroku byli witani przez gębę Mao, ale woleli jej nie widzieć, bo żeby poskromić lwa, trzeba nie zauważać jego strasznych kłów i wierzyć, że przemieni się w kotka, któremu można będzie spokojnie włożyć głowę do otwartej paszczy. A teraz lew okazuje się być nie kotkiem, ale strasznym smokiem…

    Nic nowego pod słońcem: kapitaliści sami sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy.

    Fukuyama oczywiście pieprzy w bambus i nie wie, co mówi, ale jest też całkowicie pozbawiony znaczenia. Poza prlem rzadko kto go chyba czytuje. A politycy nie byli i nie są pod jego wpływem, ale pod wpływem własnych życzeń. Mają to, czego chcieli, widzą, czego oczekiwali.

    Nie wiem, czy mogę się zgodzić z Pańską interpretacją bełkotu wychodzącego od „occupy” (tfu! paszoł won!), ale też nie zamierzam się zagłębiać w to łajno. Trochę Pan jednak pokręcił ich przeciwieństwo, bo banki nie mają tam grać roli partii. To jest raczej dość organiczny rozwój opisany setki razy: kapitalizm nieposkromiony zmierza do swego przeciwieństwa, do socjalizmu. Wielkie korporacje i banki są więc jak gigantyczne socjalistyczne buirokracje, które pragną tylko jednego: zdławienia konkurencji i osiągnięcia monopolu. Ale to nie powinno nam zaciemniać obrazu, że te tłumy na ulicach, co nienawidzą banków – to są komuniści, a bankierzy to dla nich białoruczki, których należałoby rozstrzeliwać na miejscu.

  13. 13 Andrzej (Pomorzanin)

    Drogi Jaszczurze,

    Czy nie precyzyjniejsze byłoby stwierdzenie, że „szeroko pojęci intelektualiści” z Zachodu (odrzucając ewidentnych demobolszewików oraz przyjmując bardzo optymistyczną średnią), w przytłaczającej większości, po prostu patrzą na świat przez pryzmat własnych życzeń?

    Te życzenia to chronologicznie: 1. „komunizm nie jest taki zły, zbrodnie komunistyczne nie mogą być prawdą”, 2. „z komunistami można handlować i można się porozumieć”, 3. „komuniści popełniali zbrodnie ale to wina złego Stalina”, 4. „komunizm zmienił/zmienia się i w związku z tym porzuca/porzucił swoje pierwotne cele”, 5. „z komunistami należy rozmawiać i zawierać porozumienia bo są tacy jak my tylko mają inne poglądy” 6. ” komunizm został (w ogromnej mierze dzięki nam) zwyciężony i upadł”, 7. „komunizmu już nie ma, w byłych peerelach i sowietach nastała wolność polityczna i gospodarcza, zaś chińscy komuniści zmienili się i zmienili system a więc wolność i demokracja u nich jest kwestią czasu” 8. „komunizm istnieje już tylko w Korei Północnej (i ew. trochę na Kubie)”. itd. itp.

    Czy nie są to czasem przeważające oczekiwana niebolszewickich elit Zachodu na przestrzeni ostatnich 100 lat?

  14. 14 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Michale,

    Czy zbyt głębokie szukanie przyczyny „wszystkich nieszczęść” nie doprowadzi nas aby do korzeni cywilizacji?

    Kiedy nasza cywilizacja (judeochrześcijańska) zdecydowała się porzucić zasady etyczne jakie ustaliła i zaczęła definiować inne zasady? Kiedy nastąpiło „zerwanie liny”? Jak sądzę, że takim „punktem krytycznym” było jednak Oświecenie – decydująca zmiana porządku w hierarchii człowiek-Bóg. I na mój rozum, to bym chętnie przyjął (w swojej błogiej niewiedzy) za tę przyczynę. Czy mógłby Pan mnie pouczyć (żeby nie powiedzieć „oświecić”) dlaczego to tylko faza przejściowa?

    Tak jak Pan pisze, wynoszenie bandytów na piedestał jest znakiem każdych czasów. Pomijając kwestię odwiecznej fascynacji popełnioną zbrodnią i emocji jakie budzi osoba zbrodniarza, jak Pan trafnie zauważył, ktoś kto dla jednych jest zbrodniarzem, dla drugich bywa nierzadko bohaterem a przykładów tego w historii jest nieskończenie wiele. Można chyba powiedzieć że „tak toczy się świat”.
    W naszych czasach, w użyciu są totalne środki rozpowszechniania „idei”, a więc i odbiór jest totalny i dzięki temu bolszewickie berie lansują się na ten sam poziom co bandyci-bohaterowie. Pan Amalryk ma tu rację o tyle, że w ramach tejże strategii totalnie promuje się zło ( także totalne) jako wzorzec moralny.

  15. 15 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Pańska „lista życzeń zachodnich elit” znakomita. Ale czy nie można by jej zastosować w całości do ogromnej większości Polaków?

    Nie wiem, czy można szukac zbyt głęboko, ale ma Pan rację, że czasami to zaciemnia obraz raczej niż wspomagać nasze rozumienie.

    Oświecenie wydaje mi się zaledwie fazą przejściową, bo kontynuowało wątki rozpoczęte w epoce Renesansu. Postawienie człowieka w centrum, wywyższenie świeckiej władzy, wyniesienie władzy ponad zasady moralności, nawet banki zrodziły się podczas tzw. „Odrodzenia”, które rzecz jasna niczego nie odrodziło.

  16. 16 Andrzej (Pomorzanin)

    Drogi Panie Michale,

    Dziękuję Panu bardzo za wyjaśnienie kwestii. Wobec tego, faktycznie to zło wylęgło się wcześniej ale ono chyba rozkwitło i zdemoralizowało świat w Oświeceniu. Wtedy chyba nastąpił rozpad porządku rzeczy. Mimo wszystko, jak mi się zdaje, Renesans to jeszcze istotna przewaga cywilizacji chrześcijańskiej a przynajmniej szala nie była jeszcze przeważona.
    W pewnym momencie Europa przyjęła gremialnie tezę o wywyższeniu człowieka ponad wszystko i to chyba było to „szatańskie jabłko”, to był kluczowy moment kiedy przeważył kierunek który doprowadził do „wszystkich nieszczęść”. Tak mi się zdaje.

    Ależ naturalnie, że wypunktowana przeze mnie „lista życzeń” odnosi się także do Polaków. Jest nawet jeszcze bardziej krytyczna, gdyż w przeciwieństwie do zachodnich elit, my Polacy doskonale poznaliśmy naturę komunizmu „na własnej skórze” i ponieśliśmy ogromną cenę a przede wszystkim doświadczyliśmy narodowej tragedii utraty wolności i niepodległości na rzecz komunizmu, które to zniewolenie trwa do dzisiaj.

  17. 17 michał

    Panie Andrzeju,

    Nie mówmy o szalach, mówmy o równi pochyłej i szukajmy jej początku. Kościół też popełnił straszne błędy, wchodząc w kompromis z władzą, którą można z powodzeniem nazwac bezbożną na długo przed bolszewizmem i jakobinami. Absolutystyczne monarchie były chrześcijańskie tylko z nazwy. Papieże bywali niegodni, władza Dożów, Borgiów, Medyceuszy czy Tudorów odległa od chrześcijańskiego ideału. Machiavelli, który nb. był mniej diaboliczny niż mogłoby się wydawać, opisywał faktyczny stan polityki tamtych czasów. Oświeceniowi myśliciele w porównaniu mieli przynajmniej dobre intencje, czego nie można zarzucić żadnemu członkowi rodziny Borgiów.

    A co do Polski i Polaków, jest tak, jak Pan mówi, więc siadajmy do okrągłych stołów i mówmy jak Polak z Polakiem, żeby Polska była Polską, ku chwale ludowej ojczyzny!

  18. 18 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Michale,

    Pisząc „Polska” ma Pan chyba na myśli peerel (wersja dowolna ale istota ta sama): „żeby peerel był peerelem”. Dokładnie o to własnie przecież chodziło i chodzi wszystkim „okrągłostołowym” stronom (nie wierzę w żadną „taktykę” w porozumiewaniu się z sowieciarzami). I stało się i trwa i nigdy się nie skończy.

  19. 19 michał

    Droagi Panie Andrzeju,

    Ma Pan rację, wyrażam się nieściśle. Powinienem był powiedzieć tak:

    Pańska lista życzeń odnosi się do mieszkańców prlu, którzy stawiają swoje wnioski i zażalenia pod adresem bolszewików, nie dostrzegając, że tkwią w tym łajnie po uszy. Ukrywają prlowską sromotę pod nazwą „Polski”, po czym trzymając się za ręce, zawodzą o ojczyznie, przy okrągłym stole, przy wódce i przy każdej rzeczy, która jego jest.

  20. 20 amalryk

    Panie Andrzeju!

    „[…]gdyż w przeciwieństwie do zachodnich elit, my Polacy doskonale poznaliśmy naturę komunizmu „na własnej skórze” i ponieśliśmy ogromną cenę a przede wszystkim doświadczyliśmy narodowej tragedii[…]”

    Otóż, śmiem twierdzić, że nie poznaliśmy! Ani jego natury, bo skąd taka popularność, w powszechnym odbiorze, dyżurnego bełkotu o jego rzekomym upadku, ani też cena, czy raczej świadomość jej rzeczywistej wysokości, w momencie jego przyswajania nie wydawała się wcale tubylczej publice jakoś szczególnie wygórowaną.

    Co gorsza (choć zabrzmi to być może dla tych co bardziej ogłupionych Polaków nawet dość obrazoburczo) cenę ogromną za bolszewicki „eksperyment” to jednak ponieśli, przede wszystkim, Rosjanie.

    Jak to powiedział onegdaj o instalacji komunizmu w Polsce, cytowany na tutejszych łamach, Mieczysław Grydzewski; „Nie spodziewałem się, że to tak gładko pójdzie…”

  21. 21 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Amalryku,

    Powinienem faktycznie zmienić słowo „poznaliśmy”, oznaczające uzyskanie wiedzy na dany temat, na słowo „doznaliśmy” w sensie takim, że można czegoś doznać nie będąc tego w pełni świadomym. Obiektywnie rzecz biorąc, doznaliśmy tragedii i chyba nie ma co tego stwierdzenia podpierać faktami (jednym z dowodów na tę tragedię jest „popularność dyżurnego bełkotu”). Inna sprawa to, czy tę prawdę zrozumieliśmy/rozumiemy i co w związku z tym zrobiliśmy/robimy.
    Gładko poszło i w dalszym ciągu gładko idzie, pomimo nauki jaką „zafundowała” nam nasza historia, ponieważ tylko nieliczni chcą poznać i uświadomić sobie prawdę i wyciągnąć z tego wnioski.
    Naturalnie że Rosjanie ponieśli cenę jeszcze wyższą ale czy poznali naturę komunizmu? Czy może także jej tylko doświadczyli? Sądzę, że „popularność dyżurnego bełkotu” jest wśród nich wcale nie mniejsza niż wśród innych zniewolonych komunizmem nacji.

  22. 22 michał

    Być może chodzi o to, że doświadczenia polskie POWINNY były dać Polakom lepsze rozumienie bolszewizmu, ale niezależnie od doświadczeń rzeczywistość zasłaniał polrealizm. Polacy zarówno doznawali jak i poznawali bolszewizm jako Polacy, a nie jako ludzie, i na tym polega nasz błąd.

  23. 23 amalryk

    Przytoczyłem tych nieszczęsnych Rosjan tylko dlatego, że w obiegowym, tubylczym oglądzie to oni są utożsamiani z bolszewizmem, w kontrapunkcie do tego rzekomego naszego legendarnego antykomunizmu, co to go wraz z mlekiem matki… etc.
    A jeżeliby sowietoodporność społeczeństw mierzyć ilością trupów po których go , to domniemuję że lokowalibyśmy się raczej gdzieś na szarym końcu tuż przed Czechami – no i dojrzałymi demokracjami Zachodu…

  24. 24 michał

    Panie Amalryku,

    Przytoczył Pan Rosjan i ich opór przeciw bolszewizmowi, jak najsłuszniej. Oni prawdziwie opierali się bolszewikom i zapłacili za to straszną cenę. Niestety ma Pan także rację w kwestii listy względnej sowietoodporności społeczeństw i miejsca na niej Polaków.

    Ach, ten legendarny antykomunizm… W ubiegłym miesiącu Aleksadner Ścios zechciał „przypomnieć cykl tekstów zatytułowanych „Antykomunizm – broń utracona” z roku 2009, gdy polityka władz III RP zmierzała do smoleńskiego epilogu”, ponieważ „pytanie o postawę antykomunistyczną” wydaje mu się „coraz bardziej zasadne”. No, i co zrobić z takim? Śmiać się czy płakać?

    „Popularność dyżurnego bełkotu”, zaiste! Tkwią po uszy w prlu i mówią o postawie antykomunistycznej, której apogeum ma być lot na uroczystości zorganizowane przez Putina.

    Ech, to i splunąć nie warto.

  25. 25 gniewoj

    Szanowny Panie Michale,

    pytanie takie nie daje mi spokoju: czemu opisywane prze Pana wędzenie ma służyć? Cóż może znaczyć wypierdek Grecji w bolszewickich planach zaprowadzenia raju na całym Świecie? Przedłużeniu terminu przydatności niuni czy może podniesieniu walorów smakowych dania?
    Lenin aż nogami przebierał co by rewolucję po Europie rozprzestrzenić a bolszewicy i tak musieli czekać dwadzieścia lat na okazję jaką dał im złamas hitler. Stalin w dwa lata podbił pól Europy (z wydatną jej pomocą). Kolektyw chruszczowowski przygotowywał tę połówkę Europy przez kolejne dwadzieścia lat na wielką mistyfikacę lat 89-91 zeszłego wieku i nagle co, zadyszki dostali? Ponad dwadzieścia lat i z jewropą sobie nie dają rady?

    Może jednak mają rację Ci, którzy przyjmują, że można tak skutecznie naprawiać aż mimowolnie doporowadziło się do zepsucia raju krat, i to pomimo, że żaden z bolszewickich złamasów nigdy nie zawisł na żadnym przydrożnym drzewie a przytłaczająca wiekszość uznaje, że biały sufit jest czarny?

  26. 26 Jaszczur

    Panie Gniewoju,

    A może o wiele większym wypiardkiem niż Grecja jest UE? Nawet, gdyby spełniła się jedna z dwóch wizji Pana Michała – tzn. skoordynowana na poziomie międzyrządowym integracja w superpaństwo, to jego dalsze losy, ze względu na brak zdeterminowanej armii i specsłużb, są bardzo niepewne.

    Inna, bardziej realna i groźniejsza tym samym, sprawa to fakt osi Moskwa-Berlin (jako elementu większego „Bloku Eurazji”)…

  27. 27 Jaszczur

    I jeszcze jedno, o czym powinniśmy Panowie wiedzieć: praktycznie wszystkie partie nacjonalistyczne w Europie Zachodniej są prosowieckie („prorosyjskie”). Ich liderzy i ideolodzy albo dali się zdezinformować, nabrać na oszustwo pieriestrojki, ale w odróżnieniu od demoliberałów i geszefciarzy uważają, że „biały car” Putin jest współczesnym Defensor Fidei i „bastionem przeciw zgniłemu liberalizmowi i amerykanizmowi” (FN Le Pen’ów, frankofońska Nowa Prawica), albo są bezpośrednio inspirowani przez KGB/FSB (niemieckie NPD, DVU, etc.)

  28. 28 michał

    Panie Gniewoju,

    Wędzenie ma dwa cele: uchronienie ryby przed zepsuciem i nadanie jej smaku. Świeżo złowiona ryba miota się na haku, a uwędzoną bierze się gołymi rękami i wpycha do bolszewikciej gęby. Pan mówi 20 lat i nie dają sobie rady? Ale mnie się zdaje, że dają sobie radę nadzwyczaj dobrze, więc po co mają kogokolwiek straszyć? Zmieniając metaforę, jeśli można zdobyć twierdzę bez oblężenia, to po co ją oblegać?

    Zupełnie natomiast nie widzę, jak naprawianie raju mogło doprowadzić do jego zepsucia. Raj krat ma się dobrze, trzyma się mocno i jest silniejszy niż za batiuszki Stalina.

  29. 29 michał

    Panie Jaszczurze,

    A dlaczegóż to niby „skoordynowane na poziomie międzyrządowym, zintegrowane superpaństwo” miałoby mieć bardzo niepewne losy? Któż miałby mu zagrażać? Czyżby „skoordynowane na poziomie międzyrządowym, zintegrowane superpaństwo” pt. chrl? A może „skoordynowane na poziomie międzyrządowym, zintegrowane superpaństwo” pt. usa? Ejże?

    Jedyne pytanie jakie mi pozostaje, to dokąd uciekać? Najmniej socjalizmu jest pewnie na Syberii.

  30. 30 Jaszczur

    Panie Michale,

    Nie chodzi o ew. wrogów zewnętrznych (tym jest w sensie obiektywnym Sowrosja, której Europa włazi w dupę, bez przeproszenia, bo to opis sytuacji) ani wewnętrznych jako takich, tylko o to, czy ci, których władze superpaństwa Europa wyznaczą na egzekutorów swojej woli politycznej, będą chcieli ją wykonywać, a nie walczyć/działać w interesie np. Niemiec, Francji czy Danii.

    I jeszcze uzupełnienie Panu Gniewojowi. Czy UE nastawiona jest na „walkę z komunizmem”, „walkę z neokomunizmem” czy choćby, od biedy „walkę z Rosją”? I czym stało się NATO na przestrzeni ostatnich dwóch dekad: rodzajem klubu dyskusyjnego, do którego co i rusz zapraszana jest Rosja Sowiecka.

  31. 31 michał

    Drogi Panie Jaszczurze,

    Chciałbym Pana dobrze zrozumieć. Mówi Pan, że losy „skoordynowanego na poziomie międzyrządowym, zintegrowanego superpaństwa” są niepewne „ze względu na brak zdeterminowanej armii i specsłużb”, ale nie z powodu wrogów zewnętrznych ani wewnętrznych, tylko dlatego, że „ci, których władze superpaństwa Europa wyznaczą na egzekutorów swojej woli politycznej, będą chcieli ją wykonywać”. Posiłkuję się cytatami z powyższego, więc mam nadzieję, że przekazuję Pańską myśl dokładnie.

    Jeśli tak, to pozwolę sobie zapytać, czy egzekutorzy sowieckiej woli w prlu, na Ukrainie, w Rumunii, walczą/działają i wlaczyli/działali w interesie swoich krajów, czy raczej nie? Czyżby uważał Pan, że Gomułka to w pierwszym rzędzie Polak? Że Jaruzelski bronił Polski przed rosyjską inwazją? Że Ceausescu czy Tito byli patriotami? Tak, ci wszyscy egzekutorzy będą walczyć w interesie Danii, Francji czy Niemiec zupełnie tak samo jak Honecker, Kadar czy Husak przed nimi.

  32. 32 gniewoj

    Ależ panie Jaszczurze!!

    Jeżeli tylko członkowie sowieckiego kolektywu nie przedłożyli kumulowania i korzystania z dóbr doczesnych nad swoje rewolucyjne cele zaprowadzenia raju krat na całym bożym świecie to los niuni nie jest niepewny wręcz jest bardzo pewny. Oczywiste, że nie chodzi tu o zsocjalizowaną Grecję, nie chodzi pewnie też i o niunię (podobnie do czasów międzywojennych kiedy to nie o Polskę bolszewikom się rozchodziło, przytaczany na łamach witryny Marian Zdziechowski pisał: „Zdobycie Warszawy jest pierwszym etapem w pochodzie bolszewików na Paryż i od tego celu sowiecka Rosja nie odstąpi.”).

    Mój wpis miał wyrażać swego rodzaju niepokój o dalsze losy wszechświatowej rewolucji. Jakoś nie mogę przyjąć za stan normalny i długoterminowy obecną sytuację, kiedy to nikt nie wymaga ode mnie uczestnictwa w pochodach czy wiecach. Nie muszę należeć do żadnej partii czy też żadnego stronnictwa. Co więcej mogę swobodnie czytać Mackiewiczów, czynić wpisy na stronie WydPod.

    Co do powstawania jakichkolwiek zagrożeń wynikających z powstawania jakichkolwiek osi to nie podzielam Pana obaw. W którejś z powieści Mackiewicza wytłumaczono, że władza ludowa nie potrzebuje pośredników żeby dotrzeć do mas. Podobnie teraz kolekty nie potrzebuje (o ile nadal istnieje), żadnych pomocników dla zdobycia nieograniczonej niczym władzy (przynajmniej tak mi się wydaje).

  33. 33 gniewoj

    Panie Michale,

    kiedyś próbowałem poprawić w domu hydraulikę i pech chciał, że przewierciłem rurę w sposób całkowicie nieplanowany i niezamierzony. Oczywiście instalacja wodna nie jest zbyt skomplikowana i ostatecznie udało mi się zarówno usunąć samodzielnie spowodowaną usterkę jak również zmodyfikować domową instalację zgodnie z pierwotnym zamierzeniem. Ale innym razem wziąłem się za naprawę bardziej skomplikowanego urządzenia. Tym razem był to laser w odtwarzaczu CD. Niestety całe urządzenie jako tako działające przed moją ingerencją stało się bezużytecznym szmelcem po niej. Więc jakoś nie mogę ostatecznie wykluczyć, że misterny plan mistyfikacji lat 89-91 nie przyniósł zamierzonych przez jego twórców celów.

    Jakoś zbyt mało dostrzegam zmian rewolucyjnych, jakoś zbyt swobodnie żyje się w tym najlepszym ze znanych mi peerelów.

  34. 34 michał

    Drogi Panie Gniewoju,

    Moje moce percepcji są najwyraźniej na wyczerpaniu. Najpierw nie rozumiałem p. Jaszczura, a teraz Pana.

    Czemu służy metafora rury? Słyszę czasami: owszem, to prawda, sowieciarze wyraźnie mieli jakiś plan w 1989 orku; udział policji politycznej w tych wszystkich „rewolucjach” jest zbyt nachalny, zbyt jasny, ALE: przeliczyli się. Sprawy wymknęły się im spod kontroli i teraz jest wolność. Więc to tak jakby Pan powiedział, chciałem zreperować rurę, ale zrobiłem w niej dziurę, rura zwyciężyła i niech tak zostanie. Czy tak?

    Pisze Pan: „mogę swobodnie czytać Mackiewiczów, czynić wpisy na stronie Wydawnictwa Podziemnego”. I co z tego? Jak im to szkodzi? To jest wielka nauka, którą wyciągnęli ze swego poletka doświadczalnego, prlu z lat 80.: miliony ludzi pozornie „anty”, ale naprawdę nie. Czytają nieocenzurowane książki w podziemiu, i co? Jedyne czego żądają, to żeby z nimi do stołu siadać i z nimi gadać. Na! niech se mają.

    Homo sovieticus może mieć taką swobodę, gdy tego rodzaju wolność byłaby bardzo niebezpieczna dla bolszewików wśród ludzi wolnych.

  35. 35 Andrzej (Pomorzanin)

    nikt nie wymaga ode mnie uczestnictwa w pochodach czy wiecach. Nie muszę należeć do żadnej partii czy też żadnego stronnictwa. Co więcej mogę swobodnie czytać Mackiewiczów, czynić wpisy na stronie WydPod.

    Panie Gniewoju,

    Jak Pana rozumiem, w swojej ocenie twierdzi Pan, że w demopeeerleu istnieje przynajmniej pewien zakres wolności. Jednakże zakres to zakres, nie całość. Czyżby to Panu wystarczało? A może to tylko pozory, może o to właśnie bolszewikom chodzi? Czy nie dlatego jest to ten „najlepszy z peerelów”?

    Z drugiej strony: czy nie sadzi Pan, że w bolszewizmie (komunizmie) znaczenie ma cel a nie sposoby jego osiągnięcia? Czy wymienione przez Pana elementy wolności mogą stanowić zagrożenie dla bolszewików w realizacji ich celu jeśli dysponują oni skutecznymi mechanizmami kontroli i potrafią je wykorzystywać? Jak wielkie?

    Tak się składa, że ja również nie tak dawno próbowałem naprawić laser w odtwarzaczu CD w swoim zestawie tzw. wieży HiFi (ponad 10-letnie Sony ale o bardzo dobrym brzmieniu). Czyszczenie nic nie dawało, trzeba było wymienić moduł lasera. Ten moduł, wcześniej dwukrotnie już wymieniałem (widocznie to jego wada konstrukcyjna że ponownie się psuł). Ponieważ kupno i wymiana tego modułu były w tym momencie nieopłacalne, kupiłem tani odtwarzacz i jako zewnętrzny podłączyłem do wieży. Gra bez problemu choć sposób korzystania z wieży się zmienił. Stary odtwarzacz odłączyłem (wewnątrz wieży) a całość realizuje te same funkcje co przedtem.
    Czy nie było to prostsze i skuteczniejsze rozwiązanie?

  36. 36 gniewoj

    Panie Michale,

    Czemu służy metafora rury? Słyszę czasami: owszem, to prawda, sowieciarze wyraźnie mieli jakiś plan w 1989 orku; udział policji politycznej w tych wszystkich „rewolucjach” jest zbyt nachalny, zbyt jasny, ALE: przeliczyli się. Sprawy wymknęły się im spod kontroli i teraz jest wolność. Więc to tak jakby Pan powiedział, chciałem zreperować rurę, ale zrobiłem w niej dziurę, rura zwyciężyła i niech tak zostanie. Czy tak?
    ————————————————————————————————
    TAK, dlatego, że nie umiem wykluczyć w swoich rachubach opcji według, której po zakończonej sukcesem mistyfikacji lat 89-91, z jakichś przyczyn kolektyw porzucił swoje cele zapanowania nad całym bożym światem. Bo skoro nadal dąży do pełnego przejęcia władzy to czemu nie stawia kropki nad i?
    Niunia całkowicie już uwędzona, Stany Zjednoczone w kieszeni komunistycznych chin. Wystarczy wywołać dwa, trzy kryzysy i ani jedna rakieta nie musi zostać odpalona, ani jeden czołg nie musi opuszczać koszar. Nawet chyba nie byłby potrzebne ani masowy terror ani żadne ludobójstwo.
    Skoro więc wszytko gotowe, czemu i na co jeszcze czekają?

    I NIE, bo z powyższego nie otrzymuję w żaden sposób, że mam Wolność. Zastanawia mnie jedynie długotrwałość (te ponad dwadzieścia lat od rozpoczęcia mistyfikacji) względnej swobody danej przez komunistów ujarzmionym przez siebie ludziom.

    ————————————————————————————————
    Pisze Pan: „mogę swobodnie czytać Mackiewiczów, czynić wpisy na stronie Wydawnictwa Podziemnego”. I co z tego? Jak im to szkodzi? To jest wielka nauka, którą wyciągnęli ze swego poletka doświadczalnego, prlu z lat 80.: miliony ludzi pozornie „anty”, ale naprawdę nie. Czytają nieocenzurowane książki w podziemiu, i co? Jedyne czego żądają, to żeby z nimi do stołu siadać i z nimi gadać. Na! niech se mają.
    ————————————————————————————————

    A co im Panie Michale szkodzi? Pewnie jedynie, jak stwierdził swego czasu pan Amalryk, powystrzeliwanie, powywieszanie ich na przydrożnych latarniach ewentualnie drzewach zaszkodziłoby im. Tyle, że nawet nie wiemy gdzie są ani kim są. I jeszcze, kto miałby się tego podjąć: ja, Pan, Pan Dariusz czy może któryś z pozostałych czytelników Wydawnictwa?

    ————————————————————————————————
    Homo sovieticus może mieć taką swobodę, gdy tego rodzaju wolność byłaby bardzo niebezpieczna dla bolszewików wśród ludzi wolnych.
    ————————————————————————————————

    Tego akurat nie rozumiem, albo szybciej: i tak niczego nie rozumiem.

  37. 37 gniewoj

    Panie Andrzeju,

    Jak Pana rozumiem, w swojej ocenie twierdzi Pan, że w demopeeerleu istnieje przynajmniej pewien zakres wolności. Jednakże zakres to zakres, nie całość. Czyżby to Panu wystarczało? A może to tylko pozory, może o to właśnie bolszewikom chodzi? Czy nie dlatego jest to ten „najlepszy z peerelów”?
    ————————————————————————————————–

    Zapewne wystarcza mi ten stan bo nigdy nie dane mi było żyć jako wolny człowiek w wolnym społeczeństwie w wolnym kraju. Swoje oceny buduję na porównaniu z doświadczeniem moich rodziców. Pamiętam, że dla nich dostanie skierowania na wczasy organizowane przez fwp, przydziału na mieszkanie spółdzielcze, talonu na samochód było szczytem marzeń a jednocześnie musiało być okupione współpracą z komunistami (choćby był to tylko udział w pochodzie).
    Ja to wszystko mogę mieć bez zapisywania się gdziekolwiek. W mojej pracy nie ma pop. Przed wyjazdem nie są prowadzone ze mną żadne rozmowy. Ani ja na nikogo ani nikt na mnie nie musi składać żadnych donosów.

    Że nie ma Polski?! Wystarczy, że wiem o tym i mogę wiedzę tę przekazywać swoim dzieciom.

    Co do odtwarzacza to zrobiłem dokładnie tak samo jak Pan, tyle, że z czasem ten budżetowy został zastąpione BluRay’em. Technika, nie świat, idzie do przodu.

  38. 38 michał

    Panie Gniewoju,

    Zacznijmy od końca. Czym jest sowietyzacja? Czy nie polega właśnie na akceptacji nieodwracalności zmian wprowadzonych przez komunizm? Po co Lenin i Stalin pragnęli kontroli produkcji i sprzedaży każdej główki kapusty? Nie byli przecież durniami, wiedzieli doskonale, że to nie nakarmi nikogo – robili to dla samej kontroli, ponieważ wolny człowiek może poprzez proudkcję i handel wykroić sobie świat bez ich kontroli, co z kolei zagraża ich władzy. Natomiast gdy zbudowanie nowego człowieka zostało osiągnięte, gdy każdy ich władzę akceptuje, to wtedy można udawać, że komunizmu nie ma, nie trzeba kontrolować tych główek kapusty (to tylko symbol centralnej kontroli wszystkiego: mediów, twórczości, a nie tylko kapusty), można pozwolić ludziom wyjeżdżać, bo i tak wrócą. Niech Pan sobie wyobrazi, co by było, gdyby Stalin pozwolił wyjeżdżać!

    Co im w takim razie może zaszkodzić? Prawdę mówiąc, nie wiem! Powszechna świadomość, że to nie jest żadna Wolna Polska? Tak, do pewnego stopnia, ale przecież prl nie istnieje w próżni, więc musiałoby zaistnieć powszechne uznanie, że niunia jest bolszewicką kreacją, że nie ma żadnej Rosji, a tylko przedłużenie sowietów (na co, między nami mówiąc, się nie zanosi, ale niech Pan nikomu nie mówi!).

    Dalej kwestionuje Pan zyski bolszewickie z ostatnich 20 lat. Jest jeden zysk: nikt nie widzi, że to oni na każdym kroku zyskują, bo przecie komunizm upadł. Niech Pan spróbuje wytłumaczyć średnio inteligentnemu człowiekowi, że w chrl jest komunizm, to popuka się w głowę i powie: „nie, tam jest kapitalizm”, a że jedno nie jest przeciwstawne drugiemu, to już semantyka, więc tylko wzruszy ramionami.

    I wreszcie ta rura… Nic im się w żadnym momencie nie wymknęło z rąk. Kiedyś myślałem, że może pucz Wałęsy był bliski poślizgu, ale teraz myślę, że to była jego osobista decyzja, a bolszewikom bardziej byłaby na rękę natychmiastowa ekspozycja Bolka, więc do tego zmierzali. To trochę tak, jakby wziąć mordkę szczeniaka i wytarzać mu ją w jego własnych odchodach.

    Dlaczego mają cokolwiek przyspieszać, kiedy mają wszyskie nici w ręku, a kukiełki i tak same robią, co trzeba i jeszcze protestują na każdym kroku, że nie są kukiełkami? Najbardziej mnie przekonywa metafora użyta przez Andrieja Nawrozowa: ogromnego półmiska, który jest lekko przechylony w jedną stronę i cała jego zawartość powolutku, niepostrzeżenie przesuwa się w pożądanym kierunku. Po jaką cholerę brać łychę do ręki i pomagać? Trzeba tylko cierpliwości.

  39. 39 gniewoj

    Panie Michale,

    nie pozostaje mi nic innego jak podziękować za Pana cierpliwość i wyrozumiałość ale nie jestem w stanie pojąć całści zgadnienia. Widzę jakieś ułamki a nie umiem ich ułożyć w logiczną dla mnie calość.

    Położę to na karb swoich ograniczeń. Po pierwsze, raz nabytego homo sovieticuosostwa widać nie można się wyzbyć. Po drugie, moją percepcję ogranicza organiczna obojętność na coś takiego jak żądza władzy. Nie jest dla mnie pojęte jak chęć żądzenia może motywować czyjekolwiek działania a tym bardziej kolektywne i do tego długofalowe.

  40. 40 michał

    Panie Gniewoju,

    Gdybyśmy mieli taką samą cierpliwość jak bolszewicy!… Ba, a gdyby nas lepiej i piękniej kuszono…

    Ma Pan rację, że tu jest trudność. Można zrozumieć żądzę władzy – ona powoduje każdym demokratycznym politykiem i każdym tyranem. Można zrozumieć długofalową strategię tyranów, tj. tych co mają władzę i mogą sobie pozwolić na długoterminowy plan. Nawiasem mówiąc, to nie jest typowe tylko dla bolszewików, tak samo działały wielkie dynastie ze swymi wiekowymi interesami. Ale zostawienie władzy „na później”, to się wydaje absurdalne.

    Być może paradoks wywodzi się stąd, że im jest przecież pod każdym względem lepiej teraz niż powiedzmy w roku 1985. Mają lepsze samochody, większe domy, sami też mogą wyjeżdżać za granicę, ich dzieci mogą się uczyć na Zachodzie (nb. takie marzenia snuł Beria!), więc dlaczego mają swoją władzę poddawać ograniczeniom ideologii – zsowietyzowanej masie jest lepiej i im samym też. Czego jeszcze trzeba?

    Nic, tylko przyłączyć się do nich, zamiast myszkować po podziemiach.

  41. 41 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Gniewoju i Panie Michale,

    Doprawdy nie rozumiem dywagacji na temat „wolności w demopeerelu”. Dla mnie sprawa jest prosta. To ze nigdy nie dane mi było być wolnym w wolnym kraju nie oznacza abym wyzbył się takich dążeń. Nie można się wyzbyć?

    Czy (pozorne) wybrane atrybuty wolności stanowią wolność? Czy wolność można stopniować? A czy półprawda jest prawdą?
    Ja upraszczam sprawę radykalnie ale czy da się inaczej? Do czego doprowadzi intelektualne ważenie? Moim zdaniem, do wstąpienia na równię pochyłą.

  42. 42 michał

    Panie Andrzeju,

    Jestem zdumiony! Rozważania prowadzą nas na równię pochyłą? A skąd to się wzięło?! Jeśli tak, to powinniśmy natychmiast zamknąć niniejszą stronę, bo naszym celem nie jest z pewnością wkraczanie na równię pochyłą. Tak się jednak składa, że w moim mniemaniu do równi pochyłej doprowadza bezmyślność, a nie „intelektualne ważenie”, jak był to Pan łaskaw określić.

    Czy wolność można stopniować, pyta Pan. A czyż nie można? – zapytam ja. Wolność jest z natury ambiwalentna, morderca jest wolny, czy zatem nie należy wolności stopniować? Ograniczać jej? Czy nie jest to absolutną koniecznością? Tak na marginesie, dlatego właśnie nie jestem liberałem, ponieważ nie wierzę w magiczną moc wolności. Co to znaczy „absolutna wolność”? Coś takiego nie istnieje. Wolność nie jest bowiem wartością, ale jednym z warunków działania; ważnym warunkiem, warunkiem niezbędnym dla moralności, dla twórczości, dla odpowiedzialności itd., ale nadal tylko warunkiem. Nie rozumiem co mają do tego półprawdy, ale mogę Pana zapewnić, że półprawda nie jest prawdą.

  43. 43 Andrzej (Pomorzanin)

    Drogi Panie Michale,

    Ja także nie jestem liberałem, „wyznawcą wolności”. Raczej umiarkowanym tradycjonalistą. Moje uwagi jednakże dotyczyły konkretnej sytuacji: ogarniającego nas bolszewickiego potopu. Uważam, że aby mu się nie poddać i przetrwać należy postawić solidną zaporę.
    Zdaję sobie sprawę że kwestia wolności to tylko warunek ale w takiej sytuacji, dla mnie to warunek podstawowy, to podstawa do suwerenności myśli i wyboru. „wolność w peerelu” stanowi dla mnie tylko „szufladę na zawsze wskazaną”.

  44. 44 Andrzej (Pomorzanin)

    PS. Cytat na końcu powinien brzmieć: „szufladę dokładnie wskazaną”. Bardzo przepraszam za pomyłkę.

  45. 45 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Zasypiam w szufladzie dokładnie wskazanej. Nie wyrwę się. Teraz już wiem.

    Ale to są zewnętrzne przejawy wolności, a przecież wolnym można być także w więzieniu. Powyższy tekst wywołał dyskusję, która zaowocowała dwoma osobnymi tekstami „O wolności” i „Narodziłeś się w Polsce ludowej…” Te artykuły zajmują się głębiej kwestią przez Pana poruszaną.

    Moje przekonanie, wyrażone we wspomnianym tekście, jest takie, że niektóre zewnętrzne przejawy wolności – a może lepiej swobody – w dzisiejszym prlu, sprawiają, iż jest to „najlepszy z prlów”, że ludziom żyje się „lepiej”. Ale ta zewnętrzna swoboda, nie jest wiele warta, nic z niej nie wynika i dlatego właśnie została darowana z łaski niemiłościwie nam panujących bolszewików.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja