Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Dariusz Rohnka


O wolności

Właściwie słuszniej byłoby napisać „o wolności w peerelu”, doszedłem jednakże do, przyznaję, przebiegłej antycypacji, że treści opatrzonej równie parszywym tytułem żaden zdrowy na umyśle i duszy czytelnik Wydawnictwa Podziemnego wziąć do ręki i przeczytać ochoczo nie zechce. Stąd tytuł nieadekwatny, sugerujący próbę podjęcia tematu nader poważnego, przekraczającego, rzecz jasna, skromne ambicje piszącego te słowa.

Zapytasz wysubtelniony czytelniku słusznie: skoro owa peerelowska substancja taka obrzydliwa, sparszywiała, źle pachnąca i niemiła po cóż w niej pióro nurzać, mieszać, atmosferę zatruwać? Na tak bałamutne pytanie odpowiedź może być tylko jedna: bywa, że sytuacja wymaga od nas poświęcenia, babrania się w nieczystościach, gdy – podobnie jak chirurg operujący jakąś tam gnijącą kichę – zmuszeni bywamy do podjęcia drastycznych kroków. „Wolność w peerelu”, a raczej zagadnienie czy ona jest czy jej całkiem nie ma, czy być może, dla kogo, w jakich okolicznościach, dokładnie taką sytuację wytwarza.

Przejdę do rzeczy. Do bezpośredniego impulsu, który tekst poniższy spowodował. Impulsem tym był odrobinę – wedle mnie – kontrowersyjny fragment ostatniego artykułu Michała Bąkowskiego, w którym zaprezentował myśl następującą:

Mackiewiczowska teza, że osobista wolność jest ważniejsza niż wolność narodu lub państwa, wydaje mi się słuszna. Weźcie sobie pseudo-suwerenne państwo demokratyczne, a dajcie mi w zamian cesarsko-królewską wolność i poszanowanie prawa. Nazywam dzisiejsze wcielenie prlu „najlepszym z prlów”, bo bez wątpienia ludziom żyje się lepiej, czują się wolni, cokolwiek by to miało znaczyć.

Zacznijmy od niewątpliwych racji, przemawiających na rzecz takiego dokładnie poglądu. Bo czyż istotnie peerel obecny, nazywany „drugim” (sam podobnego rozróżnienia staram się nie stosować), barwny i kolorowy, wesoły (a może tylko prześmiewczy), modernistyczny całą swoją sparszywiałą gębą (pewien typ przymiotników nie chce mnie jakoś opuścić), czyż taki peerel nie jest istotnie lepszy od szarego, zgrzebnego monstrum znanego lepiej lub gorzej wszystkim tym, którzy przetrwali na tym padole nieco dłużej niż ćwierć wieku? Czyż nie żyje się teraz po prostu lepiej? I choć nie może być oczywiście mowy o wielkiej jakościowej odmianie, o jakiejś tam „Wolnej Polsce”, którą nam co dzień obwieszczają najbardziej zatwardziali naprawiacze tutejszego bolszewizmu, czy sam już przyrost ilościowy dóbr wszelkich nie stanowi o przewadze teraźniejszości?

Chleba i wolności” (chleba na pierwszym miejscu) – tak wołali antykomunistyczni manifestanci w czerwcu 1956 roku w Poznaniu. I oto proszę, przyszedł rok 1989 i tego chleba aż nadto, do wyboru i koloru. Podobnie wiele atrakcyjnych łaszków, nieznanych wcześniej rozrywek, licznych hedonistycznych możliwości. Prawda, że nie dla wszystkich owe dobra obfite, że w pierwszych przynajmniej latach „transformacji” dla posesjonatów nomenklaturowych spółek oraz ich akolitów głównie, dla całej reszty niemal – kłujący w oczy widok cudzego bogactwa, dajmy jednak spokój mniej istotnym drobiazgom. Nie o to tu idzie.

Zgódźmy się zatem chętnie z Michałem Bąkowskim – ludziom żyje się lepiej. Boć przecie lepiej jest jeść niż nie jeść, ubierać się w rzeczy niż chodzić w łachmanach, wakacje spędzać na Seszelach lub innych Ibizach, a nie bąki zbijać w jakimś tam Zapyziewie. Powinniśmy się także zgodzić z kolejnym twierdzeniem, tym mianowicie, że ludzie „czują się wolni”, a zgodziwszy się i na to, spojrzeć sobie w lustro i zapytać nieśmiało: o co tu autorowi (czyli mnie) właściwie chodzi? Czyżbym (o ja przebiegły!) wynalazł był właśnie nową technikę polemiczną, polegającą na przytakiwaniu?

Liberum arbitrium

Diabeł, jak to zwykle, tkwi w szczegółach. Pochylmy się zatem przez moment nad właściwym sensem naszego problemu. Cóż tu mamy? M. in. wyraźną sugestię, że owo, odczuwalne wyraźnie w peerelu „poczucie wolności” jest czymś w rodzaju… chciałoby się napisać – wartości, ale ponieważ to całkiem wykluczone (o czym za moment), określmy owo „wolnościowe czucie” nieco mniej kontrowersyjnie, jako dodatnią cechę peerelowskiej „rzeczywistości”. Czy możliwe jest, żeby to był pogląd słuszny?

Niewątpliwą rację miał Michał Bąkowski (prawda, że dziwna polemika?), gdy pisał jakiś czas temu:

Wolność jest formą działania. Jako taka jest warunkiem odpowiedzialności, winy bądź zasługi i całego tego obszaru, który nazywamy moralnością. Wolność jest niezwykle ważna, bez niej nie można mówić o człowieku jako podmiocie, bo działania nie-wolne są bez znaczenia.

Cóż z tego wynika? Przede wszystkim całkiem niezwykłe znaczenie wolności, która, co prawda, jak w nieco innym miejscu świetnie uzasadnia Michał Bąkowski*, sama w sobie nie jest żadną wartością, ale jednak niezmiernie ważnym warunkiem realizacji podmiotowych działań człowieka. Działania człowieka nie-wolnego „są bez znaczenia”, nie liczą się. Pozostaje w tej sytuacji rozstrzygnąć, który z tych dwóch przypadków (wolny, nie-wolny) bardziej pasuje do przeciętnego człowieka tutejszego.

Skupmy się raz jeszcze na owym „poczuciu wolności”, charakteryzującym en masse peerelowskich obywateli? Czy to dobrze, czy źle, że owo „poczucie” w ogóle występuje? A może ono samo stanowi niejaką wartość? Czy fakt, że czyni peerel „najlepszym” samo w sobie nie przesądza sprawy? A może jest całkiem inaczej: może nie należy szacować kwestii „poczucia wolności” w oderwaniu od dziedziny świadomości?

O jakim „poczuciu wolności” mówimy? Nie dotyczy ono przecież wolnych ludzi w wolnym kraju. To poczucie pozbawione jakichkolwiek realnych podstaw, z gruntu fałszywe. Nie niesie ze sobą żadnych cech dodatnich, stanowi za to wymowny dowód bolszewickiego zniewolenia. Wolność, a zatem i „poczucie wolności” mogą być osiągnięte tylko przez człowieka rozumnego, takiego, który potrafi uświadomić sobie własne tu i teraz, określić mniej lub bardziej precyzyjnie swoje miejsce w świecie. „Poczuciu wolności” w znaczeniu wolności w wolnym „postpeerelowskim” kraju atrybutu słuszności rzecz oczywista przypisywać nie można. Nie wynika z rozumnej analizy rzeczywistości, już raczej z odmiennego stanu umysłu, urojenia, rodzaju zbiorowej fantasmagorii. Dlatego osobiście, gdybym miał już wartościować dwie kolejne fazy peerelu (a jestem od podobnych chęci jak najdalszy) wybrałbym zdecydowanie tę pierwszą, zgrzebną i zamordystyczną.

Nie musimy koniecznie oddzielać duszy od ciała, aby odpowiedzieć sobie na pytanie, co więcej waży na szalach egzystencji: duch czy materia? Choć zdecydowana większość ludzi w realnym życiu wybiera materię, mało kto byłby skłonny właśnie jej przypisywać pierwszeństwo. Jeśli zatem zapytamy, co ważniejsze, czy materialny poziom życia czy też poziom indywidualnej świadomości, także wówczas nie wzbudzimy nadmiernej dyskusji. To że tu i teraz żyje się bogaciej (zakładając warunkowo, że to prawda), nie ma – rzecz prosta – większego znaczenia w zestawieniu z zagadnieniem poziomu świadomości w dwóch odsłonach peerelu.

Decydująca będzie umiejętność rozumnej oceny rzeczywistości, od niej uzależniony jest poziom naszej intelektualnej i duchowej egzystencji: czy będzie nas stać na dokonywanie wolnego wyboru, czy raczej zadowolimy się instynktem stadnym. W tej płaszczyźnie rozumowania nie może być nawet cienia wątpliwości, w którym z „dwóch” peerelów żyło się i żyje rozumniej, a więc i wolniej, rzecz oczywista, także „lepiej”.

Dusza powinna być wolna

Tak mawiał Sokrates. Niestety rzeczywistość bywa dość odległa od postulatu greckiego filozofa. Może dlatego warto zejść na chwilę na ziemię i zastanowić się przez moment, czy aby na pewno nie popełniamy błędu naiwności, automatycznie przypisując werbalnym deklaracjom prawdziwe znaczenie? Czy rzeczywiście jest tak, że wszyscy nagle, ni stąd ni zowąd, w tym „lepszym” rzekomo peerelu zbaranieli, utracili bezpowrotnie zdolność rozumowania, umiejętność trafnego odczytywania rzeczywistości, „poczuli się wolni” nagle i niespodziewanie, za to całkowicie szczerze, czy też kryje się za tymi deklaracjami jakaś całkiem jeszcze inna, smętna prawda? Czy, słowem, to zbiorowe zbęcwalnienie czy tylko grzeszne wyrachowanie, chęć przystosowania się, mimikra?

Nie chcę w tej chwili tej kwestii rozstrzygać, formułować odpowiedzi obarczonych potencjalnym błędem. Więc nie odpowiem na pytanie ilu, wedle mnie, w czterdziestomilionowej masie peerelowskich obywateli znaleźć można życiowych Makiaweli. Nie o liczby tu idzie, których zresztą nikt precyzyjnie podać nie jest w stanie, ani tym bardziej kto w niniejszych zaczątkach dyskusji ma rację. Chodzi jedynie o spójną, przekonującą odpowiedź na nader drażniące pytanie: skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle?




Prześlij znajomemu

31 Komentarz(e/y) do “O wolności”

  1. 1 amalryk

    W 1945 komuniści przynieśli nam wolność od Hitlera, (którego zresztą wcześniej instalowali). W 1956 wyzwolili nas od stalinistów, w 1970 od komunistycznych dogmatyków, w 1980 od gospodarczych imbecyli (czy też woluntarystów jak głosiła to nowomowa, a i owszem też komunistycznych); wreszcie w 1989 wyzwolili nas od siebie samych! Ach! Jakżesz ich za to nie kochać? I czy nie można dostać zawrotu głowy od tak potężnej dawki wolności?!

    Ukształtowany przez współczesną tresurę człowiek masowy nie miewa takich (z wolnością)dylematów. On istnieje kolektywnie – nie ma osobowości, nie ma poglądów; ale ma za to opinie, opinie za pomocą których „pozycjonuje” się w społeczeństwie, deklaruje swą przynależność do tej czy innej grupy.

    Myślę, że gdy zniszczone zosały tradycyjne więzi społeczne i zastąpione omnipotencją państwa, prowadzącego delikwenta od porodówki, poprzez państwowe zakłady wychowawcze, aż do domu starców, gdy pozbawiono go możliwości zdobycia poglądów na otaczający świat w drodze życiowego doświadczenia i tradycyjnego przekazu środowiska w którym wzrastał, to zostały mu tylko (o ile jeszcze coś zapamiętał) „szablony edukacyjne” i opinie, podawane do wierzenia przez tv czy też tabloidy.

  2. 2 Dariusz Rohnka

    Istotnie, sporo tego. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie tej bolszewickiej „wolności” pełno. Z punktu widzenia beneficjentów, którzy dają się tą „wolnością” obdarowywać ma jedną szczególną zaletę – jest niezwykle, jak na wolność, bezpieczna. Ma ściśle wytyczone granice, a więc jej użytkowanie nie grozi powikłaniami natury „prawnej” , a już tym bardziej „moralnej”. Nie wywołuje żadnych drażniących dylematów, nie nasuwa konieczności dokonywania wyborów czy formułowania sądów. W zamian oferuje radość i beztroskę, a że momentami zawiewa odrobinę nudą? No cóż, życie to nie bajka.

  3. 3 Jaszczur

    Żeby nie powtarzać za PP. Amalrykiem i Dariuszem, i żeby lepiej zobrazować stan rzeczy, stan świadomości naszych współobyweteli, przytoczę fragment „Drogi Donikąd”:

    W tym momencie stuknęły drzwi wejściowe, słychać było jakąś krótką rozmowę w kuchni i następnie ciężkie kroki w sieniach.
    – Kto to? – zapytał Paweł i obejrzał się na okna. Na dworze robił się już zmierzch.
    – To pewnie Fjodor Mikołajewicz, mój przyjaciel. – Drzwi się otwarły i stanął w nich człowiek bardzo wysoki, w mundurze oficera czerwonej armii, z oznakami majora. Ptasznik wstał. Paweł uniósł się również i powiedział:
    – Chyba mnie już czas w drogę.
    – Eee, zaczekaj pan teraz. Poznaj bolszewika – odparł ptasznik. Przybyły uśmiechnął się, wyciągając rękę do starego: Miał włosy mocno szpakowate, na skroniach zupełnie siwe. Nos długi, raczej mięsisty, natomiast skórę na twarzy suchą, pooraną zmarszczkami. Specjalnie wyróżniały się jednak jego oczy, które skutkiem swej wewnętrznej wyrazistości zatracały do tego stopnia zewnętrzny swój kolor, że trudno byłoby odpowiedzieć na pytanie, jakiej właściwie są barwy? Gospodarz przedstawił wzajemnie gości i zaraz objaśnił obszernie: z Fjodorem Mikołajewiczem łączą go najstarsze więzy przyjaźni jeszcze z Symbirska. Służyli też razem w wojsku carskim, tylko że tamten dochrapał się rangi oficerskiej i wyszedł w końcu do rezerwy w stopniu kapitana. W roku 1920 zmobilizowali go bolszewicy do wojny z Polską. – I widzisz pan, komu służy! – zakończył z uśmiechem. – Majorem nawet został. I oto los pokierował spotkać się znowu po latach. Zachodzi prawie codziennie na pogawędkę. Z nim możesz pan rozmawiać, jak ze mną, szczerze.
    – Tu z garnizonem? – spytał Paweł.
    – Tak. W koszarach za rzeką – odparł tamten.
    – Konia sprzedałem, Mikołajewiczu – oświadczył ptasznik.
    – Szkoda. Ładny koń był.
    Usiedli. Przybyłemu nalał gospodarz pełną szklankę wódki – niech dopędza! Ten wypił haustem do połowy, wziął widelec, trzymając go szukał przez chwilę oczami po stole, aż ptasznik przysunął mu talerzyk z grzybkami. – „Aha…” – mruknął oficer i dziobnął jeden widelcem. Rozmowa potoczyła się na temat koni, następnie spóźnionej wiosny. Później jedli jakiś czas w milczeniu. Po chwili ptasznik uczynił ruch głową w kierunku Pawła:
    – Też nie lubi bolszewików.
    – Hm… – mruknął major pod nosem i podciągnął ku sobie kawałek wędzonej szynki domowego wyrobu. – A za co?
    – Śmieszne pytanie stawiasz, Mikołajewicz – wtrącił ptasznik.
    Paweł podniósł wzrok na majora, oczy ich spotkały się na chwilę i zatrzymały. Czy to pod wpływem wypitej wódki, czy zachęcony wyrozumiałością spojrzenia, Paweł nie zawahał się z odpowiedzią.
    – Za łgarstwo przede wszystkim.
    – Łgarstwo? W odniesieniu do czego?
    – Do wszystkiego.
    – A… Do wszystkiego.
    Nastało milczenie, które zdawało się świadczyć, że major chce się uchylić od dalszej dyskusji, gdy niespodziewanie tym samym spokojnym tonem, nie przerywając jedzenia, podjął:
    – To jest wyłącznie kwestia przyzwyczajenia.
    – Sądzi pan?
    – Bez wątpienia. I oswojenie przyjdzie z czasem.
    – Może – odparł z niechęcią Paweł.
    – My, proszę pana – mówił major równym głosem – wychowaliśmy się w tak zwanej kulturze chrześcijańskiej. I ojcowie nasi, i dziadowie. Dlatego wszystko, co w niej było nieprawdą, nawet najoczywistszą, nas nie raziło. Przywykliśmy. Ot, jak ten czyżyk do klatki naszego kochanego gospodarza. Panu może pokazywał? No, więc. Ale co by pan powiedział, gdyby na przykład jakiś nieobyty zajechał… No, powiedzmy, ludzie z innej planety przybywają do nas, do chrześcijan. Pierwsze pytanie: jaka u nas religia, czym odznacza się, jakie przykazania? I odpowiedź: wyznają Boga, który jest uosobieniem miłości, a przykazania takie, żeby drugiemu nie robić nic złego. Aha, nu, i na drugi dzień, powiedzmy, ci ludzie z drugiej planety dowiadują się, że my od tysięcy lat nic innego nie robimy jak tylko drugiemu zło: mordujemy, w więzieniach trzymamy i coraz to wymyślamy nowe wynalazki, żeby móc zamordować nie jednego już bliźniego, ale całe tysiące od jednego machu. Co by pan powiedział, żeby sam był z tamtej planety? Powiedziałby: „Ależ to największe łgarze, jakich spotkałem”. – Znowu nałożył sobie na talerzyk. – Czego symbolem jest krzyż? Wielkich nakazów: „Nie zabijaj, kochaj bliźniego, jak siebie samego” itd. A wie pan chyba, w jaki sposób ten znak krzyża najbardziej, najskuteczniej rozpowszechnia się po świecie? Proszę, już druga taka wojna, a ile ich było przedtem! Ludzie idą jeden drugiego mordować, a tam gdzie zamordują postawią znak: „kochaj bliźniego”; zamordują i znak: „nie zabijaj”; zamordują i znak postawią: „on w ciebie kamieniem, a ty – chlebem”, i tak dalej, i tak dalej. Im więcej morderstw, tym więcej krzyżów, Miliony krzyżów po tamtej wojnie, miliony będą po tej, miliony tych symboli miłości bliźniego, a każdy postawiony akurat w miejscu, gdzie bliźni został zamordowany. Ten sam morduje i ten sam często krzyż stawia. To nie jest kłamstwo? Jest. Ale my przywykliśmy, że tak jest, i nikomu do głowy nie przyjdzie nawet wytykać.
    – To, zdaniem pana, nie może być po prostu wojny sprawiedliwej?
    – Owszem, być, to ona by mogła, tylko że jej nie ma. Ja mówię z punktu chrześcijańskiego, oczywiście. Powiedzmy krucjaty w wiekach średnich, w obronie wiary, mogłyby być, owszem, ale nie były. I dziś też każdy prawie naród idzie na wojnę „z Bogiem”, tylko dlaczegoś tak dziwnie się składa, że żaden z tych narodów, z których każdy odprowadzany jest modłami, ani też wszystkie one razem, właśnie tylko z jednym nie próbowały walczyć, z tym, który Boga prześladował najwięcej dotychczas w dziejach. …I to nie jednego chrześcijańskiego, ale wszystkich, ilu ich jest. Z tym wrogiem swych bogów nie tylko nie walczą, ale jeszcze dobre interesy robią. Czy to nie jest łgarstwo? Jest naturalnie.
    Ptasznik słuchał ze spuszczoną głową ,i pokiwał nią.
    – Nie lubi on Boga bardzo, Fjodor Mikołajewicz, to niedobrze.
    – Nie, dlaczego, Michale Andrzejewiczu, owszem, ja nawet bardzo lubię, tylko zależnie jakiego? Może tego, do którego twoje ptaszki modlą się śpiewając. A tego z cerkwi czy kościoła też ani nie lubię, ani lubię, tylko mówię po prostu, jak jest.
    – To nie nam rozstrzygać. To nie na nasz rozum sprawa – ciągnął ptasznik w zamyśleniu.
    – Oto właśnie, zupełnie tak samo i bolszewicy mówią. Ludzi do koncłagierów wsadzą czy do więzień, ruszać się nic pozwolą, a każą wychwalać i dziękować za wolność. A ich zapytasz: „Jakże to, bracia, u was tak wychodzi jakoś na odwrót?” To i odpowiedzą akurat to samo: „Ty, widać, w piśmie naszym nieuczony, durak ty za wszystkiem, to nie twego rozumu sprawa”. Może być, ja przepraszam – zwrócił się do Pawła – nie chciałem obrazić, bluźnierstwo jest to, co mówię. Ale dla bolszewika będzie tak samo bluźnierstwem, jeżeli pan zwątpi w słowa Stalina. I ciągle wychodzi na jedno.
    Ptasznik wciąż w zamyśleniu:
    – Jeszcze nic nie wiadomo… W puszczy Rudnickiej, mówią, prorok jakiś pojawił się i wojnę przepowiada na wiosnę.
    – Co? – zagadnął go major. Ale Paweł wtrącił w tej chwili:
    – Zupełnie „na jedno”, jak pan mówi, to nie wychodzi. Chociażby z tego względu, że w ustroju niebolszewickim można wypowiadać się głośno i krytykować, i wytykać błędy itd., a w bolszewickim nie można.
    – A po co? – odparł oficer. – Pan na przykład wiesz, może nawet z własnego doświadczenia, że słowa Ewangelii: „Proście, a będzie wam dano”, to nieprawda. 1 wie pan też o tym z doświadczenia innych ludzi, którzy w modlitwach nie raz prosili i nie otrzymali. I wiedzą o tym tysiące, setki tysięcy, miliony tych innych. A czy przyjdzie panu do głowy wystąpić publicznie i wołać wielkim głosem: „Słuchajcie! To nieprawda!” Dlaczego do pana nikt nie ma o to pretensji, ani pan sam do siebie? A ja na przykład znałem dobrze marszałka Tuchaczewskiego, i też wiem dobrze, że nieprawdą jest, jakoby był on szpiegiem niemieckim i agentem kapitalistycznym, tak samo jak nieprawdą, że Trocki, Bucharin i inni byli tymi, za kogo ich głoszono. I moi znajomi wiedzą, i znajomi moich znajomych, i tysiące, i miliony wiedzą. Ale tak samo nie ma co dziwić się, że ja, że inni nie wystąpią i nie krzyczą o tym wielkim głosem. Niech pan pozwoli jeszcze chwileczkę… – zrobił ruch ręką, wstrzymując odpowiedź Pawła. – Pan może powie, że gdybym ja wystąpił, to by mnie w ustroju sowieckim nikt ze strachu nie podtrzymał, a przeciwnie, wszyscy z tych milionów, którzy wiedzą, że to ja mam rację, jeszczeby mnie zakrzyczeli, potępili i podeptali? Słusznie. Ale czy tak samo, nie potępiłyby pana miliony chrześcijan, gdyby pan zechciał zaprzeczać Ewangelii, a razem i ci, dla których jest ona szczerze obojętna a którzy do kościoła nigdy nie chodzą, nie wierzą i wiedzą, że pan ma rację? Niech pan pozwoli jeszcze… – major zaczął tracić swój pierwotny spokój i mówił ze wzrastającą namiętnością. – Bo najważniejsze, że słuszność będą mieli oni, a nie pan. Bo po co pan ma to mówić? Wolność słowa? Wolność krytyki? Wolność wypowiadania własnego zdania? Pan wie, co to jest? To jest właśnie ta pycha jednostki, która za jednakowy grzech uważana jest i tu, i tam! Panu pozwolą wypowiadać się czy drugiemu, i już pan i drudzy będą to uważali za wolność. Ale niech pan najpierw zapyta, czy to jest ważne, czy to jest potrzebne komu, to co ma pan powiedzieć? Czy pan to mówi z intencją dla dobra, czy tylko, aby dać upust własnej pysze i pragnieniu władzy nad innymi, aby im narzucić swoje zdanie. Człowiek po prostu chce powiedzieć, tak samo jak chce zjeść. A powie czy zje i nic go nie obchodzi, czy inni są z tego syci. Tak jest naprawdę. I więcej panu powiem: tak zwana wolność słowa prowadzi często do własnej niewoli. Człowiek wciąga się, chce wciąż mówić dalej, a żeby go słuchali, zacznie iść na ustępstwa w stosunku do słuchaczy, na kompromisy, zacznie mówić tylko pół prawdy, później ćwierć prawdy, a z tego może wyjść, że łże nie tylko innym, ale nawet sobie. A wszystko przez pychę: „Ja, moje zdanie!” A na czorta ono komu, to jego zdanie! Prawdziwa wolność jest nie w słowach, proszę pana, a w milczeniu. W tym właśnie, żeby słowa nie zakłamały własnych, prawdziwych, wewnętrznych myśli. Na tym polega prawdziwa wolność jednostki w stosunku do przytłaczającej ją zbiorowości. – Odetchnął i mówił już spokojniej. – Przez tysiące lal przywykliśmy nie krytykować spraw wiary świętej, a teraz przywykamy nie krytykować wiary bolszewickiej. Mówię panu, to kwestia przyzwyczajenia. Przywyknie i pan z czasem. Od razu przyjść nie może, człowiek jest niesforny. Dlatego i potrzebne są z początku GPU i NKWD, jak kiedyś potrzebna była inkwizycja, a teraz więzienia, obozy. Etapami. Ot, nasz gospodarz, on powoli przyzwyczaja swoich czyżyków: najpierw zieloną chustką okryje klatkę, w spokoju trzyma… łamie charakter…
    – Łżesz, łżesz wszystko, Mikołajewicz, łżesz! – ptasznik uderzył pięścią w stół.
    – Dlaczego łżę? Mnie się zdaje, że ja wcale nie łżę. Mnie się zdaje, że ja mówię prawdę. – Nalał sobie pół szklanki wódki, chciał wypić, ale odstawił, zauważywszy puste przed współbiesiadnikami, napełnił więc wszystkim. – Na zdrowie! Też ważna rzecz, zdrowie. Ja nie łżę. Sam byłem prawosławnym, rosyjskim oficerem, wiernie służyłem carowi. A oto teraz jaki mundur noszę… Z początku rzygać się chciało na samego siebie. Ale cóż, jeżeli każda władza od Boga pochodzi… I chyba tak musi być, skoro widzimy, że On się z tym pogodził. – Po raz pierwszy od chwili gdy zaczął mówić oczy jego zwęziły się i błysnęły w nienawistnej jakiejś ironii; nie poznać było, czy przeciw Bogu, który go zawiódł, czy przeciw Stalinowi, któremu służy. – Coż, wypijem.
    Paweł wychylił szklankę jednym haustem, skrzywił się, przeciągnął palcem po wargach.
    – A jeżeli to jest tylko pycha wypowiadać własne zdanie, to po co pan wypowiadał je wobec mnie?
    – Przez pychę. Człowiek jest słaby.
    Paweł sięgnął ręką po zakąskę, nagle zbladł, zachwiał się na krześle i tak jak siedział runął na podłogę koło stołu. Głowę miał zawsze mocną, ale widocznie nie wydobrzał jeszcze dostatecznie po ostatnich przejściach, i organizm, wyczerpany zarówno fizycznie, jak nerwowo, nie wytrzymał nadmiaru alkoholu.
    – Eee… Słabizna… – usłyszał jeszcze nad sobą słowa starego ptasznika.

  4. 4 michał

    Że też się Panu chce przepisywać taki długi fragment…

    Ale to oczywiście świetna scena i bardzo ważna rozmowa. Niech mi Pan tylko powie, jak Pańskim zdaniem odnosi się do problematu wolności w dzisiejszym prlu. Że głowa słaba?

  5. 5 Jaszczur

    Panie Michale, po prostu zeskanowałem, i to już dawno, na potrzeby wpisu popełnionego dwa lata z rzędem temu.

    A jak wyżej cytowana rozmowa z l. 40 XX w. odnosi się do neopeerelu po 1989? Opisuje bodaj najbardziej podstępny mechanizm sowietyzacji – przyzwyczajenie do czerwonej niewoli, jako do stanu naturalnego.

    Bo dlaczegoż, na przykład podany przez Pana w dzisiejszym artykule, „Psy” Pasikowskiego mają tylu fanów, uznających uboli za „indywidualistów”, „ludzi honoru” (na tle rzezimieszków, z którymi w filmie walczą) czy „fachowców”? I czemuż Wajda jednak pozostał w kinie, w pozycji siedzącej?

  6. 6 michał

    Wajda pozostał w kinie, bo jest a) oportunistą, b) filmowcem, c) prlowskim filmowcem, d) kanalią.

    „Psy” są popularne, ponieważ to jest prl. Nb. ubole w tym filmie sa przedstawieni jako ludzie honoru w ogóle, a wcale nie tylko na tle rzezimieszków.

    Ale czy ja dobrze Pana rozumiem co do majora krasnej armii? Może i ma Pan rację, że to jest „przyzwyczajenie do niewoli”. Wyznaję, że nie widziałem tego dotąd w ten sposób. Wydawało mi się zawsze, że autorska sympatia leży tu po stronie majora: to on szuka duchowej wolności, wolności w milczeniu, wolności od „ja”, od pychy. Major jest chyba także przykładem tej licznej grupy sowieckich oficerów, którzy przy pierwszej nadarzającej sposobności szli do niewoli w nadziei, że będą mogli walczyć ze znienawidzonym bolszewizmem, któremu służyli tylko z instynktu samozachowawczego. Mogę sobie spokojnie wyobrazić majora jako oficera w armii Własowa, wydanego haniebnie na rzeź przez zachodnich sojuszników Stalina.

  7. 7 Jaszczur

    Co do losów majora armii czerwonej, nigdy nie zastanawiałem się, czy po inwazji Niemiec poddał się, licząc na walkę z komunizmem…

    Niemniej chodziło mi właśnie o owo „przyzwyczajenie do niewoli” albo/i udział w komunizmie wiedziony najbardziej rudymentarnym instynktem przetrwania.

  8. 8 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Dariuszu,

    Camus powiedział że „Być wolnym to móc nie kłamać”. Zastanawiam się co miał na myśli skoro sam był bolszewikiem.

    Osobiście uważam że stwierdzenie to powinno brzmieć: być wolnym to chcieć nie kłamać.
    Tak też rozumiem przesłanie Józefa Mackiewicza „Jedynie prawda jest ciekawa”. Tzn. że tylko wtedy koś jest wolny gdy chce poznać całą prawdę i ją wyrażać.

    To trywialne twierdzenie, ale w aktualnych okolicznościach Polacy (a przede wszystkim tzw. polskie elity „niepodległościowe”) w większości nie chcą mówić całej prawdy, mamiąc siebie i innych już nie tylko „pobożnymi życzeniami” ale wręcz ogłaszając i podtrzymując tezę o „wolnej Polsce”. I kto to m.in. robi? Na przykład były przywódca Polskiej Partii Niepodległościowej, tak przecież radykalnej w latach przedpierestrojkowych. W następnych latach „poszedł w minstry” demopeerlelu i zaraz skończył się jego radykalizm. Dostało mu się mimo to „po łapach” ale to nie zmieniło jego postawy. To przykład wymowny ale przecież nie jedyny. Sporo tu dyskutowano o innym znanym reprezentancie tego środowiska…
    I tak toczy się współczesna „sprawa polska” – bystro po równi pochyłej.
    Tylko (dosłownie) jednostki w naszym ponad 40 milionowym narodzie (łącznie z emigracją) chcą i mówią prawdę jaka ona jest i tylko dla nich jest naprawdę „ciekawa”. „Życiowych Makiaweli” jest 40 milionów i to oni wyznaczają kierunek. No i „jest dobrze” bo przecież, jak trafnie określa stan rzeczy Pan Michał, mamy ochlokrację.

    Panie Michale,

    Ależ Wajda to od zawsze bolszewik pełną gębą! Do kompartii wstąpił jeszcze w 1948. Kiedy wystąpił nie pomnę ale pewnie wtedy gdy tylko stało się to potrzebne, pozostając jednakże bolszewikiem do dziś dnia i jako „dobry bolszewik” realizując bolszewickie cele „na froncie” ideologiczno-kulturowym a więc tym najważniejszym. Po różnych „jedynie słusznych” wykładach nt. historii Polski (i peerelu) akurat nadszedł czas wyjaśniania „geniuszu” wspierajacego bolszewizm TW „Bolka”. I tak będzie dopóki się da, na pierwszej linii bolszewickiej „walki” a potem zbolszewizowany do cna naród postawi mu pomnik i pochowają go z demopeerelowskimi honorami!

  9. 9 michał

    Panie Andrzeju,

    To nie przeczy mojej liście. Józef Mackiewicz mówił o takich ludziach hipotetycznie, źe „„Polak, który pod Sowietami staje się bolszewikiem, a po ich obaleniu przestaje być bolszewikiem, nie jest ani Polakiem, ani bolszewikiem, tylko – szmatą.”

  10. 10 Dariusz Rohnka

    Panie Andrzeju,

    W przypadku Camusa, który był zapewne dość inteligentnym człowiekiem, mógł być to po prostu przejaw niewolniczego żalu za utraconą bezpowrotnie wolnością, bezpowrotnie boć w żaden sposób nie mógł się zdecydować na zerwanie z bolszewickimi panami.

    Józef Mackiewicz wykorzystał niewielki cytat z „Człowieka zbuntowanego”, żeby zilustrować na jego przykładzie klasyczne dla ery bolszewickiej zjawisko umysłowe – asfaltintelektualizmu, zakładając apriorycznie , że taka asfaltowa droga musi być koniecznie gładka oraz jednolita w swoich właściwościach.

    Niestety, to samo co Pan pisze o PPN można także powiedzieć o wszystkich pozostałych, powstałych w l. 80-tych, efemerydach antykomunistycznych. Nie ulega wątpliwości, że przechodząc na drugą stronę, zafałszowując rzeczywistość, działali w pełni świadomie i z premedytacją. Nadal pozostaje dla mnie zagadką, dlaczego prawie WSZYSCY zdecydowali się na tak haniebny krok?

    Czy szacunek 40 milionów Makiaweli jest realny? Przyznam, że tu skłaniałbym się raczej do opinii Michała – z całą pewnością ogromna większość populacji nie ma dostatecznie rozwiniętej świadomości, aby takich złożonych wyborów, w tak trudnych warunkach powszechnie obecnej bolszewickiej propagandy, dokonywać.

  11. 11 Jaszczur

    Wajda zdaje się być jednocześnie: i bolszewikiem, i szmatą…

  12. 12 Jaszczur

    Panie Dariuszu,

    Pisząc o „efemerydach antykomunistycznych” ma Pan zapewne na myśli środowiska „Obozu”, „Niepodległości” (później LDP”N”) i SW, czy tak?

    Ja myślę, że ludzie ze wszystkich tych środowisk jednak dali się zwieść komunistycznej dezinformacji; być może – obserwując wydarzenia l. 1989 – 91 – mogli oni nie do końca zdawać sobie sprawy z tego, że komuniści rozgrywają, pod wpływem dynamiki wydarzeń, alternatywny wariant swojej długofalowej strategii.

    Wcześniej dając dowody na to, że samej istoty komunizmu nie do końca zrozumieli: czytałem wiele artykułów, których clue było definiowanie komunizmu jako antytezy demokracji czy liberalizmu.

  13. 13 Dariusz Rohnka

    Panie Jaszczurze,

    Przypuszczenie, że ludzie działający w organizacjach, które Pan wymienia, „dali się zwieść komunistycznej dezinformacji” nie odzwierciedla wedle mnie myślowego potencjału, jaki prezentowali. Może nie było wśród nich wielu wybitnie inteligentnych jednostek, jednak gremia te nie składały się z samych głupców. To co miało miejsce w 1989 roku w najlepszym razie mogło zbić z pantałyku szarych zjadaczy podziemnej solidarnościowej prasy i telewizji, którym lansowano Kuronia w charakterze herosa podziemnego oporu, bądź przedstawiano Mazowieckiego jako strajkowego radykała, dzielnie kroczącego (pod rękę z Wałęsą) na czele gdańskiej manifestacji w jakimś 1988 roku. Czy przeciętny członek SW lub LDP”N”-u mógł się na to nabrać? Absolutnie nie. Nie zdawać sobie sprawy, że to bajki i manipulacje to byłoby jednak poniżej pewnego poziomu.

    Zdecydowały czynniku o charakterze przyziemnym: strach przed alienacją i, co chyba gorsza, chęć odcinania kuponów. Wszyscy chcieli robić kariery w polityce, w mediach, w różnego rodzaju biznesach, a wyludnione podziemie szansy na to nie dawało.

    Z ostatniego akapitu wynika bodaj, że komunizm jest wedle Pana zarówno demokratyczny jak i liberalny, czy tak? Czy byłby Pan skłonny powyższą tezę zilustrować może jakimś przykładem?

  14. 14 Andrzej (Pomorzanin)

    Jaszczurze,

    Co można powiedzieć o kimś kto określał się antykomunistą, bojkotował „okrągły stół”, przestrzegając przed sowiecką manipulacją a rok później przystąpił do tej gry, pociągając za sobą szeregi naiwnych i mniej zorientowanych którzy mu ufali?

    Czy można powiedzieć że dał się zwieść komunistycznej dezinformacji? Tej przed którą rok wcześniej przestrzegał?

    Wolne żarty.

    Zapewniam Cię, że osoby te były doskonale zorientowane w sytuacji. Tak naprawdę praktycznie wszystko przeprowadzane było jawie dla zainteresowanych („magdalenka” była nieskrywaną tajemnicą, nawet była publicznie opisana).

    Nie dziw się, że jedyne co teraz pozostaje tym osobom to teza o „wolnej Polsce”. Ale przy tym twierdzi się że „Polska została zawłaszczona”. Wolna ale zawłaszczona? Ot, dialektyka…

  15. 15 michał

    Kto ma uszy, niechaj słucha!

  16. 16 Jaszczur

    Panie Dariuszu, Andrzeju:

    Czy głównym czynnikiem wolty antykomunistów była chęć „odcinania kuponów” od „nowo-starej” rzeczywistości, czy może dążenie do tego, by „jakoś” w tej rzeczywistości, w miarę normalnie żyć, i to w sytuacji gdy podziemie opustoszało? Zapewne w części przypadkó tak było, nie wiem tylko w jakiej. Inna część zapewne szczerze wychodzi z założenia, że skoro „jest po prostu lepiej” i większy jest margines niekontrolowany przez czerwonych, to należy – po amerykańsku – wejść do gry.

    Czy komunizm może być demokratyczny i liberalny? Następujące powtórzone tu zostało wielokrotnie i należy do tzw. „oczywistych oczywistości”: komunizm – jako metoda władzy i jako ruch – może przybrać demoliberalną formę. A przykładów – przepraszam z góry, jeśli moja odpowiedź wyda się Panu rodem z dowcipów szkolnych – raczej nie trzeba szukać daleko…

  17. 17 Dariusz Rohnka

    Panie Jaszczurze,

    Wejść do gry, czyli wziąć udział w komunistycznej prowokacji? Pewnie z nadzieją, że się tych komunistów przerobi na „demokratów”, „liberałów”, „konserwatystów” może, a przynajmniej na dobrych „biznesmenów”? I to wszystko w dobrej intencji, bez ubocznej, apetycznej myśli o wylizywaniu pomyj z koryta? Kilku tych panów znałem, więc nie sądzę, żeby to mogła być prawda.

    Między demokracją i liberalizmem (cokolwiek byśmy o tych formach nie sądzili), a najzwyczajniejszą bolszewicką prowokacją jest jednak pewna różnica.

  18. 18 Jaszczur

    Panie Dariuszu,

    Wejść do gry, czyli wziąć udział w komunistycznej prowokacji? Pewnie z nadzieją, że się tych komunistów przerobi na „demokratów”, „liberałów”, „konserwatystów” może, a przynajmniej na dobrych „biznesmenów”? I to wszystko w dobrej intencji, bez ubocznej, apetycznej myśli o wylizywaniu pomyj z koryta?

    Tak pewnie część na to patrzyła i patrzy. Część z czystymi intencjami, inna część z nieczystymi.

    Między demokracją i liberalizmem (cokolwiek byśmy o tych formach nie sądzili), a najzwyczajniejszą bolszewicką prowokacją jest jednak pewna różnica.

    W pełni się zgadzam, dlatego piszę o demokratyczno-liberalnej formie (i komunistycznej treści). Ale z drugiej strony w system demoliberalny jest wpisany niejako mechanizm autodestrukcyjny (jak w każdą kulturę/cywilizację, że pojadę Spenglerem), mianowicie podatność albo na podbicie przez totalitaryzm (w tym – na drodze prowokacji), albo na transformację w totalitaryzm. W każdym razie, same z siebie nie są zdolne do obrony, do której trzeba metod dalece niedemokratycznych i nieliberalnych (co nie znaczy – totalitarnych!).

  19. 19 Dariusz Rohnka

    Panie Jaszczurze,

    Nie bardzo wyobrażam sobie jak można brać świadomy udział w komunistycznej prowokacji, zachowując przy tym czyste intencje, ale może dajmy już temu pokój.

    Boję się nawet domniemywać jakie to niedemokratyczne i nieliberalne metody ma Pan na myśli, odważę się się jednak zasugerować, że zlepiając w jeden „system” tak zasadniczo różne i w gruncie rzeczy sprzeczne pojęcia jak „liberalizm” i „demokracja” popełnia Pan błąd niejakiego uproszczenia.

    Liberalizm oznacza wolność, wolność w granicach prawa moralnego, zdrowego rozsądku oraz, co mi się wydaje szczególnie istotne, poszanowanie wolności innych. Demokracja sprowadzona do zasady powszechnej równości, a więc także równości w głosowaniu powszechnym ani z ową moralnością ani z rozsądkiem, ani z szacunkiem nie ma nic wspólnego. Demokracja jako zasada ustrojowa może oznaczać równość jedynie wobec prawa.

    Powiedział ktoś mądrze, że liberalizm to najprzyjemniejszy ze wszystkich reżymów, ale i najkruchszy. Jest kruchy, bo jest wspaniałomyślny, szanuje godność człowieka, unika gwałtu. Myślę, że takim powinien pozostać w przyszłości, byle wspaniałomyślność, która go cechuje, była odrobinę bardziej frasobliwa.

  20. 20 Marek

    Przyszedł mi na myśl inny cytat z Mackiewicza dotyczący wolności. W „Lewej wolnej” doktór Kowarski mówi do pani Stasi: „Wolność to jest nie mieć strachu. Wolność ja rozumiem, jak wyjdę na ulicę, idę trotuarem, i nikogo się nie boję. I do domu wrócę, i nikogo się nie boję”. W kontekście tych słów należy stwierdzić, że obecny prl jest wolny od strachu i to przede wszystkim odróżnia go od poprzednich etapów bolszewii. Nie rozrywki i dobra przeobfite, tylko brak wszechobecnego strachu wyróżnia ten prl. Nie boisz się, że syn doniesie, że nad ranem wejdą razem z drzwiami, że nie zgubisz ogona i pobiją gdzieś za rogiem.
    Pisze Pan, Panie Dariuszu, o jedzeniu, ubraniu, wakacjach. To nie są czynniki decydujące o wolności. Istotniejsze jest przecież pytanie: W jakim celu zrezygnowano z narzędzia strachu? Dlaczego dano nam tyle wolności? Czy po to, aby doktór Kowarski poczuł się wolnym człowiekiem w wolnym kraju? Być może. Być może strach już nie jest na tym etapie potrzebny.

  21. 21 michał

    Drogi Panie Marku,

    To znakomity cytat. Wolność od głodu, terroru, przymusu i od strachu – to dokładnie obiecywali bolszewicy w idealnym społeczeństwie przyszłości; przynieśli przeciwieństwo, bo trzeba było stworzyć nowego człowieka, a kiedy go już stworzyli, to dają mu „wolność”. Na! masz, napchaj się wolności, a my i tak zostaniemy u władzy.

    Gdyby taką samą wolność dać ludziom na Ukrainie w roku 1930, to przepędziliby tę hałastrę won. Ale dziś?

  22. 22 Marek

    Dziś mamy wolność i moglibyśmy to wykorzystać. Komuniści podjęli bowiem pewne ryzyko dochodząc do wniosku, że wykuli już nowego człowieka. Przecież to nie było i nadal nie jest wcale takie pewne. Po co właściwie ryzykują, jak nie muszą?

  23. 23 michał

    Bo nie ryzykują. Już ponad 20 lat upłynęło. Ryzyko było niewielkie, a teraz pewnie żadne.

  24. 24 Marek

    Chyba tak, ale nadzieja umiera ostatnia.

  25. 25 Dariusz Rohnka

    Panie Marku,

    Pisze Pan, że jedzenie, ubranie, coś tam jeszcze, nie są czynnikami decydującymi o wolności. Przyznam, że ta Pańska deklaracja mocno mnie zafrapowała. Czyżby trafił Pan ostatnio na wypowiedź przeciwną? Jeśli tak, to czy aby na pewno warto z każdym poglądem dyskutować?

    Czytam, że obdarowano Pana (oraz jakieś inne osoby jeszcze) wolnością. Mnie się zawsze zdawało co innego, że, mianowicie, wolności nie można od nikogo dostać (w tym i od bolszewików). Przyznaję jednak, że niejaka myślowa rozbieżność może w tym przypadku wynikać z oczywistego terminologicznego bałaganu; dlatego, to co Pan nazywa „wolnością” proponowałbym określić nieco może bardziej stosownym terminem „swobody”. Przyjmijmy (warunkowo), że się Pan zgadza. Jeśli tak, to istotnie, dano Panu szereg „swobód”, np. swobodę podróżowania na wakacje w dowolnie wybrane miejsce, ale przecież nie tylko; także swobodę udziału w „instytucjach”, w „wyborach”, w „organizacjach”, uznawanych przez cały tzw. Świat za „demokratyczne”. Czy po to, aby wzmocnić w Panu (lub rozwinąć) poczucie „wolności”? Niewątpliwie. Aliści, cóż to jednak ma wspólnego z samą wolnością?

    Wolności nie można dać, ani zadekretować, przydzielić, nawet odebrać. Wolność nie jest zależna od warunków zewnętrznych. Aby ją osiągnąć potrzebne są w praktyce tylko dwa elementy: wolna wola oraz umiejętność podejmowania (w połączeniu ze szczerą poznawczą chęcią) rozumnych decyzji. Myślę, że to jakaś odpowiedź na pytanie: dlaczego, skoro nam dano „wolność”, nie próbujemy jej wykorzystać, a komuniści nawet o to nie dbają? „Nie próbujemy”, bo wolnych ludzi w tym kraju nie więcej, a mniej niż to było 30 lat temu…

    Nie przesadzałbym także z owym brakiem strachu… Nie dotyczy on co prawda szarych, „oswobodzonych” obywateli, ale przecież w l. 80-tych nie bywało inaczej. Strach panoszy się wśród elit (szerokich: od nauczycieli po ministrów), strach paniczny, wszechobecny, bo o ile ćwierć wieku temu tracąc stołek pod czterema, można było trafić na salony, tak teraz bodaj tylko na wysypisko śmieci.

    A już całkiem poważnie: nie sądzę, aby warunki, ogólnie rzecz ujmując, zmieniły się na lepsze.

  26. 26 Marek

    Czy na lepsze to sprawa dyskusyjna. Jednak na pewno zmieniły się znacznie. Obecnie mamy większe możliwości w zorganizowaniu wystąpienia przeciwko bolszewikom, niż Tadeusz Zakrzewski w 1940 r. w Wilnie. Nie boimy się chodzić po ulicy, jak doktór Kowarski w 1920. I jak korzystamy z tej wolności od strachu? Prowadzimy długie akademickie dysputy na portalach internetowych. Korzystamy więc z wolności Internetu. Nie wiem, czy nam ją dano, ale z pewnością mogą nam ją odebrać.
    Warunki się zmieniły, tylko my tkwimy w miejscu.

  27. 27 Dariusz Rohnka

    Panie Marku,

    Proponuję spojrzeć na zagadnienie: lepiej czy gorzej z nieco innej perspektywy, potencjału walki czy choćby tylko sprzeciwu, niezgody. Odkryje Pan wówczas, że procent myślących realnie o jakiejkolwiek walce był nieporównanie wyższy 30 lat temu niż obecnie, a to chyba kwestia zasadnicza?

    Warunki zewnętrzne nie tyle nie mają nic do rzeczy, co wydają się przemawiać raczej na niekorzyść czasów współczesnych. Zakres realnej czy też tylko pozornej „swobody”, o której Pan z takim przekonaniem pisze, nie tylko nie sprzyja, ale niemal uniemożliwia jakąkolwiek poważną działalność. Łatwość życia, jaką daje współczesny bolszewizm, nie wytwarza chęci walki o cokolwiek, a jedynie usypia.

    To niestety nie jest żadna nowość jeśli idzie o praktykę bolszewicką. Metoda pokojowego obezwładniania mas jest jedną z ich sztandarowych sprawności, w dodatku – niezależną w praktyce (jak widzimy) od wytworzonych czy zastanych warunków zewnętrznych. Przykładem niech będzie, opisany przez Józefa Mackiewicza, przypadek dwóch okupacji. Czy muszę dodawać, który z okupantów zmuszony był do częstszego użycia broni? W kierunku którego z nich częściej leciały kule?

    Czy to znaczy, że należy zapomnieć o działaniu? W żadnym razie!

  28. 28 Andrzej (Pomorzanin)

    procent myślących realnie o jakiejkolwiek walce był nieporównanie wyższy 30 lat temu niż obecnie

    Panie Dariuszu,

    O walce myśli się wtedy gdy widzi się korzyści jakie wynikają z możliwości wygranej i szanse na wygraną. Jaki sens ma dla przeciętnego Polaka (już nie mówiąc o wspomnianych przez Pana „szerokich elitach”) walka? Skoro powszechnie uznano że demopeerel to „wolna Polska” to walka o wolny kraj nie ma sensu. Pozostają więc ambicje materialne. I to wyłącznie one napędzają demopeerelowskie zmagania o władzę i pieniądze. Przeciętny Polak zwyczajnie nie chce zmiany stanu rzeczy. Dopóki uważa, że jest dla niego osobiście korzystny, godzi się na zniewolenie bo go nie tylko nie dostrzega ale ma też zapewnione bezpieczne i wygodne przetrwanie: „chleb i igrzyska”. Bolszewicy mu to gwarantują i dzięki temu mają nie tylko święty spokój w sprawowaniu swojej władzy ale znacznie więcej bo, w ogromnej i niespotykanej dotąd mierze, jej aktywną akceptację. Czy nie jest to dla nich najlepszy z możliwych scenariusz? „Nowy, wspaniały świat”.

  29. 29 Dariusz Rohnka

    Panie Andrzeju,
    Roztacza Pan ponury obraz, z którym trudno polemizować. Co my tu mamy? Ano efekt siedemdziesięciu już przecież niemal lat bolszewizacji. Nie ma co kryć, ani pudrować ran, które na oko wydają się śmiertelne. Wygrali, wygrali z kretesem. Cóż pozostaje? Ogłosić, śladem tego bęcwała Fukuyamy kolejny koniec historii i zaszyć się gdzieś na odludziu? A może przyjąć założenie, że historia, jak i przyroda, nie znoszą pustki, że nie ma rzeczy absolutnie stałych, przynajmniej w ludzkim działaniu? Że jeśli dzisiaj jest tak, jak to Pan raczył zilustrować, jutro może być całkiem inaczej?
    Czy taka pantarejowska linia obrony nie wydaje się praktycznym rozwiązaniem?
    A może warto pokusić się o coś więcej? Zrezygnować na moment z myślenia negatywnego (realnego?) i poszukać w tym demobolszewickim obrazie słabych punktów? Czy takich nie ma wcale? Na czym właściwie ta demobolszewicka potworność się opiera? Na niepisanym kodeksie bolszewickiego prowokatora, głupocie i sybarytyzmie bliźnich, tzw. obywateli, kilku jeszcze pomniejszych elementach? A jeśli pozostawimy na boku generalizowanie (przynajmniej na moment) i pozwolimy sobie wysnuć optymistyczne przypuszczenie, że obok nałogowych głupców i ludzi sprzedajnych, jest także miejsce dla innych?
    I z całkiem innej strony: czy, ostatecznie, bolszewickie apetyty nie są większe i zgoła innej natury?

  30. 30 Marek

    „procent myślących realnie o jakiejkolwiek walce był nieporównanie wyższy 30 lat temu niż obecnie”

    Ale w tej „jakiejkolwiek walce” zawarte jest przede wszystkim kisielowskie „ulepszanie” bolszewizmu. Pożytecznych idiotów zaprzęgano do rydwanu czerwonej prowokacji, o czym Pan dobrze wie. Co z tego więc, że myśleli realnie o walce? Na myśleniu i zwycięstwie prowokacji się skończyło.
    Mówiłem o strachu z Wilna 1920 i 1940 r. I powiem Panu, że taki Tadeusz Zakrzewski dobrze by wiedział, jak z obecnej „pozornej swobody” skorzystać. Jego działalność ograniczał wszechobecny strach i przecież nie z nadmiaru swobody musiał chować się po pralniach. Problem nie w warunkach zewnętrznych, a w świadomości i rozeznaniu istoty bolszewizmu. Zakrzewski był antykomunistą i wiedział, czym jest komunizm. Takich ludzi w tej chwili brakuje – odpornych na uroki konsumpcyjnego życia.

  31. 31 michał

    Drogi Panie Marku,

    Czy nie wmawia Pan Zakrzewskiemu i Pawłowi cech, których nie posiadali? Powiedziałbym, że obaj mieli słabość do konsumpcji, co rzecz jasna w spartańskich warunkach, w których się znaleźli, było działalnością antykomunistyczną. Uporczywe trzymanie się „uroków konsumpcyjnego życia” było dla nich właśnie oznaką wolności, o której tu przecież mowa.

    Co powiedziawszy, domyślam się, co ma Pan na myśli. Niezaleźnie od tych „uroków”, nikt nie wykorzystuje dziś względnej wolności przeciw bolszewikom. Tę pseudo wolność wraz z jej urokami, wykorzystują raczej bolszewicy, jak starałem się wykazać na przykładzie filmy Psy. I zdaje się, że robią to bardzo skutecznie.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja