III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




To obraz ginącego świata, zacofanego w dziedzinie materialnych podstaw bytu – ale jakże pięknego w swej pierwotnej krasie, jakże cudnego w świetle mgły porannej, czy wieczornego cienia, gdy człowiek – intruz w zaklętym świecie pierwotnej przyrody – czuje się tylko jej cząstką, jej echem i pokornie staje przed majestatem natury, dziękując losom, że udało mu się dostąpić łaski oglądania jej odwiecznego piękna, zanim nastąpi wszystko niwelująca cywilizacyjna jej zagłada.

Ludwik Chomiński, „Rojsty”, przedmowa do I wydania Buntu rojstów

O Ludwiku Chomińskim czytamy w przypisie w Buncie rojstów:

Polityk związany z PSL „Wyzwolenie”, poseł na Sejm Ustawodawczy i I kadencji, członek wileńskiego Instytutu Naukowo-Badawczego Europy Wschodniej.  W 1945 aresztowany przez NKWD; od 1946 w PRL; działał w Stronnictwie Ludowym i w Zjednoczonym Stronnictwie Ludowym, był też wiceprzewodniczącym Dzielnicowego Komitetu Frontu Jedności Narodu – Ochota.  Napisał książkę Od Darwina do Miczurina, Jak przyroda i człowiek tworzą gatunki, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1950. [1]

Niestety dość typowa to kariera dla polskich intelektualistów: od PSLu do prlu, od Wyzwolenia do „wyzwolenia” przez armię czerwoną, od sowietologii do Miczurina.  Zagładę przyniosły te właśnie „wyzwolenia”, najpierw przez enkawudzistów od polskich panów, a później przez Einsatzgruppen od krasnoarmiejców, aż wreszcie przyszło ostateczne „wyzwolenie”, od którego wiać tylko (a Chomiński znalazł pocieszenie u Miczurina).  Ale jego słowa pochodzą z roku 1937, nie miał więc na myśli zagłady, która się automatycznie nasuwa, kiedy dziś czytamy jego przedmowę.  Podkreślić muszę, że w niniejszej części moich rozważań, niespodziewany koniec lata nabiera innych kształtów; nie ma tu szansy na pensjonaty i salonowe niewygody dla zderanżowanych uchodźców – tu nadchodzi zagłada.  Zbiór reportaży Mackiewicza opisywał cywilizacyjny zmierzch pewnego sposobu życia, który zapewne ustąpić musiał przed tzw. Postępem, nawet bez interwencji Stalina i Hitlera, nawet gdyby kurtyna nie zapadła jednocześnie na wszelką słodycz życia.  Oryginalne reportaże, które następnie weszły do tomu Bunt rojstów, powstały w latach 1935-37, i już wówczas życie na wschodnich ziemiach Polski wyglądało egzotycznie w oczach wielu.  Już wtedy zapiski Mackiewicza miały charakter dokumentu, były szczegółową rejestracją przemijającego świata, oświetloną czymś więcej niż sympatią obserwatora, bo otwarcie wyznawaną miłością do rodzinnego kraju.  Dziś, po fizycznej, krwawej zagładzie, po wdeptaniu w błoto najmniejszych oznak tamtego życia, kiedy jedynym śladem po pracy wielu pokoleń są dziwaczne słowa Панскі маёнтак na mapie Białorusi; dzisiaj, w innym stuleciu, gdy ludzie nie są pewni swej płci, w świecie nie do pojęcia dla naszych przodków – te reportaże są świadectwem dawnej Polski.  Ale są także kroniką świata w miarę normalnego.

Reportaże zebrane w tomach Bulbin z jednosielca, Okna zatkane szmatami, Nudis verbis, Najstarsi tego nie pamiętają ludzie, Nie wychylać się! i oczywiście w Buncie rojstów, są hymnem na cześć resztówek Wielkiego Xięstwa Litewskiego.  Dają obraz dziewiczej przyrody, sposobu życia niezmienionego od kilku stuleci, i ludzi – „ludzi we mgle” ostatnich dni Rzeczypospolitej.

Opowieść o wyprawie nad rzekę Lwę jest jednym z licznych mikro-arcydzieł reportażu, z taką łatwością wychodzących spod pióra Mackiewicza.  Jak trafić nad Lwę?  Niby miał mapę sztabową, ale nie mógł na niej polegać.  W dzisiejszych, kafkowskich czasach, ludzie ufają bezwzględnie swym magicznym telefonom.  Jak urzędnicy Zamku u Kafki, młodzi ludzie biorą dokument (mapę) za rzeczywistość.  Mapa pokazuje świat, jakim być powinien, a że jest inny?  Tym gorzej dla niego.  Tymczasem na Polesiu było inaczej: rozlewiska powstawały każdej wiosny i wody nie powracały koniecznie do tego samego koryta; bieg rzek zmieniał się także w upalne lata; w zimie skute lodem błota i rzeki mogły być równie zdradliwe jak w lecie, a gdy przyszła śnieżna sanna, to mapy szły w kąt.  Gdzie tu sztuka kartograficzna?  Co może w takim świecie pokazać mapa?  Tylko przewodnik zna ścieżki łosi i wilcze przesmyki wśród rozległych błot.  Zżymał się Józef na sztabową mapę, śmiał się Karol Zbyszewski, „śmiał się Bazyli i nawet śmiał się Fiedor”.

Jedynie mapa w tym otoczeniu godna była żartów.  Wszystko inne spowite zielonym cieniem powagi.  Zwierzęta i rośliny nie mają, jak wiadomo, poczucia humoru.  Ani las, ani błota.  Ani łoś, ani kaczki.

„Nic bardziej nie dzieli wzajem ludzi, jak poczucie i brak humoru!”  A Lwa pachniała zgnilizną „tysięcy lat, które minęły nad tymi brzegami, zatrzymane w postępie”.

Na prawo zapada słońce za dopływy Prypeci, które ciągną do niej na północ błotami, lasami i znów błotami.  Obłoki się też rozciągnęły, krzywo, ukosem, o barwach fioletowo-czerwonych i jeszcze białych.  Jakiś król w koronie przechyla się na bok, jakiś potwór nań naciera… później robi się z tego jakiś wieloryb… jakieś czółno płynie po niebie… jakaś wierzba macza swe liście w Horyniu… jakiś ptak krzyknął na pożegnanie gasnącemu światu, jakiś inny zerwał się w sitowiu i poleciał przed nami.

Już wówczas, na miejscu, Mackiewicz był świadom surowej powagi i pierwotnej egzotyki, ale też schyłkowego charakteru piękna ziem, które ukochał, choć nie przeczuwał jeszcze w krzyku ptaka, przyszłych wrzasków i okrzyków rozpaczy nad gasnącym światem.

Zapach wokół istotnie niesamowity.  Zgniły, ale rozkoszny, fermentujący, wilgotny, zaprawiony wyziewami łodyg, korzeni.  Dzikie bzy, powoje, jak liany afrykańskiej Gwinei.

Niespieszny rytm życia natury przenikał również do siół i miasteczek.

W każdą środę odbywa się targ w Brasławiu.  Wtedy podwórza domów zajezdnych i domów prywatnych pełne są sterczących ku górze hołobli.  Konie żrą siano z wozów, opędzają się od much, a później nisko spuszczają głowy.  Żują, czekają aż gospodarze ich zakończą swe sprawy na rynku, albo w urzędach.  Tak jest co środę i zawsze jednako.  Lato i zima.  Lato różni się tyle, że koniom dają często świeży poszór i wróble nie ryją się pod kopytami.  Wróble zajęte są w sadach i ogrodach.  Latają na pola.

Nieodłączna od wschodnich połaci Najjaśniejszej Rzeczypospolitej była wreszcie kulturowa, etniczna i religijna różnorodność ludności.

Stało się co?  Eee… nic.  Rozmawiają Żydzi tylko.  A jeden bardzo stary ma brodę aż do pasa, siedzi na ławce przed domem i nie słucha.  Patrzy, myśli.  Ciągną wózki sznurem, beczą owce, wielkie maciory porykują jak klaksony samochodów.  Ciężko o bruk uderzają podkówki butów.  Z lejcami kroczą starowiery, mają też brody i obojętnie mijają starego Żyda.  Gdzieś potoczyły się żwawiej furmanki.  Wyciągnęła krowa na postronku, świsnął bat. – Młodzi Żydzi strasznie gestykulują rękami, a stary Żyd jeszcze niżej opuścił brodę i tylko patrzy.  Ech-ma!  I dwieście lat temu było to samo.

W 1942 roku Niemcy założyli w Brasławiu getto, gdzie wymordowali 3 i pół tysiąca ludzi, zabili także proboszcza parafii Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, ks. Mieczysława Akrejca.  W kilka lat później sowieci przemienili kościół parafialny na skład zboża.  Dziś Brasław leży kilkanaście kilometrów od granicy łotewskiej, dwadzieścia kilka od litewskiej, a do granicy prlu długa droga, prawie 350 kilometrów.  A reporter Słowa znalazł się w miasteczku, bo właśnie postawiono tam wówczas popiersie Piłsudskiego…

W październiku 1938 wybrał się do Naliboków.  Najbliższa stacja kolejowa – 43 kilometry, „tu błota, tam druty kolczaste”.

Do Nowogródka kilometrów z siedemdziesiąt, do Wołożyna pięćdziesiąt, drogi… ale jakiej drogi?  Nikt jej w Nalibokach nie doradza.

Naliboki, prastare Radziwiłłowskie miasteczko, słynne ongiś z huty szkła, podupadło w późniejszych czasach, aż pojawił się w nim energiczny ks. prałat Józef Bajko.  Zbudował murowany kościół, który przetrwał do dziś, stworzył cegielnię i elektrownię, bez pomocy rządowej, własnym wysiłkiem parafian.

W maju 1943 sowiecka partyzantka dokonała masakry polskiej ludności Naliboków.  W sierpniu tegoż roku Niemcy spacyfikowali miasteczko w ramach operacji „Hermann”.  Wielu wywieziono, a w lasku Lipiczańskim pod Nalibokami, spalono żywcem księdza Józefa Bajkę za udzielanie pomocy Żydom.

Ale nie tylko nieprzyjazne granice zagrażały temu życiu: zanim nadeszło ludobójstwo, główne zagrożenie upatrywał Mackiewicz w polskiej administracji.

Przejdźmy do choroby, której (jak praktyka wykazała) żadna z polskich solanek nie jest w stanie uleczyć, tak epidemicznie występuje w państwie, a nagminnie nazywa się autorytetomania, gloriomania, kacykomania, dyktatoromania. – Mafijność.

Obraz wolnej Polski, jaki się wyłania z jego reportaży, jest odpychający.  Korupcja, pokątne układy, niekompetencja i skrajnie arogancki woluntaryzm, a wszystko to skąpane w mocarstwowych marzeniach, żądaniu kolonii i snach o potędze, które jeszcze dzisiaj przyprawiają czytelnika o dreszcz zgrozy.  Najbardziej szokujący dla kogoś wychowanego na szacunku dla międzywojennej Polski musi być kompletny brak podstawowych pojęć praworządności – nie pośród ludności, ale wśród biurokratów.  Chorobą tamtej Polski było bezprawie, urzędnicza swawola, biurokratyczny etatyzm, w którym nie sposób dochodzić swych praw.  „W natłoku publiczności, zbaraniałej od Reisefieber, albo głupiej z przyrodzenia, nadętej wielkością tytułu, albo uginającej się pod brzemieniem zasług, czy tylko walizek, wśród najniedemokratyczniejszych pasażerów PKP, demokratycznej Rzeczypospolitej”, tylko nieliczni zachowywali zdrowy rozsądek.

Etatyzm gospodarczy, totalistyczne zamaszki, zbiurokratyzowanie życia społecznego, ba, indywidualnego nawet, sięgnęło tak wysoko, tak szeroko, że nie tylko od horyzontu do horyzontu naszej biednej ziemi, zagarniając łąki, pola i lasy, ale nawet te trochę rozrywki, te trochę wolnego powietrza, którego w wolnych chwilach chciałby myśliwy wciągnąć w płuca, ba, nawet na własnych gruntach.

Mackiewicz argumentował, że rządzić powinni ludzie lokalni – nie tylko na Wschodzie, ale w całej Rzeczpospolitej – bo ich „tutejszość” jest gwarancją, że będą mieć perspektywę, że ich kariera w Warszawie nie przesłoni im potrzeb sąsiadów.

Rządzenie obliczone będzie na trwałość, orzekać o istotnych potrzebach, o nieprzemijających wartościach.  Ludzie przemijający, przemykający niejako przez nasze miasto, najbardziej nawet uczciwi, życzliwi i mądrzy, nigdy nie wydobędą z siebie takiej dozy znajomości terenu i jego potrzeb, nigdy nie będą mieli tej perspektywy w przyszłość.  Inaczej tę samą rzecz widzi gospodarz, inaczej dzierżawca, inaczej zasiedziały obywatel, inaczej przelotny lokator.

Niestety nie rozciągał w owych czasach pojęcia „zasiedziałych obywateli” na Żydów, zamieszkujących te ziemie od setek lat.  W moim przekonaniu, jest to poważny błąd w rozumowaniu.  Gospodarzami Grodna, bo o tym starożytnym mieście mowa w powyższym fragmencie, byli katolicy, prawosławni i żydzi –Białorusini, Polacy i Żydzi, na równi – i żadna z tych grup etnicznych nie zasługiwała na miano „przelotnego lokatora” (dodać do tego należy oczywistą trudność, że byli także Polacy prawosławni i Rusini katolickiego wyznania, bo o ile wyznanie było kwestią deklaracji, to narodowość była w tych okolicach kwestią wyboru, że nie wspomnę o spolszczonych Żydach).  Słowa Mackiewicza skierowane były wszakże pod adresem napływowej ludności polskiej – tj. osadników oraz pracowników biurokracji państwowej, przybyłych z centralnej Polski – która zajmowała uprzywilejowane pozycje i traktowała autochtonów, niezależnie od ich narodowości, jako obywateli drugiej klasy.  Ale jednocześnie Mackiewicz domagał się „odżydzania”, co jest doprawdy trudne do pojęcia.  Na szczęście dojrzał po wojnie swój błąd i wyznał, że „po trochu mieli rację” ci, co nazywali go „antysemitnikiem”.

Oto przybył niegdyś do Lidy.  Wyszedłszy z dworca, pochylił głowę przed mroźnym wichrem i ruszył w kierunku oczekujących dorożek.  Usłyszał wówczas chóralny okrzyk: „Panie, to Żyd!!!”  Zdumiony, rozejrzał się i pojął, że pierwszy w kolejce stał żydowski dorożkarz, a stojący za nim „chrześcijanie” robili wszystko, by przybysz nie wybrał jego dorożki.  Ku memu rozczarowaniu – i wielkiemu zdziwieniu, gdy czytałem ten felieton po raz pierwszy – Mackiewicz wsiadł wówczas do takiej właśnie pseudo-chrześcijańskiej dorożki, wśród wymyślań Żyda i śmiechów reszty, i pomyślał:

Śmiejcie się z krzywdy jednego, biednego żydka, ale kto się będzie śmiał ostatni.

Miał na myśli, że wzajemny bojkot gospodarczy na dłuższą metę osłabia obie strony i wytwarza trudną sytuację, którą zapewne Żydom łatwiej przetrwać, ale trudno nie dostrzec w tych słowach innej, niezamierzonej przestrogi.  Uderza w tej scenie, że mowa tu o Józefie Mackiewiczu, który nie miał w zwyczaju naginać się do wrzasków motłochu, a tym razem haniebnie się nagiął.  Jak w kalejdoskopie, obrazy składają się z tych samych elementów, ale mają radykalnie różne kształty i zupełnie inny wyraz.

Pod sowietami, już jako woźnica, spotkał się z „Izaakiem Rozencwejgiem”, któremu za polskich czasów przemycał groszowe ogłoszenia do Słowa, i powiedział mu na pożegnanie: „jeżeli kiedyś będę znów pisał, i pisał o Żydach, to tylko prawdę bez względu na miejsce i moje sympatie czy antypatie do poszczególnych obozów…”  Nawet przed wojną, gdy pisał o Słowie: „nikt nas o filosemityzm (chwalić Boga) posądzać nie może”, występował przeciwko ławkowemu getto i próbom polityzacji młodzieży.  I chwała mu za to.

Kalejdoskop

W przedwojennych reportażach, jak w proroczym kalejdoskopie, oglądamy bydlęce wagony podstawione przez Ligę Popierania Turystyki dla pątników do Częstochowy.  Przesuwają się obrazy Żydów, cisnących się na podłodze autobusu z „paczkami, paczuszkami, tłomokami”.  Walka o miejsce w autobusie PKP: „nie ma pardonu, starszych i młodszych, kobiet i dzieci”; „płacz, krzyki, wołania matek, przekleństwa”.  Albo taki niewinny obrazek z letniska:

Sami Żydzi.  Sami to zn. 97 proc.  Osiem par pociągów przybiega i przystaje koło piaszczystej rampy w ciągu dnia i nocy.  Osiem razy po dwa w ciągu tej doby, rampa, bariery z szyn, maleńka budka, sosny, niewyrośnięte klony i zeschła w upale trawa, pokrywa się wszystkim, co jest żydowskie.  Handlarki z koszami, Żydzi w pyjamach, w koszulach, w kąpielówkach tylko, z szelkami, czy z paskami, w szlafrokach i marynarkach, brudni i czyści, młodzi, starzy, zupełne dzieci, wstrętne żydówy, brzuchate jak krowy, ładne o oczach Racheli, pretensjonalne z ulicy Niemieckiej, wysportowani młodzieńcy.  Żydzi, Żydzi i Żydzi.

Zaledwie kilka lat później, przy innej rampie na stacji w innej podwileńskiej miejscowości, stał długi pociąg „wypchany Żydami”.

Wyzierają zeń twarze, czasem do ludzkich twarzy niepodobne, ale i inne o normalnym wyglądzie, niektóre nawet uśmiechnięte. Pociąg obstawiony jest policją. Jakoś to wszystko wygląda mi za prosto, jakoś nie tak, jak dyktowała dotychczas wyobraźnia. Czy podobna, żeby tych tu… ich wszystkich…

Wstrząsająca relacja z masakry w Ponarach zaczyna się od banalnych pozornie szczegółów i wiedzie poprzez fałszywą nadzieję, że to „nie może być”, do potworności, która przerasta wszelkie oczekiwania.

Żydzi zaczęli wyskakiwać z połamanych drzwi wagonów, a naprzeciwko biegli w sukurs straży, oprawcy w różnorakich mundurach. Z okien zaczęto wyrzucać tłumoki i walizki i oknami też wyłazili Żydzi, sami niechlujni i nieforemni, jak ich worki i pakunki. To było dziełem kilku sekund. – Pierwszy strzał padł w sposób następujący: jakiś Żyd wysiadał właśnie tyłem przez ciasne okno, spuścił nogi i wystawił właśnie siedzenie, a policjant podskoczył i z odległości jednego kroku – strzelił mu w tyłek. Strzał padł głośny i zaraz zerwały się wrony z pobliskich drzew.

W niewinnych czasach przedwojennych, kalejdoskop jego reportaży nie mógł mu się wydawać profetycznym.  Przewijają się w nim obrazy, gdzie historia, jak na urągowisko, ukazywała mu wizerunek jego przyszłych losów.  Obserwuje oto w Drui, jak ośmiu robotników ładuje wielkie pnie drzewne:

Jeden sennym ruchem podważa żerdzią kłodę na szczycie złoża, siedmiu stoi na dole i patrzy.  To się nazywa ładowanie drzewa!
Ech!  Lenie sakramenckie!
Za co to jednak człowiek kocha kraj rodzinny?  Chybaż nie za ospałość i lenistwo, za szary horyzont i śniegi! – Ot, sobie, za nic…

A w kilka lat później przyjdzie i jemu ładować ciężkie kłody, zgrabiałymi z zimna dłońmi, na wóz ciężarowy, i wspominać będzie, jak przeklinało się chłopów za ich ospałość.

Wyszedłem z błędnego założenia, wynikającego z nieznajomości pracy fizycznej. Począwszy od drwala, zakosztowałem kolejno karczowania, kopania rowów, darniowania skarp… Wszystkie te prace były dostatecznie ciężkie. Nie było w istocie lżejszej, bo ją w Sowietach wyrównuje akord. Z nieprzyzwyczajenia wracałem zmachany i wtedy zaczął mi się śnić koń. Zdawało się, że gdy kupię konia z wozem, on będzie na mnie pracował, a ja sobie tylko jechał górą na furze. Laicy tak przynajmniej twierdzili. Ludzie obeznani kiwali natomiast głowami, przycmokując: „Oj, furmana robota też nielekka”… – Posłuchałem laików. Nie mieli, huncwoty, pojęcia! Ładunek i wyładunek wozu, wyjazd z lasu na równą drogę, z glinianki, z kamieniołomów, starczał za ośmiodniowy tydzień pracy, a dopiero na dodatek tyrało się obok wozu, w spieczonych kurzem czy oblepionych błotem butach, długie, długie godziny.

Tak idąc, ścinałem w zamyśleniu przydrożne chwasty batem, spędzałem bąki z końskiego zadu, w innych miesiącach wycinałem nim pręgi na śniegu. Czasu do myślenia istotnie mi nie brakło wówczas, w Litewskiej Socjalistycznej Sowieckiej Respublice. Nie z jednego wodopoju pijał mój koń, nie z jednego mostu spluwałem w rzekę, nie przy jednym młynie, cegielni, tartaku, fabryce, słuchało się przekleństw, rozważań i wynurzeń. W takiej drodze rozpacz i sanna podały sobie ręce. Chłop rozwali się na podściółce z grochowin, nastawi kołnierz bokiem od wiatru, bokiem idą jego rozwaliny, łomocą i łamią przydrożne drzewka, te właśnie z pietyzmem sadzone przez „rząd”.

Drobny ruch kalejdoskopu i pojawia się taki obraz we wspomnieniach:

Wieleż to razy słyszało się słuszne pomstowanie, ile razy ja sam wykrzykiwałem ongiś „Wieszać-by tych chłopów za połamane drzewka! Żadnej drogi nie można u nas obsadzić, zaraz chamstwo wyłamie wszystko, jak na złość!” – Ot, i przyszło się, jak to mówią, samemu. Wyłażę z sań, zgrabiałymi z mrozu rękami wyłamuję pręt młodego drzewka zasadzonego przy drodze i popędzam konia. Poszedł, ale pręt się złamał.  Wyłażę, łamię znowu, a przyznam, iż bym, w swej biedzie i chłodzie, nie zawahał się wyłamać wszystkich, gdyby o to chodziło.

Kolejna konfiguracja reminiscencji wysuwa obraz żółtych chorągiewek LOPPu – Ligi Obrony Przeciwlotniczej i Przeciwgazowej, a jakże! – na podsiedziołkach dorożek wileńskich: trzeba kupić, „a kto nie zechce, temu bieda beńdzi”.

Bardzo to ładnie, że wiele domów udekorowało swe fasady biało-żółtymi chorągwiami.  Bez wątpienia bardzo wiele, może większość nawet z wolnej i nieprzymuszonej inicjatywy.

I podobnie na Zawalnej, z żydowskich kamienic powiewają chorągwie: „akurat on pójdzie mieć fatygie i kilka złot wydawać na sztandar”.  Ale wiszą, bo „czepiajo sie za każda głupstwa, protokoły piszo”.  A w kilka lat później, wisieć będą na każdym domu czerwone szmaty – „no, bo jakże inaczej?”

We wrześniu 1938 znalazł się w Cieszynie.  Obserwował z chłodnym zainteresowaniem, zachowanie uciekinierów i przyjmujących ich Polaków.

Teraz w mieście stoi nieprzebrana ciżba, ale nie gapiów.  Mężczyźni w sile wieku, chłopi z okolic, młodzież z odznakami.  Do specjalnie przygotowanych autobusów ładują się uciekinierzy, odjeżdżający do obozu.  Żegnani tysiącznymi okrzykami.

Już w rok później, w podobny sposób będą jego, uciekiniera z Wilna, witać gapie w Kownie.

Szosa pnie się w górę.  Autobus wzdycha i rzęzi, brnąc po kamieniach przedmieścia i po błocie.  W dole ostało Wilno.

A on sam spędzi trzy dni „w obozie koncentracyjnym w Wiłkomierzu”.  I tak lato skończyło się na dobre.

________

  1. Por. Aneks: Przedmowy do pierwszego wydania, Bunt rojstów, Londyn 2011 i wyd. następne; przypisy w opracowaniu Niny Karsov.


Prześlij znajomemu

4 Komentarz(e/y) do “„Niespodziewany koniec lata” część VI Zanim nastąpi zagłada”

  1. 1 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Bardzo to wszystko ciekawe i godne szerokiej dyskusji, do której nikt się nie kwapi.
    Dlatego zacznę ja. Gdy piszesz:

    „ Ale jednocześnie Mackiewicz domagał się „odżydzania”, co jest doprawdy trudne do pojęcia. Na szczęście dojrzał po wojnie swój błąd i wyznał, że „po trochu mieli rację” ci, co nazywali go „antysemitnikiem”.”

    To chyba nie całkiem masz rację, pisząc że dopiero po wojnie… wojenne doświadczenie spowodowało błyskawiczne przewartościowanie.
    Michal Romer opowiada w swoich Dziennikach jak dalece bestialstwo litewskich partyzantów i niemieckich żołnierzy w stosunku do Żydów zmieniło pojęcia i obyczaje litewskiej ludności wiejskiej. W ciągu kilku dni antypatia przemieniła się w szczery żal.
    Myślę, że Romer jest w tym opisie wiarygodny.

  2. 2 michał

    Darek,

    Skwapliwość do dyskusji jest w w zaniku.

    Oczywiście masz rację. Wyraziłem się bardzo niezdarnie. Ściślej byłoby powiedzieć: dojrzał swój błąd i po wojnie wyznał…

    Wobec tego, co się działo wokół na tych skrwawionych ziemiach, tylko autentyczni antysemici mogli nie zmienić zdania, ludzie przeżarci nienawiścią. Nie jestem wszak do końca przekonany słowami Romera. Mackiewicz mówił wielokrotnie o chłopskich dzieciach, wskazujących litewskim policjantom, gdzie Żydzi ukrywają się w lesie. Polacy lubią się szczycić, że największa liczba ludzi uhonorowanych przez Izrael tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, pochodzi z Polski. Ale jak mogłoby być inaczej? Najwięcej Żydów mieszkało w Polsce i najwięcej ich zginęło na ziemiach polskich. Byłoby statytstyczną anomalią, gdyby nie było w takich warunkach także największej ilości ludzi udzielającej pomocy prześladowanym w tak bestialski sposób.

    Ciekawy kąt widzenia prezentuje w tej kwestii Snyder, którego chyba nie poważasz. Otóż twierdzi on, że z czysto pragmatycznego, utylitarnego, życiowego punktu widzenia, decyzja udzielenia pomocy, za którą groziła śmierć całej rodzinie, była nieracjonalna, wręcz absurdalna. Warunki były straszne trudne dla wszystkich, zatem narażanie się na takie niebezpieczeństwo graniczyło z bohaterstwem. A mimo to ludzie pomagali. bo jest coś więcej w życiu niż utylitarny rachunek.

  3. 3 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Przytoczę Romera, to zapis z 17 sierpnia 1941:

    „Trzeba przyznać, że ogół ludności litewskiej, tak inteligenckiej, jak ludowej włościańskiej na wsi, za nielicznymi wyjątkami, potępia te nieludzkie mordy masowe, ale partyzanci, zielona młodzież, która się dorwała do broni i która się tym bawi, używa ‚władzy’ bezkarnie.”

    Obserwacja Romera pochodziła z obszaru Litwy kowieńskiej, gdzie miał swoją posiadłość. To spostrzeżenie natury ogólnej.

    Ciekawszy jest jego osobisty stosunek wobec trudnego wyboru ratowania Żydów. W styczniu 1944 roku dostał za pośrednictwem „pana w średnim wieku, tęgiego, porządnie ubranego” list z kowieńskiego getta, w którym pewna nie całkiem anonimowa osoba (Romer domyślał się o kogo może chodzić) prosiła go o pomoc dla swojej rodziny i dla siebie. W toku rozmowy z doręczycielem listy, panem Vaišnory, okazało się, że chodzi jedynie o ukrycie samego autora listu. Romer odmówił, ponieważ – jak stwierdził – ukrywanie Żyda, nawet „najniewinniejszego”, grozi rozstrzelaniem całej rodziny, spaleniem majątku, może oznaczać prowokację etc.

    Romer wytacza różnorakie argumenty na poparcie swojej decyzji, ale w gruncie rzeczy zadecydowało jedno – strach. Nie wydaje mi się przy tym, żeby (tak jak Snyder, którego najzwyczajniej nie znam, nie czytałem) uważał decyzję przeciwną za absurdalną. Romer był w cichości ducha „ideowym” bolszewikiem, wielbiącym Lenina, ale pojęcie wolnej woli nie było mu obce. Znał wagę swojej decyzji, może dlatego postanowił jej nie zatajać przed przyszłymi pokoleniami.

  4. 4 michał

    Darek,

    Dzięki za wyjaśnienie. Chyba jednak źle mnie zrozumiałeś, jeśli chodzi o Snydera. Albo może inaczej: nie ubrałbym jego stanowiska w takie słowa. Twoje słowa zdają się sugerować, że on wykrzykuje ze zgrozą, że było szczytem absurdu ratować Żydów podczas Holokaustu. Tak nie jest. On zaledwie wykłada utylitarny rachunek, jaki musiał przechodzić przez głowę zabiedzonemu chłopowi na Białorusi: wyciągnąć pieniądze od bogatych Żydów, dając im kryjówkę, a następnie wydać i zarobić ponownie. To wszystko. Taka jest utylitarna moralność.

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.