Cybernetyczny atak na Gruzję czy ostrzeżenie dla blogosfery?
0 komentarzy Published 9 grudnia 2008    | 
Na trzy tygodnie przed sowieckim – o, pardon! – „rosyjskim” atakiem na Południową Osetię, oficjalne gruzińskie witryny rządowe zostały zaatakowane w ramach wysoce skoordynowanej kampanii, która przybrała klasyczną już postać tzw. bomb cybernetycznych czyli DDOS (Distributed Denial of Service). Technika ta polega na bombardowaniu źródła pytaniami o informacje z ogromną częstotliwością, co prowadzi do załamania się serwera. O dziwo, pierwszy atak na Gruzję, ten z 20 lipca, koordynowany był z komputera na terenie Stanów Zjednoczonych. Ale to był tylko początek. Kiedy sowieckie czołgi skoncentrowane w tunelu Roki, wiodącym z północnej do południowej Osetii, ruszyły w końcu do ataku, rozpoczęto jednocześnie atak w cyberprzestrzeni. Cyberwojna przeciw Gruzji nie była przeprowadzona na tę samą skalę, co atak na Estonię w 2007 roku, ale też e-Stonia jest jednym z najbardziej zaawansowanych technicznie krajów na globie, podczas gdy Gruzja nie jest. W ataku na Gruzję były jednak dwa nowe elementy, z którymi obserwatorzy cyberwojen nie mieli do czynienia wcześniej.
Po pierwsze, wedle klasycznych definicji, atak na Estonię (oraz dziesiątki innych przykładów cyberwojny, o których pisałem wcześniej tu nie był wcale aktem wojny, ponieważ nie było jednoczesnego pogwałcenia granic. A zatem atak na Gruzję może być uważany za pierwszy wypadek w historii, kiedy działaniom wojennym sensu stricto towarzyszyły równoległe posunięcia w cyberprzestrzeni.
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że jest to dzielenie włosa na czworo: atak na Estonię był niezwykle groźny, skoncentrowany i wymierzony we wszelkie możliwe aspekty współczesnego życia – gazety, banki, giełdę, sieć energetyczną, kontrolę lotów i wreszcie (najmniej ważny) rząd. Nawet jeśli sowieckie czołgi nie ruszyły jednocześnie w stronę Talinna, to był to niewątpliwie akt agresji. Jednakże wirtualna natura cyberprzestrzeni utrudnia, jeśli wręcz nie uniemożliwia, zastosowanie definicji wojny w takich wypadkach, ponieważ internet operuje ponad granicami narodowymi i niezwykle trudno byłoby udowodnić, skąd nadszedł atak. Co więcej, w miarę łatwo byłoby wciągnąć w konflikt kraje trzecie, po prostu koordynując ataki z ich terytorium. Dla przykładu, gdyby ktoś zechciał pogorszyć poprawiające się do niedawna stosunki pomiędzy Indiami a Pakistanem – nie mam pojęcia, kto też mógłby pragnąć takich rzeczy! – to wystarczyłoby przeprowadzić cybernetyczny atak na Indie, koordynując go z komputera na terytorium Pakistanu. Podanie takiego faktu do publicznej wiadomości w Indiach, miałoby natychmiastowy efekt: tłumy wymachujących pięściami Hindusów na ulicach, a rząd Indii doprowadzony do stanu rozgorączkowanej paranoi.
Ściśle rzecz biorąc, dopiero letnia inwazja Gruzji jest zatem pierwszym przykładem cyberwojny. Paradoksalnie, wyniki były tu o wiele mniej imponujące niż w wypadku czysto wirtualnej inwazji Estonii, głównie ze względu na wspomniane zacofanie Gruzinów (przynajmniej w porównaniu z Estończykami). Pomimo to, z punktu widzenia przyszłych konfliktów, sowieciarze odnieśli w Gruzji ogromne sukcesy. 12 sierpnia wiceminister obrony, Ramaz Nikolaiszwili, musiał zarządzić ewakuację budynku ministerstwa, gdy armia czerwona zniszczyła nie tylko systemy komunikacyjne ministerstwa – połączenia z internetem, system telefoniczny itd. – ale także przejęła kontrolę nad dostawami wody i elektryczności. Budynek został zniszczony nie przez atak rakietowy, nie przez nalot bombowy, nie przez komandosów ani przez Jamesa Bonda, ale przez oddział cybernetyczny, który nie opuścił Leningradu podczas całej operacji.
Mamy tu zatem wypadek użycia ataku cybernetycznego dla zniszczenia infrastruktury przeciwnika podczas „gorącego” konfliktu. O ile mi wiadomo, jest to pierwszy taki wypadek w historii.
Drugim nowym elementem cyberwojny gruzińskiej – w moim przekonaniu o wiele bardziej znamiennym – było użycie „cybernetycznej partyzantki”. Na rozmaitych „pro-rosyjskich” witrynach i blogach pojawiły się zaproszenia do ataku na Gruzję. Sympatyk Putina mógł wziąć udział w napaści z dowolnego miejsca na Ziemi, jeśli tylko miał połączenie z internetem. Sowieckie poletka internetowe zachęcały do ściągania programów i instrukcji potrzebnych do przeprowadzenia ataku DDOS. Jedna z witryn o nazwie StopGeorgia podawała listę adresów gruzińskich, a także adresów zachodnich ambasad w Tyflisie. Dla wzięcia udziału w ataku, jak podaje The Economist, wystarczyło skopiować jeden z adresów i nacisnąć guzik o uroczej nazwie Start Flood czyli „rozpocznij powódź”.
Wielu rozsądnych obserwatorów słusznie wskazuje, że tego rodzaju postępowanie nie jest wcale aktem wojny, ale raczej zwykłym wandalizmem; że udział oficjalnych agencji sowieckich (nawet tajemniczej organizacji pod nazwą Russian Business Network o wyraźnie mafijnych konotacjach) w takich operacjach nie został nigdy udowodniony ponad wszelką wątpliwość; i wreszcie, w samej naturze internetu, a zwłaszcza blogosfery, zawiera się skłonność do tego rodzaju przedsięwzięć: nawoływań do bojkotu, apeli o poparcie, petycji, kampanii itp.
To wszystko prawda. Ale czyż nie powinno być równie oczywiste dla każdego obserwatora dzisiejszej „Rosji”, że żadna publiczna akcja nie może się tam powieść bez milczącego poparcia władz? Spróbujmy sobie wyobrazić bohatersko odważnego działacza, który założyłby w Rosji witrynę internetową, gdzie zachęcałby czytelników do wysyłania protestów pod adresem towarzysza Putina. Niechby ktokolwiek spróbował użyć programów z witryny StopGeorgia do ataku na agencje sowieckie – już oni wiedzieliby, jak go znaleźć…
Wydaje mi się, że najpoważniejsza nauka – i najgroźniejsza wskazówka na przyszłość – jaką wyciągnąć powinniśmy z gruzińskiego rozdziału historii wojny cybernetycznej, to właśnie ów „wandalizm” jako zagrożenie dla całej blogosfery. Wandalizm sponsorowany przez bolszewickie państwo, może być z łatwością skierowany przeciw tej części internetu, która tkwi cierniem w bolszewickim sumieniu. Przeciwko blogosferze, której jak dotąd nie udało się ocenzurować, ani kontrolować.
Blogosfera jest trybuną bez precedensu. Trybuną, o jakiej marzyć tylko mogli ludzie pokroju Józefa Mackiewicza, którzy z jednej strony walczyli przez całe życie z cenzurą, z najgorszym, chamskim, administracyjnym nakazem, a z drugiej strony, „instynkt narodu” zamykał im usta. „Mój Boże, żeby mi pozwolono pisać, co chcę!” pisał w liście do Stefanii Kossowskiej w 1969 roku. Niestety nie pozwolono mu nigdy.
A my mamy niezwykłe szczęście, ale także straszny ciężar odpowiedzialności, bo nam wolno pisać, co chcemy. I zamiast obnażać bolszewicki rodowód dzisiejszej Polski, blogosfera pełna jest potępieńczych sfarów – niestety bez cudzysłowu – na temat tego lub owego ministra w prlowskim rządzie, na temat fryzury posła na sejm prlu bis itp. Zamiast pisać o tym, jak świat cały stacza się powoli w socjalistyczne bagno, blogerzy wyzywają sobie na wzajem od Żydów.
Polska blogosfera stacza się po równi pochyłej do poziomu prlowskiej prasy. Miast wykorzystać niesłychaną wolność słowa, wolność wypowiedzi, jakiej nie miał chyba nikt w historii ludzkości, blogerzy albo przelewają z pustego w próżne, albo wdają się w bezustanne utarczki słowne. Tymczasem swoboda wystąpień jest zawsze wielką odpowiedzialnością, której nie wolno brać lekko, ponieważ jest niezbędna dla sformułowania myśli. Wolność słowa staje się jednak czczym hasłem, gdy myśl nie potrafi wybić się na suwerenność. „Suwerennością myśli nazywam stan, w którym myśl ludzka nie ulega ślepo i nie daje się bezapelacyjnie powodować i kształtować z góry narzuconym dogmatom”, pisał Mackiewicz.
Blogosfera cieszy się rzadką swobodą, ale – obym się mylił! – ta wolność może okazać się krótkotrwała. Jest zupełnie obojętne czy witryny zostaną zaatakowane przez sowieckie programy typu Start Flood czy raczej poddane będą kontroli w stylu chińskim. Tak czy inaczej, nie wolno tej szansy zmarnować.
„Uważajcie, bądźcie czujni, bo nie wiecie, kiedy nastanie czas. Jak kiedy człowiek odejdzie daleko i zostawi dom swój, i da swoim sługom władzę, każdemu dział pracy jego, a odźwiernemu przykaże, aby czuwał. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie, czy wieczorem, czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy o poranku. Aby nagle przyszedłszy nie zastał was śpiących. Ale co wam mówię, wszystkim mówię: czuwajcie.”
Prześlij znajomemu
0 Komentarz(e/y) do “Cybernetyczny atak na Gruzję czy ostrzeżenie dla blogosfery?”
Prosze czekac
Komentuj