III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Po preludium przychodzi fuga

Dowiedzieliśmy się, że prokuratura jest absolutnie niezależną organizacją – Putin powtórzył to wielokrotnie.

Tak wspominał rozmowę z Putinem Wiktor Szenderowicz, jeden z dziennikarzy stacji telewizyjnej Gusinskiego.  Putin nie mógł interweniować w obronie aresztowanego Gusinskiego, ponieważ oznaczałoby to „powrót do prawa telefonu”, gdy politbiuro dyktowało wyroki.  Ściślej byłoby powiedzieć, że Putin powrócił do czasów Stalina, który także zastrzegał się zawsze, że nie może wpływać na działanie wymiaru sprawiedliwości.  Kiedy proszono go o interwencje w obronie aresztowanych, rozkładał bezradnie ręce, mówiąc: moja rodzina też ucierpiała… 

Zanim doszło do ostatecznej rozprawy z sowieckim kapitalizmem, Putin i jego kagiebiści włożyli dużo wysiłku w przekonanie wykształconych elit, uformowanych w ciągu lat 90., że ich Rosja jest praworządnym państwem.  Catherine Belton konkluduje trafnie, że Putin stosował klasyczną taktykę kgb, metodę zwierciadła: mówić każdemu to, co chce usłyszeć.  Trzymał się tej fikcji tak długo, jak musiał się jeszcze liczyć z dziennikarzami.  Po jakimś czasie, telewizja Gusinskiego sprzedana została państwowej firmie Gazprom, obstawa zastąpiona przez kagiebistów, a z niezależności redakcyjnej pozostały nici.

Ale wszystkie te zabiegi – taktyczne uśmiechy i wysadzanie bloków mieszkalnych, bombardowanie Czeczenii i wdzięczenie się do dziennikarzy – to było tylko preludium.  A po preludium przychodzi fuga, w której wiele głosów podejmuje i przekształca rozmaite motywy i wątki; głosy przeplatają się ze sobą w strukturze kontrapunktu, by doprowadzić wreszcie do ekspozycji tematycznej i rekapitulacji.  Być może jedynym nowym wkładem czekistów w historię rozwoju struktur muzycznych, jest zastąpienie ostatniej kody – ostateczną kapitulacją przeciwnika.

Wywiad kgb miał od zawsze kontrolę nad lukratywnym handlem ropą.  Jak pokazywałem w poprzednich częściach, sowiecki system spieceksporterow, poprzez mroczną sieć mglistych powiązań z „przyjaznymi firmami” na Zachodzie, pozwalał kagiebistom na sprzedaż ropy nabytej po niskich cenach rynku wewnętrznego, na światowych rynkach za twardą walutę i w cenie niejednokrotnie od sześciu do dwudziestu razy wyższej.  Pieniądze te obracane były następnie na fundowanie kampanii destabilizacji Zachodu, od finansowania terroryzmu, do opłacania partii opozycyjnych, ale także na tzw. aktywnyje mieropriatia.  Od końca lat 80., wielu, z Timczenką na czele, próbowało zachować ten czekistowski przywilej; walka o kontrolę nad leningradzkim portem była częścią tego samego preludium.  Ale prywatyzacja wielkich firm naftowych w latach 90, odebrała im niespodziewanie dostęp do największych złóż – do basenu syberyjskiego.  Chodorkowski, Abramowicz i Bierezowski zakładali swoje własne firmy maklerskie i nie zamierzali handlować ropą poprzez kgb.  Stali się prędko autentycznymi miliarderami, wcale nie tylko na papierze, ponieważ mieli dostęp do przepływu żywej gotówki oraz prawie niewyczerpalnych kredytów zachodnich.  Sam Chodorkowski był w 2002 roku wart więcej niż 10% rocznego budżetu całego raju krat.  Energicznie modernizował Jukos, rozwijał kontakty z zachodnimi firmami naftowymi i miał bardzo dobre stosunki z finansjerą, co razem wzięte, musiało działać na ludzi Putina, jak czerwona płachta na byka.  W pyszałkowatym zrywie „otwartości”, ogłosił listę swych aktywów i udziałów, co w owych czasach było czymś niespotykanym wśród skrytych bogaczy sowieckich, którzy robili wszystko, by ukryć swe udziały.

Najprostszym rozwiązaniem dla Putina byłaby nacjonalizacja.  Wbrew Belton, nie przejmowałby się zbytnio reakcją Zachodu na takie posunięcie.  Trudność była innej natury, nazwijmy to tak, ideologicznej.  Rzecz chyba w owej „etyce kapitalistycznej”, którą kagiebiści promowali od dawna.  Od czasów Andropowa, kgb było na czele wszystkich reform, sam Putin wykładał wagę rynku i „kapitalistycznej gospodarki” dla siły państwa.  To przecież oni sami zainicjowali reformy, to oni stworzyli komsomolców-oligarchów, ich ludzie – Timoczenko i Awien, dla przykładu – byli „kapitalistami”, nie mogło więc być mowy o nawrocie do komunistycznej nacjonalizacji, bo przecież komunizm upadł.  Należało stworzyć ramy, w których każdy kapitalista mógł być w jakiś sposób pod kontrolą: albo jako „swój człowiek”, albo przy pomocy kija i marchewki.  Paradoksalnym przykładem podejścia nowej ekipy do tej kwestii jest sprawa Gazpromu, największego na świecie producenta gazu.

Gazprom należał niezmiennie do państwa, ale jelcynowscy dyrektorzy obrócili firmę w ich własną domenę, tak dalece, że zdołali nawet ukryć przekazanie kilku pól gazowych w prywatne – ich własne – ręce (a w każdym razie o to ich oskarżono, bo jak naprawdę było, tego nie sposób dociec).  Przejęcie Gazpromu podobne było do operacji wyrzucenia Charczenki z portu w Leningradzie.  Po oskarżeniu starej dyrekcji, Putin obsadził firmę swoimi ludźmi wyszkolonymi w walce o port i używał odtąd jej ogromnych dochodów do wykupywania udziałów nieposłusznych oligarchów.  W ten sposób, już po kilku latach Gazprom przerodził się w gigantyczny konglomerat, do którego należały sowchozy i fabryki, floty handlowe i banki, hotele i przedszkola, oraz 24 gazety i 14 stacji telewizyjnych; zatrudniał setki tysięcy ludzi, z czego zaledwie trzecia część miała coś wspólnego z gazem.  Jeżeli prywatna gazeta zostanie wykupiona przez państwowy monopol gazowy, to czy została znacjonalizowana?  Nie w putinowskiej Rosji.

Gazprom był wzorem dla sektoru naftowego – minus nacjonalizacja.  Należało przejąć władzę nad produkcją i dystrybucją ropy, niezależnie od struktur własności.

Dziki Zachód

Michaił Chodorkowski lubił powtarzać w latach 90., że robienie interesów w Rosji, było podobne do Dzikiego Zachodu.  On sam stał się symbolem „złodziejskiego kapitalizmu”, uosobieniem rozboju jelcynowskich prywatyzacji i bezwzględnego darwinizmu tamtych lat.  Nie obchodzili go pracownicy, prawa zachodnich akcjonariuszy były dla niego niczym, liczył się tylko zysk.  Ale już na początku tego wieku stał się adwokatem korporacyjnego ładu, propagatorem zachodniej otwartości i prawowitości.  Porównanie do Dzikiego Zachodu jest płodne, choć może w inny sposób, niż to Chodorkowski zamierzał.

To, co nazywamy dziś Dzikim Zachodem, było w istocie repliką Dzikich Pól u kraju Polski, ziem ukrainnych, w dużej mierze poza zasięgiem karzącej ręki Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, ale także z dala od chanów krymskich i sułtańskich janczarów.  Nic dziwnego, że tradycje hajdamaków nie różniły się zasadniczo od zwyczajów bandytów z dzikich pól Texasu, Meksyku i Arizony, gdzie przez wieki kontrola hiszpańskiej metropolii rozciągała się tylko w teorii – żadnych zasad, żadnego prawa oprócz prawa pięści – a z czasem, nowo powstałe państewka wokół Dzikiego Zachodu (głównie plejada efemerycznych, byłych kolonii meksykańskich, pod rządami w miarę niezależnych kacyków, ale także Waszyngton) użyły bezprawia dla własnych celów, a mianowicie dla systematycznej eksterminacji tubylców.  Meksykańscy despoci płacili po sto dolarów (a często więcej) za indiański skalp, sumę ogromną na owe czasy.  Komancze i Apacze (tak bezmyślnie zmitologizowani przez Karla Maya) byli w rzeczywistości niezwykle brutalnymi i sadystycznymi łupieżcami, podczas gdy ogromna większość tubylców, głównie czerwonoskórych, prowadziła życie osiadłe i nie zagrażała nikomu, a bardzo często padała ofiarą krwiożerczych Komanczów.  Mimo to, tę samą sumę wypłacano za skalp osiadłego Indianina, jak za dumnego wojownika.  Kiedy Dziki Zachód został spacyfikowany, to niedawni poławiacze skalpów, prędko zagarnęli dla siebie połacie ziemi niczyjej, a odkąd stali się posiadaczami ziemskimi, to zapragnęli prawa i porządku, dla ochrony swych zdobyczy.  I tak po kilku dziesiątkach lat, poczęli wynajmować Garrettów do ścigania Kidów.  Rzadko tylko się zdarza, by rządy prawa zapanować mogły, gdy bandyci stają się policjantami.

Analogia z Chodorkowskim jest prawie zupełna.  W latach 90. postępował jak korporacyjny pirat, jak rozbójnik, i zrobił na tym majątek, a kiedy już posiadał miliardy, to piracka anarchia przestała mu się podobać i zapragnął porządku.  Dziki Zachód miał się przemienić nagle w zachodni raj prawa i ładu, by chronić jego zdobycze.  Teraz już Billy the Kid nie był dla niego wzorem, ani nawet Pat Garrett, ale raczej John Chisum.  Problem w tym, że ludzie znacznie gorsi niż Garrett zostali policjantami, i że mieli osobiście na pieńku z Chodorkowskim.

Operacja Energia

Głównymi aktorami w operacji byli, znani nam już z Leningradu, Sieczin i Timczenko.  W pierwszej fazie rozgrywki, po drugiej stronie stali przede wszystkim Abramowicz i Chodorkowski, a szło o prywatyzację ostatniej wielkiej syberyjskiej firmy, Rosnieft.  Abramowicz pragnął gładkiego połączenia z Sibnieft, które posiadał na spółkę z Bierezowskim.  Pugaczow opowiadał Belton mało prawdopodobne bajeczki, że Abramowicz próbował przekupić Putina przy pomocy kilku garniturów Giorgio Armani, a on, Pugaczow, przekonywać musiał Wołodię, że po sprzedaży Rosnieftu Rosja będzie biedniejsza. [1] Sieczin chciał mieć Rosnieft dla siebie, a Chodorkowski marzył o wielkiej fuzji Jukos, Rosnieft i którejś z gigantycznych globalnych firm naftowych (na ogół mówiło się o ExxonMobil albo Chevron).

Osobistą zadrą między kagiebistami i Chodorkowskim była historia WNK.  Stosunkowo mniejsza od innych firm naftowych, WNK była obszczakiem kagiebistów.  W kolejnej fali prywatyzacji, w roku 1997, Czubajs chciał pokazać światu, że tym razem nie będzie pokątnych machinacji, ale uczciwa sprzedaż w procesie otwartej licytacji.  Państwowa WNK, sprzedawała dotąd ropę poprzez firmę Imag, Andrieja Akimowa.  Akimow, to kolejny sowiecki arystokrata, syn pułkownika kgb, pracował w sowieckim banku zagranicznym, Wniesztorgbank (WTB, o którym jeszcze usłyszymy), od połowy lat 70., od 85 rezydował w Zurychu, a od 91 prowadził austriacką firmę Imag.  Akimow był częścią „niewidzialnej gospodarki”, a jego Imag założony został z aprobatą politbiura.  Pozostawał w bliskim kontakcie ze Schlaffem (agentem stasi, o którym była mowa w części I) i razem finansowali nowe operacje kagiebowskie, np. Timczenki.  W późniejszych latach, Akimow finansował Łuczańskiego, Mogilewicza i Firtasza – wszyscy związani z zorganizowaną przestępczością.  (Autor jedynej nieautoryzowanej biografii Akimowa, Władymir Pribyłowski, został znaleziony martwy w swym mieszkaniu w Moskwie.)  Akimow organizował ofertę kupna WNK z ramienia kagiebistów, i był tak pewien sukcesu, że rozdawał z góry posady w swej nowej firmie.  Pomimo obietnic Czubajsa, aukcja stała się kolejnym skandalem.  Pierwsza faza odbyła się za zamkniętymi drzwiami, a drugą skasowano, bo pozostał na placu tylko jeden oferent, Chodorkowski – i kagiebiści znowu obudzili się z ręką w nocniku.

Amerykański bankier, Charlie Ryan, który pomagał w finansowaniu oferty Akimowa, twierdził później, że Chodorkowski „zastraszył konkurentów i przekupił kagiebistów”, co wydaje się bardzo mało prawdopodobne.  Równie nieprzekonujące są zarzekania Chodorkowskiego, jakoby nie wiedział, z kim walczył (nie miał pojęcia o istnieniu obszczaka).  Taka naiwność u bezwzględnego i trzeźwo myślącego komsomolca jest nie do pomyślenia, czego może najlepiej dowodzi dalszy przebieg wypadków.  Oto Akimow zagwarantował swemu znajomemu, Rybinowi, kontrakty na sprzedaż produkcji WNK na 20 lat.  Chodorkowski nie miał zamiaru honorować tej umowy i w ciągu następnych kilku miesięcy, miały miejsce dwa zamachy na życie Rybina.  A zatem, albo Chodorkowski nie jest tak niewinny, jakim się przedstawia, albo musiał wiedzieć, kogo miał przeciw sobie, a najpewniej i jedno, i drugie.  Rybin, Akimow, a dalej ich potężni przyjaciele, Timczenko i Putin, mieli wystarczająco wiele osobistych powodów, by zwalczać Chodorkowskiego.  Ale nie oszukujmy się, najważniejszą była przyczyna strategiczna – kontrola.

O dziwo, Putin nie był ponoć chętny do walki z Jukos, miał rzekomo nadzieję, że Chodorkowski ustąpi jak inni oligarchowie, obawiał się reakcji Zachodu etc.  Według Belton, przekonał go dopiero nie kto inny, jak Jegor Ligaczow, dawny przyjaciel Gorbaczowa, który odegrał później rolę wroga pierestrojki.  Sądzę jednak, że Putin potrzebował rozprawy z Chodorkowskim dla swych własnych celów, niezależnie od interwencji Ligaczowa, a postawa Chodorkowskiego czyniła starcie nieuniknionym, a więc łatwiejszym.  Czy była to „walka o kształt przyszłej Rosji”, jak twierdzi Belton?  Nie sądzę.  Była to walka o kontrolę.

Chodorkowski utrzymuje dziś, że jego celem było stworzenie wolnej gospodarki, która „kwitnąć może wyłącznie w warunkach demokracji”.  Jednak jego ówczesne zachowanie nasuwa przypuszczenie, że próbował sobie zapewnić nietykalność poprzez obecność w mediach, zarówno w Rosji jak i na Zachodzie.  Podczas publicznego spotkania z Putinem, postanowił zaatakować korupcję, niszczącą wszelkie perspektywy w kraju, na co Putin odparł złowieszczo, że Jukos zdobył swe rezerwy przy pomocy skorumpowanych metod i że będzie to przedmiotem dochodzenia. [2]

Wkrótce Chdorkowski i Abramowicz ogłosili z wielkimi fanfarami połączenie Jukos z Sibnieftem (niektórzy twierdzą dziś, że był to plan Abramowicza, by przejąć Jukos na własność, w podobny sposób, jak wcześniej wykiwał Bierezowskiego), a w dalszych planach miała leżeć wymiana aktywów (pól naftowych) z amerykańskimi firmami.  Ale największym błędem Chodorkowskiego była zapowiedź, że pragnął zrezygnować z prowadzenia Jukos w roku 2007, tj. na rok przed wyborami prezydenckimi.  Było to równoznaczne z obwieszczeniem ambicji politycznych.  Jednocześnie Chodorkowski zwiększył ilość pieniędzy przekazywanych dla opozycyjnych partii politycznych – ten obrońca kapitalizmu i demokracji finansował komunistów Zjuganowa przy pomocy milionów dolarów darowizny.  Putin miał go otwarcie poprosić, by przestał finansować komunistów, ale Chodorkowski odmówił.  Wszystko to razem, czyniło go niebezpiecznym dla kagiebistów i było jawnym wyzwaniem, skoro Putin obiecał nie zwracać uwagi na przekręty prywatyzacji tylko tak długo, jak oligarchowie będą trzymać się z dala od polityki.

W czerwcu 2003, kiedy Putin był fetowany w Buckingham Palace przez królową angielską, aresztowano szefa bezpieczeństwa w Jukos, a następnie Lebiediewa, prawą rękę Chodorkowskiego.  Nie będę wnikał w istotę zarzutów, bo z jednym wyjątkiem wydają się sfingowane.  Wyjątkiem jest morderstwo burmistrza syberyjskiego miasta, Nieftiejugańska, Władymira Pietuchowa, w 1998 roku.  Pietuchow oskarżył Chodorkowskiego, że zagłodził miasto, z którego wywodziło się jego bogactwo, przez odmowę płacenia lokalnych podatków (w Nieftiejugańsku mieściła się dawna centrala Jukos).  Burmistrz prowadził głodówkę protestacyjną, a w kilka dni po jej zakończeniu został zastrzelony na ulicy – w dzień urodzin Chodorkowskiego.  Czy był to prezent od przyjaciół?  Czy raczej cyniczna awantura kagiebistów, by rzucić podejrzenie na niebezpiecznego wroga?  Nie sposób tego rozstrzygnąć.

Dalsza historia jest dobrze znana.  Chodorkowski odmówił ucieczki na Zachód, stanął przed sowieckim sądem, otrzymał sowiecki wyrok i spędził wiele lat w więzieniu na Syberii.  Wypuszczono go dopiero wskutek ułaskawienia pod koniec 2013 roku, kiedy Putin przygotowywał grunt pod olimpiadę w Soczi.

Na Zachodzie nadano Chodorkowskiemu status męczennika za kapitalizm, choć on sam przyznał, iż spodziewał się ostrzejszych wystąpień w swojej obronie.  Oczekiwał, że Zachód odmówi robienia interesów z bandziorami, którzy uwięzili niewinnego pioniera wolnego rynku.  Oczywiście kapitaliści nigdy nikogo bronić nie zamierzają, jeżeli nie mają w tym jakiegoś interesu.  Ale mniejsza o nich.  Dlaczego nikt nie zwrócił uwagi, że komsomolska wersja kapitalizmu państwowego w wydaniu Chodorkowskiego, Bierezowskiego i Abramowicza za czasów Jelcyna, nie różniła się zasadniczo od czekistowskiej wersji w wykonaniu Putina?  Najlepszy dowód, że interesy Abramowicza, Fridmana, Awiena, Pugaczowa i tylu innych, kwitły pod obu reżymami.  Obracali państwowymi funduszami w swoich „bankach”, które nie różniły się od mafijnych frontów do prania pieniędzy, po czym użyli tych państwowych pieniędzy, by kupić firmy naftowe od tegoż państwa – za grosze.  Chodorkowski był w tym o niebo lepszy niż inni oligarchowie Jelcyna i znacznie skuteczniejszy niż kagiebiści, którzy próbowali z nim konkurować, ale nie dali rady.  Putin po kilku latach „obrócił stół” i sam zagrał bankiera wobec niego.  Chodorkowski wiele wycierpiał i trzeba mu przyznać, że zachował się z podziwu godnym stoicyzmem, ale dlaczego robić z niego obrońcę wolnego rynku, gdy on tylko bronił tego, co nakradł, jak każdy gangster?  I jak tylu gangsterów przed nim, jak Michael Corleone w Ojcu chrzestnym, próbował się oderwać od swoich korzeni, wyrwać się z tego bandyckiego bagna, z którego wyszedł, ale wciągnęło go z powrotem.

Żeby zrozumieć dynamikę konfliktu między putinowskim aparatem, a ludźmi pokroju Chodorkowskiego, nie trzeba odwoływać się do pojęć „demokracji” i „kapitalizmu”.  Kapitalizm nie jest „systemem” wydumanym przez akademików, ani utopią stworzoną przez ideologów jako ideał do osiągnięcia w nieokreślonej przyszłości.  Nie jest także „formacją cywilizacyjną” czy jakkolwiek się to nazywa w marksistowskim żargonie.  Kapitalizm to jest codzienna rzeczywistość, komercjalny wymiar stosunków między ludźmi, naturalny, zmienny układ produkcji i wymiany, zestaw pojedynczych aktów, które składają się na działalność gospodarczą.  Starożytny chłop na śródziemnomorskim wybrzeżu, produkował ziarno i sprzedawał je fenickiemu handlarzowi, który ładował je na statek i sprzedawał tam, gdzie mógł dostać lepszą cenę.  Nie inaczej robił polski pan na Ukrainie, tylko że sprzedawał swe zboże, wódkę, miód, hanzeatyckiemu handlarzowi.  To był kapitalizm.  Kapitalizm działał w każdych warunkach, nawet w sowietach za Stalina, nawet w łagrach, nawet w hitlerowskich obozach koncentracyjnych, ale najlepiej działa w warunkach praworządności i poszanowania dla prawa własności, a kwitnie – w wolnej konkurencji.  Ten ostatni punkt jest tak ważny, że byłbym skłonny zawęzić rozumienie fenomenu – rozumienie, bo nie definicję – do wolnej konkurencji.  W tym sensie, nie ma naprawdę kapitalizmu w sowietach, ani w chrlu, ale jest go także coraz mniej na tzw. Zachodzie, gdzie gigantycznym, globalnym korporacjom, konkurencja jest potrzebna jak dziura w głowie.  Wystarczy wyobrazić sobie, jak zakończyłaby się próba podjęcia konkurencji z Amazon czy z Facebook.  Ale mniejsza o Zachód.  Chodorkowski nie był nigdy „obrońcą kapitalizmu”.  Bronił po prostu swych zdobyczy.  Niewątpliwie, odebrano mu jego bogactwa nieuczciwie, ale w pierwszym rzędzie, nie zdobył ich uczciwie.  O legalności nie będę się w ogóle wypowiadał, bo w sowietach nie ma takiego pojęcia, co zarzekanie się Putina wobec nieufnych dziennikarzy tylko paradoksalnie potwierdza.  Jeden z anonimowych rozmówców Belton mówi, że jeżeli nabyło się ogromną firmę za kilka milionów zdeponowanych w banku przez państwo, to trudno potem upierać się przy prawach własności.  Prawdę mówiąc, ma rację.

A zatem dynamika starcia o Jukos była z natury swej identyczna ze sporem między złodziejami.  Chodorkowski wydaje się sympatycznym człowiekiem, a jego godna postawa wobec prześladowań i niesprawiedliwości napawa mnie tylko podziwem.  Jednak kolizja z aparatczykami Putina mogła się skończyć tylko w jeden sposób.  Można wskazać na los Charczenki w leningradzkim porcie, albo na mieszkańców wioski nad karelskim jeziorem, ale pierwowzór dla rozprawy z Chodorkowskim widziałbym w walce Trockiego ze Stalinem.  Wielki Soso przez pewien czas liczył się z Trockim, a nawet obawiał się go, ale mógł był wykończyć go znacznie wcześniej, gdyby nie to, że potrzebny mu był trockizm na Zachodzie.  Chodorkowski nie jest chyba człowiekiem na miarę Trockiego, a jednak na mniejszą skalę i na miarę swoich możliwości, proponuje pewną alternatywę dla przyszłości „Rosji”.  Taka alternatywa, przedstawiana z kulturą wobec zachodnich słuchaczy przez bogatego człowieka, nie może na razie w niczym szkodzić ludziom Putina.  A jeżeli im zaszkodzi w przyszłości, to znają na to odpowiednie środki przeczyszczające.

Putin czuł się na tyle silny, że odtąd przeszedł do fazy: kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam.

______

  1. Pomijam tu celowo inne elementy operacji: przy pomocy mieszanki gróźb i zachęt, kagiebiści wzięli pod kontrolę pozostałe firmy naftowe, m.in. Łukoil i Surgutnieftiegaz, w których byli zainteresowani od dawna, ale zdołali zdobyć tylko mniejszość akcji w roku 1995. Jeden z dyrektorów Łukoil został „porwany przez ludzi w mundurach policyjnych, wstrzyknięto mu heroinę i zniknął na dwa tygodnie, po czym nie pamiętał, co mu się przydarzyło”. Śledztwo umorzono po kilku miesiącach.
  2. Wiele mówiącą wymianę między Putinem i Chodorkowskim można znaleźć tu: https://www.youtube.com/watch?time_continue=20&v=u6NKb79VN8U


Prześlij znajomemu

21 Komentarz(e/y) do “Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część VI”

  1. 1 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Długo się wahałem czy zadawać pytania, komentować na obecnym etapie powstawania tego artykułu. Nie chciałbym wychodzić przed szereg i może psuć ogólną koncepcję wywodu. Jeżeli istnieje choćby cień podejrzenia, że mogę się do takiego zakłócenia przyczynić, proponuję przesunąć dyskusję aż do ostatniej części.

    Piszę nie w formie polemiki, której osobiście nie cierpię, ale wspólnego zastanowienia się nad problemem, który wydaje mi się istotny – chodzi mianowicie o zasadniczą kwestię konsumowania/przekazywania zarabianych/gromadzonych/kradzionych pieniędzy.

    Postaram się to wyjaśnić w kilku punktach, co do których nie mam rzecz jasna pewności, czy będziemy zgodni.

    ***

    Na termin gospodarka sowiecka składają się dwa zasadnicze elementy: gospodarka oficjalna, a więc ta, o której pisze się w rocznikach statystycznych; gospodarka niejawna, kierowana zasadniczo przez służby.

    Obie gospodarki mieszają się wzajemnie, tak że nigdy do końca nie wiadomo, gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga. Celem pierwszej jest, najoględniej, permanentna pauperyzacja poddanej ludności; druga zajmuje się finansowaniem różnych zadań taktycznych i strategicznych, nie nadających się do realizacji w sposób jawny (kierowanie i finansowanie międzynarodowym terroryzmem; agentura szpiegowska, polityczna, ideologiczna itp.).

    Czy cel gospodarki niejawnej jest wciąż od 30 lat realizowany w mniej więcej podobny sposób, czy też pod pojęciem „obszczak” ukrywają się tylko i wyłącznie interesy prywatne różnorodnych grupek bandyckich/czekistowskich?

    Jeżeli to drugie, to oczywiście dalszy wywód i kolejne pytania nie mają sensu. Jeżeli gospodarka niejawna spełnia wciąż swoją klasyczną rolę, idźmy dalej…

    ***

    W związku z realizacją planu „upadek komunizmu” zakresy wpływów obu gospodarek zasadniczo zmieniły swoje proporcje na rzecz gospodarki niejawnej. Zadaniem gospodarki niejawnej jest nie tylko finansowanie zadań polityczno-wojennych, ale również zapewnienie stosownego wynagrodzenia ludziom zaangażowanym w ten proceder.

    Drugie pytanie: czy istnieją jakiekolwiek szacunki, jaka część pieniędzy pozyskanych przy użyciu gospodarki niejawnej jest wykorzystywana dla celów strategicznych, a jaka trafia do kieszeni prywatnych?

    ***
    W latach 90. pojawiło się pewno novum w gospodarce sowieckiej. Pojawił się element, rzecz chyba można, jawnie czarnorynkowy, powstały w wyniku masowego przejmowania przez kapitał prywatny czarnego pochodzenia, przedsiębiorstw sowieckich oraz powstania nowych instytucji gospodarczych, takich jak np. prywatne banki.

    Ów obszar „nowej” gospodarki został zasilony poprzez wykup „starej” gospodarki, oddawanej za bezcen ludziom, od których można było oczekiwać daleko posuniętej subordynacji (czekiści, członkowie partii, komsomołu, komunistycznej nomenklatury, np. dyrektorzy sowieckich firm). Ogromny, oślepiający indywidualnych „szczęśliwców” majątek został przekazany w ich ręce.

    Przy okazji (w wyniku) tego procederu powstała wyjątkowa silna grupa tzw. oligarchów, którzy skupili w swoich rękach gigantyczne środki. Grupa niejednolita: część z nich należała/należy do służb i działa niejako w ich imieniu; pozostali działali/działają na zasadach franczyzowych, pod marką „upadek komunizmu” i jako tacy byli/są jedynie wspierani „moralnie” przez przedstawicieli służb.

    Czy wobec powyższego, możliwa jest do wyobrażenia taka oto sytuacja: przedsięwzięcia prowadzone i zarządzane bezpośrednio przez czekistów są zobowiązane do finansowania (jak do tej pory bywało) tajnych celów taktycznych i strategicznych komunizmu: terroryzm, agentury etc. W tym samym czasie franczyżyści spod znaku towarowego „upadek komunizmu” nie mieli/nie mają takich zobowiązań, ciesząc się pełną swobodą nie tylko działania ale i korzystania z dóbr.

    Czy powyższy schemat jest do wyobrażenia? Czy raczej należy zakładać, że wszystkie te nomenklaturowe przedsięwzięcia gospodarcze, wyrosłe na fałszywym gruncie „transformacji ustrojowej” są w jakiś sposób… no, nazwijmy, opodatkowane na rzecz „wspólnej” sprawy?

  2. 2 michał

    Och, zaraz wychodzić przed szereg? To by dopiero było, gdybyśmy w Podziemiu mieli stać w szeregu i szczypać się, czy należy wysunąć palec z linii. Angielski język ma piękne sformułowanie „to toe the line”… nie róbmy tego, proszę. Żadne pytanie nie może zepsuć niczego, koncepcja wywodu rodzi się w wywodzie. Jeżeli kwestia będzie dotyczyć spraw, o których ma być mowa w dalszych częściach, to zupełnie wprost to powiem, ale nawet wówczas nie widzę powodu, żeby nie odpowiedzieć na pytanie. Nie ma tu żadnego zakłócenia, a co najwyżej Nasz Ulubiony Ciąg Dalszy może być lepszy, kiedy wreszcie nastąpi, dzięki Twoim pytaniom.

    Wydaje mi się, że jednym z najważniejszych „osiągnięć” Elizabeth Belton jest wykazanie czarno na białym, że reżym Putina nie jest tzw. kleptokracją. Niektórzy próbowali wykazać w przeszłości, że Putin jest jednym z najbogatszych ludzi na świecie, ale co on posiada, jest bez znaczenia. To nie są zwykli złodzieje, którzy ciągną tylko do siebie, choć na pewno zachodzi to także.

    Twój pierwszy punkt, na temat dwóch równoległych ekonomii, chyba domaga się uściślenia. W dawnych sowietach istniały dwie równoległe gospodarki: sowiecka i czarny rynek. Ten drugi był zamiennie tolerowany lub wręcz prowadzony przez czekistów: łaskawie zezwalali na to, żeby była omasta do kartofli. Kartofle były sowieckie, omasta czarnorynkowa. Odkąd „komunizm upadł” jest chyba inaczej. Czekiści uwolnili czarny rynek, zezwolili na prawie wolną inicjatywę gospodarczą, tylko że jednocześnie dokonują „rejderstwa” i przejmują dla siebie wszelkie zyskowne inicjatywy. Wzorem tu jest Charczenko i port leningradzki. Ale doprawdy jaka jest różnica między państwowym Rosnieft i „prywatnym” Łukoil? Nie ma żadnej. Ty natomiast wskazujesz chyba na niejawny element, któremu nadajesz charakter równoległej gospodarki. O tym niejawnym elemencie rzeczywiście będzie mowa, nazywam go „odpowiednikiem ciemnej materii w światowej gospodarce”, są to ogromne sumy pieniędzy, które poruszają się po świecie, ale nie wiadomo dokładnie, skąd przyszły i kto nimi operuje. Jednak to jest nadal jedna gospodarka. W następnych częściach będzie mowa o tym, co robią z tymi pieniędzmi.

    Nikt nie wie, o jakich sumach mowa. Nie ma szacunków, bo niby jak? Wiadomo tylko tyle, ile wykryto, a to zazwyczaj tylko szczyt góry lodowej.

    Zmieniłbym chyba ciut Twój opis oligarchów. Oni wszyscy, bez wyjątku, wyszli z sowieckiej szkoły i działali (i nadal działają) za pozwoleniem. Chodorkowski i Fridman byli komsomolcami namaszczonymi przez kgb, ale jeden z nich poszedł do ciupy, a drugi jest miliarderem. Sądzę więc, że wszyscy są zobowiązani. Jeżeli Abramowicz nie będzie robił, co mu każą, to mu przypomną, co się stało z jego byłymi przyjaciółmi, Bierezowskim i Chodorkowskim. Nikt tam chyba nie cieszy się „pełną swobodą nie tylko działania ale i korzystania z dóbr”, choć jedni wywodzą się z kgb, są „swoi”, a inni nie. Geniusz tego systemu polega chyba na tym, że np. Alekperow zarządza lepiej swoim Łukoil niż np. Sieczin zarządza państwowym Rosnieft. Dlatego tak często rozważam w tym cyklu istotę kapitalizmu, bo oni zrobili z nim coś interesującego, zaprzęgli go do czerwonej fury. To nie jest kapitalizm jako taki, to jest coś innego, ale wykorzystują to w interesujący sposób. Można chyba sensownie powiedzieć, że doszli do tego samego punktu co chrlowcy, ale bardziej okrężną drogą.

  3. 3 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Skoro nie istnieje niebezpieczeństwo, że niebacznie zakłócę tok Twoich wywodów, to bardzo dobrze – bo pytań, które się nasuwają jest wiele.

    Belton „odkryła”, że Putin prowadzi swoją bolszewicką praktykę nie tylko dla pieniędzy (a może nawet pieniądze mają poślednie znaczenie). To na pewno dowód jej dużej inteligencji, ale zaraz nasuwa się pytanie – co z Jelcynem? Czy poza własnym dobrobytem miał jeszcze inne cele na widoku?

    Co do istnienia dwóch gospodarek nie będę się upierał. To była raczej próba zdefiniowania, dookreślenia bardzo mglistego zjawiska – przechodzenia w prywatne ręce ogromnych fragmentów gospodarki.

    Niekoniecznie najważniejszy jest wielki świat biznesu, finansów, który wyrodził potworki oligarchiczne w liczbie kilku czy kilkunastu. Proceder dotyczył dużych i średnich firm, ogromną ilość małych, praktycznie wszystkiego, co dało się przekazać w niepaństwowe ręce. Jaki był cel: gospodarczy, polityczny, ideologiczny? Dlaczego pozbywano się kontroli nad tymi firmami, obiektami, dlaczego rezygnowano z zysków? Czy można po prostu zakładać, że pozbyto się tych dóbr i hulaj bolszewicka duszo bez niepotrzebnego balastu? Czy konstrukcja „ideowa” tego przedsięwzięcia była dokładnie odwrotna: utracono oficjalną kontrolę, żeby tym więcej wzmocnić niejawną, pozyskując w ten sposób gigantyczne środki, które nie mogły pojawić się w oficjalnym, mizernym budżecie?

    Jeśli przyjąć, że tak właśnie było/jest, czy nie należy w tym kontekście mówić o odrębnej gospodarce, podziemnej? Jawnie czarnorynkowej? Jawnie – bo firmy nie ukrywają swojej egzystencji, mają szyldy, siedziby, pracowników, biura etc. Ale przy okazji cel ich istnienia, to w jaki sposób wywiązują się z obowiązków wobec bolszewickiego „państwa” jest całkowicie niejawny.

  4. 4 michał

    Darek,

    Twój pierwszy punkt, to chyba nieporozumienie spowodowane moją nieścisłością. Wielokrotnie określano na Zachodzie reżym Putina jako kleptokrację, czyli władzę złodziei, ludzi tak skorumpowanych, że używają aparatu państwowego wyłącznie dla osobistego zysku. Zawsze wydawało mi się to idiotyzmem, a Belton przedstawia z jasnością, że tak nie jest. Belton niczego tu nie odkryła, a wyłącznie udowodniła, co nazwałem jej osiągnięciem.

    Jelcyn miał cele dość oczywiste: jego zadaniem było zachowanie struktur w czasach „po upadku komunizmu”. Nie sądzę, żeby wyszedł z tego superbogaczem, choć tzw. Rodzina na pewno kradła na potęgę.

    Natomiast co do reszty, to nie bardzo umiem odpowiedzieć, bo nie rozumiem pytań. W dawnej sowieckiej gospodarce wszystko było w rękach państwa: produkcja niklu i sprzedaż kapusty, ale to drugie nie było przecież przedmiotem „prywatyzacji”. Zajmuję się dużymi firmami nie dlatego, że „wielki świat biznesu, finansów jest koniecznie ważniejszy”, jak zdajesz się mi imputować, ale dlatego, że mam informacje na ten temat i łatwiej zademonstrować tu, co się stało. Pomiędzy kapustą a rzadkimi metalami są tysiące firm, które przeszły w prywatne ręce w najróżniejszy sposób. Wracam wciąż do Charczenki i jego przejęcia portu w Leningradzie: to jest klasyczny mechanizm! Tak się to odbywało. Charczenko wykonywał plan, ale w procesie wyrzucił kgb z portu, więc się go pozbyto. Nie wiem, czy odpowiadam trafnie, bo nie rozumiem pytania.

    Zapominasz chyba, że motorem tych zmian było kgb. To oni żądali reform i energicznie pchali sowiety w stronę „kapitalizmu”. A w takim razie, pytanie o podziemną gospodarkę jest trudne do zrozumienia. Chyba, że nawiązujesz do oryginalnego planu politbiura z 89-90 roku, kiedy zakładali tajną gospodarkę, ale to jest dokładnie to, co przejęli kagiebiści. W jakim celu mieliby ją prowadzić w roku 2020, skoro są u władzy?

    Z drugiej strony, mnóstwo ich posunięć pozostaje tajnymi, bo taka jest natura fenomenu. Niektórzy nazywają to upadkiem komunizmu, ale ja nie. Działania konspiracyjne leżą w samym sercu tego pseduo-państwa.

    Zatem proszę o uściślenie, o dodatkowy zestaw pytań, bo nie rozumiem w czym kwestia.

  5. 5 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Ciekawi mnie czy Belton interesuje to, na co Pan zwrócił uwagę a mianowicie, że czekistowska „gospodarka” (a także „komsomolska – niezależna”) zainstalowały się niezwykle sprawnie w gospodarkę tzw. wolnego świata i są w tej chwili (wraz z komunistyczną „gospodarką” chińską) częścią jej rdzenia. Patrząc szerzej poza „Rosję”, warto przyjrzeć się „ex”-demoludom. Niemal w każdym z tych krajów, funkcjonują prywatne fundusze inwestycyjne, które łączą kapitał zachodni z lokalnymi „gospodarkami”. Czy tylko zachodni, należy wątpić jako że inwestorami mogą być równie dobrze „czekiści-komsomolcy”, którzy swego czasu rozpoczęli swoją działalność w zachodnich strukturach finansowych.

    Czy Belton zwraca uwagę np. na działania sowieckich współinwestorów spółki Gazprom-BP i wcześniejszych lub na działania inwestorów w posiadłości Trumpa na Florydzie? Dają zarobić kapitalistom ale jednocześnie opanowują ich struktury – złapał Kozak Tatarzyna…Interesy Bidenów na Ukrainie czy sowieccy łącznicy Trumpa to signis temporis.

    Na marginesie, dyrektorem zarządzającym IMF od września ub. roku (przedtem CEO w World Bank) jest ex-komisarz Niuni z dawnej „ludowej” Bułgarii, która tamże rozpoczęła swoją karierę, przez 16 lat nauczając „ekonomii” na swojej profesorskiej katedrze w komunistycznej Sofii (w tym czasie także robiła to jako visiting fellow na LSE oraz MIT). Jak widać siermiężny bułgarski komunizm był w stanie wydawać także i takie owoce. Przypominam sobie jak to polscy komuniści starali się o przyjęcie peerelu do IMF i WB. Z bułgarskimi nie było inaczej. Opłacił im się ten „upadek komunizmu”.

  6. 6 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Nie przeczytałem w całości rozprawy Jenikiejewa, ale Belton pisze dużo o pierwszej spółce TNK-BP, tej z roku 2003, ponieważ te przepychanki były częścią rozprawy z Chodorkowskim. W teorii, Chodorkowski i Abramowicz, chcieli zrobić to samo, co Fridman i Awien, ale nie należeli do siuchty, więc im nie pozwolono. O Florydzie, Trumpie i późniejszych machlojkach, będzie jeszcze mowa. To przeniknięcie czekistów, niepostrzeżone zaistnienie w samym sercu „wolnego świata” – ach, jak bolesny ten cudzysłów – w systemie finansowym, w najgłębszym rdzeniu globalnej gospodarki, jest w istocie najważniejszą tezą książki Catherine Belton. Co rzekłszy, nie zajmuje się w ogóle chrlowskim wpływem, który jest być może jeszcze bardziej złowrogi.

    Kristalina Georgiewa jest zupełnie kapitalnym przykładem konwergencji (bez cudzysłowów). Nie musi wcale ukrywać swej przeszłości i marksistowskiej proweniencji, jest z niej pozytywnie dumna i to właśnie marksistowska ortodoksja otwiera jej drzwi do LSE czy IMF. Na marginesie, słyszałem kiedyś, że pewien amerykański ekonomista, napisał w podaniu o posadę, że wprawdzie studiował na LSE, ale NIE JEST MARKSISTĄ. Biedak. Czy nie lepiej było szukać pracy w IMF? LSE jest wprawdzie wyjątkowo szmatławą, czerwoną uczelnią, ale nie oszukujmy się, nobliwe Oxford i Cambridge nie są w niczym lepsze.

    Osobiście, niewiele wiem na temat obszczaka w demoludach. Belton się tym nie zajmuje w ogóle, ale Pan się wyspecjalizował w demoludach, więc może Pan to prześledzi? To byłoby bardzo ciekawe.

  7. 7 Andrzej

    Tak Panie Michale. Prześledzenie tego może być bardzo interesujące, niemniej rozpoznanie tego tematu jest zapewne bardzo żmudnym zadaniem o ile w ogóle możliwym. Struktura założycielska funduszy, inwestorzy, projekty inwestycyjne, transakcje, banki pośredniczące itd. Ale nawet wierzchołek tej góry lodowej może być wart zbadania.

  8. 8 michał

    Oczywiście, ma Pan rację, Panie Andrzeju. Będąc z natury ospałym i gnuśnym, opieram się w tym cyklu zaledwie na kilku książkach. Wszystkie żmudne dociekania nie są moim dziełem, to nie ja „przebrnąłem przez błota i rojsty”, żeby zapoznać się z putinowskim obszczakiem. I w ten sposób mamy do czynienia zaledwie z fragmentem wycinku wierzchołka góry lodowej.

    A jednak w tego rodzaju dociekaniach, skazani jesteśmy na wtórne źródła. Rzecz w tym, że Pańska wiedza na temat krajów Europy Wschodniej stawia Pana w wyjątkowej pozycji do prowadzenia takich badań.

  9. 9 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Moje pytanie dotyczy gospodarki sowieckiej jako całości, a więc nie tylko wielkiego biznesu, ogromnych fortun oligarchów, spektakularnych operacji, jawnych, tajnych. Interesuje mnie to co w peerelu nieco omylnie zwykliśmy nazywać uwłaszczeniem nomenklatury – przekazywania firm i majątku państwowego w ręce zaufanych. Proceder jest mniej więcej znany tu, choć bardzo trudno go opisać w sposób wyczerpujący, ponieważ sposobów dochodzenia do celu było bardzo wiele. Wymienię dwa sposoby: tzw. akcjonariat pracowniczy – majątek firmy jest dzielony pomiędzy wszystkich pracowników firmy, hierarchicznie. Bardzo szybko okazuje się, że szeregowym pracownikom brakuje pieniędzy, ażeby przeżyć do pierwszego, dyrektor wyciąga pomocną dłoń i proponuje odkupienie niewiele wartych papierków, z upływem niedługo czasu staje się jedynym (albo prawie jedynym właścicielem). Przypadki takich przejęć znam bezpośrednio. Drugi model – doprowadzenie przedsiębiorstwa do stanu niewydolności, bliskiej upadłości, wykup za przysłowiową złotówkę.

    W sowietach wyglądało to prawdopodobnie dość podobnie, choć na pewno nieidentyczne.

    Pierwsze pytanie, jakie się nasuwa: jak takie „uwłaszczenie” drobiazgu gospodarczego ma się do operacji, opisywanych przez Ciebie? Przemysł kopalniany to pewnie 10% całej gospodarki (może w sowdepii więcej?); bankowość? Może 5 %? Zatem, przejęcia w branży wydobywczej, w handlu surowcami, w finansach to byłby wierzchołek góry lodowej. Spektakularna rublowa szpica, kiwająca się w odmętach sowieckiej „rzeczywistości”. To jednocześnie szczyt sowieckiej przedsiębiorczości bandyckiej, złożony z ludzi gotowych na wszystko, a to wiele tłumaczy. Rzeczy w tym, że w tamtym czasie nie trzeba było być szczególnie uzdolnionym, zdeterminowanym, żeby sięgnąć po swoje. Bo ono spadało niczym manna z nieba byle aparatczykowi, byle członkowi nomenklatury.

    Więc pytanie, które wydaje mi się kluczowe: po co to? Dlaczego świadomie pozbyto się majątku (ze ściągalnością należnych podatków musiało być bardzo krucho, sądząc po stanie finansów publicznych)? Dlaczego zrezygnowano z kontroli?

    A może wcale nie zrezygnowano? Może instytucje fiskalne i kontrolne jedynie zeszły do podziemia?

  10. 10 michał

    Darek,

    Rozumiem. W moim przekonaniu, uwłaszczenie nomenklatury – które nb. wydaje mi się trafnym określeniem, choć w węższym zakresie niż proponujesz: nie obdarowanie swoich, ale przekazanie własności aktualnej dyrekcji – to jest to, co się stało w latach 90. Dlatego wciąż podkreślam, że Charczenko w porcie leningradzkim, który był maleńkim i mało ważnym wycinkiem sytuacji gospodarczej, jest tak ważnym przykładem: on robił dokładnie to, co mu kazano. To było właśnie wprowadzenie kapitalizmu przez uwłaszczenie nomenklatury. Dokładnie tak samo było z Gazpromem, gdzie dawna dyrekcja przejęła prowadzenie firmy, jak gdyby to była jej własność. Ale ci, którzy robili to wbrew kgb, musieli polecieć. Następnym krokiem uwłaszczenia było stworzenie komsomolskich kapitalistów – tu Fridman i Chodorkowski są tylko przykładami, ale dobrymi przykładami, ponieważ egzemplifikują rozbieżne sposoby potraktowania ich. Natomiast w tym wieku, władzę Putina charakteryzuje przekazanie własności w ręce zaufanych, w ręce swoich ludzi, w ręce kgb.

    Akcjonariat pracowniczy (co za język!), który opisujesz, oddaje precyzyjnie bandyckie prywatyzacje z lat 90. w sowietach, natomiast druga metoda nazywa się tam pięknie „rejderstwem”. Niekoniecznie doprowadza się firmę do granicy upadku, to tylko jedna z metod. Czasami uderza się ich niemożliwym podatkiem lub oskarżeniem o korupcję, tak czy owak, jedynym wyjściem dla zdruzgotanego właściciela jest sprzedanie firmy za grosze przyjaznemu kagiebiście, który właśnie przypadkiem pojawił się na progu z pomocną ofertą.

    Surowce to jest na pewno o wiele, wiele więcej niż 10% sowieckiej gospodarki. Ściśle mówiąc, ani ropa, ani gaz, nie należą do przemysłu kopalnianego, więc może stąd nieprzystawalność tych cyfr. Według danych sprzed kilku lat, 62% sowieckiego GDP to są usługi, ale wydaje mi się to klasycznym sowieckim łgarstwem. Do tych „usług” zalicza się np. handel ropą i surowcami, więc widzisz, jak doszli do tak wysokiego procentu. Innymi słowy, reszta sowieckiej gospodarki jest na pewno bardzo kapitalistyczna i bardzo prywatna, ale pod kontrolą kagiebistów.

    Po co to? Zdumiewa mnie to pytanie. Po co kgb wprowadziło reformy „kapitalistyczne”? Po co kgb przejęło władzę w roku 2000? Po co pozbyło się Gusinskiego, Bierezowskiego, Chodorkowskiego? Czy rzeczywiście pozbyli się własności czegokolwiek? A zwłaszcza majątku? Nie pozbyli się kontroli, ale właśnie ją przejęli! Zwiększyli kontrolę, bo Gusinski był trudny do kontrolowania, a Fridman czy Andrej Mielniczenko są pod pantoflem. Bierezowski miał swoje pomysły, a Abramowicz jest posłysznym aparatczykiem z gutaperki. Instytucje fiskalne i kontrolne nie musiały nigdzie schodzić, a już na pewno nie do nas, na pewno nie do Podziemia!

    W żadnym momencie, moim zdaniem, nie zrezygnowali z kontroli. Co najwyżej utracili ją w połowie lat 90., kiedy słaby Jelcyn zezwolił przez niekompetencję swego reżymu, na wyrwanie się spod kontroli kilku ludzi. Ale odzyskali ją prędko i bezwzględnie. Ci mniej pokorni ludzie sowieccy, zostali ściągnięci na ziemię w najbrutalniejszy sposób i uwiązani na ziemi przy pomocy imadeł zaciśniętych na ich genitaliach.

  11. 11 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Masz na pewno rację, że nie sposób poruszać się swobodnie po zakamarkach sowieckiej gospodarki, nawet tej oficjalnej, z której dane czerpią urzędy statystyczne. Ale to jednak gospodarka o jakichś policzalnych parametrach (zapewne).

    Pytając po co to, nie pytałem o powód wprowadzania „kapitalistycznych” reform, ale o to, dlaczego ogromny majątek dużych, średnich i małych firm, zakładów usługowych etc. przekazywano w gruncie rzeczy w przypadkowe ręce dyrektorów i kierowników, a robiono to w dodatku z niebywałym pośpiechem, zdaje się, chaotycznie. Nie znam żadnej publikacji, która opisywałaby to zjawisko. Mam jedynie w pamięci nieliczne relacje z drugiej, trzeciej ręki. Pierwsza rzecz jaka się nasuwa – żaden z tych szczęśliwie obdarowanych nie spodziewał się dostać podobnego prezentu. To było wielkie zaskoczenie.

    Co było dalej? Jaki był/jest los owych beneficjentów (nie myślę o tuzach, oligarchach, ale o przeciętnych średnich i małych posiadaczach post-państwowego sowieckiego majątku)? Czy żyją sobie ot tak, ciesząc się dobrobytem? Czy płacą regularny haracz? Komu?

    To są póki co pytania bez jednoznacznych odpowiedzi, ale zadawać je chyba warto.

  12. 12 michał

    Darek,

    Przepraszam, najwyraźniej źle Cię zrozumiałem. Tak to bywa, jak się pisze w stanie wskazującym na spożycie.

    Brak wiarygodnych danych, niezawodnych statystyk na temat sowieckiej gospodarki. W chrlu np. tylko Xinhua, oficjalna agencja państwowa ma prawo podawać dane na temat chińskiej gospodarki, i Bloomberg czy Reuters zgodziły się dawno temu, że nie będą podawać innych danych, a tylko te otrzymane od Xinhua. Nie sądzę, żeby podobnie było w sowietach, bo nie mają takiej „dźwigni”, ale w końcu nic mnie nie zdziwi, gdy chodzi o zachodnią uległość wobec komunistów.

    Nie wiem, czy można nazwać dyrektorów komunistycznych przedsiębiorstw „przypadkowymi”. To były ważne pozycje i byle kto ich nie osiągał. To była właśnie ta nomenklatura, którą uwłaszczono, dano jej marchewkę potencjalnych bogactw i pogrożono kijem. Gdzie tu jest przypadkowość? Wot, komunizm upadł, więc nie ma komunizma i wszyscy stalim się kapitalistami. Pośpiech? O wiele mniej czasu potrzeba było, żeby się przestawić z antyhitleryzmu na przyjaźń z Hitlerem. Nie widzę tu żadnej paniki ani gorączkowego rzucania się w nieznane.

    Czy to było zaskoczenie, też nie jestem przekonany. Charczenko nie wyglądał mi na zaskoczonego. Sprawny biurokrata, ot i wszystko. Byli na pewno i mniej sprawni.

    Nie wiem, skąd pomysł haraczu. Czy Ty musisz płacić komuś haracz? Jeśli nie, to dlaczego miałby płacić zaufany człowiek kagiebistów?

  13. 13 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Pytałem o haracz z kilku powodów. Podam dwa.

    Niezależnie od kondycji gospodarki sowieckiej u progu lat 80/90 (obawiam się, że nikt nie jest w stanie przedstawić obiektywnego stanu rzeczy), można zakładać, że ogromna część przedsiębiorstw (produkcyjnych, usługowych etc.) była rentowna. Przekazanie ich w prywatne ręce (za bezcen) generowało ogromny ubytek dopływu gotówki. Ja wiem – głód jest bolszewickim lekarstwem na każdą dolegliwość, no ale z drugiej strony… forsa to forsa. Z jakiego powodu szastać nią na lewo/prawo, rozdając majątek jakimś dyrektorom?

    Chęć jak najsprawniejszego przejścia na „kapitalizm” niewiele wyjaśnia, na pewno nie objaśnia przekazywania fabryk za złamaną kopiejkę. A skoro nie ma logicznego wyjaśnienia (przynajmniej ja takiego nie znajduję), nasuwa się przypuszczenie, że zastosowano rozwiązanie nieoficjalne.

    To, rzecz jasna, tylko przypuszczenie. Brak twardych dowodów. Jedyne czym dysponuję, to relacje z drugiej/trzeciej ręki, jak wyglądały stosunki gospodarcze w Moskwie na poziomie raczej drobnego biznesu w latach 90. Według relacji z tamtego czasu, stosunki te były pod pełną kontrolą „niewidzialnej ręki”. Chciałeś prowadzić biznes (obojętnie jaki – nie chodzi o restauracje itp.) musiałeś uzyskać błogosławieństwo niejawnej instytucji (domyślam się, że szły za tym jakieś pieniądze). Chciałeś rozwinąć interes – to samo. Chciałeś wyeliminować konkurencję? I to było do załatwienia (należało zapłacić konkurencji godziwe odszkodowanie). Klasyka stosunków mafijnych – niby nic ciekawego. Interesująca wydaje się jedynie skala procederu (która według moich rozmówców dotyczyła wszystkiego).

    Nasuwa się pytanie – czy takie procedury dotyczyły tylko nowych „biznesmenów”? Czy także uwłaszczonej nomenklatury?

    Pytanie z rzędu drobnych, ale dotyczyć może bilionów dolarów.

  14. 14 michał

    Darek,

    Teraz już zupełnie Cię nie rozumiem. Podstawowym faktem, który ignoruje marksizm, fundamentalną konstatacją reformatorów z kgb, głównym założeniem Andropowa w dążeniu do wprowadzenia „kapitalizmu” i przeprowadzenia prowokacji „upadku komunizmu”, było przekonanie, uzasadnione tysiącami przykładów, że państwo nie może prowadzić żadnego przedsiębiorstwa zyskownie. Nigdy. W żadnym kraju na globie, to się nie udaje. W imię czego „można zakładać, że ogromna część przedsiębiorstw (produkcyjnych, usługowych etc.) była rentowna”?? Tak nigdy nie było. Nie było tak nawet w teorii. Nie było tak nawet w założeniu, a co dpiero w praktyce!

    To raz. Dwa, że nie można sprzedać fabryk za ich rynkową wartość – w kraju komunistycznym, ponieważ nikt nie ma pieniędzy, by je zakupić. Zatem prywatyzacja w takich warunkach musi być zawsze zdyskontowana. Warto jednak zauważyć, że prywatyzacje na Zachodzie, gdzie w końcu jest masa pieniędzy, są także zawsze poniżej rynkowej ceny, bo niby dlaczego rynek ma ratować państwo za pełną cenę? Pierwsza zasada (w powyższym akapicie) dyktuje, że państwo nigdy i nigdzie nie potrafi robić pieniędzy na przedsięwzięciach. Tylko Corbynisci są innego zdania. Nic więc dziwnego, że rynek domaga się dużego rabatu.

    Błogosławieństwo od instytucji na początku 90. lat, o którym mówisz na końcu, to jest chyba ciut inny problem. Tą instytucją nie musiało być koniecznie kgb, byli to raczej gangsterzy. Klasyczne wymuszanie, jak włoska mafia, jak gangi na Dalekim Wschodzie. To zachodziło wówczas nie tylko w sowietach, ale w prlu także. Nie mam, rzecz jasna, pojęcia, czy tak jest nadal. Sprawa się gmatwa jeszcze bardziej ze względu na bliskość mafoi i kgb.

    I tak to się kręci.

  15. 15 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Czy rzeczywiście państwo (komunistyczne) nie może prowadzić przedsięwzięcia z zyskiem? Czy mleczarnia produkująca masło i sery nie może na tym zarabiać tylko dlatego, że nie jest prowadzona przed kapitalistycznego wyzyskiwacza? Czy tak miał myśleć Andropow, rychtujący pierestrojkową prowokację? Czy ty przypadkiem nie ulegasz mitom o upadku gospodarczym sowietów?

    Cytuję klasyka, z pamięci, dlatego ciut niedokładnie: obowiązywała zasada, że przedsiębiorstwo, jego dyrekcja, może pozostawić w kasie tylko tyle pieniędzy (skąd pieniądze? – czy aby nie z zysku?), ile potrzebne jest na wypłaty. – Koniec cytatu.

    Ta reszta to co? Ideologiczny dochód czy rynkowa strata?

    Prywatyzacje na Zachodzie są poniżej rynkowej ceny? No patrz. A ja w nieświadomości myślałem, że rynkowa cena odpowiada realnej wartości.

    Powiadasz, że nikt pod sowietami nie miał pieniędzy, żeby kupować fabryki i inne przedsiębiorstwa. Dlatego wyzbywano się wszystkiego na gwałt, nie czekając aż pojawią się pierwsi kapitaliści? Rozumiem, że nie przejmowano się nędzą szarego obywatela, ale przecież nie samym tylko chlebem bolszewik żyje. Skąd pieniądze na knowania i zbrojenia? Z jakiego powodu robiono wszystko, żeby w kasie nie było ni kopiejki? Jest na to logiczne wytłumaczenie?

    Mafia czy kgb? Mafia nie jest zwykłą organizacją przestępczą. Aby ubiegać się o ten nobliwy tytuł organizacja musi legitymować się związkami ze światem polityki. Na Zachodzie mafia może kupować polityków i do pewnego stopnia kierować ich poczynaniami. Pod sowietami jest raczej na odwrót, czy nie? Zatem, jeśli mafia zarządzała podsowiecką gospodarką to nie bez stosownej opieki czekistów. Skoro zarabiała, to chyba dzieliła się, sprawiedliwie?

  16. 16 michał

    Darek,

    Bardzo mi przykro, ale państwo (w dowolnym odcieniu) nie może prowadzić przedsięwzięć z zyskiem. Gdyby mogło, to powinniśmy wszyscy żyć pod komunizmem. Tylko corbyniści są zdania, że może. I niestety, co jeszcze bardziej mi przykro powiedzieć, używają tych samych argumentów. Wszyskie alarmujące dzwonki powinny były zadzwonić, zanim napisałeś „kapitalistycznego wyzyskiwacza”. Kto to niby jest, ten kapitalistyczny wyzyskiwacz? Czy to jest człowiek, który zatrudnia pięciu, dziesięciu, a może 150 albo 15 tysięcy ludzi, i pęka ze strachu, żeby nie stracili pracy, bo co wtedy będzie? Czy to jest ten facet? Czy to jest jakiś mityczny wyzyskiwacz z Das Kapital?

    Czy ja ulegam mitom o upadku gospodarczym sowietów? Hmm… Mnie się wydaje, że nie ulegam mitom. Ani tym konkretnie, ani żadnym innym, ale chętnie zostanę nawrócony z błędnej drogi. W moim skromnym mniemaniu, sowiety upadły gospodarczo w listopadzie 1917 roku. Jeżeli to jest mit, to chętnie poddam się odmitologizowaniu. Czy „komunistyczne przedsiębiorstwa” (co jest klasycznym cotradictio in adiecto) były „rentowne”? Nie były. Czy mogły trwać w tym stanie? Ależ mogły!! Trwały od 1917 roku, więc niby dlaczego nie miałyby przetrwać dłużej??

    Rynkowa cena odpowiada realnej wartości??? Mówisz to poważnie, czy drwisz sobie ze mnie?? Rynkowa cena odpowiada wyłącznie – WYŁĄCZNIE! – temu, na co zgodzą się sprzedawca i nabywca. Na tym polega rynek. Jeżeli tzw. realna cena Twojej firmy jest x, ale nikt nie chce zapłacić x, to znaczy, że rynkowa cena jest x minus coś – tak działa rynek. To Lenin i Mao chcieli ustalić cenę i rozstrzelać spekulantów (i zrobili to). Rynek jest bezwzględny, jest obojętny, ale sprawiedliwy – na tym polega Niewidzialna Ręka Rynku. „Rynkowa cena odpowiada realnej wartości” – to już nie jest naiwność – niby od kiedy? Niby gdzie? Czy rynkowa cena Amazon odpowiada realnej wartości tej firmy? Ponad póltora biliona (polskiego biliona, czyli amerykańskiego tryliona) dolarów??? Poważnie??? Mowy nie ma. Więc skąd Ci się to nagle wzięło? Skąd takie kawałki? Realna cena konkretnego domu jest igrek, ale facet oferuje 110% igreka, a inny go przebija na 120% – jaka jest Twoim zdaniem realna wartość wówczas? Auto jest warte tysiąc, ale ja jestem gotów zapłacić dwa tysiące – jaka jest wówczas jego wartość, Twoim zdaniem??

    Reszty pytań nie rozumiem. Nie jestem zresztą do końca pewien, czy rozumiem pierwsze pytania, więc jeżeli trzeba będzie, to wlezę pod stół i odszczekam. Ale…

    Careful with that axe, Eugene…

  17. 17 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Mnie równie przykro, ale nie mogę się z Tobą zgodzić w żadnym punkcie.

    Państwo nie może prowadzić przedsięwzięć z zyskiem? Naprawdę? Słyszałeś o takim sowieckim przedsiębiorstwie jak Gazprom, albo peerelowskim KGHM? Czy te przedsiębiorstwa nie przynoszą zysku?

    „Kapitalistyczni wyzyskiwacze”? Hm. Czyżbyśmy doszli do punktu, w którym nawet prozaiczna ironia jest trudna do odczytania?

    Sowiety upadły gospodarczo w 1917? Można i tak. Można przyjąć, że sowiecka gospodarka to żadna gospodarka, ale tylko wówczas, jeżeli przyłożymy do nie kapitalistyczną miarę. Tylko po co? Cel jest jeden – zniszczenie kapitalizmu, dawnego świata – i temu służy każdy rodzaj aktywności. Można to zresztą z łatwością wyczytać z Twojego artykułu. Powiadasz – brakowało pieniędzy na emerytury, ale… na prowadzenie nasłuchu z Kuby już były. Na budowę iluś tam łodzi podwodnej po 10 mld sztuka też się znalazły. Nie z zysku, rzecz jasna – z deficytu.

    Rynkowa cena = realna wartość. Możesz sobie kupić sztabkę złota w cenie 5000 dolarów za uncję. Ale gdy ceny spadną na łeb, swoje ulokowane w złocie pieniądze możesz co najwyżej ze łzami pożegnać. Tak jest z każdym produktem.

  18. 18 michał

    Darek,

    Proszę o wybaczenie, ale przeczytałem raz jeszcze i ironii nadal nie dostrzegam. Sarkazm, owszem. Twoje słowa: „Prywatyzacje na Zachodzie są poniżej rynkowej ceny? No patrz. A ja w nieświadomości myślałem, że rynkowa cena odpowiada realnej wartości.” – ociekają sarkazmem, ale są nadal niesłuszne, jak próbowałem nieudolnie wykazać wczoraj. Jedna rzecz to suma pieniędzy potrzebna do postawienia domu, a inna za ile ktoś jest gotów ten dom kupić, z czego wynika jednoznacznie, że rynkowa cena nie odpowiada realnej wartości. Przykład ze złotem jest absurdalny. Możesz kupić dzisiaj złoto po rynkowej cenie, po czym z mozołem wykuć zeń pierścień i podarować go żonie. Tymczasem cena złota spadła, ale czy to znaczy, że wartość Twego podarunku spadła? Rynkowa cena NIE RÓWNA SIĘ realnej wartości.

    Nie, nie słyszałem o kghm, ani w ogóle nie znam prlowskich przedsiębiorstw, ale poszukałem, czego można się dowiedzieć o kghm. Zaledwie 31,79% akcji należy do prlowskiego państwa czyli prawie 70% to jest tzw. „free float”, co trudno nazwać państwową firmą. Gazprom ma bardziej skomplikowaną strukturę własności: 38% należy do sowieckiego państwa, ale udziały innych państwowych firm zapewniają im większość (50,23%). Jednak wiadomo powszechnie, jak niesprawny jest Gazprom.

    Aramco jest tu ciekawym przykładem. Była drzemiącym, państwowym gigantem przez lata, mało wydajnym, choć wystarczająco dla potrzeb królestwa. Z czasem jednak młodsi członkowie rodziny królewskiej zaczęli się interesować firmą i zaczęli ją przepoczwarzać w prywatny majątek rodzinny. Ale firmy naftowe w ogóle nie są dobrym przykładem, bo ich główne koszty związane są z eksploracją, a nie produkcją, więc to jest inna kalkulacja (produkcja jest na ogół tania, ale doprowadzenie do niej drogie). Łukoil, który jest prywatny, jest najlepszą i najsprawniejszą sowiecką firmą naftową, lepszą od Gazpromu i Rosnieftu razem wziętych.

    Gdyby państwo umiało prowadzić przedsiębiorstwa, to byłbym komunistą, ale nie umie, co jest jednym z powodów, dla których jestem antykomunistą, a co za tym idzie – antyetatystą. Jestem antyetatystą, ponieważ zaangażowanie państwa w życie społeczeństwa powinno być jak najbardziej ograniczone, na ile to jest tylko możliwe. Państwo nie powinno zajmować się służbą zdrowia, ani szkolnictwem, i z całą pewnością nie powinno brać udziału w gospodarce. Państwo nie musi prowadzić przedsiębiorstw sprawnie, ponieważ, w przeciwieństwie do prywatnego przedsiębiorcy, ma inny dochód w postaci podatków.

    Chcę jeszcze wrócić na chwilę do Twojej sarkastycznej uwagi o zyskach. Sam wiesz doskonale, że jeżeli mam firmę, która ma milionowy obrót, ale żeby go zarobić, muszę wydać 900 tysięcy, to nie ogłoszę przecież zysku 100 tysięcy, tylko zwiększę koszty, np. wypłacając sobie więcej i ogloszę, że nie zarobiłem ani grosza. Sowieckie firmy oddawały cały obrót państwu, a nie zysk, bo zysków nie było. Nikt nie patrzył na podatek, nikt w sowietach czy prlu nie wiedział, jakie płaci podatki… Rzeczywiście, zyskowne i rentowne komprzedsięwzięcia (to jest powiedziane sardonicznie).

  19. 19 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Tam można przerzucać się argumentami w nieskończoność. Twoim zdaniem realna wartość = sumie pieniędzy wydanych na inwestycje. Tyle, że to nie trzyma się, z wybaczeniem, kupy. Materiały potrzebne na budowę domu w hurtowni A będą kosztować 100 000, w hurtowni B 130 000. Jeden hydraulik weźmie za swoją pracę 1000 złotych, inny 3000. Dom możesz wybudować za 1 mln złotych, a identyczny postawić za 500 000. Koszt inwestycji nie przekłada się na realną wartość – o tej decyduje rynek.

    Duże, rentowne firmy państwowe są zasilane prywatnym kapitałem, ale tylko dlatego, że swoimi wynikami ekonomicznymi taki kapitał przyciągnęły. Upieranie się, że przez 100 lat cała sowiecka gospodarka jechała na deficycie trąci przesadą, najdelikatniej mówiąc. Z punktu efektywności nie może rzecz jasna rywalizować z przedsięwzięciami prywatnymi, ale to nie ma nic do rzeczy.

    Piszesz, że sowieckie firmy oddawały cały obrót państwu. Domyślam się, że to lapsus. Płaciły podatki. System podatkowy dla przedsiębiorstw i spółdzielni był bardzo skomplikowany, ale był. W peerelu płacono podatki od zysku oraz od obrotu. Różnie to wyglądało w różnych okresach – raczej nie warto zajmować się szczegółami.

    Przekazując te przedsiębiorstwa (w stanie fikcyjnego bankructwa) za bezcen w prywatne ręce sowieckie państwo świadomie odcinało się od dochodów z tytułu funkcjonowania tych firm. Postawiłbym pytanie: dlaczego tak robiły, gdzie haczyk? Ale takiego pytania nie zadam, bo spodziewam się Twojego uporu przy twierdzeniu, że żadnego wpływu z podatku nigdy nie odnotowano.

  20. 20 michał

    OK. Zostawmy to. Tobie się wydaje, że ja polemizuję z opinią, której nie wypowiedziałeś, po czym imputujesz mi wypowiedź precyzyjnie odwrotną do stanowiska przeze mnie reprezentowanego. To tak jakby grać w tenisa na dwóch różnych kortach. To nie jest możliwe.

    Jeżeli państwowa firma ma obroty 100, to ta sama firma oddana w ręce prywatne będzie miała 100 tysięcy i to jest lepsze dla państwa. Vide: Hayek, von Mises i Friedman.

  21. 21 Dariusz Rohnka

    Zostawmy, słusznie. Będzie okazja wrócić do istotnych kwestii później.

    Zgadzam się, że prywatne jest lepsze niż państwowe (tym bardziej sowieckie), ale w warunkach wolnej sowieckiej amerykanki (zabawnie to brzmi) początku lat 90. pewnie mało który sowiecki przedsiębiorca zechciał uiszczać jakiekolwiek podatki, więc… więc z punktu widzenia „państwa sowieckiego”, to ta transformacja własnościowa była czymś w rodzaju samookaleczenia.

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.