III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Dobrze się dzieje w państwie podziemnym, skoro uznaliśmy, że nic ważniejszego do czynienia nie mamy, jak tylko zgłębianie tajemnicy pewnego artykułu Józefa Mackiewicza, sprzed niemal stu lat. Gdy wokół sromota pomieszana z głupotą, że aż zęby bolą od wlewających się mimowolnie w uszy zgrzytów wszędobylskich absurdów, my wpatrujemy się w skromny, choć fascynujący, artefakt przeszłości.

Niby co lepszego robić? Zastanawiać się na definicją odwiecznej instytucji małżeństwa? Rozważać kwestię, wiele znaczy życie Murzyna, gdy przykazanie nakazuje kochać każdego bliźniego? Albo też pochylać się nad problemem, czy istota frymarcząca swoim ciałem ćwierć, albo i pół wieku temu, ma stosowny tytuł, aby domagać się zadośćuczynienia za swoją grzeszność? A może dociekać przyczyny, dla której zgraja ideologicznych sodomitów usiłuje zawłaszczyć tęczę, biblijny symbol Bożego miłosierdzia?

Łuk mój położę na obłokach i będzie znakiem przymierza między mną a między ziemią.

I wielomaż innymi, równie nonsensownymi kwestiami, podsuniętymi pod debatę światu przez sprytny bolszewizm? W żadnym razie. Z bolszewikami się nie dyskutuje, można do nich jedynie strzelać.

Póki co, posiedźmy przy artykule opatrzonym datą i miejscem: 24 stycznia [1926 roku], Kowno, i to mimo silnego przekonania (graniczącego z pewnością), że prawdy, związanej z tym zapisem, nigdy nie zgłębimy. Zapewne też nie uda nam się ustalić jednej wersji. No i, w gruncie rzeczy, po co? Każdy z nas czyta i czytać będzie Mackiewicza na swój własny sposób. W dodatku, najpewniej, za każdą kolejną lekturą tego samego tekstu, nieco inaczej.

Jeśli wierzyć gazetowym zapisom (założenie najdelikatniej mówiąc – ryzykowne, znając nieporządki panujące w redakcji „Słowa”), wciąż trudna do wyjaśnienia wydaje się niekonsekwencja związana z datami. Jak pisałem uprzednio, korespondencja z Kowna z 24 stycznia została wydrukowana dopiero 28 stycznia, gdy pierwsza korespondencja z Rygi, spisana 27 stycznia, trafiła do numeru z datą 29 stycznia. Daje to różnicę dwóch dni.

Jeden spośród tych dwóch dni możemy ze spokojem odhaczyć – 25 stycznia, w poniedziałek, „Słowo”, zgodnie z panującym ówcześnie zwyczajem, nie było drukowane. Wiele to jednak nie wyjaśnia. Mogło być jeszcze i tak, że we wtorek, 26 stycznia, najzwyczajniej nie znaleziono dla tekstu Mackiewicza miejsca na pierwszej stronie gazety (a tam powinien trafić). Możliwe. Tego akurat dnia, obok standardowych informacji agencyjnych (z kraju i ze świata) wydrukowano słowo wstępne wygłoszone w sobotę przez Jego Magnificencję Rektora Uniwersytetu Stefana Batorego, profesora Mariana Zdziechowskiego. Zdaje się dość oczywiste, że nie wypadało zwlekać z publikacją wystąpienia osoby tak wyjątkowej, w dodatku jednego z inicjatorów powstania samego dziennika. Dlaczegoś jednak powstrzymano się przed publikacją także w dniu następnym, 27. Skoro nie istniały przeszkody techniczne (z hipotezy Michała Bąkowskiego zdaje się wynikać, że tekst leżał sobie najspokojniej w redakcji, czekając kolejki), jaki tym razem mógłby być powód zwłoki? Wątłe wyjaśnienie znajdujemy na stronie drugiej tego numeru, w postaci tekstu „Przedwyborcze horoskopy w Kowieńszczyźnie”. Skoro zdecydowano się na jego publikację (możliwe, że został napisany wcześniej niż tekst Józefa Mackiewicza i zwyczajnie należało mu się pierwszeństwo), nie było sensu publikować na pierwszej stronie artykułu o podobnej tematyce. W tej sposób docieramy do właściwej daty publikacji, 28 i wszystko staje się proste i jasne. Voilà. Jest to wyjaśnienie naszego problemu, nazwijmy je – redakcyjnym.

No, tak. Ale mogłoby być też (i chyba powinno) całkiem inaczej. Józef Mackiewicz pisze swój „figlarny” tekst 24 stycznia (lub wcześniej), w tym zapewne dniu zapada wspólna, redakcyjna decyzja o jego publikacji wraz z bulwersującymi dodatkami, („Od specjalnego wysłannika ‚Słowa’”), „24 stycznia, Kowno”, a termin publikacji tej, niewątpliwie (wedle hipotezy Michała) medialnej bomby, na… który dzień chciano by wyznaczyć? Czy podekscytowana pomysłem „młoda” redakcja nie wybrałaby terminu najbliższego, 26 stycznia? Mnie się zdaje, że owszem, ale…

W przebiegłości swojej, redakcja „Słowa” mogła wykoncypować słusznie, że korespondencja napisana w Kownie 24 stycznia, w żaden sposób nie mogła dojść do redakcji przed mniej więcej godziną 10.00 wieczór następnego dnia, czyli w poniedziałek, a więc do tej pory dnia, gdy zapewne zamykano numer. Korzystano wówczas co prawda z korespondencji telefonicznych (w tym czasie z takiej formy korzystał Józef Mackiewicz, przesyłając korespondencję do redakcji warszawskiego „Kuriera Porannego”), można się jednak domyślać, że nie była to metoda najwygodniejsza, a korzystano z niej głównie w przypadku krótszych tekstów. Co więcej, nie istniała prawdopodobnie szansa na nadejście korespondencji pocztą w dniu następnym. Jak pamiętamy, granica była zamknięta, także dla komunikacji kolejowej, a więc i wagonu pocztowego. List zmuszony był podróżować poprzez Królewiec. Niby niedaleko, ale jednak.

Nakreślony powyżej, hipotetyczny przebieg zdarzeń, jest oczywiście bardzo prawdopodobny, ale nie dość przekonujący, żeby wykluczyć całkowicie Mackiewiczowski marsz przez zieloną granicę. Wiemy, że był to sposób praktykowany często, mimo bezwzględnej surowości litewskiej administracji. Wspomniany w tekście Michała „Czesio M.” (Czesław Miłosz) miał nieprzyjemność przemierzać w ten sposób pieszo zieloną granicę, rozdzielającą na dwie skłócone ze sobą części jedną ojczyznę. Miłosz miał wówczas, jak dobrze nie pamiętam, mniej więcej 10 lat i szczęście go opuściło. Został schwytany i przez wiele godzin trzymany pod kluczem, bodaj w chlewiku. Michał przekonuje, że w przypadku dziennikarza „Słowa”, notorycznie i bezwzględnie atakującego kowieńskie władze, konsekwencje pojmania mogły być bardzo poważne. Na pewno. Co „upiekło się” dziesięcioletniemu dziecku, dla dorosłego dziennikarza z wojskową (a może też polityczną) kartoteką, mogło zakończyć się oskarżeniem o szpiegostwo, dywersję, w konsekwencji – długoletnim więzieniem.

Z innej strony patrząc, ludzie lat dwudziestych dwudziestego wieku nie bali się dochodzić swego, gdy rozwiązania systemowe okazywały się wadliwe. Ponad prawo instytucjonalne przekładano prawo moralne. To stąd mama dziesięcioletniego Czesia zdecydowała się na nielegalne przekroczenie granicy. Prawo zabraniające dostępu do własnego domu, nakładane bez racjonalnego powodu, nie jest prawem (nawet prawem surowym), a jego odwrotnością. Gdy w 1939 roku Mackiewicz powziął zamiar powrotu do Wilna, cierpliwie czekał przy granicy na jej otwarcie. Ale już jego powieściowy alter ego nie zastanawiał się wiele, czy przekroczyć „nielegalnie” granicę, rozdzielającą litewską od białoruskiej sowieckie republiki. Powód był prosty – pojęcie instytucjonalnej legalności w systemie bolszewickim nie działa. Czy na podobnie motywowany krok mógł zdecydować się w styczniu 1926 roku? Litwa nie była państwem totalitarnym. Choć wiemy, że m. dostrzegał analogię pomiędzy wewnętrznym ustrojem kowieńskiej Litwy i „Bolszewii”:

Tu i tam panuje dyktatura partii. Tu i tam partia ta jest ciemna, niekulturalna, ślepa w swej nienawiści, dzika w czynach. Patriotyzmem Bolszewika jest nienawiść do „burżuja”, patriotyzmem Litwinów kowieńskich – jest nienawiść do Polaka.

Niezależnie od tego, czy korespondencja powstała w Wilnie, w Kownie, a może w Rydze, wynika z niej jasno, że koncepcja podróży poprzez zieloną granicę mogła mu wówczas po głowie spacerować. Był zdeterminowany, zdegustowany i oburzony poczynaniami kowieńskich polityków. Chciał wpływać na rozwój wydarzeń. Po upływie ledwie kilku tygodni, w lutym, przyczynił się wyjątkowo mocno do nagłośnienia pewnego incydentu granicznego (o czym za chwilę).

Michał pisze w którymś miejscu, że gdyby Mackiewicz istotnie przekroczył był granicę nielegalnie, w mniej lub bardziej dramatycznych okolicznościach, to z całą pewnością wyzyskałby to wspomnienie w swojej przyszłej twórczości. Poważny argument. Wiemy jak często wracał Mackiewicz pamięcią do przeszłości, z jak wielką pieczołowitością opisywał (niekiedy kilkukrotnie) dramatyczne zdarzenia z własnego życia. Jednocześnie wiemy także, że nie do wszystkich wypadków powracał, nie wszystkie wspomnienia przelewał na papier. Koronnym przykładem jest pewien incydent zaszły w grudniu 1939 roku na rogu ulicy Wileńskiej i zaułku Dobroczynnego w Wilnie, w barze „Louvre”.

To co zdarzyło się tam wówczas, stało się bezpośrednim impulsem do napisania całego niniejszego cyklu. Mackiewicz opisał to zdarzenie w książce. Rzecz w tym, że istniały zaledwie dwa jej egzemplarze, z czego jeden (wiemy to z relacji samego autora książki „Prawda w oczy nie kole”) został spalony, a drugi pozostał na zajętej przez bolszewików Litwie. W praktyce – książka przepadła. Wiedząc to, Mackiewicz nigdy nie wspomniał o niewątpliwie bardzo ciekawym incydencie ze swojej biografii – o próbie wywołania antysowieckiej irredenty. Nie znalazł okazji? A może nie chciał o tym pisać? Podobnie mogło być też (z niewiadomego dziś powodu) z mniemanym incydentem ze stycznia 1926 roku.

Michał Bąkowski pisze interesująco o tzw. „mowie materialnej”:

…podmiot wypowiada zdania nieprawdziwe z pełną świadomością, że one są nieprawdziwe, a pomimo to nie są one kłamstwem na mocy zewnętrznych okoliczności, gdyż wszyscy rozgarnięci słuchacze są także świadomi, iż słowa te nie są, i nie mogą być, prawdziwe.

Przyznam, że to mnie przekonuje. Mam też jednak pewne wątpliwości. Żeby wyjaśnić czego dotyczą, muszę powrócić do pewnego prasowego wydarzenia, opisanego przeze mnie w V części cyklu – fikcyjnego druku całego numeru gazety „Dzień Kowieński”. Fałszerstwa dopuścili się litewscy szowiniści. Wówczas, ledwie trzy miesiące przed styczniem 1926 roku, Józef Mackiewicz grzmiał oburzeniem, pisząc w tytule o „małpich sztuczkach karłów kowieńskich”. Tamta manipulacja prasowa zdała mu się być czynem niedopuszczalnym. Czy z tak poważnym stosunkiem do drukowanego słowa, jakie zaprezentował, można się było po nim spodziewać figla w postaci fikcyjnej korespondencji?

Można. Kowieńskie fałszerstwo było w oczach Mackiewicza procederem „instytucjonalnym”. Stały za nim skrajne instytucje o charakterze publicznym, mogące liczyć na realną pomoc ze strony państwa, także na bezkarność. Korespondencyjny żart Mackiewicza (jeżeli przyjąć tę hipotezę za trafną) był nieszkodliwym, a zabawnym pomysłem jednego autora lub redakcyjnego zespołu.

Powiedziawszy to wszystko, muszę przyznać, że i mnie hipoteza „żartu”, wykoncypowana ćwierć wieku temu przez Michała Bąkowskiego, wydaje się najbardziej prawdopodobna. Przekonujące zdają mi się jego argumenty, przedstawione w sugestywnym sytuacyjnym szkicu: Romera, wznoszącego oczy ku niebu, pękającego ze śmiech Kodzia, skrobiącego się po łysinie warszawskiego dziennikarza, kowieńskiego urzędasa oraz roześmianego Abramowicza. Zdaje mi się jedynie, że w ostatnim przypadku, emocjonalnej reakcji Abramowicza, uśmiechu nie było.

***

Gdy wiele miesięcy temu odnalazłem w „Przeglądzie Wileńskim” pierwszą wzmiankę Ludwika Abramowicza (wzmianka jest niepodpisana, dlatego autorstwo Abramowicza ma charakter hipotetyczny) na temat dziennikarza, podpisującego się w „Słowie” literką m., odkrycie wydało mi się rewelacyjne:

Czy państwo litewskie chyli się do upadku, to jeszcze wielkie pytanie, natomiast nie ulega wątpliwości, że jeżeli „Słowo” będzie zapełniało swe szpalty elukubracjami aroganckich błaznów, to szybko się stoczy do poziomu świstka brukowego i nie będzie mogło konkurować nawet z „Dziennikiem Wileńskim”.

Zafascynowany ekspresją tej wypowiedzi, pominąłem wątpliwość, która nasunęła mi się już w chwili dokonania „odkrycia”. Może poczułem się nieco jak sir Leonard Woolley, odkopujący pałac królewski w Ur? W każdym razie nie żałuję tamtego zaniechania, bo nie miałbym o czym pisać dzisiaj. Moja wątpliwość dotyczyła skali tego wybuchu. Czy to co napisał Mackiewicz w relacji z kowieńskich wyborów, było dostatecznie bulwersujące, żeby zasłużyć aż na epitet „aroganckiego błazna”, „aroganckiego” i specjalnie „błazna”? Notatkę poprzedzał cytat, najbardziej „gorszący” passus artykułu m.:

W poszukiwaniu lepszego jutra, naród litewski ważył się na wielki krok – na próbę. Wydaje się nam, że próba ta wypadnie również niefortunnie, nie tylko dla dawniej rządzącej chrześcijańskiej demokracji, ale i dla dzisiejszych „ludowców” i socjal demokratów i „tautininków” i „pażangi” i jak ich tam jeszcze nazywają, te wszystkie partie i twory i hasła panów Stulginskausów, Waldemarasów, Gałwanauskasów, Sidzikauskasów, Wilejszysów, tych wszystkich Europy powojennej nouveax riches’ów politycznych, którzy rozsiedli się w kowieńskim grodzie i ziemie litewskie wiodą do upadku!

Co w tych kilku zdaniach rozsierdziło Ludwika Abramowicza (trzymając się hipotezy, że to właśnie on nie podpisał krótkiej notatki na temat walorów publicystyki m.)? Czy tylko mnie się zdaje, że nie ma w nich nic szczególnie bulwersującego? Bywało, że m. pisał ostrzej i śmielej. Jako zaprzysięgły demokrata, który przyglądał się grzeszkom kowieńskich polityków mocno przymrużywszy oczy, mógł Abramowicz uznać wypowiedź m. co najwyżej za aroganckie obśmiewanie świętej instytucji demokratycznych wyborów, ale przecież i on musiał zdawać sobie sprawę z żulikowskiego oblicza kowieńskiego sejmowładztwa (bez wątpienia najsilniej wyróżniającej cechy każdej instytucji demokratycznej). Mógł być zatem m. od biedy „arogantem”, ale czy „błaznem”? Zagadka. Kolejna.

Czy możliwe, że epitet ten miał bezpośredni związek z mniemaną wizytą młodego Mackiewicza w Kownie? Czy nie należałoby poszperać jeszcze ciut więcej w starych gazetach? Kto wie, może gdzieś leży odpowiedź, spisana drobnym szarawym drukiem na pożółkłym papierze?

Niestety, stosownego zapisu nie ma w „Przeglądzie Wileńskim”. Nie można więc jednoznacznie określić, jak ustosunkował się Ludwik Abramowicz do przedmiotu naszych przyczynkarskich dociekań. I choć nie wydaje mi się niemożliwie, że termin „aroganckiego błazna” ugruntowany został na podstawie lektury styczniowej „korespondencji z Kowna”, dowodu nie ma. Wydaje się jednak mało prawdopodobne, aby Abramowicz przeoczył tę wypowiedź, w której znaleźć mógł sformułowania o wielkiej śmiałości:

Ta ciemna masa rozagitowanych, rozintrygowanych, rozjątrzonych, karierowiczów, szpiegów, groszorobów, analfabetów – półinteligentów. To zarówno chrześc.-demokraci, socjaldemokraci, to ludowcy i inni. Z tego ciemnego chaosu, brudnego, chamskiego tłumu, trochę… trochę wyróżniają się narodowcy.

Pozwolę sobie na następującą supozycję: jeśli Abramowicz czytał tę szczególną „korespondencję”, to z pewnością zapadła mu w pamięć. Dobrze spamiętał także widniejącą pod tekstem sygnaturę, a w jego wyczulonej na zniewagi pod adresem kowieńskiej demokracji głowie, wrzód gniewu począł proces wysklepiania.

m. nie dał o sobie zapomnieć. Już kilka tygodni później zajął się „rozdęciem” (jak sam o swoich poczynaniach pisał po latach) incydentu podgajskiego. Przesadzał. Nie wiemy jak bardzo – to wymagałoby odrębnych badań, pojażdżek do wileńskich archiwów i podobnie fascynujących przedsięwzięć. Wiemy, że narobił wiele szumu, a główny bohater incydentu po stronie polskiej, Wiktor Bibiłło, stał się bohaterem prasy popularnej. Przebieg incydentu wydał się Abramowiczowi podejrzany. A tak się złożyło, że m. był specjalnym wysłannikiem „Słowa”, relacjonującym szczegółowo wydarzenia z samej granicy. Już w tytule pisał o „bezczelnej prowokacji kowieńskiej wobec Polski”. Tej relacji Abramowicz nie mógł nie zauważyć. Irytacja narastała, wrzód pęczniał. W numerze 5 „Przeglądu” z 7 marca 1926 roku w kolejnej niepodpisanej notatce (której autorem mógł być Abramowicz, ale także każdy inny przedstawiciel redakcji) czytamy:

Incydent graniczny polsko-litewski w Podgajach przedstawia się niezwykle zagadkowo. Informacje polskie i litewskie są biegunowo ze sobą sprzeczne. Bardzo dużo daje do myślenia wybitnie ugodowa postawa władz polskich w zestawieniu z zaczepnym i wojowniczym tonem polskiej prasy wileńskiej. Cały szereg okoliczności, wymienianych w komunikatach prasowych wileńskich, jak np. gromadzenie od samego początku zajścia rzekomo znacznych sił zbrojnych litewskich na granicy i t. p. nie daje się logicznie wytłumaczyć na tle pokojowego przebiegu i zakończenia incydentu.

[…]

Na razie stwierdzić tylko możemy wyjątkową jednomyślność hallerczyków spod znaku „Dziennika Wileńskiego”, dowborczyków spod znaku „Słowa” oraz piłsudczyków z „Kuriera Wileńskiego”.

Militaryści wszystkich odcieni, łączcie się!

W następnym numerze „Przeglądu”, w stałej rubryce „Z mego notatnika”, sygnowanej Licz. (sygnatura Ludwika Abramowicza), nawiązując do tekstu cytowanego przeze mnie powyżej, Abramowicz odnosił się już bezpośrednio do stanowiska reprezentowanego przez „Słowo”:

Incydent graniczny polsko-litewski w Podgajach tak i pozostał niewyjaśniony, mimo że „Słowo” twierdzi, że jest mu on wystarczająco znany do najdrobniejszych szczegółów.

O ileż jest szczęśliwsze „Słowo” od „Przeglądu Wileńskiego”, któremu nie tylko nie są znane szczegóły, lecz nawet zasadnicza treść zatargu nie przedstawia się wyraźnie.

Bo jeżeli Litwini byli stroną zaczepną, to czemu prasa polska z takim triumfem ogłasza, że Liga Narodów odrzuciła żądanie rządu litewskiego rozpatrzenia całej tej sprawy? Była to przecież doskonała sposobność ujawnienia wobec całego świata cywilizowanego bandyckich, według określenia tegoż „Słowa”, metod postępowania rządu litewskiego.

Nie wymienia nikogo wprost. W dodatku Józef Mackiewicz, poza relacją z 23 lutego, nie opublikował w „Słowie” żadnego innego tekstu na temat incydentu podgajskiego, choć, w związku z incydentem, pisał liczne korespondencje dla prasy warszawskiej. Abramowicz pamiętał jednak zapewne dobrze spod czyjego pióra wyszła pierwsza reporterska relacja. W końcu, w czerwcu tego samego roku, dał upust emocjom, nazywając m. „aroganckim błaznem”.

Nie sposób dociec, w jaki sposób rozsierdzenie Abramowicza przyjął m. Czy wstrząsnęło nim czy rozbawiło? Czy była to sposobność do osobistego spotkania i wymiany poglądów na złożone kwestie litewskie. Wiemy, że poznali się dobrze, i nawet zdarzało im się wspólnie biesiadować. Z czasem Abramowicz z uznaniem począł traktować wypowiedzi m. Te zresztą ewoluowały; podobnie zmieniały się stosunki polityczne w Kownie, niekiedy dynamicznie. Zmieniało się także nastawienie Abramowicza do „Słowa”, w jakim stopniu za sprawą m., i tego także nie wiadomo.



Prześlij znajomemu

24 Komentarz(e/y) do “Co rozsierdziło Ludwika Abramowicza?”

  1. 1 michał

    Darek,

    Bardzo się cieszę, że Cię przekonałem, że kiedy ktoś mówi żartem, to nie kłamie. Już, już miałem wyciągnąć z zanadrza taką wypowiedź: „Podrzynasz wiewiórkom gardła, trzaskając w powietrzu obcasami?”, ale teraz zostawię ją w zanadrzu, niech sobie tam siedzi i czeka lepszych czasów.

    Interesują mnie w Twoim artykule dwie kwestie sporne. Po pierwsze, nie rozumiem dlaczego upierasz się, że „hipoteza żartu” jest warta dalszego drążenia, dlaczego podkreślasz jej niepewność, podbijając jednocześnie prawdopodobieństwo „hipotezy zielonej granicy”. Ich względne prawdopodobieństwo oceniałbym na 95 wobec 5 procent. Relatywne nieprawdopodobieństwo drugiej hipotezy jest głównym atutem pierwszej. By sfalsyfikować pierwszą, należałoby znaleźć DOWÓD drugiej, czyli dowód nielegalnego przejścia przez granicę, co jest niemożliwe.

    Dziwi mnie w tej sytuacji, że domagasz się tak „wysokiego progu dowodzenia”, gdy w tylu innych problemach nie oczekujemy ostatecznego, dokumentarnego dowodu, a satysfakcjonuje nas „balans prawdopodobieństwa” proporcjonalny do okoliczności. Nie śledzę wypadków w prlu, wybacz mi więc, jeżeli mój przykład okaże się nie na miejscu, ale czy są ostateczne dowody, że Popiełuszko został zamordowany za wiedzą i zgodą Kiszczaka? O ile wiem, nie ma, jednak hipoteza, że miało to miejsce bez jego wiedzy jest mało prawdopodobna. Mało tego, gdyby się nagle pojawiły „dokumenty” potwierdzające jego udział, to prawdopodobnie nie należałoby im ufać, jak większości bolszewickich dokumentów. Stosujemy tu więc zwykły zdrowy rozsądek. Inny przykład, tym razem z Twego artykułu: hipoteza, że niepodpisane artykuły były pióra Abramowicza wydaje się uzasadniona, więc używamy jej. Nie mówimy natychmiast: uuu, kolejna zagadka! Nie wiadomo, jak było! A może to był Cat, który anonimowo napadał na brata?… Hmmm, ot zagwozdka… Nie: racjonalnie przypisujesz je Abramowiczowi.

    Piszesz:

    „Czy nie należałoby poszperać jeszcze ciut więcej w starych gazetach? Kto wie, może gdzieś leży odpowiedź, spisana drobnym szarawym drukiem na pożółkłym papierze?”

    Zawsze warto szperać. Szukajcie, a znajdziecie. Pukajcie, a będzie wam otworzone. Ale teraz już niech inni szukają. Ja przebrnąłem zielone łąki pisarstwa Mackiewicza. Rozważałem, czy M. to Józef Mackiewicz, jak twierdzą znawcy – twierdzą błędnie – czy m. to Józef Mackiewicz? A może P. czy raczej G.? A Ali? Z.O.? J.K.? A czy gdzieś nie zadarł z Reszczyńskim? Donosy policyjne i wszystkie te kawałki Wojtackiego i Gzelli – dla każdego z tych punktów trzeba było szperać w starych gazetach, a dokładniej przeszukiwać od deski do deski. Myślę, że teraz kolej na innych szperaczy.

    Jeżeli szukasz prawdziwego znaku zapytania, to nie warto się zajmować fantomem wyjazdu do Kowna w styczniu 1926. Prawdziwą tajemnicą jest podpis J.K. Bardzo wiele, bardzo dobrych artykułów (zwłaszcza te na temat prześladowań Polaków na Łotwie) i reportaży jest prawdopodobnie pióra Józefa Mackiewicza, ale jednak coś jest nie tak w tym korpusie tekstów, coś tu nie gra. Rozstrzygnięcie autorstwa tych artykułów wydaje mi się o wiele ważniejsze i ciekawsze, niż „Kowno, 24 stycznia”. Tym powinni się zająć gorliwi badacze w przyszłości, bo już na pewno nie ja. (Choć z całą pewnością będę śledził takie badania i ustosunkuję się do ich wniosków.)

    Druga sprawa sporna jest poważniejsza. Nie mogę się zgodzić z Twoją oceną, że „ludzie lat dwudziestych dwudziestego wieku nie bali się dochodzić swego, gdy rozwiązania systemowe okazywały się wadliwe. Ponad prawo instytucjonalne przekładano prawo moralne. To stąd mama dziesięcioletniego Czesia zdecydowała się na nielegalne przekroczenie granicy. Prawo zabraniające dostępu do własnego domu, nakładane bez racjonalnego powodu, nie jest prawem (nawet prawem surowym), a jego odwrotnością.” W moim mniemaniu, mylisz się w tym względzie, i niech za przykład posłuży mi sam Mackiewicz.

    Podstawowym elementem krytyki rzeczywistości XX wieku było dla Mackiewicza podminowanie praworządności. Kiedy wspomina ze zgrozą, jak POW kazało małemu Pawełkowi ukraść, a on nie mógł, to pozwól sobie powiedzieć, zgroza wynikała nie z „przekładania prawa moralnego ponad pozytywne”. Zakaz kradzieży jest zakazem równie moralnym co prawnym. Kiedy w dworach „Lewej wolnej” ludzie pytają, czy to „ten sam Piłsudski, który napadał na pociągi?”, to mają na myśli łamanie prawa na pierwszym miejscu, bo napadanie na carskie pociągi było bandytyzmem nawet dla Polaków. Nie idealizujmy wszakże ówczesnych ludzi, ludzie są w końcu zawsze tacy sami. Nie sądzę, żeby w dworach polskich na Litwie debatowano „zgubny wpływ prawa na moralność”, raczej studiowano odmiany krów mlecznych lub trawy niż filozofię, raczej mówiono o Polsce skowanej niż o jurysprudencji, ale podstawowy szacunek dla prawa i praworządności był niewypowiedzianym kośćcem tradycyjnego społeczeństwa. Stąd tak znamienne oburzenie Mackiewicza na porwanie Eichmanna przez Mossad. Używając Twojej logiki, powinien był powiedzieć, że niewątpliwe moralne prawo Izraela do sądzenia Eichmanna przeważało prawne skrupuły.

    Mackiewicz – moim zdaniem, moim zdaniem… – gotów był złamać niegodne prawo i ponieść tego konsekwencje. Takie jest jedynie słuszne, klasycznie konserwatywne, praworządne stanowisko. Stanowisko staroświeckiej ludzkiej przyzwoitości.

  2. 2 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Pytasz, dlaczego zajmuję się „hipotezą zielonej granicy”, gdy prawdopodobieństwo jej słuszności nie jest nadto wielkie (20, 10, a może tylko 1%). Sądzę, że zagadka, która Cię dręczy tkwi w niezwykłości tego przypadku. Osobiście nie znam żadnego innego tekstu JM, innej korespondencji, gdzie deklarowane miejsce jej spisania nie miałoby nic wspólnego z rzeczywistością (hipotetycznie). Poza tym zdumiewający w dalszym ciągu wydaje mi się układ dat, sugerujący, że korespondencję spisaną w Kownie, Mackiewicz bądź to wysłał z opóźnieniem po przyjeździe do Rygi, bądź nadał ją z Kowna, aby podróżowała okrężną drogą. Dla mnie to najzwyczajniej ciekawe.

    Piszesz, że Mackiewicz gotów był złamać niegodne prawo i ponieść konsekwencję. Pełna zgoda. Stąd przecież narodziła się koncepcja złamania kowieńskich przepisów paszportowych i wyjazdu do Kowna wbrew zakazowi. Nie było to sprzeczne z zasadą praworządności. Przykłady, które podajesz, Pawła Jankowskiego oraz Piłsudskiego są bardzo interesujące.

    O kradzieży lornetki, której jako członek POW miał dokonać Jankowski, Mackiewicz nie pisał ze zgrozą, ale z ogromnym podziwem dla poczucia praworządności młodego człowieka, który „wstydził się” kraść. O ile mnie jednak pamięć nie zawodzi, nigdy i nigdzie nie potępił działań Piłsudskiego (nie tylko napadu na wagon pocztowy w Bezdanach, ale też działań konspiracyjnego POW), nie potępiał też na przykład powstania styczniowego, a nawet w hipotetycznej sytuacji wyobrażał sobie margrabiego Wielopolskiego z dwururką w rękach i konfederatką na głowie, zmierzającego do lasu.

  3. 3 michał

    Darek,

    Mackiewicz pisał ze zgrozą, że coś takiego kazano zrobić małemu chłopcu. Przepraszam, jeżeli nie wyraziłem się jasno, ale wydało mi się to oczywiste.

  4. 4 Dariusz Rohnka

    Michał,

    No tak, rozumiem. Paweł Jankowski, w chwili otrzymania tego rozkazu, miał zaledwie 11 lat. Strach pomyśleć co roiło się w głowach owych „dorosłych”, którzy mu to „zadanie” zlecili.

  5. 5 michał

    Darek,

    Doskonale. Przejdźmy do innych punktów. „Mackiewicz nie potępiał”, mówisz. Ale on generalnie nie miał tendencji do „potępiania”. Zajmował się polityką tu i teraz, widział koszmarne skutki relatywizmu zrodzonego w XIX wieku, ale interesował go wiek XX i praktyczne metody obalenia najgorszego zła jakie ziemia nosiła – bolszewizmu. Co jemu do „potępiania”? Jego nie interesowały oceny moralne, ale oceny ścisłe, czyli opis. Pragnął zastąpić interpretację informacją (mylił się chyba w tym punkcie, zważywszy nasz informatyczny chaos), histeryczną legendę historyczną prawdą, patriotyczną nieścisłość obiektywną ścisłością. Interesowała go pierwsza prawda ze wstępu do Kontry:

    „Kto zabił muchę, ten zabił. Kto zabił człowieka, ten zabił. Jest idealnie obojętna, bo idealnie obiektywna. Jest prawdą całkowitą, gdyż przyrodzoną.”

    Czyli prawda jedyna. Dlaczego miał więc „potępiać Bezdany”? Pozostał idealnie obojętny, opisując oburzenie ziemian, że „ten Piłsudski, który napadał na pociągi” nagle okazał się zbawcą narodu. Piłsudski napadł, a ziemianie byli zbulwersowani – to jest obiektywna prawda.

    Powrócę jeszcze na chwilę do 24 stycznia w Kownie (które naprawdę nie zdaje się warte tego zachodu). Mnie to doprawdy nie dręczy (odnoszę raczej wrażenie, że dręczy Ciebie, ale nie przerzucajmy się piłeczkami). Czy to jest jedyny przypadek, kiedy napisał, że był, gdy nie był? Może. I co z tego? Może korektor, zmylony timbrem artykułu, dał „Kowno”, bo tak mu się wydało? A może to żart z góry zaplanowany? A może czysty przypadek? Ale wyprawa przez zieloną granicę? Chyba nie.

    Przypuszczam, że zapytany o to po latach Mackiewicz, nie wiedziałby o czym mówimy. A czy ja wiem, co robiłem 24 stycznia 1986 roku? Czy Ty wiesz, co robiłeś? Zostawmy policjantom takie dochodzenia, a sami zajmijmy się istotą rzeczy.

  6. 6 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Pisząc o Mackiewiczu w kontekście Piłsudskiego i Bezdan interesuje mnie jego osobisty stosunek do tych zdarzeń historycznych, a przyznam że jestem w kropce. JM był oszczędny w formułowaniu ocen, szczególnie tych moralnych, do czego przekonywał (do wstrzemięźliwości w ich formułowaniu) na pierwszych kartach ZP. Dlatego mniej więcej wiemy, co miała do powiedzenia na temat Bezdan jedna z 33 wileńskich ciotek, ale jak to zdarzenie widział on – już nie. Czy był tylko (i aż) obojętny? Czy miał własny pogląd? A zatem, czy wedle jego pojęć na temat moralności, prawa, historiozofii, Bezdany były bandyckim napadem czy aktem zbrojnym, mającym dopomóc w organizacji kadr przyszłego wojska?

    Nie mam pojęcia, co robiłeś 24 stycznia 1986 roku, choć wolno się domyślać, że siedziałeś w bibliotece i studiowałeś wczesne teksty Mackiewicza. To Twoje zestawienie dat jest zabawne, choć nietrafne, ale i ja jestem zdania, że trzymając się konwencji żartu możemy temat zamknąć. Obaj wiemy, że nie chodzi o żadną datę, ale o zdarzenie… JM chciał w mocny sposób zwrócić uwagę na nienormalność sytuacji, przedzielenia granicą wspólnej ojczyzny. Niezależnie od tego, czy pisał korespondencję, siedząc w redakcji przy Mickiewicza 4, czy po męczącej przeprawie przez zieloną granicę, w Kownie, zapewne zrobił wrażenie na czytelnikach. Jakie? Któż to może wiedzieć?

  7. 7 michał

    Darek, słusznie, zostawmy więc Kowno, 24 stycznia. Ale Bezdany? Czy możemy mieć wątpliwości, co on o tym myślał?

  8. 8 triarius

    Z tęczą bardzo ładnie powiedziane, tylko obawiam się, iż takie tej sprawy widzenie przez katolików od początku było wyrazem naiwnej wielkoduszności, czy może wielkodusznej naiwności, i chęci uczynienia z tego, przez Boga stworzonego świata czegoś pięknego i dobrego.

    W rzeczywistości Jahve, plemienny bożek i chyba demon pustyni, zawarł sojusz wyłącznie ze swoim plemieniem i przeciw pozostałym ludziom. ST to fascynująca lektura, ale też cierń w boku i kamień u szyi Katolicyzmu. Sam wciąż jakoś tam uważam się za Trydenckiego Katolika, ale fakt, że żydowski ubek (agens in rebus) zwyciężył Marcjona, to raczej tragedia.

  9. 9 triarius

    Że uzupełnię… A symbol tęczy, zbyt subtelny dla tego plemienia (wtedy), co widać w ST na każdym kroku, z pewnością został podkradziony z jakichś mezopotamskich legend, jak tyle innych rzeczy (łącznie z pedofilnymi wyczynami Króla Dawida np.). Nie jestem jakiś wielkim antysemitą, ale ten ST naprawdę nie daje się od twóch tysiącleci katolikom strawić, bo i nie ma jak. Jest maksymalnie ignorowany, i dobrze, ale nagle jakaś tęcza i wraca.

  10. 10 Dariusz Rohnka

    Michał,

    A zatem, według Ciebie, miałby do powiedzenie mniej więcej to samo, co jedna z ciotek? Wykluczyć pewnie nie można. Żeby było zabawniej Piłsudskiemu przypisuje się parafrazę z Fredry, mianowicie: „…sztuka całkiem świeża trafić z Bezdan do Nieświeża”, jakby przyznawał, że jego czyn z 1908 roku wychodził nieco poza konwencjonalne zachowanie.

    Chciałbym nawiązać do jednego z ostatnich tekstów Józefa Mackiewicza, „Zbaczając nieco od tematu”, który stanowił odpowiedź na artykuł E. Oganiesjana „Czy terror może być sprawiedliwy?”. Dyskusja toczyła się na łamach wydawanego w Monachium „Gołosa Zarubieżja” w 1980 roku, a artykuł został przedrukowany w 24 tomie Dzieł Józefa Mackiewicza „Wielkie tabu i drobne fałszerstwa”, w wyśmienitym tłumaczeniu z rosyjskiego Niny Karsov.

    Istotą debaty było zagadnienie: „czy możliwy jest sprawiedliwy terror”, a więc kto wie, może poprzez odczytanie tego tekstu, uda nam się naświetlić stanowisko Mackiewicza w tej kontrowersyjnej kwestii. Pisał:

    … [autor] w swojej ocenie niewystarczająco podkreślił relatywizm. Albowiem terror jako działanie stanowi element walki – w złym czy dobrym celu. Kiedy w złym, a kiedy w dobrym? Otóż tu jest jest sedno kwestii, która nie może chyba być rozstrzygnięta przez współczesnych, bo ci dobro widzą w tym, w czym inni dopatrują się zła, i na odwrót. Dlatego ocena nigdy nie może być wyrażona jednogłośnie.

    Terror „sprawiedliwy”, albo „dozwolony” istnieje wyłącznie … według subiektywnych opinii walczących stron.

    Zależy to od zaistniałych w przyszłej praktyce życia okoliczności. Sięgnął po przykłady. Jako pierwszy był przykład Piłsudskiego w Bezdanach. Mackiewicz nie sprecyzował swojego zdania, opisując jedynie oceny innych: w 1908 roku – było to zdarzenie traktowane jako „jawny rozbój”, ale gdy Piłsudski został głową państwa, zaczęto je uważać za przejaw osobistego bohaterstwa. Mackiewicz pisał, że dokonano napadu w celu zasilenia kasy polskich socjalistów. Z formalnego (jeśli można tak powiedzieć) punktu widzenia słusznie, choć w rzeczywistości chodziło o inne przeznaczenie – o budowanie zalążków przyszłego wojska. Szczerze nie lubił tego człowieka. Dał temu wyraz przywołując kolejną, analogiczną niejako, postać – Józefa Stalina, który także parał się napadami i, podobnie jak to było w przypadku Piłsudskiego, nie musiał się obawiać, że jego dawne czyny spotkają się z negatywną oceną współczesnych.

    A wracając do relatywizacji terroru, pisał: „nie każdy cel uświęca środki”, i także:

    Nie, sąd współczesnych, którzy decydują o losach świata, to w tym przypadku, tj. w sprawie walki o uwolnienie narodów od koszmaru „détente” z terrorem komunistycznym, nie jest właściwym sądem. Jeżeli już mieć nadzieję na uniewinnienie w tym przypadku przez jakikolwiek sąd, to raczej przez Sąd Historii. On potrafi odsiać plewy „terroryzmu” od sprawiedliwej walki ze Złem. A walczyć ze Złem trzeba. I tu właśnie: za wszelką cenę: „I nożem, i mieczem, i karabinem”. Taki jest mój pogląd.

  11. 11 michał

    Jak zawsze, miło od Pana usłyszeć, Panie Triariusie.

    Nie wątpię, że Darek odpowie bardziej wyczerpująco i z większym znawstwem przedmiotu. Pozwolę sobie jednak zaprotestować z mojej żabiej i katolickiej perspektywy. Stary Testament daje się nam, katolikom, strawić, a jakże! Nie dość, że strawny, to duchowo pożywny. Wystarczy tylko uważnie czytać Ewangelię, i pamiętać, że Pan Jezus nie przyszedł zmienić prawa, ale je wypełnić. Pewien wielki nie-katolik określił to pięknie: prawo i Chrystus są jak szkic i budowla. Nie ma między nimi sprzeczności, ale nie są tym samym. Surowe prawo Starego Testamentu domaga się i żąda, a Ewangelia łagodnie prosi: kochaj bliźniego jak siebie samego (co w Pańskich oczach zapewne wyjdzie na „liberalny nonsens”). Prawo zostało nam dane – i jest nadal ważne – bo nie dorośliśmy do nakazu miłości bliźniego. Prawo wypełnia przepaść między ludzką naturą i Bożym Słowem.

    Nie przypominam sobie, by pośród mitów Sumeru było coś o tęczy jako znaku przymierza, ale może coś pominąłem. Natomiast co do plemiennego bożka, to YHWH – Jam Jest, który Jest, Jehowa, Jahwe – może i był plemiennym bożkiem, ale zapowiedział też, że wybrał sobie potomków Abrama, by stać się czymś więcej. I posłał swego Syna, tak jak zapowiedział, na Zbawienie nas wszystkich.

  12. 12 michał

    Darek,

    Terror może być usprawiedliwiony w oczach sprawców wyłącznie przez „słuszność sprawy”. Stalin i Piłsudski napadali na pociągi i banki, bo obaj byli przekonani o słuszności swych celów, których rzekomo bezdyskusyjna wartość uświęcać miała przedsiębrane środki.

    Jeżeli też jesteś tego zdania, że cel uświęca środki, to dawaaaj, napadaj na bank. Ale wiedząc to wszystko, co wiesz o Mackiewiczu, czy możesz przypuszczać, że obalenie caratu uznać mógł za słuszną sprawę?

  13. 13 triarius

    @ michał

    Wogóle to przepraszam za te wszystkie komęta na zupełnie poboczny temat! Jednak to właśnie w mitach Sumeru była ta tęcza, skoro cała historia Potopu to mit Sumeru, zresztą oparty na historycznych faktach, być może na przełamaniu się Gibraltaru i postaniem Morza Śródziemnego. To nie było wacale aż tak dawno, choć o wiele dawniej od Mojżesza i PRAWDZIWYCH początków plemienia Izraelitów.

    To było inne przymierze – po potopie właśnie z „ludźmi”, czyli tymi, kogo tam w Sumerze za „ludzi” uważano – ale w świadomości katolików to jest jakoś to samo, co przymierze Jahve z plemieniem Izraela a pustyni, a tam już wiele subtelności (tęcz chyba zresztą też) nie było, humanizmu i ekumenizmu takoż. Znam ST naprawdę nieźle, czytałem z wypiekami we wczesnej młodości, ale jako podręcznik praktycznej etyki to jest wyjątkowo wprost słabe, że to tak eufemistycznie wyrażę.

    Co do Abrahama… To był jakiś Beduin z czasów właśnie Sumeryjskich czy Babilońskich, którego sobie wyprowadzeni z Egiptu w czasie okresu katastrof, głodu, wojen i zarazy niewolnicy, włóczędzy i inni tacy, wybrali, a raczej im wybrano, za przodka. Izrael nie istniał przed Mojżeszem, Egipcjaninem zresztą, na co wskazuje choćby jego imię. („Mose” to „syn”. Jak „Tutmose”, „Syn Thota”. Zapewne syn świątynnej prostytutki i któregoś z bogów. Dla mnie to żaden wstyd zresztą, ale gość był naprawdę brutalniejszy i cwańszy od Lenina wraz z Timur Lenkiem.)

    Ewangielia to nie ST! Katolicyzm (ten zachodni) opiera się właśnie na Ewangielii, nieżle doprawionej (czego katolicy nie lubią przyznawać, nie dzisiaj) duchem różnych tam Wikingów. Bez Wikingów mamy co mamy, choć to można uznać za subiektywną opinię, zaś Katolicyzm za wprost kwitnący.

    Cudnie, że Pan się cieszy z mojej tu obecności! Serdecznie pozdrawiam i spróbuję teraz zgłębić, jak to było z tym artykułem w Głosie Ktosia!

  14. 14 michał

    Panie Triariusie,

    Nie rozumiem, za co Pan przeprasza. Nie ma to jak meandry i dygresje.

    Nie „jednak w mitach Sumeru”, ale po prostu. Babiloński Utnapisztim czy sumeryjski Ziusudra są po prostu protoplastami Noego. To wiadomo. Wyraziłem tylko niepewność, czy tęcza jako znak przymierza występuje w tych sumeryjskich opowieściach. Ale to można zwyczajnie sprawdzić. Zajrzałem więc do Gilgamesza i do Kramera i nie widzę tam ani słowa o tęczy.

    Cieszę się, że nie widzi Pan ani humanizmu, ani ekumenizmu, bo i jedno i drugie są jednoznacznie bezbożne. Martwi mnie natomiast, jeżeli czytywał Pan Stary Testament w poszukiwaniu „podręcznika do etyki”, choć trudno w tym wypadku powstrzymać się od uśmiechu.

    Pan trzyma się świeckiej wykładni Biblii, a ja Objawionej. Jeżeli Stary i Nowy Testament zawierają natchnione Słowo Boże, to oczywiście trzeba je czytać inaczej, niż wówczas gdy widzi się w nich historię ciemnych pastuchów. Dyskusja między tymi wykładniami jest stara jak świat, ale do tej starej dyskusji nie należą chyba wykrzykniki w rodzaju „Ewangielia to nie ST!” Nie? Poważnie? Równie dobrze mógłby Pan wykrzyknąć, że dzień to nie jest noc, a Humbaba to nie Herakles. No, ale skoro Pan „zna ST naprawdę nieźle”, to może i dostrzeże Pan oczywistość. Tak jak światło nadaje sens cieniowi, tak Dobra Nowina nadaje sens Staremu Testamentowi.

    Odwzajemniam serdeczności.

  15. 15 Dariusz Rohnka

    Panie Triariusie,

    Miło słyszeć, że zwrócił Pana uwagę fragment o tęczy. Mnie się zdaje, że dbałość o zachowanie pierwotnego sensu słów jest istotna, dlatego o tym wspomniałem. Bolszewicy i ich pociotki celują w wywracaniu znaczeń słów – absolutnie nie można się na to godzić.

    To znana sprawa, że nie jest z pana „jakiś wielki antysemita”, ponieważ kilka razy już Pan o tym wspomniał. Czy jest Pan absolutnie pewien tego swojego przekonania?

    Czy tęcza występowała w sumeryjskich eposach to trudno jednoznacznie stwierdzić. O ile mnie pamięć nie myli, najpopularniejsza wersja opowieści o potopie, z Gilgamesza, nie jest wersją najpełniejszą. Wiadomo, że istniał epos opowiadający wyłącznie o potopie, ale zachowały się tylko fragmenty, nie więcej niż 1/3, 1/4 tekstu. Można dotrzeć do transkrypcji tych tabliczek na ang. – to ciekawe, więc być może w wolnej chwili zajrzę (ale nie obiecuję).

  16. 16 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Sądziłem, że problem dotyczy Piłsudskiego, nie Stalina. To dla tego drugiego celem było obalenie caratu i ciut więcej. Ten pierwszy myślał o restytucji Rzeczpospolitej, dlatego pytanie o stosunek do tego czynu Józefa Mackiewicza wydaje mi się zasadny.

  17. 17 michał

    Darek,

    Problem dotyczy chyba większej ilości ludzi, nie tylko Piłsudskiego. Mówimy o możliwym stosunku Mackiewicza do bandyckiej napaści Piłsudskiego na pociąg w Bezdanach. Skoro nie wypowiedział się bezpośrednio, to należy ekstrapolować. I tego dokładnie dokonałeś w komentarzu 23 września 2021 o 8:25. Słusznie postąpiłeś. Dlaczego zatem stawiasz wątpliwość powyżej? Sam porównujesz Piłsudskiego do:

    „Stalina, który także parał się napadami i, podobnie jak to było w przypadku Piłsudskiego, nie musiał się obawiać, że jego dawne czyny spotkają się z negatywną oceną współczesnych.”

    Znowu, słusznie. Dlaczego zatem mnie nie wolno rozciągnąć pytania?

    Piłsudski myślał o restytucji polskiej Rzeczpospolitej ludowej, o pardon, socjalistycznej, a Stalin myślał o wprowadzeniu w Rosji sowieckiej riespubliki socjalistycznej. Na czym dokładnie polegać miała różnica? Obiektywnie, bo subiektywnie, obaj byli przekonani o słuszności swej sprawy – i to jest niemal dosłownie, co powiedziałem powyżej.

  18. 18 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Nie wydaje mi się, żeby stosunek Mackiewicza do terroryzmu można było zamknąć w jednej, bezapelacyjnej frazie, jak twierdzisz. Dystansował się od działań terrorystycznych, pisał że „nie każdy cel uświęca środki”, ale też nigdy nie poddał działań Piłsudskiego jednoznacznej ocenie moralnej. Innego terrorystę z tamtych czasów, Sawinkowa, uznawał za jedną z najbardziej fascynujących postaci historycznych początku XX wieku. Czy dlatego, że Sawinkow był także wielkim antybolszewikiem, a jak pisał Mackiewicz, należy oddzielić plewy terroryzmu od ziarna walki ze złem?

    Wynikałoby z tego, że gdyby Piłsudski zachował przyzwoitość wobec toczących się wypadków dziejowych u progu trzeciej dekady XX wieku, np. wywiązał się z obietnic federacyjnych, traktatowych, albo dawanych Sawinkowowi, wówczas stosunek Mackiewicza do całej biografii politycznej Piłsudskiego mógłby być inny. Czy tak?

    Wiem, że to kwestia, której nie należy umieszczać w tym samym porządku spraw, ale w gruncie rzeczy Mackiewicz żywił w pewnym sensie szacunek dla terrorystów tamtych czasów, dlatego pytał Romana Gula – gdzie są dziś ludzie tacy jak oni.

  19. 19 michał

    Osłupiałem, przeczytawszy powyższy komentarz Darka. Na szczęście, Święty Michał Archanioł, wspomógł mnie w walce i przebudził z groźnego stanu osłupienia po paru dniach. Zamykać sprawy „w jednej, bezapelacyjnej frazie” nie leży w moich zwyczajach. Mimo to, tak uważny czytelnik jak Darek Rohnka, utrzymuje, że tak właśnie „twierdzę” w kwestii stosunku Mackiewicza do terroryzmu. W takim razie posypuję głowę popiołem i wdziewam pokutny wór, bo przecież nie mógł Darek powiedzieć czegoś takiego bez podstaw.

    Szukam więc tej bezapelacyjnej frazy, tych stanowczych twierdzeń. Może to: „wiedząc to wszystko, co wiesz o Mackiewiczu, czy możesz przypuszczać, że obalenie caratu uznać mógł za słuszną sprawę?” Tylko, że to jest pytanie, a nie twierdzenie. Pytanie retoryczne, to prawda, ale też znając Mackiewicza na wylot, jak go zna Darek, trudno przypuszczać, żeby się z treścią tego pytania nie zgadzał. Kolejne pytanie, które mogło poruszyć Darka – „Bezdany? Czy możemy mieć wątpliwości, co on o tym myślał?” – znowu odległe jest od bezapelacyjności, od formy jednej, jedynej frazy. Forma pytania sprzyja bowiem wątpliwościom: czy możemy je mieć? Jeśli tak, to należy je wyłuszczyć.

    W innym komentarzu napisałem: „Dlaczego miał więc „potępiać Bezdany”? Pozostał idealnie obojętny, opisując oburzenie ziemian, że „ten Piłsudski, który napadał na pociągi” nagle okazał się zbawcą narodu. Piłsudski napadł, a ziemianie byli zbulwersowani – to jest obiektywna prawda.” Nie widzę tu żadnej bezapelacyjności, żadnych kategorycznych twierdzeń.

    Może więc dotknęło Darka podsumowujące zdanie mego pierwszego komentarza:

    „Mackiewicz – moim zdaniem, moim zdaniem… – gotów był złamać niegodne prawo i ponieść tego konsekwencje. Takie jest jedynie słuszne, klasycznie konserwatywne, praworządne stanowisko. Stanowisko staroświeckiej ludzkiej przyzwoitości.”

    Mogę tylko przeprosić, jeżeli niechcący zabrzmiałem „bezapelacyjnie”, ale ile razy więcej mam podkreślać, że wypowiadam tylko swoją opinię? Czy rzeczywiście zasługuje ona na tak twarde potępienie za rzekome „zamykanie w jednej, bezapelacyjnej frazie”? Moje opinie nigdy nie są bezapelacyjne, ponieważ ZAWSZE podlegają dyskusji.

    Mamy tu do czynienia z dwoma osobnymi problemami. Jednym jest stosunek Mackiewicza do terroryzmu w ogóle, do użycia terroru dla osiągnięcia politycznych celów. A drugim, punkt wyjścia tej dyskusji, tj. konkretny przypadek politycznego bandytyzmu w wykonaniu bojówki Piłsudskiego pod Bezdanami. W tej drugiej kwestii, podtrzymuję swoje zdanie, że Mackiewicz nie musiał expressis verbis potępiać bandyckiego napadu na pociąg, bo wystarczyło mu wyrazić swój niesmak.

    Pierwsza kwestia jest o wiele ciekawsza. Mackiewicz wyrażał niejednokrotnie fascynację dla osobowości terrorystów XIX wieku, dla samych aktów indywidualnego terroru, choć nigdy nie popierał ich celów. Być może najlepszym tego przykładem jest felieton pt. „Luigi Luccheni, anarchista”. Felieton opisuje głośne zabójstwo cesarzowej Elżbiety, żony cesarza Franciszka Józefa. W tak typowy dla siebie sposób, Mackiewicz nie wygraża i nie pomstuje na mordercę, opisuje beznamiętnie i szczegółowo, ciekawą sprawę mordu cesarzowej, koronowanej głowy wielkiego państwa, która szła sobie po prostu bulwarem, bez żadnej obstawy (co byłoby dziś nie do pomyślenia dla piłkarza drugiej ligi), gdy zakłuł ją szydłem posępny anarchista. Mackiewicz nie potępia, a jednak czytelnik nie może chyba mieć wątpliwości, gdzie leży sympatia autora.

    Pozwolę sobie wszakże zacytować fragment nie jego pióra, dla wskazania na domniemaną pozycję Mackiewicza w tej kwestii. Barbara Toporska tak pisała o klasycznym rosyjskim terroryście, Iwanie Kaliajewie:

    „Kaliajew, któremu „terror ciążył jak krzyż”, należał do wspomnianych już przeze mnie eserów. Pierwszy zamach Kaliajewa na Wielkiego Księcia Sergiusza nie doszedł do skutku: w karecie były dzieci. Po drugim – Kaliajew nie ucieka. Terror jest koniecznością – wierzy – ale konieczność nie jest moralnością. Więc śmierć za śmierć. Sąd, wyrok śmierci. I tu wchodzi na scenę, raczej do celi skazańca, druga bohaterka tej samej tragedii: Wielka Księżna Elżbieta. Bomba Kaliajewa zabiła jej męża na jej oczach. I oto ona sama zjawia się w więzieniu, aby nakłonić zabójcę swego męża do podpisania prośby o ułaskawienie. Chodzi o formalność, ma zapewnienie cara, że petycja będzie przyjęta. Kaliajew odmawia podpisu. Prosi ją jednak, ją, Elżbietę, o jej osobiste przebaczenie, które otrzymuje. – Działo się to w r. 1905.”

    W kilkanaście lat później, Wielka Księżna Elżbieta, już jako mniszka prawosławna, została zamordowana przez bolszewików. Pobitą wrzucono do zalanego szybu. Dochodzące z czeluści śpiewy męczenników, próbowali bolszewicy zagłuszyć rzucając do kopalni naręcze granatów…

    Oboje Mackiewiczowie żywili szacunek dla człowieczeństwa, dla wielkich dusz, bo gardzili małością. Kaliajew i jego wódz, Sawinkow, byli wielkimi ludźmi, mimo że mieli straszne zbrodnie na sumieniu; podobną wielkość wykazały obie Elżbiety. U Luccheniego natomiast, widzę wyłącznie oznaki małej podłości. Mogę tylko mieć nadzieję, że nie wypowiedziałem się bezapelacyjnie i nie zamknąłem sprawy we frazesy.

  20. 20 Dariusz Rohnka

    Michał,

    „Czy możemy mieć wątpliwości, co on o tym myślał?”

    Cóż to jest wedle Ciebie, jeśli nie „bezapelacyjna fraza”? Pytanie? A może jednak pytanie retoryczne, nie pozostawiającego marginesu swobody osobnikowi odpytywanemu? I przy czym tu „frazesy”? Czyżby ze względu na werbalne podobieństwo z „frazą”? Byłoby mi szalenie przykro, gdybym rzeczywiście swoim niewinnym komentarzem wprawił Cię w uporczywy, długotrwały stupor, ale przecie wiem, że to tylko forma, czysta forma z jednej, pociąg do εριστικόςu z drugiej. Bywałem dawniej zbulwersowany, dziś już nie. Może powinienem zajrzeć ponownie do ciekawego dziełka Schopenhauera, traktującego o tej sztuce, ale tego nie uczynię. Nie pociąga mnie owa w najmniejszej mierze. Poza tym, przywykam…

    Czy Piłsudski bandytą był w Bezdanach wedle poglądu ziemian, nieodmiennie wydaje mi się dyskusyjne. Meysztowicz w Nieświeżu, w 1926 roku, zapewniał dyktatora/kunktatora, że a jakże!, całe ówczesne ziemiaństwo wiedziało dobrze, że to nie żaden napad, a czyn niepodległościowy. Bezczelnie kłamał. Z pewnością nie był to pogląd całego ziemiaństwa, całej szlachty, w swojej masie utemperowanej konsekwencjami powstania styczniowego, która bała się powtórnej lekcji historii, poza tym – najzwyczajniej w świecie zasiedziałej w carskim status quo (a więc w okolicznościach, w których można było prowadzić nie tylko spokojny, ale i wygodny żywot). W 1908 roku, w prasie codziennej, pisano o „Socjalistycznym ‚wywłaszczeniu’” oraz o „rabusiach”… i taką narrację przyjmowano powszechnie za najbardziej trafną. Tyle że panie Anisia czy Alicja (nie pomnę, która wypowiadała stosowną uwagę na temat Piłsudskiego, co to napadał na pociągi), w chwili jej artykulacji, żadna z nich nie mogła mieć w pamięci krótkiej wzmianki na temat incydentu bezdańskiego z 1908. To anegdota, wtrącona z jakiegoś powodu do narracji przez JM.

    Już w 1914 roku, w chwili powoływania NKN (a więc ledwie 6 lat po akcji), sposób postrzegania JP, także przez środowiska konserwatywne, był diametralnie inny. Nikt nie nawiązywał do narracji bandyckiego napadu. Podobnie było w latach wojny, bolszewickiego przewrotu etc. Uznawano, że był to akt inicjujący działania niepodległościowe. Nie bez przyczyny w pierwszych numerach „Słowa” (na inaugurację rubryki Wolna Trybuna) pojawiło się wezwanie do posadzenia Piłsudskiego, nie w więzieniu, a na monarszym tronie. Józef Mackiewicz z pewnością nie podzielał entuzjastycznych ocen oraz nadziei wiązanych z Piłsudskim. Nadal jednak nie widzę przesłanek, które pozwalałyby jednoznacznie określać jego stosunek do incydentu w Bezdanach.

    Dla ojczyzny nie kradło się lornetki, ale to co dla jedenastolatka popadało pod jednoznaczną ocenę moralną, dla 16-letniego ułana okazywało się bardziej złożone. Podwodów nie organizowano dobrym słowem, a nieporadne próby obrony własnego dobra pacyfikowano – bywało – nahajem. Działo się tak nie dlatego, że czasy się zmieniały (co bezsprzeczne), ale ponieważ takie bywa prawo wojny.

  21. 21 michał

    Uff, ależ mi się oberwało. Nie wiem wprawdzie, co znaczy εριστικόςu, ale moja greka zawsze była podła. Czy chodzi o zarzut kłótliwości? Ale wówczas byłbym εριστικός. Tak czy owak, ερυστικα czyli po polsku erystyka, jest na rzeczy. Jednak wbrew Schpenhauerowi, erystyka nie jest sztuką prowadzenia sporów, erystyka jest sztuką wygrywania w sporze, niezależnie od obiektywnej słuszności. W oczach starożytnych Greków, erystyka nie była nigdy nauką godną, nawet gdy zajmowali się nią wielcy filozofowie z Megary. Nic dziwnego, w końcu słowo pochodzi od Eris, bogini niezgody, zmagań i przeciągłych niesnasek. To ona wywołała wojnę trojańską swym Jabłkiem Niezgody. Eryda była dzieckiem Nocy i Ereba, a jej rodzeństwem były m. in. Mord, Udręka, Nędza i Starość, że nie wspomnę o Śmierci. Rzymskim odpowiednikiem Erydy jest Discordia. Widać więc, że postawiono mi tu bolesny zarzut, bo w moich oczach erystyka jest zdradą i zaprzaństwem. Jest podejmowaniem dyskusji w celach sprzecznych z naturalnym kresem każdej wymiany poglądów, tj. z dążeniem do prawdy.

    Zanim jednak powrócę do meritum, muszę zająć się drobiazgami, które doprowadzą nas zamaszystym kołem do bogini Niezgody. Otóż w moim mniemaniu, pytanie retoryczne z definicji nie może mieć formy bezapelacyjnej. Czy można mieć wątpliwości? – jest formą wypowiedzenia wątpliwości. W konkretnej sytuacji, w jakiej użyłem sformułowania, wydaje mi się, że nie można mieć wątpliwości, ale dopuszczam możliwość, że takie wątpliwości istnieją i jeśli się pojawią, to wówczas z chęcią je rozważę. Darek nie przedstawił żadnych powodów, by mieć wątpliwości, a ja mimo ich braku, nadal takie wątpliwości dopuszczam, choć sam nie widzę dla nich powodu. Jeżeli to jest z mojej strony bezapelacyjne sformułowanie, to mogę tylko przeprosić, że nie widzę w nim bezapelacyjnego.

    Pozostaje wszakże możliwość, że różnie rozumiemy, co ma oznaczać ta bezapelacyjność. Bo oto spójrzmy na wywody Darka: Czy Meysztowicz bezczelnie kłamał w Nieświeżu, wydaje mi się akurat dyskusyjne, natomiast poza dyskusją wydaje mi się, że forma wyrażenia wybrana przez Darka jest właśnie… bezapelacyjna. Ja natomiast nie powiedziałem niczego, nawet w przybliżeniu, równie wyjętego spod wszelkiej apelacji. Co rzekłszy, bezapelacyjna forma stwierdzenia Darkowego, w niczym mnie nie dotyka.

    Nie będę się wdawał w rzeczową dyskusję historiozofii Darka. Żaden z argumentów na temat Piłsudskiego i ziemiaństwa mnie nie przekonywa, podobnie jak porównanie kradzieży lornetki z furażowaniem ułanów, ale kluczowym wydaje mi się, że cokolwiek powiem, wzięte będzie za erystykę, a zatem za próbę „wygrania” sporu bez względu na prawdę. I tak wracamy do głównego problemu.

    Ze smutkiem wyznaję, że zarzucenie mi erystycznych ciągot, jest równie poważne, co dotkliwe i przykre. Nie mam żadnego sposobu, żeby przekonać mego przyjaciela i wieloletniego towarzysza podziemnej niedoli, że interesuje mnie właśnie prawda, a nie zwycięstwo w sporze. Jeżeli sam tego nie dostrzegł w ciągu kilkudziesięciu lat znajomości, to moja deklaracja nic tu nie pomoże. Wykładałem tu swój osobisty stosunek do wartości dyskusji wielokrotnie; sprowadza się on do przekonania, że debata jest nerwem i krwioobiegiem życia intelektualnego, a najwyższym jej szczytem, najrozkoszniejszym punktem, jest moment, gdy ktoś wykaże mi, że nie mam racji. Jestem wówczas dozgonnie wdzięczny memu oponentowi, bo niniejszym przestałem się mylić. Mniemam bezczelnie, zapewne bezzasadnie, ale na pewno nie bezapelacyjnie, że to jest przeciwieństwo erystyki. Co jednak począć, jeżeli nie mogę o tym przekonać mego przyjaciela?

  22. 22 Sonia

    Stosunek Mackiewicza do terroryzmu najlepiej chyba ilustruje scena spotkania konspiratorow w Drodze donikad, gdy dyskutuja o zabojcy arcyksiecia Ferdynanda w Sarajewie. Moim zdaniem, Mackiewicz terroryzm popieral, pod warunkiem, oczywiscie, ze byl skierowany przeciwko komunizmowi.

  23. 23 Dariusz Rohnka

    To istotnie bardzo ciekawy fragment, może jeden z najistotniejszych w całej twórczości Mackiewicza. Nie wydaje mi się jednak, żeby na jego podstawie można było wysnuć wniosek, że JM popierał działania o charakterze terrorystycznym. W jego optyce strzelanie do bolszewików to nie żaden terror, ale walka ze złem. Taka walka nie nastręcza dylematów moralnych.

    Jest w tym fragmencie mowa o „panu Principie”, za którego sprawą (w bardzo dużym skrócie i uproszczeniu) doszło do wybuchu wielkiej wojny. Nie ma w tym fragmencie cienia poszlaki, czy ktokolwiek z obecnych (bohaterowie powieści, narrator, autor) potępia czy usprawiedliwia terroryzm. Więc znów, JM nie daje podpowiedzi, czy jego zdaniem czyn terrorystyczny może być, pod pewnymi warunkami, moralnie słuszny czy też nie. Princip pojawia się w tej narracji ponieważ uosabia wielką przemianę dokonaną za sprawą pojedynczego człowieka.

  24. 24 michał

    Droga Soniu,

    Józef Mackiewicz nie był filozofem ani teoretykiem, był powieściopisarzem i politycznym publicystą, który pragnął praktycznego obalenia komunizmu. Każdy sposób zbliżający do tego w praktyce, byłby mu bliski. Ale w praktyce nie można obalić komunizmu przy pomocy akcji terrorystycznej i Mackiewicz zdawał sobie z tego sprawę (moim zdaniem, tylko moim zdaniem).

    Zważywszy, że filozofia go nie interesowała, jest tu dość ironiczna zbieżność z klasyczną postawą Akwinaty w wielowiekowym sporze o prawo do zabójstwa tyrana. Św. Tomasz sformułował zasadę, że godzi się zabić tyrana, ale tylko wówczas, gdy zabójstwo nie sprowadzi jeszcze gorszej tyranii. (Nb. to jest dokładnie argument używany przez krytyków inwazji Iraku w 2003, choć byliby zapewne zgorszeni, dowiedziawszy się, kto zbudował teoretyczne podstawy tej, skądinąd nieuzasadnionej krytyki.) Mackiewicz był zatem zwolennikiem tyranocydii tylko wówczas, gdy ucięcie głowy bolszewickiej hydrze mogło zniszczyć całą kruchą budowlę, tj. np. podczas wojny domowej lub podczas II wojny. Taki jest chyba sens tego, co mówi Zakrzewski w Pralni. Widzę właśnie, że Darek napisał powyżej coś podobnego (chyba! tak mi się zdaje!).

    Jest jeszcze inny przykład takiego podejścia: Sidney Reilly, o którym wiemy, że go Mackiewicz wysoko cenił. Reilly chciał porwać Lenina i Trockiego, po czym puścić ich bez gaci ulicami Moskwy.

    Dodam jeszcze, że używamy chyba słowa „terroryzm” ciut niefrasobliwie. Należy tu jednak rozróżnić między terrorem państwowym (np. bolszewickim, choć nie uważam bolszewickich tworów za państwa), terrorem indywidualnym (jego klasyczną reprezentacją są rosyjscy terroryści) oraz terroryzmem współczesnym (IRA, al-Quaeda, Isis itp. swołocz), który nie zważa na ofiary, byle tylko zabijać, w celu wywarcia presji na organizm państwowy lub instytucję, która nie potrafi sobie poradzić z przypadkowymi ofiarami. Ciekawie o tym ostatnim pisał Calasso. Nie wydaje mi się możliwe, żeby Mackiewicz popierał terroryzm w pierwszym i trzecim sensie, a w tym drugim, rzadko tylko miewał zastosowanie wobec komunistów.

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.