Od Edgara Allana Poe, przez Dygata, ku Świetlanej Przyszłości
Być może publikacja Co robić? miała jakiś wpływ na Notatki z podziemia, ale źródeł Podziemnego Człowieka, jako osobowości, można dopatrywać się gdzie indziej. W pierwszym numerze swego pisma, Wremia, opublikował Dostojewski przekład opowiadań Edgara Allana Poe, a wśród nich był Czarny kot.
I wówczas, jakby dla ostatecznego i nieodwołalnego pchnięcia mię do upadku, zjawił się duch Przekory. Filozofia nie zdaje sobie żadnej z tego ducha sprawy. A jednak wierzę w to święcie, jak w istnienie własnej duszy, że przekora jest jednym z pierwotnych popędów ludzkiego serca — jedną z niepodzielnych, pierwiastkowych władz lub uczuć, które nadają kierunek charakterowi danego człowieka. Któż, popełniając czyn niedorzeczny lub nikczemny, nie dziwił się po stokroć tej prostej oczywistości, iż wiedział, że winien go był nie popełniać? Czyż pomimo doskonałości naszego rozsądku nie mamy nieustannych zakusów do naruszania tego, co jest Prawem, dla tej po prostu przyczyny, iż wiemy właśnie, że jest to — Prawo? Powtarzam — ów duch przekory przyczynił się do ostatecznego mego upadku.
Jest oczywiste, że te słowa pozostawiły ogromny ślad w świadomości rosyjskiego pisarza. Obaj mieli podobne zainteresowania, obaj zagłębiali się w duszę ludzką i eksplorowali jej najtajniejsze, najciemniejsze zakamarki. U obu występuje motyw sobowtóra i rozdwojenia jaźni, meandrów tożsamości i chorobliwej, graniczącej z obłędem, fascynacji kobiecą urodą, ale najpoważniejszym jest motyw ducha przekory (lub „diabełka przewrotności”). Bywa on „motywem, który nie motywuje”, ale przeradza się raptem w nieprzezwyciężony impuls działania, ponieważ tego właśnie czynić nie powinniśmy. Tę fundamentalną myśl o zasadniczej irracjonalności człowieka wypowie wprost Podziemny Człowiek, a jej najpełniejszą egzemplifikacją będzie Raskolnikow. Dostojewski nazwał Poe’a w swej przedmowie, „pisarzem kapryśnym”, ponieważ zachowuje skrajny realizm w narracji opowiadań pozornie fantastycznych. Na marginesie, nigdy nie przestaje mnie zdumiewać, dlaczego poważni pisarze, jak choćby Swift, Carroll czy Poe, przeradzają się niekiedy w pisarzy „dla młodzieży”. Poe byłby zadziwiony swą popularnością wśród nastoletnich wielbicieli horroru.
Na długo przed pojawieniem się Podziemnego Człowieka, Dostojewski pisał do brata, że postać Goladkina z Sobowtóra była naturą przez niego „przepowiedzianą i odkrytą”. Odkryciem była zarówno schizofrenia i wewnętrzne pęknięcie – o którym będzie jeszcze mowa przy okazji Raskolnikowa – jak i podziemny charakter Goladkina.
Narrator Skrzywdzonych i poniżonych kontynuuje niejako opowieść z Białych nocy. Jest takim samym, nieznośnie sentymentalnym marzycielem (nic dziwnego, że Cat nie znosił tej powieści), ale jednocześnie wypowiada takie słowa:
Wszystkie te minione wrażenia wzruszają mnie niekiedy aż do bólu, aż do męki. Pod piórem przybiorą charakter bardziej spokojny, bardziej uporządkowany; mniej będą podobne do bredzenia, do koszmaru. Tak mi się zdaje. Ileż wart sam mechanizm pisania: on uspokoi, ochłodzi, wstrząśnie moimi dawnymi przyzwyczajeniami autorskimi, moje wspomnienia i chorobliwe mrzonki obróci w pracę, w zajęcie… Tak dobrze to pomyślałem.
Pisarstwo jako autoterapia? Jest tu coś więcej. Jego pisanie ma być „mniej podobne do bredzenia, do koszmaru”, niż same przeżycia. Czyżby zawierała się w tym akceptacja krytyki Bielinskiego na temat Sobowtóra i Gospodyni? Zwłaszcza zarzut, że jego bohaterowie „plotą bzdury” w chorobliwym rozgorączkowaniu? A jak potraktować zapowiedź, że „wstrząśnie swoimi dawnymi przyzwyczajeniami autorskimi”? Być może wskazówką jest fragment, gdzie Wania-narrator rozważa „mistyczny lęk”:
Jest to nieznośny, męczący strach przed czymś, czego nie mogę sam określić, przed czymś niepojętym i nie istniejącym w normalnym porządku rzeczy, ale co na pewno, może nawet w tej chwili, stanie się, jakby na urągowisko wszystkim dowodom rozumu, przyjdzie do mnie i stanie przede mną jako fakt nieodparty, straszliwy, potworny i nieubłagany.
Dzieje się to wbrew rozsądkowi, wbrew nawoływaniom rozumu, który pozostawiony sam sobie, działa jakoś równolegle do tych odczuć. Rozdwojenie i rozterka potęgują udrękę. – Czy to jest zaczątek myśli spod podłogi? Czy jest w tym zalążek „dwa plus dwa jest pięć”? (Nawiasem mówiąc, spacerując uliczkami Florencji w 1962, Dostojewski pokłócił się ze Strachowym na temat tego, czy dwa plus dwa zawsze równa się cztery… Strachow był zdania, że nihiliści muszą być odpowiedzialni za konsekwencje swych idej, bo jeśli do dwóch dodać dwa, to wyjdzie cztery. Dostojewski odpierał, że wartość intencji zmienia równanie, że radykałowie nie życzą nikomu źle, że żaden człowiek nie jest poza zasięgiem Bożej Łaski. Przyjaciele rozstali się w gniewie.)
Rozkoszowanie się hańbą, odczucie tak typowe dla Podziemnego Człowieka, znajduje się w zalążku w pijackich wyznaniach księcia Wałkowskiego.
Jest specjalna rozkosz w takim niespodzianym zerwaniu maski, w tym cynizmie, z jakim człowiek nagle ukazuje się innemu w taki sposób, że nie raczy się nawet wstydzić przed nim.
Książę rozkoszował się bezczelnością oszustwa, szyderstwem wzniosłych zasad i diabelskim śmiechem w momencie poniewierania tymiż zasadami. Był zdania, że wyniesienie jednostki ludzkiej na ołtarz, udziela mu carte blanche: wszystko jest głupstwem, ale nie JA.
Wszystko jest dla mnie, cały świat jest dla mnie stworzony.
Tu już nawet nie wolność jest absolutna, ale JA. Solipsyzm ma w pierwszym rzędzie charakter moralny, a nie poznawczy czy metafizyczny. (Jest to chyba pierwsze pojawienie się myśli Stirnera u Dostojewskiego.) Reguły i konwencje mają wyłącznie kosmetyczną, zapobiegawczą rolę, bo nie zezwalają na rozejście się smrodu niczym nie skrępowanych, wolnych marzeń ludzkich. Mieszczańska moralność jest konwencją wynalezioną dla wygody klas posiadających, nie ma żadnego obiektywnego i absolutnego rdzenia. Dziś, 160 lat później, żyjemy w świecie przepowiedzianym przez księcia, owianym smrodem powszechnego wyuzdania i wszechobecnego relatywizmu.
Czernyszewski i Stirner byli wzorami dla niezliczonej ilości propagandystów, w wielu wypadkach na znacznie wyższym poziomie niż ich pierwowzory. Zatrzymam się chwilę na przykładzie niemal przypadkowym – na Pożegnaniach Stanisława Dygata – ponieważ jest to rewelacyjnie subtelna robota propagandowa.
Dygat wykłada utylitarystyczną krytykę przedwojennego świata, rodem wprost od Czernyszewskiego. W świecie jego przedwojennych bohaterów, wywyższa się kulturę i moralność pewnej sfery, gdy kultura ta wywiodła się z dostatnich i wygodnych warunków. Nędzarze bez kultury stworzyli te warunki swą ciężką pracą, a jeśli dać i im takie same warunki, to będą kulturalni i moralni. Niestety w rzeczywistości tworzyli tylko antykulturę.
Główny bohater i narrator powieści pragnie żyć. W inwokacji, którą mógł był zapożyczyć od Stirnera, mówi, że cały świat jest przeznaczony dla jego zabawy:
Mogę, jak mi się spodoba, wszystko zburzyć, zniszczyć, ludzi pozabijać i dręczyć ich przedtem, kobiety gwałcić po dziesięć na raz, jak mi się zechce.
Minąłem kościół, splunąłem w jego kierunku; trzeba wykorzystać urok świata, wyssać jego barwy i co mi tam o resztę, nie ma żadnej reszty, jestem tylko ja i świat, który się we mnie odbija.
Świat jest „tylko smugą barw”, wirujących wokół niego, wokół Ego. Zatem hula, „przebywa w wymiarze stworzonym przez długotrwałe pijaństwo”, oczy nie znajdują w niczym oparcia… ale w przyszłości znajdą, znajdą – oparcie w legitymacji kompartii. Francuska towarzyszka jego hulanki nawet zachwyca się mrówkami:
Chciałabym być mrówką: mrówki pracują, nie potrzebują roztrząsać zagadnień moralnych i nie obawiają się przyszłości.
Dygat nie ukrywa niesmaku, gdy opisuje kończący się świat. Bohater pyta wyrafinowanego Cacharda, czy zamierza popełnić samobójstwo, skoro żegna się ze światem:
Ja nie, ale świat je popełni.
Może go odratują, ale zniszczą „ten świat, w którym przebywamy”. A wszystkiemu winne chrześcijaństwo. W rewolucji francuskiej chrześcijański lud mordował chrześcijańskich panów, którzy go po chrześcijańsku wyzyskiwali. Jak u Wielkiego Inkwizytora Dostojewskiego, mówi dalej Cachard, „Chrystus zrobił swoje, Chrystus może odejść”. Niech się nie wtrąca do świata, skoro nie rozumie interesów. Książka Dygata jest egzemplifikacją myśli Stirnera i Czernyszewskiego, ale na o wiele wyższym poziomie, bo na poziomie dobrej literatury.
Relację Stirner-Czernyszewski można porównać do relacji anarchistów i bolszewików w kilkadziesiąt lat później. Stirner nie był rewolucjonistą, był ideologiem indywidualnego buntu; absolutyzując JA, niwelował pole dla rewolucji, dla przyszłego mrowiska, ale w pierwszym rzędzie dla czekisty w skórzanej kurtce i z naganem w dłoni. Podobnie uczynią później anarchiści, wynosząc na piedestał wolność, przyczynią się do zniszczenia starego świata, czym przyczynią się do zwycięstwa bolszewii. (Należy jednak jeszcze raz podkreślić, że wolność nie była centralnym terminem dla Stirnera, tylko posiadanie. JA bierze świat w posiadanie i ma prawo narzucić swoją wizję – i światu, i ludziom.) Dlatego właśnie, hulający w Paryżu dekadenci Dygata jednocześnie odrzucają Boga, wywyższają JA i tęsknią do mrowiska. Naiwny dydaktyzm Czernyszewskiego natomiast, wraz z jego „martyrologią pod carskim knutem” – spędził 7 lat na katordze i 20 lat na zesłaniu – nadawał się doskonale do idealizowania Świetlanej Przyszłości.
Dostojewski dostrzegł w profetyczny sposób najgłębsze konsekwencje skrajnego egoizmu, z bezduszną precyzją postulowanego przez Stirnera, i potworności stadnego altruizmu Czernyszewskiego. Skoro Boga nie ma, to wszystko mi wolno albo, jak mówi książę Wałkowski, „wszystko jest dla mnie, cały świat jest dla mnie stworzony”. Na tej pseudo-moralności zbudowana jest współczesna nam kultura. [1] A jedyną dla niej alternatywą jest mrowisko, Kryształowy Pałac, sen Wiery Pawłowny.
Nadryw
Dostojewski rozwijał wiele aspektów Podziemia w swych najważniejszych dziełach. Postacie Raskolnikowa i Smierdiakowa, Wiersiłow i Arkasza, Kiriłow i do pewnego stopnia nawet Szatow – jedna z najciekawszych kreacji pisarza, człowiek, który niesie Podziemie w sobie, ale wyrywa się z pułapki poprzez miłość – wszyscy mają w sobie wiele z Podziemnego Człowieka. Tym zajmę się szerzej w dalszych częściach moich rozważań. Natomiast znakomity, sklecony na prędce, Gracz, kontynuuje ten sam, rozedrgany timbre opowiadania, który pojawia się po raz pierwszy w Notatkach z podziemia. Aleksy opowiada z nerwową energią i hulaszczą przesadą. Jest marzycielem, który nie chce się przebudzić, w czym jest na pewno kontynuacją narratora Białych nocy i Skrzywdzonych, ale posunął się także o wiele dalej. On już jest świadom cieni pod podłogą.
W liście do Strachowa z marca 1869, Dostojewski pisał, że Wieczny mąż, to powieść w rodzaju Notatek z podziemia, „ale zupełnie inna w formie”. Główny bohater, Wielczaninow, zmęczony hulaszczym życiem, w zetknięciu z dawnym znajomym, Trusockim, zaczyna powoli pojmować odpowiedzialność za własne czyny. Ślizgając się wśród uciech salonowego życia, Wielczaninow był kochankiem zmarłej żony Trusockiego. To on właśnie, wieczny mąż, Trusocki, jest innym wcieleniem Podziemnego Człowieka. Rozkoszuje się swym poniżeniem i swą zazdrością, aż do stanu, w którym znęca się nad ukochaną córką – zresztą Lizą! – ponieważ być może nie jest jego. Delektuje się swym strachem i pragnieniem zemsty, swą podłością i zazdrością, swym bezsilnym cierpieniem.
Alex Christofi [2] jest zdania, że Notatki spod podłogi, to był wybuch zjadliwości w odpowiedzi na Co robić?. Oburzony na sztuczną napuszoność Czernyszewskiego, który nie rozumiał duszy ludzkiej i wyobrażał sobie, że racjonalny egoizm jest odpowiedzią na problemy ludzkości, Dostojewski stworzył czyste JA i dał mu głos. Tak powstał Podziemny Człowiek – złośliwy, rozgoryczony, wypełniony po brzegi zjadliwą niechęcią, brzydki i chory, intelekt w pułapce myślenia – by pokazać racjonalnym egotystom, do czego zmierzają.
Podziemny Człowiek mówi (zdaniem Christofi) z „nadrywem” – co jest tytułem jednej z ksiąg w Karamazowych (Wat przekłada to jako „szarpaninę”). Rosyjskie słowo jest wieloznaczne, ale wg Christofi, mówić z „nadrywem” to tyle, co wypowiadać się żarliwie, przenikliwie rozdzierającym głosem, jakby człowiek wył ze skrętu kiszek. Nie wydaje mi się to w pełni słuszne. Przecież Podziemny Człowiek często wyraża zupełnie otwarcie myśli Dostojewskiego. Określenie tonu wypowiedzi Podziemnego Człowieka, „z nadrywem”, jest wszakże uderzająco przekonujące; tylko że, nie należy z tego wyciągać wniosku, jakoby ich treść można odrzucić jako majaczenia niepoczytalnego szaleńca, obłąkanego z bólu. Tym samym tonem mówił Raskolnikow w pierwotnych szkicach do powieści (gdy Zbrodnia i kara opowiadana była jeszcze w pierwszej osobie), a treści jego wewnętrznych peroracji nie sposób odrzucić a priori jako niedorzeczności. „Szarpanina” – tak, ale także coś więcej niż „skręt kiszek”.
Niektórzy tłumaczą rosyjskie słowo надрыв jako niekontrolowany i wymuszony wybuch sztucznych emocji. Odczucia są tu wyimaginowane, wyolbrzymione i zniekształcone udręką wyrażania, co ma wieść do fałszu i egzaltacji. „Nadryw” byłby tu niczym więcej niż egzaltowaną pozą. Taka definicja wydaje się nie mieć zastosowania do twórczości Dostojewskiego. W moim przekonaniu, termin oddaje stan napięcia, jest w tym skrajność na granicy katastrofy, głębokie, bolesne odczucie rozdarcia, targania sprzecznymi myślami. Niezrównany Nabokow nazywa nadryw „spazmem duszy” i tego rodzaju nieokreśloność bardzo mnie satysfakcjonuje.
Zmierzam do tego, że pierwotnym impulsem do stworzenia Podziemnego Człowieka nie była odpowiedź na idiotyzmy Czernyszewskiego, ale inne przemyślenia natury psychologicznej i filozoficznej, począwszy od „ducha przekory” Poe’a. Na to nałożyły się myśli wyrażone w Zimowych zapiskach, nakładała się chęć rozwinięcia (może lepiej: innego ujęcia) tematu Białych nocy, może nawet posunięcia dalej szkicowej koncepcji głównego bohatera Gospodyni; i wreszcie najważniejsze – Podziemny Człowiek jest częścią samego Dostojewskiego. Ta powieść nie miałaby nigdy tak wielkiego oddźwięku w świecie, nie odegrałaby takiej roli w historii literatury XX wieku, gdyby była wyłącznie wyciem szaleńca w odpowiedzi na słabą książkę.
Jednym z licznych proroctw zawartych w diatrybach Podziemnego Człowieka są słowa o okrutnej nudzie, która zapanuje w doskonałym ustroju świetlanej przyszłości. Mowa tu o tej samej, przeraźliwej nudzie, którą opisywał później z doświadczenia Józef Mackiewicz. Dostojewski wskazał jednak także na przelew krwi jako subtelny mechanizm złagodzenia powszechnej nudy, o czym była już mowa w poprzednich częściach. Cywilizowany człowiek, w wyniku utylitarnego rachunku zysków i strat, w imię „zasady użyteczności” samego Jeremy Benthama, zdoła znaleźć racjonalne wyjaśnienie dla sprzedania połowy Europy i całych Chin w ręce miłujących pokój i rozsądek Nowych Ludzi.
Nawet jeżeli możemy przyznać, że narracja Notatek spełniała chyba rzeczywiście doraźną rolę publicystycznej polemiki, to tym większa tylko zasługa autora, że zdołał przemienić tę publicystyczną intencję w wielkie dzieło sztuki. Narrator mówi pod koniec, że jego zapiski to już nie literatura, ale „zadane za karę ćwiczenie”, co jest echem myśli narratora Skrzywdzonych i poniżonych o pisaniu jako autoterapii. Życie jest dla Podziemnego Człowieka ciężarem; „żywe życie” – określenie używane przez Dostojewskiego wielokrotnie, w różnych okresach życia i w rozmaitych kontekstach – jest w podziemiu ciężką harówką, czymś na wskroś obrzydliwym i szpetnym, a ludzie są godni pogardy. Mówi przecież do Lizy, że pragnie tylko świętego spokoju, ale sam rozumie, że naprawdę chce tyranii i władzy nad innymi, tylko boi się po nią sięgnąć – w tym także jest prekursorem Raskolnikowa.
Sprzedałbym cały świat za kopiejkę w jednej chwili, byle mnie zostawiono w spokoju. Czy lepiej, żeby świat poszedł do diabła, czy żebym ja napił się herbaty? Niech idzie do diabła, byle bym miał swoją herbatę.
Po jej odejściu jest „ledwo żywy z bólu”, a mimo to „obywa się frazesem o użyteczności krzywdy i nienawiści”, choć sam przyznaje, że „omal nie rozchorował się z żalu”. Utylitarne slogany i chełpliwa złośliwość są jego pancerzem. Jedyna miłość, jaką zna i rozumie Podziemny Człowiek (ale także Rodia, a może nawet, do pewnego stopnia, sam Dostojewski), to dobrowolne oddanie się w tyranię; kiedy Liza przyszła do niego z miłością, bo w niej jest zmartwychwstanie i wybawienie, i odrodzenie, to on chciał tylko spokoju w złośliwej samotności swego podziemia. Liza jest może bardziej prefiguracją Soni, niż on Raskolnikowa.
Według Bachtina, samoświadomość jest artystyczną dominantą postaci Podziemnego Człowieka. Warto przypomnieć, że Bachtin metodycznie odrzucał ideowy aspekt pisarstwa Dostojewskiego, a zajmował się wyłącznie stroną formalną. Jego zdaniem, typ marzyciela jest idealnym tłem dla rozwinięcia samoświadomości jako dominującej charakterystyki. Wszystkie cechy bohatera stają się przedmiotem jego introspekcji, a on sam zaledwie podmiotem marzeń i świadomości. Rezultatem jest paradoksalny, ale fundamentalny obiektywizm: samoświadomość bohatera jest źródłem polifonii głosów – to określenie Bachtina, ale czy nie byłoby słuszniej nazwać to kakofonią? – ponieważ każdy element przedstawionego świata jest przefiltrowany przez świadomość. Podziemny Człowiek myśli niemal wyłącznie o tym, co inni myślą o nim, a jeszcze lepiej, co mogą o nim pomyśleć, zanim im to postanie w głowach; innymi słowy, pragnie uprzedzać ich myśli, co oczywiście prowadzi do strasznych konsekwencji. Podsłuchuje i nasłuchuje, co o nim mówią, ale nigdy na tym nie poprzestaje, tylko drąży w ich niewypowiedzianych, wyobrażonych myślach. Wynikiem jest samoświadomość odbita w lustrach innych świadomości czyli Jaźń Odzwierciedlona, koncepcja opisana dopiero w kilkadziesiąt lat później. Ale jest w tym także kłębowisko odbić i psychologiczny gabinet luster.
Paradoksalny obiektywizm widzi Bachtin w bezustannym przyjęciu punktu widzenia osób trzecich. „Wiem, co myślicie,” powtarza Podziemny Człowiek, „wiem, powiecie na pewno” albo „przerywacie mi ze śmiechem”, i wreszcie „mierzi was słuchanie moich paskudnych jęków”. Widzimy więc, w jaki sposób owa boleśnie rozdarta samoświadomość, wykrzyczana z nadrywem, arogancka i prześmiewcza, chełpliwie złośliwa i chorobliwie drażliwa, staje się opoką obiektywnej narracji. Słowa innych, o wiele bardziej niż ich czyny, mają determinujący wpływ na myśli i słowa bohatera, nawet wówczas – a może zwłaszcza wtedy – gdy pozostają wyobrażone.
Richard Pevear, tłumacz Notatek z podziemia, przytacza fragment z Czernyszewskiego, gdzie ktoś woła z pogardą do starego świata: „czy słyszysz mnie, ty, w swej podziemnej dziurze?” I chyba ma rację, że Dostojewski podjął wyzwanie w artystycznej, a nie ideologicznej formie, ponieważ kością niezgody była kwestia jedności ludzkiego bytu, a nie ideologia. Interpretacja konkretnej symboliki – Kryształowy Pałac, mrowisko etc. – nie była dla niego kwestią ideologiczną, jak dla Czernyszewskiego i jego bolszewickich pogrobowców, ale sprawą „żywego życia” dławionego przez wydumany „nowy typ” człowieka, przez zglajchszaltowany ideał, opiewany z nudziarską ekstazą przez ludzi pokroju Czernyszewskiego. Nie mógł widzieć w nich jeszcze symboliki marksistowskich pseudo-idej, ale dostrzegał wyraźnie dążenie do zastąpienia ludzkiej różnorodności uniformizacją. Spostrzegł nawet, że owa chęć okaże się równie typową dla wielkich korporacji, tego uosobienia międzynarodowego kapitalizmu, jak dla socjalistycznej urawniłowki. Dostojewski proroczo przewidywał, że wielki kapitał pójdzie z radością, ręka w rękę ze swymi największymi wrogami.
Inaczej mówiąc, Podziemny Człowiek istniał niezależnie od Czernyszewskiego, i Dostojewski nadał mu wyraz, jak nikt inny przed nim. To z niego wyrośli bohaterowie Kafki i Céline’a, i, sądzić można, wiele postaci literackich XX wieku. Z niego wyrósł Raskolnikow, ale także Iwan Karamazow, Kiriłow, może nawet Stawrogin. Raskolnikow plącze się, przeczy sobie, wije się, podobnie jak bohater spod podłogi, ale jest niezależnym, autentycznym głosem, dla którego Dostojewski ma wiele sympatii, co nie znaczy, że nie ma do niego dystansu. Czy nie na tym właśnie polega polifoniczny geniusz pisarza?
***
Prawdziwą „odpowiedzią” Dostojewskiego na Co robić? była satyryczna nowelka pt. Krokodyl, Zdarzenie niezwykłe czyli zajście w pasażu, prawdziwa opowieść o tem, jak pewien jegomość w określonym wieku i określonego wyglądu został połknięty przez krokodyla w pasażu żywcem, cały do krzty, i jakie to miało następstwa. Problem w tym, że sam Dostojewski wypierał się, jakoby połknięty przez potwora urzędnik, który następnie staje się sławny, ponieważ wypowiada z krokodylowego brzucha postępowe slogany – „Będę głosił prawdę i pouczał; mężowi stanu udzielę rady, przed ministrem wykażę się zdolnościami” – był w istocie obrazem uwięzionego ideologa rewolucji, który z ciemnego lochu w carskich kazamatach głosił prawdę oświeconego egoizmu i apostołował rewolucji poprzez sławę swego propagandowego gniota.
Dostojewski poświęcił wspomnieniu o Czernyszewskim osobny rozdział w Dzienniku pisarza; fragment pod znaczącym tytułem „Coś ze spraw osobistych”. Większa część tego tekstu jest oburzoną polemiką z tymi, którzy ośmielali się utrzymywać, że „pański Krokodyl to alegoria, historia zesłania Czernyszewskiego, i że chciał pan przedstawić i wykpić Czernyszewskiego”.
Czując się oskarżonym o „znęcanie nad nieszczęśnikiem”, Dostojewski wysunął wszystkie możliwe argumenty na temat interpretacji satyrycznej alegorii, zbagatelizował swe opowiadanie jako nie dokończony drobiazg, przesadził celowo swe rzekomo „serdeczne stosunki” z pisarzem – a mimo to mnie nie przekonał. W moim mniemaniu, napisał ten fragment w Dzienniku pisarza, gdyż wstyd mu było, że wyśmiewał zesłańca, ale w jego pierwotnej intencji, Krokodyl był w rzeczy samej jego najbardziej spontaniczną i autentyczną „odpowiedzią na Co robić?”.
________
- Amerykańska „aktorka”, niejaka Gillian Anderson – w cudzysłowie, ponieważ ma talent aktorski słupa reklamowego – uważa za stosowne propagować giving yourself permission to explore your wildest fantasies, the power of desire and the importance of asking what you truly WANT – not only in the bedroom but in LIFE! Miłosiernie pozostawię ten bełkot bez przekładu.
- Alex Christofi, Dostoevsky in Love. An Intimate Life, Londyn 2021. Pełną bibliografię podam na końcu cyklu.







Najnowsze komentarze