Drogi Panie Pawle,
Wyznaję, że z czasem coraz mniej rozumiałem myśl przewodnią Pańskiego cyklu o tupiku. Pisze Pan o romantyzmie, o „świętości opętania” i „utożsamienia obłędu z iluminacją” i łączy Pan takie wariactwo z emigracją jako taką. Ale czy to jest słuszne?
Zacznijmy od „rozwichrzonego stylu”, jak to Pan określił, który wydaje mi się zaciemniać myśl, raczej niż odpowiadać romantycznym wzorcom, bo w końcu, czy ktokolwiek pisał jaśniej niż Słowacki? – Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa: czasem był jak piorun jasny, prędki, a czasem smutny jako pieśń stepowa, a czasem jako skarga nimfy miękki, a czasem piękny jak aniołów mowa… Przyznaję się do niepokoju, że przy całym tym romantycznym rozwichrzeniu, chyba nie wiem, co Pan chciał powiedzieć.
Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale odnoszę wrażenie, że utożsamia Pan polityczny stan wygnania z niepoczytalnością. A może, by ująć to bardziej dyplomatycznie: sugeruje Pan, że wychodźstwo nie jest dobre dla zdrowia psychicznego banity. Czy tak? W moim przekonaniu, to zależy od osobowości wygnańca. Dla jednych to męczarnia i obłęd, dla innych inspiracja. Jedne kwiaty kwitną w ogrodzie, gdzie wzrosły, a inne rozkwitają pełną pięknością w wazonie, odcięte od gleby. Dla Owidiusza czy Dantego tęsknota za rodzinnym miastem była inspiracją, czy byliby takimi samymi poetami, gdyby nie poszli na banicję? Czy Słowacki byłby stworzył Beniowskiego w Polsce? A Mickiewicz Pana Tadeusza? Bez emigracji nie byłoby polskiej kultury, jaką ją znamy, ale nie byłoby także marksizmu i leninizmu, wyhodowanych na uchodźstwie. Jednak być może najważniejsze, że tułactwo może być dobre dla duszy, bez żadnych politycznych kontekstów:
But Lord I had to go
The trail was laid too slow behind me
To face the call of fame
Or make a drunkard’s name for me
But now this better life
Has brought a different understanding
And through these endless days
Shall come a broader sympathy
And though I count the hours
To be alone’s no injury
Możemy się chyba zgodzić, że chorobliwy stan umysłu potrafi wpływać na wyostrzenie poznania u wyjątkowych jednostek. Wystarczy wspomnieć Sørena Kierkegaarda, Fiodora Dostojewskiego czy Fryderyka Nietzsche. Tomasz Mann pisał o nieśmiałości, jaka go ogarnia wobec „religijnej wielkości przeklętych, wobec geniuszu jako choroby”. Być może zwyciężała w niemieckim pisarzu jego drobnomieszczańskość, raczej niż nieśmiałość, ale zgódźmy się, że „w literaturze często dar widzenia bywa złączony z obłędem” (a może ściślej: z chorobą, bo epilepsja, dla przykładu, szaleństwem nie jest).
O ile jednak, chorobliwy dar jasnowidzenia może być określeniem trafnym w wypadku Nietzschego i Dostojewskiego, którzy różnili się tradycją, punktem wyjścia myśli, formą wypowiedzi i diametralnie odwrotnym stosunkiem do chrześcijaństwa, a byli mimo to „braćmi z ducha, towarzyszami losu, wyrastającymi w tragicznej grotesce ponad wszelką mierność i przeciętność”, to czy można zastosować tę zasadę do pisarstwa politycznego? Dostojewski posiadał „zbrodniczą żądzę poznania”, jak to określił Mereżkowski. Czytając Dostojewskiego, odczuwamy strach przed jego nieposkromioną chęcią, by zajrzeć do najgłębszych zakamarków duszy. Mann dodaje, że bezlitośnie odsłaniał w ten sposób głębię własnego sumienia. Ale to są kwestie zasadniczo odmienne od myślenia politycznego. Czyżby publicystyka polityczna Dostojewskiego opierała się na obłędnej żądzy?
Pisze Pan:
Każdego romantyka dekonspiruje chaos ducha, jak i wiry w układzie wobec niego zewnętrznym; dusza stanie się zwierciadłem tamtego fermentu. Dawno odbył się proces oderwania szału od deprecjonującej skazy. Nie tak jest punktowany, zwłaszcza w obserwacji artystycznych ujęć.
Nie wiem, na czym polegać miał ten proces uszlachetnienia obłędu, ale czy na którymkolwiek zakręcie zahaczył o myślenie o polityce??
Nietzsche i Dostojewski zajmowali się samymi zrębami ludzkiej egzystencji, najciemniejszymi zakamarkami świadomości, najbardziej zawęźlonymi problemami sumienia. Tymczasem niektórzy bohaterzy Pańskiego cyklu co najwyżej dostawali szału, gdy w pijanym widzie zapominali o londyńskiej policji w barze Ogniska na Exhibition Road lub na stacji Victoria. Ich postawa polityczna nie była oznaką niepoczytalności – awantury były.
Romantyzm i polskie szaleństwo „wyświęcone na naszej ziemi”, należałoby chyba postawić na półce obok bajek Biskupa Krasickiego. Niech sobie Maria Janion widzi polskie szaleństwo jako „tragiczne poczucie honoru w obronie upadającej sprawy, której do końca, w obliczu wrogiej przemocy, nie chcieli odstąpić”, ale fakty raczej takiej wykładni nie potwierdzają.
Jeden z bohaterów Pańskiego cyklu, Józef Mackiewicz, wydrwiwał rzekome „szaleństwa polskiego romantyzmu”. Przytaczał np. komunistycznego propagandystę, Załuskiego, który „miejscami w sposób nader słuszny i rozsądny odbrązawia różne romantyczne legendy wojenne, włącznie z kampanią wrześniową”, po czym wiedzie czytelnika „z narodowego deszczu pod całą rynnę ogłupiającej komunistycznej bzdury”:
Czymże jest samosierskie szarżowanie z szablami na armaty wobec tego zrywu polskiej piechoty, wobec piekielnej dynamiki bojowej „kościuszkowców”…
Obawiam się, że Janion bliższa była ideowo towarzyszowi Załuskiemu, niż chłodnej analizie Mackiewicza:
Wbrew temu co wmawiamy w siebie i innych, zdaje mi się czasem, że Polak jeśli chodzi o tzw. „sprawę polską”, jest tak dalece zdyscyplinowany, iż w porównaniu z nim Prusak, nawet w pikielhaubie na głowie, jeszcze by się wydawał rozczochranym anarchistą.
Równanie szeregów, raczej niż poczucie honoru, narodowa dyscyplina, a nie obrona przegranej sprawy, są charakterystyczne dla polskiej myśli. Mój problem wszakże nie w tym, że Mackiewicz był zdecydowanym krytykiem pewnych utartych ram myślowych, które nazywał polrealizmem, ale w fakcie, że zajmował się twardą polityką i koncentrował się na adekwatności wybranych metod do opisu sytuacji i do stawianych celów. Na zarzut Jerzego Jedlickiego, że „szuka w polityce «prawdy», wiedząc chyba dobrze, że naprawdę rządzi w niej korzyść i skuteczność a nie prawda”, Mackiewicz odparł:
Sądzę, że możliwe rozpoznanie istniejącej prawdy (bez cudzysłowów) winno być właśnie nieodzownym warunkiem dla każdej polityki, która chce być korzystna i skuteczna.
W jego oczach skuteczność była jedynym ważnym kryterium w polityce, i dlatego właśnie lamentował nad nieskutecznością polityki polskiej. Nie wydaje mi się, żeby można zaklasyfikować taką postawę jako „romantyzm”. Nie widzę w tym także obłędu. Domagał się „prawdy” w polityce, gdyż błędne rozpoznanie komunistycznej rzeczywistości legło u podstaw idiotycznej polityki wobec komunizmu. Nie dostrzegam w tym oznak szaleństwa.
Pisze Pan:
Mackiewicz to bohater tragiczny, wyprzedzający wyobraźnię epoki. Trzymający się na uboczu podąża wzorem wzniosłej mizantropii. Konflikt jednostki – chwiejącej się na progu paroksyzmu nerwowej zapaści – z coraz mocniej wrogim otoczeniem zdominował romantyczny przekaz, podobnie jak wzorzec przekraczania przez buntownika ogólnie przyjętych norm. Przeżywał powieściopisarz, publicysta literacki i epistolograf wewnętrzny kryzys świadomości zazębiający się z przesileniem tamtego czasu, co również należy do repertuaru bajronicznych uniesień. A obłęd jako efekt wpływu historii i polityki od dawna przestał być kondycją deprecjonującą „ofiarę”.
Ale gdzież są dowody na ów kryzys świadomości i bajroniczne uniesienia Józefa Mackiewicza? Do samego końca, bez żadnych odstępstw, trzymał się swoich poglądów. Nie z tępym uporem oderwanych od rzeczywistości „niezłomnych”, jak mu zarzucano, ale dlatego, że nie widział przyczyn, by je porzucić. Jego analiza była słuszna, rozumowanie bezbłędne, wnioski prawidłowe. Dlaczego dopatrywać się w tym znamion obłędu?
Kowalczykowa objaśnia: „Szalonego nikt nie słucha, szalony wzbudza lęk”. Zawarł przymierze z tajemnicą, omiata świat pełnym ironii wzrokiem, ustrojony w jej szatę. Przecież szaleństwo to nic innego jak wielki bunt romantycznego indywidualisty. Intelektualny znak ponad-zwykłego zasięgu recepcji i dystansu wobec rzeczywistości. Wieszcze widzenia odsłaniają dysonanse, wprowadzają „w system ustawicznej koegzystencji myśli sprzecznych”. Szał wiary w orężne pokonanie komunizmu jest porównywalny do sto lat wcześniejszej rycerskiej egzaltacji w porywaniu się na potęgę trzech europejskich mocarstw i do niewzruszonego przekonania o konieczności odrodzenia narodu.
Doprawdy nie widzę, dlaczego szaleństwo ma być wyrazem buntu romantycznego indywidualisty. Ciocia Lusia ocipiała i zamknęli ją w domu wariatów, ale żeby zaraz indywidualizm? Wujek Siasio postradał zmysły i jadł z klozetu, ale przy czym tu bunt? W moim przekonaniu przypisuje Pan Mackiewiczowi cechy, których nie posiadał. Mówię tu oczywiście o jego osobowości twórczej, wyrażonej w prawie czterdziestu tomach Dzieł. Tymczasem Pan dostrzega w niej coś dla mnie zdumiewającego:
Uaktualniony przez Mackiewicza temperament odcięcia się w szale, gardzący przyziemną rachubą (i fabułą) wkomponowuje się w obecne w literaturze polskiej od romantyzmu funkcje ideowe. Programuje na nowo dobrze znany kod osobowy zdesperowanego ideą pustelnika.
Czyżby naprawdę widział Pan w tej tak niesłychanie bogatej korespondencji pustelniczą desperację? Pomijam już, że nie dostrzegam desperacji w żywocie Świętego Szymona Słupnika – choć widzę bezgraniczną determinację – ale Mackiewicz nigdy nie wydał mi się zdesperowany ideą. Pustelnicy – obojętne, zrozpaczeni czy rezolutni – nie korespondowali zazwyczaj z setkami ludzi, nie zapraszali do siebie, nie jeździli z wizytami. Pan natomiast zdaje się twierdzić, że literacki portret Mackiewicza, jako „artysty i myśliciela” przybrałby „sylwetę bohatera romantycznego, którego nieuchronnym obliczem jest wyniosłe opętanie”. Czy „świadomie narzucał płaszcz Konrada”, pyta Pan, „czy tylko wdziewał maskę?” Osobiście, nie widzę go w płaszczu Konrada, choć oczywiście każda interpretacja jest dopuszczalna tak długo, jak jest niesprzeczna z tekstem, ale przywdziewanie maski niedwuznacznie sugeruje fałsz. Muszę więc zapytać: cóż mógł Pan mieć na myśli, pisząc te słowa?
Mackiewicz niczym romantycy patrzy na „wytrącony z równowagi współczesny świat”, którego historia – „wielka hipochondryczka” – doznała pomieszania zmysłów. Jego panorama ziemskiego padołu jako zepchniętego z właściwego toru dziejów prowadzi prosto do Zygmunta Krasińskiego, dla którego amok historii to błąd i tragedia, a poza tym ingerencja szatańska, jak w eschatologicznej wizji bolszewizmu Mariana Zdziechowskiego.
W moim głębokim przekonaniu, świat współczesny jest wytrącony z równowagi (bez cudzysłowu), o wiele bardziej niż to mogło mieć miejsce w oczach wielkich romantyków. Czyżby konstatacja tego faktu czyniła mnie obłąkanym romantykiem?
Historii nie pomieszało się w głowie, tylko historycy przestali odróżniać swoje własne zadki od ramion sąsiadek przy biesiadzie na cześć upadku komunizmu i końca historii (także bez cudzysłowów). Jeden Mackiewicz zachował zdrowy rozsądek, pozostał chłodny i obiektywny w swych pismach politycznych i nie przyjmował eschatologicznej wizji bolszewizmu Mariana Zdziechowskiego, w czym – jakże to się dziwnie składa! – akurat się z nim nie zgadzam.
Wyznaję, że gdzie Pan spostrzega obłęd, romantyzm i przybieranie póz, ja widzę spokojną i rzeczową analizę, która mnie przekonywa, bo jest rozumna.
Mam zatem nadzieję, że po prostu źle Pana zrozumiałem.
Pozostaję z szacunkiem
m
Prześlij znajomemu





Nie tyle „Emigracja jako obłęd”, co – jeśli już wprowadzać podobne spłycania przekazu – „Antykomunizm jako obłęd”. I to nie zawsze, nie wszędzie oraz (co za tym idzie) nie u wszystkich (emigrantów politycznych i antykomunistów).
Bardzo dziękuję za obszerny komentarz, przekraczający nie tylko objętością improwizowane zwykle głosy zamieszczane pod publikowanymi artykułami. Czuję się zobowiązany, by równie szeroko odpowiedzieć. Poproszę o chwilę: wrócę jutro, najpóźniej – pojutrze.
Drogi Panie Pawle,
Proszę wybaczyć spłycanie – mówię to bez śladu sarkazmu – ale tak po prostu zrozumiałem Pańską tezę. Jeśli zatem okazuje się, że pojąłem źle, to tylko się cieszę i wyczekuję wyjaśnień.