Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Michał Bąkowski


Populizm

Zastanawiam się od dłuższego czasu nad ideowym kociokwikiem naszej pokracznej współczesności.  Z wszystkich stron wołają, a nawet biją na alarm, że „populizm zagraża”.  Mam na myśli głównie Anglię, w której mieszkam, ale nie inaczej jest w innych krajach zachodniej Europy.  A przecież „populizm”, to nic innego jak wcielenie „najwyższych ideałów demokracji”, ponieważ populiści, z definicji, mówią ludziom to, co chcą usłyszeć.  Skąd więc nagle to larum, że oddając ludowi głos, populiści zrelatywizowali powszechne wartości i obrócili demokrację przeciw niej samej?  Populizm zawsze i wszędzie oferował masom racjonalizację indywidualnych niepowodzeń i ukazywał „lepsze wyjście”.  Żydzi mnie do matury nie dopuścili, więc Żydzi na Madagaskar!  Obszarników pod stienku i zaraz wszystko będzie dobrze!  Polacy są winni, że nie mogłam zrobić kariery sprzątaczki w Londynie albo Meksykanie są winni, że nie mogę sprzedawać swobodnie kokainy na rogu ulic w San Diego.

Naprawdę jednak samo słowo „populizm” nie ma wyraźnego znaczenia.  Populistą był na pewno Mussollini, ale Hitler raczej nie (może tylko odrobinę, zanim zdobył władzę, w czym najbardziej przypomina bolszewików).  Allende był populistą, a Pinochet nie.  Wszyscy socjaliści są z natury rzeczy populistami, a reakcjonizm jest reakcją właśnie na absurdalność populistycznych idej.  W dzisiejszych czasach nazwanie kogoś populistą jest oskarżeniem, zarzutem, bo populistami są Trump i Le Pen, niemiecka AfD, włoska M5S i każdy kto popiera odejście z europejskiej niuni.  Jakkolwiek trudno zdefiniować termin, to populistami są także grecka Syriza i hiszpańska Podemos, ale nikt nie postawi im takiego okropnego zarzutu, ponieważ i Tsipras, i Iglesias są komunistami.

Wygląda to podejrzanie, jak gdyby zarzut populizmu zależał od politycznego punktu wyjścia oskarżyciela.  Ale w takim razie, kto rzuca w oczy populistom, że są „populistami”?  Oskarżycielem jest liberalna, lewicowa elita.  Corbyn czy Tsipras ze swoim marksistowskim szczebiotem nie są nigdy przedmiotem ataków z tej strony, są traktowani z przyjazną pobłażliwością.  Ten z lekka protekcjonalny stosunek przypomina mi bardzo podejście rosyjskich liberałów do bolszewików.  Wróg mógł być tylko na prawicy, a bolszewicy, choć trochę byli dziwni i ekstremistyczni, mieli dobre serduszka po lewej stronie, więc można ich było dobrotliwie poklepać po plecach.

Mniejsza jednak o ten znany dobrze stosunek do bolszewii.  Populiści i ich krytycy są warci zastanowienia.  Generalnie rzecz ujmując, podmiotem polityki jest zawsze jakaś elita władzy.  Kiedy nowa elita chce uzurpować starą, to zazwyczaj odwołuje się do „ludu” – któremu nieodmiennie odebrano głos – i krytykuje elitaryzm ancien regime’u.  A zatem populizm jest zazwyczaj odpowiedzią na dominację elity władzy.  W każdej odmianie populizmu jest jakaś wersja zarzutu o snobizm po adresem elity.  W naszych nieszczęsnych czasach, liberalna lewica lubi wypowiadać się w imieniu ludu (populus), to znaczy poprzez mechanizm tzw. opinii publicznej narzucać ludowi, co ma myśleć, kiedy wznosić radosne okrzyki, a kiedy meczeć „buu”, jak przystało bezwolnemu stadu.  Klasycznym przykładem stosunku liberalnej elity do stada był od dziesiątek lat stosunek do kary śmierci.  Okresowo przeprowadzane badania wskazywały, że większość mieszkańców Wysp Brytyjskich była za karą śmierci.  Elita była przeciwna karze śmierci, więc nikogo nie pytała o zdanie, ale pracowała nad „opinią” tak długo i tak usilnie, że w 2015 roku po raz pierwszy poparcie dla kary śmierci spadło poniżej 50%.  Konsekwentnie, osiągnąwszy swój cel na jednym odcinku, elita pracuje teraz nad innymi pytaniami, np. czy istnieją tylko dwie płci?  W 2016 roku tylko 56% respondentów było zdania, że istnieje tylko płeć żeńska i męska, a więc zdumiewająco wysoki procent Brytyjczyków jest już skutecznie skonfundowany.

Używam przykładu Wielkiej Brytanii, ponieważ znam go z pierwszej ręki, ale z tego co czytam, wnioskuję, że jest to przykład reprezentatywny dla sytuacji w Europie Zachodniej, a szerzej w tzw. liberalnych demokracjach.  Ale co to właściwie jest liberalna demokracja?  Liberalna elita?  Cóż to takiego?

Klasyczny liberalizm był wielką siłą, motorem ludzkiej myśli przez kilka wieków.  Nie miał wiele wspólnego z mętnym liberalizmem ostatnich stu lat.  Domagał się ograniczenia nadużyć władzy w imię indywidualnej wolności, żądał ograniczenia ilości praw do tych, które bronią nienaruszalności osoby i własności, zwłaszcza ze strony państwa, oraz surowego karania każdego przekroczenia tych nielicznych zasad prawnych.  Była to zatem koncepcja państwa ograniczonego prawem, państwa praworządnego.  Jedyną rolą tego państwa miało być stworzenie warunków dogodnych dla rozwoju jednostki, jedynym obowiązkiem obywatela wobec tego państwa miało być przestrzeganie praw i obrona państwa wobec zagrożenia.  Oprócz tego, obywatel miał żyć tak, jak chciał.

Nie będę się wdawał w krytykę takiej postawy ideowej, nie zajmę się jej wewnętrzną sprzecznością i problemem odrzucenia uniwersalnych wartości w imię wolności (robiłem to tutaj wielokrotnie).  Chciałbym raczej skoncentrować się na zdumiewającym fakcie odejścia liberalizmu od jego własnych założeń i podstaw.  Perspektywa dzisiejszych lewicowych, liberalnych elit jest przeciwieństwem ideałów klasycznego liberalizmu.  Nasi liberałowie z mediów (a w Wielkiej Brytanii głównie z państwowej BBC) i politycznej elity, żądają coraz to nowych i coraz bardziej szczegółowych praw zakazujących coraz bardziej osobliwych zachowań, lub wręcz odwrotnie, chroniących najbardziej dziwaczne zachowania.  W ostatnich dniach Parlament westminsterski debatował zaciekle prawo zakazujące czegoś, co nazywa się upskirting.  Czyżby miał to być zakaz podnoszenia spódnic?  Nie.  To zakaz robienia zdjęć pod spódnicą…

Są zakazy napadania na homoseksualistów, jak gdyby sama napaść nie była wystarczająco sprzeczna z prawem, niezależnie od seksualnej orientacji ofiary; aktywiści domagają się specyficznego zakazu odśpiewywania antyhomoseksualnych kupletów podczas meczów piłkarskich.  Istnieje w brytyjskim kodeksie prawnym kategoria niemal żywcem wzięta z Orwella: hate crime czyli przestępstwo z nienawiści, definiowana jako akt gwałtu (niekoniecznie fizycznego) motywowany uprzedzeniem rasowym, seksualnym, religijnym itp.  I ten kazuizm prawny nikomu nie przeszkadza.  Być może dlatego, że przestrzeganie bądź nieprzestrzeganie prawa jest kwestią wyboru, jest „stylem życia”, który z kolei należy tolerować.  Jeżeli ktoś łamie prawo, to ma po temu zapewne bardzo dobre powody.  Być może padł za młodu ofiarą prześladowań ze strony religijnej ekstremy (w postaci ojca i matki) albo musiał tłumić swą prawdziwą naturę, bo tego od niego oczekiwało otoczenie.  Może rozważa właśnie z niespotykanym natężeniem zmysłów, jakiej może być płci, a tym samym nie może jednocześnie przestrzegać prawa.  A może po prostu uważa, że prawo jest bez sensu.  W tym ostatnim wypadku, choć to paradoks, każdy klasyczny konserwatysta i najczarniejszy reakcjonista – jak na przykład niżej podpisany – powinien się z nim zgodzić, bo „takie prawo jest osłem”, jak się był wyraził jeden z bohaterów Dickensa.

Ale im dalej tym gorzej, bo oto klasyczny liberał pragnął ograniczyć państwo, uniemożliwić władzy ingerencję w życie jednostki, gdy dzisiejszy liberalizm jest ideologią „dużego państwa”; domaga się od rządu pouczeń co jeść, co pić, jak nie tyć i jak żyć.  Państwo ma wychowywać dzieci i opiekować się starcami, zajmować się bezrobotnymi i bezdomnymi.  Gdy klasyczny liberał odczuwał obowiązek lojalności wobec państwa, którego prawa broniły jego osobistej wolności, dzisiejsi liberałowie nie poczuwają się do żadnej lojalności, gotowi są bronić praw każdego nonkonformistycznego postępowania, nawet jeżeli uderza ono w podstawy owego państwa.  „Bronienie czyichś praw” leży w samym sercu współczesnego liberalizmu, praw uciśnionej rzekomo mniejszości, ale nie każdej mniejszości, tylko wyłącznie takiej, której sprawę uznała lewicowa elita za godną obrony.  Nie będą więc bronić na przykład praw myśliwych do polowania, wręcz przeciwnie, będą uciskać tę mniejszość z zuchwałym apetytem większości przekonanej o swej racji, co jest postępowaniem całkowicie niezgodnym z założeniami liberalizmu.

I ta nie-liberalna elita nie znosi populizmu, oskarża ludzi takich jak Trump o moralny relatywizm.  Dodajmy od razu, oskarżenie to ze wszech miar słuszne.  Trump jest dzieckiem we mgle, nie ma żadnej busoli, ani moralnej, ani politycznej, ani estetycznej, rzecz jednak w tym, że to oni, to laiccy lewicowcy, od ponad wieku demontowali powszechną wiarę w obiektywne i absolutne wartości; to oni, piórami najwybitniejszych przedstawicieli sztuki i myśli, ośmieszali wszystko co wartościowe, co piękne i dobre, wydrwiwali wszelką duchowość, by teraz nagle odwoływać się do rzekomego uniwersalizmu relatywnych wartości, które sami wymyślili.  Wartością ma być na przykład (ich zdaniem) tolerancja dla innych poglądów, gdy w rzeczywistości inne poglądy zasługują na nasz szacunek, na rozważenie i na krytykę, ponieważ prawda nie jest nam dana, a tolerować można tylko zło, którego z jakichś powodów nie chce się zwalczać.  Wartością ma być w ich mniemaniu demokracja, gdy jest to zaledwie jeden z możliwych systemów rządu i to wyjątkowo podatny na manewry z flanki wszelkiego rodzaju populistów i ochlokratów.

Jak już pisałem, populizm jest odpowiedzią na dominującą pozycję elity władzy.  Napięcie między elitą i masą jest stare jak świat, jak ateńskie przepychanki o władzę i wielowiekowe walki między patrycjatem i plebejuszami w Rzymie, ale w sytuacji, której rozwój obserwujemy na żywo własnymi oczami, dzisiejszy populizm musi się wydawać bardziej podejrzany, niż w innych historycznych przypadkach.  Peter Hitchens pisał niedawno w The Spectator* o tym, jak doszło do tak niesłychanego zamieszania ideowego w naszym świecie i jego artykuł podsunął mi interesujące wyjaśnienie teraźniejszości.  Hitchens dał się nabrać Wałęsie i upadkowi komunizmu (co niektórzy podziemni myśliciele uważają za dyskwalifikującą słabość), ale pomimo to pozostaje bystrym obserwatorem.  Zwłaszcza gdy chodzi o sytuację wewnętrzną Wielkiej Brytanii.

Jako młody człowiek Hitchens był komunistą.  Komuniści nie byli tu nigdy istotną siłą polityczną, a zajmowali się głównie seksem, ale byli poważnie subsydiowani przez Moskwę.  Hitchens opowiada, jak przed zakończeniem drugiej wojny światowej, towarzysz Harry Pollitt, gensek brytyjskiej kompartii, stary, zaufany leninista-stalinista, przemawiał do studentów w Cambridge i namawiał ich, by zdobyli dobre dyplomy, które pozwolą im zająć wysokie posady w brytyjskim państwie i elitach.

Nalegał, by nie marnowali czasu jako otwarci komuniści, sprzedający Daily Worker na ulicy King’s Parade [w Cambridge].  Niewątpliwie miał podobną mowę w Oxford, ale nie zachowała się dla potomności.  Kto wie, ilu poszło za jego radą, i co się z nimi stało?  Mieli działać w tajemnicy.  Czy tak się stało?  Zabawne pomyśleć, że cały ten bałagan, w jakim się znaleźliśmy, mógłby być wyjaśniony przez istnienie tajnej sieci sympatyków komunizmu, zdzierających swe czerwone skarpetki, by zniszczyć wszystko, czego tylko dotkną.

Główna teza artykułu Hitchensa jest taka, że lejburzyści Tony Blaira byli wcieleniem tejże tendencji, którą na naszej witrynie nazywamy od lat, za włoskim bolszewikiem Antonio Gramscim, „marszem przez instytucje”.  Gdy wszystkim się wydawało, że Blair porzucił czerwony sztandar i odszedł od lewackich pomysłów, Hitchens utrzymuje, że była to tylko gra.  Byli gotowi „prywatyzować koleje, byle tylko dzieciństwo zostało znacjonalizowane, małżeństwo na całe życie odrzucone jako przeżytek, chrześcijaństwo i patriotyzm osłabione i pokonane, granice otwarte, a szkoły stały się mechanizmem wmuszania egalitaryzmu”.

Ludzie na Zachodzie rzadko rozumieli, jak bardzo stare komunistyczne reżymy z bloku wschodniego zainteresowane były tymi samymi kulturalnymi i moralnymi celami.  Komuniści nienawidzili trwałego chrześcijańskiego małżeństwa, nie ufali życiu osobistemu.  Z wigorem promowali aborcję i łatwe rozwody.

Tzw. „upadek komunizmu” doprowadził do uwolnienia lewicy na Zachodzie.  Nie musieli już więcej troszczyć się o obronę Stalina i gułagu, a mogli skupić się na przyciąganiu konwertytów poprzez seks i wolność, zamiast bronić idiotycznego pomysłu centralnego zarządzania gospodarką, mogli skoncentrować się na mediach i kulturze.

Nie jestem do końca przekonany analizą Hitchensa, ale polscy czytelnicy z łatwością zrozumieją, o czym mówi.  Dla komunistów ekonomia była li tylko kwestią kontroli nad podbitymi społeczeństwami, prawdziwa praca odbywała się na polu kulturowym i etycznym: anihilacja tradycyjnego społeczeństwa, oderwanie człowieka od wszelkich ludzkich wartości.  Tę samą pracę wykonują o wiele skuteczniej marksiści ukryci wśród zachodnich elit.

Populizm w krajach zachodniej Europy jest nieuniknioną reakcją na dominację politycznego dyskursu przez pseudo-liberalną, laicką lewicę.  Problem jednak w tym, że dzisiejsi populiści należą do tej samej elity, pragną tylko zastąpić poszczególne osoby, ale tak samo jak stare elity, które pragną wyprzeć, są na usługach antyludzkiej ideologii.

Najstarszym skutecznym przykładem zastosowania populizmu w polityce, jest moim zdaniem, upadek rzymskiej republiki.  Sulla i Mariusz, a po nich Pompejusz i Cezar, a wreszcie Marek Antoniusz i Oktawian, wszyscy zwrócili się do plebejskich mas ponad głowami patrycjuszy, czyli ówczesnej elity.  Obiecali plebejuszom chleb i igrzyska, a sami przejęli absolutną władzę.  I nie inaczej będzie z nowoczesnymi masami wpatrzonymi w ekrany telewizorów.  Tylko zamiast Juliusza Cezara i Oktawiana Augusta będziemy mieli Trumpa i Putina, a zamiast trybunów ludowych, maszerujące przez instytucje elity Gramsciego – Putina i Trumpa.

_______

* Peter Hitchens, “Marxism didn’t die.  It is alive and well and living among us”, The Spectator, 16 June 2018 [„Marksizm nie umarł.  Żyje, ma się dobrze i mieszka między nami.”] https://www.spectator.co.uk/2018/06/marxism-didnt-die-its-alive-and-well-and-living-among-us/



Prześlij znajomemu

6 Komentarz(e/y) do “Populizm”

  1. 1 Dariusz Rohnka

    Michał,

    To wszystko bardzo ciekawe, wielopoziomowe, powykręcane w najróżnorodniejszej masie najdziwniejszych kierunków, trudno się przy tym wyzbyć wrażenia, że jednocześnie idealnie płaskie. zglajchszaltowane, jakby powiedział Mackiewicz, zrównane.

    Czy, z pewnym uproszczeniem, wolno powiedzieć: populizm populistów populizmem goni?! Dlaczego akurat tej inwektywy (populizmu) używają (czy tylko na zasadzie koszuli bliższej ciału?). Czy nie mogli przywłaszczyć sobie zarzutu równie chwytliwego (jak zawłaszczyli byli termin liberalizmu?), który by przy okazji mniej godził w nich samych?

    Może to kwestia jakiegoś niepisanego, a perwersyjnego ususu, wedle którego giniesz i marniejesz w poczuciu, że twój osobisty oskarżyciel/oprawca nie jest ani o jotę gorszy/lepszy od ciebie, a jeno sprawniej kłapie slogany swoją niewyparzoną jadaczką?

    Swojego czasu bolszewicy dla określenia największych, najbardziej zaplutych wrogów ludzkości chętnie używali dziwacznego terminu „kosmopolita‟, a przecież kimże był/jest przeciętny bolszewik jak nie kosmopolitą właśnie, któremu dokładnie wsiorawno, jakiej to wdzięcznej ideolożki akurat używa?

  2. 2 Andrzej

    Czy nie sądzicie Panowie, że to co Darek opisał: dobieranie haseł wbrew rzeczywistości, oszustwo intelektualne nie stanowi właśnie zasadniczej części Metody? Bolszewicy nie znają pojęcia intelektualnych rozważań w ukształtowanym od zarania ludzkości sensie, są im z gruntu obce. Dla nich liczy się tylko bolszewicka doktryna odnośnie zdobycia i utrzymania władzy, bolszewicka taktyka i bolszewicka strategia. Bolszewicka łżeczywistość to jednoczesne „za i przeciw”, jednoczesne „tak i nie” etc. Czyż nie jest to po leninowsku: nie ma żadnej prawdy, nie ma żadnej wartości, nie ma nic takiego, czego nie można by w danej chwili, w miarę potrzeb, wywrócić, zmienić kierunek, wykoślawić, zakłamać? Nazwanie złodziejem kogoś innego, aby odwrócić uwagę siebie nie jest wcale ich wynalazkiem. Ale „dym bez ognia” – zasada nieograniczonego skondensowania kłamstwa – jest i ponadto stanowi o istocie bolszewizmu. Bolszewicy skorzystają z każdego hasła, jeśli w danej chwili będzie im to odpowiadało. Jednego dnia będzie to „reakcjonista”, następnego zaś „lewak”: wedle potrzeb. Uważamy, że to jest jakiś zarzut, a dla nich jest to jedynie skuteczna taktyka. Populizm nie stanowi zasady bolszewizmu lecz dowolne posługiwanie się nim (i każdym innym pojęciem oraz sposobem wpływu na innych) stanowi jego zasadę.

  3. 3 michał

    Drogi Darku,

    Jestem Ci wdzięczny, że dopatrzyłeś się tylu poziomów, choć „powykręcanie” jakoś nie pachnie mi komplementem.

    Zglajchszaltowane i płaskie jest w tym wypadku co, dokładnie? Kiedy mówisz z uproszczeniem, to czy wówczas spłaszczasz? Czy glajchszaltujesz? Bolszewicy zawłaszczyli terminy? Hmm, nie zrobili tego wczoraj. Kriuczkow miał być „konserwatystą”, Jelcyn „nacjonalistą”, a jakiś inny trockistowski cham „liberałem”. To wiemy od jakiegoś czasu. Populizm jest tu akurat nowością, ale nowością jest także, że jako zarzut nie wychodzi wcale z Moskwy.

    Najważniejszy jest w tym kociokwiku „liberalizm”. Nie masz racji, że ktoś sobie ten bełkot zawłaszczył. Liberalizm sam stoczył się na swoje dzisiejsze pozycje i był to ześlizg nieuchronny. Liberaalizm jest doktryną błędną i odpowiedzialną za bolszewizm bardziej niż jakakolwiek inna myśl ludzka, ponieważ to liberalizm odpowiada za zrelatywizowanie absolutnego świata wartości i zastąpienia go przez wolność, która wartością być, z definicji, nie może.

    Niestety nie bardzo rozumiem, w czym rzecz z kosmopolityzmem. Jest to stary, dobry i na pewno nie dziwaczny, grecki termin na określenie tych, którzy nie czuli się przywiązani do jednego miasta (polis), ale cały znany świat porządku (kosmos) uważali za swą ojczyznę. Podkreślmy: kosmos nie oznacza świata (ani tym bardziej wszechświata), ale porządek, jest więc przeciwieństwem chaosu. Kosmopolita nie jest zatem obywatelem świata, jak się to często przedstawia, ale obywatelem uporządkowanego świata.

    Jako zarzut, kosmopolityzm jest stawiany przez wszystkich nacjonalistów na świecie. Kosmopolitami mieli być Żydzi, ale także arystokracja i burżuazyjna, pnadnarodowa plutokracja. Nic więc dziwnego, że kiedy Stalin uznał za stosowne wprowadzić pojęcie „patriotyzmu sowieckiego”, to przydał mu się epitet kosmopolity do napiętnowania tych, którzy sow-patriotami być nie chcieli. A niby kiedy Stalin przejmował się, że to nie miało specjalnie sensu, skoro on sam, jako stary leninista, był kosmopolitą? Oczywiście tylko w tym nowoczesnym sensie, bo naprawdę był po prostu bolszewikiem.

  4. 4 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Ma Pan chyba na myśli „władzę nazywania”. W systemie bolszewickim tylko oni tę władzę zachowują. Trocki nazwał wrogów bolszewizmu „byłymi ludźmi” i nikt nie mógł tego zakwestionować. Będąc nazwanym „bywszyj czełowiek” człowiek stawał poza nawiasem społeczeństwa. Stalin nazywał każdego, kto mu się nie podobał „faszystą”, więc i Tuchaczewski był faszystą i Franco, AK i Eisenhower.

    Jak Pan słusznie mówi, ich zasadą jest: istnieje tylko to, co my mówimy, że jest. Definicja ichniego woluntaryzmu. Ale dlaczego świat „wolny” poddaje się temu nazewnictwu? Dlaczego się poddaje w ogóle?

    Zresztą, co ja mówię! Wolny?? Naprawdę?

    Tak, częścią Metody jest dowolne posługiwanie się dowolną terminologią w celu zdobycia lub utrzymania władzy, a zatem konsekwentnie, także w celu siania zamętu wśród przyszłych ofiar.

  5. 5 Dariusz Rohnka

    Michale Drogi,

    Wybacz, że krótko i na wyrywki, ale pora zbyt późna.

    Wyjdźmy od liberalizmu, a więc np. od Burke’a (którego Ty masz za konserwatystę):

    Whatever each man can separately do, without trespassing upon others, he has a right to do for himself…

    Brzmi interesująco, choć wedle mnie nie wyczerpuje definicji (nie broni np. podmiotu przed samym sobą). Zdecydowanie bardziej podoba mi się formuła Zdziechowskiego (o którym niegdyś obszernie dyskutowaliśmy – Ty miałeś wtedy długie włosy, a ja nie podpierałem się jeszcze laską), który do swojej definicji liberalizmu dodaje jeszcze prawo moralne.

    Jeżeli to „bełkot‟ wedle Ciebie, to pewnie nie ma sensu dalej dyskutować. Jeżeli to tylko szlachetny wzorzec, piękna idea, do której niewielu tylko dorosło, i ci nieliczni nigdy nie decydowali o losach świata, postawmy jedno pytanie: która z pięknych ideji (jak lubisz mawiać) nie została zbrukana? Wymień, proszę, jedną.

    W czym zawiniła idea, że niektórzy rzekomi jej wielbiciele umyślili sobie, coby nie stawać na drodze bolszewików (po to wbrew jakoby wolności); że wszystko wolno – do what thou wilt (czyli popularne w peerelu – róbta co chceta!)? Że się notorycznie chce z bolszewikami licytować, kto bardziej postępowy, kto większy kolonialista, militarysta, totalista, reakcjonista, aż w rezultacie mamy powszechnie panującą równię pochyłą i wszędobylski na Zachodzie (i nie tylko tam) populizm?

  6. 6 michał

    Darek,

    Wybaczam, że krótko i na wyrywki, ale że Burke nie był konserwatystą, to jest trudniejsze do odpuszczenia. Nie dość, że był, to był wręcz ojcem brytyjskiego konserwatyzmu. Nie ma żadnego znaczenia, że był Wigiem, a nie Torysem. I dawni, i dzisiejsi Torysi rzadko bywają konserwatystami, a i to na ogół tylko z nazwy, ale też Wigowie nie byli wówczas jesszcze liberałami. Mniejsza o ojca konserwatyzmu, skoro mówimy o liberalizmie.

    Liberał, z definicji, wierzy w nadrzędną pozycję wolności. Termin „liberalny” jest w miarę nowy, choć używany już przez Szekspira w sensie „hojny, szczodry, wielkoduszny”. W swej pierwotnej, klasycznej wersji, liberalizm próbował bronić wolności jednostki przed apodyktycznym Lewiatanem państwa, ale bardzo prędko – mnie się wydaje, że w sposób nieuchronny – wysunąć musiał wolność jednostki ponad wszelkie wartości. Wolność wszakże jest z definicji pozbawiona treści, nie może zatem być wartością w sensie aksjologicznym, czyli „wzorcem działania”. Wolność jest niezwykle ważna, jest wartościowa, ale nie może zastąpić wartości. Działaniem wolnym jest na przykład zabójstwo przypadkowego przechodnia, bo tak mi się podoba. Ale też tylko działanie wolne jest moralne. Tylko za wolny postępek mogę ponosić odpowiedzialność.

    W czym zawiniła idea? Zawiniła sobą samą, swą istotą. Wolność pociąga długowłosych młodzieńców i łysych starców podpierających się laską. Pociąga i zaślepia swym urokiem. To zaślepienie natomiast, prostuje ścieżki dla bolszewii, bo trzeba najpierw rozpętać w imię wolności, by móc potem spętać na amen.

    Natomiast co do odmiany rzeczowników, to wydaje mi się, że po polsku zawsze mówiło się w dopełniaczu liczby mnogiej „idej”. A już jak się tam teraz mówi, to nie mnie osądzać. Jeżeli pozwolisz, to pozostanę przy starej, dobrej odmianie i przy tej starej, lepszej polszczyźnie, która w takim jest dziś pohańbieniu.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja