III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Powstanie Pugaczowa

Wielką zaletą książki Catherine Belton o ludziach Putina, jest ilość jej rozmówców.  Znamy dzięki niej np. wyznania hiszpańskiego kagiebisty, Felipe Turovera (por. część II-IV), Władymira Miłowa, byłego ministra i partnera Timczenki, i wielu innych zaangażowanych intymnie w wydarzenia.  Na ogół nie można ufać tym wypowiedziom, ale ciekawe jest zarówno, co Turover (dla przykładu) ma do powiedzenia, jak to, co pomija milczeniem – jaki konkretnie obraz pragnie przedstawić w dowolnym momencie.  Rozmówcy Belton, to niekiedy ludzie zastraszeni, którzy wolą pozostać w cieniu, a w innych wypadkach, aż zbytnio skorzy do wyznań.  Do pewnego stopnia, i jedno, i drugie może podważać wartość ich świadectwa.  Łatwo sobie wyobrazić, jakie jest pole dla manipulacji anonimowych rozmówców (a niektórzy z nich byli także aktywnymi aktorami wydarzeń), w celu przemycenia przesłania niezupełnie zgodnego z prawdą, a za to w całości podsuniętego przez ludzi Putina. 

Jednym z jej naczelnych informatorów jest Sergiej Pugaczow, stosunkowo mało znany sowiecki finansista, jeden z niewielu, którzy zdołali zachować wysoką pozycję zdobytą w czasach panowania Jelcyna i nie postradali wpływów za Putina. (por. części III i IV) Ten z kolei jest winien koloryzowania swoich przeżyć i ma tendencję do przedstawiania siebie samego jako najważniejszej éminence grise na Kremlu.  Pugaczow uważa, że to jemu zawdzięcza Putin wyniesienie na tron (proszę o wybaczenie, ale tak to się mówi wśród czekistów).  W swoim mniemaniu, był jedynym głosem rozsądku na Kremlu, ale nie zdołał powstrzymać napływu „fali tsunami kagiebowskich wpływów”.  Był nadal przydatny dla wykonywania delikatnych poruczeń, np. zorganizowania wyprawy wędkarskiej nad Jenisiejem dla księcia Alberta z Monaco i Putina.  To wtedy właśnie, Putin po raz pierwszy pozował do zdjęć bez koszuli i z wędką w ręku.

Pugaczow posłusznie finansował z własnej kieszeni cokolwiek mu kazano, ale nie różnił się w tym względzie od całej kasty putinowskich nababów.  W 2008 roku, gdy chmury zbierały się nad zachodnim systemem bankowym i coraz trudniej było o żywą gotówkę; gdy oligarchowie zadłużeni byli po uszy w bankach, które raptem domagały się zwrotu kredytów, a już wkrótce miały potrzebować zapomóg od własnych rządów, by zażegnać groźbę bankructwa, Pugaczow został grzecznie poproszony o pół miliarda dolarów w gotówce, jako pożyczkę dla Arkadija Rotenberga, druha Wołodii z dzieciństwa.  Rotenberg był nikim, ale był potrzebny Putinowi, więc Pugaczow usłużnie sfinansował rozwój jego banku, lekką rączką dając mu 500 milionów.  Za te pieniądze, Rotenberg zakupił za bezcen firmy konstrukcyjne od Gazprom, po czym tenże Gazprom, zaoferował mu multi-miliardowy kontrakt na budowę rurociągu gazowego na dnie Bałtyku do Niemiec – osławionego Nord Stream.  Jego firma, Strojgazmontaż, stała się największym wykonawcą inwestycji Gazpromu; dla przykładu, w 2011 roku otrzymała szóstą część $53-miliardowego budżetu inwestycyjnego gazowego giganta.

Nie muszę dodawać, że Pugaczow nie zobaczył ani jednej kopiejki ze swojej pożyczki dla Rotenberga.  Wręcz odwrotnie, zwiększone zadłużenie jego banku zostało wykorzystane dla przejęcia przez państwo jego udziałów w stoczniach i kopalniach.  Stocznie zostały mu odebrane wedle wzorców sprawdzonych na Chodorkowskim i Jukos.  Poddano go represjom.  Nie, nie bito go na Łubiance, ani zesłano do łagru, ale odebrano biedakowi pałac na Placu Czerwonym.  On sam przypisywał swój upadek interesującemu faktowi (do którego powrócę za chwilę), że kgb nagrywała jego nieostrożne i lekceważące wypowiedzi, uchybiające godności wielkiego prezydenta.  I tak, człowiek odpowiedzialny za usadzenie Putina na tronie, musiał zmykać z putinowskiej Rosji, by tułać się na emigracyjnym bruku, a ściślej: do biura w najdroższej dzielnicy Londynu i do willi na Lazurowym Wybrzeżu.  Kreml nie posłał płatnych zabójców do Londynu, ale ścigał go poprzez brytyjskie sądy.

Szczegóły jego egotyzmu są mało interesujące, ale w pewnym momencie, już po ucieczce z Moskwy, pod naciskiem londyńskich prawników, działających na zlecenie Kremla, Pugaczow postanowił zbiec ze Zjednoczonego Królestwa do Francji w zdumionym przekonaniu, że brytyjski system prawny jest przedłużeniem sowieckiego.  I tu Belton zaczyna mówić rzeczy, w które trudno uwierzyć.

Detektywi pracujący na zlecenie prawników Kremla dokonali rewizji w biurze Pugaczowa na Knightsbridge, wykonując nakaz sądu wydany po jego zniknięciu.  Wśród dokumentów znaleziono dyski zewnętrzne (disc drives).  Na jednym z nich były nagrania: rosyjskie służby bezpieczeństwa nagrywały potajemnie wszystkie spotkania w jego moskiewskim biurze od końca lat 90.

Pięknie.  A w jaki sposób te dyski znalazły się w posiadaniu podsłuchiwanego?  Domyślam się, że oskarżony zostanę o doszukiwanie się spisków w najprostszej sytuacji, ale albo Belton się myli, albo jest niesłychanie naiwna i połknęła coś, co jej podsunięto.  Jeżeli kgb nagrywało Pugaczowa od prawie ćwierć wieku, po czym pokornie oddało mu nagrania, to Pugaczow jest bardziej ich człowiekiem, niż chce się przyznać.  Najprawdopodobniej jednak nagrań dokonywał sam Pugaczow, ale stydno stało malczyku wobec jego zachodniej słuchaczki, że nagrywał potajemnie wszystkich swoich znajomych, więc wymyślił bajeczkę, a ona powtarza ją z policzkami pałającymi ekscytacją i bez krztyny krytycyzmu.  Co gorsza, to właśnie owe tajne nagrania miały być przyczyną braku zaufania do Pugaczowa, który rzekomo w swych prywatnych rozmowach „nie wykazywał wystarczająco wiele szacunku dla prezydenta”, w co trudno uwierzyć, jeżeli to on sam dokonywał nagrań.  Może raczej brak zaufania brał się w pierwszym rzędzie stąd, że nagrywał swoje prywatne rozmowy?

Ale wróćmy jeszcze do londyńskiej rewizji.  Jakże to?  Prywatni detektywi dokonywać mieli rewizji w prywatnym biurze z polecenia brytyjskiego sądu?  Jeśli to jest prawda, to rzeczywiście mieszkam w Łondongradzie, ale wydaje mi się to mało prawdopodobne.  Gwoli ścisłości i pełni obrazu dodam, że zadałem Catherine Belton pytania w obu kwestiach, ale nie raczyła odpowiedzieć (czego nie biorę jej za złe).

Pugaczow był „zdegustowany” swymi byłymi przyjaciółmi i ich nawykami sowieckich nuworyszów.  Opowiadał Belton, jak bardzo zaambarasowany jest sąsiedztwem Abramowicza, Deripaski i tylu innych oligarchów na Knightsbridge.  Opisywał tych ludzi – czyli całą wierchuszkę sowiecką ostatnich 30 lat, czasów Jelcyna i Putina – jako „mutantów”:

Są mieszaniną homo sovieticus z dzikimi kapitalistami ostatnich 20 lat.  Nakradli dość, żeby nabić sobie kieszenie.  Ich rodziny mieszkają gdzieś w Londynie.  Ale kiedy mówią, że muszą zniszczyć kogoś w imię patriotyzmu, mówią to szczerze.  Tylko że, jeśli wezmą na cel Londyn, to najpierw wywiozą swoje rodziny.

Ludzie Putina są miliarderami, choć nie przestają „pracować dla państwa”.  Dostali w prezencie ogromne latyfundia, obojętne czy jako właściciele akcji, czy tylko dyrektorzy firm, i za te pieniądze – służą.  Sieczin zarabia ponoć 17,5 miliona dolarów rocznie, jako dyrektor państwowej firmy naftowej, której produkcja spada.  Gienadij Timczenko jest wart 20 miliardów dolarów.  Matthias Warnig, agent „Artur”, stary towarzysz broni ze stasi, jest dyrektorem spółki Nord Stream.  Roman Abramowicz jest wart 19 miliardów, a Martin Schlaff, agent „Landgraf” – 8 miliardów euro.  Arkadij Rotenberg jest płotką w tym towarzystwie, ma tylko trzy miliardy dolarów.

Większość z nich ma czekistowskie korzenie – z tego, między innymi, powodu, Pugaczow w końcu musiał polecieć.  Nigdy mu do końca nie ufano, ale nie dlatego że nagrywał znajomych – po prostu nie był jednym z nich, nigdy nie należał do sitwy.  Książka Belton ma w zamierzeniu autorki opisać, w jaki sposób „głębokie państwo kgb wyszło na wyżyny niekwestionowanej władzy”.  Jej zdaniem, mentalność kagiebisty uformowana została przez zimną wojnę, nic więc dziwnego, że ludzie Putina powracają do znanych sobie, sprawdzonych metod i do utartych dróg cichej wojny z Zachodem.  Przejęli pełną kontrolę nad gospodarką.  W rezultacie, powszechne stosowanie metod rejderstwa wobec każdego zyskownego interesu, uniemożliwia rozwój gospodarki i skazuje Rosję na stagnację, ale po kilkunastu latach u władzy, nie można już chyba było mieć wątpliwości, że ich cele są inne niż dobrobyt mieszkańców.

Na Zachodzie bez zmian

Londyńska City i nowojorska Wall Street były kolektywnie przekonane, że pracują od ćwierć wieku na rzecz „integracji Rosji i Chin w międzynarodowy system handlu, finansów i wzajemnego bezpieczeństwa”.  Widzieliśmy już, jak to wyglądało w praktyce w wypadku chrlu, i Putin także miał ich rozczarować na każdym froncie.  W pierwszym rzędzie, nie dał im dostępu do gospodarki Rosji; po czym, w łańcuchu skomplikowanych manewrów, użył wolności handlu dla zdezawuowania i skompromitowania całości globalnego systemu gospodarczego, a wolnego przepływu kapitału dla tajnego finansowania własnych projektów.  Jedyne do czego City i Wall Street otrzymały wolny dostęp, to piękne diewuszki, co „nie certolą się na marne”, i strumienie szampana.  Celem operacji nie była żadna integracja, celem był atak na Zachód.

Belton jest zdania, że awantury w Gruzji i na Ukrainie były taktyczną koniecznością wobec narastającej stagnacji gospodarczej, gdyż najłatwiej odwrócić uwagę ludności od wewnętrznych kłopotów, wzywając do zjednoczenia pod wielkoruskim sztandarem.  A ja sądzę, że owszem, ich celem było odwrócenie uwagi, ale nie własnej, zsowietyzowanej ludności, tylko uwagi Zachodu od innych działań.  Atakując Ukrainę i anektując Krym, Putin potwierdzał ogólnie przyjętą koncepcję, że nie kontrolował dotąd tych ziem, że Ukraina jest w jakikolwiek sposób „niezależna”, że jest cierniem w jego boku.  W oczach obserwatorów takich jak JR Nyquist, konflikt z Ukrainą był funkcją jej niezależności, gdy w rzeczywistości był konsekwencją innych względów.  Putin nie musi „odzyskiwać Ukrainy”, bo ma ją w garści.  Nie będę się więc zatrzymywał nad wydarzeniami na Majdanie w Kijowie, gdyż wydają mi się oczywistą prowokacją.  Generalnie rzecz biorąc, wysyła się snajperów przeciw tłumom tylko po to, by te tłumy rozsierdzić, mając z góry ukartowany plan na długo przed zajściami w rodzaju ucieczki Janukowicza, oraz mając na miejscu wystarczająco wielu popleczników w szeregach Berkuta, ukraińskich służb specjalnych.

Nie wolno jednak oskarżać Belton, że zamyka oczy na rzeczywistość:

Wydaje się, że Rosja od dawna przygotowywała się na różne możliwości.  Jeżeli rewanż był w jakikolwiek sposób zaplanowany, to podwaliny zostały położone przed laty – w dniach, gdy KGB po cichu układało plany przetrwania poprzez zachowanie sieci przyjaznych firm na Zachodzie i wysysanie pieniędzy w ostatnich latach przez upadkiem Sowietów.  Proces został wzmożony, kiedy Putin objął urząd prezydenta, umożliwiając przez to kagiebistom przejęcie strategicznych źródeł gotówki, poczynając od Jukos i rozciągając kontrolę na resztę gospodarki.

Mógłbym się pod tym podpisać, dlaczego więc niektórzy, a wśród nich Catherine Belton, utrzymują, że komunizm upadł?  „Gospodarka rynkowa w Rosji jest symulacją”, pisze Belton, ale czy wyciąga z tego wnioski?  To był fortel, pułapka, w którą Zachód dał się złapać nie po raz pierwszy i, obawiam się, nie po raz ostatni.

Podczas gdy Jakunin i Kowalczuk, sąsiedzi Putina z dacznej kooperatywy Oziero, liczyli pieniądze w miliardach dolarów, a amerykańskie sankcje, skierowane przeciw nim osobiście, uważali (i uważają nadal) za wielkie wyróżnienie i odznakę honoru, to jednocześnie rząd Camerona w Londynie argumentował, że sankcje nie mogą pójść zbyt daleko, że nie można zamknąć City dla „przepływu rosyjskich pieniędzy”.  Wielkie firmy prawnicze obawiały się utraty kontraktów od sowieckich możnowładców, a rząd Merkel udzielał wiz ludziom pokroju Jakunina, pomimo amerykańskich sankcji.  Czarna forsa korumpuje.  Deprawuje tych, którzy nią operują, ale kazi zepsuciem także tych, którzy tylko biorą udział w jej przepływie.

Wspominałem już o „lustrzanych transakcjach”. (por. część XII, a także artykuł o aferze)  Były na pozór pozbawione ekonomicznego sensu.  Różne „osoby prawne” działały jako sprzedawcy i kupcy akcji, ale w rzeczywistości te same osoby ludzkie stały za różnymi fasadami, jako dyrektorzy, właściciele lub beneficjenci.  Co najmniej tuzin różnych „frontonów” użyto w celu wymiany rubli na dolary, gdy teoretycznie można było je po prostu wymienić na rynkach walutowych i nie zawracać głowy.  Lustrzane transakcje pozwalały jednak na zniknięcie pieniędzy.  Nie wiadomo, ile pieniędzy wywieziono w ten sposób, ale mówimy o dziesiątkach miliardów w dolarach, funtach i euro, które przepłynęły z jednego moskiewskiego oddziału Deutsche do oddziału tego samego banku w Londynie.  Późniejsze dochodzenia znalazły ślad wielu tysięcy transakcji, które całkowicie uszły uwagi sieci nadzorczej systemu bankowego (choć, podkreślam raz jeszcze, nie były nielegalne).

Deutsche miało specjalną pozycję w Moskwie, co nie zmienia faktu, że podobne transakcje zaproponowano instytucji najbardziej sławnej z cynizmu i finansowego immoralizmu, Goldman Sachs, ale ich ludzie odmówili.  Niezwykła pozycja DB jest warta większej uwagi.  Moskiewski oddział banku był przez lata w rękach amerykańskiego bankiera, Charlie Ryana, a później jego przyjaciela, Igora Łojewskiego.  Ryan poznał Putina jeszcze w Leningradzie, a Łojewski miał związki z kgb już w latach 80.  Lustrzane transakcje, przypomnijmy, nie są nielegalne jako takie, ale łamały sowieckie prawo, regulujące wywóz kapitałów.  Nadgorliwy sędzia śledczy w końcu zainteresował się nimi, a wtedy znalazł się kozioł ofiarny, Tim Wiswell, Amerykanin w Moskwie.  A jednak Wiswell nie gnije dziś w więzieniu; pomimo oskarżeń o łapownictwo, nie marznie na Kołymie.  Przeciwnie, uleciał prywatnym samolotem ku ciepłym krajom, do Indonezji, gdzie ponoć mieszka w Bali wraz z żoną i dziećmi.  Widziano go, jak śmigał na nartach w Japonii, na wystawie sztuki we Florencji, na jachcie we Francji. [1]

Na Zachodzie bez zmian.  Wystarczy pomachać im przed nosem plikiem banknotów, a ustawiają się w kolejce do robienia interesów z sowietami, w kolejce po zakup sznura.  A jak jest na Wschodzie Europy?

Pranie z sędziami w Mołdawii

Spośród dziesiątek sowieckich machlojek, znamy zaledwie kilka.  Jedną z tych, która wyszła na jaw, była tzw. mołdawska pralnia.  Zakładano puste skorupy firm (shell companies) w Wielkiej Brytanii, które następnie udzielały sobie wzajemnie kredytów.  Pożyczki były poręczane przez autentyczne przedsiębiorstwa w sowietach, w większości związane z rosyjskimi kolejami państwowymi, których szefem był Jakunin, znany nam członek dacznej kooperatywy.  Następnie jedna z tych fasadowych firm przestawała płacić odsetki od swoich długów, a wówczas któryś z nominalnych właścicieli firmy-kredytodawcy, zazwyczaj obywatel Mołdawii, wnosił skargę do sądu mołdawskiego z żądaniem, by firma gwarantująca uregulowała dług – i stąd nazwa szachrajstwa.  Wystarczał jeden pozew z Kiszyniowa, ażeby praworządna sowiecka korporacja, bez targowania się, bezzwłocznie i bez odwołań do wyższych instancji, potulnie wypłacała miliony funtów do banku w Kiszyniowie, skąd pieniądze były przelewane do Trasta Komercbanka w Rydze, po czym rozpływały się w eterze, a dokładniej w 92 różnych krajach o słabym nadzorze nad bankowością.

Okazuje się, że Ryga ma reputację stolicy prania pieniędzy wewnątrz niuni europejskiej, co z kolei utrudnia Łotyszom znalezienie zachodnich banków do współpracy (wedle międzynarodowych norm dla uniknięcia korupcji, transakcje między bankami rozliczane być muszą przez trzeci bank).  Tylko dwa banki zgodziły się spełnić tę rolę dla Trasta Komercbanka, oba z Niemiec, Commerzbank i Deutsche.  Nie po raz pierwszy w tej historii pojawia się Deutsche Bank i jak zwykle działa na korzyść sowieciarni.  Przy okazji, wyprzedzę wypadki i dodam, że Trasta został zamknięty w 2016 roku, odebrano mu licencję bankową, za nadużycia i pranie pieniędzy na przemysłową skalę, ale pod koniec 2019 roku, majestatycznie ochrzczony Trybunał Sprawiedliwości niuni, odwołał tę decyzję. [2]

Kiedy mołdawskie organy ścigania wykryły aferę, to natknęły się na wrogi mur milczenia z Rosji.  Fsb nie zamierzało poszukiwać państwowych pieniędzy skradzionych poprzez sądy w Kiszyniowie.  Gdy mołdawski sędzia śledczy przyjechał do Moskwy – został aresztowany.

Czy jest możliwe, by w kraju, w którym Kreml i kgb otwarcie i oficjalnie kontrolują każdy przejaw działalności gospodarczej, takie masy pieniędzy były wywożone zagranicę, bez zezwolenia kogoś na górze?  Nie jest możliwe.  Operacje na taką skalę, jak lustrzane transakcje i mołdawska pralnia, musiały być nadzorowane przez kagiebistów.  Te dwie afery wyszły na jaw, ale jest więcej niż możliwe, że podobnych przekrętów było znacznie więcej, tylko nikt ich nigdy nie wykrył.

Jeden nieszczęśnik stanął przed sądem w Moskwie.  Aleksy Kulikow dostał 9 lat, ale wskazał na Iwana Miazina jako twórcę i pomysłodawcę zarówno lustrzanych transakcji jak i mołdawskiej pralni.  Miazin został zidentyfikowany jako doradca Wiaczesława Iwankowa, znanego lepiej pod pseudonimem „Japończyk”.  Iwankow był w latach 90. szefem nowojorskiej gałęzi sowieckiego gangu Sołncewskaja.  FBI uważało go za najgroźniejszego pośród rosyjskich gangsterów.  W więzieniu w Ameryce poznał Żenię Dwoskina, bandytę z Brighton Beach, o którym jeszcze usłyszymy.  Deportowany do sowietów, został zastrzelony w biały dzień na ulicy w Moskwie w 2009 roku.  Dwoskin natomiast, stał się szarą eminencją za czarną forsą kagiebistów, pod protekcją generała Iwana Tkaczowa, szefa dyrektoriatu K w fsb – departamentu odpowiedzialnego za zwalczanie przestępstw gospodarczych.

Belton opisuje jeszcze inne afery, w których pieniądze ulatniały się poprzez Estonię, Danię i Austrię.  Ludzie, próbujący je ujawnić – Kozłow, Piereplicznyj i najbardziej znany, Magnicki – zginęli.  Jeden z anonimowych rozmówców Belton konkludował:

Nie można oglądać tego samego serialu telewizyjnego w kółko.  Jedna kombinacja się skończyła, zastępuje się ją inną.

Na każdy odkryty miliard dolarów wysłanych potajemnie na Zachód, przypada kolejnych kilka miliardów, o których nic nie wiadomo.  Miazin lubi być ostentacyjny i przyciąga uwagę, ale podobne machlojki przygotowali także inni ludzie, którzy wolą operować w cieniu i nie lubią skupiać na sobie uwagi.  Ludzie, którzy planują i organizują swoje operacje z militarną precyzją.

Wspólnym mianownikiem tych kombinacji, które wyszły na jaw, jest używanie niemieckiego banku Deutsche.  Wiemy także, że jakąś rolę w tych przepychankach odegrał Andriej Kostin, były „dyplomata” sowiecki, w ambasadzie w Londynie.  W latach 90. został szefem Wniesztorgbanku (WTB), państwowego banku z jawnymi powiązaniami z kgb.  Pod jego przewodem bank rozrósł się niepomiernie, choć Kostin nie ma pojęcia o bankowości.  Przy pomocy państwowych kredytów, przejął sowieckie banki w Londynie (Narodnyj) i w Paryżu (Eurobank).  W 2007 Charlie Ryan zatrudnił u siebie syna Kostina i nagle zyski moskiewskiego oddziału Deutsche Bank poszły w setki milionów dolarów, przy czym duża część transakcji pochodziła od WTB.  Inne zachodnie banki w Moskwie próbowały konkurować, oferując lepsze warunki niż Deutsche, ale nikt nie mógł dostać kontraktów z WTB.  Syn Nikołaja Patruszewa, byłego zwierzchnika Putina i szefa fsb, Dymitr Patruszew, w rok po ukończeniu akademii fsb, otrzymał posadę w WTB w 2007.  Denis Bortnikow jest synem następcy Patruszewa w fsb, Aleksandra Bortnikowa.  W tymże 2007 roku został wiceprezesem WTB na północno-zachodnią Rosję.

Będziemy musieli prześledzić, co się dalej działo z pieniędzmi z takim trudem wywiezionymi z kwitnącej Rosji.  A to dlatego, że choć Aleksy Nawalny ma rację w szczegółach swojego filmiku o wielkim pałacu na wybrzeżu Morza Czarnego, ma słuszność, gdy mówi o grabieży na masową skalę, to jednak, kładąc nacisk na powszechność korupcji, przesłania prawdziwy cel stworzenia obszczaka.  Putin nie jest Imperatorem Wszechrosji, carowie nie używali gangsterskich metod i nie potrzebowali czarnej forsy.  Reżym putinowski nie jest kleptokracją.  Jest czymś znacznie groźniejszym.

________

  1. Afera lustrzanych transakcji nie przestaje fascynować, gdyż, jak sądzę, tak zupełnie przekracza normalne w takich wypadkach kryteria chciwości i zysku: https://www.newyorker.com/news/news-desk/the-fincen-files-shed-new-light-on-a-scandalous-episode-at-deutsche-bank
  2. Więcej o skandalu i zamknięciu ryskiego banku: https://eng.lsm.lv/article/economy/economy/1m-frozen-over-money-laundering-through-trasta-komercbanka.a310478/ oraz o jego ponownym otwarciu, po interwencji niuniowego Trybunału: https://www.reuters.com/article/eu-court-latvia-banks/update-1-latvian-bank-trasta-wins-closure-review-in-eu-court-ruling-idUSL8N27M1T8


Prześlij znajomemu

11 Komentarz(e/y) do “Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część XV”

  1. 1 Andrzej

    Panie Michale,

    Dotąd Powstanie Pugaczowa kojarzyło mi się z Kozakami dońskimi. Tymczasem dzisiaj to raczej „murzyn zrobił swoje…”. Cóż, jakie czasy taki i Pugaczow.

    Poważnie zastanawiam się nad tym, jaką rolę spełniają w tej strategii „byłe demoludy”. Pisze Pan o Mołdawii, Łotwie, Estonii. O „pralniach”, bankach specjalnego przeznaczenia (jeszcze niecałą dekadę temu na Litwie były takie dwa: Snoras i Ūkio Bankas), czy innych „inwestycjach” (np. energetyka). Nazwiska takie jak Edgar Savisaar, Viktoras Uspaskichas (Wiktor Uspasskich), Rolandas Paksas czy Juris Savickis są tam tylko jednymi z wielu symboli stałej sowieckiej obecności. O ile jednak kraje bałtyckie wydają się być czymś w rodzaju śluzy łączącej sowietów bezpośrednio z Zachodem (w tym kontekście termin „bliska zagranica” nabiera trochę innego znaczenia niż zwykle kojarzone), to jaką rolę odgrywają „byłe demoludy” (szeroko pojęte, z „byłą Jugosławią” i Albanią)? Czy nie wydaje się ona Panu być bardziej rozbudowana?

    Jedną z pierwszych wydanych książek Wydawnictwa Podziemnego, była publicystyka wspomnianego przez Pana JR Nyquista zatytułowana „Koń Trojański. Komunizm w obozie wroga”, w której autor opisuje działania „Rosji” przeciwko Zachodowi (zasadniczo przeciw USA). Wydaje mi się, że Nyquist już wtedy przedstawiał „upadek komunizmu” wyłącznie w optyce narodowej i jego postrzeganie Litwy, Ukrainy czy „byłych demoludów” jest tego logiczną konsekwencją. Zdawał sobie sprawę, że cele komunizmu są ponadnarodowe, lecz nie chciał przedstawiać zagrożenia w ten sposób. Być może się mylę, Pan i Darek dyskutowaliście z Nyquistem więc zapewne dużo lepiej ode mnie możecie to ocenić. Czy, paradoksalnie, tytuł którego użył JR Nyquist nie jest jednak bardzo trafny? Właśnie w odniesieniu do „byłych demoludów”? Czy wiadomo Panu coś o „demoludowych obszczakach”? Logika podpowiada mi, że powinny istnieć. Być może nie w tej formie co sowiecka, bardziej rozproszonej i niejawnej jak faktyczna władza w „byłych demoludach”. A może są to już aktywa „wspólnego europejskiego domu”?

    Dawne struktury polityczne, finansowe i militarne Europy Zachodniej (umownie), są dziś już z „byłymi demoludami” scalone, „zachodni” uczestnicy tych struktur są częścią „wspólnego europejskiego domu”, a nawet, uwzględniając gwałtowny rozwój bolszewizmu tamże, tworzącymi go „przodownikami”. Afery z działalnością na rzecz „obszczaków” prowadzoną przez Deutsche Bank, Commerzbank czy Raiffesen Bank to tylko najbardziej znane przykłady zjednoczenia Europy Zachodniej z „upadłym komunizmem”. Konwergencja się dokonała, jej zasięg jest pełny.

  2. 2 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Jakie czasy, taki Pugaczow – dobrze powiedziane. Musiałem to sprawdzić, na wszelki wypadek, ale Jemielian nie był znad Donu. Był uralskim Kozakiem, z tzw. Jajckoje Kazaczyje Wojsko. Jest to oczywiście drobiazg, który podaję wyłącznie dla uściślenia.

    Obawiam się, że nie wiem wiele na temat udziału demoludów w tej strategii. Nazwiska przez Pana podane, są mi obce, ale wydaje mi się oczywiste, że ta sama strategia podziału obowiązków jest stosowana dzisiaj, podobnie jak 40 lat temu. Wówczas Czesi robili materiały wybuchowe, Bułgarzy byli od komputerów, a Polacy od zabawiania arabskich terrorystów (względnie pogardliwe zadanie dla wojowniczego narodu, choć to raczej Polki zabawiały tych badytów). I dziś zapewne jest podobnie, ale chętnie się dowiem więcej na ten temat.

    Podobnie nie wiem nic o osobnych obszczakach w demoludach. Tu jednak zawadzałaby potencjalnie kwestia kontroli. Obszczak z definicji, jest trudny do kontrolowania, więc opiera się na kombinacji podejrzliwego zaufania, z przymykaniem oka na nadużycia do czasu, gdy wygodniej jest uderzyć w złodzieja, niż znosić dalej kradzieże. Nawiasem mówiąc, być może taki jest sens ataku Nawalnego na złodzieja-Putina? Kradł i kradł, ale w końcu co za dużo, to nie jest dobre dla zdrowia. Ale to tylko PS do dyskusji pod poprzednią częścią. Osobny obszczak w demoludach byłby więc zbyt daleko poza kontrolą, a przez to jest wątpliwy. Bardziej prawdopodobne, że zaufani agenci z demoludów dopuszczani są do czarnej forsy już na Zachodzie.

    Szczerze mówiąc, nie wiem, jakie jest stanowisko Nyquista. Próbowaliśmy wówczas się dowiedzieć, ale to tylko prowadziło do zadrażnień. Pamiętam, że Sonia w pewnym momencie dyskusji, bardzo trafnie wyłożyła mu, że JRN nie rozumie różnicy między nacjonalizmem i patriotyzmem, absurdalnie je utożsamiając, ale to tylko go obraziło.

    Tytuł książki, który chyba pochodził od Darka, jest oczywiście bardzo trafny. Koń trojański, to w pierwszym rzędzie lewica na Zachodzie, potem agenci wpływów sowieckich, a wreszcie demoludy. Ciekawa w tym względzie wydaje się nieograniczona sympatia, jaką cieszą się na Zachodzie kraje bałtyckie.

    Ma Pan rację co do konwergencji, a jednak – nie, żebym był bezbożnym optymistą, Panie Andrzeju – Deutsche ma ogromne kłopoty, głównie finansowe, jest na ostatnich nogach, a to dlatego, że ich udział w takiej masie afer, o czym będzie mowa w dalszych częściach, całkowicie ich skompromitował.

  3. 3 Andrzej

    Panie Michale,

    Bardzo możliwe, że Nawalny jest maszynistą trzeciego eszelonu (zbieraczy plonów?). Coś jest na rzeczy. Od Sankt Petersburga do Władywostoku organizowane są kolejne manifestacje na które nagle przychodzą tłumy zsowietyzowanej ludności kraju. Najbliższe już w niedzielę, ustalone są konkretne miejsca i terminy, podawane namiary na „media społecznościowe” – w tym na Facebooku (dostanie się Amerykanom za „mieszanie”). Nie niedoceniałbym formy prześmiewczej w rzeczonym filmie. To zawsze skutkowało w sowietach. Nie można było krytykować wprost, więc każdy wyśmiewał. Radio Erewań miało wielomilionową liczbę odbiorców. Nawalny dał też do zrozumienia, że wie co nieco o Putinie i jego towarzyszach. Najwięcej o Putinie wiedzą zaś jego mocodawcy, więc zobaczymy.

    Z tego co wiem 40 lat temu peerel miał całkiem dobrze rozbudowany wywiad gospodarczy, który specjalizował się w operacjach finansowych na Zachodzie. „Know-how” to bardzo przydatny kapitał.

    Sympatia do krajów bałtyckich wcale mnie nie dziwi (sam mam jej wiele, wobec faktu jak odważnie narody te usiłowały bronić się po drugiej aneksji sowieckiej). Przygnębiająca jest jednak bezkrytyczna sympatia do „post”-sowieckich tworów jakie pozostały po krajach bałtyckich.

  4. 4 michał

    Panie Andrzeju,

    Do pewnego stopnia ma Pan rację z tą sympatią dla Bałtyki. Ja też mam wiele ciepłych uczuć dla tych maleńkich narodów, ale jednak odstręcza mnie ich skrajny nacjonalizm. Zmienianie ludziom pisowni ich nazwisk, narzucanie pisowni i wymowy imion, jak choćby Witolda, który różnie się nazywał, ale raczej nie Vytautas, to jest obrzydliwe. Co rzekłszy, skąd ta sympatia na Zachodzie? Oni ledwo wiedzą, gdzie te kraje leżą, ale mają do nich nieuzasadnioną „sympatię”.

    Jakoś trudno mi uwierzyć w ten rozbudowany wywiad gospodarczy prlu. Czytałem wiele o Goleniewskim, który go rzekomo rozpoczynał – to była amatorszczyzna. Ale może się rozwinęło później. W takim razie co ukradły te prlowskie szpiony? Przepis na kartoflankę i roztrzepaniec z kaszą? O ile się nie mylę, najważniejszym przedmiotem zainteresowania sowieckich wywiadów była elektronika, a tu dominowali enerdowcy i Bułgarzy, obok samych sowieciarzy. Jeżeli prlowcy zbudowali finansowy wywiad, to co ukradli?

    Nawalny jest na pewno wart dalszej obserwacji. I tymczasowego zawieszenia sądu do czasu, aż będziemy więcej wiedzieć.

    To przekonujące, co Pan mówi o wyśmiewaniu. Z drugiej strony jednak, co innego kawały opowiadane znajomym, a co innego, jeżeli wyśmiewają putinowską szczotkę klozetową powszechnie. A tak podobno jest, ale oczywiście nie mam sposobu sprawdzić czy to prawda. Kiedy kilka dni temu, po raz pierwszy spojrzałem na film Nawalnego, to oglądało go już 70 milionów ludzi, przed chwilą liczba przekroczyła 100 milionów. Nawet jeżeli tylko jeden na stu obejrzał film w całości, nawet jeśli większość widzów jest poza Rosją, to nadal są niezwykłe liczby. Masa. A masą łatwo manipulować.

  5. 5 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    „Koń trojański” Jeffa to zbiór klasycznie antykomunistycznych tekstów, w mojej ocenie godnych polecenia. Podczas tłumaczenia, a i wcześniej, jeszcze w latach 90., nie dostrzegałem w nich nacjonalistycznego ukąszenia. Tytuł zbioru rzeczywiście jest mój, ale pochodzi wprost od dwóch tekstów autora.

    Jeff zmienił swoją ocenę sytuacji politycznej w Europie Wschodniej znacznie później. I nie bez przyczyny. Dostrzegł mianowicie zmianę retoryki politycznej u części pierestrojkowych aktywistów w typie braci Kaczyńskich – nagle stali się w jego oczach antykomunistami. Gdyby się był zastanowił, skąd u ludzi wspierających przez 15 lat „transformację ustrojową” peerelu taka odmiana, dotarłby być może sam do istoty tej przezabawnej anegdoty, którą za chwilę przeczytasz.

    Bo, antykomunizm tych odrażających typów wziął się z prostej kalkulacji politycznej, wykorzystania gigantycznej rzeszy politycznych malkontentów, potencjalnych antykomunistów. Być może inspirowali się także rzadkim wówczas antykomunistycznym słowem. W 2001 roku, gdy nominalnie ukazała się Fatalna fikcja, takich tekstów nie było. Czy wszyscy oni mieli ff w rękach, wątpię, ale niektórzy z nich – z absolutną pewnością tak. Jeff był jednym z kilkunastu autorów, od których czerpałem informacje, podając stosowne internetowe adresy. Dotarcie do oryginalnych tekstów Nyquista nie stanowiło problemu. Czy go czytano nie wiem. Ale jeśli…

    Znaczyłoby – Jeff inspirował kanalie, które poprzez radykalną przemianę własnej retoryki, wypaczyli polityczną percepcję samego Nyquista.

    Czy nie zabawne? Paść ofiarą fikcji wyklutej na kanwie własnych ideowych dociekań? Czy to nie „wraża pieczeń” powracająca jak bumerang, ciosem w czoło?

  6. 6 Andrzej

    Panie Michale,

    Mogli kraść wiedzę. Napisałem „z tego co wiem” ale w istocie wiem nie tak wiele. Jakiś FOZZ, jakiś Przywieczerski, Olechowski, Solorz-Żak i tym podobni „ojcowie założyciele” nowego, wspaniałego peerelu, Wiedeń, Szwajcaria, Cypr i Luksemburg. Może to jednak tylko rozdmuchana bańka mająca przysłonić niemoc tutejszych „patriotów u władzy”. I pewnie we wszystkich demoludach tak było, że „ustawiali się” zawczasu. Dużo większe pole do popisu i swobodę działania mieli jednak jugosłowiańscy udbasze. Być może ktoś z komentatorów miałby więcej do powiedzenia w tym temacie. Z drugiej strony, sowieci z nieznanego powodu darzyli estymą te peerelowskie fajtłapy. Wydaje mi się, że goszczenie arabskich terrorystów nie było szczytem możliwości i ambicji polskich czekistów w ramach „braterskiej współpracy”.

    Szczotka klozetowa wysadzana brylantami! Jak to przemawia do wyobraźni mas ludowych…
    Może to jest właśnie sposób na stworzenie dziś w sowietach (gównianej) „sytuacji rewolucyjnej”.

  7. 7 michał

    Darek,

    Robię się coraz bardziej tępy na starość. Czy możesz jeszcze raz opowiedzieć tę anegdotę, bez owijania w bawełnę? Bo ja nie zrozumiałem, o co chodzi.

  8. 8 Andrzej

    Dzięki za wyjaśnienia Darku.

    Nazwałbym to też za Mackiewiczem, „drugim zwycięstwem prowokacji” – efektem w rodzaju „sprzężenia zwrotnego”. Amerykański antykomunista Nyquist zmienią swoją optykę w wyniku fałszerstwa rzekomego (a raczej domniemanego przez niego) antykomunizmu.

    O ile jednak Kaczyńscy nigdy nie byli antykomunistami i przyjęcie przez nich pseudo-antykomunistycznej postawy można było rozpoznać poznawszy ich rolę w okrągłostołowym spektaklu „upadku komunizmu w prl” (sam się jednak dałem na to nabrać przez pewien czas, na szczęście dość krótki jak na moje życie), co powiedzieć o zdeklarowanych antykomunistach, którzy w tamtym czasie „okrągły stół” chcieli obalać? Ich fałszerstwo ma dużo groźniejsze skutki bowiem obezwładniło wszystkich tych, którzy komunizm poznali dobrze na własnej skórze i byli gotowi go zwalczać.

  9. 9 michał

    Panie Andrzeju,

    Proszę wybaczyć, że sobie dworuję z osiągnięć prlowskiej sieci wywiadowczej. Może rzeczywiście byli wspaniałami złodziejami, lepszymi nawet niż Arsene Lupin, gentleman wamywacz. Ale jeśli tacy byli świetni, to co ukradli? Też słyszałem gdzieś o tym „financial know-how”…

    Dobrze, zastanówmy się. Co to jest ta wiedza? Jak handlować akcjami? Jak analizować działalność gospodarczą? Jak czytać raporty firm? Jak odróżnić obligacje od udziałów? Jak zbudować fasadowe przedsiębiorstwo? Jak złożyć podanie o pożyczkę? To się składa na „financial know-how”. To nie jest wiedza tajemna. To nie jest czarna magia. O tym można przeczytać, to można studiować (tylko po co?), tego można się nauczyć, obserwując codzienną pratkykę rynku.

    Ale jak ukraść dzięki sprawności wywiadu gospodarczego? Czy to znaczy, że prlowski szpieg szedł do czytelni publicznej, wypożyczał książkę, by jej nigdy nie oddać, czyli ją ukradł? Czy może robił potajmne fotki każdej strony i przesyłał je ciupasem do centrali, bo odkrył, że „equities and bonds aren’t the same thing!…”, a książkę oddawał dla niepoznaki do czytelni, żeby nikt się nie poznał na jego diabolicznie sprytnym planie?

    Nie wątpię, że prlowscy czekiści mieli wyższe ambicje i może nawet ich obrażało, że mają zabawiać Arabusów, ale co robić, kiedy taki przyszedł nakaz z centrali?

  10. 10 amalryk

    Dla naszych, tubylczych szmaciaków możliwość dorwania się do dużych szemranych pieniędzy to spełnienie ich najskrytszych marzeń, z bolszewikami to inna sprawa. Te gigantyczne, brudne kapitały służą, jak widać, teraz do korumpowania „zachodnich kapitalistów” ot taki substytut leninowskiego „sznura”…

    Myślę że demoludowe wywiady pełniły co najwyżej rolę usługową wobec czekistowskiej centrali i nigdy nie miały grama samodzielności.

  11. 11 michał

    I mnie się tak zdaje, Panie Amalryku. Demoludowe wywiady spełniały rozkazy. Ale sądzę, że pytanie p. Andrzeja jest uzasadnione. Rozumiem je dwojako, jeśli chodzi o prlowski wywiad i dzisiejszą syutację.

    Po pierwsze, jaką konkretnie rolę usługową spełniał dawny prlowski wywiad? Bo obsługa potrzeb erotycznych arabskich terrorystów, to były żarty z mojej strony. To nie było zadaniem wywiadu. Sądzę, że muszą być jakieś publikacje na ten temat.

    Po drugie, jaką rolę odgrywają „byłe demoludy” w planach sowieckich teraz. Udział Mołdawii, Łotwy i Estonii (choć ściśle biorąc, to byłe respubliki), o którym piszę powyżej, jest znaczący. Wielką rolę grają nadal byli agenci stasi. Ważna jest rola Ukrainy. Sądzę, że nie inaczej jest w innych demoludach. Ale nie potrafię odpowiedzieć na pytanie p. Andrzeja, bo sam nic więcej nie wiem.

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.