III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




O faktach się nie dyskutuje

Żyjemy w czasach wojny informacyjnej, stanowczo stwierdza Pomerantsev, jak gdyby odkrywał nowe lądy.  Ku jego zgorszeniu, neo-naziści używają teraz metod Srdji Popovića i innych bojowników bliskich sercu Pieti (tylko nazywają to infokrieg, jak przystało „faszystom”).  Informacja stała się wyłącznie narzędziem, środkiem do osiągnięcia z góry określonych celów.  Kiedy informacja jest traktowana w taki sposób, to nie ma już mowy o jej wolnym przepływie, o debacie, o dociekaniu, najlepsze na co można liczyć, to niepewny „rozejm informacyjny” osiągnięty przez rozpoznanie wzajemnej „suwerenności informacyjnej”.  Nic dziwnego, że koncepcję tę propagują głównie Moskwa i Pekin.  Przykład zastosowania takiej „suwerenności” w praktyce, widzieliśmy już w działaniach Xinhua wobec agencyj Reutera i Bloomberga (por. część XI).  Jest to po prostu narzucanie własnej wersji rzeczywistości, dyktat cenzury i obrona roli cenzury.  Z drugiej jednak strony, wojna informacyjna jest tylko częścią większej całości, „hybrydowej” wojny, w której informacyjny atak może być preludium do ataku czołgów lub nie, może być uzupełnieniem wojny innymi środkami lub samym jądrem napaści.  Konsekwencją jest zamazanie granicy między stanem wojny i pokoju, co w konsekwencji oznacza permanentny stan wojny: jeżeli nie gorąca to – zimna.

Pomerantsev postrzega okres tzw. zimnej wojny (którą określa nie w sposób klasyczny, tj. do śmierci Stalina, ale wedle popularnych kryteriów czyli do „upadku komunizmu”), jako walkę między komunizmem i demokratycznym kapitalizmem, ale w jednym tylko aspekcie: kto zapewni lepszą przyszłość ludzkości?  Komunizm miał być ostatecznym wcieleniem oświeceniowego ideału, w którym wzrost gospodarczy był oparty na marksistowsko-leninowskich zasadach obiektywnych praw historycznych i racjonalnego planowania.  Nie wiem, co tu wziąć w cudzysłów, ponieważ to jest bełkot od początku do końca.  Wystarczyło kilka lat realnego socjalizmu, by nikt pod sowiecką władzą nie wierzył w ten nonsens (może oprócz politruków, ale z nimi też nie można mieć pewności).  A zatem, jeżeli taka była istota sporu, to można było, zdaniem Pieti, wykazać niesłuszność tezy komunistów, wskazując na oczywiste fakty.  Wywód ten jest mu potrzebny, by móc argumentować o zaniku faktów w politycznym dyskursie w dzisiejszej dobie, a tym samym wyrokować o „upadku klarownych norm dyskursu politycznego, od czasu upadku komunizmu”.  Delikatnie mówiąc, mam wrażenie, że Pomerantsev się myli – traktowanie faktów po macoszemu nie jest fenomenem XXI wieku.  Już Hegel groził, że jeżeli „fakty przeczą jego teorii, to tym gorzej dla faktów”, a zatem obojętność na rzeczywistość i przekładanie ideologicznego lub propagandowego obrazu ponad realia, mogą być uznane za jeden z aspektów „heglowskiego ukąszenia”.

Jednak pierwszy błąd Pieti tkwi nie w zapoznaniu historii marksizmu, ale w jego opisie istoty zimnej wojny, a dalej w rozumieniu natury komunizmu.  Sam przyznaje, że nikt nie wierzył w te rzekomo naukowe podstawy, na jakich miał się opierać marksizm.  Te „odkrycia”, jakie to niby „mechanizmy rządzą historią”… to naukowe podejście do społeczeństwa… to planowanie według „ścisłych zasad”…  Toż nawet i splunąć się nie chce, bo każdy powinien wiedzieć, że nie można zaplanować przyczynowości wolnej, nie odebrawszy uprzednio wolności podmiotom działań.  A wierchuszka?  Czy oni wierzyli w tę lepszą przyszłość ludzkości?  Jeżeli każdy mieszkaniec sowieckiego raju wiedział, że te zasady to lipa, to czy wierzyli w nie Trocki i Lenin, Stalin i Mao?  Przecież, cokolwiek by myśleć o ich moralnym charakterze, to byli inteligentni ludzie, więc czy mogli wierzyć w coś tak skrajnie absurdalnego?  W te teorie ekonomiczne dla gamoni i nieuków?  Czy raczej, jak Marks przed nimi, uznali, że jest to ideologia konieczna, by doprowadzić do zmiany świata?  Wiarę w nią trzeba wprowadzić siłą lub w dowolny inny sposób, by móc kontrolować podbitą ludność i poddać ją re-edukacji.  (Być może jedyną warstwą, od której oczekiwano autentycznej wiary, byli intelektualiści – marksizm był w istocie opium dla intelektualistów.)  Naturą komunizmu jest zdobycie i utrzymanie władzy, a nie tępe zawodzenie na temat centralnego zarządzania gospodarką, które jest idiotyzmem od początku do końca, choć, rzecz jasna, wszyscy potulnie wskazywali na biały sufit i skandowali unisono, pod dyktando, że jest czarny jak smoła – no, bo jeść trzeba.  Ta potulna kolektywna recytacja, mimo całego surrealizmu sytuacji, miała swój realny wymiar i złowrogi skutek, bo wplątywała całą podbitą ludność w szaleństwo komunizmu, czyniło ich – nie żadnych „ich”, nas! – współwinnymi.

Nic dziwnego, że Pomerantsev, nie rozumiejąc komunizmu, nie rozumie zimnej wojny.  Mimo to, ze zdziwieniem czytam, że patrzy wstecz z łezką w oku, jak łatwo było w przeszłości „wskazać na fakty”.  I co?  Wskazywano na fakty, np. że włoski robotnik żyje jak bogacz w porównaniu z sowieckim kacykiem partyjnym, a włoski robotnik i tak głosował na komunistów, pozostawał prosowiecki i antyamerykański.  Wskazywano na fakty w tysiącach audycji nadawanych do sowieckiego bloku, a komuniści śmiali się w kułak.  Pękali ze śmiechu, bo co im mogła zaszkodzić propaganda, która wytacza fakty powszechnie znane?  Rechotali, aż wreszcie zgodzili się przyznać, że „komunizm upadł”, i chichotali dalej, licząc pieniądze w drodze do kapitalizmu.  Upadł nie komunizm, ale fotomontaż, fałszywa kukła, worek do bicia, obraz projektowany po to, by tym łatwiej mógł „upaść”.  Pod ciosami „faktów” Pieti, upadł sztafaż, a komuniści byli gdzie indziej, w luksusowej knajpie, na jachcie, w kasynie w Monte Carlo.  Wśród pięknych kobiet i zbytku, czekiści pili wódkę z gangsterami i dzielili się strefami wpływów.

Zniknął wróg, zniknęła niedorzeczna kukła do bicia w postaci marksistowskiej ortodoksji, i nagle zabrakło „faktów”, nagle nie ma żadnej prawdy, którą można przeciwstawić kłamstwom drugiej strony.  Pomerantsev udziela zastanawiającego wyjaśnienia dla tego fenomenu:

Jeżeli fakty potrzebne są po to tylko, by oprzeć na nich konkretną wizję przyszłości, to kiedy ta wizja znika, do czego mogą się przydać fakty?  Na co potrzeba ci faktów, które mówią, że twoje dzieci będą biedniejsze niż ty?

Skoro dziś nagle, jak świat długi i szeroki, wszystkie wizje przyszłości są nieapetyczne, to jak można ufać sprzedawcom tych wizji?  Politykom, dziennikarzom, akademikom?  Nagle ten, który odrzuca fakty, jest atrakcyjny.  I w ten zgrabny sposób Pomerantsev dochodzi do kawaleryjskiego stosunku do faktów w wykonaniu Putina i Trumpa.  Trump, jego zdaniem, dał ludzkości wielkie odkrycie, że można odrzucić fakty, a w zamian tryskać bzdurą i tarzać się w nonsensie.  Mało tego, zarówno mówca, jak i słuchacze, znajdują wielką przyjemność w bezkarnym chlastaniu niedorzecznościami.  Wokół owacje i przypływ samozadowolenia.  Ale jeżeli alternatywa stojąca przed ludzkością sprowadzać się ma do wyboru między frazesami Trumpa i sloganami marksizmu, to czy ludzkość jest warta złamanej myśli?  Nie pada w wywodzie słowo „prawda”, do czego jeszcze powrócę, ale nieunikniona konkluzja jest taka, że ludzkość nie chce spojrzeć prawdzie w oczy, przekłada optymizm ponad realistyczną ocenę sytuacji.  Trump, zdaniem Pieti, mówi, co chce, by udowodnić, że może powiedzieć cokolwiek, bez związku z rzeczywistością i uwolnić się od tyranii faktów.  Naprawdę?  Nie posądzałbym go o taką głębię.  Trump mówi raczej, co mu wygodnie powiedzieć, co akurat w danym momencie wydaje mu się być na jego korzyść, czyli strzela z biodra, i nie ma wcale zamiaru zastanawiać się później, ani zadawać pytań.  I dlatego w końcu, parafrazując słowa Józefa Mackiewicza z czasów wojny, „optymizm zastąpił jemu i jego poplecznikom – Amerykę”.  Nawet jeżeli nie ma zasadniczej różnicy między hasłem Trumpa, make America great again, i sloganem Putina, by „podnieść Rosję z kolan”, to jest ogromna różnica w ich kontekście.  W wypadku Putina, jest to coś o wiele więcej niż „pokrzepiająca nostalgia” (restorative nostalgia) za minioną świetnością.

Paradoksalnie, czytając młodego Pomerantseva, odniosłem wrażenie, że to on cierpi na chorobę, którą zarzuca zwolennikom Trumpa i całej wschodniej części Europy.  Tęskni do prostoty czarno-białej kliszy, bo tak postrzega zimną wojnę.  Jego ojciec, Igor Pomierancew, był jednym z tych odważnych dysydentów z lat 70.  Wydalony z raju krat za działalność antysowiecką, pracował w BBC World Service, a potem w Radio Liberty, rosyjskim odpowiedniku Wolnej Europy.  I oto w sierpniu roku 1990, ten wróg sowietów, frenetycznie błaga Margaret Thatcher, by udzieliła mu wywiadu podczas „moskiewskiego puczu”.  Thatcher oczywiście odmawia, ale dysydent nie ustępuje i w końcu przekonuje ją, używając argumentu, że „jej osobisty przyjaciel, Michaił, jest w niebezpieczeństwie – czy nie ma mu nic do powiedzenia?”

Tacy to byli „antykomuniści” z tych dysydentów.  I do takiej jasności tęskni Peter Pomerantsev pośród chaosu trumpizmu i putinizmu.

Obiektywizm i bezstronność

Obiektywizm jest mitem, poucza nas marksizm.  Każde stanowisko jest klasowo uwarunkowane i politycznie umotywowane, a zatem każda opinia jest propagandą.  Teoria ta zdominowała myślenie lewicy na całym świecie.  Wśród nie-marksistów przyjęła ona postać „pragmatycznej definicji prawdy”, tj. że prawdą jest to, co służy indywidualnym potrzebom i interesom.  Relatywizm, czyli odrzucenie powszechnych i absolutnych wartości, było dziełem lewicy.  „Obiektywizm, to tylko męska wersja subiektywizmu”, brzmiało hasło feministek.  Prawda jest czym innym dla afro-amerykańskich obywateli Stanów, a czym innym dla białych anglosaskich protestantów (WASPs), twierdzili promotorzy ruchu praw człowieka.  Każdy partykularyzm był im bliższy niż jakakolwiek wersja uniwersalizmu.  A teraz protestują, kiedy trumpizm obrócił tę metodę przeciwko nim.  Ale przecież obojętne jest w końcu, jakiej się używa metody, byle tylko móc zrelatywizować to, co absolutne – czyli odwiązane – i przywiązać człowieka do tu i teraz.  Nic doprawdy dziwnego, że Pomeranstev nie potrafi się połapać w tym mętliku relatywnych pojęć.

To prawda, że zatarła się granica między wojną i pokojem, ale zatarli ją sto lat temu bolszewicy i zrobili to celowo.  Propaganda zawsze była służącą wojny – stąd powiedzenie, że prawda jest pierwszą ofiarą zbrojnego konfliktu – ale bolszewizm odwrócił tę relację i uczynił walkę służebną propagandy.  Nie było nic nowego ani dziwnego w postępowaniu Putina, gdy rozpuszczał wiadomość, że Amerykanie stworzyli wirus Zika i rozsiewali go w Donbasie, by wymordować etnicznych Rosjan w Ukrainie.  Nie inaczej postępowali sowieci w latach 80., utrzymując że wirus HIV został stworzony w amerykańskim laboratorium, by wymordować etnicznie afrykańską ludność.  Pomerantsev wie o tym, bo sam przytacza ten przykład, ale nie wyciąga z niego żadnych wniosków.  W chrlu sformułowano nawet doktrynę „trzech teatrów wojny” – gospodarka, media i sfera prawna – ale w rzeczywistości jest znacznie gorzej.  Wedle klasycznej maksymy Clausevitza, wojna to kontynuacja polityki prowadzona innymi środkami.  Komuniści rozciągnęli to powiedzenie na każdy przejaw ludzkiej aktywności: wszystko jest dla nich narzędziem wojny.  Gospodarka, kultura, rozrywka, seks i płeć, propaganda i informacja, historia i kino, wybitni kompozytorzy i piękne kobiety, pieniądze i głód, zespół „Mazowsze” i ropa naftowa, szachy i Buena Vista Social Club, gwałt i subtelna dyplomacja – wszystko obraca się w ich łapskach w instrumenty walki.

Stawianie znaku równości między Trumpem i Putinem jest być może najlepszym przykładem, że Pietia wziął rozbrat z rzeczywistością, ale miejmy dla niego ciut zrozumienia, przecież badał internet, tę komorę narcystów wsłuchanych w echo własnego głosu wśród odbić w krzywych lustrach, więc może należy mu wybaczyć.  Putin i Trump mieli rzekomo ukraść idee Srdji i Alberta, feministek i Bertranda Russella, i niecnie zastosować je dla swoich podłych celów, gdy w rzeczywistości te same idee krążą po świecie co najmniej od czasów Renesansu i osiągnęły swoje apogeum w bolszewizmie, pomijam już, że nie były wcale uczciwsze albo bardziej atrakcyjne, gdy przy ich pomocy manipulowali tłumem przyjaciele Pomerantseva.

Odkąd skompromitowano obiektywizm jako słabość, a bezstronność w raportowaniu faktów, jako burżuazyjny przeżytek, wielkie lewicowe organizacje lubią kryć się za szyldem „sprawdzania faktów” (fact checkers).  Istnieje nawet kodeks sprawdzaczy faktów. [1] W typowy dla lewicy sposób, stawiają się w pozycji arbitrów, rozdają uświęcone placet, ale nie próbują nawet być bezstronni, bo nie rozumieją, co znaczy obiektywizm.  Algorytmy, leżące u podstaw internetowych wyszukiwarek, zbudowane są w taki sposób, by wzmacniać punkt widzenia szukającego, na zasadzie sprzężenia zwrotnego.  Ale nie trudno o algorytm, który promuje konkretny wynik, sprzedaje odpowiedź, niezależnie od pytania.  Czy nie ma wyjścia z tego błędnego koła?

Współczesny świat zmącił znaczenie najprostszych słów.  Bezstronność była dawniej po prostu kwestią uczciwości, rzetelnego przedstawiania cudzych poglądów i postaw, bez epitetów i protekcjonalnego poklepywania po plecach.  Nikt dziś nie próbuje nawet przedstawić Trumpa bez uprzedzeń.  Teraz znakiem uczciwości jest nieukrywanie swej stronniczości (co akurat jest obiektywnie uczciwe).  Obiektywizm zanikł, ponieważ został w pierwszym rzędzie sprowadzony do trzymania się faktów.  Faktem jest np. kolizja dwóch pojazdów na skrzyżowaniu ruchliwych ulic.  Ale subiektywne zeznania na temat wypadku, zebrane od świadków i uczestników, nie składają się wcale na prawdziwy obraz wydarzenia.  W rezultacie obiektywizm zostaje uwikłany w spór, rozsądzać musi między oczywistym kłamstwem zainteresowanych stron i niepewnością bezinteresownych świadków – i w końcu poddaje się.  Tak właśnie postępuje putinowska stacja RT, mąci wodę tak długo, aż nie sposób dojrzeć końca własnego nosa.  Czy Putin zaatakował Gruzję?  Mmm, wiele przemawia za tym, że to Gruzja zaatakowała Rosję…

Prawdziwy obiektywizm opiera się na innym poglądzie na świat.  Na uznaniu, że rzeczywistość istnieje realnie poza poznającym podmiotem; że świat nie jest tylko zbiorem emotywnych i interesownych opinii na jego temat; że pomimo naszego niedoskonałego poznania, świat jest poznawalny, co oznacza, że możemy przynajmniej zbliżyć się do prawdy, dzięki fundamentalnej adekwatności rzeczy i intelektu; i wreszcie, że wartości istnieją niezależnie od poznającej je świadomości, to znaczy, są absolutne i obiektywne.  W takim świecie, obiektywizm jest wyzwaniem i wezwaniem do ciągłego drążenia (niech mi Pan Andrzej wybaczy!), do zadawania pytań, dzielenia włosa na czworo i rozważania argumentów na wagach rozumu.  A prawda jest w tym świecie idealnym celem wszelkich działań i dążeń ludzkiego rozumu.

Bez tych fundamentów, świat staje się mętlikiem, jaki prezentuje nam Pomerantsev i tylu innych.  Pozbawiony metafizycznych zrębów i epistemologicznych ram, świat wpada w otchłań wątpliwości, w której triumfuje cynizm poznawczy Trumpa i Srdji Popovića, Putina i Xi, Trockiego i Mao.

Goebbels, kgb i Cambridge Analytica

Książka Petera Pomerantseva jest pełna interesujących faktów i anegdot, które nie prowadzą go niestety do żadnych wniosków.  Fascynująca historia Nigela Oakesa jest tego dobrym przykładem.  Oakes próbował wprowadzić naukowy rygor do metod agencji reklamowych.  Po latach stawiania niewygodnych pytań w rodzaju, „skąd wiecie, że wasze kampanie reklamowe odniosły skutek?”, założył Behavioural Dynamics Institute, którego zadaniem miało być zebranie sumy wiedzy na temat perswazji.  Wyniki jego badań były odkrywcze.  Okazało się między innymi, że Goebbels nalegał na powtarzanie energicznego salutu hitlerowskiego, wraz z głośnym okrzykiem Heil Hitler!, podczas wieców partyjnych, gdyż ponawiany w kółko, gwałtowny wydech połączony z wrzaskiem, przy jednoczesnym wyrzucie wyprostowanego ramienia, powodował wśród słuchaczy stan hiperwentylacji i roznamiętnionego wyczerpania podobnego do transu, w którym byli bardziej podatni na perswazję.

W ramach swych badań, Oakes zaproszony został do Moskwy w roku 1990, a tam do wydziału A w kgb.  Dyrektor naukowy oddziału chętnie podzielił się z zachodnim kolegą osiągnięciami wieloletnich badań resortu nad techniką perswazji.  Przez lata prowadzono doświadczenia na całych wioskach i miasteczkach, eksperymentując nad metodami przekonywania i komunikacji…  Możemy chyba łatwo rozszyfrować te terminy: chodziło naprawdę o agitację i propagandę.  Oakes był pod wrażeniem wielkich osiągnięć moskiewskich naukowców w dziedzinie, którą, jak mu się zdawało, sam właśnie ustanowił.  Biura kagiebistów były nieogrzewane, a zupka w stołówce cieniutka.  Dlaczegoś sądzę, że dzisiaj lepiej się powodzi kagiebowskim specom od perswazji.

Oakes założył firmę i, ku jego zdziwieniu, to nie agencje reklamowe stały się jego klientami, ale suwerenne rządy i demokratyczni politycy.  Jeden z jego pracowników, Alexander Nix, po kilku latach uniezależnił się i założył własną firmę pod nazwą Cambridge Analytica.  Nowa firma zastosowała metodologię Oakesa – metodę „replikacji zmian behawioralnych” – w nowym otoczeniu „mediów społecznościowych”.  Nix proponował swym klientom, zazwyczaj kandydatom w wyborach, że dostosuje ich przesłanie do różnych typów elektoratu, poprzez analizę danych z ich zachowania na internecie.  Koncepcja Cambridge Analytica opiera się na przekonaniu, że kliknięcia na ekranie składają się na „osobowość”.  W rzeczywistości, osobowość człowieka zostaje tu rozłożona na ułamkowe dane, które nie układają się w żadną całość, w żadną osobową jedność ludzkiego „ja”.

Ale antropologia nie zajmuje krytyków Nixa.  Cambridge Analytica stało się synonimem manipulacji systemu politycznego, symbolem korozji demokracji.  Sceptyk mógłby wskazać, że Facebook był narzędziem dla czystki etnicznej w Burmie, a Twitter jest idealny dla rozsiewania kłamstw; na dodatek, Twitter jest platformą z wyboru Donalda Trumpa, tego znanego wroga demokracji.  A jednak tylko Cambridge Analytica obwiniane jest za „kłamstwa brytyjskiego referendum” i za „kłamliwą kampanię wyborczą Trumpa” z roku 2016.  W październiku ubiegłego roku, po długotrwałych dochodzeniach, brytyjski Komisarz od Informacji (że też im nie wstyd używać takich tytułów żywcem wziętych z sownarkomu!) ogłosił, że CA nie miała wpływu na wynik referendum.

Czy demokracja jest w stanie przetrwać nadmiar informacji, dezinformacji i misinformacji?  Pomerantsev broni manipulacji dokonywanych przez Srdję Popovića, bo ma to rzekomo oddawać władzę w ręce ludu, ale nie dostrzega oczywistych rezultatów rozmaitych kampanii bliskich jego sercu.  Nie widzi, że „sprowadzanie do najniższego wspólnego mianownika” spłaszcza debaty i redukuje je do przerzucania sloganów; nie chce widzieć, że jego przyjaciele zrównują grunt i prostują ścieżki dla nadchodzących hord Putina i Xi.  Srdja pragnie zaangażowania, RT zamąci i pogmatwa, przez arcyinteligentne i wciągające debaty, wiodące donikąd, a Xi ze sztucznym uśmiechem na ustach zaserwuje już wszystko na tacy w postaci przetrawionej papki.

Gdy piszę te słowa, Twitter i Facebook zamknęły dostęp Trumpa do internetu.  Apple i Google odmówiło używania app firmy Parler, maleńkiego konkurenta Twitter, na którym zbierali się poplecznicy prezydenta Stanów Zjednoczonych, a Amazon zamknęło im dostęp do swoich „chmur”.  W tym samym czasie, gdy prezydent nie ma prawa wyrażać swoich opinii (niezależnie od ich treści, poziomu i jakości języka), Twitter zezwala Chameneiemu pluć na Amerykę i wolny świat, w imię wolności słowa.  Gdy Trumpowi zamknięto usta, Twitter nie ma nic przeciwko istnieniu konta #KillTrump.  Prezydent został wyklęty przez lewaków za to, że odmawia zaakceptowania wyniku ostatnich wyborów.  Zapewne nie ma racji, najprawdopodobniej je przegrał z kretesem, ale Nancy Pelosi jeszcze w maju 2017 roku pisała na Twitter o nielegalnych wyborach z poprzedniego roku i nikomu to wówczas nie przeszkadzało. [2] Pokonana Hillaria Clintonowa przez wiele lat głośno podważała wynik wyborów.

Z czym mamy tu do czynienia?  Z centralnym zarządzaniem informacją?  Z dialektyczną sprzecznością materialnego rozwoju informacji?  Z uświadomioną koniecznością, że wróg ludu musi zostać zniszczony?

A niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”.

________

  1. https://www.ifcncodeofprinciples.poynter.org/
  2. Nancy Pelosi May 16, 2017: Our election was hijacked. There is no question. Congress has a duty to #ProtectOurDemocracy & #FollowTheFacts.


Prześlij znajomemu

12 Komentarz(e/y) do “Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część XIV”

  1. 1 amalryk

    „(…)Tak się historii koło kręci,
    że najpierw są inteligenci,
    co mają szczytne ideały
    i przeobrazić świat chcą cały.
    Miłością płonąc do abstraktów,
    najbardziej nienawidzą faktów,
    fakty teoriom bowiem przeczą,
    a to jest karygodną rzeczą.(…)”(J.Szpotański)

    Pomerantsev ,dysydenci… No cóż, można by tu zauważyć , że w NKWD nie ma żadnych przypadków, czy też nieprzewidzianych zbiegów okoliczności, gdy się opuszcza „raj krat” za jego błogosławieństwem.
    Bo czyż nie prościej w sytuacji uzasadnionych wątpliwości zastosować wypróbowany czekistowski modus operandi, jakże trafnie opisany przez cytowanego powyżej autora;

    „(…)Może mu na łeb spadła blacha?
    Może ktoś w bójce go zaciachał?
    A może, całkiem tak po prostu,
    po pijanemu zleciał z mostu?
    Dość, że słuch po nim gdzieś zaginął,
    lecz wierzcie, nie jest to mą winą.(…)”

    hę?

    Aleksander Juliewicz Daniel, nie bez racji, zauważył że: „(…) диссиденты как таковые – они не политики. Они могут сказать: «Вот так будет хорошо». Но никто никогда не учил их, как перейти от сущего к должному. Каковы алгоритмы этого перехода, каковы стадии этого перехода? Как пройти по этому пути, не поскользнувшись, не перейдя границы допустимого и недопустимого компромисса?(…)”
    Tylko czy z bolszewikami w ogóle istnieją jakieś relacje: „bez przekraczania granic akceptowalnego i niedopuszczalnego kompromisu?”

    Swoją drogą nie rozumiem jak, w latach dwudziestych XXI wieku, ktoś średnio inteligentny może mieć jeszcze jakiś problem z klasyczną, arystotelestowską, sformułowaną przez Awicennę, definicją prawdy; „veritas est adequatio rei et intellectus”???
    Wszak na gruncie logiki z antynomią kłamcy rozprawił się, już blisko sto lat temu, uczeń Leśniewskiego i Łukasiewicza, Alfred Tarski. Eublidesowskie; „to, co powiedziałem, jest kłamstwem” w świetle semantycznej, sformułowanej przez Tarskiego , definicji prawdy nie uderza w Arystotelesowską definicję , gdyż nie mówi ona o niczym: jest nonsensem.

  2. 2 amalryk

    Errata; ostatnie zdanie powinno brzmieć:
    Eublidesowskie zdanie; „to, co powiedziałem, jest kłamstwem” w świetle semantycznej, sformułowanej przez Tarskiego , definicji prawdy nie uderza w Arystotelesowską definicję , gdyż nie mówi ono o niczym: jest nonsensem.

  3. 3 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Pańskie pytanie jest oczywiście kluczowe: jak można odrzucić klasyczną teorię prawdy? Ale odrzucają, aż furczy. Rozmawiałem niedawno z młodym doktorantem, które zajmuje się sztuczną inteligencją. Inteligentny, nawet błyskotliwy człowiek, który nie jest w stanie zrozumieć, co to jest obiektywna rzeczywistość. W jego oczach, nie ma wolności – jest tylko złudzenie wyboru, wynikające z niepełnej wiedzy na temat przyczynowości (on nie używał takich terminów). Nie ma inherentnego dobra ani zła – jeśli nie gwałcimy i mordujemy, to tylko dlatego, że tak jesteśmy społecznie uwarunkowani. W odpowiedzi na pytanie, jaki sens ma jego wypowiedź, skoro był zdeterminowany ją wypowiedzieć, odparł klasycznie, że pytanie o sens jest bez sensu.

    Ci ludzie nie zadają sobie zasadniczych pytań. Linia kodu programowego, matematyczne równanie ma dla nich tę samą „rzeczywistość”, co padający śnieg, a są bardziej realne niż Męka Pańska czy perspektywa Zbawienia. A przecież w ich świecie właśnie, powstaje fundamentalne pytanie: skąd się bierze ta głęboka adekwatność matematycznego równania i świata? Jak to się dzieje, że matematyka, będąc akosmicznie formalna, opisuje świat? Jak to się dzieje, że nasz intelekt jest w stanie tę adekwatność objąć i drążyć? To jest cud Bożego Ładu, cud Stworzenia. Ale dla niech jest to pytanie bez sensu. Mogliby z łatwością znaleźć odpowiedż, dlaczego narzędzie jest adekwatne do swego zadania: dlaczego młotek wbija gwóźdź? Ale nie dlaczego intelekt jest adekwatny do poznania.

    Czy ja dobrze rozumiem cytat z Daniela? Algorytm przejścia od tego co jest, do tego co być powinno? To brzmi ciut, jak mój młody rozmówca. Nie ma takiego przejścia. Z zachowania innych nie wynika norma postępowania. Z faktu powszechności rozwodu (dla przykładu), nie wynika, że rozwód jest dobry. To co jest, jest przedmiotem opisu, powinność należy do deontologii, do obiektywnego prawa moralnego „zapisanego we mnie”, jak to ładnie powiedział Immanuel z Królewca.

    Ale być może źle zroumiałem, co Daniel chciał powiedzieć.

    Natomiast, jak zwykle, bardzo dziękuję za cytaty z Szpotańskiego. On jest znakomity. Co z kolei prowadzi mnie do Nalwanego.

    Gdyby naprawdę chcieli się go pozbyć, to byłby „tak po prostu po pijanemu zleciał z mostu”. Tu jest coś innego na rzeczy. Moim zdaniem, oni go promują.

    Co Pan sądzi, Panie Amalryku?

  4. 4 amalryk

    Tak wiem, tak to jest , współczesna nauka wymaga norm uznawania a nie prawdziwości w sensie transcendentalnym o jakim my mówimy. Znamy te spostrzeżenia, że „pytanie o sens jest bez sensu” czy „nic nie jest prawdą” tylko one wcale nie zasługują na wiarę. Nie mamy żadnych bezwzględnie obowiązujących kryteriów sensowności, więc wszelkie ograniczenia narzucane potocznemu pojęciu sensu nie znajdują w moich oczach żadnego uzasadnienia. Podobnie jak wyrzucenie predykatu „prawdziwy” z naszego słownika tylko dlatego, że ateistycznie zadoktrynowanym jajogłowym psuje samopoczucie, gdyż w konsekwencji prowadzi do Tego w którym esse et verum convertuntur…

    Dobrze Pan zrozumiał, gilotyna Hume’a, nie ma takiego przejścia. Myślę, że prób odnalezienia norm moralnych poza religią po prostu nie ma.

    W „sprawie Nawalnego” myślimy tak samo.

    W ogóle coś ostatnio za bardzo się ze wszystkim z Panem zgadzam.

  5. 5 michał

    Tak, zagraża nam zgoda i wiolinowa nijakość. Podobno zgoda będzie naszą zgubą. Mam tu na myśli ludzkość.

    Pytanie o sens jest zupełnie zasadnicze dla naszej egzystencji. Kiedy to pytanie zanika – a zanika, gdy zaczyna być „pozbawione sensu” – świat jest sprowadzony do płaskich dekoracji, wśród których nie robi różnicy, jak się żyje, wręcz CZY się żyje, czy nie. To jest zwierzęca egzystencja, gdzie impuls decyduje, bo niby co innego ma zadecydować o naszych działaniach, skoro nic nie ma sensu? Nie chodzi tu wcale o odpowiedź, o sens, ale o samo pytanie. Już samo postawienie pytania odróżnia, bo leży w sercu samoświadomości.

    Innymi słowy, powiedziałbym, że nawet jeśli „nie mamy żadnych bezwzględnie obowiązujących kryteriów sensowności”, to nadal sens jest jak koń, jaki jest, każdy widzi. Albo jeszcze lepiej: widać czego braknie, kiedy go nie ma. Brak definicji nie powinien w tym wypadku mącić naszego metodologicznego sumienia.

    A co do Nawalnego, to czy Pan – lub ktokolwiek inny – zdołał obejrzeć ten jego film, który w ciągu kilku dni obejrzało rzekomo 82 miliony ludzi?

    https://www.youtube.com/watch?v=ipAnwilMncI

    Podobno ciekawy, ale nie podołałem.

  6. 6 Dariusz Rohnka

    Otóż to, czy ktoś oglądał ten film? Sam czytałem tylko komentarze, z których wynika jakoby to był odgrzewany kotlet o jakiejś ciut przestronniejszej, niż zwyczajna, daczy. Jeżeli tak, to skąd tak nagłe zainteresowanie i kto się tym filmem ekscytuje? Czy fakt, że ojciec narodu ma się lepiej od zwykłego szaraka może kogoś jeszcze podniecić w sowietach?

    Jeżeli tak jest (film ma dwie bite godziny), sugerowałoby to: niebywałą prowizorkę propagandową; absolutną niechęć sięgania po istotne tematy; konieczność, gwałtowną, odnalezienia nowego „Sidorczyka”.

    Łącznie – nic nowego. Kreml nie potrzebuje wiele, co by wobec narodu uzasadniać zmianę. Wystarczy powiedzieć: od dziś towarzysze sikamy pod wiatr! – i będą szczać pod wiatr, a żaden nie mrugnie. Stąd może prowizorka (której się jedynie domyślam), która zresztą zdaje się nieodłącznym elementem bolszewickiej taktyki.

    Ale może chodzić też o eksport „idei” zmiany (którą całe to politykierstwo tak bardzo kocha, bo do niczego nie zobowiązuje): słuchajcie zachodni towarzysze – idzie nowe i wspaniałe. Zbudujemy wspólnie lepszy świat!

  7. 7 michał

    Darek,

    Dacza to jednak nie jest. To jest pałac, który kosztował miliard. „Ciut przestronniejsza dacza”, jest w tym wypadku ironią, której sens mi umyka. Nb. pisałem o tym pałacu niedawno w moim cyklu.

    Nawalny przedstawia się jako „krytyk korupcji”, więc to jest jego temat. Ale masz absolutnie rację, że to nie jest nowość i wiadomo o tym od dawna. Nawalny podtrzymuje także fikcję, jakoby Putin był carem i stworzył feudalny system. Ach, jak to zachwyca tych matołów z bbc.

    Kiedy umieściłem linkę do filmu Nawalnego, to licznik wskazywał poniżej 82 milionów widzów, teraz jest już ponad 83 miliony. Jakoś trudno mi w to uwierzyć, ale ja się nie znam na psychologii stadnej.

    Myślę, że „szukanie Sidorczyka”, to jest trafna analogia. Bardzo dobrze powiedziane!

  8. 8 amalryk

    Dwie godziny nawalania przez Nawalnego o niezmierzonym bogactwie aktualnego pachana w sowietach? To ponad moje siły! I to ma być ta jego wunderwaffe? W sowdepii to na nikim nie zrobi wrażenia, większość pewnie będzie raczej dumna że ich prezio jest w czołówce światowej a nie goły jak mysz kościelna. Korupcja? A to coś nowego! Koń by się uśmiał. Ale o konkretach ani mru mru.
    To chyba rzeczywiście jakaś politagitka pod tych zachodnich pożytecznych idiotów. Czy są to zręby jakiejś operacji długofalowej czy szklenie im oczu o „rodzeniu się w Rosji społeczeństwa obywatelskiego” nie wiem. Ale zapewne się dowiemy.

  9. 9 michał

    Pomyślałem, że muszę to jednak obejrzeć. Zmogłem mniej niż połowę, ale chyba się przymuszę, by dobrnąć do końca. To jest okropne. Politagitka, to jest dobre określenie na treść. Ale poziom? Nawalny mówi w pewnym momencie, że Putin jest chory psychicznie, bo ma obsesję na punkcie pieniędzy i w tym momencie pojawia się zdjęcie Putina w kaftanie bezpieczeństwa. Kiedyś bolszewicka propaganda była słynna ze swej grafiki, z artystycznej klasy, nawet jeżeli plwać na jej treść. Filmy Eisensteina (jeden z nich pojawia się nawet w produkcji Nawalnego) są chamską propagandą, ale są świetnie zrobione. A to? To jest dno na poziomie jakichś czeskich kreskówek z lat siedemdziesiątych.

    Nawalny opowiada w pierwszej części historię dojścia Putina do władzy. Było to przedmiotem pierwszych części mego cyklu, więc jest mi konkurentem, ale powiem nieskromnie, że Nawalny opowiada po łebkach i podporządkowuje wszystko jednej tezie: Putin jest złodziejem, a jego reżym jest kleptokracją.

    Część o pałacu jest w pewnym stopniu ciekawa, ale nie odkrywcza, bo już o tym słyszeliśmy. I, jak wcześniej, okraszona komentarzami tego gatunku, że lodowisko do gry w hokeja jest podziemne, bo Putin jest jak karzeł z „Władcy pierścieni” i lubi liczyć swoje złoto ukryty pod ziemią. Można i tak.

    A Eisenstien jest przywołany, gdy autor rozpoznaje w bramie do pałacu, zwieńczonej złotym, dwugłowym orłem, bramę do Pałacu Zimowego z filmu „Październik”. Ale Nawalny widzi w tym dowód, że Putin widzi siebie w roli Biełowo Caria.

    Putin jest zagrożeniem dla świata, między innymi dlatego, że się go uważa za wariata-kleptokratę. Jeżeli Nawalny, choćby z najlepszymi intencjami, podtrzymuje ten jeden tylko mit, to szkodzi sprawie.

  10. 10 michał

    Obejrzawszy film Nawalnego do końca, zmieniłem zdanie. Nie, nie na temat jego jakości, podtrzymuję opinię, że jest denna. Byłem jednak początkowo do tego stopnia zbulwersowany poziomem (czy raczej jego brakiem) dziełka Nawalnego, że nie zauważyłem od razu pewnej zasadniczej cechy tego filmu. Tej mianowicie, że to są bezlitosne kpiny z wielkiego Putina.

    Zważywszy obraz siłowika, mocnego człowieka, pewnej ręki, autorytetu i kompetencji, jaki bardzo skutecznie zbudowano w ciągu ostatnich kilkunastu lat (bo w pierwszej fazie jego prezydentury wprawdzie próbowano, ale robiono to bardzo nieskutecznie), to ten film nagle wydaje mi się mieć większe znaczenie, niż mu pierwotnie przypisywałem.

    Obaj Panowie – Darek i p. Amalryk – macie rację, że w końcu nie ma w tym nic nowego, wot, dobrze im się powodzi, to wszystko. Ale ton jest nowością.

    Można się wyśmiewać bezkarnie z pewnego typu władców, nazwijmy ich tak, z „Klaudiuszów”. Jako cesarz, Klaudiusz był bezlitośnie karykaturowany w Rzymie, jako zasmarkana pokraka i zafajdany półgłówek, co nie przeszkadzało mu być bezpardonowym manipulatorem, gdy szło o jego władzę; Klaudiusze kryją się za maską głupca. Ale nikt nie ośmieliłby się tak samo nabijać z jego poprzednika, Kaliguli, lub następcy, Nerona. Nazwijmy ten drugi typ „Ubu”. Wyśmiewanie króla Ubu niweczy jego mistykę. I do tego właśnie typu należy chyba Putin.

    Film Nawalnego lży go i poniewiera, naigrywa się z prezydenta i pomstuje na niego, wykpiwa „czernomorskije Las Viegas”, ośmiesza tor dla elektrycznych samochodzików, gdzie Putin może ograć siebie samego, drwi z pałacowych „pokojów do odpoczynku po odpoczynku”. Stolik do kawy, który kosztuje tyle co dwupokojowe mieszkanie, szczotka do klozetu za 62 tysięcy rubli, uchwyt do papieru toaletowego za 92 tysiące rubli. Własna winnica, która sprzedaje wino na oficjalne przyjęcia na Kremlu. Kochanki, które stają się multimilionerkami; Gazprom, kupujący luksusowe apartamenty dla „teściowej” – nie jednej, ale trzech – to byłyby wszystko żenujące i ambarasujące rzeczy dla normalnych ludzi, ale dla Putina kolektywny wybuch śmiechu może być fatalny. Nic dziwnego, że czuł się zobowiązany otwarcie zaprzeczyć, jakoby pałac należał do niego.

    A zatem albo Nawalny jest herosem bez skazy, nadczłowiekiem, który nie boi się strasznej zemsty wyśmianego tyrana, tylko śmiało rzuca prawdę prosto w twarz despocie, albo stoi za nim niebagatelna siła wewnątrz rządzącego kolektywu.

    Wydaje mi się coraz bardziej prawdopodobne, że przygotowują grunt pod deputinizację. Obojętne, czy Nawalny jest tego świadomym narzędziem czy nie. Ale niestety ważniejsze, że odwraca swoją pracą uwagę od autentycznego celu obszczaka. Bo reżym Putina nie jest kleptokracją. Jest znacznie niebezpieczniejszy.

  11. 11 amalryk

    No, Panie Michale teraz zadał nam Pan (jak to mawiał Stirlitz) materiał do przemyślenia… Przyznaję przewinąłem niechlujnie dwugodzinny film Nawalnego w 10 min ale ja podświadomie szukałem w nim haseł typu; Promień, Burza w Moskwie, Riazański cukier, Kursk, Teatr na Dubrowce, Biesłan, a nie znalazłszy ich machnąłem nań ręką.
    Teraz zaczynam poważniej spoglądać na Nawalnego, poważniej czyli zastanawiać się kto za nim stoi? Kiedyś Rosja miała dwóch sojuszników ;Armię i Flotę, sowdepia teraz FSB i GUGSz czy jak tam się te ich, obecnie, akronimy prezentują…

  12. 12 michał

    Aż musiałem sprawdzić, kto zacz ten GUGSz. A to czekisty. Czyżby więc im zaczęło nagle przeszkadzać, że aż takie pieniądze – miliardy i miliardy dolarów, a nie rubli – idą prosto do kieszeni kochanek i przyjaciół-judoków?

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.