III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Muszę z góry uprzedzić, że poniższy artykuł nie odpowie na pytanie postawione w tytule.  Co rzekłszy, tytuł nie jest wcale „na wyrost”, ani nie ma przyciągać uwagi czytelników.  Odnosi się po prostu do pytania, które w tej formie słyszałem wiele razy.  Nie ma na takie pytanie dobrej odpowiedzi, ponieważ jest zupełnie oczywiste, że nikt nie może wiedzieć, co miałby do powiedzenia na temat ukraińskiego konfliktu pisarz, który zmarł 37 lat przed jego wybuchem.  Mackiewicz był człowiekiem myślącym.  Postępował zatem zgodnie z najlepszymi tradycjami myślenia: rozumował konsekwentnie.  Oznacza to w pierwszym rzędzie, poszukiwanie zasad, z których wypływały jego myśli oraz rozwijanie ich aż do ostatecznych konsekwencji (nigdy nie zapominając, że podstawą rozumowania na temat rzeczywistości, musi być prawidłowe jej rozpoznanie).  Spróbuję poniżej zastosować tę samą metodę, ale bez złudzeń co do identyczności moich konkluzji z myśleniem Mackiewicza.  Józef Mackiewicz był stały w poglądach, ale często zaskakujący w konkluzjach; jego wnioski były nierzadko dyskusyjne, ale zawsze przemyślane i dobrze uzasadnione.

Podczas sesji mackiewiczowskiej w Warszawie, profesor Andrzej Nowak był łaskaw postawić pytanie podobne do zawartego w moim tytule: „Po czyjej stronie walczyłby dzisiaj Józef Mackiewicz w wojnie między Rosją a Ukrainą?”  Po czym dodał złowrogo, że „nie jest to pytanie retoryczne”.  Na zakończenie swego wystąpienia, stwierdził profesor, że Mackiewicz „konsekwentnie odmawiał Ukraińcom prawa do walki o niepodległość”, ponieważ odwracałoby to uwagę od nadrzędnego zagrożenia komunistycznego i szkodziłoby „wizerunkowi Rosji jako całkowicie niewinnej, wyłącznie ofiary systemu komunistycznego”.  Innymi słowy, wedle Nowaka, Mackiewicz stanąłby po stronie „Rosji”.  Autor Zwycięstwa prowokacji nie ma szczęścia do Nowaków (co nie zmienia faktu, że każdy ma prawo do własnego zdania).  Warto jednak na wstępie przytoczyć słowa Mackiewicza, które zdają się być w pewnej sprzeczności ze zdaniem profesora.

Wojnę, naturalnie, należało podjąć.  Każdy naród bronić się winien przed najeźdźcą, skądkolwiek nadchodzi.  Kapitulacja z góry prowadzi tylko do degrengolady psychicznej całego narodu, jaką obserwujemy dziś pod okupacją PRL.

Muszę w tym miejscu podkreślić, że niniejszy tekst nie jest polemiczny w charakterze, toteż o profesorze zamierzam jeszcze pisać osobno, ale powiedzmy jasno, że problem tkwi w profesorskiej interpretacji Mackiewicza, a nie w poglądach pisarza na Rosję i Ukrainę.  Żeby od razu skończyć z wątkami polemicznymi, przytoczę tylko jeden cytat w odpowiedzi tym, którzy twierdzą, że nie powinniśmy się w ogóle zajmować wojną na Ukrainie:

Pierwszym warunkiem działania musi być rozeznanie w stanie faktycznym, wiedza o tym, co jest naprawdę.

Mackiewicz przekonywał, że zaskoczenie w polityce i na wojnie jest elementem niekiedy decydującym, więc czytelnicy gazet muszą się pogodzić z faktem, że plany trzymane są w tajemnicy i że mogą nie rozumieć bieżących wydarzeń.

Natomiast mamy wolną rękę w snuciu domysłów.

Mówił to na marginesie wojny koreańskiej, sądzę więc, że i my powinniśmy snuć domysły na temat wydarzeń na Ukrainie.

„Słaba Rosja”

Pytanie, czy operacje na Ukrainie są oznaką słabości tzw. „Rosji”, czy są raczej celowym przejawem ukrywania właściwej siły militarnej, było podejmowane na naszej witrynie kilkakrotnie.  Przybrało ono skrótowy, symboliczny kształt dylematu: bardak czy Sun Tzu?  Autentyczna słabość czy przemyślna i diaboliczna taktyka?  Mackiewicz wypowiadał się w tej kwestii – głównie w związku z wojną zimową przeciw Finlandii – wielokrotnie i jednoznacznie.  Jego zdaniem, sowiety (dlaczegoś już wówczas przezywane z uporem „Rosją”, do czego jeszcze wrócę) były zawsze obiektywnie i autentycznie słabe militarnie.  Nie udawały słabości ani podczas walk z nikłymi siłami Finów, ani w panicznej ucieczce przed najazdem Hitlera.

Takoż nieprawdziwą okazała się legenda wymyślona w 1941 przez Hitlera, a rozpowszechniona następnie dosyć szeroko, że mianowicie: „Sowiety umyślnie udawały, że są słabe, aby zakamuflować istotną swoją potęgę”… W rzeczywistości było wręcz przeciwnie. Moskwa była przekonana, że rozbije Finlandię za pierwszym uderzeniem. Z tajnych dokumentów, przyłapanych przez Finów, wynikało, iż w Moskwie obliczano przebieg całej kampanii na cztery dni! Marsz w głąb terytorium fińskiego odbyć się miał błyskawicznie, i w Moskwie troszczono się ze względów dyplomatycznych o to, aby rozpędzone oddziały sowieckie nie naruszyły granicy szwedzkiej.

Nie było w tym długofalowej gry, obliczonej na wciągnięcie wroga w przewlekłe działania wojenne, ale zwykła słabość: sowiety były jego zdaniem kolosem na glinianych nogach.  Zademonstrowały bezhołowie i brak przygotowania w napaści na maleńką Finlandię oraz brak przygotowania i głupotę w panice wobec napaści Hitlera.  Nie będę przytaczał cytatów na poparcie tego twierdzenia, dodam tylko, że Mackiewicz podziwiał bohaterstwo Finów, których „rozpaczliwy gest oporu, okazał się w rezultacie bardziej skuteczny niż paktowanie z przeciwnikiem”.

Bolszewicy są przekonani, że gdy wkroczą do Finlandii, cała ludność pójdzie w wielkie lasy. Wola walki narodu fińskiego jest tak wyraźna, że bolszewicy wolą jej nie prowokować.

Najbardziej interesujące rozważania na temat słabości militarnej sowietów znaleźć możemy w recenzji Mackiewicza z książki Andersa o klęsce Hitlera.  Nawet po bitwie stalingradzkiej, Stalin popełniał błędy, które mogły były doprowadzić do klęski sowietów.

Cios śmiertelny zamierzał Stalin zadać całej potędze niemieckiej przez raptowną ofensywę ku Dnieprowi, aby odciąć w ten sposób masy armii niemieckich na południowym zachodzie. Otóż kontr-manewr niemiecki doprowadził tu do nowej klęski sowieckiej. 28 lutego sowiecka „grupa Popowa” zostaje rozbita i przestaje istnieć, tracąc 251 czołgów. W kilka dni później zniszczona zostaje 6. armia sowiecka tracąc 615 czołgów, 400 armat, 600 ppanców, około 100.000 zabitych, ale tylko 9000 jeńców… 15 marca Charków zostaje ponownie zajęty przez Niemców, a broniące go resztki 3. pancernej armii gen. Rybałko zniszczone. 69. armia sowiecka rozbita. Łączne straty sowieckie: 52 dywizje i brygady, w tym 25 brygad pancernych, przestało istnieć. 18 marca Niemcy zajmują Biełgorod. Front sowiecki jest praktycznie rozerwany w samym środku. Klęska stalingradzka powetowana przez Niemców z pewnym naddatkiem. Ale Hitler, wytrącony z równowagi epizodem Stalingradu, mimo nalegań generałów, ociąga się z wyzyskaniem tego zwycięstwa i popełnia dalsze błędy.

Obok niejako nadrzędnego i dobrze znanego błędu politycznego w całej kampanii sowieckiej, Hitler był tak zasklepiony w swym szaleństwie, że nie zezwalał Wehrmachtowi na giętką taktykę wycofania i kontrataku, przez co skazywał swe armie na niebezpieczeństwo okrążenia i odcięcia.  Mackiewicz wskazywał, że nawet zwycięska krasna armia, wyposażona w zachodni sprzęt i prąca uparcie na zachód, nadal była wcieleniem słabości.

Korespondenci

Mackiewicz ostrzegał nie raz i nie dwa, że ogromna armia zagranicznych korespondentów w Moskwie i w demoludach służy propagandzie sowieckiej.  Omotani skomplikowanym życiem podsowieckim, stawali się prędko bezwolnymi przekaźnikami sowieckich treści nawet wówczas (a może zwłaszcza wtedy), gdy zdawali sprawę z pozornie antysowieckich nastrojów.  Odpowiednik tego fenomenu mamy wśród dzisiejszych korespondentów z Ukrainy.  Co gorsza, odpowiadają oni na „zapotrzebowanie społeczne”, ponieważ mieszkańcy Zachodu nie chcą znać prawdy, podobnie jak w latach 70.:

Świat zachodni wierzy, że kolos sowieckiego Bloku przejdzie ewolucję i stanie się tworem podobnym do państw „normalnych”. Wyrzeknie się swego celu obalenia wolności na globie. Wierzy się w to mocno, gdyż w przeciwnym wypadku pozostawałaby tylko wyprawa wojenna dla zgniecenia nieustannego zagrożenia.

Ta wiara doprowadziła do prowokacji „upadku komunizmu” i do dzisiejszej jego ekspansji.  I dziś zachodnia publika pragnie uwierzyć, że „imperializm rosyjski napadł na Ukrainę”, a przekazanie przestarzałych samolotów Ukrainie powstrzyma agresję „nacjonalistów z Moskwy i Pekinu”.  Inaczej pozostałaby tylko wyprawa wojenna…  Cały świat wie doskonale od ponad stu lat, jak wygląda życie pod komunizmem, jakie są jego cele i metody – ale wiedzieć nie chce.  Wojna na Ukrainie jest tylko kolejnym etapem tego procesu; jest najlepszą znaną mi ilustracją twierdzenia Mackiewicza, że

Nie rosyjski imperializm posługuje się międzynarodowym komunizmem, lecz odwrotnie: międzynarodowy komunizm posługuje się rosyjskim imperializmem.

Nacjonalizm jako narzędzie walki

Komunizm gra na nacjonalizmach – potrafi wycinać melodyjki nawet na zdrowym patriotyzmie – dla swoich własnych celów.  Co najmniej od lat trzydziestych ubiegłego wieku komuniści używają „Rosji” dla przesłonięcia swych globalnych zamierzeń.

Komunizm nie ma nic wspólnego z żadną „Rosją”, żadnym imperializmem „rosyjskim”. Największa ilość autentycznych antykomunistów na świecie, to Rosjanie. To są nasi pierwsi sojusznicy, a nie wrogowie. Komunizm to jest zaraza psychiczna, międzynarodowa, dążąca do opanowania kuli ziemskiej. Może być zwalczona tylko międzynarodowymi siłami, a nigdy narodowym, nacjonalistycznym patriotyzmem.

O ile więc nie mogą mieć racji ci nieliczni, którzy twierdzą, że Mackiewicz stanąłby w walce z Ukrainą po stronie tej „Rosji”, to nie można odrzucić, że byłby niechętny poprzeć tę „Ukrainę”.  Postrzeganie bowiem „Rosji” w bolszewii, widział jako przejaw optymizmu, a „optymistów zawsze było pełno na Bożym świecie”.

Wszystko co deprecjonuje, co ogranicza do ciasnych interesów nacjonalnych, co pod sosem rzekomego „antykomunizmu” piecze tylko własną pieczeń narodową, stanowi hamulec w walce z komunizmem. A jednocześnie stwarza niebezpieczeństwo dywersji, gdyż właśnie komunizm w swej wielorakiej taktyce „na poszczególnym etapie”, potrafi wyzyskać i odwracać antagonizmy narodowe, ambicje narodowe, na własną korzyść dla własnych celów.

Mackiewicz zarysowywał w powyższych słowach oczywistą trudność, że nie można zwalczać ponadnarodowego niebezpieczeństwa przy pomocy powiewania narodowym sztandarem.  Dodawał jednak od razu:

Zgodnie z głoszoną przez nas tezą, że tylko WOLNA MYŚL zdolna jest wypracować właściwą drogę postępowania – schylamy głowę przed tymi, którzy szukają rozwiązania na innej drodze do wyzwolenia spod komunizmu. O ile poszukiwania płyną ze szczerego pragnienia, a nie z obcych instrukcji i za obce pieniądze.

Próbując zastosować treść tych cytatów do dzisiejszej sytuacji, muszę w pierwszym rzędzie podkreślić, że Mackiewicz mówił o walce ideowej, a nie o wojnie.  Czy można w takim razie zaryzykować tezę, że pochyliłby głowę także przed Ukraińcami?  Ich walka wydaje mi się wypływać ze szczerego pragnienia i chyba nie z obcych instrukcji, choć przyjmuję do wiadomości votum separatum Darka Rohnka w tej kwestii.  Walka toczy się za obce pieniądze, to prawda, ale każda wojna jest przez kogoś finansowana.  Prawie dwa i pół tysiąca lat przed inwazją Ukrainy, Archedamos, król Sparty, utrzymywał, że prowadzenie wojny jest przede wszystkim kwestią pieniędzy – najlepiej cudzych.  Ale najważniejsza różnica między powyższymi wypowiedziami Mackiewicza (próbując nadal użyć ich dla zrozumienia dzisiejszej sytuacji) i walkami na Ukrainie, polega na tym, że opór nie jest dla kijowskich przywódców „drogą do wyzwolenia spod komunizmu”.

W innym kontekście, pisząc o stosunku wolnego świata – należy tu postawić ironiczny cudzysłów i dodać z sarkazmem słowa „tak zwanego” – do ludzi walczących z komunizmem, Mackiewicz pisał:

Jeżeli próbowali siłą uwolnić się od panującego ustroju, zachodnim miłosierdziem nie są objęci.

Podczas II wojny światowej Ukraińcy z całą pewnością podejmowali próby, by uwolnić się spod bolszewickiego ucisku, toteż stanęli murem po stronie Hitlera i nadali swej walce charakter narodowowyzwoleńczy (nie wdaję się tu w odcienie i odłamy ruchu ukraińskiego).  Niezaprzeczalnie, nie zostali w rezultacie objęci zachodnim miłosierdziem, podobnie jak czetnicy Mihajlovića czy armia Własowa, jak Kozacy wydani Stalinowi nad Drawą, jak wszyscy, którzy ośmielili się podnieść oręż przeciw sowieckiej własti.

A oto nagle mamy dzisiaj wojnę wyzwoleńczą przeciw sowietom i, strzelający do agresorów Ukraińcy, zostali objęci litościwą i współczującą pomocą Zachodu.  Wprawdzie propagandy obu stron nawet się nie zająkną na temat bolszewizmu, komunizmu czy sowietyzmu, bo przecież komunizm upadł, a sowiecki związek został rozwiązany, po co więc przypominać tak zamierzchłe czasy?  Propaganda Moskwy wskazuje na „faszystowski” i antyrosyjski charakter rządów w Kijowie oraz na „odwieczne braterstwo ruskich ludów”, a propaganda Kijowa na „wielkoruski imperializm” Moskwy, a zatem obie cofają się o wiele dalej w przeszłość dla wyjaśnienia źródeł konfliktu: pomijają bolszewicką treść i koncentrują się na narodowej formie.

Spróbujmy wyobrazić sobie coś niemożliwego: wystawmy sobie, że Ukrainą rządzą dziś autentyczni antykomuniści, ludzie na tyle wybitni, że znają na wylot pisarstwo największego patrioty Europy Wschodniej i proroka kontrrewolucji, Józefa Mackiewicza.  Zdaję sobie sprawę, że posuwam się poza granice tego, co wyobrażalne, ale proszę zezwolić mi na tę niedopuszczalną fantazję.  Jeżeli bowiem możemy zawiesić nasze niedowiarstwo, oglądając w co drugim filmie hollywoodzkim, jak ludzie przebijają pięścią betonowe mury i latają w powietrzu, to dlaczegóż by nie spróbować odrzucić na chwilę zdrowy sceptycyzm dla intelektualnego eksperymentu?  Zatem wielbiciele Mackiewicza są u władzy w Kijowie, wznieśli hasło wyzwolenia, Dałoj sowietskuju włast’!, zostają zaatakowani przez sowieciarzy i … oczekują pomocy od Zachodu.  Ku ich początkowemu zdziwieniu, mają przeciw sobie nie tylko Scholtza i Orbana, ale także Bidena i von der Leyen, Macrona i Johnsona, a nawet Truss i Sunaka.  Zaglądają więc do Mackiewicza, bo przecież z niego czerpią intelektualną moc swego antykomunizmu, a on ich przestrzega, by nie liczyli na miłosierdzie Zachodu, gdy zostaną pokonani, ani tym bardziej na jakąkolwiek pomoc ze strony tegoż Zachodu, gdy są zaangażowani w walce przeciwko komunizmowi.  Zachód ich nie sprzeda, nie!  Odda ich za darmo.  Potępi i napiętnuje złych antykomunistów, a w zamian wspomoże Moskwę materialnie i moralnie: pośle militarne sprzęty, nie poskąpi im zachęty, a na prośby z Kijowa odpowie, że jest zajęty.  Na skazanych i zesłanych Ukraińców spadnie dodatkowe oprobium, gdyż pragnęli cofnąć zegar historii, ponieważ próbowali zaprzepaścić zdobycze Wielkiego Października, bo sprzeciwiają się jedynie słusznej linii postępu.

Jest atoli szansa – snuję tu przecież opowieść fantastyczną – że oczytani w dziełach Mackiewicza władcy Ukrainy, znalazłszy owo mackiewiczowskie dictum, pojmą łacno, iż nigdy nie zaskarbią sobie miłosierdzia Zachodu próbą zrzucenia nieludzkiego systemu.  Czy należy się im dziwić zatem, gdy obrócą walkę z komunizmem w walkę narodowowyzwoleńczą, w zamian za amunicję i kilka starych czołgów?  A jak postąpilibyśmy my, gdyby nasze plecy przyparte były do muru przez sowiecką agresję, skrytą pod nazwą wyzwolenia?  Doświadczenie historyczne zdaje się wskazywać, że Polacy przyjęliby sowieckie wyzwolenie za dobrą kartę.

Ale dość fantasmagorii.

Samostanowienie

Mackiewicz miał niską opinię o zasadach tzw. samostanowienia narodów.  Nie tylko dlatego, że to leninowski pomysł; raczej z tej prostej przyczyny, że jest to mydlenie oczu.

Rosja komunistyczna i Chiny komunistyczne są dziś krajami od siebie wzajemnie niezależnymi. Czy należy im życzyć, by takimi pozostały w pojęciu aktualnego ich „samostanowienia”? Czy też odwrotnie, w wypadku, gdyby jedno z nich zrzuciło jarzmo komunistycznego ustroju, nie należałoby raczej życzyć, by rozciągnęło swą dominację na drugie, aby i tam ten ustrój obalić?

Trudno ocenić dzisiejszy stan stosunków między sowiecką Rosją i chrlem, ale ich kierownictwo partyjne samo o sobie stanowi.  Na ponad 30 lat przed prowokacją upadku komunizmu, Mackiewicz zarysował teoretyczną sytuację, do której jego zdaniem prowadziła polityka emigracji polskiej, a zwłaszcza Kultury, wobec Gomułki.  Cały świat, wedle tego scenariusza, byłby komunistyczny, więc Polska, Litwa i Ukraina także, ale rzeczą najważniejszą miało być, „żeby wszystkie te kraje były wzajemnie niezależne, niepodległe, suwerenne”.  Mackiewicz nazywał takie rozwiązanie „nacjonalizmem, dosłownie, za wszelką cenę”.

Nawet za cenę skomunizowania narodu.  Jest to rodzaj tego skrajnego nacjonalizmu, który stawiając dobro niepodległości ponad wszelkie inne dobra, jakże często dziś właśnie, w krajach o budzącej się świadomości narodowej, sprzęga się z komunizmem w walce z innymi narodami i staje się tego komunizmu zaślepionym narzędziem [podkreślenie moje – mb].

Ten scenariusz został wprowadzony w życie w 1989 roku i jego konsekwencją jest wojna na Ukrainie.  Świat nie docenił planu, nie dostrzegł jego uwieńczenia i nie wziął udziału w uroczystościach na cześć zwycięstwa komunizmu, bo pochłonięty był swym rzekomym sukcesem w doprowadzeniu do „upadku komunizmu”.  Ale w rzeczywistości, ani komunizm nie upadł, ani się sowiety nie rozpadły, więc Putin zaatakował zaledwie swoje zaślepione narzędzie.  „Dlaczego zamiana komunizmu, zwalczanego przez cały świat demokratyczny, na komunizm wspierany przez ten świat, ma się okazać korzystniejsza?”, pytał retorycznie Mackiewicz.

Sowiety powodują się wyłącznie doktryną międzynarodowego komunizmu. Sowiety są tylko centralą zarazy światowej; a na „interesy rosyjskie” im równie naplewat’ jak na interesy innych narodów. Wszystko inne, i strategie, i taktyki, dopasowane do okoliczności „obiektywnych”, służą dla celu nadrzędnego, aby tej zarazie utorować drogę. Do tych „obiektywnych warunków” należą też periodyczne stawki na „patriotyzm”; rosyjski, tyleż wart co polski, podsycany nieraz do białości w PRL, zwłaszcza przeciw Niemcom Zachodnim; tyleż wart co nacjonalizm azjatycko-murzyńskich krajów, podsycany i wygrywany przeciwko „neokolonializmowi imperialistów”.

W ramach tej doktryny sowieciarze kryją się dziś pod płaszczykiem „Rosji”, wykrwawiają się na Ukrainie i skutecznie osłabiają Zachód, który – podobnie jak Polacy wobec sowieckiego „wyzwolenia” – robi wszystko, by nie walczyć.

Strzały

Mackiewicz był zdania, że wrażenie na sowieciarzy robią tylko strzały.  Finowie „strzelali do bolszewików z każdego gęstego świerku i w każdym lesie mieli zasadzki, napędzili Sowietom strachu”.  Polemizował ostro z Sołżenicynem i jego wezwaniem do wyrzeczenia się gwałtu w walce z komunistami:

I ja byłem poddanym sowieckim; krótko wprawdzie, ale z własnej obserwacji doszedłem do przekonania, że Wszystko – To trzyma się wyłącznie na psychicznym zastraszeniu mas przed jakimkolwiek czynem rewolucyjnym; aby nie dopuścić do gwałtownego wybuchu, strzałów, kontrterroru, od którego cały ten gmach zbudowany na pajęczynie masowej hipnozy, rozlecieć się może w drzazgi. Doświadczenia wojenne roku 1941 utwierdziły we mnie to przekonanie. I zachowałem je do dziś. Inaczej Sołżenicyn.

Jak jadowita kobra, sowieciarze hipnotyzują cały świat, działając przy pomocy zmyślnej propagandy i terroru psychicznego.  „Ale hipnoza ta nie działa tam, gdzie ktoś bierze pałkę i bije kobrę po łbie.”  Sołżenicyn nawoływał Zachód do zmiany postawy wobec sowietów, do twardości w … negocjacjach, podobnie jak dziś słychać wołania o wzmożenie sankcji, by skłonić Putina do … negocjacji.

Na czym więc ta twardość Zachodu ma polegać, ma się opierać, jeżeli z góry wiadomo, że nie ma za nią stać potencjał siły militarnej, ani zagrożenie wojną? Zamiast mglistych frazesów, bardziej plastyczny wydawałby się tu przykład powstania węgierskiego, którego przywódcy przez dni i noce radiowe błagali Zachód nie o poparcie moralne, lecz: „Broń i amunicję! Broń i amunicję! Broń i amunicję!” Dostali figę, jeżeli nie liczyć trochę lekarstw i ciepłych słów, i ulegli zmiażdżeni tankami sowieckimi. Na „twardość li tylko moralną”, Moskwa może gwizdać. I gwiżdże.

Węgierscy powstańcy prowadzeni byli przez komunistów i do dziś trwają spory co do roli odegranej w powstaniu przez towarzysza Imre Nagy’a.

Straszą nas militarną – armii, marynarki i lotnictwa – potęgą Związku Sowieckiego. Jestem innego zdania. Uważam Związek Sowiecki za najsłabsze mocarstwo. Związek Sowiecki obawia się wojny bardziej niż inne kraje, i pod tym względem ma rację. Bowiem wobec takiej liczby potencjalnych anty komunistów wśród własnych obywateli, Blok Komunistyczny rozpadnie się na kawałki od pierwszego uderzenia, i to bez bomby atomowej, jeżeli Wolny Świat zastosuje odpowiednią politykę i propagandę, czyli odwrotną od tej, jaką stosował Hitler w latach 1941-44.

Przez dziesięciolecia Mackiewicz naigrywał się ze stanowiska prezentowanego zarówno przez komunistów i ich poputczyków w prlu, jak i przez emigrację, a mianowicie, że „my przelewać krwi w żadnym razie nie zamierzamy”, niech to robią inni.  Niech przelewają własną krew za naszą wolność.

Nie-walka z najeźdźcą może tylko doprowadzić do degrengolady, a walka stwarza grunt, na którym może wyrosnąć prawdziwe rozpoznanie sytuacji.  Jakie są cele Putina w tej wojnie?  Nie wiemy.  Nie potrafimy też rozpoznać wszystkich sił po stronie ukraińskiej – „jak zawsze w takich sytuacjach, trudno rozeznać agentów od ich ofiar, ludzi oszukanych, wprowadzonych w błąd, naiwnych lub też szczerze działających w dobrej wierze”, pisał Mackiewicz.

Ale na razie się strzela do krasnoarmiejców.  I już ten fakt, jak sądzę, radowałby duszę Józefa Mackiewicza.  Podobnie, rosłoby mu serce na widok słabości putinowskiej armii, więc „powinniśmy tym bardziej uderzyć weń z całych naszych choć słabych sił, aby przyspieszyć jego runięcie”.



Prześlij znajomemu

22 Komentarz(e/y) do “Co myślałby Józef Mackiewicz o wojnie na Ukrainie? Albo: „zawsze było pełno optymistów na Bożym świecie””

  1. 1 Jacek

    Panie Michale,

    Bardzo interesujący jest ten eksperyment myślowy z Ukraińcami stosującymi mackiewiczowską miarę do obecnej wojny i ogólniej, sytuacji światowej. Ja bym ten eksperyment jeszcze odrobinę doprecyzował. Co by się stało, gdyby Zełenski teraz, w ogniu wojny, wygłosił takie kredo polityczne? Oto dumny przywódca walczącego o przetrwanie narodu, staje na mównicy, gdzieś w ostrzeliwanym Kijowie i zwraca się do Zachodu takimi słowy:

    Ja, syn tej ziemi, skrwawionej i sponiewieranej, zdeptanej butami bolszewickich najeźdźców, zwracam się do wszystkich ludzi dobrej woli o wsparcie we wspólnej walce z komunistycznym zagrożeniem. Zagrożeniem podstępnym i skrytym. Zagrożeniem, które dziś, po zwycięstwie prowokacji rzekomego upadku czerwonej zarazy, rozlało się na państwa niedawno jeszcze wolne i zdrowe. Dziś na ziemiach czerwonego imperium nie ma już kołchozów, nie ma jednego ośrodka władzy Komitetu Centralnego, nie ma jedynej partii, a pozory wolego rynku i gospodarki kapitalistycznej osłabiają poczucie osaczenia jednostki i rozmywają rzeczywisty obraz wciąż obecnego totalitaryzmu. Pytacie dlaczego tak jest, dlaczego poluzowano smycz i chwilowo odłożono na bok knut. Odpowiem Wam, moi zachodni przyjaciele. Bo tu, na tych skrwawionych ziemiach terror jest już niepotrzebny. Tu już wypleniono wolną myśl, wolną wolę, tu już nie ma wolnych ludzi. Przemieniono nas w ludzi sowieckich, którzy nie zadają pytań, nie kwestionują rozkazów, idą jak bezwolne kukły na rzeź. Ale tyranowi nigdy nie uda się zgnieść oporu do końca. Zawsze pozostaną ci, którzy się nie wyrzekną wolności. Będzie ich niewielu, będą początkowo słabi i osamotnieni. Ale ich opór, ich niezgoda na zniewolenie myśli i ciała zaprocentuje iskrą, która przemieni się w ogień kontrrewolucji i zmiecie tyranię. Dziś jesteśmy osamotnieni, walczymy w okrążeniu, brakuje czołgów, leków, amunicji. Ale jesteśmy wolni. I dumni. Bo ostatecznie zrozumieliśmy, na co byliśmy chorzy, postawiliśmy właściwą diagnozę i poddaliśmy się uzdrawiającej kuracji. I teraz, już bez łusek na oczach, stajemy wolni do walki z tyranem.

    Czy Wy, moi zachodni przyjaciele możecie o sobie powiedzieć to samo? Czy widzicie tę samą zarazę gnieżdżącą się w Waszych domach? Czy zdajecie sobie sprawę z tego, że mimo innych szat, innego kamuflażu, to zagrożenie jest wciąż tak samo niebezpieczne, jak wtedy, gdy było niesione na sowieckich bagnetach? Czy rozpoznajecie w szaleństwach oznaczanych skrótami literowymi dźwięk lodowatego wiatru hulającego w kratach gułagu? BLM, LGBT, FIT for 55… Czy wybrzmiewają one w waszych uszach echem innych skrótów? GPU, NKWD, KPZR? Czy czujecie na sobie oko Wielkiego Brata, który stara się kontrolować każdą Waszą aktywność? Czy widzicie, że obszar Waszej wolności z każdym dniem coraz bardziej się zmniejsza? Jeśli nie dostrzegacie tych wszystkich objawów, jeśli wciąż śpicie spokojnie, jeśli nie zdajecie sobie sprawy, że Wy też jesteście w okrążeniu, to pozwólcie sobie pomóc. My przeszliśmy przez piekło tej samej zarazy i mamy już antidotum, wiemy, jak z nią walczyć. Wykorzystajcie nasze doświadczenie i otwórzcie oczy. Popatrzcie wyżej, niż horyzonty narodowe, a dostrzeżecie istotę zagrożenia. Wspólnie możemy je pokonać.

    Zastanówmy się, jakie reakcje takie słowa mogłyby wywołać. Leopardów pewnie więcej by już nie dostali, ale czy z Abramsami byłoby podobnie? Wydaje mi się, że Waszyngton mógłby przełknąć ten zwrot, chociaż pewnie wywołałoby to sporą konsternację. Bo mam wrażenie, że w Stanach zagrożenie detronizacją gospodarczą może przyćmić marksistowskie fanaberie. Czy to by oznaczało, że perspektywa gigantycznych start finansowych w starciu z ChRL może przywrócić Ameryce zdrowy rozsądek? Może jednak błądzę?

    Wracając do pytania o cel wojny na Ukrainie, wydaje mi się, że Putin i Xi chcieli w ten sposób przeprowadzić rozpoznanie bojem i przetestować w warunkach wojennych Zachód, jako potencjalną ofiarę. Wiadomo dzięki temu, na przykład, jakie są możliwości produkcyjne zachodniego przemysłu, jeśli chodzi o amunicję i zdolności uzupełniania stanów magazynowych. Jak na razie ujawniła się też ewidentna niezdolność do przyjęcia twardego stanowiska wobec zagrożenia militarnego. Stany pozostają osamotnione we wspieraniu Ukrainy, w Europie coraz głośniej odzywają się głosy popierające działania Kremla. Być może Putin zdawał sobie sprawę, że bardak w sowieckiej armii w niczym mu nie przeszkodzi i zwyczajnie przewidział reakcję Zachodu. Jeśli tak, to cała ta wojna jest grą na ostateczne rozsadzenie NATO od środka z wykorzystaniem naturalnych różnic politycznych pomiędzy jego członkami. A potem głos zabierze towarzysz Xi.

  2. 2 michał

    Drogi Panie Jacku,

    Napisał Pan Deklarację Wyzwolenia. Dziękuję. Jeżeli miałby to być jedyny rezultat moich rozważań, to już byłłbym usatysfakcjonowany. Przyzna Pan jednak, że Pański scenariusz nie jest bardziej realistyczny niż moja fantazja. Na dodatek, gdybym był napisał coś takiego jak Pan – gdybym w ogóle umiał – to oberwałoby mi się, że przydaję kijowskim bolszewikom (z domieszką zbolszewiczałych nacjonalistów) myśli, których mieć nie mogą.

    Podpisuję się pod Deklaracją Wyzwoleńczą i wezwaniem do wspólnej walki, ale nie potrafię się zgodzić z Pańskim optymizmem, że takie wezwanie paść mogłoby na żyzny grunt. Nie widzę tego gruntu nigdzie, ale zwłaszcza nie w Ameryce.

    Administracja Bidena zdominowana jest przez krypto-bolszewię. Lewica partii demokratycznej widzi w Bidenie posłusznego, bo zdziecinniałego prezydenta, który robi, co mu każą, a ilekroć się stawia, można to zbyć jako gafę stetryczałego pryka. (Nb. to ten właśnie lewicowy establishment żąda od Bidena, by kandydował ponownie.) Skąd nagle przekonanie, że ci ludzie gotowi są oprzeć Deklarację Wyzwolenia od komunizmu? Ocasio-Cortez i jej The Squad, to nie są jacyś nieudaczni lewicowcy, ale otwarci komuniści.

    Można by się spodziewać, że porażka Bidena w następnych wyborach mogłaby poprawić sytuację, ale Trump nie chce pomagać Ukrainie dziś, a co dopiero po naszej Deklaracji?! (Piszę „naszej”, bo się pod nią podpisałem.) De Santis nie jest pewien, gdzie leży Ukraina, ale najważniejsze, że cała prawica amerykańska jest zdecydowanie przeciwna angażowaniu się na Ukrainie. Tucker Carlson, najciekawszy z nich, który być może ma nawet ambicje polityczne, jest jednoznacznie przeciw.

    To prawda, że Amerykanie zdają się zasmuceni potęgą gospodarczą chrlu. Wydaje mi się wszakże, iż nie docenia Pan mocy sił izolacjonistycznych w Ameryce. Już George Washington był izolacjonistą i ten nurt jest zawsze silny w Stanach, ponieważ Ameryka jest realistycznie samowystarczalna. Inaczej niż izolacjoniści w Wielkiej Brytanii, oni rzeczywiście mogą sobie pozwolić na odwrócenie się od świata i zamknięcie drzwi. Dodać do tego należy przeważającą w amerykańskiej kulturze sympatię do rewolucji, a więc i do komunizmu. Stany Zjednoczone zbudowane zostały na drodze rewolucji wobec tradycyjnego porządku, ich instynkty są antykonserwatywne.

    A co do celów Putina, to chętnie wysłucham wszelkich hipotez.

  3. 3 Jacek

    Panie Michale,

    Oczywiście zdaję sobie sprawę, ze to political fiction, ani Zełenski, ani żaden inny ukraiński polityk nie ma nawet zbliżonej optyki światopoglądowej do słów powyżej.

    Natomiast co do Ameryki, to po prostu zastanawiam się, czy rzeczywiście nie ma tam żadnych sił, choćby i działających jako tzw deep state, które mogłyby powstrzymać to lewackie szaleństwo. Przecież jest na pewno sporo środowisk, które na takiej marksistowskiej rewolucji tracą pieniądze. Czy nie ma nikogo wpływowego, kto ochroniłby to, bądź, co bądź wciąż najpotężniejsze państwo na świecie przed rozkładem?

  4. 4 michał

    Drogi Panie Jacku,

    Być może źle Pana rozumiem, ale ‚deep state’ to jest chyba raczej lewizna. Określenie oznaczać ma głęboko zadekowane wewnątrz struktur państwa grupy nacisku (i nawet grupy decydenckie), ale te grupy należą do lewackiego establishmentu. Pełzanie przez instytucje już się odbyło, nie było żadnego kontrpełzania z prawej, więc zostało ustalone, że stacje tv, NYT, uniwersytety, Hollywood i CIA, FBI i policje stanowe, wszystko jest przesiąknięte lewizną, a w takim razie dlaczego ‚deep state’ ma się opierać lewackiemu szaleństwu?

    Czy są grupy, które tracą pieniądze na marksizmie? Pewnie są. Ale tego rodzaju grupy bardzo rzadko gotowe są do walki. Nie na darmo już Lenin widział, że sprzedadzą mu sznur, na którym ich powiesi.

    Co rzekłszy, oczywiście, że są ludzie, którzy widzą, co się dzieje. Wysocy oficerowie armii na przykład. Choćby Jim Mattis albo David Petraeus, ale nie na darmo pierwszy ma przezwisko ‚Mad Dog’, a drugiego zniszczono. Zresztą obaj mają powyżej 70 lat i ich wpływ jest ograniczony.

  5. 5 Jacek

    Panie Michale,

    Ja „deep state” rozumiem raczej jako grupę ludzi związanych na przykład z przemysłem energetycznym, zbrojeniowym, itp, którzy finansując kampanie prezydenckie mają realny wpływ i możliwości nacisku na głowę państwa i instytucje rządowe. Wydaje mi się, że to oni przede wszystkim decydują w Stanach o kierunkach polityki, a nie kukły w rodzaju Bidena, czy Obamy.

    Swoją drogą ciekawe jest dla mnie, w jakim stopniu szaleństwa ideologiczne zdominowały w rzeczywistości sferę publiczną w USA. Mam wrażenie, że do pewnego stopnia jest to działanie na pokaz, w celu zaspokojenia oczekiwań gawiedzi. Czy, na przykład kobiety w amerykańskiej armii w jednostkach bojowych, gdzie wymagana jest siłą fizyczna, brutalność i inne typowo męskie cechy, to kamuflaż utrzymywany w celach propagandowych, czy zjawisko przyjmuje większą skalę.

  6. 6 michał

    Panie Jacku,

    Zagraża nam konfuzja semantyczna.

    Pan nawiązuje do tego, co Eisenhower, w swojej pożegnalnej mowie prezydenckiej w 1961 roku, nazywał „military-industrial complex”. Ike ostrzegał przed wpływem przemysłowców, których interesy mogą się zasadniczo różnić od interesów państwa. W kilka lat później, lewicowi oponenci wojny w Wietnamie podjęli ten termin, wskazując, że NAWET republikański i rzekomo prawicowy, generał-prezydent ostrzegał przed tym, czego wszyscy mieli być świadkami: biali ludzie posłali czarnych ludzi, żeby mordowali żółtych ludzi, zanim staną się czerwoni.

    Ale Ike nie odkrył niczego nowego. East India Company była imperium wewnątrz brytyjskiego imperium. Ich interesy i wpływy dyktowały politykę państwową. Wedle niektórych interpretacji, z którymi raczej trudno się zgodzić, East India Company była odpowiedzialna za rewoltę i utratę kolonii amerykańskich. W rzeczywistości, przyczyny były chyba bardziej złożone, ale niewątpliwie Kompania Wschodnioindyjska miała wpływ na poziom podatków, wywoływała wojny i je uśmierzała, była więc odpowiednikiem zarówno kompleksu przemysłowego jak i „deep state”. Ale to znowu nie było nic nowego, bo nic nowego pod słońcem. W wielu państwach operowały szare eminencje. Rola kardynałów Richelieu i Mazarina w czasach potęgi Francji, nie była niczym innym, jak właśnie takim głębokim państwem. Kościoły w ogóle miały tendencję do tworzenia tego rodzaju struktur w państwach, zwłaszcza Kościół katolicki.

    Dziś używamy jednak określenia „głębokie państwo” wyłącznie dlatego, że używał go i spopularyzował je Trump w kampanii wyborczej w 2016. A on miał na myśli tzw. lewicowy establishment, który przeniknął wszystkie organa państwowe Ameryki, z armią, CIA, FBI i policją włącznie, sądownictwo, media, szkolnictwo, sztukę i Hollywood, a także administrację państwową. W moim przekonaniu, to oni, a nie kompleks militarno-przemysłowy, decydują o kierunkach polityki amerykańskiej.

    Nie jestem przekonany, że „woke” to jest tylko kamuflaż na pokaz. Oni na pewno nie są w większości, ale brak popularności nigdy nie powstrzymuje lewaków, bo przekonani są o swej słuszności. Ma Pan jednak rację, że zdrowy rozsądek trwa mimo dominacji kretynów. Kilka miesięcy temu szef rekrutacji RAF podał się do dymisji, w proteście przeciwko 160 (!) wypadkom „pozytywnej dyskryminacji”. Kapitan Lizzie Nicholl, kobieta, zaprotestowała przeciw preferencji dla kandydatów-kobiet i z mniejszości narodowych ponad lepiej wykwalifikowanymi kandydatami, którzy mieli nieszczęście być białymi mężczyznami, co na długą metę osłabia RAF i obronność państwa.

    Ale czy lewacy zamknęli gęby po jej rezygnacji? Proszę zgadnąć.

  7. 7 Jacek

    Panie Michale,

    Rzeczywiście miałem na myśli kompleks militarno-przemysłowy, środowisko, któremu powinno zależeć na rozwoju państwa. Czy ci ludzie też zostali sterroryzowani przez marksistów? Wydaje mi się to niepojęte. Właściciele wielkich koncernów powinni być chyba niezależni od takich fanaberii. Ale, jeśli ta zaraza zaszła aż tak daleko, to robi się z tego prawdziwy horror.

    A propos tej sytuacji w RAF-ie, słyszałem o przypadku w jednym z amerykańskich elitarnych zespołów akrobacyjnych, nie pamiętam już, czy chodziło o Thunderbirds, czy Blue Angels, w każdym razie tam też obowiązuje parytet płci. Wybrana pilotka, pełniąca rolę celebrytki, na potrzeby medialne latała na pokazach, ale widzowie dopatrzyli się, że maszyna, którą pilotowała, była przypisana do innego pilota, mężczyzny, a jej udział w zespole był tylko pod publiczkę. Jeśli tak to wygląda w całych amerykańskich siłach zbrojnych, to ta konstrukcja musi się w końcu zawalić. Na samej grze pozorów daleko nie zajadą.

  8. 8 michał

    Panie Jacku,

    Zdrowy rozsądek kapitana Lizzie Nicholl powinien budzić jakieś nadzieje, ale czy ja wiem? Z jednej strony, nie należy popadać w fatalizm, bo np. RAF i USAF nadal mają pilotów i myśliwce. Gdyby to zależało od von der Leyen, to byliby uzbrojeni w kije i latali na miotłach. (przy okazji, ktoś mi powiedział, że ten żart o kijach od mioteł powtarzam zbyt często, ale to nie jest żart. Ona naprawdę wyposażyła Bundeswehrę w kije od mioteł zamiast karabinów i tak wystąpili spadkobiercy Fryderyka Wielkiego na manewrach.) Ale z drugiej strony, strach pomyśleć, co będzie dalej, jeżeli te tendencje nie zostaną powstrzymane.

    Natomiast co do kompleksu militarno-przemysłowego, to mam mieszane uczucia. W normalnym, zdrowym organizmie państwowym, wielkie koncerny nie powinny mieć większego wpływu na politykę niż inne grupy nacisku. Eisenhower nie był wielkim politykiem (wręcz przeciwnie, był bardzo kiepskim prezydentem), ale miał w tej kwestii rację. Tak mi się zdaje.

    A co Pan sądzi o ostatnich wydarzeniach w Moskwie i Kijowie? Skoro „mamy wolną rękę w snuciu domysłów”, jak słusznie twierdził Mackiewicz, to korzystajmy z tej wolności, bo niewiele nam już jej zostało.

  9. 9 Jacek

    Panie Michale,

    Czy pyta Pan o ten cyrk z dronami nad Kremlem? Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, o co w tym chodzi. Komentatorzy sugerują, że to prowokacja Moskwy. I faktycznie, wyglądało to niepoważnie i jakby było wyreżyserowane gdzieś w wytwórni Mosfilm. Ale jaki cel miałaby taka prowokacja? Mówią, że chodzi o wzbudzenie gniewu ludu i wzniecenie poczucia zagrożenia. Tylko po co? Przecież lud jest całkowicie posłuszny Putinowi, nie buntuje się, nie wychodzi na ulice, karnie idzie w kamasze. Więc po co?

    Pytania się mnożą, jedno po drugim. Wciąż nie wiadomo, kto właściwie ma inicjatywę na froncie. Media podbijają napięcie, że lada moment ruszy ukraińska ofensywa, by chwilę potem podać dane, z których wynika, że Ukraińcy nie mają potencjału do takiego manewru. Póki co, jedynym zwycięzcą w tej wojnie jest dezinformacja.

    Na zachodzie bez zmian, czyli sowiecka agentura wpływu ogłupia coraz większe masy we Francji, Niemczech, Hiszpanii, itd. Za chwilę na ulice wyjdą demonstranci domagający się pokoju za wszelką cenę i wstrzymania produkcji amunicji. Cyrk, jak się patrzy.

  10. 10 michał

    O to chodzi. Po co im to wszystko było? Postępy sowietyzacji na Zachodzie byłyby takie same, jeśli nie prędsze, bez inwazji. A bez „ataku” na Kreml mogli i tak bombardować Kijów i Odessę.

    Więc po co to wszystko.

  11. 11 Andrzej

    Czy aby nie po to?

  12. 12 Andrzej

    no i jeszcze po to

  13. 13 michał

    Nie rozumiem, Panie Andrzeju. Po to, żeby móc napadać na Zachód? Oskarżać wszystkich wokół o „faszyzm”? Czy żeby mieć pretekst do parady? Pretekst do bombardowań Kijowa?

    Oni się nigdy nie szczypali w tym względzie. Dym bez ognia, jak to nazywał Mackiewicz. Po co było rozpalać ogień na Ukrainie?

  14. 14 Andrzej

    Panie Michale,

    Tak, dym bez ognia, czy jak kto woli biały sufit, który ma być po bolszewicku czarny. Bolszewik Putin powiedział jasno jaki jest cel. To rozprawa z tzw. Zachodem (który „prowadzi wojnę” z matuszką sowieckiego „ludu” – który to lud właśnie mobilizuje do nowej „wojny ojczyźnianej”(towarzysze u władzy w „postsowieckich niepodległych państwach” stawili się, choć jeszcze nie wszyscy, ale to się zmieni w miarę postępów operacji specjalnej).

    Wojna to „pokój” – po niej, gdy zestarchany tzw. Zachód przyjmie ofertę „pośrednictwa” od komunistów chińskich. Ta wojna jest prawdziwa, bo im bardziej prawdziwa tym łatwiej sowietom i chińskim komunistom zrealizować cel – nowy porządek światowy ze strategiczną przewagą świata komunistycznego. Ta wojna to prowokacja – im bardziej się Ukraina broni i domaga amunicji i sprzętu, ima więcej strzela, tym lepiej (co nie oznacza, że „współpracuje”, wystarczy że jest odpowiednim narzędziem).

    Przedtem do osiągnięcia celu jako przynętę stosowali „liberalizację” (nep), dziś stosują wojnę.

    A tzw. Zachód? Ile jest dziś wart? Jakie to „wartości” promuje? Jaką „wolność”? Pan dobrze o tym wie.

  15. 15 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Rozumiem. Ale wie Pan, pewien mój przyjaciel napisał mi, że jemu ta wojna w ogóle nie wydaje się dziwna. „Rosjanie błędnie ocenili potencjał militarny Ukrainy”, więc doznali dotkliwej klęski. Ot, a nam się to wydaje dziwne, cała ta błędna ocena, gdy ja z Londynu powiedziałbym im, że nie podbiją Ukrainy w ciągu czterech dni. Tylko że – o paradoksie! – mój przyjaciel jest tu nieświadomie bliższy Mackiewicza niż my, bo Mackiewicz uważał czerwoną armię za najgorsze wojsko na świecie, więc zła ocena przeciwnika leży w zakresie ich głupoty. Oczywiście, Mackiewicz nigdy nie posunąłby się do absurdu nazywania tego czegoś „Rosją”, ale to już insza inszość.

    Zmierzam do tego, że jeśli cele miały być takie, jak Pan pisze, to mogły być osiągnięte bez wojny, a wojna nie jest ich naturalnym modus operandi. Oni wolą ciszę więzienia niż wybuchy, wolą pax sovietica niż wrzaski i bomby, wolą spokój niż strzały, bo strzałów boją się najbardziej. Dlatego, nb. wydaje mi się, że Darek odchodzi od Mackiewicza odrzucając możliwość uwolnienia się z sowietyzacyjnego imadła podczas wojny. Właśnie ze względu na strzały. Mackiewicz, podobnie jak pisarze sowieccy, np. Grossman (którego nie czytałem, opieram się tylko na recenzjach) podkreślał zawsze niezwykłą wolność jaką dała sowieckim ludziom inwazja Hitlera. Tej naturalnej wolności, tych strzałów i bomb, sowieciarze się boją i jej nie chcą.

    Jeśli, jak Pan pisze, zastrachany Zachód przyjmie ofertę pośrednictwa od chrlu, to czy rzeczywiście sytuacja Putina będzie znacznie lepsza niż byłaby bez wojny?

    Ja tego nie widzę. Nie mówię, że Pan nie ma racji (albo p. Jacek, lub Darek, czy p. Gniewoj, bo przecież rozważaliśmy to przed rokiem, nie mają racji), ale mnie to nie przekonywa. Dla mnie jest tu jakaś luka, ale nie bardzo potrafię wskazać gdzie. Coś mi się tu wymyka.

    I dlatego wciąż utrzymuję, że to baaardzo dziwna wojna.

  16. 16 Andrzej

    Panie Michale,

    Odnośnie armii czerwonej, zgoda. Ale wcale nie jestem przekonany, ze oni dali siebie co mogli aby zająć Kijów. Bez wielkiego bólu odstąpili po miesiącu z blisko połowy frontu. Nie mieli już sił? A gdzie rezerwy? Jednostki drugiego rzutu?. Inwazja nie jest przez nich prowadzona „na całość” i najlepszymi jednostkami. Nawet nie zawodowymi, bo ogromną rolę odgrywają „dobrowolcy” i najemnicy (czy wagnerowcy i kadyrowcy to też armia? czy raczej „outsorcing”?).

    Nie zajęli Kijowa po czterech dniach, jak rzekomo planowali, ale dlaczego tak łatwo zrezygnowali? Jeśli chcieli coś zając to zajęli jak Mariupol. Przecież to wycofanie się spod Kijowa było pozwolenie na dalsze trwanie „buntowników” (a świat wcale nie był pewien czy armia czerwona odstąpi, przeciwnie, do końca zaciskali kleszcze wokół Kijowa. Pomoc wojskowa była wtedy nieznacząca – jak dla partyzantki). Ukraińcy byli zdeterminowani w obronie, ale czy byliby tacy mocni, gdyby sowieci nie odpuścili? W Afganistanie „odpuścili” ale wiadomo po co.

    Więc jaki jest ich faktyczny cel, jeśli nie pacyfikacja ukraińskich „buntowników”? Podobnie zagadkowe jest wycofanie się z Chersonia, stolicy regionu, który przedtem z wielką pompą wcielili do „Rosji”. Zajęta przez nich prawobrzeżna część Dniepru, nie była przez nich broniona – wycofali się bez walki (po dowództwem swojego „twardziela”-generała). Swoją drogą, na przestrzeni kilkumiesięcznej kampanii tamże, więcej atakowali, niż się bronili. Nie zabezpieczyli sobie ani tyłów, ani logistyki? Nawet te porażki w obwodzie charkowskim są zagadkowe. Ukraińcy szli jak burza, a opór był żaden. Moim zdaniem faktyczne możliwości obydwu walczących armii pokazuje Donbas.

    „Pokój” (i spokój) jest sowieciarzom potrzebny, gdy rozprawiają się z przeciwnikiem. Nie zaatakowali jednak przeciwnika lecz „buntownika” we własnej domenie. Czy sowietyzowani przez wiek Ukraińcy (lata po „upadku komunizmu” to przecież ciąg dalszy trwania tego „ustroju”, tyle, że w innej formie) byli ich przeciwnikiem? Wszystkie wojny, które się dzieją na wschód od peerelu odbywają się w „postsowieckim” świecie. Tak było w Mołdawii podczas „upadku komunizmu” 91/92, tak było dwa razy w Czeczenii parę lat później, tak było w Gruzji. Nie spokój był im potrzebny ale wojna.

    Ta jest dziwna i inna, to fakt. Jest narzędziem, a nie pacyfikacją w sowieckiej domenie. „Sytuacja Putina” to sytuacja światowego komunizmu. Putin, Xi, Assad, Maduro i pozostalli mają ten sam interes, a pożegnalny cytat chińskiego genseka, który Pan przytoczył niedawno jest tego dowodem.

    Jest dziwna i inna, bo to jest czekistowska operacja specjalna – kombinacja operacyjna na wielką skalę. Wojna nie jest jej jedynym elementem, służy jako „wyzwalacz”.

  17. 17 michał

    Panie Andrzeju,

    Przez jakiś czas nie będę mógł odpowiedzieć bardziej wyczerpująco, ale, jak Pan wie, jestem podobnego zdania co Pan. Godzi się jednak zaznaczyć, jak próbowałem wykazać powyżej, że Józef Mackiewicz nigdy nie zgodził się z opinią, że oni kiedykolwiek udawali słabość.

    Dla mnie zajęcie lotniska Hostomel było kluczowym punktem dziwności wstępnej fazy operacji. Śmiałe i słuszne pociągnięcie – słuszne z puntu widzenia agresora – przeprowadzone sprawnie i skutecznie. A potem nagle – nic. Komandosi, którzy zajęli lotnisko, zostali pozostawieni samym sobie, bez żadnego wsparcia i po paru dniach musieli się wycofać z wielkimi stratami.

    W jaki sposób rozsądni ludzie mogą utrzymywać, że to jest „zupełnie normalne”, przeliczyli się, nie wzięli pod uwagę itp., nie potrafię tego pojąć.

  18. 18 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Nie po to od 40 lat studiujemy Mackiewicza, aby trzymać się kurczowo jego zapatrywań na taktykę i strategię walki z bolszewizmem i analogiczne problemy. To mi się zdaje oczywiste.

    Mackiewicz wysoko cenił strzelanie do komunistów. Bez wątpienia. W jego przekonaniu takie strzały otrzeźwiały, budziły ludzi z letargu czy paraliżu. Ale plasował swoje rozważania w bardzo specyficznych okolicznościach, które byłoby bardzo trudno odtworzyć we współczesnym świecie. Zakładał mianowicie, że do komunistów strzelać będą antykomuniści. Tylko takie strzelanie ma potencjał rozwoju sytuacji w obiecującym kierunku.

    Gdy strzelają do siebie wzajem komuniści (jak mamy to nieprzyjemność od roku obserwować), nieważne czy robią to na poważnie czy w ramach wspólnej prowokacji, dla antykomunizmu, dla otrzeźwienia człowieka, nie wynika stąd żadne dobro. Strzelali do siebie zawsze, mordowali, torturowali. Prowadzili pomiędzy sobą wojny. Zawsze dzięki temu krzepli, nigdy słabli.

    Ukraińcy nie są współczesnym odpowiednikiem antykomunistycznych Finów. Są jak byli, ludźmi sowieckimi. Nie strzelają do komunistów, ale jako ludzie mentalnie wciąż wpisani w rzekomo upadły system, do „faszystów”.

  19. 19 michał

    Darku! Chapeaux bas! W 83 roku nie dość, że nie studiowałem Mackiewicza, ale znałem zaledwie jedną jego powieść, Kontrę, i uważałem go za grafomana. Zatem czapki z głów przed tymi, którzy zanurzeni w błocie prlu, dostrzegli tak wcześnie jego wielkość.

    Przyznasz, mam nadzieję, że nie sugerowałem nigdzie, by „trzymać się kurczowo jego zapatrywań” na cokolwiek. Najlepiej byłoby może trzymać się jego postawy (a i to niekoniecznie kurczowo). Postawy otwartej myślowo, wrogiej wszelkiemu fanatyzmowi, postawie dociekania, a nie ferowania wyroków.

    Spędziłem wiele czasu i rozmyślań nad węgierskim powstaniem. Nurtowało mnie w nim pytanie, czy była to sowiecka prowokacja na kształt praskiej wiosny i smętnych polskich miesięcy, czy raczej autentyczna rewolta antykomunistyczna. Doszedłem do zaskakujących wniosków, że udział węgierskich komunistów w rewolucji stawia wielki znak zapytania nad jej autentycznością, ale JEDNOCZEŚNIE nie sposób podważać autentyczności szeregowych uczestników powstania. Ich walka była autentyczna i znacząca, ich opór ważny dla przyszłości Węgier, pomimo dwuznacznych postaci typu Nagy’a. Ich STRZAŁY zadawały kłam postawie Nagy’a.

    Czy Twoim zdaniem młody Ukrainiec na froncie nie może być w podobnej sytuacji?

    Deklarujesz apodyktycznie, że „Ukraińcy nie są współczesnym odpowiednikiem antykomunistycznych Finów”. Dzisiejsi Ukraińcy wydają mi się nacjonalistami, i cóż w tym dziwnego? Finowie z roku 1939 byli bez wątpienia nacjonalistami. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby okazało się, że w propagandzie fińskiej z owych lat, mowa była o „odwiecznym wrogu – Rosji”. Dokładnie tak samo jak w Polsce w roku 1920.

  20. 20 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Proszę wybaczyć, nie miałem czasu wcześniej na obszerniejszą odpowiedź.

    O ile pamiętam, były w miarę przekonujące przyczyny klęski ataku na Kijów. Manewr okrążający utknął w błotach, które powinny być zamarznięte o tej porze roku, więc kolumny czołgów musiały się trzymać dróg, gdzie stały się łatwym celem. Nie jestem już pewien szczegółów, ale coś takiego się wydarzyło. To jednak nadal nie zmienia zasadniczo sytuacji. Komandosi w Hostomelu pozostawieni byli bez wsparcia, które nie miało nadejść poprzez błota, ale z powietrza. Ukraińska obrona przeciwlotnicza nie została zlikwidowana w pierwszej fali ataku. I tak dalej.

    Zmierzam do tego, że jakkolwiek nie użyłbym słowa „odpuścili” wobec nieudanego ataku na Kijów, to nadal jest w tym wszystkim coś bardzo dziwnego. Proszę jednak zwrócić uwagę, że narracja, jaką obaj z Panem proponujemy, nie jest z gruntu sprzeczna z proponowaną przez Mackiewicza supozycją: najsłabsza armia na świecie. Bezhołowie i bajzel, sowiecka robota (słowa Lenina!) i bardak. To bolszewicy, więc nie potrafiliby zorganizować nawet uchlaju w browarze, a co dopiero wojnę! My po prostu doszukujemy się nadrzędnej myślii w tym bajzlu. Nie wykluczam, że to Mackiewicz miałby rację, a nie ja.

    Nie jestem przekonany Pańskim określeniem Kijowa jako buntownika. Mam raczej wrażenie, że Putina panował całkowicie nad Ukrainą. Całą klasę polityczną, genialnie przezwaną przez Ukraińców DEMOKRATURĄ, sowieciarze trzymali w ręku, kontrolowali gospodarkę poprzez operacje Mogilnickiego, Firtasza i wszystkich oliparchów – co Pan opisał szczegółowo i zna lepiej ode mnie – a po 24 lutego 2022 roku utracili tę kontrolę.

    Niech mi Pan więc wybaczy, że pomimo wszystko podtrzymuję moje wątpliwości i nadal nie rozumiem celów operacji.

  21. 21 Dariusz Rohnka

    Michał,
    Młody Ukrainiec na froncie ma o wiele mniejsze szanse rozpoznania wroga, aniżeli węgierski powstaniec, który przez dekadę miał bezpośredni kontakt z „żywym” komunizmem nie zaś, jak w przypadku Ukraińca, z jego propagandowo martwą odsłoną. Węgierski antykomunizm był zapewne podszyty nacjonalizmem, co go musiało nadwerężać, niemniej wciąż pozostawał antykomunizmem. Tak mi się przynajmniej zdaje. W istnienie antykomunizmu ukraińskiego, AD 2023 skłonny jestem powątpiewać, a Ty nie?
    Finowie niewątpliwie także byli nacjonalistami, przynajmniej w jakiejś części, i może nawet nazywali związek sowiecki „Rosją”, ale nie walczyli z „raszystami” tylko z bolszewikami.
    Jeżeli Kreml dysponuje „najsłabszą armią na świecie” to armia Kijowa nie przedstawia się lepiej. Obie czerpią z tej samej militarnej tradycji. Z tego samego bardaku i korupcji. Mackiewiczowska teza o słabości czerwonej armii nie wyjaśnia w tym przypadku niczego.

  22. 22 michał

    Czy zechciałbyś uzasadnić ten pogląd? Dlaczego „węgierski antykomunizm, podszyty nacjonalizmem, wciąż pozostawał antykomunizmem”, a np. ukraiński nie? Albo polski.

    Jak wiesz z wielu naszych dyskusji, jestem skłonny powątpiewać w istnienie jakiegokolwiek antykomunizmu – kropka. Było raczej odwrotnie, to Twój optymizm w tej kwestii powodował spory między nami. Osobiście nie widzę żadnych powodów do optymizmu, więc nie bardzo rozumiem Twoją nagłą woltę w tej kwestii.

    Na wszelki wypadek i dla uniknięcia nieporozumień: ja nie uważam armii czerwonej za najsłabsze wojsko na świecie. przytaczam w tym względzie opinię człowieka, którego opinie poważam, tj. Józefa Mackiewicza. Jeżeli przeczytasz powyższy artykuł, to z pewnością dostrzeżesz, że nie sugerowałem, jako „mackiewiczowskie tezy miały wyjaśniać cokolwiek”, w tym przypadku lub w innych. Myśleć należy zawsze samodzielnie.

    Raszyści? Kto zacz?

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.