(Polski)

Józef Mackiewicz
The Triumph of Provocation
Michał Bąkowski
Votum separatum
Dariusz Rohnka
Szkice o Józefie Mackiewiczu
Jeff Nyquist
Origins of the Fourth World War
« Only truth can save us now. Trevor Loudon interview

Sorry, this entry is only available in Polski.



27 Comments "(Polski) „Bezsens” polski"

  1. michał

    Darek,

    Pismo Józewskiego to nadzwyczajne znalezisko! Na jakich wykopaliskach znajduje się takie rzeczy? Mimo oczywistej wartości “Polski Niezawisłej”, bardzo chętnie wdałbym się w obszerniejszą polemikę, ale niestety nie mogę. A zatem pokrótce.

    Piszesz w pewnym momencie o artykule w podziemnym pismie, że „autor nie dysponuje nawet oględną wiedzą na temat rozmiarów akcji zbrojnej. A przecież Józewski był jednym z najlepiej zorientowanych ludzi podziemia”. Postronnemu obserwatorowi (czyli mnie) wydaje się oczywiste, że najlepiej zorientowany człowiek podziemia nie może dzielić się swą wiedzą na temat rozmiarów akcji zbrojnej, bo zaprzeczałoby to wszelkim zasadom konspiracji, które nie są Ci obce. Sam to wiesz, toteż mówisz od razu, że mimo konspiracji, „GDYBY WIEDZIAŁ, to by o tym napisał”, ale z tego wynikałaby trudna do przyjęcia konkluzja, że najlepiej zorientowany człowiek podziemia nie wiedział o walce zbrojnej, co mówiąc delikatnie, jest wewnętrznie sprzeczne: albo-albo.

    Ale to są drobiazgi. Najważniejsze (i godne polemiki) wydaje mi się co innego. Henryk Józewski, który wyziera z podanych przez Ciebie obszernych cytatów, uderza mnie przede wszystkim jako polrealista.

    Twierdzisz, że Józewski był zwolennikiem mackiewiczowskiej postawy i poglądu na ważność strzałów w bolszewickiej ciszy. Ale na jakiej podstawie tak twierdzisz? Skąd to przekonanie? Sam mówisz przecie, że niczego takiego nie mówił, a wykazywał się „powściągliwością”. W moim mniemaniu, przyczyna mogła być tylko jedna: polrealizm.

    Źródło – może lepiej powiedzieć, korzeń – kłopotów Józewskiego, widzę w jego utożsamianiu sowietów z Rosją. Nie mówi inaczej niż rosyjska okupacja, „wyzwolenie” Polski przez Rosję itd., co jest tak oczywistym absurdem, że musi go wieść na manowce.

    „Klęską Polski jest zbyt powolne dojrzewanie prawdy o Rosji. Klęską Polski jest łatwe przechodzenie do porządku dziennego nad popełnioną nad Polską przez Rosję zbrodnią.”

    Nie! Klęską Polski była wówczas ślepota polityczna, która utożsamiała wtedy sowiety z Rosją, a dziś każe w czekiście widzieć prezydenta Rosji, kiedy to jest zwykły bolszewik. Optyka Józewskiego, wydaje mi się prowadzić na manowce, jest drogą donikąd. Co nie zmienia oczywiście w niczym mojego podziwu dla tego niezwykłego, nadzwyczajnego człowieka.

    A na koniec, nie mogę pojąć, jakim cudem umknęła Ci ironia w słowach Mackiewicza. Ejże! „Podatny na mit patriotycznego wojska polskiego”?! Przeczytaj całość! Cały artykuł jest przesączony łagodną ironią, ale nawet przytoczony przez Ciebie fragment mówi wyraźnie o „przesadnym optymizmie”. Ech, jeżeli nawet Darek Rohnka… więc jak? Wieszać czy nie wieszać?

  2. Dariusz Rohnka

    Michał,

    Polska Niezawisła nie jest łatwa do pozyskania. Musiałem co nieco pogrzebać w archiwach. Nie znalazłem jej w żadnej bibliotece, w przeciwieństwie do Polska Walczy, gazety wydawanej wcześniej, w okresie niemieckiej okupacji, przez „grupę Olgierda”. Dostępnych jest wiele egz. — można czytać w domu.

    Zacznijmy od „Chłopców z lasu”. Powiadasz, że jednego z najlepiej zorientowanych ludzi podziemnych obowiązywały ścisłe zasady konspiracji, że nie mógł zdradzać tego wszystkiego, co wiedział. Rzecz jasna, masz rację, pełna zgoda. W dodatku Józewski był absolutnym mistrzem konspiracji. Zwykł mawiać: „o tym musi pan zapomnieć”, a swoim kurierom, bywało, aranżował spotkania przy zgaszonym świetle, tak żeby jeden nie mógł rozpoznać drugiego. A jednak jest w tym rozumowaniu luka. Bo o sprawach wymagających dyskrecji można mówić, tyle że w sposób oględny, bez wdawania się w szczegóły, mogące narażać na dekonspirację. — Taką zasadą kierował się zresztą Józewski w omawianym artykule: pisał o zdarzeniach, których przebieg, skutki nie stanowiły tajemnicy dla drugiej, bolszewickiej strony. Na to mógł sobie pozwolić, ponieważ nikomu w ten sposób nie szkodził. Dokładnie w taki sam sposób mógł opisywać duże bitwy, toczone choćby na Podlasiu w latach 45-46, o przebiegu których bolszewicy mieli pełną wiedzę. Co więcej, to właśnie oni zabiegali w takich przypadkach (własnych niepowiedzeń i klęsk) o zachowanie dyskrecji przed… ludnością podbijaną. Dlaczego zatem Józewski nie podawał (podnoszących na duchu) informacji? — Powodów mogło być wiele, ale w mojej osobistej ocenie, po prostu nie miał o nich wiedzy; uogólniając, nie miał wyobrażenia o intensywności i skali walki, co wynika jasno z całości artykułu. Po raz kolejny wypada zapytać, dlaczego? — Z jakiego powodu, „góra” nie wiedziała zbyt dokładnie, co robią „doły”. I znowu odpowiedź nie jest łatwa, ale osobiście skłonny jestem wskazać na konflikt interesów: pierwsi chcieli zawiesić karabiny na kołkach, drudzy — walczyć. W efekcie, bywało, utajniano plany przed dowództwem. Łupaszka, gdy przystępował wiosną 46 do formowania V Brygady Wileńskiej (w pewnym stopniu także VI) raczej nie konsultował swoich poczynań z bezpośrednim przełożonym, Pohoreckim. — Ten ostatni widział Łupaszkę w roli producenta ulotek. Bo… znikąd (także od Andersa) nie miał zgody na akcję zbrojną.

    Całość jest bardzo skomplikowana. Nie do pomieszczenia w jednym artykule, tym bardziej w najdłuższym nawet komentarzu. Więc w skrócie: jedni chcieli rozładowywać lasy, drudzy walczyć. — Józewski miał niestety kontakt wyłącznie z tymi pierwszymi. Na wydawanie „Polski Niezawisłej” dostał pieniądze od Rzepeckiego. Ten sam Rz., jakiś czas później, jako szef WiN, ochoczo poszedł na współpracę z ub, przekazując im w dodatku środki, pozostające w jego dyspozycji. Był to podobno okrągły milion, dolarów… ówcześnie kwota zawrotna.

    Przypinanie łatki polrealisty do Józewskiego jest mocno krzywdzące. W powyżej przywołanym artykule, nie krytykował bynajmniej „Chłopców” walczących z bolszewikami. Cenił ich wysiłek i wspierał, choć na więcej nie mógł sobie pozwolić. Cytowałem:

    Las polski szumi walką o Polskę, szumi protestem przeciwko temu co z Polską uczyniono i temu co w Polsce się dzieje.

    Pisał to z pełną aprobatą czynu. A zatem moja konkluzja, że doceniał „strzały wśród ciszy” jest całkiem na miejscu.

    Nazywał sowiety Rosją, nie znaczy to jednak, aby nie dostrzegał istoty bolszewickiego fenomenu. Zdaje mi się, ponownie, że przytoczyłem w tekście dostatecznie przekonujące jego wypowiedzi. Korzeni bolszewizmu szukał nie wyłącznie u Marksa/Lenina, obficie czerpiąc z tradycji rosyjskiego zamordyzmu, ale doskonale rozumiał jakościową przemianę Rosji w bolszewię. W swoich poglądach był bliski Wacławowi Lipińskiemu, którego jak wiesz JM cenił niezmiernie.

    Nie wszyscy, którzy nazywali bolszewię Rosją, nie rozumieli bolszewickiego fenomenu. Józewski był jednym z nich. Przytaczam po raz kolejny wypowiedź Józewskiego, zawartą w powyższym artykule:

    Pod egidą Franka zatruto trochę mniejszą ilość Polaków fizycznie, niż pod egidą Bieruta wydaje się egzemplarzy pism, broszur, książek, ulotek, rozporządzeń, decyzji i innych przejawów akcji, zmierzającej do zatrucia moralnego.

    Nie miał na myśli rusyfikacji, jak typowy polrealista. Jeżeli dla Cię to nie dość oczywiste, trudno!

    Nie będę wróżył z fusów. Nie wiem, czy współcześnie widziałby Józewski w Putinie prezydenta Rosji. Chciałbym przypuszczać, że nie… ale, tylu inteligentnych ludzi podtrzymuje ów fałsz, że trudno doprawdy wyrokować. Na rzecz Józewskiego przemawia jedno: charakter. Nie łamały go koniunktury, łatwe rozwiązania, zatem nie sprzedałby swoich przekonań za garść złotówek.

    Ironia w wypowiedzi JM bynajmniej mi nie umknęła. Zdaje mi się dla odmiany, żeś Ty prześlepił kontekst. JM opowiada z ironią o ludziach ufających, że sowietyzacja spłynie z Polaków (także z polskich żołnierzy) jak woda z gęsi. Ironia oczywista, ale nie dotyczy ani owych „Polaków” ani „polskich żołnierzy”, takie odniosłem wrażenie już przy pierwszej lekturze tekstu, wiele lat temu.

  3. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Pański tekst jest naprawdę ciekawy, ale czy nie wydaje się Panu, że stwierdzenie “Jest rzeczą konieczną, aby Rząd polski w Londynie złożył wobec rządu sowieckiego kategoryczny protest z powodu działania agentów bolszewickich w Kraju.” dowodzi krańcowego braku kontaktu Józewskiego z rzeczywistością w omawianej tu kwestii?

  4. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Zdaje mi się, że na Pana retoryczne pytanie odpowiedzieć może być tylko jedna — twierdząca: zatracił kontakt z rzeczywistością, tyle że nie stało się to w omawianym momencie, ale wcześniej, gdy wobec układu z lipca 1941 nie wypowiedział posłuszeństwa rządowi w Londynie (mimo swojego skrajnie negatywnego stosunku do tego nieporozumienia). Zatracił się, ale nie sam, bo zdaje się nie było wówczas polityka, który postąpił inaczej, choć nie mam w tym względzie absolutnej pewności. Dość powiedzieć, że sam Józef Mackiewicz zabiegał w kierownictwie podziemia o zgodę na wyjazd do Katynia. Jak z tego widać, nie tylko łatwo jest „zatracić” kontakt z rzeczywistością, ale trudno także zerwać pęta wiążące nas z nierzeczywistością.

  5. Stanisław Ogórkiewicz

    Niestety, nie sposób odmówić Panu racji w ostatnim zdaniu.

    Z drugiej strony, byli też tacy, którzy z tą nierzeczywistością, czyli podporządkowaniem się rządowi londyńskiemu utrzymującemu stosunki dyplomatyczne z sowietami, nigdy nie mieli formalnych związków. Nie wiem, czy czytali Panowie wspomnienia dowódcy Brygady Świętokrzyskiej, Szackiego – “Bohuna”? On też co prawda był typem polrealisty i nazywał sowiety “Rosją”, ale trzeźwo oceniał zjawiska, z którymi stykał się w terenie, choć, nie rozpoznając do końca natury komunizmu, nie zawsze potrafił dojść od skutku do przyczyny. Trudno ocenić, na ile jego spisane wiele lat później na emigracji wspomnienia są podkoloryzowane i zawierają późniejsze przemyślenia, przedstawione (może nieświadomie) jako przemyślenia ówczesne. Udokumentowane działania Brygady pokazują jednak, że jej dowództwo, w przeciwieństwie do AK, do końca zachowywało wierność zasadzie “dwóch wrogów”, a pod koniec wojny wobec nieuchronnej klęski Niemiec w praktyce uznało “Rosję sowiecką” za wroga nr 1, choć o w pełni świadomym anty-komunizmie nie mogło być mowy. Jak na tamte warunki i to było jednak już dosyć dużo.

    Zresztą, ciekawa rzecz, ucieczka Brygady na Zachód była solą w oku bolszewików na tyle, że dwukrotnie próbowali porwać “Bohuna”, raz nielegalnie, raz “legalnie”, w 1950 r., za sprawą interwencji rządu prl we Francji. Szczęśliwie – bez skutku.

  6. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Środowisko, do którego należał “Bohun” niewątpliwie lepiej aniżeli AK radziło sobie z rozpoznaniem drugiego wroga, w teorii. W praktyce bywało różnie. Jeden z bardziej radykalnych odłamów, ten z B. Piaseckim na czele, zakładał po wojnie pax i dążył do rozbrojenia antykomunistycznego podziemia. Wielu pozostało w lesie i walczyło dalej, w licznych przypadkach — do końca. Kolejna grupa (ci, którzy przedostali się na Zachód) skłonni byli na ogół podkreślać przede wszystkim swoją antyniemieckość oraz lojalność wobec rządu RP.

    Przyznam, że niewiele wiem o “Bohunie”, nie czytałem jego wspomnień. Udało mi się jedynie sięgnąć po publikację (sprzed 40 mniej więcej lat), która przedstawia jego postać w nieco innym świetle.

    Otóż, mam przed sobą raport płk. Dąbrowskiego, datowany na maj 1945 roku, skierowany do Naczelnego Wodza w Londynie, cytowany przez Zbigniewa S. Siemaszko w książce “Narodowe Siły Zbrojne”:

    Melduję Panu Generałowi, że utworzona przeze mnie grupa z oddziałów partyzanckich w sile … po stoczeniu walk z Niemcami w rejonie Pilzna w dn. 6 bm. połączyła się z 2 Dywizją Piechoty Armii Amerykańskiej…

    Moim zamiarem jest jak najszybsze zameldowanie się z Grupą pod rozkazy Pana Generała i złożenia szczegółowego sprawozdania…

    Proszę Pana Generała o spowodowanie jak najszybszego dołączenia grupy Grupy do Armii Polskiej na Zachodzie.

    Płk. Dąbrowski to nie kto inny jak “Bohun”, “Szacki”. Najbardziej charakterystyczne wydaje mi się w tym raporcie podkreślenie walk stoczonych z Niemcami w ostatnich dniach wojny. Jest tam też oczywiście mowa o Rosjanach, jako o śmiertelnym zagrożeniu, no…, ale trudno, żeby nie wspominano o nich w raportach tego czasu.

    Skoro bolszewicy dybali na jego życie, bardzo możliwe, że był uznany za potencjalnie groźnego, co bez wątpienia dobrze by o nim świadczyło.

  7. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Na pewno ma Pan trochę racji – dowództwo Brygady czyniło starania, aby BŚ weszła w skład Polskich Sił Zbrojnych, do czego zresztą ostatecznie nie doszło.

    Ale jest jeszcze jedna okoliczność, którą należy wziąć pod uwagę przy interpretacji treści tego raportu, w świetle której podkreślanie potyczek stoczonych z Niemcami jest jak najbardziej zrozumiałe: po przedostaniu się na Zachód nie było pewne, czy Brygada zostanie uznana za siłę koalicyjną, a co za tym idzie, nie było pewności, czy jej członkowie nie zostaną wydani bolszewikom (że ci ostatni usilnie o to zabiegali, nie muszę dodawać). Dlatego “Bohun” stawał na głowie, żeby uratować wolność, a być może także życie, swoich ludzi.

    I to – nawiasem mówiąc – wydaje mi się bardzo realnym celem, a być może – patrząc z perspektywy czasu, bo chyba tylko nieliczni mogli o tym wówczas wiedzieć – jedynym celem możliwym do osiągnięcia podczas tamtej wojny, gdzie żadna ze stron nie była zainteresowana prawdą i dobrem, a jedynie bądź to zniewoleniem ludzkości, bądź obłąkaną ideologią, bądź swoimi wąskimi interesami rozumianymi na modłę kapitalistyczną, a więc różnymi stopniami zła. I w tym mętliku jedynym realnym celem mogło być działanie w skali mikro, czy było to ukrywanie osaczonych Żydów w Polsce, czy zbiegłych Kozaków w Austrii i we Włoszech, czy – jak w tym przypadku – uratowanie przez oddaniem w ręce bolszewików choćby tej garstki wartościowych ludzi, i danie im w ten sposób szansy na normalne życie. Było to niestety wszystko, co można było uczynić, co w niczym nie umniejsza zasług ludzi, którzy się do realizacji tych “małych cudów” przyczynili.

  8. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Niewątpliwie chwalebna jest troska o własnych żołnierzy, niemniej (jak Pan pewnie dostrzega) gwałtownie zmieniamy rangę omawianych problemów.

    Zaczęliśmy od Józewskiego i pytania, czy na swojej integralnej drodze walki nie utknął aby stopą w dołku, a dotarliśmy do dyskusji o sensie ratowania skóry (własnej i podkomendnych).

    Przekonuje Pan, w ostatnim akapicie, że nie było realnych celów do osiągnięcia, poza obroną tego, co się da: życia, rodziny, przyszłości. Nie przekonuje mnie takie stanowisko. Co więcej, zdaje mi się, że gdyby na miejscu bolszewików postawić Niemców, nie byłoby (prawie) nikogo, kto odważyłby się kwestionować ideę dalszej walki.

    Istota problemu, jak mi się zdaje, tkwi w spolegliwości — do której droga wiedzie przez szeroką bramę sowietyzacji. Wyczuwali to instynktem (lub rozumem) ci, którzy zdecydowali się na rejteradę, i drudzy, którzy postanowili walczyć dalej.

  9. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Gdyby na miejscu bolszewików postawić Niemców, nie byłoby (prawie) nikogo, kto odważyłby się kwestionować ideę dalszej walki.

    Tak, dlatego, że Niemcy byli wrogiem fizycznym, a bolszewicy, metafizycznym (jakkolwiek egzotyczne może się wydać zestawienie w jednym miejscu metafizyki i np. Chruszczowa, to tak właśnie jest). Niemcy byli mimo wszystko wrogiem “tradycyjnym”, a bolszewicy nie. Bolszewicy byli i są rewolucją. Są kontynuacją tej walki, którą siły Dobra prowadzą z siłami Zła od 1789 r., a może nawet i dłużej. Niemcy nie obiecywali złotych gór podbitym ludom i nie stosowali taktycznych chwytów, aby uśpić ich czujność. Mógłbym mnożyć te różnice, ale przecież Pan je doskonale zna.

    Z tego właśnie powodu, aby skutecznie zmobilizować przeciwko bolszewikom ludzi, którzy wcześniej nie doświadczyli ich “rządów”, ludzie ci muszą, po pierwsze, posiadać ogólne usposobienie konserwatywne (nie w sensie Burke’a czy Stańczyków, ale konserwatyzmu rozumianego potocznie), po drugie, muszą być dobrze przygotowani ideologicznie, muszą znać przeciwnika i być wyczuleni na jego sztuczki. Jak było u nas z tym drugim punktem w praktyce, doskonale Pan wie.

    Dlatego, biorąc pod uwagę wszystkie istniejące wówczas okoliczności, w latach 40-tych ubiegłego wieku zwycięstwo nie było możliwe (również w skali światowej, gdzie u władzy byli “głuchoniemi ślepcy”). Ale to dla współczesnych stawało się widoczne dopiero w roku 46/47. Dopóki nie było to jasne, walka zbrojna była jak najbardziej uzasadniona.

    Kościół katolicki naucza, że zbrojny opór przeciw władzy ma sens jedynie wówczas, gdy spełnione jest jednocześnie pięć warunków. Cztery z nich w przypadku oporu przeciw bolszewikom spełnione będzie zawsze. Ostatni, który moim zdaniem spełniony jest tylko czasami, to istnienie realnych szans na zwycięstwo i powodzenie podejmowanej akcji. W roku ’47 stało się jasne, że szans na zwycięstwo nie ma. Nie potępiam ludzi, którzy zostali wówczas “w lesie” – ich dylematy są dobrze znane i nie będę ich tu opisywał. Chcę tylko powiedzieć, że nie wierzę, aby Pan Bóg dopuścił do alternatywy: albo beznadziejna walka, albo nieunikniona sowietyzacja. Pod bolszewikami też można żyć z godnością, i choć nie jest to łatwe, to z drugiej strony nie jest to chyba aż tak trudne, jakim się z pozoru wydaje. Nie to jest dla mnie problemem w peerelu. Problemem jest to, że w porównaniu – jak podejrzewam, bo nigdy nie żyłem w innych demoludach, ale coś niecoś o niektórych z nich wiem – do innych podbitych krajów, u nas w skali nieporównanie większej występuje zakłamanie wśród tej tzw. “patriotycznej” grupy Polaków, które powoduje, że mamy setki tysięcy werbalnych “anty-komunistów”, a rzeczywistych – jedynie garstkę. Jak pisała B. Toporska: gdyby to peerel był centrum światowego komunizmu, anty-komunistów (nawet tych werbalnych) nie byłoby tam prawie wcale, a “Sołżenicyna zadeptano by, zanim zdołałby pisnąć”. I to jest, jak mi się zdaje, największy problem, ponieważ utrudnia to wytyczenie granic pomiędzy nami, a bolszewickim systemem – a wytyczenie takich granic jest konieczne dla skutecznego opierania się sowietyzacji. Ale, chociaż jest ono w tych warunkach dużo trudniejsze, to wciąż jest możliwe.

  10. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Bardzo interesujący komentarz. Z pewnością w ogromnej części poruszanych przez Pan spraw zgadzamy się, dostrzegam też jednak kilka punktów spornych. Chciałbym na nie obszerniej niż zwykle odpisać, niestety nie dzisiaj. Proszę łaskawie poczekać na odpowiedź.

  11. michał

    Darek,

    Wybacz moje długie milczenie, ale miałem inne sprawy na głowie. Na szczęście, Pan Ogórkiewicz powiedział prawie wszystko, co ja mógłbym tu pisać – i to o wiele lepiej niż ja bym to uczynił – więc nie było żadnej straty. Pozwól mi jednak dodać, że nie “przypinam nikomu łatek”, a twierdzę spokojnie, że z podanych przez Ciebie cytatów wynika niezbicie, że Józewski był polrealistą. Na tym rzecz by się skończyła, gdyby nie Twoje twierdzenie: “Nie miał na myśli rusyfikacji, jak typowy polrealista”, które nasunęło mi poważną wątpliwość. Jak Ty rozumiesz polrealizm, termin tak kluczowy dla Józefa Mackiewicza, jeśli utożsamiasz go myleniem sowietyzacji z rusyfikacją?

    Każdy ma prawo rozumieć Mackiewicza, jak mu się żywnie podoba, byleby to nie było jawnie sprzeczne z Mackiewiczem. Żem oczywiście niczego nie “prześlepił”, oprócz sensu w Twoich zdaniach, jakoby Mackiewicz był “podatny na oddziaływanie mitu patriotycznego ludowego wojska”. Bo sensu, to akurat w tych zdaniach nie ma ani śladu.

  12. michał

    Drogi Panie Stanisławie,

    Bardzo ciekawe są Pańskie rozważania. Nie znam tych wszystkich Bohunów, brygad i temu podobnych, więc czytam z zainteresowaniem.

    Pańskie rozróżnienie fizyki i metafizyki w polityce wydaje mi się znakomite, przyzna Pan jednak, że Hitler jednoznacznie reprezentował rewolucję, dlaczego więc obaj – bo ja się z Panem zgadzam w tym punkcie – uważamy go za “wroga tradycyjnego”?

    Druga kwestia jest taka. Pisze Pan:

    “aby skutecznie zmobilizować przeciwko bolszewikom ludzi, którzy wcześniej nie doświadczyli ich „rządów”, ludzie ci muszą, po pierwsze, posiadać ogólne usposobienie konserwatywne (nie w sensie Burke’a czy Stańczyków, ale konserwatyzmu rozumianego potocznie)”

    Czy zechce Pan rozwinąć tę myśl? Co ma Pan na myśli, mówiąc o usposobieniu konserwatywnym? Potoczne rozumienie konserwatyzmu jest takie, że konserwatyści nigdy nie zamierzają podejmować walki, bo zawsze więcej da się uratować bez walki. Albo zatem Pana źle rozumiem, albo zupełnie się nie zgadzam.

  13. Stanisław Ogórkiewicz

    Drogi Panie Michale,

    Wyjaśniłbym ten paradoks następująco: program Hitlera był bez wątpienia rewolucyjny, ale hitlerowskie Niemcy nie zamierzały nieść tego “szczęścia” wszystkim podbitym narodom. Ludy Europy Wschodniej miały zostać podbite, aby “rasa panów” mogła nad nimi panować jako podludźmi, w sposób niejako oficjalny. Z tego powodu, nie widząc potrzeby ich “hitleryzacji” i zabiegania o ich względy, traktowano je (poza Żydami i Cyganami) w dużej mierze tak, jak w latach 1914-18. Dlatego w odczuciu tych narodów hitlerowskie Niemcy były wrogiem “tradycyjnym”, pomimo swojej rewolucyjnej ideologii.

    Dyskusję nad tym, czym jest konserwatyzm w potocznym rozumieniu, proponuję odłożyć na inną okazję. W swojej wypowiedzi miałem na myśli ludzi, którzy są przynajmniej w podstawowym stopniu przywiązani do religii; którzy, jak to się potocznie mówi, “mają Boga w sercu”, i z tego powodu nie dają się nabrać na obietnice raju na ziemi. Z tego punktu widzenia Polska w 1945 r. miała duży potencjał anty-komunistyczny, bo ok. 2/3 społeczeństwa było do komunizmu nastawione negatywnie. Cóż jednak z tego, skoro para poszła w dużej mierze w gwizdek?

  14. michał

    Drogi Panie Stanisławie,

    Zgodziłbym się w ogólnych zarysach, co do paradoksu Hitlera. Był po prostu ograniczonym bolszewikiem. Nie w takim sensie, w jakim rzekomo ograniczał swój bolszewizm Michnik, ale dosłownie: był ograniczonym człowiekiem. Był leninistą, ale wszędzie gdzie odbiegł od czystego leninizmu, na szczęście ludzkości, osłabił swoją pozycję. W rezultacie, jego rewolucjonizm był paradoksalnie mniej groźny dla tejże ludzkości.

    Henryk Elzenberg zapisał w 1942 roku:

    “Groza totalizmu na tym polega, że mnoży on niejako jedno przez drugie: fizyczny nacisk państwowy przez pseudomoralny nacisk społeczny – wytwarzając coś czego w tym stopniu nigdy chyba jeszcze człowiek nie zaznał. Ale my, uginając się pod przemocą Niemców, ich t o t a l i z m u właściwie nie odczuliśmy dzięki temu, że jesteśmy traktowani nie jako członkowie jakiejś z nimi wspólnoty, tylko jako pecus i to nas właśnie jako ludzi, w pewnej mierze ratuje.”

    W moim przekonaniu, jest to teoretyczne wyjaśnienie, dlaczego Niemcy robili z Polaków bohaterów, a bolszewicy przemieniali nas w gówno.

    Ale nie rozumiem, w czym rzecz z tym odkładaniem dyskusji na inną okazję! Skąd to się wzięło? A co jeśli okazja się nie nadarzy? Nie od nas to zależy, więc okazję do dyskusji trzeba chwytać natychmiast, a nie czekać, odkładać, jak Quintus Fabius Maximus Verrucosus Cunctator. Nie bądźmy fabianistami!…

    Zatem do rzeczy. Znam wielu ludzi, z którymi nie zgadzam się politycznie, choć mają Boga w sercu. Podziwiam ich i lubię, ale nie nazwałbym ich konserwatystami. A z drugiej strony, zbyt wielu jest konserwatystów, którzy gotowi są zachowywać sowietskuju włast’. Konserwatyzm na nic się tu nie zda. Nie jest wystarczająco jasnym rozróżnikiem. Nie wydaje się Panu?

  15. Dariusz Rohnka

    Michał,

    Pisałem o rusyfikacji w kontekście polrealizmu, bo to typowy (choć nieobligatoryjny) składnik tej postawy, poczynając od nauczycielki z wileńskiej szkoły, na emigracyjnych obrońcach stalinowskiej konstytucji w latach 70. nie kończąc.

    Jeżeli łakniesz definicji polrealizmu, spróbuj ją może skroić wg własnych wyobrażeń, a nie fatyguj innych.

  16. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Powracam do dyskusji.

    Przyznaje mi Pan rację, że w przypadku okupacji niemieckiej, nikt (prawie) nie kwestionowałby sensu dalszej walki. A zatem, pośrednio, obalamy w ten sposób jeden z zasadniczych mitów — o konieczności ratowania substancji biologicznej. To nie najważniejsze, ale istotne, bo pokazujące, że starano się stosowną wymówkę wyszukać, a następnie — przy jej udziale — rozgrywać rzekomą niemożność walki, a w dalszym etapie — potrzebę kohabitacji z bolszewikami.

    To oczywiście doskonały podział: wróg fizyczny, wróg metafizyczny. Nie dość, że trafiony w punkt, to dający możliwość penetrowania rzadko odwiedzanych rejonów historiozoficznych. Ale, o tym później.

    W swoim komentarzu powołuje się Pan na naukę Kościoła, dotyczącą zbrojnego oporu wobec władzy. Zdaje mi się, że ma Pan na myśli KKK, spisany pod patronatem JPII. Tego ostatniego JM miał za największego poputczika bolszewizmu, niewątpliwie słusznie. Ale to nie problem, bo zasadniczy kształt idei oporu wobec władzy pochodzi od Akwinaty. Św. Tomasz, jak wiemy, zdefiniował pojęcie tyrana jako buntownika, niszczącego dobro wspólne. Określił także warunki umożliwiające wystąpienie przeciwko jego władzy. Warunki, trzeba chyba przyznać, wymykające się ścisłemu obrachunkowi. Bo w jaki niby sposób człowiek czy grupa ludzi mieliby z góry przewidzieć konsekwencje podjętych działań? — Szczęśliwie, nie potrafi tego doświadczyć żaden z żyjących.

    Powiada Pan jednak, że w 1947 było już wiadomo, że z bolszewikami wygrać nie można. — Pogląd popularny, ale czy uprawiony? W tym roku siły antykomunistyczne zostały zredukowane do zaledwie kilku, kilkunastu procent poprzedniego stanu, ale czy to eliminuje możliwość zwycięstwa w niedającej się przewidzieć przyszłości? Przecież nie sposób było w tym czasie wskazać chociażby jaki kształt przybierze sytuacja międzynarodowa. Wciąż spierano się o wybuch kolejnej wojny powszechnej. Nie wybuchła, ale czy to w kładzie się cieniem na myślenie ludzi antycypujących jej nadejście?

    Nie wszyscy żołnierze, którzy pozostali w konspiracji po ostatniej “amnestii” byli zdeterminowali walczyć z bolszewikami do końca. Byli i tacy, którzy wahali się, nie wiedzieli, co ze sobą począć. A jednak walka nie trwałaby tak długo (jak trwała), gdyby tych ostatnich była większość. Najlepsi radzili sobie w sytuacji pozornie bez wyjścia. Niestety, pozostawieni zostali sami sobie. Londyn bezecnie odwrócił się od nich już w 1945. Nie dysponowali stosowną komunikacją, a jedynie lokalną wiedzą na temat panujących nastrojów. Nie było przepływu informacji pomiędzy prowincją a dużymi miastami. Brakowało kontaktów. A przecież (o czym Pan zresztą słusznie wspomina) ogromna większość ludzi nie trawiła komunizmu. To był ogromny, niewykorzystany potencjał. W szkołach, w organizacjach harcerskich buntowała się młodzież, zakładała antykomunistyczne organizacje, nieliczni sięgali nawet po broń. Brakowało koordynacji. Czy w 1947 roku było absolutnie do przewidzenia, co zdarzy się za kilka lat, np. w 1950? A właśnie w tym roku zawarte zostało tzw. “porozumienie” pomiędzy Kościołem i “państwem”. W punkcie 8 Episkopat deklarował:

    Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej.

    Czy zastanawiał się Pan kiedyś, co pomyślałby o podobnych słowach Akwinata? Słów zapisanych w umowie zawieranej z największym wrogiem człowieka i religii? Co uznałby za mniejsze zło: bolszewizm czy permanentne narażanie siebie i bliźnich w walce z nim?

    Doskonale rozumiem Pana słowa o usposobieniu konserwatywnym, o ludziach głębokiej wiary i przywiązaniu do elementarnych zasad. Poza tym bywają chwile, że nawet margrabiom Wielopolskim przychodzi nasadzać konfederatkę na łysinę i chwytać za dwururkę. Taka walka w żadnej mierze nie stoi wspak konserwatyzmowi.

    Powróćmy do pana doskonałego podziału dwóch wrogów. Otóż, zdaje mi się, że w przypadku walki z tym drugim (metafizycznym), sam św. Tomasz stanąłby po stronie czynu.

    Powiada Pan na koniec, że walka z bolszewizmem nie jest koniecznością, bo i pod jego władzą można żyć z godnością. Nie będę kwestionował, że w odizolowanych, indywidualnych przypadkach taka możliwość istnieje. Niestety, nie oni stanowią o wartości populacji, a ta wypada równie mizernie w 56, 80, 26. Gdyby było inaczej, nikt przy zdrowych zmysłach nie pasjonowałby się działaniami współczesnych „anty-komunistów”…

  17. michał

    Ups… nie będę Cię więcej fatygował. Tak mi przykro. Dyskusja? Po co to?

    Sprowadzanie polrealizmu do tezy “nic, tylko Rosja” jest w oczywisty sposób sprzeczne z wypowiedziami Mackiewicza, ale fatygować się tym nie powinieneś.

  18. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Pisze Pan:

    „Przyznaje mi Pan rację, że w przypadku okupacji niemieckiej, nikt (prawie) nie kwestionowałby sensu dalszej walki. A zatem, pośrednio, obalamy w ten sposób jeden z zasadniczych mitów — o konieczności ratowania substancji biologicznej.”

    Nie wydaje mi się, żebyśmy w ten sposób obalali to twierdzenie, dlatego, że można przyznawać, iż walka z Niemcami jest konieczna, ale w praktyce stosować zasadę, że należy ograniczyć walkę do minimum, dopóki to nie jest absolutnie niezbędne, aby nie narażać własnych oddziałów na straty, a ludności cywilnej na krwawy odwet. Niech walczą inni, a my wejdziemy do walki, kiedy uznamy to za stosowne – skoro Brytyjczykom przez stulecia wolno było tak prowadzić wojny, to dlaczego nie nam? Tak właśnie rozumowała Brygada Świętokrzyska oraz chyba cały NSZ, i – jak pisał Mackiewicz – szkoda, że jego żołnierze tłumaczyli się później gęsto, gdzie i kiedy zabili jakiego Niemca, zamiast oskarżyć oskarżających o to, że kolaborowali z bolszewikami. Zgadzam się z Panem natomiast, że argument o ratowaniu substancji biologicznej nie ma żadnego sensu w walce z międzynarodową rewolucją. Przynajmniej do czasu, gdy – w odczuciu walczących – są jeszcze szanse na zwycięstwo, choć co do tego ostatniego zastrzeżenia chyba nie ma między nami zgody, o czym poniżej.

    Najpierw jednak drobna uwaga: pisze Pan, że fakt, iż nie było wiadomo, co będzie w roku 1950, przemawiał na rzecz kontynuacji walki zbrojnej. A mnie się wydaje, że mógł przemawiać na rzecz jej przerwania. „Ponieważ nie wiadomo, co będzie w roku 1950, wycofajmy się do cywila i zakopmy broń, ale pamiętajmy, gdzie ją zakopaliśmy, bo może się okazać, że za kilka lat wybuchnie wojna. Jeśli teraz będziemy kontynuować walkę zbrojną, to do tej wojny dotrwają tylko nieliczni, a tak – może nas dotrwać znacznie więcej.” Oczywiście zdaję sobie sprawę ze słabych stron tego rozumowania, z możliwości rozpracowania tych ludzi i ich aresztowania itd., ale chciałem tylko wskazać na fakt, że z niepewności co do rozwoju wydarzeń możliwe było wyciągnięcie odwrotnych wniosków, niż Pan sugeruje.

    Przechodzę do meritum. Pisze Pan:

    „Powiada Pan na koniec, że walka z bolszewizmem nie jest koniecznością, bo i pod jego władzą można żyć z godnością. Nie będę kwestionował, że w odizolowanych, indywidualnych przypadkach taka możliwość istnieje. Niestety, nie oni stanowią o wartości populacji, a ta wypada równie mizernie w 56, 80, 26. Gdyby było inaczej, nikt przy zdrowych zmysłach nie pasjonowałby się działaniami współczesnych „anty-komunistów”…”

    Mam wrażenie, że mówimy o dwóch różnych rzeczach: ja o godnym życiu pod komunizmem, a Pan o tym, czy nasze działania są na rękę komunistom, czy z ich perspektywy jesteśmy poputczikami, czy jesteśmy użyteczni dla ich planu, czy – z ich perspektywy – spełniamy kryterium minimalnej sowietyzacji.

    W encyklice Firmissimam Constantiam papież Pius XI stwierdza, że walka zbrojna z rewolucją jest w pewnych przypadkach uzasadniona, ale jednocześnie przestrzega, że musi ona być zawsze środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. Co jest celem katolika? Jak to ładnie ujęto w jednej z tradycyjnych angielskich modlitw: to live a holy life, die a happy death, and attain everlasting bliss in Heaven. I dlatego powinno się walczyć z bolszewikami, bo oni porządek na tej przyczynie celowej ustanowiony chcą wywrócić do góry nogami, w ten sposób utrudniając wypełnianie przykazań Bożych. Ale ta walka ma sens jedynie, gdy – po ludzku rzecz biorąc – istnieje szansa na osiągnięcie tego celu. Kiedy tej szansy – według naszych ludzkich obliczeń – nie ma, trzeba się pogodzić z tym faktem, pogodzić się z rzeczywistością empiryczną (co nie jest równoznaczne z udziałem w politycznej „rzeczywistości” bolszewickiego tworu), że Pan Bóg dopuścił do tego zła, a ponieważ Pan Bóg zawsze dopuszcza do zła, by wyprowadzić z niego większe dobro, dlatego jest oczywiste, że i pod bolszewikami jest możliwe wieść święte życie, umrzeć dobrą śmiercią, i dobrze przygotować się na Sąd Ostateczny, aby po nim dostąpić zbawienia wiecznego. I dlatego nie mogę zgodzić się z Panem, jeżeli to Pan ma na myśli, że pod tym względem sytuacja wśród mieszkańców peerelu wyglądała tak samo w roku 56, 80 i 26.

    Baba, która szła głosować w 57 r., bo niepoczytalny politycznie Ksiądz Prymas tak powiedział, mogła nadal wieść święte życie, itd., a czyn przez nią popełniony nie był grzeszny, nawet, jeżeli zagłosowała bez skreśleń, jeśli tylko nie była w pełni świadoma tego, co to oznacza. I gdyby zamiast Wyszyńskiego na czele Episkopatu stał ktoś pokroju kard. Mindszenty’ego, to ta sama baba, i tysiące jej podobnych, byłaby już właściwie poinstruowana, co ma robić i takiego błędu by nie popełniła. W roku 1980 ludzi gotowych słuchać takiego hipotetycznego prymasa byłoby już znacznie mniej. O roku 2026 nie będę nawet pisał.

    Zgadzam się natomiast, że w każdym z tych przypadków zdecydowana większość mieszkańców prl spełniała kryterium minimalnej sowietyzacji, tzn. uznawała to „państwo” za swoje.

    Ale musimy oddzielić te dwie rzeczy. Chyba nie sądzi Pan, że Pan Bóg na Sądzie Ostatecznym będzie brał pod uwagę, czy ktoś z punktu widzenia bolszewików spełniał minimalne kryteria sowietyzacji, albo czy był dla nich nieświadomie użyteczny. Nie możemy czynić z nich punktu odniesienia, bo punktem odniesienia powinno być Dobro, a nie Zło. Inaczej wpadniemy w pułapkę.

    Ma Pan rację, wskazując na nastroje znacznej części społeczeństwa tuż po wojnie. Jeżeli w latach 44/47 był wśród tych ludzi jakiś dominujący czynnik, to była to, oprócz instynktownej niechęci wobec nowej „rzeczywistości” – dezorientacja. Oglądanie się to na „Londyn”, to na Mikołajczyka, to na Episkopat, i szukanie oparcia w przywódcy bądź instytucji, która mogłaby wskazać konkretny kierunek działania. Ale tego oparcia nie było…

    Co do oceny treści “Porozumienia” w świetle nauczania Kościoła nie ma między nami rozbieżności. Żaryn podaje nawet informację, że Pius XII w pierwszej reakcji zamierzał odwołać Wyszyńskiego z funkcji prymasa, ale przebywający wtedy w Rzymie kard. Sapieha miał go przekonać, by tego nie robił. Podejście prymasa Hlonda do komunistów z pewnością nie było idealne, ale różnica na jego korzyść w stosunku do Wyszyńskiego – bardzo duża.

  19. Stanisław Ogórkiewicz

    Drogi Panie Michale,

    Dobrze, proszę zatem wyjaśnić, co miał Pan na myśli, pisząc w artykule “Kiedy Józef Mackiewicz bił na Alarm” następujące słowa:

    “Jego antykomunizm nie był bowiem „reakcją na groby katyńskie” (jak się czasami słyszy) ani na deportacje, nie był odpowiedzią na codzienny koszmar sowietyzmu, a wynikał z uprzedniej, klarownej, przeżytej i wyartykułowanej, tradycyjnej moralności i konserwatywnego poglądu na świat.”

  20. michał

    Ależ Drogi i Szanowny Panie Stanisławie! Czyż to domaga się wyjaśnień? Czy dla każdego inteligentnego człowieka, to nie powinno być jasne samo przez się? Nie sądzę doprawdy, by było to konieczne, ale skoro Pan nalega…

    Pisząc te słowa, miałem na myśli setki – dosłownie setki – tzw. mackiewiczologów, którzy usiłują zredukować antykomunizm obojga Mackiewiczów do “ich przeżyć”. Np. do “grobów katyńskich”, np. do przeżyć pod okupacją sowiecką, np. do ucieczki przed wywózką. Pani profesor od Siedmiu Boleści, która niech pozostanie anonimowa, wywodziła niedawno, że “oni MUSIELI uciekać na Zachód”, bo przecież on był w Katyniu – “no, kiwała głową, nie mieli wyboru”. Mieli wybór, i z wolnego wyboru nie chcieli żyć pod bolszewikami.

    Czy to byłaby wystarczająca odpowiedź na Pańskie pytanie, “co miałem na myśli, pisząc w artykule „Kiedy Józef Mackiewicz bił na Alarm” następujące słowa”? Ale przecież mówiliśmy o czymś innym, nieprawdaż? Mówiliśmy o przydatności konserwatyzmu – tu oczywiście pozostaje luka na wielorakie rozumienie tego terminu – do walki. Tu leży pies pogrzebany.

    Józef Mackiewicz był konserwatystą. Osobiście, jestem konserwatystą. O ile pamiętam, Pan także zaliczyłby się do tej szkoły myślenia (choć zgodnie z Pana życzeniem, nie będziemy dyskutować, jak rozumiemy konserwatyzm). Problem w tym, że Mackiewicz wcześnie uświadomił sobie, że konserwatyzm nie jest paliwem dla kontrrewolucji. Wyznaję, że Pańskie określenie wydaje mi się nie tylko trafne, ale genialne: cała ta para poszła w dużej mierze w gwizdek, zamiast kręcić koła lokomotywy walki z komunizmem.

    Konserwatyzm przez małe ‘k’ jest powszechną postawą wśród ludzkości. Większość ludzi na świecie ma konserwatywne usposobienie, co oczywiście nie czyni ich jeszcze świadomymi konserwatystami. Ale jak przelać to nastawienie – nazwijmy to inaczej, uczciwość, przywiązanie do pewnych apriorycznych zasad, często bezmyślne, nawet bezwolne, w pewnym stopniu wreszcie, wiara w Boga – jak przekuć to w postawę walki?

    Pozwolę sobie zatem powrócić do mego wstępnego pytania. Pisał Pan: “aby skutecznie zmobilizować przeciwko bolszewikom ludzi, którzy wcześniej nie doświadczyli ich „rządów”, ludzie ci muszą, po pierwsze, posiadać ogólne usposobienie konserwatywne”.

    Prosiłem Pana wówczas o rozwinięcie tej myśli, ponieważ ja sam nie widzę, jak można dokonać kroku od owego pierwotnego, fundamentalnego nastawienia do kontrrewolucji. Cała ta para na ogół idzie w gwizdek, choć być może wyjątkiem była rosyjska kontra.

    (NB. odbywała się tutaj przed paru laty debata na ten temat; na temat rewolucji, kotrrewolucji, natury państwa i istoty władzy. Jest ona dziwnie ukryta pod klawiszem Cykle (powyżej), pod tytułem “Benito Cereno”. Bardzo byłbym ciekaw Pańskiej opinii.)

  21. michał

    PS. zapomniałem dodać linkę do Debaty: https://wydawnictwopodziemne.com/category/cykle/benito-cereno/

  22. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Na początek chciałbym nawiązać do Pana słów o “zakopywaniu broni”. Z technicznego punktu widzenia, ma to – oczywiście – głęboki sens: zakopujemy nadmiar broni, oczywiście broni dobrze zakonserwowanej. Tak nierzadko czyniono, niekiedy z dobrym skutkiem. Nawiązuję do tego wątku, ponieważ wydaje mi się istotny. Pozostając stronnikiem walki zbrojnej, staram się zachowywać konieczny dystans i umiarkowanie, realizm. Z tego powodu:

    Wydaje mi się błędem wariant w 100% bierny — zakupujemy broń i rozchodzimy się do domów. Taka koncepcja bywała stosowana, na ogół z opłakanym skutkiem. Żołnierz oderwany od oddziału, dowództwa, struktury, w której walczył, jest w ogromnym procencie skazany na wpadnięcie w łapy wroga, zaczyna zeznawać (pod wpływem niewyobrażalnych tortur), powoduje dekonspirację oddziału, siatki etc. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby chwilowe zawieszenie walki regularnej na dużą skalę, ale przy jednoczesnym pozostawieniu żołnierzy w strukturach konspiracji. Próbowano tak robić, ale rzecz nie była łatwa. Z różnych przyczyn, głównie materialnych. — Niestety, przez cały okres aktywności antykomunistycznego podziemia nie podjęto (na większą skalę) działań zmierzających do zdobycia istotnych środków materialnych. Przeprowadzono rzecz jasna tysiące tzw. eksów — zazwyczaj kończyło się na zdobywaniu drobniaków. W przypadku jednej z takich akcji, kasa okazała się w 100% pusta. Skończyło się anegdotycznie – dowódca oddziału wpłacił na rzecz gminy w imieniu Brygady niewielką kwotę pieniędzy, co zostało zaksięgowane.

    Skłaniam się, jak Pan widzi, do koncepcji, czasowego ograniczenia działań zbrojnych. Tak — w wytworzonych warunkach utrzymywanie dużych oddziałów partyzanckich nie mogło przekładać się na pozytywne efekty. Co więcej (to jedynie mój bardzo subiektywny pogląd) należało za wszelką cenę przenieść aktywność zbrojną ze wsi do miast, możliwie o dużej liczbie ludności, w których nierównie łatwiej jest prowadzić działalność konspiracyjną, przeprowadzać akty dywersji, ekspropriacje itd. Tego zabrakło, po prawdzie nie potrafię wyjaśnić z jakiego powodu, bo sama koncepcja (vide działalność V BW) była znana.

    Pod żadnym jednak pozorem — nie zawieszać akcji zbrojnej na kołku, odkładać na lepsze czasy, a — prowadzić regularne akcje dywersyjne, ale także nieustannie rozbudowywać struktury konspiracji, docierać do jak największej liczby ludzi, skupiać garnącą się do walki młodzież.

    Przejdę do przywołanej przez Pana postaci wiejskiej “Baby”. Odnoszę otóż wrażenie, że skłonny jest Pan przypisywać tej hipotetycznej osobie atrybut ciemnoty. To jest dalece krzywdzące. Oczywiście, w istniejącym na świecie mrowiu ludzi, istnieją mniej i bardziej mądrzy, błyskotliwi i z natury tępi, a jednak zdecydowana większość z nich (w tym i przedstawicielki płci nadobnej) nie miewają problemu z identyfikacją dobra i zła, oddzielaniem ludzi godnych od niegodnych, zasadami dekalogu. (Choć, całkiem to nawet możliwe, powyższa diagnoza może nie obejmować współczesnych nam “bab” [także “chłopów”] z dużych miast, z wyższym wykształceniem [choć niekoniecznie piśmiennych], deklarujących przywiązanie do nowoczesności i postępu). Z tego tytułu, jeżeli “Baba” istotnie (a nie byłbym o tym całkowicie przekonany) poszła głosować za wskazaniem Wyszyńskiego w 57, czyniła tak nie bez poczucia, że dopełnia czynu raczej grzesznego aniżeli pobożnego. To ją wyróżniało z tłumu skandującego w październiku 56, na warszawskim placu: “Wiesław”, “Wiesław”. Nie wiem czy muszę dodawać — wyróżniało zdecydowanie pozytywnie. Niestety, wartości reprezentowane przez Babę w 57. ani nie były powszechne wówczas, ani nie dały się utrzymać w obrębie jej wiejskiego środowiska w przyszłości (bo technikum w mieście, dyskoteki, traktory, kredyty, zyski etc.). Przekonany jestem, że sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby walka zbrojna (choć w ograniczonym zakresie) była kontynowana przez kolejne dekady.

    Pisze Pan, że w 80. było mniej ludzi gotowych słuchać “takiego” prymasa. Otóż, jak Pan przecież wie, był to wciąż ten sam Prymas, co najwyższej w większym jeszcze stopniu podatny na sowietyzację, kompromisy i ugody, koegzystencję z absolutnym złem. — Zdaje mi się, że nieodmiennie cieszył się posłuchem.

    Nie mogę się z Panem zgodzić, że u wrót Nieba nie zetkniemy się z oceną naszych poczynań (zaniechań) wobec bolszewizmu. — Będziemy wszak sądzeni za czyny popełniane w obszarze profanum, a jakkolwiek bolszewizm zahacza o sferę metafizyczną, my wszyscy, póki co, stąpamy po ziemi i tu też grzeszymy.

    Dziś, w 26., nie jest z pewnością lepiej aniżeli bywało w latach “klasycznego” peerelu… Pan zdaje się sądzić inaczej, co mnie frapuje niepomiernie.

  23. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Michale,

    Dałem wyraźnie do zrozumienia, że nie mam ochoty dyskutować na ten temat. A Pan swoje… Nie jest Pan w stanie zrozumieć i uszanować tego, że ktoś nie ma ochoty na to samo, co Pan? Czy wszyscy muszą naginać się do Pańskich zachcianek?

  24. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Kiedy pisałem o tym, ilu ludzi byłoby gotowych słuchać „takiego” prymasa w roku 1980 czy 2026, pisałem o hipotetycznym prymasie, będącym kimś pokroju kard. Mindszentyego, a nie o prymasie Wyszyńskim. Nie twierdzę więc, że jest lepiej – wręcz przeciwnie.

    Nie napisałem, że u wrót Nieba nie zetkniemy się z oceną naszych poczynań (zaniechań) wobec bolszewizmu. Napisałem tylko, że Pan Bóg na Sądzie Ostatecznym nie będzie brał pod uwagę, czy ktoś Z PUNKTU WIDZENIA BOLSZEWIKÓW spełniał minimalne kryteria sowietyzacji, albo czy był dla nich NIEŚWIADOMIE użyteczny. Czy dostrzega Pan różnicę?

  25. michał

    Nie, Panie Stanisławie, nie musi się Pan naginać do czegokolwiek. Ale sam Pan to wie i tak, zaczem żegnam.

  26. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Proszę zatem wybaczyć nieporozumienie, nierzadkie w przypadku wymiany poglądów.

    Zastanawiam się teraz nad Pana koncepcją takiego hipotetycznego prymasa niezłomnego. Zdaje mi się, że taka osobistość nie byłaby do wyobrażenia w warunkach posoborowych, nie mogłaby się także odnaleźć niejako “znikąd”, wziąwszy pod uwagę hierarchiczność struktury KK. Ale… pozostawmy te szczegóły na boku… jako mniej istotne.

    Czy taka osoba byłaby w stanie dokonać niemożliwego, odbudować w człowieku duchową integralność, utraconą w wyniku wielu dekad sowietyzacji? Przyznam, że nie potrafię odpowiedzieć sobie na to pytanie, pozostaje zatem jedynie wierzyć, że byłoby to możliwe. Możliwe przynajmniej w roku 80., bo w 26., byłoby bodaj znacznie trudniej. Ale… nie ukrywam, że jest do koncepcja wielce kusząca swoim potencjałem.

    Druga kwestia, którą Pan porusza, wydaje mi się jeszcze bardziej złożona. Rzecz jasna, nie można być odpowiedzialnym (a zatem i karanym) za nieświadomą użyteczność (dla bolszewików). Nie bardzo jednak widzę, z czym miałbym to powiązać. Byłbym wdzięczny za słowo naprowadzające na właściwą ścieżkę.

  27. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Jeżeli ktoś w dobrej wierze wziął udział w “referendum” z ’46, to nie popełnił grzechu, chociaż de facto dał się bolszewikom sprowokować i w ten sposób wziął udział w politycznej legitymizacji komunistycznego “państwa”, nawet jeśli głosował 3 x NIE. Był zatem użyteczny dla bolszewików, ale nie ponosi winy moralnej.

    Co do hipotetycznego prymasa: prymas Hlond nie był pod względem stosunku do komunistów ideałem, ale najprawdopodobniej nie poszedłby tak daleko jak prymas Wyszyński i nie doszłoby do “porozumienia”. A ponieważ bolszewicy, po 3 latach taktycznej względnej swobody, zaczęli dokręcać śrubę, konfrontacja byłaby nieunikniona. Co by się wówczas stało, możemy tylko przypuszczać. Zapewne wie Pan, jak wyglądało to na Słowacji. Tyle, że Kościół w peerelu był jeszcze potężniejszy, samo “państwo” kilka razy większe, a emigracja znacznie bardziej liczna, i wtedy jeszcze nie omamiona “październikiem”. Dlatego zapewne wyglądałoby to nieco inaczej, choć represje w jakiejś formie pewnie by nastąpiły. Wtedy autorytet Kościoła w społeczeństwie jeszcze by wzrósł, i główną naszą wygraną byłoby to, że taki stan rzeczy wyraźniej odzwierciedlałby rzeczywiste granice, które na skutek polityki Wyszyńskiego zostały wyszarzone i w znacznym stopniu zatarte. Wówczas, “październik” w takiej postaci, w jakiej go znamy, nie byłby możliwy, bo gdyby nastąpił, to taki prymas nie wziąłby w nim udziału. I wtedy komuniści musieliby pracować nad zorganizowaniem innego “przełomu”, ale dopóki Kościół trwałby w oporze, żaden poważniejszy “przełom” nie mógłby zostać skutecznie przeprowadzony. I tu pojawia się problem w postaci “reform” Soboru Watykańskiego II. Pozornie wydaje się, że odgórny opór tym “reformom” nie był możliwy – na Słowacji jednak było nieco inaczej.

    Kościół katolicki na Słowacji był prześladowany do roku 1968. Po krótkim odprężeniu z lat 68-70, w 71 r. bolszewicy przystąpili do ponownej ofensywy, tym razem powołując się na dekrety SW2. W 1971 roku na miejsce starej, skompromitowanej kolaboranckiej organizacji MHKD (Ruch Księży na Rzecz Pokoju), działającej w latach 1951-68 (do 1966 jako CMVKD), powołali do życia stowarzyszenie “Pacem in Terris”. Księża, którzy do niego nie wstąpili, musieli pracować w fabrykach i byli szykanowani, a w przypadku, gdy zostali złapani na potajemnym odprawianiu Mszy Św., groziło im więzienie, podczas gdy członkowie PiT mogli liczyć na ogromne korzyści materialne. Pomimo to, na Słowacji wstąpiło do niego jedynie ok. 20% księży (w Czechach ok. 1/3), a zdecydowana większość wybrała “Kościół podziemny”. Wszystko to działo się w momencie, gdy moderniści z Watykanu w ramach “Ostpolitik” prowadzili negocjacje z czechosłowackimi bolszewikami, wyświęcali na biskupów członków PiT, i nawoływali do zaprzestania tajnego wyświęcania księży, uznając ich święcenia za niegodziwe (co ciekawe, tych święceń dokonywali również polscy biskupi, za zgodą prymasa Wyszyńskiego, który bardzo angażował się w pomoc słowackim katolikom, również w latach 70.). Wierni opowiedzieli się jednak po stronie “Kościoła podziemnego”, którego przywódcą, nieprzerwanie od roku ’51, był Bp Ján Chryzostom Korec. Niestety, pod koniec lat 80. poparł on “aksamitną rewolucję”…

    Chciałbym jeszcze uściślić, co rozumie Pan przez duchową integralność? Jeżeli zdefiniujemy ją jako zachowanie wiary katolickiej, to miliony Polaków nie utraciły tej integralności pomimo poputniczącego prymasa. Były oczywiście przypadki, kiedy ta wiara słabła, i w końcu ją porzucano, jednak do połowy lat 60. znaczna część społeczeństwa nie straciła Wiary. Ludzie zaczęli ją tracić na większą skalę dopiero na skutek modernistycznych “reform” SW2 z jednej strony, a zepsucia spowodowanego otwarciem peerelu na pseudo-kulturę Zachodu, z drugiej.

Comment

(Polski)

Order here.

Czerwoni na szóstej! Wydanie II

Wydanie zawiera fragmenty Dzienników George’a Racey’a Jordana.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.H
1946. Powieść.



Wydawnictwo Podziemne