(Polski)

Józef Mackiewicz
The Triumph of Provocation
Michał Bąkowski
Votum separatum
Dariusz Rohnka
Szkice o Józefie Mackiewiczu
Jeff Nyquist
Origins of the Fourth World War
« Only truth can save us now. Trevor Loudon interview

Sorry, this entry is only available in Polski.



45 Comments "(Polski) „Bezsens” polski"

  1. michał

    Darek,

    Pismo Józewskiego to nadzwyczajne znalezisko! Na jakich wykopaliskach znajduje się takie rzeczy? Mimo oczywistej wartości “Polski Niezawisłej”, bardzo chętnie wdałbym się w obszerniejszą polemikę, ale niestety nie mogę. A zatem pokrótce.

    Piszesz w pewnym momencie o artykule w podziemnym pismie, że „autor nie dysponuje nawet oględną wiedzą na temat rozmiarów akcji zbrojnej. A przecież Józewski był jednym z najlepiej zorientowanych ludzi podziemia”. Postronnemu obserwatorowi (czyli mnie) wydaje się oczywiste, że najlepiej zorientowany człowiek podziemia nie może dzielić się swą wiedzą na temat rozmiarów akcji zbrojnej, bo zaprzeczałoby to wszelkim zasadom konspiracji, które nie są Ci obce. Sam to wiesz, toteż mówisz od razu, że mimo konspiracji, „GDYBY WIEDZIAŁ, to by o tym napisał”, ale z tego wynikałaby trudna do przyjęcia konkluzja, że najlepiej zorientowany człowiek podziemia nie wiedział o walce zbrojnej, co mówiąc delikatnie, jest wewnętrznie sprzeczne: albo-albo.

    Ale to są drobiazgi. Najważniejsze (i godne polemiki) wydaje mi się co innego. Henryk Józewski, który wyziera z podanych przez Ciebie obszernych cytatów, uderza mnie przede wszystkim jako polrealista.

    Twierdzisz, że Józewski był zwolennikiem mackiewiczowskiej postawy i poglądu na ważność strzałów w bolszewickiej ciszy. Ale na jakiej podstawie tak twierdzisz? Skąd to przekonanie? Sam mówisz przecie, że niczego takiego nie mówił, a wykazywał się „powściągliwością”. W moim mniemaniu, przyczyna mogła być tylko jedna: polrealizm.

    Źródło – może lepiej powiedzieć, korzeń – kłopotów Józewskiego, widzę w jego utożsamianiu sowietów z Rosją. Nie mówi inaczej niż rosyjska okupacja, „wyzwolenie” Polski przez Rosję itd., co jest tak oczywistym absurdem, że musi go wieść na manowce.

    „Klęską Polski jest zbyt powolne dojrzewanie prawdy o Rosji. Klęską Polski jest łatwe przechodzenie do porządku dziennego nad popełnioną nad Polską przez Rosję zbrodnią.”

    Nie! Klęską Polski była wówczas ślepota polityczna, która utożsamiała wtedy sowiety z Rosją, a dziś każe w czekiście widzieć prezydenta Rosji, kiedy to jest zwykły bolszewik. Optyka Józewskiego, wydaje mi się prowadzić na manowce, jest drogą donikąd. Co nie zmienia oczywiście w niczym mojego podziwu dla tego niezwykłego, nadzwyczajnego człowieka.

    A na koniec, nie mogę pojąć, jakim cudem umknęła Ci ironia w słowach Mackiewicza. Ejże! „Podatny na mit patriotycznego wojska polskiego”?! Przeczytaj całość! Cały artykuł jest przesączony łagodną ironią, ale nawet przytoczony przez Ciebie fragment mówi wyraźnie o „przesadnym optymizmie”. Ech, jeżeli nawet Darek Rohnka… więc jak? Wieszać czy nie wieszać?

  2. Dariusz Rohnka

    Michał,

    Polska Niezawisła nie jest łatwa do pozyskania. Musiałem co nieco pogrzebać w archiwach. Nie znalazłem jej w żadnej bibliotece, w przeciwieństwie do Polska Walczy, gazety wydawanej wcześniej, w okresie niemieckiej okupacji, przez „grupę Olgierda”. Dostępnych jest wiele egz. — można czytać w domu.

    Zacznijmy od „Chłopców z lasu”. Powiadasz, że jednego z najlepiej zorientowanych ludzi podziemnych obowiązywały ścisłe zasady konspiracji, że nie mógł zdradzać tego wszystkiego, co wiedział. Rzecz jasna, masz rację, pełna zgoda. W dodatku Józewski był absolutnym mistrzem konspiracji. Zwykł mawiać: „o tym musi pan zapomnieć”, a swoim kurierom, bywało, aranżował spotkania przy zgaszonym świetle, tak żeby jeden nie mógł rozpoznać drugiego. A jednak jest w tym rozumowaniu luka. Bo o sprawach wymagających dyskrecji można mówić, tyle że w sposób oględny, bez wdawania się w szczegóły, mogące narażać na dekonspirację. — Taką zasadą kierował się zresztą Józewski w omawianym artykule: pisał o zdarzeniach, których przebieg, skutki nie stanowiły tajemnicy dla drugiej, bolszewickiej strony. Na to mógł sobie pozwolić, ponieważ nikomu w ten sposób nie szkodził. Dokładnie w taki sam sposób mógł opisywać duże bitwy, toczone choćby na Podlasiu w latach 45-46, o przebiegu których bolszewicy mieli pełną wiedzę. Co więcej, to właśnie oni zabiegali w takich przypadkach (własnych niepowiedzeń i klęsk) o zachowanie dyskrecji przed… ludnością podbijaną. Dlaczego zatem Józewski nie podawał (podnoszących na duchu) informacji? — Powodów mogło być wiele, ale w mojej osobistej ocenie, po prostu nie miał o nich wiedzy; uogólniając, nie miał wyobrażenia o intensywności i skali walki, co wynika jasno z całości artykułu. Po raz kolejny wypada zapytać, dlaczego? — Z jakiego powodu, „góra” nie wiedziała zbyt dokładnie, co robią „doły”. I znowu odpowiedź nie jest łatwa, ale osobiście skłonny jestem wskazać na konflikt interesów: pierwsi chcieli zawiesić karabiny na kołkach, drudzy — walczyć. W efekcie, bywało, utajniano plany przed dowództwem. Łupaszka, gdy przystępował wiosną 46 do formowania V Brygady Wileńskiej (w pewnym stopniu także VI) raczej nie konsultował swoich poczynań z bezpośrednim przełożonym, Pohoreckim. — Ten ostatni widział Łupaszkę w roli producenta ulotek. Bo… znikąd (także od Andersa) nie miał zgody na akcję zbrojną.

    Całość jest bardzo skomplikowana. Nie do pomieszczenia w jednym artykule, tym bardziej w najdłuższym nawet komentarzu. Więc w skrócie: jedni chcieli rozładowywać lasy, drudzy walczyć. — Józewski miał niestety kontakt wyłącznie z tymi pierwszymi. Na wydawanie „Polski Niezawisłej” dostał pieniądze od Rzepeckiego. Ten sam Rz., jakiś czas później, jako szef WiN, ochoczo poszedł na współpracę z ub, przekazując im w dodatku środki, pozostające w jego dyspozycji. Był to podobno okrągły milion, dolarów… ówcześnie kwota zawrotna.

    Przypinanie łatki polrealisty do Józewskiego jest mocno krzywdzące. W powyżej przywołanym artykule, nie krytykował bynajmniej „Chłopców” walczących z bolszewikami. Cenił ich wysiłek i wspierał, choć na więcej nie mógł sobie pozwolić. Cytowałem:

    Las polski szumi walką o Polskę, szumi protestem przeciwko temu co z Polską uczyniono i temu co w Polsce się dzieje.

    Pisał to z pełną aprobatą czynu. A zatem moja konkluzja, że doceniał „strzały wśród ciszy” jest całkiem na miejscu.

    Nazywał sowiety Rosją, nie znaczy to jednak, aby nie dostrzegał istoty bolszewickiego fenomenu. Zdaje mi się, ponownie, że przytoczyłem w tekście dostatecznie przekonujące jego wypowiedzi. Korzeni bolszewizmu szukał nie wyłącznie u Marksa/Lenina, obficie czerpiąc z tradycji rosyjskiego zamordyzmu, ale doskonale rozumiał jakościową przemianę Rosji w bolszewię. W swoich poglądach był bliski Wacławowi Lipińskiemu, którego jak wiesz JM cenił niezmiernie.

    Nie wszyscy, którzy nazywali bolszewię Rosją, nie rozumieli bolszewickiego fenomenu. Józewski był jednym z nich. Przytaczam po raz kolejny wypowiedź Józewskiego, zawartą w powyższym artykule:

    Pod egidą Franka zatruto trochę mniejszą ilość Polaków fizycznie, niż pod egidą Bieruta wydaje się egzemplarzy pism, broszur, książek, ulotek, rozporządzeń, decyzji i innych przejawów akcji, zmierzającej do zatrucia moralnego.

    Nie miał na myśli rusyfikacji, jak typowy polrealista. Jeżeli dla Cię to nie dość oczywiste, trudno!

    Nie będę wróżył z fusów. Nie wiem, czy współcześnie widziałby Józewski w Putinie prezydenta Rosji. Chciałbym przypuszczać, że nie… ale, tylu inteligentnych ludzi podtrzymuje ów fałsz, że trudno doprawdy wyrokować. Na rzecz Józewskiego przemawia jedno: charakter. Nie łamały go koniunktury, łatwe rozwiązania, zatem nie sprzedałby swoich przekonań za garść złotówek.

    Ironia w wypowiedzi JM bynajmniej mi nie umknęła. Zdaje mi się dla odmiany, żeś Ty prześlepił kontekst. JM opowiada z ironią o ludziach ufających, że sowietyzacja spłynie z Polaków (także z polskich żołnierzy) jak woda z gęsi. Ironia oczywista, ale nie dotyczy ani owych „Polaków” ani „polskich żołnierzy”, takie odniosłem wrażenie już przy pierwszej lekturze tekstu, wiele lat temu.

  3. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Pański tekst jest naprawdę ciekawy, ale czy nie wydaje się Panu, że stwierdzenie “Jest rzeczą konieczną, aby Rząd polski w Londynie złożył wobec rządu sowieckiego kategoryczny protest z powodu działania agentów bolszewickich w Kraju.” dowodzi krańcowego braku kontaktu Józewskiego z rzeczywistością w omawianej tu kwestii?

  4. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Zdaje mi się, że na Pana retoryczne pytanie odpowiedzieć może być tylko jedna — twierdząca: zatracił kontakt z rzeczywistością, tyle że nie stało się to w omawianym momencie, ale wcześniej, gdy wobec układu z lipca 1941 nie wypowiedział posłuszeństwa rządowi w Londynie (mimo swojego skrajnie negatywnego stosunku do tego nieporozumienia). Zatracił się, ale nie sam, bo zdaje się nie było wówczas polityka, który postąpił inaczej, choć nie mam w tym względzie absolutnej pewności. Dość powiedzieć, że sam Józef Mackiewicz zabiegał w kierownictwie podziemia o zgodę na wyjazd do Katynia. Jak z tego widać, nie tylko łatwo jest „zatracić” kontakt z rzeczywistością, ale trudno także zerwać pęta wiążące nas z nierzeczywistością.

  5. Stanisław Ogórkiewicz

    Niestety, nie sposób odmówić Panu racji w ostatnim zdaniu.

    Z drugiej strony, byli też tacy, którzy z tą nierzeczywistością, czyli podporządkowaniem się rządowi londyńskiemu utrzymującemu stosunki dyplomatyczne z sowietami, nigdy nie mieli formalnych związków. Nie wiem, czy czytali Panowie wspomnienia dowódcy Brygady Świętokrzyskiej, Szackiego – “Bohuna”? On też co prawda był typem polrealisty i nazywał sowiety “Rosją”, ale trzeźwo oceniał zjawiska, z którymi stykał się w terenie, choć, nie rozpoznając do końca natury komunizmu, nie zawsze potrafił dojść od skutku do przyczyny. Trudno ocenić, na ile jego spisane wiele lat później na emigracji wspomnienia są podkoloryzowane i zawierają późniejsze przemyślenia, przedstawione (może nieświadomie) jako przemyślenia ówczesne. Udokumentowane działania Brygady pokazują jednak, że jej dowództwo, w przeciwieństwie do AK, do końca zachowywało wierność zasadzie “dwóch wrogów”, a pod koniec wojny wobec nieuchronnej klęski Niemiec w praktyce uznało “Rosję sowiecką” za wroga nr 1, choć o w pełni świadomym anty-komunizmie nie mogło być mowy. Jak na tamte warunki i to było jednak już dosyć dużo.

    Zresztą, ciekawa rzecz, ucieczka Brygady na Zachód była solą w oku bolszewików na tyle, że dwukrotnie próbowali porwać “Bohuna”, raz nielegalnie, raz “legalnie”, w 1950 r., za sprawą interwencji rządu prl we Francji. Szczęśliwie – bez skutku.

  6. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Środowisko, do którego należał “Bohun” niewątpliwie lepiej aniżeli AK radziło sobie z rozpoznaniem drugiego wroga, w teorii. W praktyce bywało różnie. Jeden z bardziej radykalnych odłamów, ten z B. Piaseckim na czele, zakładał po wojnie pax i dążył do rozbrojenia antykomunistycznego podziemia. Wielu pozostało w lesie i walczyło dalej, w licznych przypadkach — do końca. Kolejna grupa (ci, którzy przedostali się na Zachód) skłonni byli na ogół podkreślać przede wszystkim swoją antyniemieckość oraz lojalność wobec rządu RP.

    Przyznam, że niewiele wiem o “Bohunie”, nie czytałem jego wspomnień. Udało mi się jedynie sięgnąć po publikację (sprzed 40 mniej więcej lat), która przedstawia jego postać w nieco innym świetle.

    Otóż, mam przed sobą raport płk. Dąbrowskiego, datowany na maj 1945 roku, skierowany do Naczelnego Wodza w Londynie, cytowany przez Zbigniewa S. Siemaszko w książce “Narodowe Siły Zbrojne”:

    Melduję Panu Generałowi, że utworzona przeze mnie grupa z oddziałów partyzanckich w sile … po stoczeniu walk z Niemcami w rejonie Pilzna w dn. 6 bm. połączyła się z 2 Dywizją Piechoty Armii Amerykańskiej…

    Moim zamiarem jest jak najszybsze zameldowanie się z Grupą pod rozkazy Pana Generała i złożenia szczegółowego sprawozdania…

    Proszę Pana Generała o spowodowanie jak najszybszego dołączenia grupy Grupy do Armii Polskiej na Zachodzie.

    Płk. Dąbrowski to nie kto inny jak “Bohun”, “Szacki”. Najbardziej charakterystyczne wydaje mi się w tym raporcie podkreślenie walk stoczonych z Niemcami w ostatnich dniach wojny. Jest tam też oczywiście mowa o Rosjanach, jako o śmiertelnym zagrożeniu, no…, ale trudno, żeby nie wspominano o nich w raportach tego czasu.

    Skoro bolszewicy dybali na jego życie, bardzo możliwe, że był uznany za potencjalnie groźnego, co bez wątpienia dobrze by o nim świadczyło.

  7. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Na pewno ma Pan trochę racji – dowództwo Brygady czyniło starania, aby BŚ weszła w skład Polskich Sił Zbrojnych, do czego zresztą ostatecznie nie doszło.

    Ale jest jeszcze jedna okoliczność, którą należy wziąć pod uwagę przy interpretacji treści tego raportu, w świetle której podkreślanie potyczek stoczonych z Niemcami jest jak najbardziej zrozumiałe: po przedostaniu się na Zachód nie było pewne, czy Brygada zostanie uznana za siłę koalicyjną, a co za tym idzie, nie było pewności, czy jej członkowie nie zostaną wydani bolszewikom (że ci ostatni usilnie o to zabiegali, nie muszę dodawać). Dlatego “Bohun” stawał na głowie, żeby uratować wolność, a być może także życie, swoich ludzi.

    I to – nawiasem mówiąc – wydaje mi się bardzo realnym celem, a być może – patrząc z perspektywy czasu, bo chyba tylko nieliczni mogli o tym wówczas wiedzieć – jedynym celem możliwym do osiągnięcia podczas tamtej wojny, gdzie żadna ze stron nie była zainteresowana prawdą i dobrem, a jedynie bądź to zniewoleniem ludzkości, bądź obłąkaną ideologią, bądź swoimi wąskimi interesami rozumianymi na modłę kapitalistyczną, a więc różnymi stopniami zła. I w tym mętliku jedynym realnym celem mogło być działanie w skali mikro, czy było to ukrywanie osaczonych Żydów w Polsce, czy zbiegłych Kozaków w Austrii i we Włoszech, czy – jak w tym przypadku – uratowanie przez oddaniem w ręce bolszewików choćby tej garstki wartościowych ludzi, i danie im w ten sposób szansy na normalne życie. Było to niestety wszystko, co można było uczynić, co w niczym nie umniejsza zasług ludzi, którzy się do realizacji tych “małych cudów” przyczynili.

  8. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Niewątpliwie chwalebna jest troska o własnych żołnierzy, niemniej (jak Pan pewnie dostrzega) gwałtownie zmieniamy rangę omawianych problemów.

    Zaczęliśmy od Józewskiego i pytania, czy na swojej integralnej drodze walki nie utknął aby stopą w dołku, a dotarliśmy do dyskusji o sensie ratowania skóry (własnej i podkomendnych).

    Przekonuje Pan, w ostatnim akapicie, że nie było realnych celów do osiągnięcia, poza obroną tego, co się da: życia, rodziny, przyszłości. Nie przekonuje mnie takie stanowisko. Co więcej, zdaje mi się, że gdyby na miejscu bolszewików postawić Niemców, nie byłoby (prawie) nikogo, kto odważyłby się kwestionować ideę dalszej walki.

    Istota problemu, jak mi się zdaje, tkwi w spolegliwości — do której droga wiedzie przez szeroką bramę sowietyzacji. Wyczuwali to instynktem (lub rozumem) ci, którzy zdecydowali się na rejteradę, i drudzy, którzy postanowili walczyć dalej.

  9. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Gdyby na miejscu bolszewików postawić Niemców, nie byłoby (prawie) nikogo, kto odważyłby się kwestionować ideę dalszej walki.

    Tak, dlatego, że Niemcy byli wrogiem fizycznym, a bolszewicy, metafizycznym (jakkolwiek egzotyczne może się wydać zestawienie w jednym miejscu metafizyki i np. Chruszczowa, to tak właśnie jest). Niemcy byli mimo wszystko wrogiem “tradycyjnym”, a bolszewicy nie. Bolszewicy byli i są rewolucją. Są kontynuacją tej walki, którą siły Dobra prowadzą z siłami Zła od 1789 r., a może nawet i dłużej. Niemcy nie obiecywali złotych gór podbitym ludom i nie stosowali taktycznych chwytów, aby uśpić ich czujność. Mógłbym mnożyć te różnice, ale przecież Pan je doskonale zna.

    Z tego właśnie powodu, aby skutecznie zmobilizować przeciwko bolszewikom ludzi, którzy wcześniej nie doświadczyli ich “rządów”, ludzie ci muszą, po pierwsze, posiadać ogólne usposobienie konserwatywne (nie w sensie Burke’a czy Stańczyków, ale konserwatyzmu rozumianego potocznie), po drugie, muszą być dobrze przygotowani ideologicznie, muszą znać przeciwnika i być wyczuleni na jego sztuczki. Jak było u nas z tym drugim punktem w praktyce, doskonale Pan wie.

    Dlatego, biorąc pod uwagę wszystkie istniejące wówczas okoliczności, w latach 40-tych ubiegłego wieku zwycięstwo nie było możliwe (również w skali światowej, gdzie u władzy byli “głuchoniemi ślepcy”). Ale to dla współczesnych stawało się widoczne dopiero w roku 46/47. Dopóki nie było to jasne, walka zbrojna była jak najbardziej uzasadniona.

    Kościół katolicki naucza, że zbrojny opór przeciw władzy ma sens jedynie wówczas, gdy spełnione jest jednocześnie pięć warunków. Cztery z nich w przypadku oporu przeciw bolszewikom spełnione będzie zawsze. Ostatni, który moim zdaniem spełniony jest tylko czasami, to istnienie realnych szans na zwycięstwo i powodzenie podejmowanej akcji. W roku ’47 stało się jasne, że szans na zwycięstwo nie ma. Nie potępiam ludzi, którzy zostali wówczas “w lesie” – ich dylematy są dobrze znane i nie będę ich tu opisywał. Chcę tylko powiedzieć, że nie wierzę, aby Pan Bóg dopuścił do alternatywy: albo beznadziejna walka, albo nieunikniona sowietyzacja. Pod bolszewikami też można żyć z godnością, i choć nie jest to łatwe, to z drugiej strony nie jest to chyba aż tak trudne, jakim się z pozoru wydaje. Nie to jest dla mnie problemem w peerelu. Problemem jest to, że w porównaniu – jak podejrzewam, bo nigdy nie żyłem w innych demoludach, ale coś niecoś o niektórych z nich wiem – do innych podbitych krajów, u nas w skali nieporównanie większej występuje zakłamanie wśród tej tzw. “patriotycznej” grupy Polaków, które powoduje, że mamy setki tysięcy werbalnych “anty-komunistów”, a rzeczywistych – jedynie garstkę. Jak pisała B. Toporska: gdyby to peerel był centrum światowego komunizmu, anty-komunistów (nawet tych werbalnych) nie byłoby tam prawie wcale, a “Sołżenicyna zadeptano by, zanim zdołałby pisnąć”. I to jest, jak mi się zdaje, największy problem, ponieważ utrudnia to wytyczenie granic pomiędzy nami, a bolszewickim systemem – a wytyczenie takich granic jest konieczne dla skutecznego opierania się sowietyzacji. Ale, chociaż jest ono w tych warunkach dużo trudniejsze, to wciąż jest możliwe.

  10. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Bardzo interesujący komentarz. Z pewnością w ogromnej części poruszanych przez Pan spraw zgadzamy się, dostrzegam też jednak kilka punktów spornych. Chciałbym na nie obszerniej niż zwykle odpisać, niestety nie dzisiaj. Proszę łaskawie poczekać na odpowiedź.

  11. michał

    Darek,

    Wybacz moje długie milczenie, ale miałem inne sprawy na głowie. Na szczęście, Pan Ogórkiewicz powiedział prawie wszystko, co ja mógłbym tu pisać – i to o wiele lepiej niż ja bym to uczynił – więc nie było żadnej straty. Pozwól mi jednak dodać, że nie “przypinam nikomu łatek”, a twierdzę spokojnie, że z podanych przez Ciebie cytatów wynika niezbicie, że Józewski był polrealistą. Na tym rzecz by się skończyła, gdyby nie Twoje twierdzenie: “Nie miał na myśli rusyfikacji, jak typowy polrealista”, które nasunęło mi poważną wątpliwość. Jak Ty rozumiesz polrealizm, termin tak kluczowy dla Józefa Mackiewicza, jeśli utożsamiasz go myleniem sowietyzacji z rusyfikacją?

    Każdy ma prawo rozumieć Mackiewicza, jak mu się żywnie podoba, byleby to nie było jawnie sprzeczne z Mackiewiczem. Żem oczywiście niczego nie “prześlepił”, oprócz sensu w Twoich zdaniach, jakoby Mackiewicz był “podatny na oddziaływanie mitu patriotycznego ludowego wojska”. Bo sensu, to akurat w tych zdaniach nie ma ani śladu.

  12. michał

    Drogi Panie Stanisławie,

    Bardzo ciekawe są Pańskie rozważania. Nie znam tych wszystkich Bohunów, brygad i temu podobnych, więc czytam z zainteresowaniem.

    Pańskie rozróżnienie fizyki i metafizyki w polityce wydaje mi się znakomite, przyzna Pan jednak, że Hitler jednoznacznie reprezentował rewolucję, dlaczego więc obaj – bo ja się z Panem zgadzam w tym punkcie – uważamy go za “wroga tradycyjnego”?

    Druga kwestia jest taka. Pisze Pan:

    “aby skutecznie zmobilizować przeciwko bolszewikom ludzi, którzy wcześniej nie doświadczyli ich „rządów”, ludzie ci muszą, po pierwsze, posiadać ogólne usposobienie konserwatywne (nie w sensie Burke’a czy Stańczyków, ale konserwatyzmu rozumianego potocznie)”

    Czy zechce Pan rozwinąć tę myśl? Co ma Pan na myśli, mówiąc o usposobieniu konserwatywnym? Potoczne rozumienie konserwatyzmu jest takie, że konserwatyści nigdy nie zamierzają podejmować walki, bo zawsze więcej da się uratować bez walki. Albo zatem Pana źle rozumiem, albo zupełnie się nie zgadzam.

  13. Stanisław Ogórkiewicz

    Drogi Panie Michale,

    Wyjaśniłbym ten paradoks następująco: program Hitlera był bez wątpienia rewolucyjny, ale hitlerowskie Niemcy nie zamierzały nieść tego “szczęścia” wszystkim podbitym narodom. Ludy Europy Wschodniej miały zostać podbite, aby “rasa panów” mogła nad nimi panować jako podludźmi, w sposób niejako oficjalny. Z tego powodu, nie widząc potrzeby ich “hitleryzacji” i zabiegania o ich względy, traktowano je (poza Żydami i Cyganami) w dużej mierze tak, jak w latach 1914-18. Dlatego w odczuciu tych narodów hitlerowskie Niemcy były wrogiem “tradycyjnym”, pomimo swojej rewolucyjnej ideologii.

    Dyskusję nad tym, czym jest konserwatyzm w potocznym rozumieniu, proponuję odłożyć na inną okazję. W swojej wypowiedzi miałem na myśli ludzi, którzy są przynajmniej w podstawowym stopniu przywiązani do religii; którzy, jak to się potocznie mówi, “mają Boga w sercu”, i z tego powodu nie dają się nabrać na obietnice raju na ziemi. Z tego punktu widzenia Polska w 1945 r. miała duży potencjał anty-komunistyczny, bo ok. 2/3 społeczeństwa było do komunizmu nastawione negatywnie. Cóż jednak z tego, skoro para poszła w dużej mierze w gwizdek?

  14. michał

    Drogi Panie Stanisławie,

    Zgodziłbym się w ogólnych zarysach, co do paradoksu Hitlera. Był po prostu ograniczonym bolszewikiem. Nie w takim sensie, w jakim rzekomo ograniczał swój bolszewizm Michnik, ale dosłownie: był ograniczonym człowiekiem. Był leninistą, ale wszędzie gdzie odbiegł od czystego leninizmu, na szczęście ludzkości, osłabił swoją pozycję. W rezultacie, jego rewolucjonizm był paradoksalnie mniej groźny dla tejże ludzkości.

    Henryk Elzenberg zapisał w 1942 roku:

    “Groza totalizmu na tym polega, że mnoży on niejako jedno przez drugie: fizyczny nacisk państwowy przez pseudomoralny nacisk społeczny – wytwarzając coś czego w tym stopniu nigdy chyba jeszcze człowiek nie zaznał. Ale my, uginając się pod przemocą Niemców, ich t o t a l i z m u właściwie nie odczuliśmy dzięki temu, że jesteśmy traktowani nie jako członkowie jakiejś z nimi wspólnoty, tylko jako pecus i to nas właśnie jako ludzi, w pewnej mierze ratuje.”

    W moim przekonaniu, jest to teoretyczne wyjaśnienie, dlaczego Niemcy robili z Polaków bohaterów, a bolszewicy przemieniali nas w gówno.

    Ale nie rozumiem, w czym rzecz z tym odkładaniem dyskusji na inną okazję! Skąd to się wzięło? A co jeśli okazja się nie nadarzy? Nie od nas to zależy, więc okazję do dyskusji trzeba chwytać natychmiast, a nie czekać, odkładać, jak Quintus Fabius Maximus Verrucosus Cunctator. Nie bądźmy fabianistami!…

    Zatem do rzeczy. Znam wielu ludzi, z którymi nie zgadzam się politycznie, choć mają Boga w sercu. Podziwiam ich i lubię, ale nie nazwałbym ich konserwatystami. A z drugiej strony, zbyt wielu jest konserwatystów, którzy gotowi są zachowywać sowietskuju włast’. Konserwatyzm na nic się tu nie zda. Nie jest wystarczająco jasnym rozróżnikiem. Nie wydaje się Panu?

  15. Dariusz Rohnka

    Michał,

    Pisałem o rusyfikacji w kontekście polrealizmu, bo to typowy (choć nieobligatoryjny) składnik tej postawy, poczynając od nauczycielki z wileńskiej szkoły, na emigracyjnych obrońcach stalinowskiej konstytucji w latach 70. nie kończąc.

    Jeżeli łakniesz definicji polrealizmu, spróbuj ją może skroić wg własnych wyobrażeń, a nie fatyguj innych.

  16. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Powracam do dyskusji.

    Przyznaje mi Pan rację, że w przypadku okupacji niemieckiej, nikt (prawie) nie kwestionowałby sensu dalszej walki. A zatem, pośrednio, obalamy w ten sposób jeden z zasadniczych mitów — o konieczności ratowania substancji biologicznej. To nie najważniejsze, ale istotne, bo pokazujące, że starano się stosowną wymówkę wyszukać, a następnie — przy jej udziale — rozgrywać rzekomą niemożność walki, a w dalszym etapie — potrzebę kohabitacji z bolszewikami.

    To oczywiście doskonały podział: wróg fizyczny, wróg metafizyczny. Nie dość, że trafiony w punkt, to dający możliwość penetrowania rzadko odwiedzanych rejonów historiozoficznych. Ale, o tym później.

    W swoim komentarzu powołuje się Pan na naukę Kościoła, dotyczącą zbrojnego oporu wobec władzy. Zdaje mi się, że ma Pan na myśli KKK, spisany pod patronatem JPII. Tego ostatniego JM miał za największego poputczika bolszewizmu, niewątpliwie słusznie. Ale to nie problem, bo zasadniczy kształt idei oporu wobec władzy pochodzi od Akwinaty. Św. Tomasz, jak wiemy, zdefiniował pojęcie tyrana jako buntownika, niszczącego dobro wspólne. Określił także warunki umożliwiające wystąpienie przeciwko jego władzy. Warunki, trzeba chyba przyznać, wymykające się ścisłemu obrachunkowi. Bo w jaki niby sposób człowiek czy grupa ludzi mieliby z góry przewidzieć konsekwencje podjętych działań? — Szczęśliwie, nie potrafi tego doświadczyć żaden z żyjących.

    Powiada Pan jednak, że w 1947 było już wiadomo, że z bolszewikami wygrać nie można. — Pogląd popularny, ale czy uprawiony? W tym roku siły antykomunistyczne zostały zredukowane do zaledwie kilku, kilkunastu procent poprzedniego stanu, ale czy to eliminuje możliwość zwycięstwa w niedającej się przewidzieć przyszłości? Przecież nie sposób było w tym czasie wskazać chociażby jaki kształt przybierze sytuacja międzynarodowa. Wciąż spierano się o wybuch kolejnej wojny powszechnej. Nie wybuchła, ale czy to w kładzie się cieniem na myślenie ludzi antycypujących jej nadejście?

    Nie wszyscy żołnierze, którzy pozostali w konspiracji po ostatniej “amnestii” byli zdeterminowali walczyć z bolszewikami do końca. Byli i tacy, którzy wahali się, nie wiedzieli, co ze sobą począć. A jednak walka nie trwałaby tak długo (jak trwała), gdyby tych ostatnich była większość. Najlepsi radzili sobie w sytuacji pozornie bez wyjścia. Niestety, pozostawieni zostali sami sobie. Londyn bezecnie odwrócił się od nich już w 1945. Nie dysponowali stosowną komunikacją, a jedynie lokalną wiedzą na temat panujących nastrojów. Nie było przepływu informacji pomiędzy prowincją a dużymi miastami. Brakowało kontaktów. A przecież (o czym Pan zresztą słusznie wspomina) ogromna większość ludzi nie trawiła komunizmu. To był ogromny, niewykorzystany potencjał. W szkołach, w organizacjach harcerskich buntowała się młodzież, zakładała antykomunistyczne organizacje, nieliczni sięgali nawet po broń. Brakowało koordynacji. Czy w 1947 roku było absolutnie do przewidzenia, co zdarzy się za kilka lat, np. w 1950? A właśnie w tym roku zawarte zostało tzw. “porozumienie” pomiędzy Kościołem i “państwem”. W punkcie 8 Episkopat deklarował:

    Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej.

    Czy zastanawiał się Pan kiedyś, co pomyślałby o podobnych słowach Akwinata? Słów zapisanych w umowie zawieranej z największym wrogiem człowieka i religii? Co uznałby za mniejsze zło: bolszewizm czy permanentne narażanie siebie i bliźnich w walce z nim?

    Doskonale rozumiem Pana słowa o usposobieniu konserwatywnym, o ludziach głębokiej wiary i przywiązaniu do elementarnych zasad. Poza tym bywają chwile, że nawet margrabiom Wielopolskim przychodzi nasadzać konfederatkę na łysinę i chwytać za dwururkę. Taka walka w żadnej mierze nie stoi wspak konserwatyzmowi.

    Powróćmy do pana doskonałego podziału dwóch wrogów. Otóż, zdaje mi się, że w przypadku walki z tym drugim (metafizycznym), sam św. Tomasz stanąłby po stronie czynu.

    Powiada Pan na koniec, że walka z bolszewizmem nie jest koniecznością, bo i pod jego władzą można żyć z godnością. Nie będę kwestionował, że w odizolowanych, indywidualnych przypadkach taka możliwość istnieje. Niestety, nie oni stanowią o wartości populacji, a ta wypada równie mizernie w 56, 80, 26. Gdyby było inaczej, nikt przy zdrowych zmysłach nie pasjonowałby się działaniami współczesnych „anty-komunistów”…

  17. michał

    Ups… nie będę Cię więcej fatygował. Tak mi przykro. Dyskusja? Po co to?

    Sprowadzanie polrealizmu do tezy “nic, tylko Rosja” jest w oczywisty sposób sprzeczne z wypowiedziami Mackiewicza, ale fatygować się tym nie powinieneś.

  18. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Pisze Pan:

    „Przyznaje mi Pan rację, że w przypadku okupacji niemieckiej, nikt (prawie) nie kwestionowałby sensu dalszej walki. A zatem, pośrednio, obalamy w ten sposób jeden z zasadniczych mitów — o konieczności ratowania substancji biologicznej.”

    Nie wydaje mi się, żebyśmy w ten sposób obalali to twierdzenie, dlatego, że można przyznawać, iż walka z Niemcami jest konieczna, ale w praktyce stosować zasadę, że należy ograniczyć walkę do minimum, dopóki to nie jest absolutnie niezbędne, aby nie narażać własnych oddziałów na straty, a ludności cywilnej na krwawy odwet. Niech walczą inni, a my wejdziemy do walki, kiedy uznamy to za stosowne – skoro Brytyjczykom przez stulecia wolno było tak prowadzić wojny, to dlaczego nie nam? Tak właśnie rozumowała Brygada Świętokrzyska oraz chyba cały NSZ, i – jak pisał Mackiewicz – szkoda, że jego żołnierze tłumaczyli się później gęsto, gdzie i kiedy zabili jakiego Niemca, zamiast oskarżyć oskarżających o to, że kolaborowali z bolszewikami. Zgadzam się z Panem natomiast, że argument o ratowaniu substancji biologicznej nie ma żadnego sensu w walce z międzynarodową rewolucją. Przynajmniej do czasu, gdy – w odczuciu walczących – są jeszcze szanse na zwycięstwo, choć co do tego ostatniego zastrzeżenia chyba nie ma między nami zgody, o czym poniżej.

    Najpierw jednak drobna uwaga: pisze Pan, że fakt, iż nie było wiadomo, co będzie w roku 1950, przemawiał na rzecz kontynuacji walki zbrojnej. A mnie się wydaje, że mógł przemawiać na rzecz jej przerwania. „Ponieważ nie wiadomo, co będzie w roku 1950, wycofajmy się do cywila i zakopmy broń, ale pamiętajmy, gdzie ją zakopaliśmy, bo może się okazać, że za kilka lat wybuchnie wojna. Jeśli teraz będziemy kontynuować walkę zbrojną, to do tej wojny dotrwają tylko nieliczni, a tak – może nas dotrwać znacznie więcej.” Oczywiście zdaję sobie sprawę ze słabych stron tego rozumowania, z możliwości rozpracowania tych ludzi i ich aresztowania itd., ale chciałem tylko wskazać na fakt, że z niepewności co do rozwoju wydarzeń możliwe było wyciągnięcie odwrotnych wniosków, niż Pan sugeruje.

    Przechodzę do meritum. Pisze Pan:

    „Powiada Pan na koniec, że walka z bolszewizmem nie jest koniecznością, bo i pod jego władzą można żyć z godnością. Nie będę kwestionował, że w odizolowanych, indywidualnych przypadkach taka możliwość istnieje. Niestety, nie oni stanowią o wartości populacji, a ta wypada równie mizernie w 56, 80, 26. Gdyby było inaczej, nikt przy zdrowych zmysłach nie pasjonowałby się działaniami współczesnych „anty-komunistów”…”

    Mam wrażenie, że mówimy o dwóch różnych rzeczach: ja o godnym życiu pod komunizmem, a Pan o tym, czy nasze działania są na rękę komunistom, czy z ich perspektywy jesteśmy poputczikami, czy jesteśmy użyteczni dla ich planu, czy – z ich perspektywy – spełniamy kryterium minimalnej sowietyzacji.

    W encyklice Firmissimam Constantiam papież Pius XI stwierdza, że walka zbrojna z rewolucją jest w pewnych przypadkach uzasadniona, ale jednocześnie przestrzega, że musi ona być zawsze środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. Co jest celem katolika? Jak to ładnie ujęto w jednej z tradycyjnych angielskich modlitw: to live a holy life, die a happy death, and attain everlasting bliss in Heaven. I dlatego powinno się walczyć z bolszewikami, bo oni porządek na tej przyczynie celowej ustanowiony chcą wywrócić do góry nogami, w ten sposób utrudniając wypełnianie przykazań Bożych. Ale ta walka ma sens jedynie, gdy – po ludzku rzecz biorąc – istnieje szansa na osiągnięcie tego celu. Kiedy tej szansy – według naszych ludzkich obliczeń – nie ma, trzeba się pogodzić z tym faktem, pogodzić się z rzeczywistością empiryczną (co nie jest równoznaczne z udziałem w politycznej „rzeczywistości” bolszewickiego tworu), że Pan Bóg dopuścił do tego zła, a ponieważ Pan Bóg zawsze dopuszcza do zła, by wyprowadzić z niego większe dobro, dlatego jest oczywiste, że i pod bolszewikami jest możliwe wieść święte życie, umrzeć dobrą śmiercią, i dobrze przygotować się na Sąd Ostateczny, aby po nim dostąpić zbawienia wiecznego. I dlatego nie mogę zgodzić się z Panem, jeżeli to Pan ma na myśli, że pod tym względem sytuacja wśród mieszkańców peerelu wyglądała tak samo w roku 56, 80 i 26.

    Baba, która szła głosować w 57 r., bo niepoczytalny politycznie Ksiądz Prymas tak powiedział, mogła nadal wieść święte życie, itd., a czyn przez nią popełniony nie był grzeszny, nawet, jeżeli zagłosowała bez skreśleń, jeśli tylko nie była w pełni świadoma tego, co to oznacza. I gdyby zamiast Wyszyńskiego na czele Episkopatu stał ktoś pokroju kard. Mindszenty’ego, to ta sama baba, i tysiące jej podobnych, byłaby już właściwie poinstruowana, co ma robić i takiego błędu by nie popełniła. W roku 1980 ludzi gotowych słuchać takiego hipotetycznego prymasa byłoby już znacznie mniej. O roku 2026 nie będę nawet pisał.

    Zgadzam się natomiast, że w każdym z tych przypadków zdecydowana większość mieszkańców prl spełniała kryterium minimalnej sowietyzacji, tzn. uznawała to „państwo” za swoje.

    Ale musimy oddzielić te dwie rzeczy. Chyba nie sądzi Pan, że Pan Bóg na Sądzie Ostatecznym będzie brał pod uwagę, czy ktoś z punktu widzenia bolszewików spełniał minimalne kryteria sowietyzacji, albo czy był dla nich nieświadomie użyteczny. Nie możemy czynić z nich punktu odniesienia, bo punktem odniesienia powinno być Dobro, a nie Zło. Inaczej wpadniemy w pułapkę.

    Ma Pan rację, wskazując na nastroje znacznej części społeczeństwa tuż po wojnie. Jeżeli w latach 44/47 był wśród tych ludzi jakiś dominujący czynnik, to była to, oprócz instynktownej niechęci wobec nowej „rzeczywistości” – dezorientacja. Oglądanie się to na „Londyn”, to na Mikołajczyka, to na Episkopat, i szukanie oparcia w przywódcy bądź instytucji, która mogłaby wskazać konkretny kierunek działania. Ale tego oparcia nie było…

    Co do oceny treści “Porozumienia” w świetle nauczania Kościoła nie ma między nami rozbieżności. Żaryn podaje nawet informację, że Pius XII w pierwszej reakcji zamierzał odwołać Wyszyńskiego z funkcji prymasa, ale przebywający wtedy w Rzymie kard. Sapieha miał go przekonać, by tego nie robił. Podejście prymasa Hlonda do komunistów z pewnością nie było idealne, ale różnica na jego korzyść w stosunku do Wyszyńskiego – bardzo duża.

  19. Stanisław Ogórkiewicz

    Drogi Panie Michale,

    Dobrze, proszę zatem wyjaśnić, co miał Pan na myśli, pisząc w artykule “Kiedy Józef Mackiewicz bił na Alarm” następujące słowa:

    “Jego antykomunizm nie był bowiem „reakcją na groby katyńskie” (jak się czasami słyszy) ani na deportacje, nie był odpowiedzią na codzienny koszmar sowietyzmu, a wynikał z uprzedniej, klarownej, przeżytej i wyartykułowanej, tradycyjnej moralności i konserwatywnego poglądu na świat.”

  20. michał

    Ależ Drogi i Szanowny Panie Stanisławie! Czyż to domaga się wyjaśnień? Czy dla każdego inteligentnego człowieka, to nie powinno być jasne samo przez się? Nie sądzę doprawdy, by było to konieczne, ale skoro Pan nalega…

    Pisząc te słowa, miałem na myśli setki – dosłownie setki – tzw. mackiewiczologów, którzy usiłują zredukować antykomunizm obojga Mackiewiczów do “ich przeżyć”. Np. do “grobów katyńskich”, np. do przeżyć pod okupacją sowiecką, np. do ucieczki przed wywózką. Pani profesor od Siedmiu Boleści, która niech pozostanie anonimowa, wywodziła niedawno, że “oni MUSIELI uciekać na Zachód”, bo przecież on był w Katyniu – “no, kiwała głową, nie mieli wyboru”. Mieli wybór, i z wolnego wyboru nie chcieli żyć pod bolszewikami.

    Czy to byłaby wystarczająca odpowiedź na Pańskie pytanie, “co miałem na myśli, pisząc w artykule „Kiedy Józef Mackiewicz bił na Alarm” następujące słowa”? Ale przecież mówiliśmy o czymś innym, nieprawdaż? Mówiliśmy o przydatności konserwatyzmu – tu oczywiście pozostaje luka na wielorakie rozumienie tego terminu – do walki. Tu leży pies pogrzebany.

    Józef Mackiewicz był konserwatystą. Osobiście, jestem konserwatystą. O ile pamiętam, Pan także zaliczyłby się do tej szkoły myślenia (choć zgodnie z Pana życzeniem, nie będziemy dyskutować, jak rozumiemy konserwatyzm). Problem w tym, że Mackiewicz wcześnie uświadomił sobie, że konserwatyzm nie jest paliwem dla kontrrewolucji. Wyznaję, że Pańskie określenie wydaje mi się nie tylko trafne, ale genialne: cała ta para poszła w dużej mierze w gwizdek, zamiast kręcić koła lokomotywy walki z komunizmem.

    Konserwatyzm przez małe ‘k’ jest powszechną postawą wśród ludzkości. Większość ludzi na świecie ma konserwatywne usposobienie, co oczywiście nie czyni ich jeszcze świadomymi konserwatystami. Ale jak przelać to nastawienie – nazwijmy to inaczej, uczciwość, przywiązanie do pewnych apriorycznych zasad, często bezmyślne, nawet bezwolne, w pewnym stopniu wreszcie, wiara w Boga – jak przekuć to w postawę walki?

    Pozwolę sobie zatem powrócić do mego wstępnego pytania. Pisał Pan: “aby skutecznie zmobilizować przeciwko bolszewikom ludzi, którzy wcześniej nie doświadczyli ich „rządów”, ludzie ci muszą, po pierwsze, posiadać ogólne usposobienie konserwatywne”.

    Prosiłem Pana wówczas o rozwinięcie tej myśli, ponieważ ja sam nie widzę, jak można dokonać kroku od owego pierwotnego, fundamentalnego nastawienia do kontrrewolucji. Cała ta para na ogół idzie w gwizdek, choć być może wyjątkiem była rosyjska kontra.

    (NB. odbywała się tutaj przed paru laty debata na ten temat; na temat rewolucji, kotrrewolucji, natury państwa i istoty władzy. Jest ona dziwnie ukryta pod klawiszem Cykle (powyżej), pod tytułem “Benito Cereno”. Bardzo byłbym ciekaw Pańskiej opinii.)

  21. michał

    PS. zapomniałem dodać linkę do Debaty: https://wydawnictwopodziemne.com/category/cykle/benito-cereno/

  22. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Na początek chciałbym nawiązać do Pana słów o “zakopywaniu broni”. Z technicznego punktu widzenia, ma to – oczywiście – głęboki sens: zakopujemy nadmiar broni, oczywiście broni dobrze zakonserwowanej. Tak nierzadko czyniono, niekiedy z dobrym skutkiem. Nawiązuję do tego wątku, ponieważ wydaje mi się istotny. Pozostając stronnikiem walki zbrojnej, staram się zachowywać konieczny dystans i umiarkowanie, realizm. Z tego powodu:

    Wydaje mi się błędem wariant w 100% bierny — zakupujemy broń i rozchodzimy się do domów. Taka koncepcja bywała stosowana, na ogół z opłakanym skutkiem. Żołnierz oderwany od oddziału, dowództwa, struktury, w której walczył, jest w ogromnym procencie skazany na wpadnięcie w łapy wroga, zaczyna zeznawać (pod wpływem niewyobrażalnych tortur), powoduje dekonspirację oddziału, siatki etc. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby chwilowe zawieszenie walki regularnej na dużą skalę, ale przy jednoczesnym pozostawieniu żołnierzy w strukturach konspiracji. Próbowano tak robić, ale rzecz nie była łatwa. Z różnych przyczyn, głównie materialnych. — Niestety, przez cały okres aktywności antykomunistycznego podziemia nie podjęto (na większą skalę) działań zmierzających do zdobycia istotnych środków materialnych. Przeprowadzono rzecz jasna tysiące tzw. eksów — zazwyczaj kończyło się na zdobywaniu drobniaków. W przypadku jednej z takich akcji, kasa okazała się w 100% pusta. Skończyło się anegdotycznie – dowódca oddziału wpłacił na rzecz gminy w imieniu Brygady niewielką kwotę pieniędzy, co zostało zaksięgowane.

    Skłaniam się, jak Pan widzi, do koncepcji, czasowego ograniczenia działań zbrojnych. Tak — w wytworzonych warunkach utrzymywanie dużych oddziałów partyzanckich nie mogło przekładać się na pozytywne efekty. Co więcej (to jedynie mój bardzo subiektywny pogląd) należało za wszelką cenę przenieść aktywność zbrojną ze wsi do miast, możliwie o dużej liczbie ludności, w których nierównie łatwiej jest prowadzić działalność konspiracyjną, przeprowadzać akty dywersji, ekspropriacje itd. Tego zabrakło, po prawdzie nie potrafię wyjaśnić z jakiego powodu, bo sama koncepcja (vide działalność V BW) była znana.

    Pod żadnym jednak pozorem — nie zawieszać akcji zbrojnej na kołku, odkładać na lepsze czasy, a — prowadzić regularne akcje dywersyjne, ale także nieustannie rozbudowywać struktury konspiracji, docierać do jak największej liczby ludzi, skupiać garnącą się do walki młodzież.

    Przejdę do przywołanej przez Pana postaci wiejskiej “Baby”. Odnoszę otóż wrażenie, że skłonny jest Pan przypisywać tej hipotetycznej osobie atrybut ciemnoty. To jest dalece krzywdzące. Oczywiście, w istniejącym na świecie mrowiu ludzi, istnieją mniej i bardziej mądrzy, błyskotliwi i z natury tępi, a jednak zdecydowana większość z nich (w tym i przedstawicielki płci nadobnej) nie miewają problemu z identyfikacją dobra i zła, oddzielaniem ludzi godnych od niegodnych, zasadami dekalogu. (Choć, całkiem to nawet możliwe, powyższa diagnoza może nie obejmować współczesnych nam “bab” [także “chłopów”] z dużych miast, z wyższym wykształceniem [choć niekoniecznie piśmiennych], deklarujących przywiązanie do nowoczesności i postępu). Z tego tytułu, jeżeli “Baba” istotnie (a nie byłbym o tym całkowicie przekonany) poszła głosować za wskazaniem Wyszyńskiego w 57, czyniła tak nie bez poczucia, że dopełnia czynu raczej grzesznego aniżeli pobożnego. To ją wyróżniało z tłumu skandującego w październiku 56, na warszawskim placu: “Wiesław”, “Wiesław”. Nie wiem czy muszę dodawać — wyróżniało zdecydowanie pozytywnie. Niestety, wartości reprezentowane przez Babę w 57. ani nie były powszechne wówczas, ani nie dały się utrzymać w obrębie jej wiejskiego środowiska w przyszłości (bo technikum w mieście, dyskoteki, traktory, kredyty, zyski etc.). Przekonany jestem, że sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby walka zbrojna (choć w ograniczonym zakresie) była kontynowana przez kolejne dekady.

    Pisze Pan, że w 80. było mniej ludzi gotowych słuchać “takiego” prymasa. Otóż, jak Pan przecież wie, był to wciąż ten sam Prymas, co najwyższej w większym jeszcze stopniu podatny na sowietyzację, kompromisy i ugody, koegzystencję z absolutnym złem. — Zdaje mi się, że nieodmiennie cieszył się posłuchem.

    Nie mogę się z Panem zgodzić, że u wrót Nieba nie zetkniemy się z oceną naszych poczynań (zaniechań) wobec bolszewizmu. — Będziemy wszak sądzeni za czyny popełniane w obszarze profanum, a jakkolwiek bolszewizm zahacza o sferę metafizyczną, my wszyscy, póki co, stąpamy po ziemi i tu też grzeszymy.

    Dziś, w 26., nie jest z pewnością lepiej aniżeli bywało w latach “klasycznego” peerelu… Pan zdaje się sądzić inaczej, co mnie frapuje niepomiernie.

  23. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Michale,

    Dałem wyraźnie do zrozumienia, że nie mam ochoty dyskutować na ten temat. A Pan swoje… Nie jest Pan w stanie zrozumieć i uszanować tego, że ktoś nie ma ochoty na to samo, co Pan? Czy wszyscy muszą naginać się do Pańskich zachcianek?

  24. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Kiedy pisałem o tym, ilu ludzi byłoby gotowych słuchać „takiego” prymasa w roku 1980 czy 2026, pisałem o hipotetycznym prymasie, będącym kimś pokroju kard. Mindszentyego, a nie o prymasie Wyszyńskim. Nie twierdzę więc, że jest lepiej – wręcz przeciwnie.

    Nie napisałem, że u wrót Nieba nie zetkniemy się z oceną naszych poczynań (zaniechań) wobec bolszewizmu. Napisałem tylko, że Pan Bóg na Sądzie Ostatecznym nie będzie brał pod uwagę, czy ktoś Z PUNKTU WIDZENIA BOLSZEWIKÓW spełniał minimalne kryteria sowietyzacji, albo czy był dla nich NIEŚWIADOMIE użyteczny. Czy dostrzega Pan różnicę?

  25. michał

    Nie, Panie Stanisławie, nie musi się Pan naginać do czegokolwiek. Ale sam Pan to wie i tak, zaczem żegnam.

  26. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Proszę zatem wybaczyć nieporozumienie, nierzadkie w przypadku wymiany poglądów.

    Zastanawiam się teraz nad Pana koncepcją takiego hipotetycznego prymasa niezłomnego. Zdaje mi się, że taka osobistość nie byłaby do wyobrażenia w warunkach posoborowych, nie mogłaby się także odnaleźć niejako “znikąd”, wziąwszy pod uwagę hierarchiczność struktury KK. Ale… pozostawmy te szczegóły na boku… jako mniej istotne.

    Czy taka osoba byłaby w stanie dokonać niemożliwego, odbudować w człowieku duchową integralność, utraconą w wyniku wielu dekad sowietyzacji? Przyznam, że nie potrafię odpowiedzieć sobie na to pytanie, pozostaje zatem jedynie wierzyć, że byłoby to możliwe. Możliwe przynajmniej w roku 80., bo w 26., byłoby bodaj znacznie trudniej. Ale… nie ukrywam, że jest do koncepcja wielce kusząca swoim potencjałem.

    Druga kwestia, którą Pan porusza, wydaje mi się jeszcze bardziej złożona. Rzecz jasna, nie można być odpowiedzialnym (a zatem i karanym) za nieświadomą użyteczność (dla bolszewików). Nie bardzo jednak widzę, z czym miałbym to powiązać. Byłbym wdzięczny za słowo naprowadzające na właściwą ścieżkę.

  27. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Jeżeli ktoś w dobrej wierze wziął udział w “referendum” z ’46, to nie popełnił grzechu, chociaż de facto dał się bolszewikom sprowokować i w ten sposób wziął udział w politycznej legitymizacji komunistycznego “państwa”, nawet jeśli głosował 3 x NIE. Był zatem użyteczny dla bolszewików, ale nie ponosi winy moralnej.

    Co do hipotetycznego prymasa: prymas Hlond nie był pod względem stosunku do komunistów ideałem, ale najprawdopodobniej nie poszedłby tak daleko jak prymas Wyszyński i nie doszłoby do “porozumienia”. A ponieważ bolszewicy, po 3 latach taktycznej względnej swobody, zaczęli dokręcać śrubę, konfrontacja byłaby nieunikniona. Co by się wówczas stało, możemy tylko przypuszczać. Zapewne wie Pan, jak wyglądało to na Słowacji. Tyle, że Kościół w peerelu był jeszcze potężniejszy, samo “państwo” kilka razy większe, a emigracja znacznie bardziej liczna, i wtedy jeszcze nie omamiona “październikiem”. Dlatego zapewne wyglądałoby to nieco inaczej, choć represje w jakiejś formie pewnie by nastąpiły. Wtedy autorytet Kościoła w społeczeństwie jeszcze by wzrósł, i główną naszą wygraną byłoby to, że taki stan rzeczy wyraźniej odzwierciedlałby rzeczywiste granice, które na skutek polityki Wyszyńskiego zostały wyszarzone i w znacznym stopniu zatarte. Wówczas, “październik” w takiej postaci, w jakiej go znamy, nie byłby możliwy, bo gdyby nastąpił, to taki prymas nie wziąłby w nim udziału. I wtedy komuniści musieliby pracować nad zorganizowaniem innego “przełomu”, ale dopóki Kościół trwałby w oporze, żaden poważniejszy “przełom” nie mógłby zostać skutecznie przeprowadzony. I tu pojawia się problem w postaci “reform” Soboru Watykańskiego II. Pozornie wydaje się, że odgórny opór tym “reformom” nie był możliwy – na Słowacji jednak było nieco inaczej.

    Kościół katolicki na Słowacji był prześladowany do roku 1968. Po krótkim odprężeniu z lat 68-70, w 71 r. bolszewicy przystąpili do ponownej ofensywy, tym razem powołując się na dekrety SW2. W 1971 roku na miejsce starej, skompromitowanej kolaboranckiej organizacji MHKD (Ruch Księży na Rzecz Pokoju), działającej w latach 1951-68 (do 1966 jako CMVKD), powołali do życia stowarzyszenie “Pacem in Terris”. Księża, którzy do niego nie wstąpili, musieli pracować w fabrykach i byli szykanowani, a w przypadku, gdy zostali złapani na potajemnym odprawianiu Mszy Św., groziło im więzienie, podczas gdy członkowie PiT mogli liczyć na ogromne korzyści materialne. Pomimo to, na Słowacji wstąpiło do niego jedynie ok. 20% księży (w Czechach ok. 1/3), a zdecydowana większość wybrała “Kościół podziemny”. Wszystko to działo się w momencie, gdy moderniści z Watykanu w ramach “Ostpolitik” prowadzili negocjacje z czechosłowackimi bolszewikami, wyświęcali na biskupów członków PiT, i nawoływali do zaprzestania tajnego wyświęcania księży, uznając ich święcenia za niegodziwe (co ciekawe, tych święceń dokonywali również polscy biskupi, za zgodą prymasa Wyszyńskiego, który bardzo angażował się w pomoc słowackim katolikom, również w latach 70.). Wierni opowiedzieli się jednak po stronie “Kościoła podziemnego”, którego przywódcą, nieprzerwanie od roku ’51, był Bp Ján Chryzostom Korec. Niestety, pod koniec lat 80. poparł on “aksamitną rewolucję”…

    Chciałbym jeszcze uściślić, co rozumie Pan przez duchową integralność? Jeżeli zdefiniujemy ją jako zachowanie wiary katolickiej, to miliony Polaków nie utraciły tej integralności pomimo poputniczącego prymasa. Były oczywiście przypadki, kiedy ta wiara słabła, i w końcu ją porzucano, jednak do połowy lat 60. znaczna część społeczeństwa nie straciła Wiary. Ludzie zaczęli ją tracić na większą skalę dopiero na skutek modernistycznych “reform” SW2 z jednej strony, a zepsucia spowodowanego otwarciem peerelu na pseudo-kulturę Zachodu, z drugiej.

  28. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Powiada Pan, że udział w “referendum 46” nie był grzechem, bowiem był to udział w “dobrej wierze”. Z tym, oczywiście, nie można się zgodzić, bo wynikałoby z tego, że kompromis z bolszewikami jest dopuszczalny moralnie. Powie Pan być może, że przecież miliony ludzi wspierało wówczas choćby mikołajczykowską “opozycję”. Zgadza się. Sęk w tym, że czynili tak ponieważ możliwa do ogarnięcia polityczna prawda nie znajdowała miejsca w ich sumieniu. Jest wiele przykładów ludzi, którzy zachowywali się w tym czasie godnie; ani im przychodziło do głowy partycypować w bolszewickim kłamstwie; nie chadzali na referenda, wybory, zdając sobie sprawę, że udział w czymś takim jest złem.

    Mam wątpliwości, co do hipotetycznego postępowania Hlonda w miejsce Wyszyńskiego, ale nie mam potrzeby uprawiania spekulacji na ten temat. Wyszyński wybrał ograniczoną mocno w gestach konfrontację nie ze względów etycznych czy w obronie sakralnego posłannictwa KK, a dlatego, że druga strona zdeklarowała nadmierną chęć ingerowania w wewnętrzne sprawy administracyjne Instytucji, majątkowych nie wyłączając. Tolerował zatem obecność bolszewizmu, byleby ten nie sięgał zbyt daleko.

    Integralność duchowa winna obejmować nie tylko obszar sacrum ale także profanum. Nie wyobrażam sobie “dobrego katolika”, sprawującego funkcję sekretarza pop czy też jakiegoś mniej upartyjnionego stanowiska, jednoznacznie powiązanego z władzą. Rzecz jasna, taki punkt widzenia nastręcza wiele zasadniczych problemów, boć w najogólniejszym ujęciu każda zawodowa aktywność w sowieckim systemie (zawodowych kontrrewolucjonistów wyłączając) przyczynia się do rozbudowy tegoż. Myślę, że pomocna tu być może, wzmiankowana przez Józewskiego, “technika życia”, ale i ona nie rozwiązuje wszystkich trudnych kwestii.

  29. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Katechizm Kościoła (ten przedsoborowy) uczy nas, że „Grzech uczynkowy jest to ŚWIADOME i dobrowolne przekroczenie prawa Boskiego” (kapitalizacja moja). Jeżeli zatem ktoś nie był świadomy tego, że udział w „referendum” wzmacnia władzę bolszewików, to biorąc w nim udział nie popełnił grzechu. Nie wiem, w jaki sposób można to zinterpretować inaczej, ale chętnie wysłucham propozycji.

    Trudno być sekretarzem pop, nie będąc świadomym, że w ten sposób wzmacnia się komunizm, dlatego ja również nie wyobrażam sobie, jak taka osoba mogłaby być dobrym katolikiem. Natomiast jak najbardziej wyobrażam sobie, że można być dobrym katolikiem, pracując w komunistycznym „państwie” poza aparatem władzy, i jednocześnie nie biorąc udziału w anty-komunistycznym podziemiu, bo taki udział nie jest obowiązkiem moralnym.

  30. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Przepraszam, że odpowiadam z opóźnieniem, ale nie miałem wcześniej sposobności.

    Pisze Pan w swoim ostatnim komentarzu, że jedynie “ŚWIADOME i dobrowolne przekraczanie prawa Boskiego” jest grzechem.

    Proponuję zatem zastanowić się nad pytaniem, czy ktoś istotnie zainteresowany polityką doby wojny (a jak sądzę było takich osób zdecydowanie więcej niż w czasie pokoju) mógł przeoczyć Jałtę, Poczdam, odebranie uznania rządowi RP? Jeżeli zgodzimy się, że nie mógł tego uczynić, w dodatku (będąc nie tylko katolikiem, ale i patriotą) mógł te zdarzenia oceniać w sposób wyłącznie negatywny, to wówczas zmuszeni będziemy do wniosku – jak mi się zdaje – wspólnego, że jakakolwiek działalność polityczna czy ideowa, wpisująca się we wzmiankowane wcześniej, haniebne postanowienia (z ich dalekosiężnymi konsekwencjami), mogła być spowodowana:

    a) brakiem rozumu,
    b) przyzwoleniem na zło kompromisu z bolszewizmem.

    Czy zgadza się Pan z taką interpretacją?

    O ile przestawiciele zbioru a) nie zgrzeszyli (nie tylko rozumem), o reprezentatach zbioru b) absolutnie powiedzieć tego nie można – wręcz przeciwnie: nie tylko dopuścili się grzesznych czynów w wymiarze niejako indywidualnym, ale przyłożyli także rękę do pogrzebania Ojczyzny.

    Dokładnie tak samo postąpili przedstawiciele analogicznej grupy w 89 (choć sytuacja polityczna była ździebko inna).

  31. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Jeżeli brak rozumu w tym kontekście ma oznaczać nie postradanie zmysłów, ale ślepotę czy też głupotę polityczną, to zgadzam się w całej rozciągłości.

  32. Stanisław Ogórkiewicz

    Co powiedziawszy, wypada zapytać: dlaczego tego rozumu im zabrakło? Dlaczego nagle oślepli (bo nie byli ślepi np. w odniesieniu do Niemców)?

    Co sprawia, że ludzie nie dostrzegają zagrożenia, jakie niesie bolszewizm i w konsekwencji odmawiają z nim walki? I co z kolei sprawia, że je dostrzegają?

    Tu w pierwszej kolejności należałoby wskazać na naturę bolszewizmu, który jest metafizycznym niebytem, co oznacza całkowite oddzielenie się od prawdy. Prawda dla nich nie istnieje, jest “przesądem burżuazyjnym”, nie mają więc żadnej “stałej” ideologii (systemu, przekonań itd.), bo ta zawsze wiąże się z wiarą w istnienie jakichś prawd (na ile one są lub nie są iluzoryczne, to już inna sprawa), z przekonaniem, że istnieje obiektywna prawda w ogóle. Interesuje ich tylko władza, są nieskończenie giętcy, i dlatego potrafią przybrać dowolną maskę, którą niewyczuleni obserwatorzy wezmą za dobrą monetę. Chcą tylko jednej rzeczy: aby ich ofiary były gotowe poświęcić samą prawdę dla czegokolwiek innego. Jeżeli ten wymóg jest spełniony, jeżeli dana osoba przedkłada nad prawdę cokolwiek innego i to coś zajmuje najwyższe miejsce w jej hierarchii wartości (w życiu publicznym/politycznym, bo nie musi zajmować takiego miejsca w życiu prywatnym; w ten sposób da się zresztą wytłumaczyć, dlaczego wielu dobrych katolików było i jest poputczikami), wówczas ofiara jest już w pułapce – teraz wystarczy tylko wybrać odpowiedni haczyk i przybrać odpowiednią maskę, bądź zaofiarować odpowiedni prezent (np. wyreżyserowanie określonego „przełomu”), i ofiara to kupi. Jeśli maska czy charakteryzacja jest niedoskonała, to nic nie szkodzi, ofiara jest tak zaślepiona, że albo nie zwróci uwagi, albo będzie to bagatelizować, bądź udawać, że niedoskonałości po prostu nie dostrzega, a w niektórych przypadkach nawet sama pomoże poprawić niezgrabnie leżącą maskę, czy nędzną charakteryzację, aby być skuteczniej oszukiwaną – wszak chce być oszukiwana, i nic nie może popsuć jej zabawy (np. w ’92 śp. Moczulski czuł się niekomfortowo z peerelowską konstytucją, która mąciła mu radość z zabawy w “wolną Polskę”, więc zaproponował, żeby peerelowski sejm przyjął na jeden dzień konstytucję Kwietniową – nb. czyżby nie wiedział, że w ’45 bolszewicy przyjęli za punkt wyjścia Marcową z 1921? – aby uzyskać ciągłość polityczno-prawną z II RP. Postulat Moczulskiego nie został w końcu spełniony, ale nie przeszkodziło mu to w uznaniu peerelu mimo to). Innymi słowy: dla każdego coś miłego – dla każdego, kto nie posiada owego “tajemniczego” czegoś, co sprawia, że dostrzega naturę bolszewizmu i potrafi zdemaskować złodzieja. Pytanie: cóż to jest?

    W dyskusji powyżej napisałem, że aby skutecznie zmobilizować ludzi do walki przeciwko bolszewikom, muszą oni: “po pierwsze, posiadać ogólne usposobienie konserwatywne (nie w sensie Burke’a czy Stańczyków, ale konserwatyzmu rozumianego potocznie), po drugie, muszą być dobrze przygotowani ideologicznie, muszą znać przeciwnika i być wyczuleni na jego sztuczki.” Teraz widzę, że ten opis jest niewystarczający. Samo usposobienie konserwatywne oczywiście nie wystarcza, ale nawet jeżeli dodamy do niego znajomość bolszewizmu i jego sztuczek, to też jest ona niewystarczająca – wszak zarówno Churchill, jak i Wyszyński wiedzieli, z kim mają do czynienia. Nie o wiedzę tutaj zatem musi chodzić, ale o wolę, aby zrobić z tej wiedzy czynny użytek. Co sprawia, że oni tej woli nie mieli, napisałem powyżej. Ale jak określić to, co sprawia, że niektórzy ją mieli i mają? Trudno ująć mi to słowami; najlepsze określenia, jakie przychodzą do głowy, to zmysł metafizyczny/wrażliwość metafizyczna/wrażliwość na prawdę, nie tylko w życiu prywatnym, ale także w życiu zbiorowym (jak to jest, że np. tak wielu wierzących i praktykujących Polaków, żyjących na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci, wiedziało, że gdy idzie się do spowiedzi, trzeba oskarżać najpierw siebie, a potem innych, a gdy przychodziło do tzw. narodowego rachunku sumienia, zwykle pomijali ten pierwszy etap. Podobnie jest obecnie: gdy w obecności kogoś z tzw. patriotycznego odłamu Polaków wspomni się o przedwojennych wybrykach anty-żydowskich, o burzeniu cerkwi z 1938, czy o zajściach przy wypędzeniach Niemców w ’45, to zaraz otwiera się długa litania wymówek: a bo ci to to, a tamci to tamto nam zrobili, itd.). To rozróżnienie na życie prywatne i zbiorowe jest bardzo ważne. Jeżeli NAPRAWDĘ rozciągniemy zasady katolickie na życie zbiorowe, będziemy w stanie wejść na poziom powszechny, międzynarodowy, i z tej perspektywy rozpatrywać zjawiska w życiu publicznym. Wtedy możemy rozumować w kategoriach powszechnej, międzynarodowej anty-bolszewickiej krucjaty, która powinna mieć charakter religijny, katolicki, ale to powinien być katolicyzm prawdziwie powszechny epoki średniowiecza, gdzie ta powszechność była realna i nie gołosłowna (przecież katolicki = powszechny), a nie XIX- i XX-wieczny nacjonał-katolicyzm jakichś Akcji Francuskich czy endecji… Wówczas ważniejsze będzie to, że nie zgadzamy się, aby biały sufit nazywać czarnym, niż zaspokajanie naszych partykularnych postulatów.

  33. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Tak, chodzi o głupotę, nazwijmy ją politycznie “polityczną”, choć w istocie ma szerszy zakres. — Naturalnym porządkiem rzeczy jest hierarchia, której – jak Pan wie – we współczesnym świecie uświadczyć niepodobna. Jej absencja skutkuje brakiem pokory, wykwitem którego jest zadufanie, a od niego w drodze po głupotę to i butów na nogi wdziewać nie warto, ponieważ czyha tuż… za progiem nędznej doczesności. W przełożeniu na język ustrojowo-polityczny: gdyby nie rozpanoszenie demokracji, nie byłoby i bolszewizmu… – choć może się ten pogląd wydać płytkim.

    Zanim przejdę do omówienia Pana komentarza, chciałbym wyrazić osobistą przyjemność z pewnej frazy, którą raczył Pan zapisać:

    aby skutecznie zmobilizować ludzi do walki przeciwko bolszewikom… etc. – rzadkie dziś, a piękne słowa, przekonujące, że i w dzisiejszych niehigienicznych czasach nie zanikła całkiem ochota do zwalczania zarazy. Znajdzie się na to sposób, jak Pan sądzi?

    Ale do rzeczy:

    Nie wydaje mi się, żeby ludzie nie dostrzegali niebezpieczeństwa bolszewizmu. W przeciwieństwie do wielu innych szalbierstw ideowych, to to akurat zalatuje przaśnym odorem niemytej od zarania myśli, plugawością samą w sobie. Przekonany jestem, że nie ma przy zdrowych zmysłach człowieka, który nie dostrzegałby tej osobliwości. Zatem, w mojej opinii, nie jest to kwestia braku rozeznania. O powodzeniu bolszewizmu decydują inne kwestie. Ale o tym pozwolę sobie napisać później. Teraz przejdę do Pana świetnego komentarza.

    Bardzo mi się podoba określenie nieprawdy mianem metafizycznego niebytu. Niemniej, pod niewątpliwym wpływem ukutego przez Pana sformułowania, postanowiłem zastanowić się, czy rzeczywiście istotą bolszewizmu jest całkowite oddzielenie się od prawdy. Od razu przyznam, że trudno Pana słowom zaprzeczyć, tak bardzo wydają się oczywiste, a jednak… czy nie jest dokładnie odwrotnie. O ile bowiem zło, pozbawione substancjalnej istoty, ów błąd rozumu jak owo trafnie definiował Akwinata, nie może egzystować bez dobra, o tyle także kłamstwo nie może istnieć bez prawdy, jedynej, obiektywnej. A skoro tak, jakikolwiek byt ideowy, najbardziej nawet bezecny, jak bolszewizm, propagując kłamstwo bez wytchnienia, z niezgłębioną dozą zuchwałości, trzymać musi się jednocześnie kurczowo za skrawek odwrotności, czyli prawdy. Bez niej jest niczym. To jest jego – bolszewizmu – najboleśniejsza słabość, aż po skomlenie wszelkich belzebubów i leninów łącznie. Żałość ta jest zrozumiała, bo oznacza skazanie na wieczną klęskę (o ile za takową uznać niemożebność wygranej).

    Przyznam, że nie przekonuje mnie Pana podział na dobrego katolika w życiu prywatnym, złego w życiu publicznym. Myślę, że nie będzie Pan skłonny wytaczać wobec mojego przekonania teologicznych dział. Do rozstrzygnięcia wystarczy wszak (i aż) dekalog.

    Moczulski czuł się niekomfortowo bodaj przede wszystkim ze względu na swoją agenturalną przeszłość, ale to dobry przykład (nie będziemy go przecież lustrować). Problem z 89 zdaje mi się w znaczącej mierze wynikać z tego, że żaden przedstawiciel owej koncesjonowanej (mniej lub bardziej) zgrai (Moczulski pewnie mniej) nie wyobrażał sobie, że w wymarzonej klatce liberalnego peerelu dychać sobie będzie można aż tak swobodnie. – Stąd, całkiem im odjęło rozum, poczęli zachowywać się jak obłąkani… pociągając, niestety, za sobą niepoliczalne rzesze wiernych baranów.

    Pisaliśmy już na temat usposobienia konserwatywnego. Akurat Edmund Burke i jego sposób konserwatywnego (nie bez liberalnych elementów) rozumowania wydaje mi się idealnym przykładem. Inspiracji szukał w życiu wiejskim, w pejzażu: na skraju łąki, pod konarem dającego cień drzewa, w obrazku pasących się w oddaleniu krów. Jego ideą wiodąca była zaprzeszłość, a więc osadzenie w tradycji; ale także w grudzie ziemi, jakże charakterystycznym atrybucie wielkiego wroga bolszewizmu – kułaka. Napisałem “wielkiego”, nie zaś największego. Bo ten ostatni tytuł skłonny jestem oddać drobnej zaściankowej szlachcie, ale o tym… przy innej okazji może.

    Zdaje się Pan zakładać, że Churchill przedstawiał usposobienie konserwatywne. Niewątpliwie znał znaczenie tej idei, zapewne ją cenił. Tyle, że sama świadomość tego co dobre nie jest wystarczającym impulsem dla godnego zachowania. Nie wdając się w zawiłości, tenże polityk (uznawany za wielkiego) bywał także drobnym koniunkturalistą… co, wziąwszy wysokość jego kwalifikacji, tym więcej go pogrąża. O Wyszyńskim myślę z wielką niechęcią. Sądzę, że odegrał ogromną rolę w wydarzeniach lat 60., ale ekspertem nie jestem. Może Pan dysponuje odpowiednią wiedzą? Jaki, Pana zdaniem, mógł mieć osobisty, realny wpływ na “politykę” udzisiejszania?

    Metafizyczna wrażliwość jest rzadkością we współczesnym świecie. Chętnie się zgodzę, że w wiekach średnich było odmiennie. Trudno byłoby zapewne wyobrazić sobie Jakuba de Maillé gotowego kohabitować z bolszewią, z bezbożnictwem w najbrudniejszej postaci. Wiele było przyczyn osłabienia instytucji Kościoła. Nacjonalizmy niewątpliwie nadwerężyły jego spoistość. Nieco z boku rodził się ateizm, wykorzystany później przez bolszewików w charakterze nowej religii. – Sprytu tym ostatnim ni jak odmówić nie można. Nie byliby jednak bolszewikami, gdyby nie rozsadzali równocześnie porządku od wewnątrz. W drugiej połowie lat 60. padło w londyńskich “Wiadomościach” znamienne zdanie:

    …droga prowadziła poprzez sodalicję mariańską do komunizmu…

    Tak pisała osoba związana ze “Słowem” (ani JM ani BT). Pisała z ogromną przenikliwością w wirze cyklonu, wywołanego IISW, który pozbawiał świat katolicki sporej cząstki tradycyjnej powszechności.

    Ale, wszak z zarazą walczyli wyznawcy nie tylko chrześcijaństwa. Ostatecznie ulegli (bodaj) wszyscy, albo niemal wszyscy. Czyżby to miało oznaczać, że wiara nie jest wystarczającym panaceum? Osobiście, nie jestem tego zdania. Byleby nie była powierzchowna, a więc żadna.

    Co sprawia, że bolszewizm triumfuje?

    Być może odpowiedź tkwi w dwóch magicznych słowach: pokusie i uległości. Jednych nęci wizją nierzeczywistej wspaniałości przyszłego lepszego świata bez uciążliwych hamulców; innych wabi bezpieczeństwem nędznej wegetacji. Dla niemal każdego ma w zanadrzu coś, tyleż atrakcyjnego, co łatwego… choćby mamidło wolności i suwerenności iii rp, jakkolwiek karykaturalnie nie wypada ten twór. — patriotycznemu odłamowi Polaków bynajmniej to nie przeszkadza. Chcą mitu, więc lepią go sobie z urojonych przewag jednego narodu, a ulepiwszy – murem za nim stoją.

  34. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Pańskie rozważania na temat prawdy i bolszewizmu są bardzo ciekawe.

    „Jakikolwiek byt ideowy, najbardziej nawet bezecny, jak bolszewizm (…) trzymać musi się jednocześnie kurczowo za skrawek odwrotności, czyli prawdy. Bez niej jest niczym.”

    Myślę, że powinniśmy rozróżnić dwa sposoby rozumienia prawdy (i jakiegokolwiek bytu w ogóle): metafizyczny i logiczny. W sensie logicznym ma Pan rację, ponieważ twórcy ideologii będącej uosobieniem kłamstwa muszą mieć o prawdzie pojęcie, bo bez niego nie mogliby jej przeczyć. Ale z drugiej strony, posiadanie pojęcia o czymś nie jest równoznaczne z posiadaniem czegoś w akcie, czyli z „trzymaniem się kurczowo za coś”, nawet za tego czegoś skrawek. I w tym właśnie rozumieniu, w rozumieniu metafizycznym, bolszewizm nie ma żadnego udziału w prawdzie.

    Zresztą, oddajmy głos Tomaszowi: “Jak powiada się w V księdze Metafizyki, o bycie orzeka się na dwa sposoby. Po pierwsze, zgodnie z tym, że oznacza bytowość rzeczy, o ile dzieli się na dziesięć kategorii – i tak jest zamienny z rzeczą. W ten sposób żaden brak nie jest bytem, więc zło też nim nie jest. Po drugie, bytem nazywa się to, co oznacza prawdę zdania, polegającą na złożeniu, na które wskazuje słowo „jest”. I to jest byt, który odpowiada na pytanie: „czy jest?”. Tak mówimy, że ślepota jest w oku, i tak samo o każdym innym braku. W ten sposób również zło nazywa się bytem. Niektórzy z nieznajomości tego rozróżnienia i biorąc pod uwagę to, że pewne rzeczy nazywa się złymi lub mówi się, iż zło jest w rzeczach, wierzyli, że zło jest jakąś rzeczą.” (S.Th., q.48, a.2, ad.2)

    Nie zgadzam się z twierdzeniem, że wielu ludzi dostrzega dziś niebezpieczeństwo bolszewizmu. Myślę, że wielu ludzi żyjących pod bolszewikami dostrzega pojedyncze (a nawet: wiele) niedorzeczności bolszewizmu i próbuje stawiać im opór, ale na skutek panującej dezorientacji nie potrafią oni zebrać i uporządkować swoich przemyśleń w logiczną całość i zdiagnozować, że mamy do czynienia z tym konkretnym zjawiskiem, a co za tym idzie – uświadomić sobie skalę zagrożenia. Z tego powodu zmuszeni są racjonalizować swoje wrażenia inaczej, w sposób dla bolszewików niegroźny, np. „rusyfikacja”, „żydokomuna” albo „polska znieczulica”.

    O ile mi wiadomo, podczas soboru Wyszyński nie należał ani do grupy „postępowej”, ani do „konserwatywnej”. Nie sądzę, żeby odgrywał jakąś „wybitniejszą” rolę przy aggiornamento. Wydaje mi się, że, tak jak w przypadku stosunku do komunizmu, szedł własną drogą. W tym drugim casusie, polityka modernistów przypadkowo pokrywała się w wielu aspektach z polityką prowadzoną przez polski episkopat już od kilkunastu lat – tyle, że z innych pobudek.

    Wreszcie, kwestia zasadnicza: pyta Pan, czy znajdzie się sposób na zwalczenie bolszewizmu…

    Moim zdaniem, szanse na obalenie bolszewizmu od wewnątrz istnieją jedynie na początku jego władztwa w danym kraju. Jeżeli nie nastąpi to w ciągu kilku, maksymalnie kilkunastu lat, nie nastąpi to (w ten sposób) już nigdy, przynajmniej dopóki cały glob nie zostanie opanowany przez komunistów. W czasie tych kilku/kilkunastu lat wyrasta nowe pokolenie, wychowane już pod bolszewikami, które w związku z tym nie ma za czym tęsknić, nie ma do czego porównywać itd., nie ma też wspomnień z początkowej fazy walki. To prawda, że zarówno nasza natura, jak i wewnętrzny duchowy porządek w człowieku, jeżeli kierowany jest przez tzw. prawe sumienie, obnażają szkaradność bolszewizmu, dlatego młode pokolenie jest – poza początkowym okresem panowania komunizmu, gdy ten ma wrogów wszędzie – potencjalnie najbardziej podatne na anty-bolszewickie idee, i dlatego potencjalnie najbardziej dla bolszewików niebezpieczne. Problem w tym, że zdobywając władzę komuniści zyskują instrumenty, o jakich śnić wcześniej nie mogli: w celu odwrócenia uwagi od kwestii zasadniczych i zwrócenia jej w kierunku kwestii drugorzędnych, rozładowania niezadowolenia społecznego czy też skanalizowania go w bezpieczny dla siebie sposób, mogą wykreować czy wyreżyserować praktycznie każdy scenariusz. Z tego powodu spacyfikowanie niezadowolenia młodego pokolenia nie będzie dla nich problemem.

    Fiasko pierwszej możliwości prowadzi nas do rozważenia koncepcji, że po upływie kilkunastu lat bolszewizm może zostać obalony jedynie z zewnątrz, przez wystarczająco potężne państwo, które graniczyć będzie z „państwem” komunistycznym (w przeciwnym razie konieczne byłoby przekonanie do krucjaty co najmniej jednego innego państwa), i które będzie tym zainteresowane. Zainteresowane musi być jednak nie z byle powodu, nie ze stanowiska swojego wąskiego interesu, bo wtedy skończy, jak skończył Hitler – tylko z powodów ideowych. Zapytam retorycznie: czy kiedykolwiek po r. 1917 istniało takie państwo? Zmobilizować ludzi w wolnym świecie można, gdy ktoś ideę bezinteresownej krucjaty będzie rozumiał. Poza nielicznymi chlubnymi wyjątkami, zrozumienie dla takiej krucjaty wśród tzw. zwykłych ludzi (tj. nienależących do elity władzy) wygasło ostatecznie w XIX wieku, wraz z nastaniem polityki i kultury masowej oraz związanej z nimi popularności nacjonalizmów. Wśród władców państw ustało jeszcze wcześniej, bo idea solidarności chrześcijańskiej została w praktyce pogrzebana wraz z nadejściem czasów nowożytnych.

    Jeżeli zatem ani od wewnątrz, ani z zewnątrz, z tego wynikałoby, że bolszewizm nie zostanie obalony aż do końca świata, i jego kres położy dopiero przyjście Syna Człowieczego. Ta koncepcja wydaje się być jednak sprzeczna z Pismem Świętym, które mówi: „I będzie przepowiadana ta ewangelia królestwa po całej ziemi, na świadectwo wszystkim narodom; a wtedy przyjdzie koniec”. Czas, gdy Ewangelia będzie głoszona po całym świecie ewidentnie jeszcze nie nastał, i bardzo wątpliwe, że nastanie pod panowaniem bolszewickim – zatem ta propozycja również odpada.

    Jest jednak jeszcze jedna możliwość: gdy komunizm opanuje już cały świat, granice państwowe zostaną zatarte (być może również – w ludzkiej pamięci), a narody przemieszane ze sobą całkowicie, wówczas ucisk stanie się tak wielki, że…

    „Okrzyk, który zerwie się jak wicher (…) obejmie wszystkich, nie dla „pojednania narodowego”, „pojednania społecznego”, ale dla wyrzucenia ze społeczeństwa zarazy komunistycznej.”

    Ktoś mógłby jednak przytomnie zapytać: w jaki sposób ludność dekadami usypiana i rozkładana przez konsumpcjonizm, materializm i ideologię „róbta co chceta”, znajdzie w sobie moralną siłę do takiego zrywu? Jest oczywiste, że nie dostarczy jej anty-religia soborowa, że będzie musiało się to stać za sprawą prawdziwej religii katolickiej. Nie jest więc wykluczone, że owo przebudzenie zbiegnie się w czasie z przepędzeniem przez katolików modernistycznych niszczycieli Kościoła i z jego prawdziwą odnową. Ale w jaki sposób pod bolszewickim terrorem będzie możliwa działalność katolickich kapłanów na większą skalę? Trudno znaleźć przekonujące wyjaśnienie, oprócz tego, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. Jeśli zechce On, aby bolszewizm upadł za sprawą Jego ludzkich narzędzi, z pewnością znajdzie na to sposób.

  35. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Dziękuję za przytoczenie fragmentu komentarza do Metafizyki Arystotelesa. Zdaje mi się jednak, że zarówno sam Autor jak i jego wielki Komentator, nie dotykają bezpośrednio problemu, który raczył pojawić się w mojej pospolitej głowie. Rzecz jasna zgadzam się, że ani zło ani kłamstwo nie są bytami samymi w sobie (ująłem to widać w swoim komentarzu niezbyt precyzyjnie), chodzi mi jedynie o to, że w obu obszarach kłamstwo nie może egzystować bez prawdy. Co więcej, nabieram przekonania, że w aspekcie metafizycznym właśnie, ta zależność jest nie tyle może – bardziej widoczna, co ściślejsza.

    Masonem 33 stopnia nie będąc, nie mogę precyzyjnie stwierdzić, jak przedstawiają się zapatrywania osobnika podobnego kalibru. Podejrzewać mogę jedynie, że tak pieczołowicie uformowana zhermetyzowana hierarchia nie po to została stworzona, aby na czubku piramidy czekał nas, do wysłuchania, jakiś banał bez znaczenia. Sądzę przeciwnie – musi to być szczególnie kontrowersyjna dla ogółu prawda. Otóż, identycznie rzecz się ma z bolszewikami, sztukmistrzami kłamstwa w służbie zła – oni także mają swoją prawdę, tyle że za żadne podłości świata, nie mogą sobie pozwolić na jej wyjawienie, jakkolwiek nie zżerałaby ich ambicja, aby uczynić przeciwnie. Szpetnieją od tego duchowo, a – wbrew pozorom – nie jest to ich naturalne dążenie. W głębi zbrukanych dusz i oni łakną miłości i piękna… tyle że na szatańską modłę. Stąd moje słowa o „skrawku prawdy”… sąsiadującym w bolszewickiej głowie z kłamstwem.

    Nie napisałem, że wielu ludzi dziś dostrzega niebezpieczeństwo bolszewizmu. Miałem na myśli te obszary niedawnej historii, gdy zaraza była oczywistością, łatwą do oszacowania. Niestety, bolszewicy rychło zdali sobie sprawę, że lepiej będzie dla ich docelowych interesów, gdy przyczają się, zamażą istotę swojego panowania, ba… gotowi na każde ekstremum, ogłosili w końcu światu swój upadek. To – jak Pan się na pewno domyśla – w wielkim skrócie, z pominięciem rozlicznych detali. Ale to… margines zagadnienia.

    Co więcej, w istocie, nasze punkty widzenia niewiele różnią się od siebie. Obaj skłonni jesteśmy upatrywać jądra problemu w ludzkiej słabości, jakże bardzo dojmującej w zestawieniu z fenomenem bolszewizmu. Człowiek jest z natury miękki, więc niekiedy skłania się ku przymykaniu oka na zło. Nie należy jednak czynić z tego normy ludzkiego postępowania, ponieważ drugą naturą człowieka, niemniej istotną, jest męstwo. (Nie podam jednego przykładu, bo zrobiłoby się tu nudno… do ziewania.) Sytuacja dynamizuje się, gdy zło poczyna kusić; kusić nie tym, co przyjemne i dotykalne, ale dowolnym fragmentem z obszaru idei. Może być cokolwiek, co Pan zechce podstawić. Mnie osobiście przekonuje użyteczność „idei” mocno sczerniałej od smoły: mniejsze zło. Owo stoi za „dezorientacją” i pozorną „racjonalizacją”, próbami uporania się z własnym koniunkturalizmem.

    Dziękuję za informację dotyczące Wyszyńskiego. Bardzo możliwe, że nie dysponował stosownymi wpływami, a zagadnienia modernizmu nie szczególnie go zajmowały. Zdaje mi się jednak, że poprzez swój bezbożny kompromis z bolszewikami przyczynił się wydatnie do otwarcia puszki Pandory trendów modernistycznych, od „sprawiedliwości społecznej” poczynając na synkretyzmie kończąc.

    Dziękuję za słowa szczerego pesymizmu, tym bardziej Bogobojnego, że nie pozbawionego nadziei na odmianę. I mnie się wydaje, że ratunek może przyjść poprzez „uwstecznienie” Kościoła, nawrót do Jego powszechności. Wiele wskazuje na to, że Tradycja może w nieodległej przyszłości przeżyć swój renesans (jakkolwiek kontrowersyjnie to nie brzmi). Ma Pan rację – nie było po roku 1917 państwa, które by w interesie powszechnym (nie zaś wyłącznie swoim własnym) występowało przeciwko bolszewikom. Warto jednak pamiętać, że antybolszewizm nie był ideą martwą przez cały okres międzywojnia: spisywane było stosowne ustawodawstwo państwowe, istniały partie i organizacje wspierające ideę walki, działała antybolszewicka międzynarodówka (choć można domniemywać, że nie cieszyła się wpływem powszechnym). Piękna idea antybolszewizmu była wspierana przez Stolicę Apostolską, w osobach kolejnych papieży. Od śmierci ostatniego z nich minęły ledwie trzy, poddane gruntownej modernizacji, pokolenia. Rozkład, konsumpcjonizm, permisywizm, a także wszystkie inne dojmujące aspekty współczesności, niezawierające się w tych trzech pojęciach, oddziałują bardzo silnie na człowieka. Każdy jednak z nas, ludzi, jest wyposażony w walory niemożliwe do przezwyciężenia w sposób nieodwołalny. Nie wiem czy wystarczy „Okrzyk, który zerwie się jak wicher”…, ale położenie człowieka w walce z zarazą nie jest beznadziejne. I tu, ponownie – zgadzamy się w znaczącym, jak mi się zdaje, stopniu.

    Idea bolszewizmu opiera się w głównej mierze na przemianie: zastąpienia człowieka obdarzonego nieśmiertelną duszą maszyną – czy ściślej – bestią w ludzkiej skórze. Ten proces nigdy i nigdzie nie został przeprowadzony do końca, w pełni skutecznie, „ludowych” Chin i Korei nie wyłączając. Z tej perspektywy byłoby z naszej strony poważną nadgorliwością otrąbywanie odwrotu, rzucanie się z kamieniem u szyi w toń beznadziei. Przeciwnik niby już wygrał, niby sięga po władztwo nad całym globem, ale jeśli nawet uda mu się to zrealizować, daleki jeszcze będzie od pełni triumfu. Tymczasowo sterczy w strategicznym rozkroku, poluzowawszy pęta swojej władzy. Sam fakt, że możemy swobodnie dyskutować sobie na tutejszej witrynie, wydaje mi się być przekonującym świadectwem czasowej niemożności wroga. Za dzień, miesiąc, dekadę możliwość taka zapewne ustanie. Jestem głęboko przekonany, że należy z tej szansy korzystać; wciągnąć do debaty ludzi, dla których materialne dobra świata nie są priorytetem. Nie pytam, jak tego dokonać, bo przekonany jestem, że gdyby dysponował Pan stosownym pomysłem, już byśmy go znali.

    Z mojego punktu widzenia nie szkoda czasu, aby tę kwestię wałkować à la longue.

  36. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Pisze Pan o masonerii, że na szczycie ich piramidy znajduje się „szczególnie kontrowersyjna dla ogółu prawda”. Jeżeli ma Pan tu na myśli prawdę w potocznym rozumieniu, w znaczeniu teorii, ideologii czy filozofii – „prawdę” w cudzysłowie – to zgoda.

    Czy bolszewicy również mają taką ukrytą prawdę? Nie są przecież w swojej istocie, w przeciwieństwie do masonerii, organizacją niejawną, bo nawet ukryte kolektywne kierownictwo ich partii istnieje zdaje się dopiero od kilku dziesięcioleci. Czyżby z ich niezliczonych przemówień, deklaracji, pamiętników, wspomnień, prywatnej korespondencji itp., nie dało się wyłowić owej tajemniczej „prawdy”, gdyby ona istniała? Czyż ową „prawdą” nie jest po prostu materializm dialektyczny Marksa, dostosowany do praktycznych potrzeb przez Lenina?

    „Każdy jednak z nas, ludzi, jest wyposażony w walory niemożliwe do przezwyciężenia w sposób nieodwołalny” – to bardzo trafnie i pięknie napisane. Proces zastąpienia człowieka obdarzonego nieśmiertelną duszą przez maszynę nigdy i nigdzie nie został – i nie zostanie – przeprowadzony do końca w pełni skutecznie, właśnie ze względu na te walory. Z tego powodu bolszewicy są skazani na przegraną i jest ona tylko kwestią czasu.

    Co nie znaczy oczywiście, że należy na nią czekać z założonymi rękami. Ci, którzy są w stanie, powinni komentować to, co się dzieje, demaskować fałsz bolszewickiej „rzeczywistości” oraz iluzje poputczików, aby inni także mogli zrozumieć to, co dookoła.

    Pisze Pan: „Sam fakt, że możemy swobodnie dyskutować sobie na tutejszej witrynie, wydaje mi się być przekonującym świadectwem czasowej niemożności wroga.”

    Nie jestem przekonany, czy jest to świadectwo ich niemożności. Na pewno zdają sobie sprawę, że mogą wykorzystać Internet do swoich celów równie skutecznie, jeżeli nie skuteczniej, niż gazety czy telewizję. Poprzez agentów wpływu, których zdecydowana większość internautów nie jest w stanie rozpoznać, a których liczby nie znamy, zyskują ogromne możliwości dezinformacyjne.

    Daleki jestem od przypisywania bolszewikom atrybutu omnipotencji. Nie-bolszewicki świat jest jeszcze wolny, i trudno powiedzieć, na ile mogliby ograniczyć w nim wolność Internetu, gdyby tego chcieli. Prawdopodobnie rozumują jednak: po co próbować to robić, skoro może to przynieść więcej szkody, niż korzyści. Nie ma co płoszyć zwierzyny, skoro powoli sama idzie w nasze sidła.

  37. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Jeśli o masonerię chodzi (ale w równej mierze dotyczy to także bolszewików), miałem na myśli prawdę ich niejawnych intencji, skrzętnie skrywaną przed światem.

    W pierwszym przypadku – masonerii – jako dyletant, nie mam absolutnie pojęcia, jak owo coś może brzmieć czy w jakim kształcie się objawiać. Jeżeli zaś chodzi o bolszewików, zdecydowanie nie podzielam Pańskiego zdania, jakoby jej istota (owej “prawdy”) miała cokolwiek wspólnego z materializmem Marksa, dyrdymałami licznych marksistów, Lenina nie wyłączając. Weźmy jako pierwszy z brzegu przykład “dyktatury proletariatu”. – Czy wyobraża sobie Pan jakiegokolwiek poważnego bolszewika, który traktowałby ten ideologiczny artefakt inaczej niż tylko instrumentalnie? Owszem, dla zachowania pozorów, wynoszono do wysokich “godności” starannie wyselekcjowanych robotników, ale przecież nikt nie traktował podobnych nominacji z należną powagą. (Nie licząc tych, co to na serio postulowali oddawać całą władzę w ręcę rad! – ale to margines marginesu). Mamy więc tu do czynienia z ekstremalnym rozziewem pomiędzy teorią (dyktaturą proletariatu), a praktyką (ubezwłasnowolnienie tejże grupy). W niczym tu nie pomogą miliony stron zapisanych przez marksistowskich propagandzistów oraz równie liczne ofiary tego nieprzystojnego bełkotu.

    Nie sposób także podpierać się interpretacją, jakoby Lenin zmuszony był naginać teorię pod wpływem “praktycznych potrzeb”. – Bo to ani prawda, ani “prawda”. Nie licząc chęci obalenia Rządu Tymczasowego, żaden z deklarowanych celów bolszewickiego przewrotu 1917. nie był, nawet w przybliżeniu, traktowany poważnie. Nie będę ich tu wymieniał, ani omawiał, ponieważ zakładam, że nie zechce Pan tych kwestii, jako bezspornych, podejmować. Bolszewicy nie po to istnieją, aby naprawiać świat, wspierać biednych ludzi, oswobadzać uciemiężonych. Celem jest destrukcja, orężem: “walka z Bogiem” oraz “walka z człowiekiem” (skłaniam się ku przekonaniu, że te dwa kierunki ataku nie tylko nie wykluczają się wzajemnie, ale pozostają w korelacji).

    Wolność (chwilowa, jak mniemam, a dziś już często mocno ograniczana) publikowania przy pomocy internetu służy rzecz jasna różnym celom. Internet jednak ma tę przewagę nad tradycyjnymi środkami masowego przekazu, że nie da się z niego całkowicie wyeliminować swobodnego głosu (nie da, rzecz jasna, aż do momentu wdrożenia stosownych “regulacji”). Ma to szczególnie istotne znaczenie współcześnie, gdy zasadniczo całego spektrum głównego medialnego nurtu (w aspekcie globalnym) skłania się ku akceptacji istniejących (choć zdecydowanie trudnych do uchwycenia) szeroko rozumianych zasad “poprawności politycznej”.

    Przekonuje Pan, że “nie-bolszewicki świat jest jeszcze wolny” – przyznam, że daleki jestem od przyznania Panu racji. Podejmując w tej kwestii dyskusję, należałoby rzecz jasna ustalić, cóż dokładnie skrywamy w naszych głowach pod pojęciami “bolszewicki” i “nie-bolszewicki”. Osobiście skłonny jestem przyjąć jako punkt stały zasadę tak podzielonego na świata sprzed 1991, a więc sprzed rzekomego upadku komunizmu w zsrs oraz demoludach. (Nie wiem, czy podziela Pan ten punkt widzenia?) Mielibyśmy zatem do czynienia z pojałtańskim klasycznym już nieporządkiem i podziałem. Przedmiotem naszych rozważań byłby zatem “nie-bolszewicki” Zachód.

    Zadam pytanie: Czy biorąc pod uwagę ideologiczny wielowątkowy kataklizm, który skutecznie destruuje ten obszar świata od dobrych lat 30., zarówno instytucje publiczne (środowisko polityki, mediów, szkolnictwa, wymiaru sprawiedliwości, obrony, policji etc.), ale i ludzi tam zamieszkujących, słusznie jest określać ten świat nadal wolnym? Przypuszczam, że każdy z nas, gdyby w jakiś przedziwny sposób nabył możliwość poznania osobliwości tego zachodniego współczesnego świata w roku, przyjmijmy, 1984 nie byłby skłonny zakładać, że tak gigantyczna odmiana dokonała się w sposób niewymuszony, dobrowolny. Obaj zapewne nabylibyśmy podejrzenia, że musiało się to dokonać za sprawą sił trzecich, czyż nie?

    Czy utknęlibyśmy w ten sposób w błędzie? Jeżeli Pana odpowiedź na ostatnie pytanie wybrzmi twierdząco, wówczas uznajmy w tym punkcie sprawę dyskusji za zamkniętą; jeżeli przeciwnie, to pozwolę sobie sformułować pytania kolejne: cóż stało się z tym jakże dalece niewolnym już światem Zachodu? Za sprawą jakich sił lub czynników? Czy to samodzielny wykwit domorosłych ideologów, czy inspiracja musiała mieć charakter zewnętrzny? Czy w tym ostatnim nie mamy aby do czynienia z casusem wojny, choć niejawnej?

  38. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Muszę Pana prosić o więcej cierpliwości niż zwykle, ponieważ mam awarię komputera i nie mogę w tym momencie napisać dłuższej odpowiedzi.

  39. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Oczywiście, rozumiem. Mam nadzieję, że awaria nie jest bardzo poważna.

  40. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Przepraszam, jeśli wyraziłem się nieprecyzyjnie i odebrał Pan moje pytania o intencje bolszewików jako retoryczne, przez co sugerujące, że podzielam poglądy, które mi Pan przypisuje. Pytałem, bo choć przychylam się do Pańskiej interpretacji, co jakiś czas nachodzą mnie wątpliwości. Pańskie argumenty brzmią przekonująco, ale zastanawia mnie, dlaczego żaden z bolszewików, którzy uciekli i przeszli na stronę nie-bolszewicką, nie podzielił się publicznie wiedzą na temat niejawnych intencji swoich byłych współtowarzyszy? (jeśli coś przeoczyłem, to proszę o sprostowanie) Dlaczego np. Golicyn nie miał nic do powiedzenia na ten temat? Sam fakt istnienia długofalowej strategii nie przesądza przecież jeszcze, że jej autorzy działają w złej wierze i że nie traktują poważnie głoszonych przez siebie haseł. Mam na myśli ujawnienie wprost, że mamy do czynienia ze spiskiem, a wszelka frazeologia jest tylko parawanem.

    Czy procesy dokonujące się w świecie nie-bolszewickim od kilku dziesięcioleci (powiedziałbym raczej, że od lat sześćdziesięciu/siedemdziesięciu, a nie trzydziestu) są spontaniczne, czy też nie? Myślę, że pojawiły się one spontanicznie, jako kolejne stadium dezintegracji tzw. Zachodu, postępującej stopniowo od siedmiu stuleci, ale szybko zostały zauważone i podchwycone przez bolszewików. Od tego czasu mamy do czynienia z mieszaniną spontaniczności oraz niejawnego podsycania owych procesów i sterowania nimi w pożądanym dla bolszewików kierunku. Wytwarza to sytuację, w której nierzadko trudno jest odróżnić działania spontaniczne od inspirowanych, i taki stan rzeczy jest chyba dla bolszewików najkorzystniejszy.

    Czy świat nie-bolszewicki stracił już faktycznie wolność (podobnie jak Pan, definiuję go według kryteriów sprzed 91 r.), możemy jedynie domniemywać. Odpowiedź zależy od tego, czy komuniści kontrolują już systemy bezpieczeństwa najważniejszych państw nie-bolszewickich w stopniu pozwalającym na skuteczne przeprowadzenie militarnego blitzkriegu, bez konieczności grzęźnięcia w długotrwałej wojnie. Być może odpowiedź brzmi „tak”, ale nie robią tego, bo chcą przejąć władzę bez prowadzenia otwartej wojny i wolą poczekać, aż tamtejsze społeczeństwa jeszcze bardziej się rozłożą. Na razie jednak w owym świecie (przeważnie) nie rządzą bolszewicy, ani nie-bolszewicy rządzący z bolszewickiej łaski, i to jest dla mnie decydujące kryterium. Jak wspomniałem wyżej, może to być jedynie iluzja wolności, ale dopóki nikt tego nie wykazał (ani nie powiedział: „sprawdzam”), skłonny jestem traktować go jako wolny.

    Zgadzam się co do instytucji, uniwersytetów, mediów, kultury itd. Ale mechanizm, który tam działa, to jeszcze nie sowietyzacja – na razie to usypianie i otumanianie. To prawda, że w wielu miejscach coraz wyraźniej zaczyna to przypominać coś, co znamy ze świata bolszewickiego: ową beznadziejną magmę i apatię pod-bolszewickiej egzystencji, z myśleniem na gwizdek i „spontanicznym” podnoszeniem rąk na komendę, ale jak na razie udział w tej maskaradzie, choć materialnie bardziej opłacalny niż odmowa udziału, jest jeszcze dobrowolny. Obawiam się, że wielu nawet nie zauważy momentu, w którym granica zostanie przekroczona.

  41. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Pyta Pan, dlaczego Golicyn nie obwieścił światu niejawnych intencji bolszewików. Nie znam rzecz jasna odpowiedzi. Zdaje mi się jednak, że apriorycznie mógł zakładać, iż ma do czynienia z ludźmi, znającymi istotę wroga, z którym, przynajmniej nominalnie, toczona wciąż była zimna wojna. Mylił się, oczywiście, znacząco, ale trudno byłoby spodziewać się po nim innego założenia. Sam nie miał wątpliwości — przedmowę do swojej słynnej książki kończył słowami:

    I thank Russian history and literature for the inspiration they gave when guiding mi toward my decision of conscience to serve the people rather than the party.

    Partia jest wrogiem człowieka, to zdaje się wynikać z jego słów. Ale… ma Pan pewnie rację formułując wątpliwości. Był klasycznym przedstawicielem władzy, aparatu. Takie stanowisko nie ułatwia trzeźwego sądu, ponieważ nieustająco, dzień po dniu, rok po roku, myśli takiego człowieka nasiąkają wszędobylską ideologią. Trudno się w tym nie pogubić. Dlatego można odnieść niekiedy wrażenie, choćby w związku z „tajnym” referatem Chruszczowa, że prawdziwego, świadomego swoich powinności bolszewika, nie ma ani jednego na świecie. Szczęśliwie, za samych bolszewików przemawiają ich czyny, jawnie sprzeczne z deklaracjami, więc pogubić się nie sposób (jeżeli tylko chcemy zachować jasność myślenia, co jak Pan na pewno zauważa, zdarza się coraz rzadziej).

    Spontaniczność jest o wiele skuteczniejsza od ręcznego sterowania — daje zdecydowanie lepsze wyniki, dlatego bolszewicy decydują się na ingerencję głównie wówczas, gdy dostrzegają tego konieczność. (Choć różnie z tym bywało i bywa nadal.) Ma Pan słuszność — niełatwo jest odróżnić jedno od drugiego. To korzystny układ z bolszewickiego punktu widzenia, ale tylko do tego momentu, gdy w pełni panują nad sytuacją.

    Powiada Pan — świat zachodu jest wolny. Formalnie to zapewne prawda (choć trudno stwierdzić, jak głęboko przenika agentura). Tyle, że to opis świata z perspektywy politycznej. Gdy tymczasem walka rozgrywa się w głównej mierze na płaszczyźnie kulturowej. Ma Pan rację, że dzieje się tak od wielu dziesięcioleci, choć wyraźne przyspieszenie tej walki nastąpiło w ostatnich dekadach. W efekcie mamy do czynienia z obrazem świata, który ni jak nie przypomina tego sprzed lat 50., 60. i dalej wstecz. To obraz upadku. A przecież, gdy umiera kultura, zabiera ze sobą w zaświaty także sferę polityczną. Może i za żadnym zachodnim politykiem (w co szczerze wątpię) nie stoi bolszewik z pejczem w dłoni, ale dzieje się tak głównie z jednego powodu — nie musi. Nie musi, ponieważ w wytworzonym stanie rzeczy, gdy światem polityki kieruje permisywizm dla wszelkiej nieprzystojności z jednej oraz zamordyzm wobec zdrowego rozsądku z drugiej strony, wszystko (niemal) zmierza w kierunku ostatecznego rozkładu. Od wielu lat sfera polityki umiera dziarsko wraz z kulturą i jej instytucjami, a dotyczy to nie pojedynczych polityków, ale całych partii. Dziś żaden przedstawiciel tego gremium nie ma na względzie dobra ogółu, a jedynie interes własnej szajki. Czy przypadkowo, są to interesy zbieżne z niejawnymi bolszewickimi intencjami?

    Bardzo jestem ciekaw Pańskiego zdania.

  42. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    Ideologia tych partii jest odzwierciedleniem końcowego stadium rewolucyjnego procesu, który rozpoczął się w XIV wieku, dlatego nieprzypadkowo coraz bardziej zbliża się ona do “ideologii” bolszewików, coraz mniej się z tym kryjąc.

    Natrafiłem ostatnio na ciekawy cytat, który pozwolę sobie przytoczyć jako uzupełnienie odpowiedzi na Pańskie pytanie. Jego autorem jest XIX-wieczny teolog, ks. Jean-Joseph Gaume, który na kilka dekad przed zdobyciem władzy przez bolszewików napisał:

    «Jeśli zerwiesz Rewolucji maskę i zapytasz ją: „Kim jesteś?”, odpowie:

    „Nie jestem tym, za kogo mnie uważasz. Wielu o mnie mówi, lecz niewielu mnie zna. Nie jestem ani karbonaryzmem spiskującym w cieniu, ani zamieszkami szalejącymi na ulicach, ani zmianą monarchii w republikę, ani zastąpieniem jednej rodziny panującej inną, ani chwilowym zakłóceniem porządku publicznego. Nie jestem ani wyciem jakobinów, ani gniewem motłochu, ani walką na barykadach, ani grabieżą, ani podpalaniem, ani prawem agrarnym, ani gilotyną, ani masakrami. Nie jestem ani Maratem, ani Robespierre’em, ani Babeufem, ani Mazzinim, ani Kossuthem. Ci ludzie to moi synowie; oni to nie ja. Te rzeczy to moje dzieła; one to nie ja. Ci ludzie i te rzeczy są tworami czasu, podczas gdy ja jestem stanem permanentnym.

    Jestem nienawiścią do wszelkiego porządku, którego nie ustanowił człowiek i w którym człowiek nie jest zarazem królem i Bogiem. Jestem ogłoszeniem praw człowieka bez mrugnięcia okiem na prawa Boże. Jestem ustanowieniem państwa religijnego i społecznego na woli człowieka w miejsce woli Boga. Jestem Bogiem zdetronizowanym i człowiekiem postawionym na Jego miejscu. Oto dlaczego nazywam się Rewolucja, to znaczy: wywrócenie do góry nogami”»

  43. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Co do XIV wieku miałbym niejakie wątpliwości, czy to nie sięganie nadto wstecz, jeśli o rewolucjonizowanie świata chodzi, ale geneza historyczna jest z natury złożona i trudna do ścisłego uplasowania, więc nie będziemy chyba kopii kruszyć w tym przedmiocie. Nurtuje mnie co innego: rozziew czasowy pomiędzy genezą (czy to będzie wiek XIV czy dopiero XVI), a dzisiejszym zjazdem po rewolucyjnej równi pochyłej na łeb, na szyję. Każde kolejne stulecie przynosiło wstrząsające zjawiska, nijak się jednak tamte dramatyczne wydarzenia mają do kulturowej katastrofy, którą mamy nieprzyjemność obserwować. Trudno nie dostrzec różnicy w prędkości, intensywności, gruntowności rewolucyjnych zjawisk współczesnych w zestawieniu z tym, co było.

    Ale może jest przeciwnie — a to, co napisałem powyżej, to kwestia błędnego postrzegania, wadliwej perspektywy? Zdaje nam się, że dobiegamy kresu, bo zanadto zaplątani jesteśmy w doczesność; brak nam dystansu, dlatego nie potrafimy dostrzec, że glob nie kręci się wokół naszego marnego żywota tylko?

    Ks. Jean-Joseph Gaume, o którym — przyznam — nigdy nie słyszałem, przemawia do nas w sposób z jednej strony krańcowy, z drugiej niezwykle aktualny, a egzystował (plus minus) dwa wieki temu. Wiek XIX musiał mu się jawić jako czas totalnego zepsucia, a przecież w zestawieniu z tu i teraz, żyło się gdziekolwiek sięgnąć wzrokiem nieporównanie lepiej i godniej. Może więc i współczesna katastrofa nie stawia wcale ostatecznej kropki nad i?

  44. Stanisław Ogórkiewicz

    Panie Dariuszu,

    To prawda, że na skutek ograniczeń naszej natury mamy skłonność do traktowania współczesnych nam czasów jako wyjątkowych, ale tym mało odkrywczym stwierdzeniem nie można zbyć Pańskiej słusznej obserwacji. Znaczne przyspieszenie ześlizgu w ciągu ostatnich kilku dekad nie jest złudzeniem, tylko faktem, który można udowodnić.

    Dlaczego do niego doszło? Myślę, że główną przyczyną jest sytuacja w Kościele. Istota „reformy”, a w rzeczywistości – rewolucji, która miała miejsce na Soborze Watykańskim II i trwa odtąd nieprzerwanie, nie polega na pojawieniu się pojedynczych wyizolowanych błędów, ale na całościowym zastąpieniu prawdziwej religii – fałszywą; na zastąpieniu kultu Boga, który stał się człowiekiem, kultem człowieka, który ogłosił się bogiem. Ta nowa, modernistyczna „religia” nie jest w ogóle religią – w rzeczywistości to anty-religia, która wysysa z człowieka duchowe siły i zabija w nim życie nadprzyrodzone. Ponieważ jej istotą jest przeszczepienie na grunt religijny subiektywistycznych zasad nowożytnej filozofii, przeczy ona możliwości osiągnięcia obiektywnej prawdy w ogóle, przez co czyni jakąkolwiek religię niemożliwą. Dlatego nie może dać siły i oparcia do stawiania oporu rewolucji, ani inspiracji do walki z nią. Wręcz przeciwnie, rozbraja przed nią i sprawia, że ofiary tej „religii” łatwiej i szybciej przystosowują się do nowego światowego porządku.

  45. Dariusz Rohnka

    Panie Stanisławie,

    Doszliśmy do etapu dyskusji, w którym nad naszymi głowami zawisły słowa niczym ciężkie głazy, mogącego w każdej chwili wyślizgnąć nam się z rąk. Mniejsza o nas, komentatorów, rzecz w tym, że to co tu piszemy może dostać się przed oczy ludzi, którzy nie zawsze poradzą sobie z należytą interpretacją. Mogą dla przykładu nabyć przeświadczenia, że uczestnicząc we Mszy Świętej, pod auspicjami Watykanu, popełniają grzech. Czy taka była Pana intencja?

    Podobnie jak Józef Mackiewicz (z zachowaniem rzecz jasna należytych proporcji) nie mam teologicznego wykształcenia, dlatego brak mi śmiałości wypowiadania się w tych kwestiach w sposób kategoryczny. Znam rzecz jasna poglądy biskupa Lefebvre’a, także poglądy reprezentantów różnorakich środowisk w jakikolwiek sposób związanych z jego spuścizna, mam za sobą lekturę kilku książek napisanych przez autorów deklarujących się jako sedewakantyści. To wszystko nie wystarcza do wyrobienia sobie klarownego poglądy na całokształt ogromnego problemu, z jakim mamy do czynienia. Dlatego pozwolę sobie zadać kolejne pytanie: czy Pana zdaniem wszystkie osoby duchowne oraz wierni, którzy nie wypowiedzieli posłuszeństwa władzy watykańskiej, stojącej za postanowieniami soborowymi, należy uznać za wyznawców religii fałszywej, antyreligii? Czy rzecz przedstawia się mniej dramatycznie? Jeżeli tak, to jak?

    I ja swoją laicką, niedoskonałą percepcją dostrzegam ogromne błędy hierarchów, o których istocie nie ma powodu rozpisywać się w tym miejscu. Czy wolno nam jednak formułować przekonanie, że ich mniej lub bardziej świadome zakusy doprowadziły do desakralizacji Kościoła, i w oczywistej konsekwencji, do jego upadku? Czy takie myślenie nie pozostaje w jawnej sprzeczności z fundamentalną prawdą o wiecznym, Boskim charakterze Kościoła Powszechnego, w znikomej tylko części przynależnego do ziemskiego porządku?

    W pełni się z Panem zgadzam, że współczesny nam Kościół przejawia silne tendencje do wywyższania człowieka, zaniedbując kult Boga. Stąd tenże Kościół, w jego aspekcie instytucjonalnym, przepełniony społeczną aktywności, wpisujący się ochoczo w nurt coraz bardziej szalonych ideologii, nie jest fundamentem wystarczająco stabilnym dla dawania odporu rewolucji. Zgadzam się również, że naprawa tego stanu rzeczy jest koniecznością.

    Przecież jednak porządek ludzki, dziś jakże rozchwiany i bliski upadku, pojawił się w ludzkiej historii na długo przed przyjściem Zbawiciela. Wolno domniemywać, że kształtował się już w erze prehistorycznej. Rozwijał się wspaniale w kolejnych tysiącleciach, stwarzając imperia i różnorodne kultury, cywilizacje. Wszystko to tworzyli ludzie-poganie, dalecy od prawdziwej wiary. A jednak robili to z dobrym skutkiem.

    Dlaczego miałoby to nie być możliwe współcześnie?

Comment

(Polski)

Order here.

Czerwoni na szóstej! Wydanie II

Wydanie zawiera fragmenty Dzienników George’a Racey’a Jordana.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.H
1946. Powieść.



Wydawnictwo Podziemne