III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Bonnie Prince i Dżyngis Chan w globalnej wiosce XXI wieku

Dżyngis Chan i wytworny syn księżniczki Sobieskiej, pretendujący do szkockiego tronu, mieli ze sobą na pewno więcej wspólnego niż wystawny przepych pałaców nad Jeziorem Genewskim ma wspólnego z życiem codziennym w Pekinie w czasach, gdy miliony wymęczone ekscesami rewolucji „kulturalnej”, długich marszów i wielkich skoków, usłyszały o zgonie nieśmiertelnego wodza niezrównanej chińskiej rewolucji, przewodniczącego Mao Tse-tunga.  A mimo to, ten drugi związek jest bardziej intelektualnie płodny i bardziej – realny.  Wprawdzie jedzenie nie było oficjalnie zaliczone do „czterech starych rzeczy”, zwalczanych przez rewolucję kulturalną, jednak tylko wielki Mao mógł być opasły w komunistycznych Chinach.  Na rok przed śmiercią, wódz łaskawie zezwolił Dengowi na zniszczenie „gangu pani Mao” – ale dopiero po swoim własnym zejściu ze sceny – po czym odsunął go od siebie.  Gdy w lipcu 1976 potężne trzęsienie ziemi spustoszyło Tangshan, umierający przywódca odmówił przyjęcia pomocy z Zachodu (w rezultacie czego zmarły setki tysięcy spośród tych, co uniknęli śmierci od wstrząsu), po czym rozkazał ekipom ratowniczym „potępić Denga wśród ruin”.  Do swego następcy, Hua Guo-fenga, miał powiedzieć z typową megalomanią egotyka, że spodziewa się wrzenia i politycznych wstrząsów po swojej śmierci: „nadejdą krwawe deszcze i wichury cuchnące krwią”. [1]

Czy Mao miał tyle zdrowego rozsądku, by wiedzieć, że tylko ktoś postrzegany jako jego przeciwnik, może poprowadzić dalej jego dzieło?  Nie zamierzam się zajmować bolszewicką dintojrą, jaka nieuchronnie nastąpić musiała po zgonie największego zbrodniarza stulecia.  Hua rozprawił się z bandą czworga, po czym potulnie oddał władzę ludziom Deng Hsiao-pinga.  Czy była to „gra skrzydłowymi”, na długo przed Ligaczowem i Jelcynem wobec Gorbaczowa?  Może.

Bonnie Prince Charlie miał prawowite roszczenia do tronu Szkotów i do sukcesji angielskiej, i był nawet gotów porzucić wiarę katolicką dla osiągnięcia celu.  Nie obce mu były knowania i podchody w celu zdobycia władzy, był obojętny na ilość ofiar poniesionych w walce z Anglią.  W porównaniu do Dżyngis Chana, był zaiste typowym, choć pretensjonalnym, przedstawicielem oświeceniowego barbarzyństwa.  Dżyngis, owszem, mordował i plądrował, miał wiele żon i nie patyczkował się z wrogami, ale udzielał przywilejów chrześcijanom i muzułmanom, radził się buddyjskich mnichów i mędrców taoizmu.  A jednak obstaję przy swoim, że te dwie historyczne postacie oddzielone o pół tysiąclecia, bliższe są sobie wzajem niż genewscy sowieciarze i ludzie Denga w zagłodzonym Pekinie początku lat 80.  Pomimo to, coś łączy Timczenkę i Guczkowa z maoistami.

30 lat maoizmu stworzyło państwo, które tylko z wielkim trudem potrafiło wyżywić swą ludność na poziomie nędzarskiego przetrwania.  W roku 1978 ogromna ludność Chin produkowała zaledwie 1,5% światowej produkcji brutto (GDP).  Nie wolno polegać na chrlowskich danych, ale wedle niepewnych szacunków zachodnich, chrlowska gospodarka była wówczas warta $150 miliardów, gdy gospodarka Stanów Zjednoczonych – 2,6 biliona dolarów.  Przeliczona na głowę mieszkańca, różnica była jeszcze bardziej szokująca: odpowiednio 150 i 10.500 dolarów na łebka (wg innych źródeł ponad $30 tysięcy, a gospodarka amerykańska była na kolanach pod koniec lat 70.). [2] Chrlowska ekonomia była zapewne w gorszym stanie po śmierci Mao niż w roku 1949.  Gdy zachodni liberałowie załamywali ręce nad polityką „rodziny z jednym dzieckiem”, w chrlu – jeszcze w latach 90.! – były setki tysięcy rodzin z jedną parą spodni: całe rodziny nosiły jedną parę spodni na zmianę, bo nie można było marzyć o nabyciu ani spodni, ani nawet materiału na spodnie. [3]

Chrlowskim odpowiednikiem prlowskiego „czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy” była „żelazna miska ryżu”.  Kajdaniarski i łachmaniarski komunizm chiński dawał każdemu prawo do głodowej racji w postaci pełnego zatrudnienia.  Ale w 1978 roku ponad 70% ludności żyło z roli, tzn. było oficjalnie zatrudnionych przy produkcji żywności (w większości ryżu) – nie w przetwórniach żywności, bo to byłaby wg komunistycznych statystyk „klasa robotnicza”, ale w „komunach ludowych” czyli maoistowskich super-kołchozach.  W tych samych czasach 3% Amerykanów pracowało na roli.  Kiedy Deng wystąpił ze swoim planem „reform rynkowych”, to jedną z pierwszych ofiar tych przemian była „żelazna miska ryżu” – partii nie było stać na „czy się stoi, czy się leży”.  Nie było wówczas jeszcze mowy o „rynku”, w zamian Deng mówił o „eliminacji chaosu i powrocie do normalności”, co brano naiwnie za próbę „de-maoizacji”.  Nieprawdopodobna liczba 30 milionów ludzi, utraciła pracę w latach 80. (wg oficjalnych statystyk).  Państwo było jedynym pracodawcą i państwo postanowiło, że nie może zatrudnić wszystkich, nastąpiły więc masowe zwolnienia z państwowych firm.  Niewiele wiadomo o sytuacji w chrlu w owych czasach.  Ogromne połacie kraju były całkowicie zamknięte dla obcokrajowców, krążyły więc tylko pogłoski o niezadowoleniu, o strajkach, o głodzie na wsi, o brutalnym tłumieniu zamieszek.  Wszystko to nie miało wszakże żadnego wpływu na rosnącą popularność Denga na Zachodzie: magazyn Time ogłosił go Człowiekiem Roku dwukrotnie: w 1978 i 1985 roku.

Gwałtowna industrializacja ściągała ludzi do miast obietnicą zatrudnienia, ale efektem było rosnące bezrobocie.  W 86 roku fala demonstracji studenckich dosięgła Pekinu i Szanghaju.  Deng odpowiedział tezą o chińskiej drodze do socjalizmu („socjalizm o chińskiej specyfice”).  „Krwawe deszcze” przepowiedziane przez Mao, narastały, aż osiągnęły swe apogeum w rozruchach roku 1989.

Dylemat Denga

Wydaje się, że wydarzenia w prlu w 1989 były ściśle skoordynowane z kgb i nie inaczej było we wszystkich demoludach, jak wykazał Andrzej Dajewski.  Czy należy jednak rozciągnąć hipotezę o koordynacji także na chrl?

Jasno postawionym celem prowokacji pt. upadek komunizmu, było zaprzęgnięcie zasad rynkowych – konkurencji, bezustannego dążenia do zwiększonej wydajności, do obniżenia kosztów przy podnoszeniu jakości (wszystko klasyczne cechy tzw. gospodarki kapitalistycznej czyli po prostu normalnej gospodarki bez socjalistycznych naleciałości), przy jednoczesnym podnoszeniu jakości życia i poprawy osobistego losu obywateli – zaprzęgnięcie tych zasad do rydwanu partii komunistycznej.  Chrlowska kompartia, przynajmniej od czasów Deng Hsiao-pinga (tzn. od lat 1978-79), miała dokładnie te same cele, sformułowane w ten sam sposób, często nawet w tych samych słowach: zastosować zasady rynkowe dla naszych celów.  Ale pośród celów Denga było także zapobieżenie potencjalnym rozruchom – nazwijmy to po imieniu: uniemożliwienie krwawej antykomunistycznej kontrrewolucji – o czym Andropow i jego ludzie, raczej nie mówili.  Poziom życia w chrlu był tak niezwykle niski w latach 80, że życie w wygłodzonym prlu lub nawet w sowietach, wydałoby się Chińczykom nieosiągalnym rajem.  Pamiętać jednak należy, że Deng (wraz z całą chrlowską wierchuszką) był dobrze wyuczony w klasycznym marksizmie-leninizmie, znał więc doskonale teorię „sytuacji rewolucyjnej” Lenina, jako podstawowego prawa rewolucji.

Ojciec bolszewizmu, w typowy dla siebie, dosadny sposób, wyróżnił dwa elementy sytuacji rewolucyjnej: „doły nie mogą żyć po staremu”, a „góra nie może rządzić po staremu”.  Oba są warunkami koniecznymi, ale nie wystarczającymi do rewolucyjnego wybuchu.  Dopiero zaistnienie obu tych elementów wywołać może „zwiększenie aktywności mas”, które z kolei spowodować może rewolucję (stąd dezyderat agitacji wśród mas).  Nie zamierzam poddawać krytyce tego bełkotu, interesuje mnie bowiem wyłącznie, zastosowanie tych zasad przez samych komunistów, nie dla zdobycia władzy, ale dla jej utrzymania.  W każdym bez wyjątku kraju, który popadł w nieszczęście komunizmu, jedną z podstawowych metod utrzymania władzy jest dla bolszewików uniknięcie sytuacji rewolucyjnej.

W oczach Denga, kierownictwo chrlowskiej kompartii, czyli „góra”, nie mogło dalej rządzić po staremu, to znaczy wedle zasad maoizmu.  Polityka Mao była tak zdyskredytowana, że Dengowi udało się nawet przeprowadzić częściowe potępienie wielkiego wodza („eliminacja chaosu”).  „Doły” tymczasem, żyły w tak nieopisanej nędzy, że również nie mogły żyć dalej po staremu, bo nie miały absolutnie nic do stracenia.  Post-maoistowska „liberalizacja” doprowadziła do zwiększenia aktywności mas, a więc powstało coś na kształt leninowskiej sytuacji rewolucyjnej.  Rzecz jasna, „przebudzenie mas” po trzydziestu latach władzy Mao, to nie jest fraszka, więc zajęło to mniej więcej całą dekadę lat 80., co wiedzie nas do 4 czerwca 1989.

Wielu zauważyło brak konsekwencji w leninowskim opisie sytuacji rewolucyjnej.  W nieopisanej nędzy, głodzie i strachu komunizmu, „doły” nie mogą dalej tak żyć, ale nie widzą żadnej szansy na zrzucenie jarzma tyranii.  Dopiero poprawa bytu przynosi myśl o buncie (a nie mityczna „aktywność mas”).  Historia komunizmu usiana jest przykładami tego fenomenu.  Nie było buntów za Stalina czy podczas ekscesów rewolucji kulturalnej w chrlu, nie było ich w Kambodży Pol Pota ani w Korei Kimów, ale bunt wybuchł spontanicznie w 1953 roku w Berlinie, gdy próbowano „zliberalizować system”.

Sowieciarze mieli wiele powodów, by przygotowywać się do buntu: oprócz Berlina były krwawe zajścia poznańskie w 56 roku i rewolucja węgierska, toteż z czasem stali się coraz lepsi w dyrygowaniu wybuchów, w tworzeniu koncesjonowanej opozycji, która w razie autentycznej rewolucji działać by mogła jako wentyl bezpieczeństwa.  Takim wentylem mogli być dobrzy, starzy komuniści wewnątrz partii, jak Nagy, Gomułka czy Dubczek, lub na zewnątrz, jak Kuroń, Sacharow i wielu, wielu innych.  Z doświadczeniem wydarzeń od roku 1956 do 1980, komuniści mogli zdobyć się na prowokację „upadku komunizmu”, mieli bowiem pewność, że potrafią pokierować liberalizacją w taki sposób, by potoczyła się w pożądanym kierunku.  Ale co miał zrobić Deng?

Miał ten sam plan – czy raczej to samo zadanie: wprowadzić elementy gospodarki rynkowej, by móc postawić swą władzę na silniejszych fundamentach – ale po wieloletniej dewastacji maoizmu nie miał nawet śladowej „opozycji”, nie mógł więc sensownie udawać, że komunizm upadł, i obserwować z boku, jak chrlowski odpowiednik paczki Mazowiecki-Michnik-Wałęsa przejmuje władzę nad miliardem wygłodzonych, zdesperowanych i gotowych na wszystko kulisów.

W maju 1989 Gorbaczow spotkał się z Dengiem w Pekinie na tle strajków głodowych, demonstracji i protestów w całym kraju.  Spotkanie miało być sygnałem zakończenia tzw. rozłamu chińsko-sowieckiego.  Stanowisko zajęte przez Józefa Mackiewicza przed 60 laty wobec rzekomych kłótni Mao z Chruszczowem, wydaje mi się słuszne, podobnie jak opinia Anatolija Golicyna – rozłam był prowokacją.  W jakim celu spotykali się w 89 roku, wśród wrzenia w Europie Wschodniej i Chinach?  Jedno jest pewne, oficjalny komunikat milczy na temat „upadku komunizmu”.  Hipoteza koordynacji działań pozostać musi hipotezą.

Dwa tygodnie po wyjeździe Gorbaczowa z Pekinu, wprowadzono w życie decyzję ustanowienia stanu wojennego, stłumienia protestów w całym kraju i zbrojnego ataku na demonstrantów zebranych na placu Tiananmen, który ze złowrogą ironią tłumaczy się ponoć jako Brama do Niebiańskiego Spokoju.  Trzydzieści jeden dywizji z jedenastu armii, plus brygady zmotoryzowane, desantowe i brygady artylerii – łącznie do 350 tysięcy żołnierzy – otoczyło Pekin i ruszyło na Plac.  Nikt nie wie, ilu uczestników rozruchów zginęło, a ilu aresztowano.  Nikt nie zna do dziś nazwiska samotnego demonstranta, blokującego drogę czołgu.

Tego samego dnia, w prlu odbyły się „35 procentowe wybory” i niektórzy do dziś nazywają to upadkiem komunizmu.

Dwie marchewki

Ile razy słyszałem protesty, że „to nie są komuniści!”, kiedy mowa była o chrlu?  Przez całe lata 90. i w pierwszej dekadzie tego wieku, próbowałem nieśmiało i bezskutecznie wykazać tym nielicznym, którzy chcieli słuchać, że kompartia całkowicie kontroluje chrlowski „kapitalizm”, a tym samym, to nie może być żaden kapitalizm; że nie ma zasadniczej sprzeczności między tego rodzaju „kapitalizmem” zarządzanym przez politbiuro a marksistowską ortodoksją.  Mówiono mi w odpowiedzi, że „nie od razu Kraków zbudowano”… że wolność gospodarki wyrwie kontrolę z rąk komunistycznych aparatczyków… że dobrobyt spowoduje pragnienie demokracji… że wolność konkurencji w dziedzinie gospodarczej doprowadzi niechybnie do stworzenia wolnych instytucji…  a to wszystko dlatego, że motyw zysku jest najpewniejszym gwarantem porzucenia jałowej ideologii…  Tyle mówiono mi prosto w oczy, a za moimi plecami najpewniej pukano się w głowę.

W rzeczywistości jedyną ideologią chińskich komunistów, jak zresztą wszystkich komunistów, jak ziemia długa i szeroka, jest władza.  Centralne zarządzanie gospodarką nie jest, i nie było nigdy, dogmatem, jest wyłącznie kwestią pragmatyzmu: jak najlepiej utrzymać kontrolę.  Od czasów Denga, komuniści zdawali sobie doskonale sprawę z potencjalnych zalet argumentu zysku i używali go z całą świadomością w negocjacjach z Zachodem.  Używali zysku jako marchewki, wymachując nią przed nosem zachodnim korporacjom i rządom.  Przede wszystkim pod postacią potencjalnych zysków z wejścia na niewyobrażalnie wielki rynek złożony z przeszło miliarda ludzi, którym nieznane są pokusy konsumeryzmu.  Ale także w formie zysków płynących z użycia taniej siły roboczej, tzn. politbiuro sprzedawało kapitalistom chińskich kulisów.  Te dwie marchewki zysku wystarczyły zupełnie, by zachodni biznesmeni naciskali na swe rządy w celu ułatwienia handlu z „Chinami”.  Przez krótki czas, Kongres amerykański nalegał na „łączenie liberalizacji handlu z prawami człowieka”, ale prędko porzucono takie mrzonki.

Politbiuro kontrolowało bez reszty dostęp do wewnętrznego rynku chrlowskiego, więc z łatwością umożliwiło działanie w Chinach tylko takim firmom, które godziły się udzielić głośnego poparcia ich strategicznym celom.  Związek między dostępem i propagandowym wsparciem był głoszony szeroko i bez ogródek, nie w zakulisowych rozmowach lub pokątnych szeptach, ale zupełnie jasno: chcecie działać w Chinach, chcecie budować fabryki i zatrudniać naszych kulisów, to musicie skakać do naszej melodii.

Użyto w tym celu starej bolszewickiej taktyki z lat 20. i 30.: uruchomiono agentów wpływu wśród byłych – zwłaszcza byłych, ale nie tylko – polityków amerykańskich (podobnie postąpiono w innych krajach Zachodu).  Prym w akcji wiódł Henry Kissinger, który zachował znakomite stosunki z chrlowską wierchuszką z czasów ping-pongowej dyplomacji z początku lat 70.  Czyżby i wówczas była mowa o „upadku komunizmu”?  Gdy na ulicach chińskich miast bito kobiety, które ośmieliły się ufryzować włosy, mordowano i zsyłano do obozów bez powodu i zniszczono materialne przejawy antycznej chińskiej kultury w potwornościach „rewolucji kulturalnej”, Kissinger i Nixon utrzymywali, że komuniści nie są tacy źli, że można z nimi robić interesy.  Dopiero po 20 latach ci sami ludzie zmienili melodię i poczęli śpiewać, że ci sami komuniści w ogóle nie są już komunistami.

O dziwo, wiele było oporu na Zachodzie przeciw zaangażowaniu w wymianę handlową z chrlem.  Opór w Ameryce jednoczył konserwatystów i związkowców, piewców praw człowieka i zielonych.  Masakra na placu Niebiańskiego Spokoju była nadal świeżo w pamięci, więc wysuwano racjonalny argument: dlaczego rząd amerykański izoluje Kubę i Wenezuelę, słusznie wskazując na komunistyczne zagrożenie z ich strony, a jednocześnie pragnie otwartego zaangażowania z komunistycznymi Chinami?  Konserwatyści wysuwali argument strategiczny: handel z chrlem da im dostęp do zachodniej technologii i zasad produkcji, a tym samym zezwoli im na podniesienie ich gospodarki i stworzy co najmniej rywala, a być może wrogą potęgę.  Związkowcy obawiali się konkurencji ze strony taniej siły roboczej, zieloni straszyli zagrożeniem dla naturalnego środowiska, a Amnesty International nie podobały się warunki pracy w chińskich fabrykach i nadużycia praw człowieka.  Ale zysk był atutem, który przebijał każdą kartę.

W 2001 roku chrl przystąpiła do Światowej Organizacji Handlu (WTO), o co kompartia walczyła od 20 lat, i tak, komunistyczny, totalitarny reżym, odpowiedzialny za śmierć milionów ludzkich istnień, za prześladowania na skalę bez porównania większą niż zbrodnie Stalina i Hitlera, dopuszczony został do organizacji, której jedynym celem jest nadzór i regulacja światowego handlu.

Teoretycznie, efektem powinno być otwarcie chińskiej gospodarki na normalną konkurencję, co z kolei winno było oznaczać napływ tanich dóbr konsumpcyjnych i wyparcie niewydajnych firm państwowych, złamanie monopolu państwa i centralnej kontroli.  Jedynym raison d’être WTO jest „granie według zasad”, toteż naturalna entropia – poprzez naturalny mechanizm wzrostu cen i płac oraz wartości waluty eksportera – miała zamknąć deficyt handlowy i wprowadzić praworządność do komunistycznego raju.  Bill Clinton wyraził nadzieje całego świata, gdy powiedział, że wstąpienie Chin do WTO to jest „droga jednokierunkowa”.  Okazało się, że miał rację.  Droga była rzeczywiście jednokierunkowa, ale ruch szedł w przeciwnym kierunku do oczekiwanego.  W ciągu sześciu lat chrl stał się największym producentem na świecie i największym eksporterem na globie.  I co na to Zachód?

Co to jest Zachód?

Miejsce tu na dłuższą dygresję.  Używam tego określenia od początku cyklu, ale przecież nie jest ono samo przez się zrozumiałe.  Zostawmy schizmę kościelną i brytyjskie imperium, z których tradycji wywodzą się podstawowe pojęcia Wschodu i Zachodu oraz ich rzekomo immanentna opozycja.  Zimna wojna nałożyła na te mgliste koncepcje ostry ideologiczny podział: Zachód oznaczał Amerykę Północną i Europę Zachodnią jako ideowych przeciwników komunizmu, ale ten podział został zatarty w procesie rozlicznych odwilży, koegzystencji, odprężeń i konwergencji, przeplatanych spotkaniami na szczycie i powolną ewolucją Zachodu.  Prowokacja upadku komunizmu rozmazała granice jeszcze bardziej, co bez wątpienia było jednym z jej celów.

Komuniści próbowali przez dziesiątki lat przedstawić podział w terminach gospodarczych: bogaty Zachód przeciw biednemu Wschodowi.  Nie miało to oczywiście sensu, ale było skuteczne.  Argentyna była jednym z najbogatszych krajów na świecie przed wojną, a Wenezuela i Liban po wojnie i w pewnym sensie „należały wówczas do Zachodu”.  Jak jednak zdefiniować bogaty Zachód, gdy setki miliarderów mieszkają w Chinach, Indiach i w sowietach.

W Ameryce próbowano kiedyś kłaść nacisk na gospodarkę giełdową, co ograniczało wówczas ramy Zachodu do krajów anglosaskich z dodatkiem Japonii, gdyż płynna wymiana udziałów giełdowych nie leży z pewnością w sercu modelu ekonomicznego Niemiec lub Włoch i Francji.

Wejście demoludów do niuni europejskiej i do NATO jeszcze bardziej zagmatwało obraz.  Nato nie może niestety być traktowane poważnie i to nie tylko odkąd zaliczono Albanię w poczet członków sojuszu atlantyckiego.  Ważniejsze, że przytłaczająca większość członków organizacji oszczędza na obronie, wydając mniej niż 2% narodowego produktu brutto na wojsko.  Brukselski sownarkom jest organizacją tak skrajnie lewicową, że trudno postawić ją – jako taką – po stronie przeciwnej do sowieciarzy.  A zatem nawet jeżeli niektórzy członkowie niuni z pewnością należą do Zachodu, to w całości organizacja ta reprezentuje interesy przeciwne.

Pozostaje nam więc dość arbitralny wybór, pozbawiony jasno określonych kryteriów, który sprowadzałby się mniej więcej do tak mglistych probierzy, jak kogo naprawdę pragną podminować Putin i Xi?  Przecież nie występują przeciw członkowi Nato, Albanii.  Kogo chcą wciągnąć w swą orbitę, do swojej strefy wpływów?  Albanię nie, ale Turcję, owszem.  Czy muszą trudzić się w celu osłabienia Hiszpanii?  Raczej nie.  Ale Japonia, Korea czy Australia są przedmiotem ich działań.  Czy przeszkadzają im nacjonaliści Orbana na Węgrzech?  Nie sądzę.  Ale podkopanie Zjednoczonego Królestwa czy ruina Stanów Zjednoczonych w wyborczej farsie rozegranej na tle zabijanych deskami okien wystawowych i płonących aut, to jest im na rękę i ku temu aktywnie zmierzają.

W takim razie, wychodziłoby na to, że „Zachód”, to są te wszystkie siły, które jeszcze w jakikolwiek sposób opierają się postępom uniwersalnej sowietyzacji całego globu albo kraje, gdzie takie siły nadal istnieją.  I jest całkowicie obojętne, gdzie są położone geograficznie.

A Zachód pewnie jest tam,
Gdzie słońce zachodzi nam,
Uciekinierom zza więziennych bram.

________

  1. Przedśmiertne wyznania Mao zaczerpnąłem z książki: Jung Chang, Jon Halliday, Mao, The Unknown Story, Londyn 2003.
  2. Dla porównania, dzisiejszy prl ma nominalny dochód per capita ponad 15 tysięcy dolarów, a Irlandia $79 tysięcy. Historyczne porównania są trudne ze względu na ilość zmiennych, zwłaszcza płynne wymiany walutowe i ogromne różnice w parytecie siły nabywczej walut. W każdym razie, $150 miliardów jako wielkość chrlowskiej „gospodarki” po 30 latach eksperymentów Mao, wydaje mi się sumą komicznie zawyżoną.
  3. Większość danych statystycznych i wiele anegdotycznych przykładów pochodzi z książki: Stewart Pattinson, China, Trade and Power, Why the West’s Economic Engagement has Failed, Londyn 2018.


Prześlij znajomemu

16 Komentarz(e/y) do “Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część X”

  1. 1 Jacek

    Panie Michale,

    Przede wszystkim chcę pogratulować Panu doskonałego cyklu. Czytam“Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu” z wielkim zainteresowaniem i polecam znajomym.

    Ten konkretny odcinek wydaje mi się bodaj najważniejszy w rozważaniach na temat postrzegania współczesnego komunizmu przez niekomunstów. Status ChRL jest źródłem tak wielu nieporozumień i błędnych diagnoz stawianych przez ludzi, którzy wydają się być bystrymi obserwatorami, że problem wymaga głębszej analizy. Z resztą samo powstanie tego marksistowskiego potwora jest fascynującym zagadnieniem. Marsz do władzy Mao był z niepojętych przyczyn lekceważony przez amerykańskie elity. Pal diabli administrację Roosevelta i jego komunistycznych pomagierów, ale przecież za Trumana, kiedy już nawet dla amerykańskich bystrzaków w Białym Domu stało się jasne, że Stalin w Jałcie ich ograł i dalsze respektowanie tych umów, to czysta głupota, USA nadal bezrozumnie wspierały chińskich komunistów w ich marszu po władzę. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że w odróżnieniu od Europy Wschodniej, gdzie sowieci przejęli całkowitą kontrolę, Chiny do 1948 – 49 roku ciągle były do uratowania. Gwóźdź do trumny wbił dopiero George Marshall wymuszając na Kuomintangu wstrzymanie działań wojennych przeciwko komunistom. Sam chyba nie był zwolennikiem czerwonych, myślę, że jego działania były efektem zwykłej, pospolitej politycznej głupoty.

    Otwarcie Nixona na Chiny było manewrem chyba z tej samej kategorii. Za nawową Kissingera zrobił dokładnie to, przed czym ostrzegał Golicyn.

    A dziś głosy ludzi uchodzących za ekspertów, że w Chinach komunizm się już dawno skończył są tylko kontynuacją pewnej tendencji do myślenia życzeniowego i zamykania oczu w obliczu oczywistego zagrożenia.

  2. 2 amalryk

    „Historia komunizmu usiana jest przykładami tego fenomenu. Nie było buntów za Stalina czy podczas ekscesów rewolucji kulturalnej w chrlu, nie było ich w Kambodży Pol Pota ani w Korei Kimów, ale bunt wybuchł spontanicznie w 1953 roku w Berlinie, gdy próbowano „zliberalizować system”.”

    Stara to prawda:
    „…Francuzom ich położenie wydawało się tym nieznośniejsze, im bardziej się poprawiało. Może się to wydać dziwne; ale w historii pełno jest takich zjawisk. Rewolucja nie zawsze wybucha wtedy, kiedy tym, którym było źle, zaczyna być jeszcze gorzej. Najczęściej dzieje się tak, że lud, który bez skargi, jakby obojętnie, znosił najuciążliwsze prawa — odrzuca je gwałtownie, kiedy ciężar ich nieco zelżeje.” Alexis de Tocqueville,” Dawny ustrój i rewolucja”

    Skoro wiedzieliśmy to my, ludzie obojętni na „uroki władzy”, to trudno sądzić aby ten fenomen umknął spostrzegawczości bolszewickim hienom, dla których władza jest jedyną raison d’état tych ich tworów per analogiam wielkodusznie przez niektórych nazywanych państwami…

    Chwilami miewam wrażenie, że żyję w jakimś szpitalu wariatów, gdy nawet ci co biegają tu za tzw. prawicowych publicystów, twierdzą wszem i wobec, że… w Chinach nie ma komunizmu, bo tam mają najwięcej milionerów! A krwawego komunistycznego politruka i partyjnego aparatczyka Denga kreują nieomal na konfucjańskiego mędrca i męża stanu! Jakby te miliony trupów , będące owocem ich obłędnej żądzy władzy, ta istna rzez niewiniątek, będąca efektem „polityki jednego dziecka” (dzięki czemu chińscy towarzysze wychodowali sobie pokolenie, w którym proporcje kobiet do mężczyzn mają się jak 120/100!) to nic , ot tak jak psu w dupę!

    Tak , rzeczywiście, mamy piękny upadek komunizmu!

  3. 3 michał

    Drogi Panie Jacku,

    Dziękuję za miłe słowa i za polecenia. Cykl rodzi się w bólach, ale co robić? Bolesna jest rzeczywistość, w której niektórzy nazywają toto „upadkiem komunizmu”.

    Chrl jest oczywiście niezwykle ważny dla istoty tych rozważań. Czy widział Pan niedawny artykuł Jaszczura na ten temat? http://jaszczur09.blogspot.com/ Ach! Widział Pan. Dopiero teraz zauważyłem Pański komentarz pod jego tekstem. Podobnie jak Pan, nie widzę żadnych dowodów na to, że zaraza była celowo rozprzestrzeniona przez komunistów chińskich, ale wydaje mi się to drugorzędne wobec oczywistych korzyści, jakie z zarazy wynieśli i wyniosą dalej.

    Groźba chrlu nie wydaje mi się ograniczać do zagrożenia militarnego. Doprawdy, mogę zrozumieć, dlaczego JRN nie chce dostrzec, że Ameryka nie zostanie zaatakowana, skoro można ją brać gołymi rękami Amerykanów. Ale żeby Jaszczur tego nie widział?

    Wracając do Pańskich uwag powyżej, Amerykanie nigdy nie dostrzegali zagrożenia komunistycznego; z bardzo nielicznymi wyjątkami, mieli raczej „sympatię dla eksperymentu podobnego do wielkiego eksperymentu Ojców Amerykańskiej Demokracji”. Ograniczmy się tylko do chrlu: wrogowie Japonii wydawali się im przyjaciółmi Ameryki, stąd zaślepiona „sympatia” dla Cziang Kaj-sheka i dla Mao. Nie wińmy ich, bo wedle tego samego wzoru witano w Polsce krasnoarmiejców jako wyzwolicieli. Truman oczywiście nie był antykomunistą, ani żaden prezydent aż do czasu Reagana, ale agresja w Korei przebudziła go z drzemki. Polityczna głupota zawsze wiele tłumaczy. Proszę jednak pamiętać, że Kuomintang nie różnił się wiele od komunistów. Cziang miał bliskie i dobre stosunki z sowieciarzami i przez wiele lat Stalin zdawał się faworyzować Kuomintang ponad kompartię chińską.

    Posunięcie Nixona i Kissingera wydaje mi się być triumfem wieloletniej prowokacji sino-sowieckiego rozłamu. Owszem, winić trzeba ich, ale w końcu, nie oni jedni się nabrali.

    Dzisiejsze czasy są interesujące. Nigdy dotąd nie słyszałem tylu głosów w mediach, podkreślających, że to politbiuro jest u władzy, że to jest KOMUNISTYCZNY kraj. Byłem rok temu na spotkaniu z profesorem Frankiem Dikoterem, który wyśmiewał – dosłownie: wyśmiewał – tych wszystkich, którzy twierdzą, że w postępowaniu chrlu na arenie międzynarodowej jest coś „typowo wschodniego”. „To nie ma nic wspólnego z historią Chin, z taoizmem czy Konfucjuszem – wołał profesor – to jest czysty marksizm-leninizm!” Dikotter pozostaje jednak w Hong Kongu, więc prędzej czy później zamkną mu usta.

    Pomimo tych głosów, sądzę, że zwycięży pogląd, że „nie jest tak źle”, że musimy próbować się dogadać z Chinami, bo tak są potężne. Albo – i to właściwie bardziej prawdopodobne – zwycięży przekonanie, że globalne ocipienie jest większą groźbą dla świata niż Putin i Xi razem wzięci.

    W postaci ocipienia – rzeczywiście jest.

  4. 4 michał

    Ach, Panie Amalryku! Jakże miło od Pana usłyszeć!

    Cytat z de Tocqueville’a znakomity. Wyznaję ze wstydem, że nigdy nie czytałem wielkiego krytyka demokracji. Właściwie, nie ma co wyznawać, a zabrać się do naprawy błędów młodości.

    Czy nie sądzi Pan, że jest jednak dziwne, że nikt – o ile mi wiadomo, nikt, ale jest faktem, że nie śledzę wewnątrz marksistowskich debat – nie dodał tego warunku do opisu sytuacji rewolucyjnej u wielkiego Ilicza? Słusznie Pan mówi, że skoro my to wiemy, to wiedzą i oni. Wiedział Deng i od tego miał „faszystowskie bandy Li Penga”, jak pięknie nazwał żołnierzy ludowej armii Michnik (o ile pamiętam!), żeby stłumić rozruchy wśród tych, którym było lepiej pod jego rządami niż za Mao.

    Tak jest: dawniej mieli miliony trupów, a teraz będą niebawem mieli milion milionerów – i to niektórzy nazywają upadkiem komunizmu. Przecież lepsi są milionerzy niż miliony zagłodzonych, więc o co chodzi?

  5. 5 Jacek

    Panie Michale,

    Tak, Amerykanie, ale i chyba cały ówczesny zachodni świat zupełnie nie rozpoznał zagrożenia komunistycznego. Ani bolszewickiego, ani chińskiego. Staram się zrozumieć mechanizmy, które tę postawę ukształtowały. Zwłaszcza Chiny są tu interesujące, bo przecież, mimo wszystkich meandrów i wolt politycznych to przecież Cziang był naturalnym sojusznikiem Amerykanów. Nieliczni zdawali sobie z tego sprawę, ale większość wysokich dygnitarzy wykazywało niewiarygodną ignorancję. Na przestrzeni 1948 i 1949 roku Biały Dom dopuścił się hańbiącej zdrady swojego największego sojusznika w Azji. W zasadzie cały dzisiejszy pasztet, który, (jakkolwiek go interpretują) Stany mają z ChRL sami wywołali. Niestrzelanie do komunistów zawsze się w końcu mści.

    A dziś poglądy Dikkotera, którego Pan przywołał, są jednak w mniejszości. Większość komentatorów i polityków opowiada bajki o chińskim kapitalizmie i gospodarce wolnorynkowej. Dobrym przykładem jest tu Jacek Bartosiak, który jako specjalista od geopolityki namawia do robienia interesów z Chinami i balansowania pomiędzy USA i ChRL.

  6. 6 michał

    Panie Jacku,

    Proszę wybaczyć, jeżeli stworzyłem niechcący wrażenie, że poglady takie jak Dikottera mogą być w większości. Nie mogą. Nigdy nie były i nie będą. Ale też „poglądy większości” są oksymoronem. Większość nie ma poglądów, oprócz tych, które powtarza, a zatem poglądy większości można spokojnie uznać za nieistniejące i pozbawione znaczenia.

    Kiedy napisałem, że słyszę ostatnio głosy, że mamy do czynienia z komunistycznymi Chinami, to chciałem tylko zwrócić uwagę, że nie było takich głosów w latach 90. i później. A teraz, ku memu zdziwieniu, się pojawiły. Nie wyciągałbym z tego wszakże żadnych wniosków.

    Cziang był nacjonalistą. Jego ideologia była bardzo bliska komunizmowi. Wydawał mi się zawsze konkurentem Mao raczej niż wrogiem. Oczywiście dociekanie mechanizmów, które ukształtowały takie postawy wobec komunizmu, których owoce dziś zbieramy, jest chwalebnym zadaniem.

    Pierwszym i najważniejszym mechanizmem wydaje mi się owa naturalna sympatia Ameryki do każdej rewolucji. Ich własna propaganda przedstawia rewolucję amerykańską jako bunt przeciwko „staremu światu”, imperializmowi, skostniałym strukturom, monarchii, arystokracji itp., gdy w rzeczywistości głównym powodem buntu było nastawanie Korony Brytyjskiej na powściągnięcie zapędów ludobójczych kolonistów wobec autochtonów. Wielka Brytania nie uprawiała nigdy polityki wymordowania tubylców w koloniach, ale ich koloniści tak postępowali i wszędzie musieli być siłą powstrzymywani przez Londyn. Amerykańscy koloniści mieli tego dość i się wyemancypowali, po czym skutecznie wyeliminowali tubylców. A dziś przedstawiają historię, jak gdyby było odwrotnie. Mniejsza. Ważne, że zawsze popierali odtąd ruchy rewolucyjne przeciw ancien regime’om.

    Drugim elementem wydaje mi się odziedziczona po Brytyjczykach insularność. Amerykanie są mało zainteresowani światem i czują się od reszty świata lepsi. Co ich w końcu obchodzi, co się dzieje w jakichś Chinach? A far away country of which we know nothing – powiedział Chamberlain o Czechach, choć nigdy nie powiedziałby tego o Australii. To samo mógł był powiedzieć każdy prezydent amerykański w XX wieku.

    A jak Pan sądzi? Co powoduje tę ślepotę na zagrożenie komunistyczne?

  7. 7 Jacek

    Panie Michale,

    To fascynujące, co Pan pisze. Nigdy tak na to nie patrzyłem.

    Ale zacznijmy od Czianga. No, owszem, był nacjonalistą, z wszystkimi wadami tej ideologii. Ale ostatecznie, nie dał się wchłonąć komunistom. Pozostał w opozycji do nich. Mniejsza z tym, jakie kierowały nim pobudki. Pewnie niepoślednią rolę odegrała osobista nienawiść do Mao. Dla mnie najciekawsze jest to, jak na rozwój sytuacji w Chinach reagowali Amerykanie. W czasie wojny z Japonią priorytety Waszyngtonu były rozpisane jednoznacznie. I osobistości, które wysyłano do Chin miały te priorytety realizować. Karykaturą tej polityki był nieszczęsny generał Stilwell, który zupełnie pogubił się na poziomie strategii, czy może nawet taktyki militarnej, więc darujmy mu indolencję polityczną. Zagadką pozostaje Marshall, który dysponował już pełną wiedzą na temat przeciwnika i też zawiódł na całej linii.

    Natomiast amerykańskie sentymenty do rewolucji jako takiej, to temat na osobną dyskusję. Bardzo interesujące zagadnienie. Czyli sugeruje Pan, że Ameryka, jako buntownik z natury popierała (mniej lub bardziej świadomie) chińskich komunistów jako kontynuację amerykańskiego marzenia o wyrwaniu się z angielskiego jarzma? To bardzo ciekawa hipoteza. Oni wtedy faktycznie mogli to tak odbierać. Oczywiście, że z dzisiejszej perspektywy to zbrodnicza głupota, ale czy wojna nie jest komedią pomyłek?

  8. 8 michał

    Panie Jacku,

    Pan wie z pewnością więcej ode mnie na temat stosunków amerykańsko-chińskich podczas wojny. Proszę koniecznie napisać, bo dla mnie to są nowości.

    Wypowiadałem się tylko na temat fundamentalnego nastawienia amerykańskiej polityki – może lepiej byłoby powiedzieć o ich kulturowym odchyleniu – które bez wątpienia miało (i ma nadal) wpływ na ich postrzeganie sowietów i chrlu. Proszę jednak zwrócić uwagę, że gdy komunizm pojawiał się na ich progu – mam na myśli Kubę, Chile, Wenezuelę, Grenadę – to strategiczne argumenty brały górę. A zatem to nie jest zupełnie niemożliwe, żeby się opamiętali, ale pozostaje mało prawdopodobne.

  9. 9 amalryk

    Panie Michale,

    Co Pan też opowiada o jakimś powodzie do wstydu! Pan, rzadki, w dzisiejszych spsiałych czasach, przykład subtelnego erudyty obdarzonego intuicją logiczną, który większość swoich polemistów doprowadza do szewskiej pasji (…bo jak nas uczy Freud profesor, w człowieku rodzi się agresor,
    gdy mu o sobie złe mniemanie nasunie z innym porównanie, gdyż nikt nie godzi się z ochotą z tym, że jest zwykłym idiotą…)?
    A cykl rzeczywiście jest znamienity, przyłączam się do gratulacji Pana Jacka.

    Co do Ameryki, jak już to tutaj kiedyś zauważyliśmy, ona jest w całości ufundowana na miazmatach oświecenia – widać jaki z tej mąki wyrósł chleb. Ich reakcje na strategiczne zagrożenie w wypadku Kuby, Chile etc to typowa reakcja imperialna wobec niedopuszczalnej sytuacji na limotrofach bynajmniej niemotywowana ideologicznie.

  10. 10 Jacek

    Panie Michale,

    Spróbuję opisać te relacje w formie beletrystycznej. Ta metoda chyba jest mi jakoś bliższa, lepiej mi się w ten sposób ilustruje pewne zjawiska.

    Odchylenie kulturowe jest tu bardzo interesującym zagadnieniem. Oni chyba faktycznie mieli zaburzoną percepcję rzeczywistości właśnie z powodu zauroczenia własną historią. Przecież nie wszystkie idiotyzmy ówczesnej polityki amerykańskiej wobec komunistów można tłumaczyć agenturą w otoczeniu prezydenta.

  11. 11 Andrzej

    Szanowni Panowie,

    Pan Michał oraz Amalryk słusznie twierdzą, że USA to tradycja rewolucyjna, a konserwatyzm jest tam sierotą. „Wolność do wszystkiego”… „niech cały świat będzie taki ja my”… „jeśli nie chce, to obrażamy się i zamykamy się w sobie”… Wydaje mi się, że nawet Reagan był klasycznym amerykańskim rewolucjonistą i jego krótki okres antykomunizmu w istocie miał charakter rewolucyjny. Gdy sowiety rozpoczęły „rewolucyjną liberalizację”, natychmiast pozbył się swojego antykomunizmu wobec nich. A co dopiero mówić o reszcie.

    Jeśli zaś chodzi o postrzeganie chrl i o zagrożenia komunistycznego to wydaje mi się, że wynika to z „wishful thinking”, z optymizmu który zdaje się być podstawą życia w społeczeństwach wolnorynkowych (ale też zsowietyzowanych). Z przemożnej nadziei, że sprawy wyglądają lepiej niż jest naprawdę i z przemożnej chęci sukcesu (zysku), którą komuniści doskonale potrafią wykorzystać jako przynętę. Zauważmy, że dziś „zachodni” bolszewicy i probolszewicy nie są wcale biedni. Wydaje mi się, że obecnie najbardziej sprzyja bolszewizmowi „klasa średnia”, owoc kapitalizmu.

    Zdumiewa mnie to, że nawet wtedy gdy chińscy komuniści twierdzą, że są komunistami i realizują cele komunizmu, wydawałoby się rozsądni ludzie (raczej biorę za przykład mojego kolegę, który moim zdaniem potrafi myśleć samodzielnie) twierdzą, że system który maoiści stworzyli obecnie nie jest komunizmem, że jest czymś innym. Po prostu nie chcą dopuścić do siebie myśli, że komunizm dostosowuje się, że jak zauważa bardzo trafnie p. Michał, „socjalizm” czy „kapitalizm” są tylko narzędziami, a jedną rzeczą która się liczy dla bolszewików/komunistów jest władza nad światem. Zamiast tego, co najwyżej dopatrują się z ich strony nowej wojny światowej. Jakby to było jedyne zagrożenie, jedyny sposób podboju świata przez komunizm. Jakby komuniści nigdy nie stosowali innych, skuteczniejszych i bezpieczniejszych dla nich metod, czyli Metody. To mnie już nie przeraża tylko wyzwala coraz większe zniechęcenie do „działania” (to też jest efekt Metody, zdaję sobie z tego sprawę).

  12. 12 michał

    Panie Amalryku,

    Z tego wszystkiego zajrzałem do Towarzysza Szmaciaka i nie mogę się oderwać. Zwłaszcza mi się spodobało o wolności:

    Ubranko w paski, taczka, kilof
    niezwykle życie ci umilą,
    a gdy już znajdziesz się za drutem,
    opuści troska cię i smutek
    i radość w sercu twym zagości,
    żeś do Królestwa wszedł Wolności,
    gdzie wreszcie będziesz żył godziwie,
    tyrając w twórczym kolektywie.

  13. 13 michał

    Panie Jacku,

    Czekam na beletrystykę!

    Niestety wiele w amerykańskiej polityce da się wyjaśnić przez agenturę. Na pewno jednak i bez agentury. Przy okazji „Operacji Unthinkable”, odkryłem korespondencję młodego dziennikarza z konferencji w Poczdamie:

    Niejaki John F Kennedy, młody korespondent Hearsta, napisał w artykule, że „Rosja pragnie pokoju”, a także: „nie wolno pozwolić na stworzenie wrogich Rosji rządów w krajach z nią graniczących”. Zdaniem przyszłego prezydenta, sowieci „wywalczyli sobie prawo do bezpieczeństwa”, więc mają pełne prawo pakować narody ościenne za druty.

    Nie był przecież pod wpływem agentów, on tak myślał z własnej, nieprzymuszonej woli.

  14. 14 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Poruszył Pan bardzo ciekawy problem, który mnie zajmował przed laty. Na pierwszy rzut oka, konserwatyzm jest fundamentalnie przeciwny każdej gwałtownej zmianie. Burke sformułował swą koncepcję konserwatyzmu w opozycji do rewolucji. Małe, inkrementalne (czy jest takie słowo? jeżeli nie ma, to powinno być) zmiany są zawsze lepsze niż gwałtowna przemiana. Jestem konserwatystą i uważam to za słuszne.

    Ale co zrobić, kiedy u władzy jest diabeł wcielony? Czy nie należy wówczas walczyć o gwałtowne obalenie jego diabelskiej władzy? Takie było zdanie duchowego ojca konserwatyzmu, Świętego Tomasza z Akwinu. Tyrana należy obalić siłą, ale tylko wówczas, jeżeli nie zachodzi niebezpieczeństwo, że obalenie tylko pogorszy sytuację. Innymi słowy, kontrrewolucja jest niesprzeczna z zasadami konserwatyzmu.

    Może lepiej pokazać to na innych przykładach niż obalanie średniowiecznych despotów. Najwięksi politycy konserwatywni II połowy XX wieku, Margaret Thatcher i Ronald Reagan, byli krytykowani przez innych konserwatystów za swój radykalizm. W moim mniemaniu, podejście Thatcher (bo to od niej uczył się praktycznych posunięć Reagan) było całkowicie zgodne z zasadami konserwatyzmu: nie można bowiem konserwować niczego, gdy świat jest pokryty skorupą socjalizmu. Trzeba najpierw radykalnie zerwać tę skorupę, a dopiero potem budować i zachowywać, pozytywistycznie działać u podstaw. Pozornie sprzeciwiając się zachowawczym zasadom, zachowywała ducha konserwatyzmu. W jej wypadku, oznaczało to otwartą wojnę ze związkami zawodowymi, które dominowały wszelkie przejawy życia w Wielkiej Brytanii i paraliżowały gospodarkę, a następnie z etatyzmem, poprzez prywatyzacje. Proszę pamiętać, że przed nią, wszystkim się wydawało, że zaangażowanie państwa w telekomunikację (dla przykładu) jest koniecznością; że dyktatura związków jest nieunikniona.

    A zatem tak, Reagan był rewolucjonistą, ale w sensie radykalnego konserwatyzmu. Niestety, to samo nie da się powiedzieć wobec stosunku obojga do sowieciarzy. W otoczeniu Thatcher był jeden człowiek, który rozumiał stosunki zagraniczne, jej desygnowany minister spraw zagranicznych, Airey Neave. On jeden rozumiał zagrożenie komunistyczne, toteż on właśnie padł ofiarą zamachu bombowego Irlandczyków, podczas gdy IRA była w stanie zawieszenia broni. Do zamachu przyznała się maleńka grupa komunistów pod nazwą INLA. INLA miała udowodnione kontakty w Warszawie i była najprawdopodobniej prowadzona przez sowieckich nielegałów.

    Gdy już Neave został usunięty, można było prowadzić dalszą prowokację z Gordijewskim, jako doradcą brytyjskiego premiera w rozmowach z gensekiem Gorbaczowem.

    O tym, co się stało dalej w stosunkach z chrlem, będę pisał osobno. Dość powiedzieć, że Zachód w ogóle, a zwłaszcza Ameryka, popełniły serię potwornych błędów, gdy politbiuro prowadziło rozgrywkę z niezwykłą finezją.

  15. 15 Jacek

    Andrzeju, Panie Michale,

    Naiwność i ślepota polityczna odegrały wtedy olbrzymią rolę we wzmacnianiu komunizmu. Kiedyś wydawało mi się to niepojęte, że dorośli ludzie, politycy, wyżsi oficerowie wykazywali taki infantylizm mając moc sprawczą przy urządzaniu powojennego świata.

    Cytat z JFK doskonały. No właśnie tak to musiało wyglądać i w Chinach w drugiej połowie lat 40-tych, chociaż teoretycznie świadomość, co to za zaraza powinno być powszechne.

  16. 16 michał

    Panie Jacku, to jest nie do pojęcia. Jak to jest możliwe, że inteligentni, często uczciwi, zazwyczaj wykształceni, ludzie, lezą w sposób nieprzymuszony do bolszewickiego łagru? Jak do tego doszło? Zaraza jakaś czy co?

    Józef Mackiewicz napisał na ten temat całą książkę, w której nazwał tę sytuację – zwyciętwem prowokacji.

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.