III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Made in China

Polityka jednodzietności podyktowana była klasycznie marksistowskim (czytaj: zbrodniczo obojętnym na rzeczywistość) przekonaniem, że w Chinach jest 30% więcej ludzi niż potrzeba.  Po głodzie wywołanym ludobójczą polityką rolną Mao, nadszedł czas na bezrobocie i ograniczenie płodności, by dopasować ludność do ideologicznego ideału.  Reformy Denga miały na celu utrzymanie władzy i zbudowanie podstaw przyszłej ekspansji komunistycznego państwa, a nie dobrobyt ludności.  Jedynym ratunkiem był, jak zawsze, eksport.  Sprzedaż zboża i surowców utrzymywała dysfunkcjonalną gospodarkę sowiecką przy życiu aż za długo, stąd powiedzenie, że gdyby bolszewicy opanowali Saharę, to zabrakłoby im wkrótce piasku.  Chiny są krajem bogatym w surowce, ale proporcja tych bogactw do populacji sprawia, że w przeciwieństwie do sowietów czy Brazylii, nie mogą być tylko biernym sprzedawcą surowych materiałów.  Takie było źródło nacisku ekipy Denga na budowę prymitywnych fabryk – program ten nazwano „industrializacją” – gdzie, w warunkach obraźliwych dla zachodnich związków zawodowych i dla zwykłej ludzkiej godności, produkowano następnie buble na eksport.  W latach 80. były to w pierwszym rzędzie tandetne zabawki (nie sposób było wówczas nabyć w Londynie zabawek, które nie były „made in China”), ale na przełomie dekad zaczęto montować tani sprzęt elektroniczny.  Eksportem zajmowały się wyłącznie państwowe firmy, których pracownicy byli szczęśliwi, że mieli jakąkolwiek pracę, choćby za grosze, a twarda waluta szła do szkatułki partyjnej.  Mogłoby się wydawać, że komuniści uczą się kapitalizmu, ale nikt tak nawet nie mówił, bo przecież ludzie Denga w ogóle nie byli komunistami.

Maoiści Denga uporać się musieli z nowym pojęciem, nieznanym z podręczników maoizmu, pojęciem wzrostu gospodarczego.  Dali sobie radę z tym problemem w klasycznie leninowski sposób.  Oto państwowa agencja Xinhua stała się zarówno dostawcą informacji rynkowych jak i nadzorcą rynku informacji w chrlu.  W chrlu nie było, i nadal nie ma, innych danych finansowych niż te podane przez Xinhua.  Bloomberg, Reuters i ich konkurenci, jeżeli chcą być obecni na wielkim rynku chińskim, to muszą podawać wyłącznie papkę cyfr z chrlowskiej agencji.  W każdym kwartale, Xinhua pierwsza na świecie publikuje dane na temat wzrostu gospodarczego – gigantyczny chrl zbiera dane szybciej niż maleńka Szwajcaria.  Nic doprawdy dziwnego, że te dane są zazwyczaj pozytywne – Bernie Madoff też podawał swoje wyniki bardzo szybko.

Czy wypada sobie dworować z drugiej największej gospodarki na świecie?  Wypada.  Wzrost chrlu był autentyczny niezależnie od masowania cyfr, nie był to jednak wcale wzrost bez precedensu.  Przede wszystkim, komunistyczne Chiny rosły z niesłychanie niskiego poziomu startowego – w chrlu lat 80. rower był oznaką luksusu – co jest zawsze łatwiejsze.  W istocie inne kraje w Azji osiągnęły podobne cyfry wzrostu gospodarczego, a ich wyniki poddawane były normalnej krytyce zachodnich analityków rynku.  Politbiuro utrzymywało jednak, że bezprzykładna eksplozja wzrostu gospodarki chrlowskiej jest kolejnym dowodem na wyższość maoizmu, jest uzasadnieniem przewodniej roli partii i refutacją potrzeby reform.  „Ruch demokratyczny” lat 80. był wyłącznie rezultatem spisku Zachodu przeciw komunistycznemu rajowi, więc został brutalnie zdławiony.  I wówczas wybuchł kryzys w Azji w latach 1997/98.  Po krachu finansowym nastąpiła głęboka recesja w całym regionie, spotęgowana korupcją i politycznym chaosem.

Chrlowskie politbiuro obserwowało z boku, jak Międzynarodowy Fundusz Monetarny (IMF) dyktował warunki, narzucał metody zarządzania i surowe cięcia w wydatkach.  W chrlu nie istniał normalny przepływ kapitału, więc krach nie dotknął ich w taki sam sposób – utracili wprawdzie tymczasowo azjatyckie rynki zbytu, ale sprzedawali swoją tandetę nadal całej reszcie świata – a jednak kryzys miał ogromne znaczenie dla komunistów.  Utwierdził ich bowiem w przekonaniu, że nie mogą sobie pozwolić na jakąkolwiek liberalizację gospodarczą, tzn. muszą zachować pełną kontrolę nad eksportem i nad walutą.  Tak zwane „reformy” Denga miały na celu zachowanie i wzmocnienie władzy, ulepszenie komunizmu, uczynienie totalitaryzmu sprawniejszym, więc krach w Azji bez trudu umocnił członków politbiura w przeświadczeniu, że są na dobrej drodze (rozluźnienie kontroli musiałoby doprowadzić do podobnego krachu).  Tymczasem ludność Chin nie ufała przemianom, więc pomimo inflacji, oszczędzała zamiast wydawać.  Oszczędzać zarobione pieniądze mogła tylko w państwowych bankach, które inwestują wyłącznie według partyjnego klucza.  I w ten sposób – w moim głębokim przekonaniu, zupełnie przypadkowo i mimo woli – komuniści chińscy stworzyli podstawy swego rzekomego cudu gospodarczego.

Jego podwójnym motorem był eksport oraz tania siła robocza opłacana w sztucznie zaniżonej walucie.  Paliwem były: niczym nieograniczony dostęp do rynków zbytu – na tym skoncentrowano wysiłki kompartii, na rychłym wejściu do WTO – oraz oszczędności Chińczyków w fałszywie tanich yuanach, inwestowane przez państwo w forsowną industrializację.  Tylko dyktatura partii mogła umożliwić taki stan rzeczy.  Gospodarka pozostała całkowicie zamknięta, myśl o chwilowej choćby liberalizacji została odłożona na zawsze, bo tylko w zamkniętej gospodarce taki system może działać.  Inwestycje zewnętrzne (czyli tzw. zachodni kapitał) przyjmowane były skrzętnie, ale tylko wówczas, gdy łączył się z nimi transfer technologii lub ustępstwa wobec chrlowskich eksporterów.  Ogromne koncerny amerykańskie i europejskie budowały supernowoczesne fabryki, które następnie bezpardonowo kopiowano, by sprzedawać nędzne podróbki na cały świat.  „Whisky” o nazwie Johnnie Worker Red Labial jest tego jednym z tysiąców przykładów, choć akurat wyjątkowo zabawnym, ale kiedy chrlowski myśliwiec J-31 jest kopią amerykańskiego F35, to przestaje być śmieszne.

Pomimo wysokiego wzrostu przez wiele lat, w roku 2000 chińska gospodarka była nadal w miarę niewielka.  Chrlowskie firmy państwowe były równie niewydajne jak sowieckie 20 lat wcześniej.  Po 22 latach rzekomych reform i kapitalizmu, 150 milionów pracowników zatrudnionych było w państwowych fabrykach, nie licząc setek milionów zatrudnionych w państwowych usługach oraz w aparacie państwowym.  60% inwestycji i 80% pożyczek udzielano wyłącznie firmom państwowym.  Prywatny sektor był nadal w powijakach i pozostał całkowicie pod kontrolą partii, poddany pięcioletnim planom był wyłącznie narzędziem w rękach komunistów.  To wówczas (w dekadzie od końca lat 80.) stawiały pierwsze kroki sławne dzisiaj Huawei, Alibaba i Tencent.  Chrlowscy pracownicy firm prywatnych harują dziś na trzynastą pięciolatkę (2016-21), która dyktuje na przykład ile patentów ma zostać opublikowanych rocznie na 10 tysięcy ludności.  Ich zatrudnienie w rzekomo prywatnych firmach, jest planowane centralnie i kontrolowane, aż do warunków pracy, płacy i cen produktów włącznie.

Droga jednokierunkowa

Otwarcie chrlu na rynki światowe miało wystawić komunistyczną gospodarkę na konkurencję, miało zniszczyć centralne zarządzanie, zachwiać kontrolę kompartii nad każdym przejawem życia – „kapitalistyczne wartości” miały przeniknąć do Chin.  Stało się na odwrót.  W chrlu partia, państwo i naród tworzą ideologiczną jedność, gospodarka jest tylko jednym z rozlicznych instrumentów kontroli nad ludnością i narzędziem polityki zagranicznej.  Klasyczne elementy składowe normalnej gospodarki – własność, kapitał, praca i praworządność – są w Chinach całkowicie w rękach partii, albo bezpośrednio (jako własność państwowa i usłużne sądy), albo pośrednio, poprzez koncesjonowanych prywatnych przedsiębiorców.  Chińczycy nie gęsi i swoich miliarderów mają.

11 grudnia 2001 roku, po dwudziestu paru latach starań, komunistyczne Chiny przyjęte zostały do WTO – były wówczas siódmym co do wielkości eksporterem na świecie.  Politbiuro nie uczyniło żadnych ustępstw w negocjacjach, nie otwarło chrlowskiej gospodarki, ani przez myśl nie przeszła ówczesnym liderom idea o liberalizacji.  Co gorsza, już wtedy mieli Chińczycy za sobą długą historię łamania międzynarodowych obligacji, szpiegostwa gospodarczego i kradzieży patentów, pozornego tylko dopuszczania zachodnich konkurentów do wewnętrznego rynku.  W ciągu ubiegłych 20 lat ich pewność siebie na arenie międzynarodowej bardzo się podniosła.

Jednym z podstawowych zadań WTO jest ochrona wolnego rynku poprzez uzgodnienie zasad międzynarodowego handlu, a szczególnie poprzez „eliminację niesprawiedliwego faworyzowania firm państwowych ponad lokalne firmy prywatne oraz zagranicznych konkurentów”.  Zasady WTO oznaczać miały, że chrl będzie zmuszony przestrzegać międzynarodowego prawa i stać się normalną gospodarką rynkową.  W ciągu pierwszych 7 lat od przystąpienia do WTO, chrl zwiększył czterokrotnie swą bazę produkcyjną i pięciokrotnie dolarową wartość swego eksportu; ich nadwyżka handlowa wzrosła z 25 miliardów do 300 miliardów dolarów rocznie w roku 2008.  Pomimo to, zasady handlu i prawo międzynarodowe obowiązują tylko zagranicznych kontrahentów chrlu – czerwony Pekin jest ponad takie wymagania, jest zasadą i prawem sam dla siebie.  Clinton miał rację, członkostwo WTO okazało się drogą jednokierunkową.

W 2017 roku amerykański Departament Handlu konkludował, że „Chiny nie są gospodarką rynkową”.  Nic, tylko pogratulować wnikliwości.  W normalnej, tzn. otwartej gospodarce, waluta eksportera idzie w górę, więc wymiana walutowa działa jako wentyl bezpieczeństwa w wolnym handlu.  (Nawiasem mówiąc, na tym m.in. polega skandal €uro i sztucznie niskiej wymiany dla niemieckich eksporterów.)  Koszty eksportera idą w górę, więc traci przewagę nad konkurencją i sytuacja powraca do naturalnego ekwilibrium.  Najważniejszym elementem kontroli w rękach politbiura okazał się yuan.  Obywatele chrlu nie mają prawa wymieniać ludowej waluty na prawdziwą.  Twarde waluty zachowuje partia w postaci gigantycznych rezerw walutowych, które w listopadzie bieżącego roku osiągnęły astronomiczną sumę 3,3 biliona dolarów (były w przeszłości nawet wyższe), czyli prawie tyle co rezerwy Japonii, Szwajcarii, Indii i Arabii Saudyjskiej razem wzięte.  Większość tych rezerw umieszczona jest bezpiecznie w obligacjach rządowych innych krajów (głównie Stanów Zjednoczonych), toteż w pierwszej dekadzie tego wieku, dochód z kuponu (czyli procenty) z amerykańskich papierów wartościowych był wyższy niż cały budżet wojskowy chrlu.  Innymi słowy, amerykańscy podatnicy fundowali rozwój ludowej armii Chin.  Tak już nie jest w bieżącej dobie, ale głównie dlatego, że chrlowski budżet militarny zwiększył się wielokrotnie, a stopa procentowa spadła.  W latach 2005-14 średni zysk z tych rezerw wynosił 3,68%.  Załóżmy, że w owych latach mieli zaledwie jeden bilion w rezerwach (w rzeczywistości rezerwy wzrosły od 820 miliardów do 3 bilionów 840 miliardów dolarów).  Zarabialiby wówczas średnio 36,8 miliarda dolarów rocznie samych procentów, co jest sumą zaprawdę oszałamiającą.  W istocie zarabiali więcej, z ręki do ręki od centralnych bankierów krajów rozwiniętych, prosto z centrali wrogiego imperializmu, wprost z cytadeli kapitalistów.  (Warto podkreślić raz jeszcze, że oprocentowanie spadło od tamtych lat.)

Przy wszystkich kolosalnych zmianach, jakie zaszły w Chinach w ciągu ubiegłych czterech dekad, struktura gospodarki pozostała fundamentalnie niezmieniona: państwo, jako ramię partii, dominuje wszystkie przejawy życia gospodarczego.  Formalnie posiada i operuje połową gospodarki, ale poddaje centralnemu planowaniu także tę połowę, której nie posiada.  Kompartia nie dzieli wszakże wszystkiego po równo, kontrola nigdy nie była komunistom potrzebna w celu redystrybucji dóbr.  Wskaźniki nierówności w centralnie sterowanym chrlu są znacznie gorsze niż w otwartych, choć poddanych socjaldemokratycznym zasadom, gospodarkach Zjednoczonego Królestwa czy Stanów Zjednoczonych, gdyż chrl jest skorumpowany do cna, jak każda komunistyczna jatka.  W Chinach trzeba mieć guanxi, bez chodów, bez pleców ani rusz.  I tylko guanxi pozwala na wzięcie udziału w eksportowej bonanzie.  Bez tego pozostaje się w szarej masie setek milionów robotników poddanych urawniłowce.

A jednak pozostaje wątpliwość: czy kontrola nad miliardem ludzi, którzy mają coraz lepsze perspektywy i coraz wyższe wykształcenie jest realistycznie możliwa?  Nad ludźmi, którzy mają dostęp do satelitarnej telewizji i do internetu, i mogą nawet wyjeżdżać zagranicę?  Pomaga w tym względzie system hukou, system rejestracji obywateli, który zezwala centralnym władzom na kontrolę przepływu ludności (obywatel może mieszkać tylko tam, gdzie mu nakaże państwo).  Coś w rodzaju sowieckiego systemu paszportów wewnętrznych, a niektórzy nadal utrzymują, że komunizm upadł.  W każdym wielkim mieście Zachodu spotkać było można do niedawna (przed czasami zarazy) rzesze chińskich turystów.  W rzeczywistości jednak są to tylko nieliczni zaufani, wybrani spośród 1,3 miliarda ludności, którym pozwala się na opłacenie wycieczek w renminbi i na ograniczoną ilość twardej waluty wymienionej przed wyjazdem.  Angielskie szkoły prywatne i uniwersytety pełne są chińskich studentów, są to jednak wyłącznie dzieci uprzywilejowanych obywateli, koncesjonowanych miliarderów lub partyjnych tuzów, i partia albo zezwala, albo łoży na ich studia.  Dostęp do internetu i telewizji satelitarnej jest technicznie ograniczony w chrlu, a wewnętrzna „chrlowska wersja internetu” poddana jest surowej cenzurze.  Tylko w niektórych dzielnicach wielkich miast, w których wolno osiedlać się obcokrajowcom, istnieje nieskrępowany dostęp do internetu.  Nie ma więc co liczyć na czytelników Wydawnictwa Podziemnego w Harbinie, słynnym kosmopolitycznym mieście sprzed wieku.

A jaki był wpływ chińskiego cudu gospodarczego na resztę świata?  Baza produkcyjna podupadła niemal wszędzie poza Niemcami (w istocie Niemcy są jedynym krajem rozwiniętym, który nie ma deficytu handlowego z chrlem).  Najbardziej ucierpiały kraje takie jak Meksyk, gdzie siła robocza jest tania, ale nie na skalę chrlowskich kulisów.  Ogromne firmy elektroniczne, Cisco, Lucent, Motorola, nie potrafiły konkurować z masową tanią produkcją chińską i w rezultacie Huawei stało się jednym z nielicznych producentów sprzętu do sieci 5G.  Ceny dóbr spadały nakręcane przez chiński „arbitraż siły roboczej” (chrl oferował zawsze najniższe koszty produkcji), inflacyjna polityka rządów socjalistycznych Europy i Ameryki nie powodowała inflacji (wbrew ekonomicznej ortodoksji), ale ceny nieruchomości i akcji szły w górę, powodując złudne przekonanie o bogactwie i dobrobycie.  W rezultacie, młodzi ludzie mają mniejszą szansę nabycia własnego domu niż ich rodzice, i będą musieli pracować wiele dekad, zanim staną się rentierami.  Czy taki był chiński plan?  Czy próbowali stworzyć na Zachodzie leninowską „sytuację rewolucyjną”?  Szczerze wątpię.  Ale prawo niezamierzonych skutków jest nieubłagane (w tym wypadku, bezlitosne dla Zachodu).  Zachód pragnął tanich bubli, a otrzymał deflacyjną presję, z którą nie potrafi sobie poradzić.

2020

Wewnętrzne paszporty, chody i błat, fałszowane statystyki i propaganda sukcesu, bezwzględna cenzura i obozy pracy przymusowej, masowe czystki i kult Xi, gdy politbiuro centralkomitetu kompartii pozostaje w pełnym blasku niczym nieograniczonej władzy.  Czy ktokolwiek poważnie nazywa to upadkiem komunizmu?

Na takim tle pojawiła się zaraza.  Chiński wirus, bakcyl z Wuhan, rozszedł się po całym świecie, a w rok później mieszkańcy chrlu patrzą z rozbawieniem, jak całkowicie sparaliżowane są wielkie metropolie kapitalistów.  Chrlowscy kulisi mozolą się w państwowych fabrykach, nakręcają komunistyczną biurokrację i wymyślają optymistyczne statystyki w państwowych biurach, a chińska gospodarka rośnie i rośnie – niedługo obejmie już Hong Kong i patrzy łakomie na Tajwan, ot, wzrost gospodarczy – podczas gdy kraje rozwinięte próbują się ratować przy pomocy astronomicznych długów.

Zaprzyjaźniony z naszym Podziemiem, p. Jaszczur, jest jednym z tych, którzy utrzymują, że wirus powstał w laboratorium, że został stworzony z premedytacją dla zainfekowania całego świata.  (Np. tu.)  Niestety nie ma żadnych na to dowodów.  Specjaliści zajmujący się genetyką wirusów, wykazali, że Sars-CoV-2 (wirus powodujący dzisiejszą pandemię) jest w 96% identyczny z wirusem od lat istniejącym wśród nietoperzy.  Wirusy ulegają ewolucji, dzięki drobnym mutacjom przeskoczyć mogą z jednego gatunku do innego.  Proces jest naturalny i nie ma w nim nic nienormalnego.  Podobnie jak w genomie Covid-19 nie ma żadnych cech sztucznych, które wskazywałyby na manipulację w laboratorium.  Badania opublikowane przez dr Li-Meng Yan, wskazują na szczególne cechy wirusa, które mają rzekomo być dowodem na laboratoryjne pochodzenie Covid.  Niestety te same cechy występują w innych wirusach, a „specyficzne cechy” należą do tych 4% i na wytworzeniu ich polega każda mutacja i naturalna ewolucja.  Gdzie Jaszczur i konspiracjoniści mają rację, to że chrl odmówił niezależnych dochodzeń, co do źródeł epidemii, co rzuca nieuchronnie cień podejrzeń.  A jednak z chęci ukrycia zwykłej bolszewickiej niekompetencji nie może wynikać niezwykle kompetentny program wyhodowania wirusa, który spowodował światową pandemię.  Komuniści są zawsze przeciwni wszelkim niezależnym dochodzeniom, bo diabli wiedzą, co tacy detektywi zechcą odkryć.

Debatowanie tego wydaje mi się horrendalną stratą czasu, zwłaszcza, że żaden z nas nie jest wirusologiem.  W takiej sytuacji mądrzej jest zastosować brzytwę Ockhama i, w oczekiwaniu na lepsze dane, przyjąć, że 1) komuniści z pewnością są gotowi do wojny biologicznej, ale 2) w tym wypadku jej nie wywołali, choć przyczynili się do proliferacji wirusa oraz 3) za to doskonale wykorzystują jej konsekwencje.  Utrzymywanie, że „to jest chińska robota”, sprowadza nas do poziomu ludzi, którzy gotowi są przyjąć każdą spiskową teorię, a z takimi doprawdy trudno rozmawiać.

Xi wyciągnął kolosalne zyski z pandemii.  Najpierw pozwolił jej wydostać się na cały świat, po czym zdławił ją z typową brutalnością w domu.  Zarażonych wywożono w nieznanym kierunku i nikt ich więcej nie widział.  Po kremacji takiej ilości zwłok, że chmura dwutlenku siarki i tlenków azotu widzialna była z kosmosu, wszystko jest w porządku w tym najlepszym z chrlów.  W komunistycznych Chinach nikt nie ośmiela się pytać o los zarażonych.  Ich track & trace system jest w istocie systemem inwigilacji ludności, jest kolejnym pretekstem do tropienia każdego ruchu, śledzenia każdego spotkania, toteż stał się prędko narzędziem zniszczenia ostatnich, śladowych resztek działalności dysydenckiej.

Szczepionka jest być może najdziwniejszym elementem sytuacji w chrlu.  Wedle wszelkich danych, chrlowcy mają dwie szczepionki od dawna, z firm Sinopharm i Sinovac.  To drugie przedsiębiorstwo rozpoczęło trzecią faz prób już w lipcu, ale do dziś ich szczepionka pozostaje nie zaakceptowana przez dyspozycyjne autorytety chińskie.  Nie muszę dodawać, że niewiele ścisłych danych wydostało się z chrlu na temat obu szczepionek, a pomimo to, miliony Chińczyków otrzymało szczepionkę, i dalej patrzą z rozbawieniem, ze swego odpornego na zarazę luksusu, na resztę świata.  Milczenie chrlowskiej wierchuszki w sprawie szczepionki, jest znaczące.  Xi, jak wszyscy komuniści, lubi wysławiać wielkie osiągnięcia ludowych Chin, a w tym wypadku pozwala na ciche szczepienia i nie mówi ani słowa.  Oczywiście można to interpretować różnie; np. że szczepionka była gotowa od lat razem z wyhodowanym w laboratorium wirusem, a opóźniają jej ogłoszenie, ponieważ boją się wykrycia pochodzenia wirusa.  Nie można tego wykluczyć, ale można także argumentować, że nie znają nadal ubocznych skutków obu szczepionek i pozwalają na masowe szczepienia tylko na własną odpowiedzialność pacjentów.  W obu wypadkach, możemy tylko spekulować.

Tymczasem, zachęcony słabością Zachodu, Xi wystąpił z nowym planem konfrontacji.  Jak to wśród maoistów, musiał wynaleźć hasło: podwójny obieg.  (Wielki skok naprzód brzmiał bardziej pociągająco, ale nie można mieć wszystkiego.)  Nie ma to wszakże oznaczać proliferacji wydawnictw podziemnych i drugiego obiegu.  Intencją tej drętwej mowy jest koncepcja, że Chiny operować będą dwa, odmienne, choć ściśle ze sobą złączone systemy ekonomiczne.  Pierwszym jest nacjonalistyczna – w każdym sensie tego słowa – gospodarka oparta na klasycznie maoistowskim pojęciu zili gengsheng czyli samowystarczalności.  Dla Mao była to żelazna miska ryżu, dla Xi jest to wezwanie do zmniejszenia importu, do zaspokajania potrzeb miliardowej ludności przy pomocy własnej produkcji.

Drugim, równoległym systemem ma być technologicznie zaawansowana gospodarka nastawiona na eksport i na projekcję chińskiej potęgi na cały świat.  Projekcja siły ma aspekt polityczny, kulturowy, gospodarczy, ale nade wszystko – militarny.  Gdy zadłużone po uszy kraje Europy i Ameryki zmuszone będą zmniejszyć wydatki na badania i rozwój naukowy i techniczny, chrl je podwoi.  Pandemia już pomogła im rozwinąć technologię dronów do dostarczania towarów konsumpcyjnych.  Zdwojono wysiłki w badaniach nad sztuczną inteligencją, co należy czytać jako potrojenie wysiłków w pracy nad kradzieżą osiągnięć innych krajów w tej dziedzinie.

Jesienią tego roku uroczyście obchodzono w chrlu rocznicę wybuchu wojny koreańskiej.  Komunistyczne Chiny widzieć chcą w agresji na wolną Koreę chwalebny przykład wojny wyzwoleńczej, wojny skierowanej przeciw amerykańskiemu imperializmowi.  Agresja Mao jest wzorem dla dzisiejszego chrlu, a mimo to, niektórzy uważają, że komunizm upadł.



Prześlij znajomemu

57 Komentarz(e/y) do “Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część XI”

  1. 1 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Gratuluję Panu doskonałej analizy „przypadku chińskiego”. Jak na dłoni widać jego wiodącą rolę w komunistycznej strategii nożyc.

    Chińscy komuniści zwą się otwarcie komunistami i twierdzą wszem i wobec, że od ponad pół wieku, nieprzerwanie „budują” komunizm. Ale co z tego. Niekomuniści, w tym co tamci robią, nie chcą dziś widzieć komunizmu. Dla tzw. wolnego świata to już-nie-komunizm, bo nie pasuje do jego wyobrażeń komunizmu, zaszczepionych mu przez komunistów.. Tak bardzo przyzwyczaił się on do tego, że komuniści kłamią, że gdy mówią szczerze, nie wierzy im. Komuniści mogą więc dziś mówić otwarcie i robić co chcą bowiem świat wierzy w kłamstwo które kiedyś w nim zasiali. Znaczenie słowa „komunizm” rozpłynęło się dziś we mgle (nigdy nie było właściwie określone przez niekomunistów). Świat ogarnęła pandemia surrealizmu. Nierzeczywistość. I co z tym zrobić?

  2. 2 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Wielkie dzięki. Chińszczyzna stała się bardzo długą dygresją, ale wydało mi się to koniecznością. Jest w tym pewien paradoks, że ci, którzy robią wszystko otwarcie, pod szyldem Lenina i Mao, są reprezentacją taktyki tych, którzy głośno wyrzekli się Lenina i Stalina.

    Faktem jest, że niektórzy z moich interlokutorów sprzed lat, którzy wyśmiewali wówczas stanowisko, jakoby komuniści mogli budować kapitalizm i pozostać komunistami, przyznają mi dzisiaj niechętnie rację. Trudno doprawdy twierdzić, że Xi nie jest komunistą. A jednak do dziś pokutuje przekonanie o zasadniczym przeciwieństwie internacjonalnego komunizmu i nacjonalizmu. Xi, podobnie jak Mao, jest tym, co Mackiewicz nazywał nacjonał-komunistą. Nie inaczej przecież było z Gomułką, toteż Xi postępuje tylko w zgodzie ze wskazówkami Lenina, by przystosować się do obiektywnych warunków na danym etapie. Ale tonący chwytają się brzytwy, więc Zachód chwyta się nadziei, że to tylko chiński nacjonalizm.

    Czy sądzi Pan, że to jest nowość, ta otwartość komunistów? Może, ale z drugiej strony, Trocki mówił na długo przed 1917 rokiem o „konieczności gilotyny”. Lenin mówił wprost, jakie były jego cele. Stalin był dość otwarty. Mao nie owijał w bawełnę. Ta otwartość nie jest chyba aż tak bardzo nowa. Podobnie jak odpowiedź na nią – chęć bycia oszukanym. Powszechne CHCENIE, żeby komuniści okazali się pluszowymi misiami.

  3. 3 Andrzej

    Panie Michale,

    Najwyraźniej źle się wyraziłem. Komuniści (od Marksa począwszy) zawsze wprost wyrażali swoje cele a także przepisy na ich realizację. Xi z towarzyszami robią to tak samo jak robił to Mao. Jestem zdania, że i Gorbaczow mówił szczerze do czego zmierza wraz z towarzyszami. Oszustwo to Jelcyn i Putin (tylko do pewnego stopnia). Rzecz w tym, że w interpretacji przekazu komunistów zawsze przeważało i przeważa „wishful thinking” – owo „powszechne chcenie” o którym Pan pisze. Widzimy to jako „chęć bycia oszukanym” ale czy nie jest to raczej zwyczajna chęć zysku/współpracy i spowodowany tym „optymizm za wszelką cenę”?

  4. 4 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Masz bezsprzecznie rację – chińska dygresja tego niezwykle interesujące cyklu o jakoby upadającym komunizmie ma ogromną wartość. Zdaje się dowodzić jednego – nikt na świecie nie chce walczyć z komunizmem, ani traktować go jako cywilizacyjne, kulturowe zagrożenie. Komuniści mogą sobie mówić co chcą, robić co zechcą – tak czy siak ich notowania na politycznej giełdzie użytecznych idei mogą uchodzić za wzór stabilności. Michał ma rację, że to żadna nowość.

    Wertując dzienniki Michała Romera, bardzo szczególnej postaci z marginesu świata polityki, natrafiłem na coś takiego:

    Pracuję dosyć dużo, czytam. Bardzo ciekawe prowadzę studia nad nową ewolucją społeczną w Sowietach. Uchwytuję istotę tej olbrzymiej akcji wychowawczej, jaką podjęły Sowiety w ich obecnym stadium rozwoju pod rządami Stalina. Jest to eksperyment olbrzymiej wagi światowej, przetwarzający człowieka i zasady współżycia oraz twórczości w zagospodarowaniu prawdziwym planety. To, co się tam robi, to jest wagi światowej. Otwiera to nowe horyzonty i czyni człowieka zbiorowego – mocarzem. To jest dopiero uspołecznienie istotne i scementowanie masy ludzkiej – zorganizowanego i doskonale zracjonalizowanego kolektywu – do wielkiej potęgi czynnej. Tym się zaiste można entuzjazmować. Jest czym. Dreszcz wzruszenia przebiega myśl i ciało, gdy się wnika w to wielkie dzieło. Czy się uda – nie wiem, ale inicjatywa i idea – wspaniała, i tego się dorobkowi ludzkiemu nie wydrze. Wyjdzie to daleko za ramy Związku Sowieckiego i musi odbyć ekspansję nie mniej intensywną, niż była ekspansja Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Wiele szpetoty miała w sobie doba łamania starego świata, doba, w której do dzieła burzenia wlały się elementy brudu i rozpasania, ale świt twórczy nowego świata, pełny dyscypliny, mocy i rozpędu, jest cudowny.

    To jest notatka z 9 stycznia 1935 roku. Włos się jeży.

    Notatka nie dyktowana żadnym ubocznym interesem. Głos postępowca, demokraty, nieomal socjalisty (bardzo dbałego o własne zasoby materialne), entuzjasty bratania się z ludem (choć z zachowaniem należytej hierarchii, ma się rozumieć). W moim osobistym przekonaniu, głos niestety reprezentujący dość powszechne stanowisko.

    W tym kierunku idzie świat. Jak odwrócić ten trend?

  5. 5 Jacek

    Panie Michale,

    To, co Pan pisze o dostępności informacji na temat chińskiej gospodarki (ale też innych danych dotyczących ChRL) wydaje się być kluczowe dla niniejszych rozważań. Komunistyczne państwo chińskie jest hermetyczne i nieprzenikalne dla zachodnich agencji wywiadowczych. Oczywiście w praktyce na polu bitwy pozostaje chyba tylko CIA, no i może Mossad. Pozostałe „firmy” w zasadzie przestały się liczyć. Ale zarówno Amerykanie, jak i Żydzi w przypadku chińskich komunistów są raczej równie bezsilni.

    Ale co wywołuje ślepotę w kwestii orientacji politycznej komunistycznych Chin? Czy tylko myślenie życzeniowe? Przecież do zdiagnozowania celów strategicznych tej formacji nie potrzeba działań operacyjnych. Wystarczy śledzić oficjalne doniesienia chińskich komunistów. Mówią całkiem otwarcie o swoich aspiracjach. Chińska ekspansja w Afryce, uzależnienie USA od chińskiego kapitału, próby przejęcia kluczowych punktów geograficznych dla transportu morskiego, budowa tzw „nowego jedwabnego szlaku”, to wszystko układa się w kompletny obraz strategii uzależnienia i opanowania, nazwijmy to umownie zachodniego świata.

    A jednak, jak Zachód długi i szeroki przetacza się dyskusja, czy zamiast wspierać te nieliczne głosy w USA, które nawołują do blokowania chińskich aspiracji, może jednak ugrać na boku coś dla siebie i po prostu robić z ChRL interesy. Naiwność zaiste porównywalna z tą, która kazała swego czasu wspierać sowietów w ich pochodzie ku zgubie zachodnich demokracji w czasie II Wojny Światowej. Ktoś mądrze powiedział, że historia nigdy nikogo niczego nie nauczyła.

    Jeszcze tak na marginesie: chińskie dokonania na polu technologii militarnych są jeszcze na szczęście dość nieporadne. Przywołany przez Pana myśliwiec J-31 rzeczywiście na pierwszy rzut oka wygląda na kopię F-35. Konstrukcja płatowca, detale techniczne, ogólne założenia aerodynamiczne i cechy charakterystyczne dla V generacji myśliwców sugerują, że powstał on na podstawie wykradzionych planów produktu Lockheed Martin. Sęk w tym, że w F-35 zastosowano nowatorski silnik o niespotykanym dotąd ciągu, dzięki któremu możliwe są te wszystkie efektowne manewry pionowego lądowania, a jednocześnie zdolność do lotów naddźwiękowych bez zastosowania dopalacza. W chińskim samolocie użyte zostały silniki z samolotu poprzedniej generacji, a konkretnie z MIGa-29. Właśnie: dwa silniki, nie jeden silnik. Po prostu chiński przemysł nie jest jeszcze zdolny do wyprodukowania silnika odrzutowego o parametrach porównywalnych z amerykańskim Pratt&Whitney F-135. Jakie są rzeczywiste parametry J-31, tego chyba nikt, poza konstruktorami dokładnie nie wie, ale wiele poszlak wskazuje, że nie jest to broń równoważna z amerykańskim odpowiednikiem. Co oczywiście nie oznacza, że chińscy komuniści nie zdołają niebawem tej dysproporcji zniwelować.

  6. 6 michał

    Panie Andrzeju, Pan się na pewno dobrze wyraził, ale moje pojmowanie już nie to.

    Tak, chęć zysku, chęć spokojnego życia, chęć pozostania przy wygodach. Wszyscy jesteśmy temu winni. To na pewno tłumaczy owo „chcenie”. Ale czy do końca? Wedle sławnego powiedzenia, kiedy człowiekowi plują w gębę, to nie powie, że deszcz pada. A jednak cały świat otwiera parasol, kiedy im bolszewicy plują w gębę. Więc jak to jest?

    Optymizm za wszelką cenę, to jest dobrze powiedziane. Polacy są w awangardzie tego ruchu. 75 lat temu optymizm zastąpił nam Polskę.

  7. 7 michał

    Panie Jacku,

    Może to i jest kluczowe, ale czy zna Pan historię, jak do tego doszło? Były dwie konkurencyjne firmy, Reuters i Bloomberg, które sprzedawały tzw. „terminals”; w 90. latach to się nazywało Reuters Screen, ale dzisiaj to są skomplikowane programy, które na 5-6 ekranach pozwalają na drobiazgową analizę rynku. Jeden taki terminal kosztuje dziesiątki tysięcy dolarów (chyba nawet dziś, gdy ceny spadły, $2k miesięcznie), a każda firma finansowa potrzebuje ich tysiące. Podstawą ich interesu są DANE. To oni są źródłem, to oni są odpowiedzialni za akuratność informacji, a ich programy pozwalają ją przerabiać, tj. analizować na miliony sposobów. Rynek chrlu miał dla obu podwójne znaczenie: przede wszystkim chcieli tam sprzedawać swoje „terminals” (nie mam pojęcia, jak to po polsku), ale także musieli podać swoim odbiorcom dane na temat chińskiego rynku. I na tym ich dostała Xinhua (czyli partia): jeżeli chcecie sprzedawać nam swoje systemy, to musicie się zgodzić, że podacie tylko nasze dane. I Reuters, i Bloomberg walczyli, oponowali, składali zażalenia, ale obawiali się, że konkurent się zgodzi i wyprze ich z potencjalnie ogromnego rynku, więc w końcu się zgodzili. Ale cicho sza! Nie trzeba o tym głośno mówić. Ilekroć pytam takiego analityka, czy może polegać na chrlowskich danych, patrzy na mnie spode łba, jakbym mu w kaszę napluł, zanim przyzna, że nie może i zmienia temat.

    Zmierzam do tego, że chrlowska gospodarka pozostaje zamknięta za zgodą Zachodu, za zgodą całego świata. Za zgodą Clintonów i Bushów, o Obamie nie ma co mówić, ale za zgodą Trumpa też. Za zgodą rządów i wielkich firm, inwestorów i organizacji międzynarodowych. Dlaczego tak się dzieje? Skąd ta ślepota? O tym pisze powyżej p. Andrzej.

    Bardzo ciekawe o samolotach. Nie wątpię, że to ściąganie z obcych wzorów ma swoje złe strony. Johnnie Worker Red Labial jest zapewne nie do picia (nie powinienem się wypowiadać, bo nie lubię w ogóle łyskacza), a J-31 to nie F35, ale kopiowanie jest drogą uczenia się. Tebanie tak długo byli bici przez Spartan, aż nauczyli się od nich, kopiując ich metody, i ich pokonali.

    Oczywiście parametry chrlowskich czy sowieckich samolotów (i innego sprzętu, nie tylko wojskowego) są częścią ich propagandy, ale jednak mamy jakiś obiektywny sprawdzian od czasu do czasu. Na przykład Tu-144 w porównaniu do Concorde. Tupolew był większy i szybszy, ale pasażerowie wychodzili z niego ledwo żywi od wibracji, aż do czasu, gdy nikt nie uszedł z życiem w Paryżu.

  8. 8 michał

    Darek, ten Romer to jest jakaś podejrzana postać. Entuzjasta bolszewizmu w roku 1935. Tfu.

  9. 9 Andrzej

    Darku,

    Chciałoby się zapytać Michała Romera, czy wiedział cokolwiek o Sołowkach, o głodzie na Powołżu,Uralu i Ukrainie, itd. Czy uważał je za niezbędną cenę uspołecznienia i postępu wywołujące entuzjazm. Historia zmieniła ten „dreszcz wzruszenia” w dreszcz grozy, dreszcz obrzydzenia, dreszcz długiej śmierci. Ciekawe czy Romer go poczuł, zanim umarł w sowieckim Wilnie. Głupota socjalistów była i jest bezgraniczna. Od kilku dziesiątków lat także anty-socjalistów. Faktycznie włos się jeży, gdy się to sobie uświadamia.

    Fatalny trend o którym piszesz może odmienić chyba tylko sam Stwórca. Nie znaczy to dla mnie, że nie należy mu w tym pomagać, dokładając starań, aby próbować robić to samemu na ile potrafię i jestem w stanie. To właściwie jest „kwestia smaku”.

  10. 10 michał

    Otóż to, Panie Andrzeju. Romer mieszkał w Wilnie. Cokolwiek by myśleć o Wilnie w latach 30., a można powiedzieć wiele złego, to jednak wiedziano tam, co się dzieje w sowietach. W tym entuzjazmie jest coś obrzydliwego. Co oczywiście nie znaczy, że to nie jest ciekawe.

    Fascynująca jest ta gotowość takich asfalt-intelektualistów, by dać się przejechać przez wielki bolszewicki walec. Brak włosów do jeżenia, nie zmienia faktu, że to jest straszne. „Świt twórczy”? Ech, ty, bolszewwicka twoja chrząstka.

  11. 11 Dariusz Rohnka

    Przypadek Romera jest niezwykle intrygujący. Nie był szarym człekiem zaplątanym w historię, ale jej aktywnym uczestnikiem, szanowanym przez przedstawicieli bardzo wielu idei. W latach międzywojnia nie mieszkał w Wilnie, ale w Kownie. Przez trzy kadencje sprawował urząd rektora tamtejszego Uniwersytetu, publikował poważne dzieła, wojażował do Ligii Narodów w Genewie. Z pewnością żadna zbrodnia sowiecka nie umknęła jego pilnej uwadze, choć wspomina o nich oględnie. Bo co tam zbrodnie, wobec świetlanej wizji człowieka zbiorowego.

    Straszny typ ludzki.

  12. 12 triarius

    1. Dni są takie, że pomimo (nie)dawnych uraz, zdecydowałem, że „zgoda buduje” and all that crap…

    2. Świetny tekst, cenne info (choć, żeby nie przesłodzić powiem, że Panów topologia „komunizmów” i w najogólniejszym sensie interpretacja fenomenu(w) CCCP, ChRL, zachodniego lewactwa itp. mnie wciąż za grosz nie przekonuje);

    3. Naprawdę „Labial”, a nie po prostu „Label”? Byłoby zabawnie, tylko czy chińskie komuchy mają tyle poczucia erotomańskiego humoru?

    4. Za moich czasów (czyli dawno) „terminal” (komputerowy), to była „stacja robocza”.

  13. 13 michał

    Prawie na pewno „Red Labial”. Czytałem o tym w książce, Stewart Pattinson, China, Trade and Power, Why the West’s Economic Engagement has Failed, Londyn 2018 (adres podany pod częścią X), ale poszukałem przed chwilą i takie znalazłem obrazki:
    https://www.google.com/search?q=johnnie+worker+red+labial&client=firefox-b-d&sxsrf=ALeKk03KMNOL0CqGnSRrSA_nbrdNwtr9SA:1610469757234&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=2ahUKEwjzn7Su65buAhU7QkEAHWCACl8Q_AUoAnoECA8QBA&biw=1344&bih=698

    Jest prawdą, że w dzisiejszych czasach niezwykle łatwo o fotomontaż, ale w tym wypadku słychać o tym z wielu źródeł. Johnnie Worker Red Labial jest tak genialnie komiczne, że byłoby nawet śmieszne, gdyby ktoś chciał ich tylko wykpiwać. Jednak sądzę, że to jest autentyczna pomyłka jakiegoś gamonia. Obcokrajowcy często popełniają tego rodzaju zabawne pomyłki, więc to chyba nie jest erotomańskie poczucie humoru, ale kapitalny lapsus.

  14. 14 triarius

    … Jednak „terminal” jak najbardziej funkcjonuje w polskim, i teraz to chyba w ogóle jest TO określenie.

  15. 15 michał

    Nie zabieram głosu. Nie byłem w Polsce od trzydziestu kilku lat, polski język jest dla mnie czasami niezrozumiały. W dzisiejszej polszyczyźnie mówi się „wielki post”, mając na myśli długą publikację na internetowym blogu. Dla mnie to jest długi czas wstrzymywania się od posiłków, jeden z najważniejszych okresów w kalendarzu.

  16. 16 triarius

    Zgoda, mnie taki „post” także cholernie śmieszy. Choć znowu mieszkam w tenkraju od ćwierć wieku. Tym bardziej, że to słowo żywcem wzięte z obcego narzecza, a ewidentnie kolidujące z istniejącym polskim słowem.

  17. 17 michał

    Och, zagraża nam zgoda. Polszczyzna jest w pohańbieniu, ale pewna dama utrzymuje, że wszystkie języki są w pohańbieniu. Sądzę, że jest to nieuchronny skutek demokratycznego równania w dół.

  18. 18 triarius

    „Liberalnego” raczej dla mnie. Nawet jeśli w każdej Demokracji immanentnie jest coś,, co sparszywia język, co nie pozostaje udowodnione, choć możliwe, Liberalizm załatwia takie sprawy wielokrotnie szybciej, i wcale nie tylko język. Demokracja po prostu nie zdąży!

    (Zgroza, nie? Zmienię ciężko zdobytą ksywę na „Pan Kociaczek Bez Pazurków”.)

  19. 19 michał

    Taak, coś jest nieprzyzwoitego w tej zgodzie. No, dobrze, więc dość tej nijakości.

    Ale niestety, być może, znowu muszę się zgodzić. Przynajmniej do pewnego stopnia. Demokracja nieliberalna, np. ateńska, zapewne nie miała wcale takiego wpływu na język. Rzecz jasna, nie potrafię tego ocenić wprost, ale pośrednio, poprzez rozwój attyckiej greki i jej wpływ, poprzez Ajschylosa i Platona, prawdopodobnie możemy być spokojni o język.

    Ale dlaczego liberalizm miałby mieć taki degradujący wpływ? Znienawidzona przez Pana Rosja, była w ostatnim stadium swego istnienia państwem zadziwiająco liberalnym, choć antydemokratycznym. Znowu, na ile mogę to ocenić, język Puszkina i Gogola, rozwijał się i kwitł pod knutem rzekomych żandarmów Europy.

    Może potrzeba ich dopiero razem? To rodzeństwo spod czerwonej gwiazdy sprawia, że język parszywieje?

  20. 20 triarius

    Ajschylos – exactly! Odpowiedź prosta – duch geszeftu, będący samym jądrem Liberalizmu.

    Rosja? Faktycznie nie znoszę, ale z tego co wiem, było to być może imperium „zadziwiająco liberalne”, ale trudno je nazwać po prostu „liberalnym”. Była tam monarchia, była arystokracja, spora i zamordystyczna armia, masa b. tradycyjnie czującego chłopstwa, b. pewna siebie i „konserwatywna” religia… Plus b. mało mieszczaństwa, fabrykantów i geszewciarzy.

    Jeśli wierzyć np. Kucharzewskiemu, faktycznie wymiar sprawiedliwości był przesiąknięty dziwnie liberalnym duchem, postępowym też… Uniwersytety, niezły poziom nauki faktycznie. Rosja to jednak zawsze była szpęglerowska „pseudomorfoza” i wpływy zachodnich idei zawsze były tam spore… Znaczy od XVIII w.. choć niektórzy prawią np. o podmianie Iwana IV przez Anglików.

    Nigdzie chyba nie twierdziłem, że knut i zamordyzm fatalnie wpływają na urodę języka? Może nawet być i odwrotnie.

  21. 21 michał

    Uuu, nie. Ajschylos jest jak lita skała. Jak bryła, która nie poddaje się dłutom rzeźbiarzy. Oresteia to jest szokujące, zdumiewające dzieło. Nic w nim nie ma z demosu.

    Nie wiem, co to jest „zamordystyczna armia”. Oczywiście, mieszczaństwo, fabrykanci, handel – tego w gigantycznym Imperium było mnóstwo. Jak w każdym wolnym kraju. Dlatego właśnie taka była masa Anglików w Rosji, tylu Greków, Polaków, Włochów, bo była magnesem dla wszelkiego „brania-przed-się”. Ludzie wiali z rzekomo liberalnej gospodarczo Anglii, do prawdziwie liberalnej Rosji.

    Kucharzewskiemu, rzecz jasna, wierzyć nie wolno. To jemu zawdzięczamy pokutujący do dziś pogląd o ciągłości „od białego do czerwonego caratu”. W piętkę goni i opowiada głodne kawałki, jak jakiś prlowski gęgacz, którym przypadkiem nie był. Ale że to był wspaniały kraj, to nawet on nie mógł zaprzeczyć.

    Broń Boże, nie przypisywałem Panu twierdzeń o knucie. To był tylko sarkazm z mojej strony, jak w tym kraju powszechnie uznanym za „więzienie narodów”, za żandarma Europy, kwitła cudowna literatura i kultura. Niech Pan przeczyta Dickensa, a zaraz po nim Dostojewskiego i powie mi, gdzie się lepiej żyło w XIX wieku. W tej ostoi reakcji czy w rzekomo liberalnej Anglii?

  22. 22 triarius

    OK, przemawia przez Pana jakaś dziwna dla mnie lojalnoś, zgaduję, że uważa się Pan za białego Rosjanina. Na szczęście nie stoimy teraz pod jakąś Olszynką, a ja cenię lojalnośc per se, więc spokojnie!

    Jednak ta słodka Rosja z Pana wizji śmieszy mnie do łez, sorry! Facet zaś, który żyjąc w ojczyźnie Opryczniny martwi się ew. brzydkimi sprawkami Inkwizycji to bolszewik avant la lettre! Anglia nie należy do moich ulubionych krajów, raczej przeciwnie. Ale wcale mnie nie dziwi, że wielu obcych dostrzegało właśnie w Rosji swoją szansę. Nie tylko w Rosji zresztą, bo i w Turcji czy Persji przecież też. Mieli szansę stać się „Anglikami w koloniach” w specjalnej, nieco uboższej wersji.

    Miłością do Rosji Pan mnie na pewno nie natchnie, a Dostojewski to dla mnie facet piszący poniżej poziomu marnie piszącego amatora, sorry! Przeczytałem wprawdzie tylko 1 tom „Braci Karamazow”, w rodzimym przekładzie, ale to było straszne! Faktycznie ruskie (a więc b. wierne oryginałom) filmy „Zbrodnia i kara” i „Biesy” były znacznie lepsze, choć ciągnęły się niemiłosiernie.

    „Pickwika” zaś czytałem, a może był to audiobook i to po szwedzku. Podobało mi się. Wiem, że pisał też ckliwo-smętne kawałki, ale to nie moje klimaty. Nie znoszę Żeromskiego za to, co w liceum nazwałem „wrzodziastym stylem”, ale pokracznie nieudolny styl Dostojewskiego bije nawet „Żołnierza Wolności”. Oczywiście to tylko moje subiektywne odczucia, ale podzielam je jak nikt!

  23. 23 michał

    Zgaduje Pan błędnie, Panie Triariusie. Nie mogę mieć żadnej „lojalności wobec Rosji” i na pewno nie „czuję się Białym Rosjaninem”, bo niby jakim cudem mógłbym?? Moja lojalność, jeżeli wolno to tak określić, jest wyłącznie wobec prawdy. Postaram się to wyjaśnić, ale niestety nie mogę w tej chwili.

  24. 24 triarius

    OK, „nieuświadomionym białym Rosjaninem”. Mądry człek na moim blogu mówił, że Mackiewicze, chyba ten od „Kochanka niedźwiedzicy” (co za tytuł, swoją drogą!), i jacyś tam jeszcze mi jeszcze bardziej obcy, to w sumie mentalnie byli Rosjanie.

    Daruje Pan, ale w moim naiwnym pojęciu potrzeba jednak jakiejś b, specyficznej „żyłki”, by czegokolwiek dobrego dopatrzyć się właśnie tam. Czy to będzie Iwan Kalita, czy słodki Iwaniuszka, czy Spory Piet’ka, czy Ojczulek Narodów… Z mojej odległości ew. różnice zacierają się niemal całkowicie. No nie – Magnitogorsk, Krowa… jak jej było?… Nóż Kolesowa, Elektryczność, Miczurin… A, i Zimny Wychów Cieląt, zna Pan? To jest jednak Postęp!

  25. 25 michał

    POST SCRIPTUM DO POLEMIKI Z P. JASZCZUREM W POWYŻSZYM ARTYKULE

    Byłem długo przekonany, że nie ma żadnych podstaw, by przypisywać chrlowskim komunistom wątpliwą zasługę stworzenia wirusa covid-19 w laboratorium. Wyznaję, że poniższy artykuł zachwiał moim przekonaniem.

    https://nymag.com/intelligencer/article/coronavirus-lab-escape-theory.html?utm_source=pocket-newtab-global-en-GB

    Artykuł jest bardzo długi, ale bardzo ciekawy i wart uważnej lektury. Proszę wszakże zwrócić uwagę, że autor koncentruje się na kiepskich wymogach bezpieczeństwa w chrlowskich laboratoriach (np. historia o lodówce pełnej groźnych wirusów, wystawionej na korytarz) raczej niż akcie wojny biologicznej. Bedąc zachodnim naukowcem, autor wskazuje, że tysiące podobnych naruszeń protokołów higieny i bezpieczeństwa miało miejsce w o wiele bardziej zaawansowanych zachodnich laboratoriach. Jego krytyka skupia się na samych eksperymentach z żywymi wirusami, na próbach stworzenia syntetycznych wirusów, w celu „uprzedzenia natury”, raczej niż na chrlu. I stąd jego konkluzja:

    But in the climate of gonzo laboratory experimentation, at a time when all sorts of tweaked variants and amped-up substitutions were being tested on cell cultures and in the lungs of humanized mice and other experimental animals, isn’t it possible that somebody in Wuhan took the virus that had been isolated from human samples, or the RaTG13 bat virus sequence, or both (or other viruses from that same mine shaft that Shi Zhengli has recently mentioned in passing), and used them to create a challenge disease for vaccine research — a chopped-and-channelled version of RaTG13 or the miners’ virus that included elements that would make it thrive and even rampage in people? And then what if, during an experiment one afternoon, this new, virulent, human-infecting, furin-ready virus got out?

    “Furin-ready” to jest techniczny termin, który określa gotowość cząstek wirusa do przeniknięcia do sąsiednich komórek. To jest owo tajemnicze „pęknięcie” (cleavage), o którym mówiła dr Yan.

    A zatem z moich trzech punktów: 1) komuniści z pewnością są gotowi do wojny biologicznej, ale 2) w tym wypadku jej nie wywołali, choć przyczynili się do proliferacji wirusa oraz 3) za to doskonale wykorzystują jej konsekwencje – tylko punkt drugi domaga się korekty. Być może ją wywołali, ale najprawdopodobniej niechcący, czyli jak się to zgrabnie mówi po angielsku, cock up rather than conspiracy.

    Podobny komentarz opublikowałem pod artykułem p. Jaszczura na jego witrynie.

  26. 26 michał

    Drogi Panie Triariusie,

    Wedle rycerskiej tradycji, wroga trzeba tłuc po głowie, nie przestając go miłować. Słowa o Olszynce są więc zupełnie nie na miejscu. W okopach Woli byłbym stał obok Sowińskiego – który odznaczył się wcześniej, walcząc u Kościuszki, w armii pruskiej, dla Napoleona, w armii rosyjskiej i w powstaniu, bez nienawiści – a gdzież indziej mógłbym stać? Wielu polskich zachowawców, którzy nie zgadzali się z powstaniami, wzięło w nich nadal udział. Nawet jeżeli „nie klękajcie wy przede mną, bo nie jestem żaden święty…” jest mitem, to jest mitem rycerskim. Nienawiść jest konieczna dla zmobilizowania mas do walki, do pobudzenia i rozbudzenia, rycerze walczyli bez nienawiści. Dlatego wszystkie nacjonalizmy są tak chamskim zjawiskiem.

    Ten człowiek na Pańskim blogu był raczej tuman, jeżeli tak mówił, bo „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy” napisał oczywiście Piasecki, któremu zresztą jego antykomunizm mieszał się bardzo z rusofobią. Stanisław Cat-Mackiewicz był zdecydowanym rusofobem, co nie przeszkadzało mu recytować Puszkina w oryginale z pamięci. Józef Mackiewicz był zdecydowanym rusofilem, co nie przeszkadzało mu być antykomunistą. Tak to się plecie w prawdziwym świecie, a nie w tym wydumanym. „Mentalni Rosjanie” mają się do tych komplikacji, jak alpaga do dobrego wina.

    Są gusta i guściki, jednym się podoba Lew Tołstoj, a innym Rodziewiczówna, nie ma rady. Gdybyśmy wszyscy lubili to samo, to świat byłby śmiertelnie nudny. Nie rozmawiajmy więc o gustach, ale o faktach na temat Rosji w ostatnich jej latach, to znaczy 110-120 lat temu i więcej, bo Rosja nie istnieje od 1917 roku.

    Sam Pan przytoczył, zdumiewający wymiar sprawiedliwości, sądownictwo, któremu do pięt nie dorosły systemy sądownicze dzisiejszych „demokratur”. Policja jest być może najlepszym obrazem sprzeczności tego państwa. Ochrana była nie tylko arbitralna, ale także sprawna i pod wieloma względami wybitnie twórcza w stosowaniu coraz to nowych metod kontroli nad zagrożeniem rewolucyjnym – one się mogą nie podobać liberałom, ale Panu?!… Kiedy rewolucjoniści planowali samobójczy atak lotniczy na pałac, w którym przebywała cała rodzina carska, to Ochrana sprawnie rozbroiła spisek, w przeciwieństwie do „demokratycznej” CIA 11 września, przed 20 laty. W roku 1900, wśród rewolucyjnego wrzenia, zaledwie 9 tysięcy policjantów pilnowało porządku w prowincjach. Na 100 milionów rzekomo wrogich caratowi chłopów, na niesłychane odległości, geograficzne bariery i klimatyczne trudności, to chyba nie są liczby typowe dla policyjnego państwa. Brytyjczycy mieli w tym samym czasie więcej policjantów w jednej tylko Irlandii – małej wysepce o niskim zaludnieniu – niż „carskie państwo policyjne” na obszarach po stokroć większych.

    Niesławne zesłanie na Sybir, porównywane często do gułagu, było tak luksusowe w ostatnich latach Rosji, że Dzierżyński musiał przekonywać swych towarzyszy, by uciekli wraz z nim. Zważywszy, ile razy całe to bolszewickie bydło było aresztowane, skazywane i zesłane, po to tylko, by natychmiast uciec i dalej ruszać z posad bryłę świata, to szkoda, że Rosja nie była ciut mniej liberalna wobec wrogów ludzkości. Ale, i znowu nieszczęsna zgoda nam zagraża, nadmierny liberalizm, w przeciwieństwie do łaski, jest zawsze słabością. Interesujący w tym wszystkim jest pełen triumf bolszewickiej propagandy w przedstawieniu caratu jako piekła na ziemi. Nie do wiary, jakie kawałki wpajano w moje dzieci na temat puczu Lenina, w dobrych brytyjskich szkołach: czysta bolszewicka agit-prop, wraz ze „słusznym gniewem ludu” i temu podobnymi nonsensami, uznananymi za historyczną prawdę. Drugi nurt tego pseudo-myślenia, to jest „od białego do czerwonego caratu”. Tytuł sławnej (i dobrej) książki Sebaga o Stalinie, jest jak żywcem wzięty z Kucharzewskiego.

    Dla uniknięcia nieporozumień, nie winię Pana za szerzenie nieprawdy o Rosji. Jest Pan w tym względzie raczej ofiarą. Ofiarą propagandowych tygrysów…

  27. 27 Andrzej

    Z opóźnieniem za które przepraszam pozwolę sobie zabrać głos w kwestii „terminala” i „stacji roboczej”. W informatyce funkcjonują oba określenia, wzięte bezpośrednio z języka angielskiego: terminal jako „stacja operatora” systemów wielodostępnych (centralny komputer z „końcówkami” operatorskimi, systemy lat 70-tych i 80-tych) oraz workstation jako komputer będący elementem sieci komputerowej (z serwerami lub bez, lata 90-te i dalej). Są to więc dwa różne pojęcia i potoczne zastosowanie słowa „terminal” do pojęcia komputera w sieci komputerowej wydaje mi się błędem.

  28. 28 michał

    Dziękuję, Panie Andrzeju, za wyjaśnienie. Czyli jak wobec tego nazywa się po polsku taki „Bloomberg Terminal”, o którym była mowa wyżej?

    https://www.bloomberg.com/professional/solution/bloomberg-terminal/?utm_source=bloomberg-menu&utm_medium=terminal&bbgsum=DG-WS-PROF-SOLU-TERMINAL-bbgmenu

    Zmieniając temat, czy znalazł Pan czas, żeby przynajmniej przejrzeć ten artykuł o wirusie (linka trzy komentarze wyżej)? Wydał mi się bardzo ciekawy i wyczerpujący (w każdym sensie tego słowa). Ale jestem ciekaw Pańskiego zdania.

  29. 29 Andrzej

    Panie Michale,

    „Bloomberg Terminal” wydaje mi się pasować do definicji terminala jako stanowiska systemu wielodostępnego z centralnym systemem komputerowym. W tym przypadku, przetwarzającym dane finansowe w czasie rzeczywistym i udostępniającym je oraz narzędzia ich analizy. Dzisiaj jest to realizowane poprzez technologię cloud computing („przetwarzanie w chmurze”). Ta technologia koncepcyjnie (w dużym skrócie) przypomina dawne podejście, gdzie użytkownik miał do dyspozycji swoje stanowisko z dostępem do systemu oferującego mu możliwość przetwarzania danych. Stąd może bierze się określenie przez Bloomberga stanowiska dostępowego do ich serwisu mianem „terminal”. W 1981 roku był to zapewne klasyczny komputerowy system wielodostępny (odległe połączenie mogło być realizowane przez specjalne modemy, a nawet przez własną infrastrukturę łączności). „Terminal Bloomberga” postrzegam jako stanowisko dostępu co ich centralnego serwisu finansowego.

    A artykule na temat korona-wirusa do którego podał Pan linkę jest tak dużo informacji, że nie jestem w stanie odnieść się do szczegółów. Odpowiadam ogólnie co sądzę.

    Osobiście uważam, że wirus Covid-19 nie został stworzony przez człowieka (zaczęto badać to na Zachodzie już rok temu i nie stwierdzono powszechnie ingerencji). Truizmem jest, że wobec postępu w medycynie pozwalającego leczyć dawniej śmiertelne choroby, wciąż pojawiają się lub odkrywane są nowe, natura nie znosi próżni. Okoliczności rozprzestrzenienia się wirusa z Wuhan, świadczą jednak o tym, że mogło to być świadome i celowe działanie (eksport wirusa z CHRL). Przez pewien czas od publicznego ujawnienia pojawienia się wirusa Wuhan był dostępny dla ruchu ludności, m.in.funkcjonowało międzynarodowe lotnisko (ten stan rzeczy trwał mniej więcej tydzień; pisała o tym AP, a do tego powszechnie znane są relacje o ignorowaniu wcześniejszych przestróg lekarzy w Wuhan; nie wiemy od jakiego czasu wirus rozprzestrzeniał się nierozpoznany, przypomina wszakże SARS i wywołuje objawy podobne do grypy). Komuniści chińscy w tym czasie ukrywali fakt istnienia i rozprzestrzeniania się wirusa, a będące na ich pasku WHO twierdziło, że jest niegroźny dla reszty świata. Dopiero gdy wirus wydostał się na świat zamurowali i zablokowali Wuhan, siłą i przymusem eliminując zagrożenie na swoim terenie. To co mogli zrobić bezkarnie komuniści – stworzyć wielki „obóz” (robią takie rzeczy wobec Ujgurów i Kazachów w Sinciangu) i zdusić zagrożenie – nie chcieli lub nie mogli zrobić inni. Od tego czasu nie ma w CHRL mowy o żadnym kryzysie spowodowanym covid-19, gospodarka komunistyczna działa pełną parą, a uległe komunistom WHO bada dziś „prawdziwe pochodzenie wirusa”. Jakiekolwiek ustalenia będą ustaleniami chińskiej kompartii, nikt z WHO nie powie, że wirus został uwolniony z komunistycznego laboratorium (pewnie „wykryją”, że wirus nie pochodzi z terenu CHRL). Świat tymczasem walczy o przeżycie, a „niektóre kraje” (termin z „braterskiej” rozmowy telefonicznej Putin-Xi, przeprowadzonej w obliczu pandemii wiosną ubiegłego roku), zgodnie z daną „obietnicą”, słono płacą za swoją postawę – dostają mocno w kość. Broń biologiczna nie musi być „wyhodowana” w laboratoriach. Kontrolowana przez komunistów pandemia jest dla nich doskonałym narzędziem.

    Konstatując to co powyżej dodam, że to co pisze autor polecanego przez Pana artykułu w kwestii celowego uwolnienia wirusa jest wg mnie bardzo prawdopodobne. Sądzę, że nie podważa to mojej opinii na ten temat i mam tylko jedno zastrzeżenie. Wydaje mi się, że nie trzeba było wcale ingerować w wirusa. Wystarczyło poczekać aż odpowiednio zmutuje się sam (wiedząc, że mutuje i np. przenosząc go między różnymi gatunkami zwierząt). Nie wiem czy naukowcy stwierdzili czy zaprzeczyli, że SARS-2 może być zmutowanym SARS z 2003 roku lecz sama nazwa zdaje się sugerować związek, jakby drugą wersję. Chociaż zawarte w artykule informacje i argumenty odnośnie ingerencji ludzkiej w kod wirusa brzmią wiarygodnie (nie mam żadnej wiedzy w tej dziedzinie), mam wrażenie, że opierają się niepotwierdzonych szerzej hipotezach. Po roku badań wirusa w zachodnich laboratoriach, żadne z nich tego nie ogłosiło. Nie sądzę aby wszystkie oplotła komunistyczna sieć. Są przecież też laboratoria wojskowe, które raczej nie mogą sobie pozwolić na fałszowanie rzeczywistości.

    Laboratorium w Wuhan istnieje, prowadzi badania i eksperymenty. Zarządzają nim zdolni do wszystkiego komuniści, prowadzący ofensywę przeciwko niepodbitemu jeszcze przez nich światu. Ich strategia jest znana: oszukać, osłabić, rozbić, przejąć lub podbić. Miesiąc temu w internecie pojawiły się fałszywe informacje, że jest ono tak naprawdę własnością brytyjskiego koncernu GlaxoSmithKline i pracuje na rzecz rzekomo podległemu mu Pfizer, którym z kolei steruje m.in. Bill Gates. To na milę pachnie celową dezinformacją. Komunistyczny ustrój cechuje też bałagan organizacyjny, brak profesjonalizmu, brakoróbstwo itp. itd. Wszystko jest możliwe. Sieci komunistów oplotły cały świat, pracują dla nich zachodni naukowcy itd. Ich wypowiedzi są w ich własnym interesie, ergo w interesie komunistów. To jest fakt. Wszystko to razem czyni, że artykuł w „New York” brzmi wiarygodnie.

    Rzecz w tym, że dziś głównymi rzecznikami tezy o uwolnieniu wirusa przez komunistów chińskich jest Trump z QAnon za plecami i tym samym każdy, kto próbuje dojść prawdy jest już z góry określany jako jednoczesny wyznawca „sfałszowanych wyborów” i „spisku iluminatów”. Alternatywą są jednak informacje i „dowody” dostarczane przez komunistyczne i prokomunistyczne instytucje. Jak szukać prawdy, skoro komuniści rozdają karty? Sądzę, że można jej dochodzić, przede wszystkim analizując skutki ich działań.

  30. 30 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Na kwestię proweniencji wirusa odpowiem później. Wydaje mi się to bardzo interesujące i godne zastanowienia.

    Terminal Bloomberg był jeszcze w latach 90. dosłownie osobnym komputerem. Ich konkurent, Reuters, był nazywany w żargonie, „Reuters’ screen”. A zatem w dawnych czasach, to było „hardware”, ale w dzisiejszych chyba już tylko „software”, którego można użyć na najrozmaitszych urządzeniach, po prostu jako „app”. Czy to ma Pan na myśli?

  31. 31 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Artykuł Nicholsona Bakera wydaje się wskazywać, że Covid-19 NAJPRAWDOPODOBNIEJ został stworzony w laboratorium. Nie NA PEWNO, ale nie ma na razie żadnych wskazówek, że taka ewolucja nastąpiła naturalnie. Jego artykuł czyta się jak sensacyjną powieść, co może nie jest najlepszą reklamą dla naukowej analizy. Wydaje mi się, że jego argumentację można sprowadzić do kilku punktów.

    Po pierwsze, wielu zachodnich naukowców, Daszak, Baric, Fouchier, Fauci – ten sam dr Fauci, słynny z opozycji wobec Trumpa i jego podejścia do wirusa – wraz z Shi Zhengli z Instytutu Wirusologii w Wuhan, są w jakiś sposób zamieszani w badania nad syntetycznymi wirusami, tzn. wirusami o zmienionej strukturze, w które sztucznie „importowano” kwasy, powodujące łatwość zarażenia. Chwalili się tym przez lata, bo było to wyraźnie wielkim osiągnięciem, ale teraz nabrali wody w usta (czemu być może nie należy się dziwić).

    Po drugie, chińscy robotnicy, którzy umarli na niezidentyfikowane wirusowe zapalenie płuc, po tym jak wymiatali odchody nietoperzy w szybie kopalni miedzi w prowincji Junan w 2012 roku. Zabił ich wirus RatG13, zidentyfikowany w nietoperzach, i najbliższy genetycznie SARS-CoV-2. Różnica między nimi jest niewielka genetycznie, ale ogromna w praktyce: ten pierwszy, od którego umarli anonimowi chrlowscy robotnicy, nie był zaraźliwy (zmarli zapewne od natężenia obecności wirusa w odchodach i przedłużonej ekspozycji, ale nie zarazili nikogo). Pozbawiony był cech, które naukowcy próbowali od lat osiągnąć, a nazywali niewinnie brzmiącym określeniem „gain of function (GoF)”, tj. dodaniem żywotnych funkcji do genetycznego składu wirusa.

    Po trzecie, nie wiadomo, co się działo z wirusem nietoperzy w laboratoriach pomiędzy 2013 i 19 rokiem, bo nikt nie chce się dziś przyznać. Wiadomo natomiast, że wirus był badany i manipulowany. Nicholson Baker podkreśla, że nie można wykluczyć tu naturalnej ewolucji. A jednak, gdy wiadomo, że wirusy były poddawane manipulacji genetycznej, a dziś nikt nie chce przyjąć odpowiedzialności i wyjawić, jakiej manipulacji poddał wirus z nietoperzy, to trudno odrzucić hipotezę, że to w laboratorium nastąpiła ta kluczowa zmiana, dodanie żywotnych funkcji do wirusa.

    I po czwarte, dodać należy geograficzną bliskość Instytutu Wirusologii w Wuhan, gdzie dokonano syntetycznej sekwencji wirusa z nietoperza, laboratorium Centrum Prewencji Chorób w Wuhan, gdzie zidentyfikowano pierwszych zarażonych, i targu w Wuhan, gdzie miał miejsce pierwszy masowy wybuch epidemii. I wreszcie, znane skądinąd, swobodne podejście do zasad higieny i bezpieczeństwa we wszystkich trzech „instytucjach”.

    Interesuje mnie tu faktyczny stan rzeczy, odrzućmy zatem fakt, że głupcy zarzucają chrlowi wypuszczenie wirusa na cały świat. Nie wiedząc, co mówi, głupiec może nadal przypadkiem powiedzieć prawdę, co nie sprawia, żeby przestał być przez to głupcem.

    Podobnie jest z opowieściami o Gatesie czy o celowym rozprzestrzenieniu wirusa w Wuhan przez kompartię. Delikatnie mówiąc, nie ma na to dowodów. Ale jeżeli się pojawią, to będę pierwszy, żeby o nich mówić. Na razie, tj. na podstawie artykułu Bakera, wydaje się, że wirus został stworzony w laboratorium i rozszedł się przez brak ostrożności.

  32. 32 Andrzej

    Tak Panie Michale. Początkowo główną rolę spełniał sprzęt (hardware) na którym były zainstalowane programy – narzędzia (software). Dziś to jest często tylko oprogramowanie, pozwalające nie tylko na dostęp do danych ale też do usług – narzędzi do korzystania z tych danych.

  33. 33 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    OK. To wszystko brzmi wiarygodnie. Nie dziwi mnie, że bardzo wielu naukowców amerykańskich współpracowało i współpracuje z komunistycznymi instytutami w CHRL. Nie dziwi mnie, ze wśród nich jest dr Fauci. Ale całe USA współpracuje z komunistami i cała Europa i cały świat. Lecz czy stwierdzenie „w jakiś sposób” jest wystarczające? Chciałbym wiedzieć w jaki. Czy manipulacje kodem wirusa przez chrlowskie instytuty są jeszcze gdzieś potwierdzone?

    Jak napisałem, dla mnie udział chińskich komunistów w uwolnieniu wirusa jest pewny (w połowie kwietnia opisano ten ciąg zdarzeń: https://apnews.com/article/68a9e1b91de4ffc166acd6012d82c2f9), a to że przedtem go rozpracowali – bardzo prawdopodobne.

  34. 34 michał

    Panie Andrzeju,

    Fakt, że nie ostrzegli publiki przed epidemią przez sześć dni, da się wytłumaczyć inaczej. Paniką, strachem, typową dla komunistów paranoją, propagandą sukcesu, zwykłą głupotą, znowu typową dążnością do ukrywania wszystkiego, co nie daje się łatwo wyjaśnić, oczekiwaniem na instrukcje z góry, lękiem przed kompromitacją, zwykłą ignorancją, niekompetencją, brakiem zdecydowania, arogancją (w sensie: nie ma strachu, dobrze jest!) itp. Opóźnienie jest kryminalne, ale nie musi dowodzić, że wiedzieli cały czas, co robią.

  35. 35 Andrzej

    Panie Michale,

    Oczywiście wszystko możliwe jakkolwiek sądząc po skutkach ekonomiczno-politycznych łatwiej mi uwierzyć w celowe działanie. Niezależnie od tego wszystkiego, rezultat był jednak ten sam: wirus rozprzestrzenił się na cały świat. Sądzę, że komuniści byli tego świadomi i ponoszą za to odpowiedzialność.

  36. 36 michał

    Słuchałem przed chwilą wywiadu z profesorem Francois Balloux, dyrektorem Instytutu Genetyki w londyńskim UCL. Mówił, że jakkolwiek hipoteza „manipulacji genetycznej” i „wycieku z laboratorium” jest możliwa, to jednak bardziej prawdopodobna pozostaje hipoteza naturalnej ewolucji poprzez stopniowe mutacje. Powiedział coś w tym rodzaju (cytuję oczywiście z pamięci): patrzę na ten wirus pod mikroskopem i nie widzę w nim niczego niezwykłego ani nadzwyczajnego, czego nie widziałem wcześniej w wirusach SARS.

    Józef Mackiewicz wołał, byśmy nie czynili z komunistów nadludzi – „ani geniusze, ani nadludzie”. W rzeczywistości, są to ludzie raczej tępi, toteż kiedy zdarza im się brać za nadzwyczajne przedsięwzięcia, to knocą je zazwyczaj w fazie wykonania. Najlepiej działają wówczas, gdy reagują na wydarzenia. I tak chyba było z wirusem.

  37. 37 Dariusz Rohnka

    Kwestia naturalności/syntetyczności wirusa jest bardzo istotna. Opcja nr dwa (wirus wykonany albo skutecznie zmodyfikowany w laboratorium) oznacza pełną swobodę manewru dla planistów. Skłonny jednak jestem przypuszczać, że tym razem (jeszcze) wykorzystano naturę, a gigantyczny wymiar pandemii zawdzięczamy sprawności organizacyjnej całej struktury socjalistycznego związku państw opiekuńczych. Sugeruję się prostą zasadą – kiedy nie wiadomo kto popełnił zbrodnię, szukamy motywów, a te wskazują na wcześniej wzmiankowany szpo. Kto zyskuje? Nierządy wszystkich państw (mają okazję pozamiatać pod dywan wszystkie inne błędy, przy okazji potresować nieco obywatela – co przecież uwielbiają robić); media, dla których każda zła informacja jest warta tysiąc razy więc niż dobra, a zła informacja ciągnąca się miesiącami/latami to ideał; organizacje międzynarodowe, who, i wszystkie inne literki alfabetu; koncerny farmaceutyczne, rzecz jasna; etc. Wiele mówi się o chrl jako o głównym beneficjencie, co wydaje się póki co zasadne. To chrl wywołała psychozę (słynne, a rzekome, zaspawywanie drzwi wuhanowcom), to chrl produkują dziś pełną parą, a wirusa ma w najgłębszym poważaniu.

    Wszystko dzieje się tak szokująco sprawnie, ponieważ żyjemy w czasach totalnego nierządu, który pozwala sobie robić z ludźmi co zechce: zamykać, odbierać pracę, no i… straszyć na potęgę. Tymczasem covid (czy jak to to zwą) jest najprawdopodobniej tylko kolejnym ze znanych z historii medycyny bardzo groźnym wirusem, jak grypa azjatycka, hongkong, czy osławiona hiszpanka. Czytając pamiętniki Romera natrafiłem na informację dotyczącą hiszpanki. Był to zapis zdaje się z 1918 roku. Romer opisywał straszne działanie tej choroby, stwierdzał, że zapadają na nią całe rodziny, że szczególnie często wywołuje zapalenie płuc a w konsekwencji zgon. Na całe 3000 stron poświęcił hiszpance jakieś… pół strony i nigdy do niej nie powrócił. Temat nie wydawał mu się zapewne dość istotny, żeby o nim wzmiankować przez kolejne 365 dni w kalendarzu. Ciekawe dlaczego?

  38. 38 michał

    Darku (i Panie Andrzeju też),

    Stosunkowo powściągliwa reakcja Romera – i generalnie, ludzkości w ogóle – na liczbę zarażeń i ofiar hiszpańskiej grypy, da się wyjaśnić potwornościami Wielkiej Wojny. Hekatomba ofiar była tak niesłychana, i tak niespodziewana, zwłaszcza na zachodnim froncie, że ludzie po prostu byli bardziej odporni i wręcz uniewrażliwieni (jeśli jest takie słowo, ale jeżeli nie ma, to powinno być) na wiadomości o masowych ofiarach. Hiszpanka była niczym w porównaniu do okropieństw wojny w okopach, o których opowiadali powracający do domu, zdemobilizowani żołnierze. Anegdotycznie mogę dodać, że moi dziadkowie i rodzice, nigdy nie opowiadali o powojennej grypie, to w ogóle nie istniało w ich wspomnieniach.

    Co do kwestii pochodzenia wirusa, a szerzej źródeł pandemii, widzę tu dwa zasadnicze pytania, które prowadzą do czterech różnych stanowisk.

    Pierwsza kwestia dotyczy zarówno genetyki, jak genezy wirusa, w skrócie: „naturalny czy syntetyczny”. Powstał przez naturalną ewolucję, czy też stworzony został przez manipulację w laboratorium? Druga, jest problemem politycznym, czy wirus został wypuszczony na chrlowską ludność celowo, z pełną świadomością konsekwencji czy przypadkowo. Paradoksalnie, te dwie kwestie nie są ze sobą ściśle związane (albo: są, ale tylko w jednej opcji). Proponuję zatem, żeby ograniczyć się tymczasowo do tych czterech możliwości i zostawić rozważania cui bono na kiedy indziej. One do rzeczy nie należą. One są funkcją dalszego ciągu.

    1. Naturalny i przypadkowy jest najpowszechniej przyjętą opcją. Wirusy ulegają mutacji, a kilka stopni mutacji powoduje powstanie nowej odmiany. Wirusy grypy ewoluują każdego roku tak bardzo, że trzeba corocznie modyfikować szczepionki. A zatem nowa wersja wirusa, która nazwana została SARS-CoV-2, pojawiła się w chrlu, zaraziła ludzi w Wuhan i rozeszła się po całym świecie.
    2. Naturalny i nieprzypadkowy. Wirus powstał w wyniku naturalnej ewolucji, ale zanim się rozszedł, komuniści chrlowscy dojrzeli jego potencję i pozwolili mu się rozejść, by zarazić cały świat.
    3. Syntetyczny i przypadkowy. W ciągu ubiegłych 20 lat pracowano na całym świecie nad wirusami SARS, manipulując nimi w laboratoriach, zwłaszcza, próbując osiągnąć „gain of function”, które Covid-19 wykazuje. Taki sztucznie stworzony wirus, wyciekł następnie z laboratorium w Wuhan.
    4. Syntetyczny i celowy. Stworzony w laboratorium wirus został świadomie i celowo wypuszczony na ludność Wuhan, w oczekiwaniu, że rozejdzie się na cały świat, podczas gdy w chrlu będzie można go kontrolować przy pomocy skrajnie brutalnych, „totalitarnych” metod, aż do wywożenia zarażonych w nieznanym kierunku włącznie.

    Z tak zarysowanych możliwości, wydaje mi się, że obaj Panowie, ale także p. Jaszczur na przykład, skłaniacie się do czwartej opcji. Osobiście skłaniałbym się nadal do opcji pierwszej, choć dyskutowany wczoraj artykuł zachwiał mną na tyle, że biorę poważnie pod uwagę opcję trzecią.

    Nie wydaje mi się wszakże prawdopodobne, by chrlowcy, z całym swoim moistowskim bagażem, byli w stanie przeprowadzić opcję drugą lub czwartą. Nasuwa mi się tu tzw. leninowski most. Otóż wódz rewolucji, już ww pierwszych latach sowietów, zauważył, że „sowiecka robota”, to była zła robota; że sowiety są w stanie zmobilizować miliony do walki z Wranglem, ale nie naprawić most. Ot, taki bolszewicki feblik. Mao mógł organizować długi marsz, skok w bok, albo nawet naprzód, ale nie mógł wyżywić ludności. To jest ponad ich możliwości.

    Jeżeli podejdziemy do tej sytuacji z pytaniem: kto popełnił zbrodnię?, to zakałapućkamy się w możliwych motywach. A co jeżeli nie było zbrodni? Kiedy człowiek umiera na zapalenie płuc, to czy ktoś musi być koniecznie winien? To szukanie winnego w każdej sytuacji jest też cechą współczesności.

  39. 39 Andrzej

    Panie Michale,

    Starałem się przekazać w moich komentarzach to co pisze Pan o drugiej opcji.

    Napisałem m.in. to, że uważam, że wirus Covid-19 nie został stworzony przez człowieka, że wydaje mi się, że nie trzeba było wcale ingerować w wirusa i wystarczyło poczekać aż odpowiednio zmutuje się sam. Napisałem także, że okoliczności rozprzestrzenienia się wirusa z Wuhan, świadczą jednak o tym, że mogło to być świadome i celowe działanie (eksport wirusa poza CHRL). Sądziłem, że napisałem jasno ale najwyraźniej coś pogmatwałem.

  40. 40 Dariusz Rohnka

    Michał,

    „Uniewrażliwieni” – takie słowo (do tej pory) nie istnieje. Zastępuje je słowo: „zobojętnieni” – sens oddaje raczej ściśle, choć brak mu zapewne stosownej ekspresji.

    Czy brak reakcji ze strony Romera wynikał bezpośrednio z doświadczonych „okropności wojny”? Mogło tak być, bez wątpienia. Mnie się jednak zdaje, że choroba (nawet tak łatwo panosząca się po świecie) należała zwyczajnie do utartego porządku rzeczy. Romer napisał coś o podobnym „epidemicznym” zjawisku z końca XIX wieku i… zmienił temat. Choroby były, są i będą. Także śmierć nie jest zjawiskiem ekstraordynaryjnym. Przychodzi do każdego, czasem spodziewanie, czasem nie. Niekiedy w swoim czasie, innym razem przedwcześnie. W czasach Romera rozumiano to, przyjmowano do wiadomości. Odnoszę wrażenie, że współczesność ma z tym niejaki problem.

    Nie mam żadnej niezwykłej wiedzy na temat właściwości wirusa, dlatego skupiam się wyłącznie na genezie związanej z nim psychozy oraz krokach podejmowanych przez nierządny ogół w wątpliwym celu zwalczania rzekomej pandemii. Nie mogę wybrać jednego spośród zaproponowanych przez Ciebie wariantów, ponieważ to wykracza poza zakres moich kompetencji. Jedynie na podstawie swobodnie rzucanych w świat dat i informacji, mogę domyślać się, że:

    – wirus pojawił się znacznie wcześniej (o przynajmniej kilka miesięcy) aniżeli nastąpiło jego oficjalne „odkrycie”;

    – chińscy komuniści jako pierwsi odkryli jego bardzo szczególne cechy, a szczególnie dwie, nader interesujące: wysoki współczynnik umieralności wśród ludzi chorych, chorobliwie otyłych i w podeszłym wieku oraz względną nieszkodliwość dla całej reszty populacji;

    – te dwie szczególne cechy poprowadziły ich do dwóch wniosków: a) wirus praktycznie wcale nie zagraża chińskiej populacji w tzw. „wieku produkcyjnym”; b) może zostać spożytkowany jako środek do symulowanej globalnej wojny biologicznej (coś w rodzaju „gier wojennych” poprowadzonych na gigantyczną skalę);

    – tak też postąpili, dla celów propagandowych skręcając materiał o spawalnictwie drzwi przy użyciu „ukrytej kamery” oraz jakiejś bardzo znanej (czy nie bbc?) stacji tv (nie widziałem tego nonsensu, więc szczegółów nie znam);

    – prowokacja (jak to komunistyczna prowokacja) zadziałała i świat, w postaci organizacji odpowiedzialnych za panujący w nim nieporządek, strasznie się przejął.

    W poprzednim swoim komentarzu poruszyłem kwestie zbrodni i jej winowajców ponieważ jestem absolutnie przekonany, że owa prowokacja została rychło rozszyfrowana przez zdecydowaną większość nierządnych. Postanowiono wziąć w niej udział z pełną premedytacją, ponieważ „wyzwalała” od wszelkich innych trosk, dając w zamian szansę „wykazania się”.

    Konsekwencje są dwie: ruina ekonomiczna milionów indywidualnych istnień oraz ich rodzin (w wielkim skrócie); drastyczne ograniczenie leczenia wszystkich innych chorób i w konsekwencji spowodowanie o wiele wyższego poziomu śmiertelności aniżeli poziom, który zostałby osiągnięty, gdyby nie podejmowano żadnych restrykcyjnych, drastycznych kroków „przeciw pandemicznych”.

    Piszesz, że nie jest koniecznie zbrodnią, gdy umiera człowiek na zapalenie płuc. Zgadza się. Ale czy nie jest zbrodnią zamykanie „ośrodków zdrowia” przed ludźmi, którzy ze względu na brak stosownej interwencji medycznej będą umierać, wciąż umierają i będą umierać przedwcześnie jeszcze przez wiele lat w przyszłości na… liczne choroby, które mogłyby być uleczone, gdyby w stosownym czasie zostali skierowani do specjalisty?

    Nie śledzę statystyk zbyt skrupulatnie, ale wiem, że śmiertelność w peerelu drastycznie wzrosła w ostatnich miesiącach, i zjawisko to nie ma wiele wspólnego z bezpośrednim oddziaływaniem wirusa.

  41. 41 michał

    Proszę wybaczyć, Panie Andrzeju, to na pewno moja wina. Źle Pana zrozumiałem. Zrozumiałem błędnie, że sądząc po skutkach ekonomiczno-politycznych, doszedł Pan do wniosku, iż musiało to być celowe działanie od początku do końca. Bardzo przepraszam.

    Eksport wirusa poza chrl i w ogóle okoliczności jego rozprzestrzenienia, moim zdaniem, należą do dalszych konsekwencji. Nie powinny mieć wpływu na wybór jednej z tych czterech opcji, bo mącą obraz. Tak mi się zdaje. Może dlatego, przypisałem Panu tezę, której Pan nie wypowiedział, że skutki mieszają obraz.

    Jeżeli dobrze rozumiem, co czytam i słyszę o ewolucji wirusów, to nie można „czekać, aż się odpowiednio zmutuje”. Mutacje są bezustanne i przypadkowe (random), w przytłaczającej większości bez znaczenia, ale (jak tłumaczył prof. Balloux, którego przytaczałem wczoraj), wśród tych przypadkowych mutacji, zdarza się jedna na kilkadziesiąt, która pozwala wirusowi robić coś nowego. Właśnie ze względu na tę przypadkowość, wirus SARS-CoV-2 jest tak podejrzany.

    Jeżeli pojawił się w rezultacie naturalnej ewolucji, to nie można było jej oczekiwać, ani przygotowywać się do jego rozprzestrzenienia, bo nikt nie mógł wiedzieć o jego pojawieniu, aż się pojawił. Z wszystkich krajów na globie, Wielka Brytania dokonuje prawie połowy wszystkich testów na „gene sequencing” wirusów. Innymi słowy, bardzo trudno stwierdzić naturalne pojawienie się nowego wirusa, bo nikt tego nie bada. A przynajmniej nie badał pod koniec 2019 roku.

    Wszystko to razem, w moim mniemaniu, czyni drugą opcję bardzo mało prawdopodobną.

  42. 42 michał

    Darek,

    Nie chodziło mi wcale o sens, który zawiera się w słowie „zobojętnienie”. Owszem, o pewną „odrętwiałość” i emocjonalny paraliż wobec zalewu koszmarnych wiadomości, ale jako proces. Odcień znaczeniowy „uniewrażliwienia” byłby tu taki, że to jest proces prowadzący do stanu niewrażliwości. Czyli przeciwieństwo „uwrażliwienia”. Coraz bardziej podoba mi się mój neologizm i będę go odtąd używał. Może napiszę cały artykuł na ten temat, któremu dam tytuł „Uniewrażliwienie na giętkość języka polskiego wśród prlowskich czytelników”.

    Ale poza tym, masz oczywiście rację co do chorób i śmierci. To jest część życia.

    Jednakże psychoza, podobnie jak działania chrlowskich komunistów na przełomie lat 2019/20, tzn. od razu po wybuchu w Wuhan, należą do konsekwencji i zaciemniają tylko obraz. Nie powinniśmy ich rozważać, jeżeli chcemy dojść, co się stało. Z genezy psychozy nie może wynikać geneza wirusa. Epidemia może być wynikiem wojny biologicznej lub przypadku, a wywołana tym psychoza może być w obu wypadkach identyczna.

    Wszystkie dalsze punkty, które podajesz powyżej, są oczywiście bardzo ciekawe, ale należą do innej debaty. Broń Boże, nie próbuję nikomu narzucać, co ma dyskutować, zwracam tylko uwagę, że te punkty są słuszne (bądź nie), niezależnie od proweniencji wirusa.

    To samo dotyczy zbrodni. W żadnym momencie nie broniłem tego, co się dzieje na całym świecie, ponieważ, jak sam doskonale wiesz, jestem sceptykiem w kwestii zamykania świata na klucz i wieszania nas wszystkich na rzeźnickim haku. Ale te rozważania nie mogą przybliżyć nas do prawdy na temat genezy pandemii.

  43. 43 Andrzej

    Panie Michale,

    Wiemy, że nikt nie badał SARS-CoV-2 na Zachodzie pod koniec 2019 roku (nikt takich badań nie stwierdził). Ale czy nikt w CHRL? Pan również zwraca uwagę na laboratorium w Wuhanie. Co jednak wcale nie musiało tam mieć miejsca, bowiem bardzo możliwe, że w Wuhanie są też laboratoria komunistycznej armii itp.

    W moim pojęciu (ale zapewne się mylę, bo się na tym nie znam) z wielu mutacji można wybrać jedną o pożądanych cechach, która mutuje dalej i postępować tak dalej aż do pożądanego skutku. Wydaje mi się realna taka właśnie strategia: z przypadkowych mutacji można wybrać kilka o pożądanych cechach, które „pozwalają wirusowi robić coś nowego” i obserwować jak dalej mutują. Wybrać następnie kilka kolejnych itd. Ale nie upieram się przy tym. Wirus mógł być taki jaki się rozprzestrzenił na początku, o tych samych skutkach. Rozpoznany odpowiednio, mógł stać się narzędziem

  44. 44 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Oczywiście jest możliwe, że w Wuhan są tajne laboratoria ludowego wojska, ale trzymajmy się tego, co wiemy. Spekulacja na temat tajnych przedsięwzięć przypomina mi sławne zastrzeżenie Immanuela Kanta: rzeczy, które są możliwe tylko pod pewnymi warunkami, które także są tylko możliwe, nie pod każdym względem wydają się możliwe.

    To fakt, że wojskowe laboratorium w Wuhan jest możliwe, ale nie ma na to żadnych dowodów, podczas gdy są dowody, że Shi Zhengli z instytutu w Wuhan pracowała nad wirusem w nietoperzach; są dowody, że w sąsiednim laboratorium w Wuhan – nie: możliwym, ale faktycznym i znanym – lodówka z groźnymi wirusami wystawiona została na korytarz. Dlaczego więc spekulować na temat tego, co jest tylko możliwe pod pewnymi warunkami – i tak dalej?

    Mutacje nie mają ani rozumu, ani woli. Podobnie jest z wirusami. Kiedy mówimy o tym, co jest dobre dla wirusa, to mamy na myśli wyłącznie jego przetrwanie. Wirusowi „jest obojętne” czy jest zaraźliwy czy nie, czy jest chorobotwórczy czy nie, ale jego przetrwanie jest bardziej prawdopodobne, jeżeli będzie mógł łatwo przeskoczyć z jednego organizmu do innego. Wirusy ewoluują zatem naturalnie w kierunku przekazywalności (zaraźliwości, z naszego punktu widzenia), a nie np. zjadliwości czy jadowitości (mówi się nawet metaforycznie, że nie leży w interesie wirusa, by zabić organizm, w którym żyje). Ale naturalna ewolucja wirusa (poprzez kroki mutacji) jest nieprzewidywalna, ponieważ jest przypadkowa (w sensie angielskiego słowa „random” czyli wyrywkowo nieprzewidywalna, a nie w sensie wypadku).

    W moim głębokim przekonaniu, dopiero kiedy wirus się pojawił – albo w rezultacie naturalnej ewolucji, albo jako wyciek z laboratorium czyli opcja 1 lub 3 – chińscy komuniści zareagowali na jego istnienie. Po prostu dlatego, że taki jest ich modus operandi. Przypisywanie im stworzenia wirusa, wypuszczenia go celowo na własną ludność, żeby następnie zarazić cały świat, wydaje mi się pomijać o wiele łatwiejszą opcję: jeżeli mają na tyle organizacji i przebiegłości (w co osobiście wątpię), że stworzyli taki wirus i wypuścili tam, gdzie chcieli, to dlaczego u siebie? Dlaczego nie gdzie indziej? Gdyby wszystko nie zaczęło się w Wuhan, nie prowadzilibyśmy dziś tej dyskusji.

  45. 45 Andrzej

    Panie Michale,

    Pańska argumentacja wydaje mi się przekonująca. Pragnę jednaj podkreślić to, że ja nie twierdzę, że wirus został wyhodowany w laboratorium lecz dopuszczam możliwość, że był badany i podlegał selekcji – tylko dopuszczam taką możliwość. Moje uwagi na temat rozprzestrzeniania wirusa dotyczą kwestii wydostania się go poza CHRL, a nie zarażenia nim jego mieszkańców. W punkcie drugim napisał Pan podobnie: „Wirus powstał w wyniku naturalnej ewolucji, ale zanim się rozszedł, komuniści chrlowscy dojrzeli jego potencję i pozwolili mu się rozejść, by zarazić cały świat.” Punkt pierwszy od drugiego, jak mi się zdaje, różni tylko ta kwestia.

  46. 46 michał

    Panie Andrzeju,

    Tym razem Pan ma rację, ponieważ najwyraźniej niejasno się wyraziłem w punkcie 2. Powinienem był powiedzieć „zanim się rozszedł na cały świat” dostrzegli jego potencję.

    Darek napisał powyżej coś interesującego. A mianowicie, że zauważyli wcześnie „wysoki współczynnik umieralności wśród ludzi chorych, chorobliwie otyłych i w podeszłym wieku oraz względną nieszkodliwość dla całej reszty populacji”, a wówczas podjęli sprawnie decyzję, że „wirus praktycznie wcale nie zagraża chińskiej populacji w wieku produkcyjnym”, zatem można pozwolić mu się rozwijać i posłać na eksport. W końcu chrl jest eksportową potęgą.

    Jeżeli to jest prawda, a podkreślić muszę, że nigdy dotąd nie słyszałem, jakoby te cechy wirusa były znane tak wcześnie, czyli jeszcze w 2019 roku, to wówczas druga lub czwarta opcja stałyby się nagle bardziej prawdopodobne. Muszę jednak z emfazą zaznaczyć, że osobiście słyszałem po raz pierwszy o zagrożeniu głównie dla starszych pewnie parę tygodni później niż wybuch (np. we Włoszech), natomiast o tym, że wirus zabija otyłych, dopiero dobre kilka miesięcy później, kiedy było wystarczająco wiele danych statystycznych, by to stwierdzić.

    Jeżeli istnieją jakiekolwiek dowody, że wiedziano o tym w Chinach wcześniej, to chciałbym je usłyszeć. Chodzi głównie o groźbę dla grubasów, bo każdy niemal wirus może być groźny dla ludzi skądinąd chorych lub w starszym wieku. Ilość ofiar wśród tłuściochów była niespodzianką, podobnie, jak proporcjonalnie większa szkodliwość między ludźmi pochodzenia azjatyckiego (z subkontynentu) i afrykańskiego. To ostatnie, o ile wiem, nadal nie jest wyjaśnione.

  47. 47 Andrzej

    Panie Michale,

    Z tego co wyszukałem pod hasłem „grypa i otyłość” wynika jasno korelacja pomiędzy zachorowalnością na grypę i przebiegiem choroby a nadwagą. To zostało już stwierdzone przynajmniej dziesięć lat temu przy okazji badania wirusa H1N1 (zmutowana wersja wirusa tzw. świńskiej grypy)

  48. 48 michał

    Znowu, bardzo ciekawe, Panie Andrzeju. Pamiętam wyraźnie rozmowę z wirusologiem, którą słyszałem w radio, gdzie facet wyrażał zdziwienie wobec statystycznie znaczącej ilości otyłych ofiar oraz większej podatności Murzynów i Hindusów (a nie Chińczyków) na wirus, wśród ludności Wielkiej Brytanii. Domagał się wówczas dalszych badań nad przyczynami tych zjawisk. Niestety to drugie zjawisko jest trudne do badania w tym kraju, bo napotyka z miejsca na zarzut „rasizmu”.

    Nigdy w życiu nie słyszałem, żeby otyli byli bardziej podatni na zwykłą grypę. Tradycyjnie mówi się dokładnie na odwrót. To właśnie ludzie zbyt chudzi są podatni na przeziębienia i grypy. W podanym przez Pana artykule padają słowa:

    whether obesity, rather than its associated co-morbidities, is an independent risk factor for severe infection is unknown

    A w konkluzji:

    half of Californians ≥ 20 years of age hospitalized with 2009 H1N1 infection were obese. Extreme obesity was associated with increased odds of death.

    Czy nie wynikałoby z tego zagrożenie dla ludzi chorobliwie otyłych? W Anglii to się nazywa „morbidly obese”, czyli tak tłusty, że podatny na wszelkie choroby. Wówczas podatność na Covid jest tylko jednym z wielu zagrożeń. Natomiast na tę zarazę umierają ludzie z nadwagą, którzy nie są technicznie „chorobliwie tłuści”.

  49. 49 Andrzej

    Czy nie wynikałoby z tego zagrożenie dla ludzi chorobliwie otyłych?

    Zdaje się, że tak właśnie jest Panie Michale i Darek wie dobrze o czym pisze. Ten materiał przygotowany pod koniec 2019 (przed pandemią Covid-19), zdaje się to potwierdzać: https://mbio.asm.org/content/11/2/e03341-19
    Badania prowadzono na myszach, a konkluzję rozpoczyna takie zdanie: „Experimental evolution of H1N1 influenza virus in obese mice results in increased disease severity.”

    Z kolei badania w kwestii związku rasy z otyłością, prowadzone w USA latach 2002-2007, przedstawione są tutaj: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3464818/table/tbl1/ (cały artykuł). Średnia BMI oraz procent ludzi otyłych są wśród Azjatów najmniejsze (ta druga wielkość znacznie w porównaniu z innymi rasami ludzi, przy porównywalnej średniej wieku osób badanych)

  50. 50 michał

    Ależ drogi Panie Andrzeju!! Czyżby sugerował Pan, że Darek wie z doświadczenia na temat zagrożenia dla ludzi otyłych?? Nigdy w życiu. Nasz podziemny przyjaciel jest potęgą i masą, ale potęgą rozumu i masą wdzięku. Muszę zdecydowanie odeprzeć sugestie, jakoby było inaczej.

  51. 51 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Napisz koniecznie ten artykuł o „zobojętnieniu” postępującym. Nie wróżę, co prawda, w tym przypadku sukcesu, bo Twoje nowe słowo zdaje się być zwyczajnie za trudne w wymowie, ale kto wie? Język Polski jest notorycznie gwałcony anglicyzmami, dlatego domaga się obrony i odpowiedzialnego wzbogacania. Rzecz jasna, nie ma niczego złego w językowych zapożyczeniach, ale tylko wówczas, jeżeli nie znajdujemy we własnym języku stosownego odpowiednika. A wiadomo jak jest – ta ostatnia reguła nie jest na ogół w ogóle brana pod uwagę. Pierwszy przykład z brzegu to „waterboardering”, drastyczny przypadek niepotrzebnej pożyczki, z którego naigrywałeś się słusznie kilka dni temu. Rzecz jasna, istnieje w j. polskim stosowny odpowiednik i bodaj bardziej komunikatywny od wersji angielskiej.

    Jeżeli chodzi o wirusa, kwestia jego pochodzenia jest oczywiście bardzo istotna, ale znajduje się poza zasięgiem moich obecnych zainteresowań. Biologia, szczególnie biologia na tak wysokim poziomie zaawansowania, nie jest moją dziedziną. Dlatego, pozostawiam ten temat z boku, zadowalając się prostym założeniem: albo istnieje obecnie możliwość stworzenia syntetycznego wirusa (ewentualnie skuteczna przeróbka już istniejącego), albo nie istnieje. W pierwszym przypadku świat może być zaatakowany kolejną pandemią w każdej chwili, w drugim – pandemiści/terroryści zmuszeni będą czekać na następną okazję do rozpętania kolejnej psychozy. W tym punkcie zatrzymuje swoje dociekania – z braku stosownych kwalifikacji.

    To że nie znam, i że nie próbuję poznać pochodzenia wirusa, nie wyklucza mnie (germanizm?) z pandemicznej debaty, jak sądzę. Dla mnie najistotniejszym punktem jest charakterystyka wirusa z punktu jego „walorów” nie tyle nawet pandemicznych, co zabójczych (o czym pisałem poprzednio). W moim przekonaniu chińscy komuniści pojęli w mig, że wirus nie stanowi śmiertelnego zagrożenia dla jakichś 90-95% ludzi, oraz że z puli zagrożonych pozostałych kilku procent wirus zabije zapewne nie więcej niż 1/30 do 1/100. Automatycznie wyciągnęli z tego stosowne wnioski: spreparowali naprędce wuhański spektakl, pokazujący jak to rzekomo potrafią zwalczać epidemię i… wrócili do wytężonej pracy ze szczytnym celem obalenia kapitalizmu na horyzoncie dążeń.

    Stwierdzasz, w którymś z komentarzu, że dopiero po jakimś czasie usłyszałeś, że jakieś szczególne grupy populacji są bardziej zagrożone od innych. Zapewne. Weźmy jednak pod uwagę, że chińscy medycy mieli stosowne statystyki w rękach znacząco wcześniej. A poza tym, konkluzje wynikające z badań i statystyk klinicznych nigdy nie są upowszechniane z dnia na dzień, dlatego docierają do nas z opóźnieniem.

    Wirus jest zabójczy dla bardzo wąskiej grupy populacji. (Oczywiście zdarzają się liczne odstępstwa od tej reguły, ale tak jest w przypadku każdej choroby). Nasuwa się pytanie: dlaczego chińscy komuniści potrafili wyciągnąć stosowne, medyczne wnioski, a reszta świata (z bardzo specyficznym wyjątkiem Szwecji) nie? Dlaczego ubezwłasnowolniono setki milionów (jeśli nie miliardy) ludzi na całym świecie, dla których wirus w gruncie rzeczy wcale nie jest groźny? Z jakiego powodu nie skupiono się wyłącznie na tej części populacji, która jest zagrożona w ogromnym stopniu?

  52. 52 Dariusz Rohnka

    Andrzeju,

    Szczupłością nie grzeszę, fakt, ale za tom nie wąski w biodrach, a to też waży cokolwiek.

  53. 53 michał

    Eeee tam, Darek. „Ubezwłasnowolnienie”, którego sam używasz powyżej, jest zbudowane analogicznie do mojego neologizmu, jest dłuższe i trudniejsze w wymowie, a mimo to, przyjęło się doskonale w polszczyźnie. Rzecz jasna, nie będę się bił o akceptację „uniewrażliwienia”. Ale powiedz koniecznie, jak się mówi po polsku na „waterboarding”, bo ja znalazłem jedynie… „waterboarding”. Właściwie, powinno być „łoterbording”, nie?

    Artykuł Bakera wskazuje, że syntetyczne wirusy zostały stworzone wielokrotnie w ciągu ubiegłych kilkunastu lat. Nie wydaje mi się, żeby to byłoby dowodem, że wirus, z którym mamy do czynienia, jest syntetyczny i wypuszczony został celowo. Kropka.

    A w pozostałych kwestiach masz rację, jak mówiłem już wielokrotnie.

  54. 54 Tomasz
  55. 55 Andrzej

    Przyznaję, że z mojej strony był to gruby nietakt. Ostatnio cienko przędę.

  56. 56 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Racja, „ubezwłasnowolnienie” wygląda groźnie, a wcale tak nie jest. Chyba zacznę stosować to słowo częściej, bo zdaje się idealnie opisywać współczesność, w szerokim wachlarzu aspektów.

    „Waterboarding” to po prostu „podtapianie”, stare, dobre polskie słowo. Nie inaczej jest w przypadku takiego idiotyzmu jak „lockdown”, powtarzanego w kółko i bez sensu, i co najważniejsze skierowanego w formie nakazowej do całej populacji, do wszystkich, nieważne czy mają 20 lat i świetnie posługują się angielskim czy 90 i nigdy nie mieli z tym językiem do czynienia. Trudno wyobrazić sobie stres starych ludzi, którzy słyszą w tv, że obowiązuje jakiś „lokdałn” pod rygorem surowej kary sięgającej (nie wiem czy słyszałeś?) 30 000 złotych. Skąd mają wiedzieć, że ten przepis, póki co, w peerelu ich nie dotyczy, skoro nie wiedzą co oznacza? Skandal, bezmyślność, skrajna arogancja, czyli norma w przypadku nierządników w kraju „ch.ja, d.py i kamieni kupy”.

    Nie czytałem jeszcze artykułu Bakera (ani żadnych innych poważnych materiałów na ten temat), ale wydaje mi się, że masz absolutnie rację. Sztuczny wirus (albo poddający się ludzkiej modyfikacji – co o wiele bardziej prawdopodobne) może istnieć, ale raczej nie użyto go w tym przypadku. Nie wypłynąłby w chrl tylko zapewne w USA. Ta hipoteza wydaje mi się bardzo mocna.

  57. 57 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Po Twoich ostatnich komentarzach nie dostrzec, żebyś cienko przędł, zatem… coś tu w trawie piszczy, tylko co?

    Ale, żarty na stronę. Michał ma rację domyślając się, że nie czytałem żadnych opracowań na temat związku otyłości z wirusem. To z mojej strony tylko i wyłącznie powierzchowna obserwacja z drugiej ręki. Od wszystkich którzy bywają w USA słyszę o otyłości (chorobliwej) u ogromnej liczby tamtejszych młodych ludzi (i nie tylko młodych). Dlatego, gdy usłyszałem o szczególnie wysokim poziomie zgonów na wirusa wśród młodych Amerykanów, to ta informacja nie wydała mi się zaskakująca. Nie trzeba być wielkim grubasem, żeby domyślać się jak wygląda ogólny stan zdrowia kogoś kto ma 2 jardy w pasie. Taki człowiek ma najpewniej problemy ze wszystkimi organami wewnętrznymi, ze stawami, kręgosłupem, układem krwionośnym i… nerwami przede wszystkim, ponieważ żyje w nieustającym stresie, zajadanym kolejnym tłustym hamburgerem z colą. To bardzo smutne zjawisko, wynikające z „ubezwłasnowolnienia”.

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.