III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Zielonkawy gaz

Jeszcze zanim Chodorkowski stanął przed sądem, Putin był niezwykle popularny i wszyscy byli przekonani, że re-elekcję ma w kieszeni.  Jednak 23 października 2002 roku, wydarzyło się coś, co poważnie zakwestionowało obraz młodego, sprężystego prezydenta.  Kagiebiści próbowali od początku kultywować ideał energicznego, zdecydowanego i kompetentnego zarządcy, który w przełomowych momentach potrafi podjąć rozstrzygające decyzje w sposób bezapelacyjny.  Katastrofa Kurska w lecie 2000, zachwiała tym wizerunkiem: Putin okazał się niezdecydowany, zagubiony i chwiejny, nie miał pojęcia, jak postąpić, aż było za późno na ratunek.  Zdołał wszakże wkrótce obrócić propagandową klęskę w sukces, gdy pod wpływem doradców (jak np. Pawłowski), obarczył oligarchów – złodziei, którzy rozgrabili matoczkę-Rossiję – winą za śmierć marynarzy.

W październiku 2002 zaszedł wypadek, który postawił sprawność administracji Putina pod znacznie większym znakiem zapytania.  Grupa czeczeńskich terrorystów opanowała moskiewski teatr i zagroziła wysadzeniem go w powietrze wraz z 900 widzami na widowni.  Wedle pogłosek, Putin miał ponownie wpaść w stupor przerażenia, ale sytuacja została opanowana przez Patruszewa, szefa kgb, i po trzech dniach siły bezpieczeństwa zaatakowały teatr.  Przez krótki czas mogło się wydawać, że akcja ratunkowa była sukcesem, ale bardzo prędko wyszła na jaw liczba ofiar tego „sukcesu” – już pierwszego dnia 115 „uratowanych” zmarło (nie ma pewności co do ostatecznej ilości ofiar, ale oficjalnie zginęło 204 zakładników i wszyscy terroryści; do tego ostatniego punktu wypadnie powrócić za chwilę).  Pierwotnie obarczono służbę zdrowia odpowiedzialnością za liczbę śmiertelnych ofiar, co w sowieckich realiach brzmi prawdopodobnie: karetki były wyposażone i przygotowane na pomoc ofiarom wybuchu lub postrzału, tymczasem ataku na teatr dokonano po wpuszczeniu gazu do audytorium, więc zakładnicy padli ofiarą zatrucia(jeżeli ktoś widzi w tym podobieństwo do wstępnej sekwencji najnowszego filmu Christophera Nolana, pt. Tenet, to ma rację).  Dochodzenia ustaliły atoli, że większość ofiar zmarło w wyniku niedopuszczenia do nich medyków na czas.  Zatrutych ludzi przewożono ich z miejsca na miejsce (pomimo bliskości szpitala), układano na chodnikach w pozycji, w której dławili się aż do uduszenia, a kiedy już dostali się do szpitala, to odmówiono wyjawienia lekarzom, jakiego gazu użyto, co uniemożliwiło w wielu wypadkach pomoc.

Kremlowska machina propagandowa ruszyła do kontrnatarcia: gaz był nieszkodliwym opioidem, a ofiary śmiertelne były rezultatem fizycznego i psychicznego wyczerpania po trzech dniach uwięzienia w nieludzkich warunkach.  Gaz nie został nigdy zidentyfikowany oficjalnie, jednak po jakimś czasie dziesiątki ocalonych poczęły wychodzić ze szpitali i opowiadać dziwne historie.  Zielonkawy gaz pojawić się miał w audytorium bardzo powoli i zauważalnie.  Budził śpiących i skonanych ludzi, zanim zdołał ich uśpić.  Jakim więc cudem, gotowi na wszystko Czeczeńcy, a zwłaszcza tzw. czarne wdowy, młode kobiety w czerni, uzbrojone w karabiny maszynowe i owinięte w ogromne, wyraźnie widoczne, pasy wybuchowe, nie wysadzili teatru k’matieri?  W widocznych miejscach wewnątrz budynku, terroryści umieścili bomby i miny, uzbrojeni byli w granaty, a niektórzy z nich mieli maski gazowe i ostrzeliwali się już po rozpoczęciu ataku gazowego, posyłając serie w kierunku barykad na zewnątrz teatru.  Dopiero po pół godzinie nastąpił atak specnazu i świadkowie mówią o długotrwałej strzelaninie wewnątrz teatru.  Oficjalnie, wszyscy porywacze zostali zabici, ale ludzie zebrani na zewnątrz kordonu policyjnego, świadczyli, że wyprowadzono z teatru mężczyzn w kajdankach.

Elizabeth Belton znalazła rozmówcę (jak zwykle, anonimowego), który był gotów jej opowiedzieć, co się działo na Kremlu podczas oblężenia teatru.  Jego zdaniem, zajęcie teatru przez Czeczeńców było prowokacją Patruszewa, szefa fsb, przeprowadzoną w celu związania Putina z prezydenturą.  Na pierwszy rzut oka, wydaje się to mało prawdopodobne, bo niby dlaczego miałoby być konieczne?  Putin nie wygląda na niechętnego (czyli najlepszego możliwego) polityka.  Jednak inni wtajemniczeni, np. Pugaczow, potwierdzają, że Putin widział się początkowo w roli przejściowego prezydenta i nie chciał stawać w wyborach w roku 2004, co doprowadzało kagiebistów w kierownictwie do rozpaczy.  Patruszew zorganizował atak Czeczeńców na teatr, po czym uspokoił przerażonego Putina, że terroryści nie mają w rzeczywistości żadnych materiałów wybuchowych, zostaną uśpieni w ataku gazowym, a on, Putin, ukaże się w glorii bohatera, gdy bez ofiar spacyfikuje zagrożenie.  Niestety, już pierwszego dnia dramatu Czeczeńcy zastrzelili kobietę, niejaką Olgę Romanową, [1] która w niewytłumaczalny sposób zdołała przedrzeć się przez kordon policyjny i poczęła przekonywać zakładników, by stanęli do walki z wrogami matoczki Rossiji – i wówczas Putin wpadł w panikę.  Posłał Igora Sieczina, swego zaufanego sekretarza, do rozmów z Patruszewem i dla nadzoru nad całością akcji.  Sieczin miał zaproponować użycie 10-krotnie większej dawki gazu, gdy usłyszał, że gaz pochodzi ze starych sowieckich zapasów i „być może zwietrzał”.  W rezultacie masakry w teatrze, Putin miał złożyć oficjalną rezygnację, która nie została przyjęta (nie wiadomo niestety przez kogo, ale między wierszami można wyczytać, że odrzuciło ją kolektywne kierownictwo, choć Belton nie używa takich określeń).  Wedle jej informatora, celem Patruszewa od samego początku, nie było wcale okrycie Putina chwałą.  Wręcz odwrotnie, planował z góry ogromne ilości ofiar w ludziach, by związać Putina z prezydenturą przy pomocy krwi ofiar.  Idiotyczna interwencja Sieczina (podobnie jak zabójstwo Romanowej) była mu tylko na rękę, gdyż wciągała Putina głębiej w intrygę, poprzez niekompetencję jego sekretarza.

Każdy rozsądny czytelnik pomyśli w tej chwili, że na podstawie informacji z anonimowego źródła, buduje się niniejszym kolejną dziką teorię spiskową.  Przecież można wytłumaczyć fakt, że terroryści nie wysadzili teatru w powietrze, gdy mieli szansę, zwykłym ludzkim strachem przed śmiercią.  Wydawałoby się to przekonujące, gdyby nie raport moskiewskiego sędziego śledczego, opublikowany w rok po wydarzeniach i zignorowany przez media, w którym dowodzi, że bomby znalezione w audytorium były marnymi atrapami.  Podobnie było z pasami samobójczymi czarnych wdów.  Wedle zeznań świadków, Czeczenki prędko zemdlały od gazu, ale wszystkie zostały zastrzelone, żadna nie przeżyła.  I nie na tym koniec niespodzianek.

Przywódcą bandy terrorystycznej miał być Mowsar Barajew, bratanek Arbi Barajewa, lidera rozłamowej grupy Specjalnego Regimentu Islamskiego, która w późnych latach 90. próbowała podważyć (aż do nieudanego zamachu włącznie) władzę Asłama Maschadowa, jedynego, w miarę umiarkowanego prezydenta Czeczenii.  Arbi był wielokrotnie oskarżany o działalność z ramienia kgb, rząd Maschadowa próbował go aresztować w latach 98-99, ale Barajew był chroniony.  W roku 2001 został zamordowany (wedle niektórych źródeł, zamęczony na śmierć) przez gru, które musiało zaatakować siedzibę fsb w Czeczenii, by dostać go w swoje ręce.  Zura Barajewa, wdowa po Arbim, była jedną z czarnych wdów w teatrze.  Natomiast 22 letni Mowsar, został aresztowany przez fsb na dwa miesiące przed atakiem na teatr.  Później, krewni innych terrorystów, rozpoznali ze zdjęć ludzi aresztowanych wcześniej przez Rosjan.  Lecz i na tym nie koniec tego dziwnego epizodu.

Uważny czytelnik spostrzegł z pewnością, że tajemnicze osoby zostały wyprowadzone z teatru w kajdankach.  Aleksander Litwinienko, przeanalizował z pomocą Ahmeda Zakajewa wszystkie dostępne dokumenty, relacje i taśmy wideo z oblężonego teatru, i wspólnie dokonali odkrycia, że jednym z terrorystów, któremu szturmujące oddziały pozwoliły opuścić budynek, był Chanpasza Terkibajew, działający w tej konkretnej awanturze pod pseudonimem „Abu Bakar”.  Zakajew spotkał Terkibajewa wkrótce w Strasburgu, gdzie terrorysta był członkiem sowieckiej delegacji.  Litwinienko przekazał dokumenty na temat roli Terkibajewa Sergiuszowi Juszenkowowi, zaangażowanemu w parlamentarne dochodzenia na temat wydarzeń w teatrze.  W dwa tygodnie później Juszenkow został zastrzelony w biały dzień na ulicy, ale na krótko przedtem zdołał przekazać dokumenty otrzymane od Litwinienki Annie Politkowskiej, która odnalazła Terkibajewa i przeprowadziła z nim wywiad.

Terkibajew okazał się osobą o gargantuicznej próżności.  Potwierdził otwarcie, że brał udział w ataku na teatr, ale okrasił swą opowieść przechwałkami: to on przeprowadził grupę uzbrojonych po zęby terrorystów z Czeczenii do Moskwy; to on dowodził akcją w teatrze; on jeden miał plan teatru, którego nie posiadała nawet moskiewska policja.  Zapytany wprost, dla kogo pracował, odparł prostodusznie, że dla Moskwy.  Terkibajew był z pewnością fantastą, mitomanem i zwykłym kłamcą (na pewno nie był przywódcą zamachowców), ale faktem pozostaje, że był obecny wśród terrorystów w teatrze i uszedł z życiem.  Nie dość, że pozostawał na wolności, to był członkiem oficjalnej, promoskiewskiej delegacji czeczeńskiej.  Udzielił sensownej odpowiedzi na jedną z zagadek oblężenia teatru: dlaczego terroryści nie detonowali rozlicznych ładunków wybuchowych, które widać było na wielu zdjęciach, gdy gaz począł wypełniać budynek?  Ponieważ nie mieli żadnych materiałów wybuchowych, odparł niewinnie.  A skoro wiedział o tym agent provocateur, to musieli wiedzieć także ci, którzy go posłali.  Chanpasza Terkibajew zginął wkrótce w wypadku samochodowym w Czeczenii.

Jego opowieść, choć przypieczętowana śmiercią, nie wygląda przekonująco, ani nawet prawdopodobnie.  Wedle wszelkich relacji, przywódcą bandy terrorystów był Barajew i możemy się domyślać, że namówiony został do ataku na teatr po aresztowaniu przez kagiebistów, zwabiony zwolnieniem innych Czeczeńców z więzień i zapewne obietnicami ucieczki.  Obecność Terkibajewa wśród grupy Barajewa była zapewne wymuszona przez kgb, jako rodzaj „polisy ubezpieczeniowej”.

Zachód, jak zwykle, zignorował wszelkie wątpliwości i poparł „walkę demokratycznego rządu Rosji z islamskim ekstremizmem”.  Maschadow, który nie miał nic wspólnego z awanturą w teatrze, został porzucony przez nielicznych zachodnich przyjaciół i Putin wzmógł akcję pacyfikacyjną w Czeczenii.  A zatem, jeżeli to rzeczywiście była gra Patruszewa obliczona na związanie Putina z prezydenturą na dobre i złe, to udała się w dwójnasób.

Biesłan

W niecałe dwa lata po napadzie na teatr, przyszedł koszmar szkoły w Biesłan.  Grubo ponad tysiąc ludzi, w tym 777 dzieci, zagnano do szkolnej sali gimnastycznej, gdzie siedzieli w potwornym upale i własnych ekskrementach, podczas gdy terroryści – tym razem wyposażeni w maski gazowe i prawdziwe bomby – prowadzili negocjacje.  Były prezydent Inguszetii zdołał wynegocjować zwolnienie matek z niemowlętami; doradca Putina, Asłambek Asłachanow, pracował nad planem zastąpienia dzieci siedmiuset ochotnikami.  Asłachanow jest rdzennym Czeczeńcem i generałem kgb.  Zanim doszło do dalszych rozmów, budynek szkoły został zaatakowany przy pomocy rakiet zapalających typu Szmiel, które wywołały eksplozje i pożar wewnątrz sali gimnastycznej.  W walce między atakującymi oddziałami specnazu i terrorystami wybuchały bomby umieszczone wewnątrz budynku, a po krótkim czasie runął w płomieniach dach sali.  Wedle oficjalnych danych 160 ofiar spłonęło żywcem, pozostałych 180 zginęło od eksplozji i postrzałów.  Świadkowie opowiadają o co najmniej dwóch czołgach T-72, które ostrzelały szkołę.  Nie wezwano straży pożarnej, a kiedy po dwóch godzinach od ataku, strażacy wreszcie się pojawili, to nie mogli podłączyć się do hydrantów…

Propaganda kremlowska zdołała z łatwością obrócić klęskę w teatrze na swój sukces, ale w wypadku Biesłanu, było to o wiele trudniejsze.  Brutalność akcji pacyfikacyjnej oraz tak ogromna liczba ofiar wśród dzieci, sprowadziły powszechne potępienie na Kreml.  Putin (ponownie pod wpływem Patruszewa) obrał dziwną na pozór linię obrony: to Zachód jest winien.  Rosja padła ofiarą spisku, a międzynarodowy terroryzm jest narzędziem w rękach imperialistów; tych samych zagorzałych wrogów, którzy zdołali najpierw rozbić wielki i silny związek sowiecki, a teraz próbują zniweczyć jedność Rosji.  A zatem dla uniknięcia powtórki tragedii szkoły w Biesłan, należy wzmocnić państwo i zwiększyć wysiłki ku wewnętrznej konsolidacji narodu (a niektórzy mówią, że komunizm upadł).  Parę elementów sytuacji w Biesłanie mogło podsunąć Patruszewowi pomysł takiej interpretacji.  Okazało się bowiem, iż ocaleni zakładnicy utrzymywali z uporem, że zamachowcy nie mówili między sobą po czeczeńsku, a niekiedy mówili słabo po rosyjsku.  Kilkunastu z nich było etnicznymi Inguszami, a kilku miało rzekomo mieć związki z ekstremistycznymi meczetami w Wielkiej Brytanii (nie ma żadnego potwierdzenia dla tych pogłosek).

Aleksander Litwinienko był zdania, że masakra była klasyczną czekistowską operacją „pod fałszywą flagą”.  Argumentował, że nie jest możliwe, by tak duża grupa uzbrojonych terrorystów poruszała się swobodnie po Kaukazie bez wiedzy kgb.  Potwierdzają jego hipotezę raporty, wedle których usunięto posterunki drogowe na drodze do Biesłan na parę dni przed zamachem, oraz inne, które twierdzą, że moskiewska policja – nie fsb – była w posiadaniu informacji na temat przygotowywanego zamachu.  Wreszcie, podobnie jak w zamachu na teatr, obecny był wśród terrorystów agent provocateur, niejaki Władymir Chodow, pospolity kryminalista, podejrzewany, że jest tajnym agentem kgb, specjalnie wyszkolonym dla infiltracji Czeczeńców.  Inaczej niż Terkibajew, Chodow zginął w Biesłanie.

Trudno jednak zrozumieć, jakie miały być zamiary i cele takiej prowokacji.  O ile oblężenie teatru można przypisać typowo sowieckiej mieszance arogancji i kryminalnej niekompetencji w celu związania Putina z prezydenturą, to co miała mieć na celu straszna masakra dzieci szkolnych?  Czy rzeczywiście Patruszew mógł był przypuszczać – i aktywnie planować! – że ostrzeliwanie budynku szkolnego przez czołgi może okazać się przydatne w celach wzmocnienia państwa?  Bo wielki i silny jest związek sowiecki?

W rezultacie biesłańskiej rzezi niewiniątek, tzw. „wskaźnik akceptacji” Putina, tak bardzo ważny w oczach demokratów miernik popularności demokratycznego polityka, spadł do najniższego notowanego poziomu, odkąd młody kagiebista pojawił się znikąd na scenie politycznej.  Spadł bowiem aż do niesłychanego poziomu 66%…  Tak, tylko dwie trzecie ludności sowietów aprobowały swego przywódcę.  Czyżby mieli rację ci, którzy nazywają to upadkiem komunizmu?

Sowiecki hymn i Cerkiew prawosławna

Podczas pierwszej kadencji, Putin umocnił swą pozycję na Kremlu, przez sprowadzenie większości znajomych z Petersburga, a wśród nich ściągnął do Moskwy osobiście sobie oddanego adwokata, Dymitra Miedwiediewa, który, dokładnie tego samego dnia, kiedy państwo przejęło akcje Jukos, mianowany został szefem kremlowskiego personelu.

Otoczony pochlebcami, spętany setkami ofiar śmiertelnych wysadzonych w powietrze budynków mieszkalnych, związany krwią zakładników z teatru, uwikłany w potworności biesłańskiej rzezi, Putin czuł się coraz lepiej i pewniej w swojej roli, z coraz większą swobodą przyjmował trudy wystawnego sowieckiego życia, coraz bardziej lubował się w znoszeniu ciężaru władzy.  Pugaczow opowiada Belton, jak powolutku i stopniowo, powszechne uwielbienie poczęło uderzać mu do głowy: uwierzył, że jest darem już nie tylko dla Rosji, ale dla ludzkości, że jest lekiem na całe zło.  W sowietach była na to nazwa – kult jednostki – ale niektórzy twierdzą, że komunizm upadł, a sowdepia się rozpadła, więc to na pewno musi być coś zupełnie innego.

Putin i jego kagiebiści przywrócili sowiecki hymn:

Славься Отечество наше свободное,
Братских народов союз вековой!

Bratnich narodów sojuz, zaiste trwa już od wieku, no i ta swoboda!  Ja drugoj takoj strany nie znaju, ale pomimo to, niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”, wskazując jako oczywisty dowód swych twierdzeń, znaczenie Cerkwi prawosławnej w putinowskiej Rosji.  Niestety Belton także należy do tych, którzy widzą w Prawosławiu „klej”, spajający nową, post-sowiecką mentalność.

Zasady wiary prawosławnej dostarczały jednoczącego credo, które rozciągało się wstecz poza sowiecką erę, do imperialnej Rosji, odwołując się do ogromnych wyrzeczeń, cierpień i hartu ducha ludu rosyjskiego i do mistycznej wiary, że Rosja jest Trzecim Rzymem, następnym władcą świata.

Cynicy wyśmiewają tę nową ideologię, jako nowoczesną pańszczyznę i podstawę najnowszego wcielenia carskiego samodzierżawia [2], ale Belton jest zdania, że ludzie Putina są w istocie spadkobiercami ideologii państwowej cara Mikołaja I, w której trzy elementy, Prawosławie, samodzierżawie i naród, splecione były w jedność przy pomocy miłości ojczyzny.  Nazywa go „najbardziej reakcyjnym carem, który zdławił pierwsze demokratyczne powstanie w Rosji”.  Jest to tego rodzaju nonsens, który aż dech zapiera swą zdumiewającą ignorancją, ale przecież i w polskiej historiografii Mikołaj opisywany jest jako „żandarm Europy” i najczarniejszy reakcjonista, a arystokratyczni dekabryści jako „demokraci”, więc może nie należy się dziwić Belton.  Sądzę jednak, że Putin i jego ludzie mieli bliższy wzorzec dla połączenia niepodważalności swej władzy z nacjonalizmem, a także bliższy i lepszy wzór traktowania Cerkwi – znaleźli go u Lenina i Stalina.

W pierwszej fazie bolszewickiej rewolucji, wszelkie przejawy rosyjskiej kultury, pozostałości państwowości rosyjskiej oraz jej najwyższy wymiar duchowy, Prawosławie, poddane były najokrutniejszym represjom.  Wszystko to, co rosyjskie, było prześladowane; bolszewicy nie ufali Rosjanom, stąd taka ilość obcokrajowców w ich szeregach, zwłaszcza Polaków.  Bolszewiccy oprawcy podkreślali na każdym kroku zerwanie nie tylko państwowej ciągłości Rosji, ale każdej ciągłości: kulturalnej, prawnej, moralnej i obyczajowej.  Kiedy z krwawej jatki wyłaniać się począł obleśny kadłub sowieckiego potwora, to bolszewicy prędko spostrzegli zalety przejęcia zewnętrznych przejawów rosyjskiej państwowości na arenie międzynarodowej.  Już na konferencji w Genui w 1922 roku, Cziczerin podkreślał normalność sowieckiego „państwa”, które przejąć miało od Rosji wszystko, co dobre, a odrzucić tylko opresję znienawidzonego caratu.  „Opiewał idyllę wolności religijnej kościołów w Rosji” wobec Arcybiskupa Genui, gdy Patriarcha Tichon był więziony przez czeka, a setki tysięcy prawosławnych gnębiono z najbardziej wyszukanym bestialstwem.

Cerkiew nie była wcale wyjątkiem.  Polityka wewnętrzna bolszewików, z całym swym marksistowskim doktrynerstwem dla idiotów, z ołowiem biurokratyzmu, z obłędnym terrorem i codziennością prześladowań, była od początku funkcją polityki zagranicznej.  Celem było tutaj podporządkowanie elementów z natury antybolszewickich, nadrzędnym zasadom polityki sowieckiej.  I tak, nie tylko rosyjska kultura i tradycje stały się narzędziami w ich rękach, ale nawet prawosławna Cerkiew przeistoczyła się w instrument bezbożników.  Zdruzgotani nieludzkim terrorem, przybici obojętnością świata zewnętrznego, prawosławni hierarchowie poddali się żądaniom nowych władców.  Tymczasem obserwatorzy wydarzeń w zrewolucjonizowanej Rosji wystąpili z teorią, że … nic się nie zmieniło!  Cerkiew miała być przecież zawsze powolna carskim ukazom, „już od Iwanów”, więc niby cóż w tym dziwnego, że poddała się kompartii?!  Niewolnicza dusza wschodnia miała iść pod tatarskie jarzmo z taką samą rozkoszą, jak szła pod bolszewicki knut.

Stosunek greckiego Kościoła do władzy świeckiej był jednak zawsze odmienny od podejścia biskupów Rzymu.  Można krytykować tę postawę, ale to dzięki niej Prawosławie uniknęło wielowiekowego skandalu papieży uwikłanych w doczesne spory ze świeckimi władcami chrześcijańskimi.  Na długo przed Iwanem, cesarz Justynian uważał się za zwierzchnika Kościoła Prawosławnego, a królowie angielscy do dziś szczycą się supremacją tronu nad kościołem anglikańskim.  Warto jednak pamiętać, że tzw. cezaropapizm nigdy nie stał się powszechną zasadą Ortodoksji.

Kiedy Patriarcha Tichon, poszedł na kompromis z bezbożnikami, to robił to dla ratowania wierzących, poddanych najgorszym prześladowaniom od czasów tatarskiej niewoli.  Bolszewików tymczasem interesowało „unieszkodliwienie akcji religijnej przez rozciągnięcie nad nią kontroli” (jak pisał Józef Mackiewicz).  Dzięki temu Stalin mógł użyć popów podczas wojny i zadziwić zachodnich obserwatorów sowiecką „tolerancją religijną”.  Nie inaczej postępuje teraz Putin, a mimo to, niektórzy widzą w tym ostateczny dowód upadku komunizmu.

_______

  1. Niewiele o niej wiadomo. Niektórzy twierdzą, że była niezrównoważona psychicznie, a inni, że była szczerą patriotką i odważnym bojownikiem za sprawiedliwość, co zresztą nie wyklucza się wzajemnie. Prawdziwą zagadką pozostaje, w jaki sposób przedostała się przez dwa kordony, to znaczy: dlaczego przepuścili ją policjanci i po co wpuścili ją do środka terroryści?  Spiskowo nastawieni interpretatorzy widzą w jej przejściu przez kordon policyjny dowód, że czekiści pragnęli ofiar w ludziach.  Ockham podpowiada nam jednak, że prostszym wyjaśnieniem jest bezmyślna, sowiecka niekompetencja.
  2. Obok Prawosławia, interesowała ekipę Putina ideologia „eurazjanizmu”, zaczerpnięta w głównej mierze od sowieckiego antropologa, Lwa Gumiliowa, jako pożyteczna dla propagowania jedności państw „byłego związku sowieckiego”, ale nie będę się zajmował szerzej tym aspektem „putinizmu”, choć rzekomy „mikołajewski” charakter tej ideologii odegra jeszcze rolę w dalszych rozważaniach.


Prześlij znajomemu

16 Komentarz(e/y) do “Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część VII”

  1. 1 Andrzej

    Panie Michale,

    Nie tyle zastanawia co zdumiewa mnie to, w jaki sposób wydarzenia, których związki przyczynowo-skutkowe wydają się układać w klarowny obraz rzeczywistości, zyskują tak zniekształconą postać jak przytoczone powyżej teorie „ciągłości Rosji” i „chrześcijańskiego spoiwa” sowietów. Co tłumaczy Belton i jej podobnych przedstawicieli elit tzw. Zachodu? Są w stanie stwierdzić i ujawnić fakty, ale nie są w stanie logicznie wnioskować z nich. Dlaczego?

    Nie wydaje mi się, żeby to co twierdzimy w Podziemiu w kwestii „upadku” komunizmu wynikało z jakiejś formy „nowej metodologii” podszytej Golicynem. To wg mnie wynika wprost z tego co widzą nasze oczy i słyszą nasze uszy a założenie, że komuniści stale stosują dezinformację i prowokację jest założeniem uzupełniającym (jest faktem).

    Czy przyjęcie za aksjomat fałszu musi wyłączać zdolność do dostrzeżenia tego fałszu?

  2. 2 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Mam nadzieję, że Pan pamięta, iż używam książki Belton wyłącznie jako odskoczni do moich własnych rozważań. Pańska krytyka jest oczywiście niepozbawiona słuszności, ale proszę łaskawie zwrócić uwagę, że (nie po raz pierwszy zresztą, bo nie inaczej było z Maszą Gessen, Pietią Pomerancewem czy panią Sikorską) opieram się na niej nie bez powodu: to ona (oni, jak wyżej) dotarła do źródeł, to ona rozmawiała z anonimowymi (i nie tylko anonimowymi) informatorami, to ona zebrała wszystkie te dane w pewną ciągłość, konsekwentną narrację, która wiedzie ją do przekonania, że „Rosja” Putina jest wielkim zagrożeniem dla Zachodu.

    Ja tylko leniwie biorę zebrane przez nią fakty, dowody i interpretacje, i interpretuję je inaczej. W moim przekonaniu, robię to w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem, ale chętnie wysłucham innych opinii.

    Moim celem nie jest „wytłumaczenie pani Belton”, ani zrozumienie, dlaczego ona i jej podobni nie rozumieją. Moim jedynym celem jest zrozumienie rzeczywistości. Jak zawsze, ubocznym skutkiem takiego podejścia może się okazać, że jeśli zrozumiemy, co się naprawdę dzieje, to może nas zbliżyć do zrozumienia, dlaczego obserwatorzy w rodzaju Belton „są w stanie stwierdzić i ujawnić fakty, ale nie są w stanie logicznie wnioskować z nich”. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie twierdzę wcale, że to nie ma znaczenia! To jest bardzo ważne. Po prostu nie zajmuje mnie w powyższych rozważaniach. Zresztą, to też nie jest prawda. Owszem, zajmuje mnie, ale nie jako pierwotny przedmiot, interesuję się tym jako pobocznym skutkiem.

    Zgadzam się, że nasze twierdzenia nie wynikają z „metodologii Golicyna”, a wyłącznie ze zdrowego rozsądku. Najlepszym tego dowodem może być sam Mackiewicz, który nigdy chyba nie słyszał o Golicynie. W moim przekonaniu, nie muszę odwoływać się do Golicyna, by uzasadnić którąkolwiek z tez wyrażonych w powyższych siedmiu częściach, choć mogę się do niego odwołać dla ich potwierdzenia.

    Pańskie ostatnie pytanie wydaje mi się wykraczać poza debatę o sowdepii. Czy przyjęcie piątego aksjomatu Euklidesa wyklucza możliwość dostrzeżenia jego fałszu? Przyzna Pan, że to byłoby źle sformułowane. Dopiero dostrzeżenie, że piąty aksjomat NIE jest wcale aksjomatem, a zaledwie postulatem, pozwaliło na sformułowanie nieeuklidesowych geometrii. Stary chrzan pisał tu kiedyś o nieeuklidesowym świecie i widzę sens jego rozważań, ale samo odrzucenie piątego aksjomatu wydaje mi się genialnie słuszne. Wydaje mi się tym klasycznie przenikliwym przecięciem nabrzmiałego bąbla.

    Rzecz jasna, rozumiem doprawdy, że Panu chodzi o coś innego. „Aksjomatem” ma tu być „upadek komunizmu”…, ale ten właśnie rzekomy aksjomat próbujemy przecież od lat – wspólnie z Panem – przekłuć.

  3. 3 Andrzej

    Panie Michale,

    Takie podejście jest mi bliskie. Z podobnym zamierzeniem podjąłem się „jesieni demoludów”.

    Lecz zjawisko braku wnioskowania, wynikające z komunistycznego „piątego aksjomatu” wydaje mi się interesujące jako temat z dziedziny oddziaływania komunizmu na psychikę ludzką. Czy jest to objaw szerzącej się powszechnie zarazy (skali jej rozprzestrzenienia się), czy może słabości, czy jedno i drugie (to najpewniej)? Tym razem to nie tylko bolszewicy twierdzą, że sufit jest czarny. Robią to także ci, którzy, zdawałoby się, powinni dostrzegać biel sufitu. Powszechne w „nowym, wspaniałym” peerelu (szczególnie wśród dawnych antykomunistów), co można łatwo wyjaśnić słabością antykomunizmu, w tzw. wolnym świecie zjawisko to przyjęło dziwaczną postać: ujawniania faktów a następnie zaprzeczania ich logice. Nie ma potrzeby zastraszania kogokolwiek, a efekt jest ten sam co kiedyś.

  4. 4 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Nawet inteligentni skądinąd ludzie odmawiają przyjrzenia się bliżej „piątemu aksjomatowi” upadku komunizmu z rozlicznych powodów. Jednym z zasadniczych jest lęk o karierę. Mówienie o tym, że komunizm nie upadł, skazuje ich na banicję z modnych salonów; na karierę naukową nie ma co liczyć, a kariera w mediach jest wykluczona – i to nie tylko w prlu, ale wszędzie.

    Nie pamiętam niestety, kto to był – może p. Jaszczur? albo p. Orzeł? czy może p. Amalryk? – kto porównał tu u nas wybór między Golicynem i Nosenką do wyboru między czerwoną i niebieską pigułką w Matrix. Wybranie jednej z nich pozwala kontynuować normalne, wygodne życie, ta druga skazuje na trudy. To jest bardzo trafna metafora. W rozważanej kwestii zachodzi podobny mechanizm, co w końcu nie jest dziwne, bo to przecież dokładnie ten sam dylemat: uznać Nosenkę za autentycznego uciekiniera, to znaczy odrzucić Golicyna jako fałszywego dezertera, a tym samym uznać, że komunizm upadł, ot tak, sam z siebie, jakoś tak wyszło. Jeżeli Nosenko był podstawiony, to ma daleko idące konsekwencje.

    Mam tylko jedno zastrzeżenie do Pańskich słów powyżej. Ci rzekomi „dawni antykomuniści” nie byli nigdy antykomunistami. Oni tylko taką przyjęli retorykę, bo tak było wygodnie, tak było wówczas modnie. W końcu nawet Bolek i Michnik nazywali siebie samych antykomunistami. Ale Pan to zapewne sam wie, a użył tego określenia tylko dla skrótu (proszę wybaczyć, jeśli mój domysł jest nie na miejscu).

  5. 5 Andrzej

    Panie Michale,

    Rzecz jasna nie chodziło mi o tych, którzy wspierali komunizm albo byli komunistycznymi „rewizjonistami” i których usługami komuniści wzgardzili, lecz o tych którzy z komunizmem zdawali się, swego czasu walczyć. Ot taki śp. Kornel Morawiecki i jego grupa, ot taki Macierewicz, ot taki LDPN itp.

    Wybór pomiędzy dwoma pigułkami to trafne porównanie. Czyli to już nie strach i Wielki Brat, lecz „nowy, wspaniały świat”?

  6. 6 michał

    Jasne, Panie Andrzeju, ale przyzna Pan, że to wspaniale komiczne, że taka kanalia jak Wałęsa, mówi o sobie, że jest antykomunistą, bo to on obalił komunizm. Albo to bydlę, Michnik, wołający do tłumu półgłówków: „jestem siła antysocjalistyczna!” Obaj wiedzieli, co robią, ale że ludzie dali się na to nabrać?…

    Nie wiem wiele o Morawieckim, nigdy go nie czytałem i nigdy nie byłem entuzjastą. Wydawał mi się ciut za bardzo nacjonalistą. Natomiast Macierewicz walczył z komunizmem jednoznacznie z pozycji endeckich, był z całą pewnością nacjonalistą i chyba takim pozostał. Mówię „chyba”, bo nie śledzę wypowiedzi prlowskich polityków.

    Nowy wspaniały świat, a jakże! Przyjąć Nosenkę za dobrą monetę, równa się przyjęciu paralelnej rzeczywistości. Darek nazwał to kiedyś „rubikonem rzeczywistości”, pstryk – i wszystko jest inaczej, niby tak samo, ale inaczej. To jest coś na kształt działu wód: przekroczy się grań i wszystkie źródełka, potoki i wielkie rzeki płyną odtąd w przeciwnym kierunku. Tylko że ta grań jest fałszem, a dział wód złudzeniem niepobożnych życzeń. Wszystko płynie bez zmian do bolszewickiej gąbki, więc my płyńmy pod prąd, do źródeł.

  7. 7 Andrzej

    Faktycznie nie ma co mówić o rzeczywistym antykomunizmie Panie Michale. Jak stwierdził onegdaj Michnik różnice pomiędzy nim a Macierewiczem to nie „genetyka” tylko „skaza historyczna”. Zatem jeśli chodzi o kontynuację peerelu, nie ma najwyraźniej żadnych różnic.

    Wracając jednak do Pańskiego doskonałego cyklu narzuca mi się refleksja. Skoro Putin został swego czasu odpowiednio przygotowany, a następnie wybrany na frontmana czekistów i zgodził się na to, to dlaczego potem miałby z tego rezygnować przy poważniejszym kryzysie swojego „wizerunku” (jak mniemam Pan niewątpliwie ironizuje z tym „wskaźnikiem akceptacji” i „opinią publiczną”). Skoro czekiści wysadzili dla niego budynki z ludnością, co stało się „aktem założycielskim” jego „prezydencji” (wtedy już „na dobre i na złe”), to dlaczego miałby przestraszyć się późniejszych działań Patruszewa i towarzyszy, o których niewątpliwie współdecydował jako członek kolegium. Robiąc takie rzeczy czekiści mogli mieć dwa cele: eliminowali opór wobec swojej dominacji wewnątrz (ograniczając władzę sowieckich oligarchów) jak też „rozgrywali” tzw. Zachód („wojna z terroryzmem” itp.). Obydwa cele wzmacniały ich i tym samym wzmacniały Putina. Wreszcie: czy chodzi im tylko o władzę i pieniądze? Czy może mają za zadanie przygotować grunt pod przyszłe działania? Kiedy może nastąpić „deputinizacja”?

  8. 8 michał

    Panie Andrzeju,

    Słowa Michnika o skrajnej lewicowości Macierewicza brałbym ze szczyptą soli, jak by powiedział Anglik, czyli nie bardzo temu wierzę. Fascynacja Che Guevarą przyszła do prlu z Zachodu, była powierzchowna i doprawdy niewiele o nim wiedziano, dotyczyła raczej tego sławnego zdjęcia i nie była wówczas „dowodem lewackiego odchylenia”.

    Co do Putina, być może źle sie wyraziłem. Wedle Belton, on sam widział siebie jako tymczasowego prezydenta, niezależnie od propagadnowych trudności z wizerunkiem. Budynki wysadzali razem i dlatego wiedział z góry, jak miał zareagować; Kursk, teatr, Biesłan były poza JEGO kontrolą, przy czym Kursk wydaje się poza czyjąkolwiek kontrolą, a dwa zamachy pod kontrolą Patruszewa, ale bez udziału Putina. Taki obraz się wyłania, ale czy to jest słuszne? Nie możemy z góry odrzucić hipotezy, że Putin był od 2000 roku członkiem kolektywnego kierownictwa, choć wydaje się, że nie był liderem. Innymi słowy, jest możliwe, że we wczesnych latach, pewne kwestie były decydowane bez jego udziału.

    Nie chodzi im tylko o pieniądze, o nie! Tyle jest pewne. To nie jest kleptokracja, jak się zbyt często określa „Rosję” Putina. A deputinizacja nastąpi po odejściu (choć raczej po śmierci) Putina.

  9. 9 Andrzej

    Panie Michale,

    Tak się składa, że w latach 1968-71 miałem nieszczęście uczęszczać do szkoły pod patronatem tegoż towarzysza Che. Proszę mi wierzyć, że w tamtym czasie nie była to żadna powierzchowna moda jak na Zachodzie. To była komunistyczna indoktrynacja: regularne akademie ku czci, wizyty partyjnych oficjeli, kubańskich komunistów z „ambasady” itd. itp. itd. Tak był przedstawiany w peerelu Che: jako wzór komunisty-rewolucjonisty. Teza, że Macierewicz nie wiedział kim naprawdę był duet Castro-Che lub kim był Allende mnie nie przekonuje. Wydaje mi się, że on zwyczajnie fascynował się wówczas „boliwariańską rewolucją”. Ta „rewolucja” mocno akcentuje podmiotowość narodową, wyzwolenie z kolonializmu/obcego ucisku itp. Wydaje mi się, że to wcale się nie kłóci z nacjonalizmem, lecz przeciwnie, podbudowuje go. Nacjonalizm ma zasadniczo lewicowe oblicze.

    Ale mniejsza o Macierewicza. Lata późniejsze po Biesłanie to zdaje się nie tylko konsolidacja władzy Putina i towarzyszy czekistów (m.in. rozprawa z krytykami/wrogami reżimu jak Politkowska i Litwinienko) ale też większa aktywność „blisko-zagraniczna”. Ciekaw jestem jak przedstawia to Belton. Czy jako „grę interesów”, gdzie Putin „nie chce, ale musi”, czy może jednak dostrzega coś więcej. Te kwestie były, zdaje mi się, decydowane już z jego pełnym, aktywnym udziałem. Czekam zatem na ciąg dalszy.

  10. 10 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Ja wierzę i nie mam wątpliwości, że to była komunistyczna propaganda, ale propaganda na ogół miała odwrotne skutki, tymczasem wśród tych samych młodych ludzi, którzy śpiewali wówczas

    Kiedy rano nie chcesz z łóżka podnieść dupska,
    Przypomnij sobie, jak cierpiała Nadia Krupska.

    Zdarzały się koszulki z wymalowanym VIVA CHE! Tak było, ponieważ takie koszulki widać było u jakichś paryskich półgłówków albo Jane Fondy. Dla uniknięcia nieporozumień dodam, że mówię tu także o sobie samym. Wstyd? Owszem, mnie jest wstyd, ale mieliśmy wówczas po kilkanaście lat. Macierewicz był starszy, więc w jego wypadku, to byłoby o wiele bardziej żenujące.

    Nasz Ulubiony Ciąg Dalszy czeka, by móc wreszcie nastąpić.

  11. 11 Zbigniew

    Przepraszam, że pozwalam sobie na załączenie tej wiadomości tą drogą.
    „Przestrzenie totalitarnego zniewolenia. Doświadczenie wojny i okupacji w twórczości Józefa Mackiewicza”, wydane to to przez Instytut Pileckiego. Ni razu nie pada nazwa wydawnictwa Kontra (że już nie wspomnę nazwiska wydawcy czy osób wykonujących tę benedyktyńską pracę przy przywracaniu Mackiewicza w Kontrze). Czy autorzy wydpod znają? Uszanowanie

  12. 12 michał

    Szanowny Panie,

    Nie ma żadnego powodu do przeprosin.

    Nie znam przytoczonej przez Pana pozycji. Czy warto ją poznać? Wyznać muszę, że kiedyś skrzętnie czytałem wszystko, co napisano o Mackiewiczach, ale z czasem poziom tych produkcji bardzo mnie zniechęcił, aż doszło do totalnej niemożności, która dominuje teraz w moim podejściu. Podejrzewam, że to lektura cegły Eberhardta – śp. Eberhardta – doprowadziła mnie do tego stanu apatii wobec mackiewiczologii.

    Oczywiście niewymienienie nazwy wydawnictwa jest dość kompromitujące, ale jako takie, nie musi przecież decydować o jakości książki. Choć mało to prawdopodobne, to przecież nie można logicznie wykluczyć, że autor (autorzy? z braku nazwiska autora domyślam się, że to dzieło pod redakcją?) jest inteligentny, oczytany i do tego jeszcze zrozumiał Mackiewicza, a tylko zapomniał wspomnieć o Kontrze… Właściwie, jak napisałem te słowa, to wydaje mi się to coraz mniej prawdopodobne.

    Ale mniejsza. Niechże im przestrzenie totalitarnego zniewolenia lekkimi będą, a jeśli Pan uzna, że warto się z tym zapoznać, to chętnie tak uczynię.

  13. 13 Zbigniew

    Szanowny Panie Michale. Książki jeszcze nie przeczytałem. Zwróciła moja uwagę jedna rzecz. Mianowicie, rozdział III składający się z podpunktów: Natura w obliczu wojny, Las jako sprofanowane sacrum, Artyzm opisu autodestrukcji, Strefa hałasu, Krajobraz po „bitwie”, Front wojenny – front meteorologiczny, Czym pachnie wojna i Zwierzęta. Ponadto w książce jeden raz (!) pada nazwisko p. Karsov. Za to autorka czerpie z… książki Wacława Lewandowskiego o Mackiewiczu. Tej z roku 2000. Autorem jest Katarzyna Błażejewska.

  14. 14 michał

    Drogi Panie Znigniewie,

    Szukałem tej Katarzyny Błażejewskiej i znalazłem tylko przystojną kobietę o pięknych rudych włosach, ale ani słowa o totalitarnym zniewoleniu, a gdy zacząłem pisać „przestrzenie”, to mi usłużnie podsunięto „przepisy”. Wychodzi na to, że Katarzyna Błażejewska nie napisała książki o Mackiewiczu i zapewne w ogóle nie wie, kto to jest. Natomiast wspomnianą przez Pana książkę napisała Katarzyna Bałżewska, polonistka z Uniwersytetu Gdańskiego.

    Wyznaję, że nieodmiennie wzbudza we mnie podejrzenia, gdy mówi się o „totalitaryzmie”, zamiast o komunizmie. Jak gdyby komunizm był tylko szczególnym przypadkiem czegoś większego i znacznie gorszego. Co rzekłszy, tak jak nie wolno oceniać książki po jej okładce, tak samo nie wolno domniemywać treści z jej tytułu. Wolałbym więc, żeby się wypowiedział ktoś, kto książkę porządnie przeczytał. Inaczej to jest kołatanie ślepego na puszczy.

  15. 15 Zbigniew

    Piszę czasem z telefonu mobilnego, gdzie automatycznie wybierane są wyrazy, jakie chce się dopiero wpisać. Stąd, zapewne, ten błąd w nazwisku. Moje niedopatrzenie.

  16. 16 michał

    Panie Zbigniewie,

    Każdy się może pomylić. Ja się pomyliłem w pisowni Pańskiego imienia, za co niniejszym przepraszam. Ktoś pisał kiedyś o Macorkiewiczu i Taborskiej. Ktoś inny o Eisenbergu zamiast o Elzenbergu. Zdarza się. Tenże Elzenberg uważał lęk przed błędem za paraliżującą cechę współczesnej myśli. Oczywiście miał na myśli coś innego niż pomyłkę w pisowni, ale tak czy owak, nie należy się obawiać błędów, a je poprawiać.

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.