III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Oblężona twierdza

Różnie interpretowano w przeszłości oba ataki terrorystyczne, na moskiewski teatr i na szkołę.  Widziano w tym dowody bezwzględności czeczeńskich terrorystów; widziano przykłady nieudolnej brutalności, tak typowej dla sowieciarzy, ale w rzeczywistości ani jedna, ani druga strona nie liczyła się z losem ofiar.  Nawet ci, którzy zadali sobie trud, by przyjrzeć się szczegółom, dziwnym postaciom Terkibajewa i Chodowa, trudnym do wytłumaczenia wypadkom i prawie nieuchronnej orgii tępej przemocy zakończonej ostateczną krwawą jatką; nawet ci, którzy skłonni są przypisywać kagiebowskiej inspiracji każde wydarzenie w sowietach, widzieli w tych dwóch zamachach zaledwie próbę włączenia się w „wojnę przeciw terrorowi” prowadzoną przez prezydenta Busha.  W świetle analizy Catherine Belton, Biesłan był czymś więcej, był punktem zwrotnym w polityce Putina.  Belton nie przypisuje wprawdzie kagiebistom odpowiedzialności za zorganizowanie ataku na szkołę (w przeciwieństwie do ataku na teatr, który był im potrzebny dla nacisku na Putina), ale uważa, że reżym Putina wykorzystał zamach dla stworzenia obrazu zewnętrznego zagrożenia.  Do tego momentu, mówiono o Zachodzie jako przyjacielu; odtąd Zachód był wrogiem, który pragnie rozbicia Rosji.  Celem tej wolty było stworzenie mentalności oblężonej twierdzy, przemienienie Rosji w fortecę.  Nie jest to sztuczka obca bolszewikom.  Dokładnie tak samo postąpił Lenin podczas wojny domowej, a potem Stalin przed wojną światową, gdy stworzył z sowietów bastion rewolucji światowej, a następnie po inwazji Hitlera, przemieniając redutę komunistycznego internacjonalizmu w warowną cytadelę rosyjskiego nacjonalizmu.

Zatrzymajmy się na chwilę nad elementami tej taktyki.  Stalin konsekwentnie i skutecznie tworzył paranoiczną atmosferę nieustannego zagrożenia ze strony szkodników i sabotażystów, imperialistycznych szpiegów i trockistów, pasożytów i kułaków, Polaczyszków i Giermańców, bywszych liudi i wrogów ludu, gdy żadna groźba realnie nie istniała.  Po 22 czerwca 1941 roku, wobec jawnej inwazji i otwartego, egzystencjalnego zagrożenia sowieckiej własti, Beria i Stalin zwrócili się ku rosyjskiemu nacjonalizmowi w poszukiwaniu schronienia.  Putin skutecznie zastąpił kułaków i burżujów przy pomocy oligarchów-złodziei, a następnie połączył dwie fazy stalinowskiej taktyki i odwołuje się odtąd do rosyjskiego nacjonalizmu bez jakiejkolwiek rzeczywistej groźby, Polaków zastąpiwszy Estończykami, a Niemców Gruzinami.  A mimo to, niektórzy utrzymują, że komunizm upadł.

Poza przyspieszonym tempem sowietyzacji, która była celem przedsięwzięcia w latach 30., taktyka Stalina miała różnorodne zalety.  Można było przypisać cechy zagrożenia dowolnym przejawom normalnego życia – normalne życie jako takie, było już działalnością kontrrewolucyjną za Stalina – ale w sytuacji powszechnej paranoi można było także wprowadzić w życie dowolne prowokacje – prowokacja „Trustu” narzuca się jako przykład – dla uzasadnienia groźby zewnętrznej lub z innych powodów.

Być może Belton ma rację, że akcja w teatrze motywowana była wewnętrznymi przepychankami wśród kagiebistów, a Biesłan względami polityki międzynarodowej, prędko jednak zaszły sytuacje, które w jej mniemaniu były autentycznym zagrożeniem zewnętrznym, a wówczas psychika oblężonej twierdzy przydała się Putinowi, jak na zawołanie.  Autorka jest w zgodzie z wszystkimi (niemal bez wyjątku) obserwatorami, którzy widzą w wydarzeniach na Ukrainie, przykład utraty kontroli nad tradycyjną strefą wpływów Moskwy.

Na zielonej Ukrainie

Powszechne mniemanie każe sądzić, że „Rosja” cierpi na syndrom bólu utraconej kończyny, gdy idzie o byłe sowieckie respubliki; jest to ból, który przeradza się w mękę w kwestii ukraińskiej.  Tzw. niezależni eksperci wskazują na rzekomą bliskość obu narodów, jakoby „Ukraina zawsze należała do Rosji”.  Oficjalnie, ponad 30% ludności używa rosyjskiego jako pierwszego języka, a większość potrafi mówić i pisać po rosyjsku.  Wszystko to razem ma czynić tęsknotę Putina do Ukrainy zupełnie zrozumiałą…

Czy wypada zwrócić uwagę, iż stosowanie historycznego stanu rzeczy, jako wiodącej zasady w kwestii niezawisłości narodowej, spowodowałoby, że żaden naród nigdy nie mógłby się wyzwolić spod obcej dominacji?  Chyba nie wypada mówić takich oczywistości.  Rzecz przecież nie w języku, nie w pragnieniu niepodległości, czy we względnej bliskości kultur, ale w sowietyzacji.  To dzięki usilnej, metodycznej sowietyzacji prowadzonej brutalnie przez dziesiątki lat, kagiebiści Andropowa mogli sobie pozwolić na przeprowadzenie operacji pod kryptonimem „upadek komunizmu” oraz związanej z nią ściśle operacji pod nazwą „rozpad sowietów”.  Dzięki sowietyzacji można było zastąpić wielki i silny sojuz bratnich narodów, skłóconymi rzekomo państewkami.  Tego jednak nie mogą przyjąć do wiadomości analitycy, których kariery zależne są od powszechnych mniemań.

Zachodnie media mają w zwyczaju upraszczać każdą arenę polityczną przez redukcję sił do czarno-białej kliszy: „pro-zachodnie contra konserwatywne”.  W takich kategoriach opisuje się niezwykle skomplikowaną i barwną szachownicę sił politycznych w Syrii i Wenezueli, na Filipinach czy w Libii, ale także raczej monochromatyczną scenę w Iranie i Białorusi, na Węgrzech czy Ukrainie, albo nawet w chrlu.  Pro-zachodnie oznacza w domyśle „demokratyczne”, „postępowe”, „liberalne” – po prostu „dobre”; konserwatywne denotuje siły najczarniejszej reakcji, wyzysku i zachowania status quo – siły zła.  Obraz taki nieuchronnie konfunduje hierarchię wartości, bo oto Andropow czy Ligaczow, komuniści od kołyski, okazali się „konserwatystami”, gdy Gorbaczow czy Jelcyn, komuniści od kołyski, okazali się „pro-zachodni”.  Deng Xiaoping, maoista zbroczony krwią, był wynoszony pod niebiosa, bo tak bardzo był liberalny i postępowy w swej pro-zachodniości, gdy Orban jest – anty-zachodnim despotą.  O ile kagiebiści bez wątpienia brali zawsze udział w budowaniu obrazu „pro-zachodnich polityków” u siebie w domu, to największą winą za ten fałsz obarczać należy zachodnie media, a nie sowiecką dezinformację.

Takie właśnie metody zastosowano wobec sytuacji na Ukrainie w roku 2004.  Skoro zachodni obserwatorzy pragną uproszczonego obrazu, to należy im go podsunąć: Juszczenko miał być pro-zachodni, gdy Krawczuk, Kuczma i Janukowicz mieli być konserwatystami.  Debatowaliśmy ów problem przed laty z Nyquistem i przytaczałem wówczas interesującą opinię amerykańskiego blogera, podpisującego się HL Shancken, który wskazywał, że próba otrucia Juszczenki dioxyną miała na celu wyniesienie go w oczach zachodnich mediów. [1]

Rzecz jasna, sam fakt przeżycia zamachu nie może być dowodem na agenturalność.  Staje się dopiero podejrzany w obliczu dalszego rozwoju wydarzeń.  Kagiebiści doskonale wiedzą, w jaki sposób uplasować swojego człowieka na odpowiednim miejscu, podobnie jak wiedzą, jakiej dawki trucizny użyć w celach śmiertelnych, a jakiej w celu podniesienia czyjegoś profilu.  Historia otrucia Nawalnego w samolocie nad Syberią, jest tego dobrym przykładem.  Oczywiście nie sposób mieć pewność, co się wydarzyło, ale nie leży poza granicami możliwości, że sowieciarze przygotowują grunt dla przyszłej deputinizacji.  Bo przecież, gdy przyjdzie do potępienia kultu jednostki, to nie można sobie pozwolić na to, by uliczne tłumy spontanicznie wysunęły kandydata na przywódcę, bez uprzedniego imprimatur kagiebistów.  Nawalnyj krytykował reżym Putina od lat, ale nie miał dobrej prasy na Zachodzie.  Dopiero dramatyczna próba publicznego otrucia zarejestrowała jego nazwisko w płytkiej psychice zachodniego odbiorcy.  Ale wróćmy do Juszczenki i Belton.

Jej zdaniem, rzecz się miała inaczej.  Putin uważał nowego kandydata na prezydenta w Kijowie za amerykańskiego agenta, choć wcale nie ze względu na jego politykę, a wyłącznie dlatego, że Juszczenko poznał swą żonę, Katerynę Czumaczenko (Amerykankę ukraińskiego pochodzenia, urodzoną w Chicago) w samolocie, musiała być więc podstawiona przez CIA.  (Dobrze by to świadczyło o CIA, gdyby tylko było prawdą, w co niestety wątpię.)  Belton, opowiadając przygody Putina na Ukrainie, zwraca wszakże uwagę na interesujące spotkanie z Kuczmą w lipcu 2004, a więc przed Biesłanem.  Spotkanie odbyło się z pompą w Pałacu Potockich na Krymie – znanym głównie z konferencji, na której trzej ludzie podzielili świat między sobą – innymi słowy, spotkanie odbyło się w Jałcie.  Putin mówił o sile w jedności bratnich narodów (co ci przypomina widok znajomy ten?) i ostrzegał wrogie siły, które próbowałyby nie szanować „rosyjskiej strefy wpływów”.  Według Belton, Putin zgłaszał się po swoje prawa.  Po miesiącu z górą, a także w dzień po innym przemówieniu, w którym Putin obwiniał Zachód za Biesłan, Juszczenko został otruty.  Mało tego, Putin otwarcie zaangażował się w ukraińskie wybory po stronie Janukowicza, byłego zeka z mafijnymi kontaktami.  A więc z jednej strony stał inteligentny i wymowny Juszczenko, ofiara trucicielskiego zamachu, a z drugiej, tępy sowiet, który z trudem potrafił sklecić dwa zdania, ale za to otwarcie był popierany przez Kreml.  Putin zachował się jak słoń w składzie porcelany, gdy pogratulował Janukowiczowi zwycięstwa w wyborach, zanim jeszcze ogłoszono wyniki.  W rezultacie wybuchły wydarzenia znane jako Pomarańczowa Rewolucja, których nie zamierzam opisywać.  Wola ludu zwyciężyła.  Zwyciężył kandydat pro-zachodni, pokonane zostały ciemne siły konserwatyzmu.

Pozwolę sobie jednak zauważyć, że sam Juszczenko był zwykłym sowieckim aparatczykiem, członkiem kompartii i urzędnikiem państwowej bankowości (widzieliśmy już w poprzednich częściach, jakim ludziom zezwalano obejmować intratne posadki w komunistycznych bankach), był klasycznym reprezentantem „nomenklatury”, tak pięknie przezwanej na Ukrainie „demokraturą”, tj. sitwy u żłobu, tej samej sitwy za komunizma, co za demokracji.  Jeżeli kagiebiści chcieli zapewnić sobie czyjś wybór, to musieli przedstawić kandydata jako „pro-zachodniego”, jako demokratę i liberała, co najprościej osiągnąć, portretując go jako wroga Rosji.  Wystarczyło jawnie poprzeć kandydaturę przeciwną, by potwierdzić pozycję Juszczenki.  Nieudany zamach był tylko dodatkowym muśnięciem, a wszystkich wątpiących zbyć można łatwo jako komiwojażerów spiskowych teorii.  Późniejsza polityka Juszczenki służyła tylko podkreśleniu rzekomej niezależności Ukrainy, bez naruszenia sowieckich stref wpływów.

Statek filozofów

Rozmówcy Belton wmawiają jej, że Putin był zdruzgotany: w Gruzji triumfował pro-zachodni Saakaszwili, a w Kijowie pro-zachodni Juszczenko.  Nic, tylko podać się do dymisji.  Nu, ale przetrzymał jakoś nasz czekista te chwile zwątpienia.  Zamiast rezygnacji zwrócił się ku emigracji – tak, Białej, antybolszewickiej emigracji rosyjskiej – i tam znalazł ukojenie wśród ezoterycznych pism Iwana Iljina.  A cóż mógł mieć ten wyszukany arystokrata i spadkobierca Rurykowiczów, bliski przyjaciel rodziny cesarskiej, prawosławny filozof i skrajny monarchista, wyrzucony z sowietów na sławnym Statku Filozofów, wyrzucony z Niemiec przez nazistów, cóż mógł on mieć wspólnego z czekistą Putinem?  Nie mógł mieć nic wspólnego.  Ale mimo to, mimo tę nieprzystawalność, jego wiara w wyjątkową rolę Rosji na świecie, w jej misję dziejową, posłużyć miała kagiebistom dla ich własnych celów.

Wielu myślało – ogłosił Putin – że nasza młoda demokracja nie jest kontynuacją państwowości rosyjskiej, ale ostatecznym upadkiem, przedłużającą się agonią sowietyzmu.  Mylili się.  Nasz kraj ma nie tylko siłę do zachowania swego bytu, ale także wolę nowego i wolnego życia…  Musieliśmy znaleźć naszą własną drogę, by zbudować demokratyczne, wolne i sprawiedliwe społeczeństwo i państwo.

Nieźle, jak na kogoś, kto miał zupełnie niedawno podać się do dymisji.  A ja nieszczęsny myślałem, że oprócz Wydawnictwa Podziemnego nikt na świecie nie uważał tej „Rosji” za kontynuację sowietyzmu.  Mimo takiej miłej połajanki z Kremla, pozwolę sobie pozostać przy moim przekonaniu.  Ale ta „własna droga”?  I te wzniosłe deklaracje o demokracji?  O wolności i sprawiedliwości?  Czy my już tego kiedyś nie słyszeliśmy?  Ja drugoj takoj strany nie znaju…  A niektórzy nadal nazywają to upadkiem komunizmu.

Rozgrzany lekturą Iljina, Putin ciągnął:

Rosja powinna kontynuować swą misję cywilizacyjną w Eurazji.  Uważamy międzynarodowe  poszanowanie dla praw Rosjan mieszkających zagranicą za niezbywalny obowiązek, który nie będzie przedmiotem politycznych ani dyplomatycznych przetargów.

Zdaniem Belton, Putin wytyczał niniejszym nowy kierunek polityki rosyjskiej, wyznaczał wyraźnie swą strefę wpływów, zgłaszał się po swoje prawa i rysował „nową trajektorię – budował most do Imperialnej Rosji”.  Ba, tylko że ta sfera wpływów pozostaje niepodważalna i nikt nie ośmielił się jej kwestionować od czasów niesławnej konferencji w Lewadyjskim Pałacu w Jałcie, a most do imperialnej przeszłości istniał zawsze i pozostał niezmiennie – jako skuteczny instrument polityki zagranicznej w rękach bolszewików.

Putinowski nep

A zatem po czterech latach otwartej przyjaźni z Zachodem, Putin postanowił zmienić kurs, zawiedziony w swych miłosnych zapędach.  Po latach wahań, zmuszony przez Patruszewa, związany krwią niewinnych ofiar, wbrew swej woli – został jedynowładcą.  Po latach zmagań z oligarchami, miał Chodorkowskiego pod kluczem i zaciskał pięść na gardle rosyjskiej gospodarki, a wszystko to razem tylko po to, by uratować Rosję, by powstała z klęczek.  Jukos i Biesłan, Gruzja i Ukraina jawiły się kagiebistom jako monumentalnych rozmiarów spisek Zachodu przeciw Rosji.  Tak by to wyglądało pod piórem Belton.

Długi proces Chodorkowskiego był zaczątkiem przejęcia pełnej kontroli nad gospodarką poprzez sądownictwo.  Połączenie dziedzin tak różnych, jak sądy i ekonomia, wydawać się może dziwne, ale odtąd policja, prokuratura i sądy, które i tak zawsze były dyspozycyjne, stały się narzędziem panowania nad gospodarką, była to więc skoordynowana akcja podobna do tej, przeprowadzonej o dekadę wcześniej w leningradzkim porcie, ale na nieporównywalnie większą skalę.  Zanim zakończył się proces Jukos, tysiące drobnych właścicieli firm i dyrektorów koncernów siedziało w więzieniach bez sądu, a wyłącznie na mocy widzimisię organów ścigania, tak długo, aż nie zgodzili się oddać swych firm i swych posad.  Urzędowym statystykom sowieckim ufać nie wolno, to rzecz jasna, ale nawet one są szokujące: w ciągu 11 lat do 2015 roku rozpoczęto 200 tysięcy dochodzeń w sprawach kryminalnych o przestępstwa gospodarcze, z czego zaledwie 46 tysięcy doprowadzono do przewodu sądowego, a mimo to 83 procent oskarżonych właścicieli utraciło swoje firmy (większość oskarżonych spędziła miesiące w areszcie prewencyjnym, bez sądu).  W samym tylko 2016 roku 6856 bizniesmienow zostało aresztowanych i trzymanych w więzieniu bez sądu.  Nazywa się to, typowo po sowiecku, rejderstwem. [2] Trudno sobie wyobrazić, co może w ogóle nakłonić człowieka sowieckiego do robienia w bizniesach w tych najlepszych możliwych sowietach.

Belton ma na tyle przenikliwości, by dostrzec, że utożsamienie interesów rządzącej kliki z interesem państwa było kopią sowietyzmu, ale zastrzega z miejsca, że sowieccy przywódcy utożsamiali się z kompartią, gdy ludzie Putina byli państwowymi kapitalistami, więc ich osobiste interesy były synonimem państwowych celów.

Zastanówmy się przez chwilę.  Czy nie jest co najmniej równie prawdopodobne, jak powyższa interpretacja, że cała ta przyjaźń z Zachodem była udawana tylko tak długo, jak było potrzeba?  Zachód, jak zobaczymy w dalszym ciągu tej opowieści, pozostanie i tak spolegliwy, nawet bez deklaracji przyjaźni, ale znacznie większe są zalety bajki o żelaznym wilku, który ostrzy sobie zęby, ażeby połknąć biedniutką Rosję.  Po co więc było trwać w fazie przyjaźni?  A dalej, nienawiść do oligarchów była powszechna – jeden z niewielu czynników łączących ekipę Putina z narodem – i zasłużona, bo wyzyskiwali swą pozycję bez pardonu; tylko że oligarchia stworzona została przez kagiebistów w pierwszym rzędzie, właśnie po to, by przejąć kontrolę nad gospodarką.  Różnice między komsomolskim kapitalizmem Chodorkowskiego i Abramowicza, a czekistowskim kapitalizmem Putina i Sieczina nie są doprawdy godne uwagi.  Rozprawa z oligarchami nie była więc żadną zmianą kursu, ale wyłącznie dopełnieniem rozpoczętego planu: by móc kontrolować stworzony własnymi rękami „kapitalizm”, należało na jednym przykładzie zademonstrować, jaki los czeka tych, którzy będą snuć marzenia o niezależności.  Jeden proces pokazowy zupełnie wystarczył, by spacyfikować oligarchów.  Sam fakt, że kagiebiści zwlekali z wprowadzeniem w życie tego planu, świadczy, jak pewna była ich pozycja.  Mogli spokojnie czekać, umocnić się u władzy, podnieść swój autorytet, zanim posadzili Chodorkowskiego za kratkami.  W końcu, Stalin też nie od razu rozprawił się z Trockim, ale czekał dogodnego momentu.

Ekspropriacja przez sądy jest najbardziej uderzającą cechą putinowskiego nepu.  Podstawy jej zostały stworzone w latach 90., choć wyłącznie à rebours, mam na myśli oczywistą niesprawiedliwość i bezprawność prywatyzacji tamtych lat, która nadała następnie pozory praworządności całemu systemowi wywłaszczania, wedle klasycznie bolszewickiej zasady grab nagrabliennoje, skoro oligarchowie byli złodziejami, to jest słuszne ich wywłaszczyć.  Jednakże arbitralność procedury, zmienianie praw „wstecz”, sądzenie na podstawie nie istniejących paragrafów, a następnie dopasowywanie praw do wyroków – wszystko to razem zostało wzięte z całym dobrodziejstwem inwentarza z sowieckich tradycji jurysprudencji (co jest oczywiście przykładem niwelującego atrybutu czyli wypadku, gdy przydawka „sowiecki” niweluje sens podmiotu tj. „prawoznawstwa”).  Jest to także system gospodarczy, w którym terminy „prawo” i „praworządność” nie mają żadnego zrozumiałego znaczenia i pozbawione są wartości zarówno moralnej jak i komercjalnej.  Prawo kontraktu zastąpione zostaje przez nieformalne „porozumienie”, „umowę”, „układ” czyli sowiecki błat.  Słowa takie jak protekcja, plecy, znajomości, mają jasno określone znaczenie i niosą ze sobą wartość merkantylną (jak w każdym systemie mafijnym: można robić interesy tylko wewnątrz układu, tylko za przyzwoleniem), ale także, co jest dość paradoksalne, wartość moralną.  Moralna waga bandyckich umów ma proweniencję częściowo sowiecką, a częściowo gangsterską, gdyż w sowietach jedyną lojalność, wierność, stałość można było znaleźć wśród sowieckich worow w zakonie, choć nie przestało to nigdy być karykaturą chrześcijańskich cnót.

Rucznyje uprawlienije

Ścisła kontrola sprawowana przez Sieczina nad procesem Chodorkowskiego – a precyzyjniej, nad dwoma procesami, bo równie ważny był przebieg apelacji – stworzyła warunki, w których rozwinąć się mógł Putinowski nep.  Odtąd wszelka działalność gospodarcza i procedury prawne muszą być „ręcznie sterowane” z Kremla, a przynajmniej tak twierdzą rozmówcy Belton.  W moim przekonaniu, rucznyje uprawlienije zademonstrowane przez Sieczina podczas rozprawy z Jukos – wywieranie presji na sędziów poprzez codzienne spotkania, rozpuszczanie plotek, iż sędzina została przekupiona przez Jukos, domaganie się konkretnych wyników niezależnie od materiału dowodowego lub stanu prawnego – były tylko nawrotem do klasycznie sowieckich metod.  Nawrotem?  Nie.  Te metody nie zostały nigdy porzucone.  Opierały się one na przekonaniu, że każdy wie, czego oczekuje „góra”, i każdy gotów jest spełnić te oczekiwania, jak przystało człowiekowi sowieckiemu.  W latach 90. ta pewność, czego mianowicie oczekuje góra, została cokolwiek zachwiana, a proces Chodorkowskiego przywrócił jasność.  Nie jestem więc pewien, że ręczne sterowanie procesami gospodarczymi i prawnymi jest konieczne.  Było konieczne przez pewien czas, ale odtąd prokuratorzy i sędziowie, policjanci i śledczy, wiedzą doskonale, co im robić wypada.

Sieczin wykorzystał rucznyje uprawlienije procesu Chodorkowskiego dla swoich osobistych celów.  Wyszedł z cienia Putina, zamiast być jego wiernym sekretarzem, który nosi walizki szefa, stał się potężnym, bliskim doradcą prezydenta.  Co więcej, objął faktyczną kontrolę nad polami naftowymi Jukos, poprzez skomplikowaną serię transakcji, których rezultatem było przejęcie tych pól przez Rosnieft i objęcie intratnej posadki prezesa przez byłego sekretarza.  Sieczin, wedle danych sprzed 6 lat, zarabiał 17 i pół miliona dolarów rocznie, jako bezużyteczny prezes kompanii naftowej.

Chodorkowski zesłany został do kolonii karnej na Syberii, sędziowie stali się jeszcze bardziej dyspozycyjni niż w latach 80., gospodarka była w rękach wąskiej kliki, ale była za to „kapitalistyczna” co się zowie.  Czy rzeczywiście potrzeba im ręcznego sterowania?  Prawdę mówiąc, sądzę, że autopilot zupełnie wystarczy.  Ręczne sterowanie natomiast przyda się w innych sprawach – bo polityka wewnętrzna bolszewików była zawsze podporządkowana wymogom polityki zagranicznej.

Mimo to, niektórzy do dziś sądzą, że komunizm upadł.

_______

  1. http://wydawnictwopodziemne.com/2009/12/31/trzeci-eszelon/ Nb. HL Shancken nie zdał sobie sprawy, że argumentuje merytorycznie przeciw Nyquistowi, choć formalnie go wspierał w dyskusji.
  2. Pisałem o tym obszerniej przed laty w związku z książką Pomerantseva: „od prezydenta do najniższego policjanta wszyscy mają władzę rejderstwa: upatrują sklep albo firmę, albo całą gałąź przemysłu, którą chcą przejąć w swoje ręce, dokonują rejdu, na ogół w nocy albo nad ranem, jak nkwd, znajdują dowolne niedociągnięcia, a jeśli nie, to je wymyślają, po czym przejmują sklep czy firmę na swoją własność”. http://wydawnictwopodziemne.com/2015/08/08/optymizm-pomerantseva-czyli-przygody-kandyda-w-putinowskiej-rosji/


Prześlij znajomemu

0 Komentarz(e/y) do “Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część VIII”

  1. Brak Komentarzy

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.