III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Pisarz polski z wielonarodowej ojczyzny, której już nie ma.

Barbara Toporska

W lipcu 1930 roku w Kownie hucznie obchodzono 520 rocznicę bitwy pod Grunwaldem. „Zapomniano jednak” – jak ironicznie zauważał Józef Mackiewicz w artykule „Dziesiąta rocznica pewnego traktatu” – obejść znacznie młodsze wydarzenie, mianowicie okrągłą rocznicę traktatu zawartego przez niepodległą republikę Litwy z sowietami. Tymczasem w sowieckim Mińsku uroczyście obchodzono identyczną, 10-tą rocznicę wyzwolenia, ale nie Litwy, a zachodniej Białorusi. Dlaczego?

Aby uplastycznić i rozwikłać tę intrygującą zagadkę, sięgnął Mackiewicz po sugestywny przykład. 12 lipca 1920 roku zawarty został traktat litewsko-sowiecki, przyznający Wilno Litwie, a już 15 lipca tego roku (dokładnie w rocznicę Grunwaldu) oddziały litewskie wkroczyły do Wilna, z tytułu traktatowych zapisów formalnie obejmując rządy nad miastem. Z jakiego powodu – głośno zastanawiał się Mackiewicz – po dziesięciu latach od tego, zdawać by się mogło, radosnego dla Litwinów wydarzenia, zapomniano o obchodach przejęcia Wilna? Przecież – argumentował – na sloganie o „odzyskaniu Wilna” zasadza się cała kowieńska polityka. Z jakiej przyczyny rocznicy tego samego wydarzenia nie zapominają czcić mińscy komuniści? Intrygujące.

Tym bardziej zastanawiające, że jednocześnie pamiętano, z okazji tejże, traktatowej rocznicy, o kurtuazyjnej wymianie not dyplomatycznych z sowietami. Mackiewicz odkrywał istotę tych zagadek, przeprowadzając kwerendę litewskiej prasy sprzed 10 lat, a ściślej, sięgając po teksty, wspominanego w poprzednich częściach niniejszego cyklu, profesora Michała Birżyszki, jednego z sygnatariuszy Aktu Niepodległości Litwy, rektora Uniwersytetu Witolda Wielkiego w Kownie, prezesa kowieńskiego Związku Wyzwolenia Wilna, w przyszłości rektora Uniwersytetu w Wilnie, w latach 1940-44, w czasie przejęcia Wilna przez Litwę kowieńską oraz podczas okupacji sowieckiej i niemieckiej miasta.

Już 16 lipca 1920 roku na łamach „Echa Litwy” Birżyszka, który był jednocześnie nieformalnym przedstawicielem kowieńskiego rządu przy litewskiej komendanturze miasta, pisał: „15 lipca wojska litewskie wstąpiły do Wilna. To, o czym marzyło… itd.”. Zaledwie kilka dni później, 10 dni po zawarciu traktatu, 22 lipca, „Echo Litwy” zmuszone zostało do wydrukowania dokumentu, o którym raczej nikt nie „marzył”, komentował Mackiewicz, rozkazu wydanego przez bolszewicki wileński komitet wojenno–rewolucyjny:

Niektóre organy prasy miejscowej, ostatnimi czasy, występują coraz wyraźniej przeciwko armii Czerwonej [sic], grożąc jej nawet przymusowym usunięciem z obszarów gub. Wileńskiej. […]

W.K.W.-R. będąc organem władzy robotniczo-włościańskiej, nie może tolerować nikogo, kto bezpośrednio lub pośrednio dezorganizuje tyły Armii Czerwonej, pomagając w ten sposób kontrrewolucjonistom polskim.

Wobec tego W.K.W.-R. na cały czas przebywania Czerwonej armii [sic] w Wilnie zawiesza kontrrewolucyjną gazetę litewską „Nepriklausomoji Lietuva”, jako organ białogwardzistów, dążących do związku z polską kontrrewolucją.

Rozgoryczone tym „rozkazem” „Echo Litwy” – opisywał tę niezwyczajną sytuację Mackiewicz – zamieszcza artykuł, w którym coś wspomina o „szubrawcach, demagogach i spekulantach rozmaitego kalibru” dodaje dalej, iż się nie przestraszy Łukiszek [więzienia w Wilnie – DR], ponieważ „przysłonią one na czas pewien obraz zdziczenia, jaki wokół siebie wyraźnie już dostrzegamy…”.

„Gdzie to?” – pytał ironicznie Mackiewicz i sam sobie odpowiadał: „A no w Wilnie… w 12 dni po zawarciu traktatu sowiecko-litewskiego!…”.

Następnego dnia „Echo” zostaje przez rewolucyjny komitet zawieszone, a redaktor odpowiedzialny – zgodnie z życzeniem wyrażonym w treści artykułu – osadzony na Łukiszkach. Od tego czasu w Wilnie ukazywały się wyłącznie pisma komunistyczne. Dopiero 27 sierpnia 1920 roku w gazecie „Wiadomości Wileńskie” Birżyszka napisał w artykule wstępnym: „Nareszcie sami. Oto uczucie, które nas od wczoraj ogarnia, uczucie ulgi, wolności”. Mackiewicz konkludował, że Birżyszka poznał wprawdzie smak i charakter rządów bolszewickich, ale nie zamierzał przyznać, że zawarcie traktatu litewsko-sowieckiego było błędem. Wszak traktat dawał Litwinom Wilno – cóż z tego, że wyłącznie na papierze? Co więcej, Birżyszka jak najdalszy był nawet od przyznania, że Wilno zawdzięcza wyzwolenie polskiemu zwycięstwu nad Wisłą. Nie. Wolność nadeszła „wskutek energicznej postawy naszego dowództwa litewskiego, które 25 sierpnia 1920 roku w stanowczej formie zażądało, by armia czerwona wraz ze swoimi rewkomami przerwała ‚ewakuację’”. W ten sposób – zdaniem Birżyszki – władza przeszła w ręce litewskiej Komendantury miasta.

Traktat litewsko-sowiecki z 1920 był świstkiem papieru – pisał Mackiewicz, ale na tym nie poprzestawał. Dostrzegał, że są w Kownie ludzie, którzy rozumieją istotę ówcześnie popełnionego błędu. Z tego właśnie powodu nie odważono się na publiczną celebrację rocznicy podpisania tego dokumentu. Z drugiej strony nadal trwa polityczna stawka na przyjaźń kowieńsko-sowiecką, politykę oparcia i współpracy z sowietami, tak jakby ponure memento z lipca/sierpnia 1920 roku w litewskiej pamięci nie istniało. „Wtedy i dziś – pisał – uważają oni [sowieci] Kowno za przydatnego dla siebie pionka własnych zamiarów i posunięć.”

Prorocze słowa. Dlatego, dziewięć lat później, gdy sowieci ponowią manewr przekazania Wilna Kownu, Mackiewicz nie będzie się wahał – jedyna szansa obrony przed bolszewizmem będzie polegała na reaktywacji idei Wielkiego Księstwa Litewskiego i zorganizowaniu zbrojnego oporu. Bez środków materialnych, politycznego zaplecza, z bliską perspektywą wchłonięcia Wilna przez sowiety, poważy się na jeden z najodważniejszych kroków w życiu, licząc że znajdzie u Litwinów cień zrozumienia, chęć prowadzenia wspólnej walki.

Kalkulacja polityczna podczas wojny opierać się będzie na jednej zasadniczej tezie, której Mackiewicz trzymać się będzie konsekwentnie do końca życia: do bolszewików można jedynie strzelać. Bolszewicy nie boją się niczego równie mocno jak strzałów w ciszy, ponieważ jedynie w takich warunkach – idealnej ciszy i spokoju – możliwa jest sowietyzacja:

Działanie psychologiczne, które bolszewicy obierają za podstawę każdej akcji, wymaga zewnętrznego spokoju, skupienia niemal hipnotycznego. Hałas, wrzask rozprasza hipnozę. Strzały są jej śmiertelnym wrogiem. Oto dlaczego bolszewicy niczego tak bardzo się nie obawiają jak – strzałów.

Mrzonki? Tak zapewne mógłby pomyśleć niejeden z czytelników. Tymczasem ta Mackiewiczowska, zasadnicza teza o konieczności strzelania, została oparta nie tylko na dogłębnej znajomości bolszewickiego fenomenu, ale też niezwykle trafnej intuicji politycznej. Znalazła potwierdzenie w postaci twardych dowodów – opublikowanych po wojnie sowieckich instrukcji, dotyczących procedur wysiedlania ludności z krajów bałtyckich.

W obszernych dokumentach zapisano między innymi:

…[aby operacja] proszła biez szumu i paniki, tak cztoby nie dopustit’ nikakich wystuplenij…

[…]

Cały personel operacyjny winien być uzbrojony, ich broń nabita, ale nabój w żadnym wypadku nie powinien być wprowadzony do lufy… Użycie broni dozwolone być może wyłącznie w ostatecznym wypadku.

Przybyciu grup operacyjnych do wsi towarzyszyć winno zachowanie ścisłej konspiracji. Akcję rozpoczynać o świcie. Po wkroczeniu do domu, zacząć od propozycji zwróconej do mieszkańców, aby dobrowolnie oddali broń. Niezależnie od usłuchania lub nieusłuchania tego wezwania, należy dokonać szczegółowej rewizji w domu, celem odnalezienia ukrytej broni… Jeżeli w tym czasie przed domem wysiedlanego zaczną się zbierać ludzie, trzeba spokojnie zaproponować im, aby się rozeszli do swych domów, w żadnym wypadku nie dopuszczając do utworzenia zbiegowiska.

W praktyce wszystko było gotowe od wielu miesięcy, „ale – komentował uzasadnioną ostrożność sowieckiego molocha Mackiewicz – ciągły strach przed powstaniem, buntem wymaga jeszcze żmudnych dni pracy przygotowawczej”.

Ale nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość. Artykuł o 10 rocznicy traktatu litewsko-sowieckiego, oddającego rzekomo Wilno we władanie Litwie, pisał Mackiewicz w połowie 1930 roku. Wówczas Litwini nie chcieli nawet rozmawiać o wspólnej przyszłości. Biorąc pod uwagę polityczne stanowisko Kowna, nienawiść do wszystkiego co polskie, przyjaźń z sowietami, absolutną niechęć do jakiegokolwiek porozumienia, można było mieć słuszne obawy, co do przyszłego rozwoju zdarzeń. Do rozmów skłaniały się jednostki, jak prof. Herbaczewski, który w tym mniej więcej czasie, połowy roku 1930, poparł był oficjalne stanowisko polityków kowieńskich, co mocno zaintrygowało Mackiewicza. Wywołana polemika poprowadziła donikąd. Herbaczewski chciałby porozumienia „chłopskiego” Kowna ze „szlacheckim” Wilnem, ale na przeszkodzie stała, jego zdaniem, Warszawa. Mackiewicz chciałby tego samego – na przeszkodzie stało Kowno. Krótka wymiana poglądów pomiędzy litewskim oryginałem i wileńskim dziennikarzem odzwierciedlała realną, beznadziejną, sytuację bez wyjścia.

Znaleźć można w tym czasie w litewskiej publicystyce m. cień znużenia monotonną niby-zapiekłością drugiej strony. W felietonie z 1932 roku pojawia się fragment zachęcający adwersarzy do nieco żwawszych poczynań:

Już Pismo Święte zauważyło, że całe życie ludzkie jest walką. Świat jest oparty na systemie walki, w której nie obchodzi się bez ofiar. Wilna bez walki Litwini nie odzyskają. Nie powinno to ich jednak odstraszyć. Bez walki bowiem nie tylko żadnego sukcesu Litwa nie osiągnie, lecz nawet niepodległości obronić nie zdoła. […] Sposobów walki jest bardzo dużo. Wszystkie są dobre i wszystkie potrzebne.

Ostatnie słowa wypowiedziane zostały nieco na wyrost. Nie wszystkie metody kowieńskiej „walki” uznać można było za „dobre”. Jednym z wielu przykładów były publicystyczne wyczyny prof. Birżyszki, piszącego o „ujemnych wpływach” litewskich żon. Żony Litwinów bardzo często były Polkami lub Rosjankami, i ani myślały ulegać kowieńskiej propagandzie w domu. W efekcie poprzez te „głupie fanaberie”, jak je określał Birżyszka, w domach kowieńskich nacjonalistów mówiło się w jednym z tych dwóch obcych języków. Nieoswojony litewski nacjonalizm przegrywał w domowych pieleszach. „Prasa litewska w swej nieskazitelnej stałości przypomina – pisał Mackiewicz – po części prasę sowiecką […]. Ciągłe utrzymanie w karbach egzaltacji”. Istnieje „Katechizm Wileński”, a w nim nakazy w rodzaju „Nie nawiązuj kontaktu z niewierną Polską” lub „Nie pożądaj i nie żeń się z kobietą – Polką”. Byłoby to wszystko może i anegdotycznie zabawne, gdyby nie było tak ponure jednocześnie.

Nienawiść do historycznej tradycji, kultywowana z uporem przez Kowno, przybierała najróżnorodniejsze formy organizacyjne, propagandowe, obyczajowe, także prawne. Pod koniec 1933 roku pojawiła się koncepcja „Hańbiącej Litwę ustawy”, wprowadzająca nakaz „odsłowiańszczania” nazwisk, proceder, który w zamyśle miał mieć „charakter dynamiczny, rewolucyjny, przymusowy”. Bywa, że uczucie goryczy – pisał Mackiewicz – przeważa nad możliwością roztrząsania rozumowego. A jednak starał się zachować obiektywizm:

Myliłby się ten, kto osądza w czambuł, iż na dzisiejszej Litwie Kowieńskiej nie pozostała żadna nić łącząca ją z dawną Litwą historyczną, prócz godła państwowego. Widzieliśmy tam odruchy piękne i bliskie nam podejście do tradycji. Przykładów można by przytoczyć szereg. Czasem się zdaje, że oto lada chwila znajdziemy coraz więcej wyrazów we wspólnym słowniku. I znów nagle, jak lodowata nawałnica spada wieść z Kowna, która ostudza wszelki zapał.

Reforma nazwisk „dokonywana ze względów ideowych” miała na celu zerwanie ze słowiańszczyzną Litwy, a więc szła po linii „przekreślenia ostatecznego fizjonomii Litwy historycznej”. Nie tylko Litwy pozostającej przez wieki pod wpływem Polski, ale także Litwy Olgierda i Witolda. Takie były konsekwencje zaplanowanego przez Kowno procederu „otrząśnięcia się z jeszcze jednej haniebnej pozostałości słowiańskiej i przywróceniu Narodowi litewskiemu pierwotnego czystego charakteru”. Jak to? – pytał oburzony Mackiewicz – czy „potężne państwo Giedymina, Olgierda, Witolda, państwo o wybitnej strukturze słowiańskiej – to ma być hańba? Litwa – informował kowieńskich fanatyków nacjonalizmu – jedynie w czasach prehistorycznych była etnicznie jednorodna. Giedymin powiększając państwo o tereny ruskie, nadał mu charakter słowiański. Witold zerwał z wpływami etnograficznymi litewskimi, przebudowując Litwę na nowych, słowiańskich podstawach. Zmiany dotyczyły języka urzędowego, zwyczajów, religii. To Witold był krwawym pogromcą powstania pogańskiego na Żmudzi. Od tamtego momentu element etniczny litewski nigdy nie chwycił za broń.

Trudno było sobie wyobrazić dalsze prowadzenie dialogu, nawet sporu z ludźmi stojącymi za ustawą „odsłowiańszczania”. Było oczywiste, że dyskurs dotyczy dwóch różnych podmiotów. Po jednej stronie stali ludzie gotowi za wszelką cenę ochraniać etniczną czystość Litwy, po drugiej spadkobiercy historycznej tradycji. Jednocześnie narastało przekonanie, że sprawę trzeba rozwiązać w pierwszej mierze ze względów geopolitycznych. Jeśli w tym czasie nie pisano precyzyjnych scenariuszy politycznych na przyszłość, to w jednej kwestii – zagrożenia niemieckiego oraz sowieckiego – panowała niemal powszechna zgoda. Dla wielu litewskich polityków kwestia zawarcia porozumienia z Polską stawała się palącą koniecznością. Gdy w połowie 1934 roku, za zgodą dyktatora Smetony, powołano Kowieński Klub Polityczny, tematem pierwszego spotkania uczyniono zagadnienie: „Związek Państw Bałtyckich, a sprawa polska”. Po jednym posiedzeniu wybuchła trwająca trzy tygodnie polemika w prasie kowieńskiej. Wnioski można było określić jako wywrotowe: jedynie uczestnictwo Polski nada Związkowi wartość; Litwa powinna uregulować stosunki z Polską; największym zagrożeniem dla Litwy są Niemcy. W konsekwencji, działanie Klubu zostało zawieszone, a Mackiewicz w warszawskim „Kurierze Porannym” zapytywał: „Czy jedna jaskółka zwiastuje wiosnę?”

W maju 1938 roku, postanowił zweryfikować swoje wcześniejsze wyobrażenia, stawiając ponownie pytanie sprzed dziesięciu lat: który z ośrodków myśli politycznej litewskiej dąży konsekwentnie do zajęcia Wilna i uczynienia z niego litewskiej stolicy? Czy ktokolwiek w Kownie dysponuje planem „jakiejś formy ustrojowej, która by stanowiła teoretyczną podwalinę dla przyszłego państwa ze stolicą w Wilnie”? Dla Mackiewicza było oczywiste, że program zawężony do ciasnego litewskiego nacjonalizmu nie jest rozwiązaniem. Nagabywani o tę kwestię litewscy politycy, nie mieli w zanadrzu z góry przygotowanej odpowiedzi. Wydawali się być zdezorientowani. Mackiewicz dotarł do ministra spraw zagranicznych Litwy, Stasysa Lozoraitisa (Łozorajtisa). Nie była to wielka sztuka. Minister, późniejszy premier rządu litewskiego na emigracji, był mężem ciotecznej siostry Pisarza, Wincenty Lozoraitis z domu Matulaitis (Matulewicz). Wyobraźnia podpowiada, że Mackiewicz indagował kuzyna z dużym uporem, czego ślady można dostrzec w odrobinę zawiłym fragmencie rozmowy:

— Jeżeli wysiłek Litwy, od zarania niepodległości, skierowany jest wyłącznie do pozyskania Wilna, mogąc mu dziś zademonstrować swe sukcesy w Kownie przez otwarcie bram do Wileńszczyzny, to czy nie uważa pan minister, że pod pewnym kątem można by traktować przyjęcie ultimatum i nawiązanie stosunków jako klęskę pod względami formalnej polityki litewskiej, ale jako zwycięstwo pod względem litewskiej racji stanu?

— Ha, to widzę, że szkoda, iż ja, a nie pan jest ministrem spraw zagranicznych Litwy — odpowiedział uśmiechniętym żartem.

To, co skoligacony z Mackiewiczem minister uznał za żart, on sam traktował z absolutną powagą, a jego wizyta w Kownie miała szczególny charakter. Istotne były dwa nierównej wagi czynniki – narastające zagrożenie podwójną agresją (ze strony hitlerowskich Niemiec z jednej i związku sowieckiego z drugiej strony) oraz całkowicie nowa, dynamiczna sytuacja w stosunkach polsko-litewskich, która urealniała potencjalnie szanse na wspólne działania polityczne. Zaledwie dwa miesiące wcześniej przywrócono zerwane przez niemal dwadzieścia lat stosunki dyplomatyczne litewsko-polskie. Do ich ponownego nawiązania doszło z uszczerbkiem na honorze litewskiej dyplomacji. W związku z kolejnym incydentem granicznym, w trakcie którego życie stracił żołnierz Korpusu Ochrony Pogranicza, Stanisław Serafin, strona polska, w formie ultimatum, zażądała od Litwinów nawiązania stosunków i wymiany ambasadorów w ciągu zaledwie 2 tygodni. Była to bardzo nieelegancka, skandaliczna forma uprawiania dyplomacji, paradoksalnie jednak korzystna dla obu stron.

Mackiewicz ponownie starał się być jak najbliżej sceny. Gdy decydowały się losy przyszłych stosunków, decyzja o przyjęciu bądź odrzuceniu ultimatum wisiała w powietrzu, dywizje polskiego wojska przesuwały się w pobliże litewskiej granicy. Był na miejscu, obserwował, zdawał relacje. Gdy napięcie we wzajemnych relacjach nieco opadło i obie strony postanowiły rozpocząć dyplomatyczne rozmowy, jeździł do Augustowa, gdzie na bieżąco chciał śledzić dyplomatyczne poczynania stron. Z mizernym skutkiem. Rozmowy prowadzone były z przesadną dyskrecją, a prasa niedostatecznie informowana.

Dla Mackiewicza był to czas i sposobność dla poszukiwania satysfakcjonującego wszystkie strony rozwiązania problemu Wilna. Takich dążeń nie odkrył ani pośród przedstawicieli litewskiej opozycji, ani w rozmowach z reprezentantami partii rządzącej. Jedyne co znalazł, to stosy nawarstwiających się sprzeczności oraz tępą politykę nacjonalistyczną, przymusowe „litewszczenie” nazwisk, walkę z „pierwiastkami słowiańskimi”, jak prawo zakazujące rodzicom, o ile jedno z nich jest narodowości litewskiej, posyłania dzieci do szkół polskich. Opisywał system wypełniania rubryki narodowość, zniechęcający do deklarowania narodowości polskiej. Wskazywał na praktykę stawiania jedynie początkowej litery „l” w stosownych formularzach, pomimo że „l” może równie dobrze oznaczać „lenkas” – Polak jak „lietuvis” – Litwin. Przy tym wszystkim zachowywał Mackiewicz dyplomatyczny dystans do opisywanych, fanatycznych aspektów litewskiej polityki. Twierdził, iż trudno wyrobić sobie „zupełnie bezstronne stanowisko” bez skrupulatnego opracowania wszystkich materiałów.

Po dziesięciu miesiącach, w marcu 1939 roku, w czasie kolejnego pobytu w Kownie, uporczywie powracał do tych samych kwestii, wciąż próbując znaleźć odpowiedź na nasuwające się pytanie: w jaki sposób chcą Litwini pogodzić program „litewszczenia” nazwisk z projektem realnego odzyskania Wilna? Czy mógł wyobrazić sobie, że po upływie zaledwie kilku miesięcy skrajnie rygorystyczna lituanizacja obejmie swoim zasięgiem całe Wilno, z urzędami, nazwami ulic, sklepami, usługami i komunikacją?

Gdy pod naporem europejskiej polityki upadała Czechosłowacja, widmo Anschlussu, a więc przyłączenia do III Rzeszy, pojawiło się też nad Kłajpedą, w której po uchyleniu stanu wojennego późną jesienią 1938 roku, autonomiczną władzę samorządową nad wciąż litewskim okręgiem przejęli hitlerowcy, zaprowadzając własne porządki: litewska „Pogoń” została usunięta z urzędowych pieczęci, zniesione zostało święto niepodległości Litwy. Zastąpiło je święto dojścia do władzy Hitlera. Gdy w marcu 1939 roku Mackiewicz przyjechał do Kłajpedy, pomimo że nie doszło jeszcze do oficjalnego ultimatum i Anschlussu, w zasadzie wszystko było już rozstrzygnięte: ogromny sztandar ze swastyką, szyld rozbitego żydowskiego banku, właściciele sklepów na gwałt przemalowujący napisy, tak aby język niemiecki był na pierwszym miejscu. Jedyną grupą otwarcie manifestującą niezadowolenie byli litewscy studenci, ich postawa nie miała jednak żadnego realnego wpływu. Politycy kowieńscy liczyli jeszcze na wsparcie, na jakiś obronny gest ze strony Polski. Tymczasem nie tylko polska dyplomacja, ale nawet prasa ignorowała sytuację w Kłajpedzie.

Stanowisko polskiego rządu, polskiej dyplomacji, mówiąc najoględniej, nie cierpiało wówczas na nadmiar konsekwencji. Przypadek Kłajpedy stanowi tego dobrą ilustrację. Gdy Litwini poczęli silnie zabiegać o wsparcie Polski wobec jawnych roszczeń niemieckich, w zakulisowych, wstępnych rozmowach proponując natychmiastowe zawarcie sojuszu wojskowego, rząd polski, w obawie o sprowokowanie Niemców, których świeże żądania wobec Polski wciąż pozostawały tajemnicą dla opinii publicznej, nie zdecydował się na rozpatrzenie litewskiej oferty. Ultimatum w sprawie przyłączenia Kraju Kłajpedy do Niemiec zostało wystosowane 19 marca. Sejm litewski przyjął te warunki na nocnym posiedzeniu z 21 na 22 marca. Tego samego 21 marca 1939 roku Ribbentrop ponowił wobec ambasadora Lipskiego żądania niemieckie dotyczące eksterytorialnej autostrady oraz Gdańska. Wobec odrzucenia tych żądań, sprawa wojny była w praktyce przesądzona. Polska nie mogła już jednak realnie liczyć na sojusz wojskowy z Litwą. Jedyne, co pozostało, to zabiegać o litewską neutralność. Indagowany na dworcu w Kownie o milczenie strony polskiej wobec Kłajpedy, Mackiewicz zdołał odpowiedzieć tylko: „Hm… Zapewne, zapewne… nie tak chcieliśmy wyobrażać sobie rozwój stosunków polsko-litewskich…”.

Wina za wytworzony w Kłajpedzie stan rzeczy leżała jednak – zdaniem Mackiewicza – po stronie litewskiej:

Polityka wewnętrzna Litwy w stosunku do Kłajpedy zniechęciła do siebie Litwinów o odrębnej kulturze. Z przychylnych zrobiła separatystów. Z indyferentnych „Memelländerów” zdecydowanych Niemców, a dziś już hitlerowców! I to mimo rzucanych pieniędzy; mimo rozbudowy portu, elewatorów, składów, dźwigów, pięknych gmachów…

Niepokojąca zapowiedź tego, co niezadługo dziać się będzie w Wilnie pod administracją Litwy.



Prześlij znajomemu


0 Komentarz(e/y) do “Józef Mackiewicz idzie na wojnę VIII”

  1. Brak Komentarzy

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.