Jadąc z Grodziska Mazowieckiego w stronę austostrady A7, słynnej dawnej „Szosy E7”, z piosenki Kelusa (chociaż on śpiewał o innym jej odcinku), najlepiej kierować się od razu na północ, przez Błonie, Leszno, słynny Julinek i malownicze krajobrazy Puszczy Kampinoskiej. Po drodze mija się Aleksandrów, przydrożny tartak, Sowią Wolę i tak dojeżdża się do Cybulic Dużych. Jeśli jechać dalej drogą wojewódzką 579, dojedzie się w końcu do zjazdu na „siódemkę”, drogę na Wybrzeże lub Mazury, może Kujawy. Ale jeśli wcześniej odbić w lewo, zjechać z głównej drogi i przecisnąć się przez wąską dróżkę wiodącą przez Cybulice Małe, dojedzie się do terenów należących niegdyś do zewnętrznego pierścienia umocnień Twierdzy Modlin. Po lewej stronie, wyjeżdżając z Cybulic, w głębi lasu znajduje się tzw. Fort VII, sieć umocnień z drugiej połowy XIX wieku. Obiekt jest już dość mocno wyeksploatowany dziesięcioleciami wizyt zwiedzających turystów. Kiedyś, jeszcze nie tak dawno, jeden z bunkrów zdobiła stalowa kaponiera, zabytek sztuki militarnej, ale złomiarze, nie mający szacunku dla historii, wycięli ją z betonu i zapewne przepili, ku chwale Bachusa. Jeśli jednak zignoruje się kuszące ruiny Fortu VII, przed podróżnikiem otworzy się leśna ścieżka, będąca przedłużeniem drogi prowadzącej z Cybulic (bodajże ulicy Wiosennej). Tu, gdzie dochodzi ona pod kątem prostym do drogi numer 899, na jej przedłużeniu pojawi się właśnie owa leśna przecinka. Tereny te opisywane są na mapach jako Kazuń. Kiedyś, jakieś trzydzieści lat temu można było wjechać tam samochodem, ale od kilku lat dróżka zamknięta jest szlabanem i można nią podróżować tylko pieszo, bądź rowerem.
Dróżkę tę przemierzałem dziesiątki razy, biegając w tej okolicy po lasach Kampinoskiego Parku Narodowego. Prowadzi ona do niezwykłego, dość tajemniczego miejsca. Kilkaset metrów od skrzyżowania, turysta napotka dziwne budowle. Kiedyś była to polana, otoczona pionowymi skarpami, z niezwykłymi budowlami wtopionymi w ich zbocza. Dziś polana zarośnięta jest gęstymi krzakami i drzewami. Ale budowle pozostały bez zmian. Czym one są, jaki był zamysł architekta? Według niektórych opracowań, te kilka dziwacznych, złowrogo wyglądających bunkrów, stanowiło zaplecze wspomnianego wyżej Fortu VII. Były to prochownie, czyli po prostu magazyny amunicji, zapewniające ciągłość ognia bateriom artylerii. W środku panowała wilgoć, a szary beton, niskie stropy i niepokojące echo odbierały chęć do dłuższego przebywania wewnątrz.
Malowniczość, niesamowitość tego miejsca i ponury charakter militarnej architektury skłoniły mnie do umieszczenia tam fragmentu fabuły mojej pierwszej powieści. Wydawało mi się, że miejsce to idealnie nadaje się do opisania wydarzeń związanych z prywatnym śledztwem w związku z esbecką zbrodnią.
Minęły lata i znów zawitałem do tajemniczej polany. Zmieniła się od czasu mojej ostatniej wizyty, bardzo się zmieniła. Właściwie nie jest to już polana, Puszcza Kampinoska wchłonęła ją, zaanektowała, odbierając człowiekowi inicjatywę w kształtowaniu tamtejszego krajobrazu. Pamiętam, że kiedyś, jadąc wąską, leśną ścieżką, wpadało się nagle na otwartą przestrzeń, dziwną, niepasującą do leśnego otoczenia. Dziś to już na powrót puszcza, dzika, jak przed setkami lat. Tylko betonowe budowle pozostały bez zmian, wciąż surowe i niepokojące. Przed jedną z nich przestrzeń leśna została jakby wykarczowana, teren oczyszczony z zarośli. Podszedłem bliżej, zaintrygowany. To był dokładnie ten bunkier, w którym bywałem przed laty i w którym kazałem się ukrywać mojemu bohaterowi, Texasowi, uciekającemu przed esbeckimi siepaczami. Teraz przed bunkrem stał drewniany krzyż. Nie była to jednak jakaś zapomniana mogiła żołnierska. Krzyż był nowy, świeżo wkopany w ziemię. Spojrzałem na szary, cętkowany dziurami po pociskach, beton budowli. Nad wejściem widniał mural, wymalowana od szablonu czarnym sprajem grafika. Dziwnie znajoma. Wiedziałem, kogo przedstawiała. Wszedłem do środka. Tylko jedno z kilku pomieszczeń było dostępne, pozostałe były zamknięte dla postronnych. Wszedłem do niego. Pod przeciwległą do wejścia ścianą paliły się świece, w małym wazonie stały kwiaty, po środku ktoś postawił zdjęcie. Zrozumiałem, w jakim miejscu się znalazłem i zadumałem się nad zaskakującymi zbiegami okoliczności.
A więc to tu go przetrzymywali, właśnie w TYM bunkrze. I tu go zabili, po kilku dniach bestialskich tortur. To tu Kiszczak przysyłał swoich pachołków z zaopatrzeniem dla Piotrowskiego, Pękali i Pietruszki. I najprawdopodobniej dla cyngli z wojskówki, którzy go zabili. Tyle razy byłem w tym miejscu, nie mając świadomości, że właśnie tutaj dokonano chyba najbardziej dramatycznego morderstwa politycznego w peerelu. Jaki impuls, jaka muza kazała mi właśnie tu umieścić fragment akcji Punktu Lagrange’a?
Mówią, że zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki było zbrodnią założycielską tworu politycznego, zwanego III RP. Coś w tym jest. To w czasie trwania tzw „procesu” toruńskiego, lewica laicka rozpoczęła negocjacje z Jaruzelskim i Kiszczakiem na temat współpracy politycznej, medialnej i ideowej w nadchodzącej nowej rzeczywistości. Zapewne dogadywali się niejako w cieniu trumny Popiełuszki, dzieląc się wpływami i snując plany złupienia do cna ogłupiałego społeczeństwa. To ten deal z połowy lat 80-tych zdeterminował charakter nowej, „wolnej, antykomunistycznej Polski”. Potem była Magdalenka i okrągły stół, ale ogólne założenia podziału łupów musiały powstać już w roku 1985. O tym, co chcieli osiągnąć komuniści wystawiając przedstawienie o dzieleniu się władzą, imitując swój upadek i zmianę systemu, można by długo debatować. Patrząc z perspektywy tych prawie czterech dekad, można chyba zaryzykować przypuszczenie, że była to swego rodzaju ucieczka do przodu, udana próba osiągnięcia kolejnego etapu podboju niekomunistycznego jeszcze świata. Już sam stan posiadania komunistycznych aparatczyków, przed i po „upadku” komunizmu, świadczy o niesłychanej skuteczności ich planu. Chruszczow, Breżniew, czy Andropow mogli tylko marzyć o bogactwie, ale przede wszystkim wpływach w zachodnim świecie, jakimi cieszą się dziś Putin, Kwaśniewski, Czarzasty, czy inni beneficjenci pierestrojki. Najwyraźniej, z jakichś powodów peerelowska ścieżka do przemian końca lat 80-tych prowadziła właśnie przez ten zapomniany dziś bunkier.
Jaki był cel tego zabójstwa? Jakie motywy kierowały Kiszczakiem i Jaruzelskim? Do dzisiaj szczegóły tej zbrodni pozostają nieznane. Prokurator Andrzej Witkowski, który od początku lat 90-tych prowadził śledztwo w tej sprawie, za każdym razem, kiedy docierał do jakichś interesujących dowodów, był odwoływany w tajemniczych okolicznościach. Po latach powracał do dochodzenia i cały cykl się powtarzał, kiedy tylko zaczynały wychodzić na jaw niewygodne fakty, odsuwano go na bok. Różne plotki krążą na temat tego śledztwa i samego zabójstwa księdza. Niektórzy mówią, że celem porwania był werbunek Popiełuszki i wysłanie go do Watykanu, jako szpiega I Departamentu MSW, a zabity został przez nadgorliwych bandytów z bezpieki, niejako przypadkiem. Inni mówią, że jego śmierć od samego początku była zaplanowana, a katami mieli być ludzie z Wojskowej Służby Wewnętrznej. Na łamach WP pojawiła się hipoteza [1], że celem tej zbrodni było uwiarygodnienie „upadku” komunizmu poprzez sprowokowanie społeczeństwa do śmielszego wystąpienia przeciwko władzy, bo transformacja ustrojowa była wtedy już tuż za rogiem i komunistom potrzebny był realny opór. Stan wojenny całkowicie rozbroił i odebrał wolę walki, więc trzeba było jakiegoś impulsu, wywołującego protesty, żeby cała operacja wyglądała autentycznie. Jeszcze Gorbi nie zasiadł na stolcu genseka, ale machina uruchomiona przez Andropowa już nabierała rozpędu. Prokurator Witkowski sugeruje, że nad całą operacją pieczę miał sowiecki KGB. To sowieci mieli nadzorować działania ludzi Kiszczaka i pilnować, żeby doprowadzić do neutralizacji księdza.
Być może jakiś związek z tym zabójstwem miały późniejsze przetasowania w kręgach bezpieczniackich w 1985 roku. To wtedy właśnie bezpieka wojskowa w osobie Kiszczaka ostatecznie wygrała walkę o władzę z bezpieką cywilną, niszcząc generała Mirosława Milewskiego i pozbywając się go ze struktur państwowych. Od tego wydarzenia to II Zarząd Główny Sztabu Generalnego LWP realizował w praktyce polecenia z Kremla i wprowadzał plan kończący się ostatecznie okrągłym stołem i przedstawieniem teatralnym pod tytułem „upadek” komunizmu. To wojskówka również uruchomiła mechanizmy, które doprowadziły do gigantycznych skoków na kasę m. in. w postaci afery FOZZ. Czy te procesy były pośrednimi efektami zabójstwa Jerzego Popiełuszki?
Jakie były szczegóły tych wydarzeń, pewnie się nie dowiemy, bo siły sprawujące realną władzę w kolejnych peerelach zadbały, żeby sprawa nigdy nie została należycie wyjaśniona. Historia dochodzenia w sprawie zabójstwa Popiełuszki jest dobrą ilustracją, czym jest państwo powstałe w wyniku umowy zawartej w Magdalence. Wpływy, które zachowali oficerowie służb peerelu okazują się tak silne, że do dziś nie powstała siła polityczna, która byłaby w stanie im się przeciwstawić. A ja patrzyłem na kazuński bunkier i starałem sobie wyobrazić, co ten człowiek musiał wtedy przeżywać. Jaka siła charakteru była potrzebna, żeby nie poddać się tym czerwonym bandytom? Jaką motywacją się kierował? Nie uległ tym wszystkim prowokacjom, nie dał się zastraszyć Urbanowi, nie przestraszył się nacisków zwierzchników kościelnych. I ostatecznie nie dał się złamać podczas tych ostatnich, koszmarnych dni, kiedy tortury i upokorzenia użyte przeciwko niemu miały odebrać mu człowieczeństwo i wolną wolę. I mimo wszystko, mimo trudnego do wyobrażenia fizycznego bólu, braku nadziei na ratunek, w osamotnieniu, do końca stawiał czoła komunistycznym oprawcom. Zaiste, niezwykły to hart ducha.
*
A co by się stało, gdyby z jego postawy, ludzie, może nie walczący wprost, ale przynajmniej deklarujący wrogość wobec systemu, wyciągnęli wnioski i zastosowali je w praktyce? Jak wtedy wyglądałaby prowokacja okrągłego stołu? Czy Kiszczakowi tak łatwo przyszłoby wciągnięcie w nią tych wszystkich deklarujących antykomunizm i powołujących się na żołnierzy wyklętych, działaczy opozycji niepodległościowej? Czy Kornel Morawiecki, gdyby wyciągnął wnioski z postawy Popiełuszki, poszedłby kandydować w wyborach w nowym peerelu? Nie umniejszam jego zasług w budowie struktur Solidarności Walczącej, chylę czoła przed jego determinacją i odwagą w latach 82-88. Ale co się stało, jakiej uległ przemianie, że uznał wytwór kiszczakowskiej prowokacji za wolną Polskę i zdecydował się go legitymizować, biorąc udział w „wyborach”? Właśnie on, który jeszcze kilka lat wcześniej ryzykował życie, żeby walczyć z czerwonym reżimem i nie ulegać prowokacji?
No dobrze, ale co właściwie by się stało, gdyby przy okrągłym stole po stronie „społecznej” zasiedli tylko michnikuremek i TW Bolek? Jak wtedy potoczyłaby się historia? Co by się stało, gdyby opozycja niepodległościowa, spadkobiercy ideowi AK i NSZ pozostali w podziemiu i nie dali się wciągnąć w komunistyczną prowokację? Sytuacja byłaby z pewnością ciekawa, bo pierestojka miała przyzwolenie i akceptację z Waszyngtonu. Ronald Reagan kupił gorbaczowowski NEP i uznał go za swój autentyczny sukces. Z pewnością naciskałby na niewzruszonych opozycjonistów, żeby przyłączyli się do całego procesu. Gdyby jednak opozycja „niekonstruktywna” nie kupiła pierestrojki, być może kradzież majątku po peerelu, realizowana przez komunistów w skali przemysłowej, nie byłaby akceptowana tak powszechnie, być może zabójstwa polityczne z tego okresu wywołałyby autentyczny opór społeczny, może czerwoni musieliby w końcu ustąpić. Kto wie? Ale może nieprzejednana postawa opozycji wywołałaby masowe represje ze strony reżimu? Czy taki wariant pod koniec lat 80-tych był możliwy? Jak zachowałby się Bush senior wobec takiego obrotu spraw? Czy pojawiłyby się głosy, żeby zerwać umowę zawartą z Gorbaczowem parę lat wcześniej? A może ewentualne masowe użycie siły wobec niezmanipulowanych antykomunistów zostałoby zignorowane i mimo represji plan toczyłby się niewzruszenie dalej, zgodnie z ustaleniami z Genewy i Rejkiawiku?
Na te wszystkie pytania nie ma dziś odpowiedzi. Popiełuszko w swojej determinacji i nieprzejednaniu w walce z czerwoną zarazą pozostał osamotniony. W popijawie w Magdalence wzięli udział przedstawiciele większości nurtów opozycji, okrągły stół zaakceptowali w zasadzie wszyscy, a „wybory” w czerwcu 1989 roku zostały masowo uznane za autentyczny upadek komunizmu.
I tylko zimne mury bunkra pod Kazuniem, przypominają bezlitośnie o prawdziwych fundamentach III RP. Miejsce to jest na ogół puste, odludne, czasem przemknie jakiś zbłąkany turysta. Dziwnym zbiegiem okoliczności, w okolicy nie ma parkingu, na którym można by zostawić auto i przespacerować się do dawnej prochowni Fortu VII. To pewnie dlatego nie ma tu zwiedzających i teren pozostaje wciąż zapomniany. Jakby komuś specjalnie zależało, żeby pamięć o ofierze reżimu Jaruzelskiego stopniowo wygasła. Czasem podobno spotykają się tam ci nieliczni, którzy pamiętają o niezłomnym księdzu, odprawiają nabożeństwa i wspominają tamte dramatyczne wydarzenia. Ale wszystko to ma charakter konspiracyjny, miejsce nie jest wciąż jakoś znacząco wyeksponowane. Pamięć o tym niezwykłym człowieku jest niewygodna, bo jego postawa jest kłującym w oczy dowodem, że kolaboracja z komunistami nie była jedyną możliwą drogą.
________
1. https://wydawnictwopodziemne.com/2007/10/10/nieswiete-przymierze/







Drogi Panie Jacku,
Bardzo ciekawa historia. Interesowałem się kiedyś sprawą tego zabójstwa, wręcz studiowałem ją, bo wydawała mi się kluczowa dla przeprowadzenia prowokacji tzw. upadku komunizmu w prlu. Wyznaję ze skruchą, że nie wiem nic o jej dalszym ciągu, o późniejszych dochodzeniach i opracowaniach. Zważywszy jednak „naturę” dzisiejszego wcielenia prlu, trudno pojąć, dlaczego tak ważne miejsce w męczeńskiej Golgocie księdza Popiełuszki, bunkier, o którym Pan pisze, nie zostało jakoś wyraźniej uhonorowane.
Muszę także podnieść kość niezgody wobec Pańskich słów w kwestii historii, „co by było gdyby”. Pisze Pan:
„No dobrze, ale co właściwie by się stało, gdyby przy okrągłym stole po stronie „społecznej” zasiedli tylko michnikuremek i TW Bolek? Jak wtedy potoczyłaby się historia? Co by się stało, gdyby opozycja niepodległościowa, spadkobiercy ideowi AK i NSZ pozostali w podziemiu i nie dali się wciągnąć w komunistyczną prowokację?”
Zostawmy NSZ na boku. Zatrzymajmy się przy tych spadkobiercach ideowych AK. Tak z pewnością było, koncesjonowana i niekoncesjonowana opozycja odwoływała się bezustannie do AK. W moim przekonaniu, był to bardzo trafny wybór świętych patronów, ponieważ AK, podobnie jak cała ta opozycja, odmawiała walki z sowieciarzami. AK otwarcie wspomagała krasną armię w „wyzwalaniu” Wilna, jawnie nazywali nadchodzącą okupację bolszewicką wyzwoleniem. A potem narzekali, że zostali zdradzeni. Mackiewicz słusznie wyśmiewał taką pozycję: zdradzić może tylko przyjaciel, a nie wróg. Niczego innego nie wolno było oczekiwać od bolszewii.
Ale w takim razie, dlaczego inne miałyby być wyniki rozmów pod okrągłym stołem, gdyby zamiast komunistów, jak Kuroń i Michnik, leżeli tam w pijanym widzie spadkobiercy poputczyków, Korbońskiego, Nowaka i tylu autentycznych bohaterów akowskiej epopei?
Słusznie kładzie Pan nacisk na zewnętrzny kontekst, Reagan, Papież i powszechna zgoda na „upadek komunizmu”, który właściwie uniemożliwiał inny rozwój wypadków. Jednak wymogi alternatywnej historii są takie, że zmuszamy się do zastanowienia, jak inaczej mogło się to potoczyć. Nie widzę, w jaki sposób spadek AK mógł był zmienić tok ówczesnych wydarzeń. Był to bowiem spadek kolaboracji z sojusznikiem naszych sojuszników, czyli w tym wypadku, z Gorbim, przyjacielem Reagana.
Panie Michale,
Jeśli chodzi o śledztwo w sprawie zabójstwa Popiełuszki, to myślę, że dziś wiadomo o tej zbrodni niewiele więcej, niż w czasie, kiedy Pan ją studiował. Najwięcej o tamtych wydarzeniach wie pewnie wspomniany w artykule prokurator Andrzej Witkowski. Kiedyś oglądałem z nim wywiad i miałem wrażenie, że wie znacznie więcej, niż może powiedzieć. Wiedza ta jest do dziś bardzo niebezpieczna. Myślę, że Witkowski miał dużo szczęścia, że nie skończył tak jak Falzmann, czy Pańko, w związku z inną tajemniczą aferą.
Natomiast w kwestii dziedzictwa AK, to oczywiście, że chęci walki z komunistami wiadoma opozycja nie wykazywała. Ale ja się zastanawiam, jak potoczyłaby się historia, gdyby tę chęć właśnie wykazała, wyciągając wnioski z postawy Popiełuszki. Czy gdyby działacze niezwiązani z lewicą laicką, ci deklarujący dążenia niepodległościowe, w większości zbojkotowali okrągły stół, to jakoś znacząco wpłynęłoby to na strategiczny plan sowietów? Gdyby Kiszczak pozostał w 1989 roku sam, może tylko ze wspomnianymi trockistami i Bolkiem, to przecież jego plan musiałby być mocno zmodyfikowany. Czy może właśnie wystarczyłby jednak deal z Michnikiem i jego ferajną, tyle, że wtedy opozycja w osobach Macierewicza, Naimskiego, Kaczyńskich, etc pozostałaby poza układem, ale generalny efekt pozostałby taki jak dziś? Jak Pan sądzi?
Panie Jacku,
Problem w tym, że to co się w prlu nazywa „postawą niepodległościową”, nie wychodzi nigdy poza spadek po AK. Ani Antek Macierewicz wraz z całym Głosem, ani Kaczyńscy, ani Solidarność Walcząca, nie wychodzili chyba poza ten spadek, poza tak rozumianą postawę niepodległościową.
W początkach lat 80 w Podziemiu pojawiło się pismo „Niepodległość”, które przebudziło mnie z metafizycznej drzemki. Do dziś sądzę, że Pan Bóg mi je zesłał, żeby przygotować mnie mentalnie do antykomunizmu Józefa Mackiewicza. Bez „N” tkwiłbym nadal w marazmie tych powtarzanych w kółko frazesów o Ojczyźnie, koniecznie z wielkiej litery, o Piłsudskim i AK, o Papieżu-Polaku i „w mojej Ojczyźnie obalono komunizm”.
Sytuacja w Polsce w roku 1989 była zaledwie wycinkiem większego płótna. Pan Andrzej Dajewski nazywał to trafnie Jesienią demoludów, bo w każdym musiało się odbyć to samo, zatem jeśli nie Michnik, to kto inny, co za różnica. Rodzimej dosyć jest kanalii…
A jak Pan sądzi?
Panie Michale,
Myślę, że Michnik nie był kluczowym elementem tego planu. Oczywiście on i jego środowisko było ważne, zachodni pismacy widzieli w nim antykomunistę, więc jakoś tam jego udział wpisywał się w scenariusz. Ale Kiszczakowi zależało, żeby w operację wplątać też ludzi pokroju Kaczyńskich. To on zaprosił Lecha do okrągłego stołu, żeby formację niepodległościową też wciągnąć w prowokację. Sam Michnik to byłoby chyba za mało, tak mi się wydaje. I to się udało, Kaczyński podżyrował wszystkie ustalenia z komunistami, a potem rozdzierał szaty, że to była zdrada. A co by było, gdyby ludzie tej formacji nie dali się wciągnąć?
Swoją drogą, im dłużej przyglądam się działalności Kaczyńskich po 1989 roku, tym bardziej zastanawiam się, ile w ich decyzjach było naiwności, graniczącej z głupotą, a ile jakichś czynników dotąd nieujawnionych, być może agenturalnych.
Proszę napisać coś więcej na temat „Niepodległości”. Jakie treści tak na Pana wpłynęły?
Drogi Panie Jacku,
Z pamięci sito, gdzie mnie pamiętać, jaka była treść 'N’? Po czterdziestu kilku latach pozostaje głównie wrażenie, a wrażenie było wówczas silne, bo generalnie wszyscy mówili to samo. Wszyscy popierali „przywódców związkowych”, byli za zalegalizowaniem Solidarności i temu podobne banialuki. A 'N’ nagle pisała, że reaktywizacja panny S nie doprowadzi do niepodległości Polski, że wszyscy ci przywódcy podziemni są nic nie warci. Nie pamiętam szczegółów, ale w tym nagle było życie, ktoś gwałtownie zmiótł ze stołu frazesy i utarte sztampy myślowe i trzeba było myśleć od początku, na własny rachunek. Taką rolę spełniła „Niepodległość” w moim życiu. A treść? Przypuszczam, że nawet gdyby mi się chciało to dzisiaj czytać – a nie mam ochoty – to byłby ogromny zawód. Ale jak mówi jakaś wschodnia mądrość (Zen lub Tao), kiedy uczeń jest gotów, to nauczyciel się pojawi. 'N’ nie była jeszcze nauczycielem, ona tylko przygotowywała uczniów.
Hipotetyczne „co by było, gdyby” jest zawsze stymulujące myślowo, zwłaszcza w szczegółach. Np. co by było, gdyby Aleksander zwrócił się na Zachód, ku Rzymowi, a nie na Wschód, ku Persji? Szczegóły są tu interesujące, bo starcie Macedończyków z Rzymianami byłoby fascynujące. Jednak nawet gdyby Aleksander zwyciężył (a tak osobiście sądzę), to dalej sprawy potoczyłyby się mniej więcej tak, jak się potoczyły.
I podobnie niestety jest z Jesienią demoludów. Gdyby ten czy ów postąpili inaczej, szczegóły byłyby fascynująco inne, ale całość obrazu upadku komunizmu byłaby taka sama, bo świat tego chciał. Na dwa lata wcześniej były minister brytyjski pisał, że będziemy oglądać wkrótce rozebranie muru berlińskiego na ekranach zachodnich telewizorów…
Panie Michale,
Rzeczywiście z poziomu peerelu, czy innych demoludów zablokowanie tego procesu byłoby pewnie niemożliwe. Ciekawe jest, czy takie możliwości mieli Reagan i Thatcher. Z ich poziomu chyba można byłoby wytrącić sowietom inicjatywę. Ale oni niestety zignorowali Golicyna i połknęli haczyk.
Drogi Panie Jacku,
Możliwości to oni oczywiście mieli, ale nie mieli WOLI. Z jednej strony, to jest ironia historii, że najlepsi, najwybitniejsi przywódcy Zachodu, para, która – bez żadnych cudzysłowów – uratowała Zachód przed degrengoladą socjalizmu, że właśnie tych dwoje ludzi uratowało międzynarodowy komunizm. Thatcher utorowała drogę ze swoim „I like Mr. Gorbachev. We can do business together.” Ale niestety Ronald Reagan nie pozostał w tyle. W rezultacie, oboje zadowolili sie potiomkinowską atrapą upadku.
Jednak z drugiej strony, w moim głębokim przekonaniu, tego właśnie potrzebowali sowieciarze dla przeprowadzenia prowokacji upadku komunizmu. Potrzebowali mocnych, krytycznych przywódców z prawej strony; kiedy oni byli przekonani, to zwycięstwo było w kieszeni. Gdyby u władzy byli wówczas ludzie pokroju Cartera czy Callaghana, albo nawet Forda, Nixona lub Heatha, to cała operacja byłaby bez wątpienia poddana o wiele bardziej uważnej lustracji, rozebrana na składniki pierwsze o wiele bardziej skutecznie. Po prostu dlatego, że ci ludzie byli zbyt daleko na lewo.
Co rzekłszy, nie chciałbym stworzyć wrażenia, że tzw. prawica na Zachodzie – samo określenie jest absurdalne, bo prawica w ogóle nie istnieje – mogła była być jakąś gwarancją sukcesu wobec sowieckich prowokacji. Tak nigdy nie było, od samego początku bolszewii.
Jacek, świetna książka! Daj znaka: pablosiennicki@gmail.com, wypijemy herbatę.